Cześnikówny/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Jednego poranku gdy się go tam najmniéj spodziewano, pan Michał Skórski zjawił się w Brończéj, ale do dworu swego nawet nie zajechał, tylko wprost do leśniczego, do gaju, zkąd chłopaka wyprawił aby mu ekonoma sprowadził. A miał starego sługę, co już lat tam przebył ze dwadzieścia, i człowiek był niezły, tylko nie pomierny hulaka. Godzili się pan i sługa, a wzajem sobie wiele wybaczając bardzo się kochali.
Cyrkiewicz zaraz na konia wsiadł i do Leśniczówki pojechał... Lasu w Brończéj było dosyć, i gąszcze a moczary nad rzeką niedostępne, do których mało kto się kiedy dostał. A że wywóz drzewa z téj części lasu był trudny, ocaliło to puszczy kawał piękny i miały czas porosnąć tam sosny, jakich na całą okolicę nie było. Leśniczówka leżała właśnie na kraju tego boru, a była to chata porządniejsza nieco od wiejskich, w któréj na czas letniego myśliwstwa, pan Michał izbę sobie osobną trzymał, bo niekiedy po parę tygodni polował... Teraz mu się ona przydała wielce, choć o łowach nie myślał... Prędzéj niż się go spodziewano przyleciał Cyrkiewicz zdyszany, pojąć nie mogąc dla czego pan zamiast do dworu, wprost się udał na Leśniczówkę; już mu to wielce do myślenia dawało. Na progu spostrzegł Skórskiego, a z twarzy mógł poznać, iż mu się coś stało, nigdy bowiém nawet po chorobie tak staro, wymizerowany i straszny nie wyglądał. Weszli z nim zaraz do pańskiéj izby.
— Słyszysz Cyrkiewicz, rzekł Skórski, na nikogo nie rachuję, a w tobie jednym mam ufność. Myślę że mnie nie zdradzisz...
— Panie! przerwał Cyrkiewicz gorąco, żony ani dzieci nie mam, sam jestem, o nic nie dbam tak dalece... Każ pan co chcesz, choćby głową nałożyć przyszło.
— Głowy w istocie potrzeba, ale nie na to aby nią nałożyć — rzekł Skórski. Jedno waćpanu powiém, mój Cyrkiewicz — gdyby cię pieczono i warzono w smole, mnie tu niéma, nie było i waszmość nie wiész co się zemną stało. Ludzie i rzeczy powrócą z Warszawy, im téż nic nie mówić o mnie. Leśniczego jestem pewny — chłopca którego posyłam po ciebie odesłać zaraz gdzie chcesz, aby w domu nie był i nie paplał...
— To się rozumié — odezwał się Cyrkiewicz, choć jeszcze nie bardzo mógł zrozumiéć całéj sprawy.
— Składa się tak że ja tu jakiś czas muszę przesiedziéć aby o mnie świat i ludzie nie wiedzieli i zapomnieli. Będą przychodzić listy, proszę odsyłać je nazad z tém, iż niewiadome wam miejsce mojego pobytu...
— A już ja sobie radę dam; — odezwał się ekonom wzdychając, ale proszęż jaśnie pana, co się stało? jeśli wolno zapytać.
— Mała rzecz, głupstwo — odparł Michał — przegrało się trochę pieniędzy w Warszawie, szulery mnie podeszli... Musiałem dać weksel... niechże dochodzą kiedy potrafią... naprzód tego co weksel wydał, a potém na wiosce pieniędzy... Niéma i chwili do stracenia nim się co rozpocznie, dodał, jedź waćpan po Dygowskiego, temu usta pieniędzmi zamknę aby nie gadał; a trzeba zrobić tak, aby na wiosce nie było co wziąć...
Przeszedł się po izbie p. Michał jakoś już na duchu trochę dźwignięty...
— Ale tu jaśnie panu trzeba co przysłać rzeczy, pościeli, ba i do życia; rzekł Cyrkiewicz...
— Chyba tak, aby w domu ani znać było co się wzięło, ani o tém kto wiedział. Rozumiész waćpan... Jakby się wydało że tu jestem, wszystko przepadnie. Jedź po Dygowskiego, mów z nim na cztéry oczy, wsadź go na bryczkę i przywoź. Masz co piéniędzy?
Cyrkiewicz usta trochę skrzywił. Muszą się znaleźć. Sprzedam kopę sosen...
