Cześnikówny/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Był to ranek młodéj jeszcze wiosny. Drzewa, ledwie się rozwijać zaczynały. Wcześniejsze już się jasną okrywały zielenią, na sadach widać było jakby powłokę kwiatów białych i różowych, któremi grusze i jabłonie rzęsisto były osypane. Słońce świéciło wesoło, w powietrzu balsamiczna woń rozpękających brzóz ciągnęła z ciepłym wiatrem od lasów. Na łąkach widać było złociste łotocie, niby wzory rozrzucone na szmaragdowych kobiercach.
Ptastwo szczebiotało gwarnie, uwijając się około gniazd starych i zakładając nowe. Bociany, jaskółki, goście zdaleka opatrywali dawne siedziby i śpieszyli wyporządzić na nowe lato.
Z za płotów wychylały się krzaki bzu, już gotowe się otworzyć liliowemi bukiety, i rozesłać woń, wiosny zwiastunkę. Dzieci miejskie na ulicach biegały w koszulinach, szczęśliwe, że je promienie słońca odgrzéwały do życia.
W małém miasteczku nadbużném, w tę niedzielę przewodnią był właśnie targ i zjazd, bo w kościołku odpust uroczysty. Więc ze wsi okolicznych zjechali się włościanie, z czém kto miał na przednówku, — najwięcéj z bydełkiem i domową hodowlą, bo ziarna mało co kto miał na sprzedaż. Ale gwarno było w rynku około gospody, i na cmentarzu przy kościele, i po uliczkach miejskich, i przy mnogich domach żydowskich, i około bud a kramów otwartych, przed któremi kraśne chustki i wywieszone buty długie, i rozstawione garnki, i nagromadzone sita i przetaki widać było.
Właśnie się w kościołku nabożeństwo skończyło; nabożny lud, szlachta okoliczna, ekonomowie wąsaci rozchodzić się zaczynali, szukając bryczek swoich i koni; część zamożniejsza popasała po gospodach, a skromniejsze zaprzęgi stały w rynku, torby koniom poprzywieszawszy.
Pomimo że wszędzie było pełno, największy jednak tłum gromadził się około Chaimowego domu; a zdala trudno to sobie wytłumaczyć było. Znać tam widowisko ludzie mieli jakieś, bo spinali się na palce, włazili na wozy, i jedni śmieli się i klaskali w dłonie, drudzy posępnie jakoś patrzyli; a ciekawych coraz więcéj przybywało.
Przed gospodą Chaimową było podsienie na słupach rzeźbionych sparte, obszerne, przez które zajeżdżało się do szopy. Tu się znać odegrywał ów jakiś dramat miejski, który coraz więcéj ściągał widzów. Że to był dzień targowy, odpustowy i wiosenny a świąteczny, można było przypuścić; iż tam dwu podpiłych zwadziło się, i poszło na słowa lub na pięście. Lecz w takim razie gwarby był inny, i krzyki śmiéchby zastępowały.
Zbliżywszy się dopiéro można było dojrzéć, co tak gorączkowe obudzało zajęcie. W przedsieni otoczonéj ludem, naprzeciw drzwi otwartych gospody, z których téż mnóstwo głów żydowskich wyglądało, i wrót od szopy pełnych woźnic i panów, zwijała się jakby w tańcu kobiéta, śpiewając i skacząc wesoło, a nie zważając i zdając się nie widziéć nawet szydersko jéj poklaskującego tłumu.
Wyglądała dziwnie. Była nie młoda, choć wieku na zwiędłéj twarzy nikt nie rozpoznałby; rysy świadczyły o niepospolitéj niegdyś piękności, lecz jakby zgniecionéj i zmiętéj dłonią czasu i ogniem namiętności, zdziczałéj od szału. Zaczerwieniona skóra, obłąkany wzrok dawały poznać łatwo, że nie była przytomną. Stare, odarte okrywały ją łachmany sukni, zszarzane, zbłocone, połatane, podziurawione. Kubrak wisiał na niéj strzępami, na nogach miała dziurawe, zczerniałe pończochy i rodzaj chodaków sznurami powiązanych. Włosy w nieładzie, rozczochrane, bujne, spadały w części na plecy, w części nieforemnie pogniecione, oplatał rodzaj wieńca z łotoci i innych kwiatów polnych... Powpinane te ozdoby spadały jéj na skronie. Chusta, która z głowy na szyję się zsunęła, wisiała na niéj tak nieforemnie, jak cała odzież nieszczęśliwéj, w któréj licu obłąkanie i pijaństwo dziwnym się malowały wyrazem.