Poszeptali z sobą; ekonom chłopca dla utrzymania tajemnicy z listem wysłał do stryjecznego brata o mil sześć, a bratu zalecił aby sobie z nim robił co chce, a do domu go nie puszczał. W godzin kilka jechał po Dygowskiego, który był prawnikiem Skórskiego oddawna. Należał on do tego kółka ludzi życie lubiących, jakimkolwiek bądź kosztem, — do którego i p. Michał Skórski się liczył. Karty, butelka, przyjemne próżniacze towarzystwo, składały się na żywot i sprawy pana Godziemby-Dygowskiego, z powołania prawnika, a niegdyś młodzieńca wielkich nadzieij. W istocie był to człowiek zdolności rzadkich, objęcia łatwego, wielkiéj i trafnéj logiki, o którą u nas niezmiernie trudno — ale wszystko to niszczyła lekkomyślność i rozpusta... Wyzwolenie z pod pewnych praw moralnych, jakkolwiekby się one mogły zdawać mniéj może ważnemi, — prowadzi zawsze za sobą sceptycyzm względem praw tych w ogóle. Tym wyłomem w sumieniu wchodzą doń sofizmata, które burzą całą jego budowę...
— Pan Godziemba-Dygowski ani się téż spostrzegł lekceważąc z razu spokój rodzin i święte węzły co je spajają — dopomagając przyjaciołom do wywijania się od wypłat, długów i zadość uczynienia zobowiązaniom — jak wkrótce potém z równą obojętnością począł wszystko co poczciwe, zacne i szlachetne lekceważyć i omijać. Gotów był jako prawnik i obrońca, nie już bronić uciśnionych i niewinnych, ale uciskających i występnych. Nie było to w nim zepsuciem można powiedziéć — ale nie przebaczoną, bezwiedną płochością. W śmiech nawykł obracać wszystko, ludzi zacnych i rzeczy święte...
Gdy mógł uczynić dobrze, robił to z równą obojętnością z jaką złe popełniał. — Olbrzymie zdolności łączyły się w nim z niezmierną lekkomyślnością.
Ze Skórskim lubili się jak dwaj ludzie, którzy jedne mają wady, a nie obawiają się by sobie wzajem zawadzać mieli.
W nocy już przybywszy Cyrkiewicz do miasteczka, zastał na nieszczęście u Dygowskiego kawalerski wieczorek. Nie pokazując się wcale, aby na siebie nie zwrócić uwagi, wywołał go zręcznie i opowiedział mu rzecz całą. — Na miłość Boga, niech pan tylko nic nie mówi, dokąd jedzie, ja z bryczką czekam w zajeździe krakowskim...
Dygowski powrócił do gości ze starym listem wyjętym z kieszeni, a niby odebranym w téj chwili, i z twarzą zafrasowaną, oznajmując im że w pewnym pilnym interesie wezwany jest za Bug do Porycka... Goście dopiwszy ponczu i pokończywszy rachunki wynieśli się zaraz do doktora Weissa, który ich zaprosił, a w godzinę Dygowski otulony płaszczem, siadał w zajeździe krakowskim na bryczkę i ruszał manowcami do Leśniczówki.
Czekał nań z herbatą Skórski...
Uściskali się serdecznie.
— Dygowski, rzekł p. Michał, wlazłem po uszy w błoto, trzeba mnie ratować. — Piérwsza rzecz mnie tu niéma i nie było, pojechałem do Warszawy i — nie powróciłem. Ty nie wiész nic więcéj.
Na Brończę wydałem weksel szulerowi, który mnie haniebnie ograł na 25,000 rubli.
Dygowski syknął. — Niech cię kaci porwą.
— Niech jego porwą nie mnie, przerwał Skórski. Na Brończéj jest Towarzystwo, są długi, obrachowawszy wszystko zostaje może trzydzieści albo 25,000 rs. czystych. — Otóż idzie o to aby Brończę zamazać tak aby... aby na niéj nie było nic...
— Nie jest to łatwem; — rzekł Dygowski siadając.
— Dla głupich wszystko trudne, ale nie dla ciebie, mój drogi, — kończył Skórski. Mnie się widzi że antidatowany skrypt, na summę 30,000, wniesiony do akt wszystko pokryje...
— Ale komuż go wydasz?
— Choćby tobie...
— Ja nie mogę.
Zaczęli myśléć i rzucać nazwiska... męczyli się długo, stosownego nic niepodobna było wynaleźć. Dygowski gotów był do owego kondyktu, ale na swe imię przyjąć go nie mógł. Warunkiem było ażeby dług prawdopodobnym się wydawał... Po długich naradach, nie było innego sposobu nad użycie Cyrkiewicza, boć nie jeden tak ekonom bogaci się kosztem pana i jego własne mu potém pieniądze pożycza, a często i z majątku wypiéra. Stanęło więc na tém aby Cyrkiewicz zastraszony niby zniknięciem pana, stare różnéj daty skrypty, teraz wniósł na hypotekę...
Układano summy, daty i gwarząc zabawiono do wieczora. — Dygowski nasłuchał się opowiadania o Warszawie, wypili parę butelek wina, ściągnięto i ekonoma dla wyuczenia go roli... i Dygowski świeżemi końmi powrócił do miasteczka...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.