Znać sen jakiś młodości wionął na nią z wiosenném powietrzem, bo się uśmiéchały spalone, usta, i przymrużone oczy czarne patrzyły łzawo... Rękami z obu stron ująwszy łachmany sukni jakby najdroższe stroje, z wdziękiem dziwnie odbijającym od nędzy i wieku, drobniuchno skakała i biegała, zwijając się obłąkana. Nie widziała nikogo, cienie jakieś
Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny page009.png
otaczać ją musiały. Z ust to się głośniejsza, schrypła odzywała piosenka, to mruczenie i śmiéch wesoły. Ludzie patrzyli i poklaskiwali nielitościwie. Dzieci się urągały biednéj kobiecie. Poważniejsi tylko, z wlepionym w nią wzrokiem, zdawali się chciéć odgadywać straszny dramat jakiś, którego te skoki były zakończeniem.

Nagle kobieta obudzona wrzawą, obejrzała się; oczy jéj dopiéro teraz zdawały się rozpatrywać w tłumie, którego była urągowiskiem. Zarumieniła się bardziéj jeszcze... ręce opuściły suknię... podniosła je do góry i wzięła się jedną w bok, drugą poprawiając upadające na czoło kwiaty łotoci.
— Łotry! chamy! zbóje! hę! czego się śmiejecie? czego? Co to mi tańcować nie wolno? Przeciem szlachcianka i cześnikówna... Żydzie! Judaszu! wódki!..
Poczęła szukać po kieszeniach wywracając je... Wypadła biała dwuzłotówka, nogą potrąciła ją dojącego chłopaka.
— Podaj kwartę! słyszysz...
Żydek się schylił, podniósł pieniądz, a starszy podał mu przez głowy stojących wódkę i kieliszek.
Czarkę pełną poniosła do ust kobieta, wypiła ją duszkiem i splunęła...
— Resztę częstuj... niech znają cześnikównę... Hopsa sa! hopsa sa!..
I poczęła znowu, zwijając się i przeginając, swój taniec, w którym jakieś ślady umiejętności i wdzięku dostrzedz jeszcze było można.
Żydek bliższych częstował, ale oprócz ostatniéj hołoty, nikt wódki téj pić nie chciał.
Kobiéta zaczęła śpiewać coraz głośniéj, kręcić się coraz szybciéj, szał ją opanował jakiś, łachmany rozwiane szeroko zwijały się z nią razem, nareszcie zdyszana padła na ziemię. Szczęściem, że kupka słomy leżała tam, gdzie głową trafiła. Porwała się prędko i usiadła. Rozsypane kwiaty zdawały się ją najwięcéj zajmować; zbierała je skrzętnie i drżącą ręką wkładała znowu w rozczochrane włosy. Twarz jéj przybrała wyraz smętny i dumny.
Podparła się na jednym ręku i pocichu zaczęła nucić:

Już miesiąc zeszedł, psy się uśpiły...

Głos z początku silniejszy zamierał na ustach, powtórzyła razy kilka:
— Filon mój miły, — i powieki kleić się jéj zaczęły... Usypiała.
Tłum stał milczący, z szyderstwa przeszedłszy w zadumę. Cicho było na chwilę, potém zaczęto szeptać i gwarzyć, odchodzili niektórzy, przypatrywali się drudzy uśpionéj, z sukniami w nieładzie, z zaognioną od trunku twarzą, nieszczęśliwéj. Żydowskie dzieci obstąpiły ją do koła kopiąc nogami. Gospodarz wcale nie był rad, że mu drogę do zajazdu zawaliła uśpiona. Ale dobudzić się jéj teraz nie było sposobu; odurzona mruczała coś niezrozumiale, usta jéj uśmiéchały się dziwnie, ręce drgały, a oczu otworzyć nie mogła...
Właśnie w chwili gdy się to stało, powóz cztérema końmi zaprzężony, podróżny, z tłomokami, wyminąwszy z trudnością wozy, nagromadzone na rynku, zbliżył się do domostwa Chaima i zatrzymał przed niém. Służący zeskoczył aby zobaczyć, czy zajechać było można; poruszyli się żydzi zapraszając, ale na drodze leżała owa kobiéta. Z powozu wyjrzała głowa zakwefiona, średnich lat pani, która chwilę popatrzywszy, kazała sobie drzwiczki otworzyć i dosyć lekko wyskoczyła. Wytworny jéj ubiór, piękna kibić, rysy twarzy uderzającego wdzięku, pański chód — jakby czarodziejską różdżką rozpędziły tłum zgromadzony tak, że przejść mogła do gospody, nie czekając nim się uprzątnie przeszkoda; i powóz do sieni się zatoczył. Gospodarz czapkę zdjąwszy, poprzedzał ku drzwiom piękną panią. Już do nich dochodziła, gdy przypadkowo rzuciwszy okiem w bok, postrzegła leżącą na słomie kobietę, z kwiatkami zwiędłemi we włosach. Ciekawość czy litość wstrzymały ją, zawahała się i postąpiła kroków kilka, aby się bliżéj téj nieszczęśliwéj przypatrzéć.
Pijaczka leżała twarzą do góry tak, że jéj rysy oblane krwawym rumieńcem, policzki zwiędłe, usta otwarte z resztką zębów pokruszonych, pomarszczoną szyję i sfałdowane czoło, i wyraz tego oblicza stężałego w jakimś marzeniu — można było widziéć dobrze. Piękna pani wytężyła wzrok, całe jéj ciało drgnęło, z ust dobył się okrzyk niezrozumiały, obie ręce, jakby odpychając widziadło, wyprężyła przed siebie; śmiertelna bladość okryła jéj twarz, i służący stojący blizko, ledwie miał czas podbiedz i podchwycić ją, gdyż przerażona widokiem téj nędzy — omdlała.
Zamieszanie stało się wielkie... z powozu nadbiegła podżyła służąca, ręce załamując i śpiesząc do pani. Kilka osób podtrzymywało już osłabłą, którą na rękach prawie wniesiono do oczyszczonego na prędce gościnnego pokoju.
Tymczasem ogromny spór i wrzawa powstała między żydami, furmanem i przytomnymi. Zabierano się pijaczkę na gnój za gospodę wyrzucić, inni chcieli posyłać do straży i policyi, żydzi kopali nogami śpiącą... Ta ile razy przebudziła się ze snu, uśmiéchały się jéj usta, i mruczała coś niby słodkie wyrazy jakieś i szepty miłośne...
Miało się skończyć na tém, że gospodarz najął ludzi, którzy mu się obiecali pijaną wynieść za dom; gdy przez tłum przecisnął się wysoki mężczyzna, odziany jak ubogi szlachcic czynszowy. Odziany był w szewcką kapotę, siwą, naszywaną sznurami, długie buty i czapkę baranią. Na szyi wyschłéj stérczała głowa z twarzą żółtą, pomarszczoną, surowego wyrazu, z oczami czarnemi, dzikiemi o brwiach nawisłych. Szedł milczący z rękami w kieszeniach, i zdaleka już postrzegłszy leżącą kobietę, w milczeniu dźwignąwszy ramionami, przecisnął się przez stojących aż do niéj. Chwilę patrzył na nią nie mówiąc słowa. Usta mu się tylko wydęły i przybrały nieodgadniony wyraz litości i smutku. Właśnie ludzie najęci mieli pochwycić kobietę, gdy szlachcic porywczo zawołał:
— Wara mi!
Chaim się zbliżył chcąc coś powiedziéć, szlachcic nań popatrzył surowo.
— Zanieść ją na mój wóz! — rzekł sucho i rozkazująco... — Ot tam stoi; — dodał wskazując biczyskiem; — słyszycie....
Potém obrócił się do żyda i do tłumu razem.
— Ludziska bez wnętrzności! — zawołał, wódki dać obłąkanemu aby sobie z nieszczęścia robić pośmiewisko. Tyś żyd aleś człowiek... a gdzie sumienie? — a u was gdzie serce i miłosierdzie?.. I to się zowią ludzie. Starzy, — a bez bojaźni Bożéj, młodzi, — a bez wstydu... Tfu!!
Wszyscy zmilkli, bo wszyscy sprawiedliwość słów tych poczuli; niektórzy z rumieńcem po cichu ustąpili, aby ich nie postrzeżono. Ci, którzy mieli nieść kobiétę do wozu, a zabierali się do téj czynności zrazu dziko i porywczo, przystąpili teraz pomrukując, ostrożnie i widocznie rozważając, jakby się to uczynić dało poczciwie i skromnie.
Szlachcic stał znowu milczący; patrzył na uśpioną, a batóg, którym się podpierał, drżał mu w ręku...
Wtém ze drzwi gospody wybiegła służąca omdlałéj pani, rozglądając się do koła...
— Cóż się stało z tą nieszczęśliwą! — zawołała. Moję panią tak ten widok poruszył... że aż omdlała... bo nerwy ma słabe... Jak bo też można na drodze...
— Nie frasujcie się o nią, mruknął stary szlachcic; znajdzie się samarytanin co i tą niedolą się zaopiekuje... Ubogi nad ubogim...
Służąca popatrzywszy na mówiącego, całą rozbudzoną ciekawość swą niewieścią skierowała na kobiétę... wpatrując się w nią z razu z roztargnieniem, potém z coraz więcéj natężoną uwagą. Zbliżyła się nawet o ile tylko mogła, aby twarzy lepiéj się przypatrzéć, — i jakieś zdumienie odmalowało się w jéj oczach... Zdawała się nie dowierzać temu co widziała, przetarła oczy parę razy, — i odstąpiła zadumana... z kolei przypatrując się posępnemu szlachcicowi.
Przysunęła się do niego powoli, ze znacznie jakoś wygrzecznioną twarzą, widocznie w chęci zawiązania rozmowy; lecz szlachcic, który oka niespuszczał z nieszczęśliwéj kobiéty, najmniejszéj do gawędy nie zdawał się miéć ochoty.
— Pan ją zna tę nieboraczkę? — zapytała.
Szlachcic spojrzał na pytającą — i potrząsnął tylko głową.
— Ona tutejsza?..
I na to nic nie odpowiedział zaczepiony. Ludzie właśnie w téj chwili ująwszy śpiącą za nogi i pod ręce, dosyć ostrożnie, poczynającą się szamotać i bronić, nieśli powoli ku wskazanemu wozowi... Głowa jéj leżała na piersiach jednego z nich, z oczami ciągle zamkniętemi; lecz usta poruszały się i wyrazy niezrozumiałe wyrywały z nich... Uspokoiła się po chwili; — szlachcic ze spuszczoną głową poszedł za niosącymi... Służąca stała i patrzyła z ciekawością, któréj zaspokoić nie mogła.
Szczęściem, choć powierzchowność jéj wcale nie była przynęcającą, zbliżył się ku niéj palący fajeczkę, ekonomskiéj fiziognomii i postawy podżyły jegomość, i z uśmieszkiem zagadnął.
— Panna jéj nie zna?
— Ale jam tu obca i z daleka jedziemy...
— A ja choć tutejszy — téż nie wiem co za jedna... Panie Chaim — odezwał się do stojącego izraelity. — Cóż to u was tu za komedye znowu?
Żyd ramionami ruszył.
— To jest prawdziwe nieszczęście... na mój dom, bo u mnie tylko porządne ludzie bywają...
— A cóż to za jedna? co za jedna? — zapytała służąca natarczywie.
— Albo ja tam wiem — flegmatycznie odparł gospodarz, który znać nad tym wypadkiem nie chciał się bardzo rozszerzać — pijaczka, i po wszystkiem...
— Zkąd? tutejsza?
Pan Chaim poprawił niecierpliwie jarmułkę, skrzywił usta... popatrzył przed siebie, jakby myśli zbierając.
— Plącze się tu od niejakiego czasu... at! włóczęga... Kto ją tam będzie znał, zkąd to przychodzi i gdzie się to podziéwa...
— Jakże ją nazywają? — pytała przysuwając się służąca.
— Jak? ją każdy inaczéj nazywa — mruknął żyd trąc brodę... Jedni ją nazywają panną Cześnikówną... drudzy waryatką... ona sama jak wódki się napije, to każe sobie mówić — panna Róża!.. A zkąd ona te pieniądze bierze, bo nigdy nie żebrze... kto to ma wiedziéć!! Jak gdyby unikając dalszéj rozmowy żyd się zwolna odwrócił, i pociągnął ku domowi... znikając we drzwiach.
Niedaleko stał podparty o słup mieszczanin, którego po sutéj bekieszy i wysokiéj, siwéj baraniéj czapce poznać było można. Słuchał on pytań i odpowiedzi. Człek był jakiś podżyły i stateczny... Pofałdowana, wygolona twarz, na któréj najmniejsze poruszenie czytać było można, wyrażała litość jakąś i zajęcie.
— Bóg to tam wié, — odezwał się zwolna nie pytany, zkąd się to do nas to przywlokło... to biedactwo... Jéj tu naprawdę nikt nie zna. Czasem się pokaże, ot jak dziś, potańcuje, zaśpiewa, ludzi naśmieszy, nałaje i znowu zniknie; i nie ma jéj jakich niedziel kilka... Całą tę zimę nie było widać... Dziś z rana widziałem ją na prymaryi klęczącą, z rękami podniesionemi przez całą mszę świętą, to bijącą się w piersi i jęczącą na cały kościół... Potém leżała krzyżem w czasie wotywy; a gdy wyszła jakby pijana z kruchty na rynek... pobiegła nad rzekę i narwała łotoci, nawtykała jéj sobie we włosy, i śpiewając poszła do karczmy ludzi śmieszyć... Wypiła jeden po drugim kilka kieliszków, i ot jak się skończyło.
Zamilkł mieszczanin.
— A coż o niéj mówią ludzie? — pytała panna służąca...
— Każdy co innego, — zwyczajnie jak gdy nic nie wiedzą; roją sobie co komu do głowy przyjdzie. Przeszłego lata rozpowiadali, że ją w lesie spotkali, i że się włóczyła nie wychodząc z boru kilka miesięcy. Leśniczy ją nadybał śpiącą w dziupli starego dębu, o jakie dwa łokcie nad ziemią; i tam słyszę sobie była zrobiła posłanie z liści... a drapała się do barłogu jak zwierz dziki... Zwyczajnie pomięszanych zmysłów biedactwo...
Ale to nikomu nic złego nie czyni, co najwięcéj że połaje gdy się z niéj ludzie śmieją... boć to się z takiego nieszczęścia śmiać nie godzi! — Bóg tam raczy wiedziéć z czego jéj to przyszło, a pewno nie z rozkoszy ale z dopustu Bożego...
To mówiąc mieszczanin się pokłonił zlekka i odszedł w swą drogę.
Panna służąca założywszy ręce patrzyła w stronę wozu, przy którym stał szlachcic na biczysku oparty, jak gdyby go pilnował. Miała wielką ochotę pójść jeszcze poprobować, czyby się co z niego dobyć nie udało, ale twarz miała odkrytą, — a choć dawno powinna była wyrzec się wszelkiéj pretensyi do piękności, straszyło ją to wiosenne słońce, które tak prędko opala. Ze drzwi téż ukazał się wychodzący z pośpiechem służący, który ją prosił aby szła do pani. Wyrzec się więc musiała schwycenia czegoś więcéj, i wróciła na palcach do gościnnego pokoju...
Izdebka była pusta, chłodna i smętna jak więzienie... Na tarczanie, naprędce zasłanym sianem i pokrytym dywanikiem, spoczywała przybyła pani, z bladą twarzą i wzrokiem wlepionym nieruchomie w podłogę; — nie była jeszcze przyszła do siebie z wielkiego wzruszenia, które tak silnie podziałało na jéj słabe nerwy. — Gdy się drzwi otworzyły, drgnęła przestraszona, i rękę przyłożyła do czoła...
Nie była już młodą, ale wielka jéj piękność przetrwała znać wiek i życia burze... Czarne oczy nie straciły jeszcze blasku, twarz delikatnéj płci i świeżości, usta wdzięku z jakim się niegdyś uśmiechały...
Strój jéj podróżny dowodził téż, że o te resztki piękności dbać musiała; od maleńkiego trzewiczka, który okrywał nóżkę zręczną, aż do zasłonki, zastępującéj w drodze niewygodny kapelusz, wszystko było wytworne, kosztowne, wonne i eleganckie...
Rozrzucone na stole podróżne torebki i okrycia, również były kosztowne i piękne...
— Cóż się stało z kobietą? — odezwała się głosem słabym, postrzegłszy wchodzącą sługę — nie wiesz??
I czarne jéj oczy z jakąś obawą zatopiły się w twarzy przybyłéj, usiłując ją wybadać.
— Jakiś litościwy szlachcic kazał ją zanieść na swój wóz i położyć na nim... bo inaczéj toby ją źli na gnój, za karczmę wyrzucili... bez żadnego miłosierdzia.
— A nie pytałaś co to za jedna? jeszcze trwożliwszym głosem dodała kobieta...
— Owszem, proszę pani... pytałam... ale mi nikt prawie nic powiedziéć nie umiał, oprócz że obłąkana, że się po lasach włóczy, a czasem się zapija. Nikt jéj tu nie zna... Mówili mi że się Cześnikówną nazywa... i...
Nie mogła reszty dopowiedziéć służąca, gdyż w téj chwili jéj pani znowu się źle zrobiło, załamała białe ręce konwulsyjnie i padła na poduszkę. Służąca dostawszy flaszeczkę z solami, trzeźwić ją zaczęła przestraszona...
Były to jednak mdłości przechodzące, gdyż wprędce podźwignęła się kobieta i trąc skronie — zawołała jakby się tłumacząc...
— Powietrze w téj izbie okropne!.. Umilkła, spuściła oczy...
— Mówiłaś zdaje mi się, że ją nazywają Cześnikówną?..
— Tak jest — podchwyciła sługa, sądząc że panią rozerwie opowiadaniem — a ona sama słyszę nazywa siebie czasem — panną Różą...
Oczy słuchającéj błysnęły... Nie chcąc już więcéj wiedziéć, pochyliła się na poduszkę...
Sługa wcale stanu tego zrozumiéć nie mogła...
— Coby to pani zrobić? — spytała.
— Ale nic, moja Bogucka — nic — to przejdzie... wiesz że ja miewam takie mdłości. Wczoraj już czułam się niezdrową. Potrzeba mi spoczynku...
— Możebyśmy zanocowali... ale tu ta wrzawa targowa,... pewnie do późnéj nocy ludzie pić będą... Pani zdawała się wahać i walczyć z sobą, i nieodpowiedziała prędko...
— Moja Bogucka — odezwała się cicho... nie patrząc na nią — pójdź, proszę, i zobacz co się stało z tą nieszczęśliwą... Z myśli mi wyjść nie może — okropne na mnie zrobiła wrażenie... Powiadasz, że tam jakiś ubogi szlachcic się nią zaopiekował... pójdź proszę i daj mu dla niéj... od siebie... Zaczęła szukać woreczka...
— Daj... ile zechce — dodała;... a może jaką suknię, okrycie... Trzeba jéj pomódz...
— Ale ona to przepije...
Pani drgnęła usłyszawszy to...
— Co nam do tego — odezwała się głosem słabym... Pijąc, zapomni że jest nieszczęśliwą... albo ją wódka dobije... prędzéj skończy... Moja Bogucka... idź, zrób od siebie — rozumiesz... co można... nie żałuj... Ty masz dobre serce...
Połechtana tém, wybiegła natychmiast panna służąca, już tym razem nawet nie zważając na opalające słońce wiosenne. Lecz gdy z karczmy wypadłszy, szukać poczęła wozu, na którym złożono obłąkaną, już go na miejscu, w którym stał, nieznalazła. Pytała stojących, nikt nie umiał powiedzieć co się z nim stało. — Dopiéro po chwili, rozpatrując się do koła, spostrzegła, że szlachcic troskliwy znać by śpiącéj słońce nie dogrzewało, podjechał z nią pod cień, który rzucała szopa, stojąca niedaleko. Tu sparty plecami o wóz, zamyślony, stał na straży.
Panna Bogucka musiała pójść do niego. Na widok zbliżającéj się, szlachcic wąsami poruszył niecierpliwie; — trzeba było być bardzo grzeczną.
— Chciałabym w czém pomódz téj nieszczęśliwéj — odezwała się nadchodząca.
— A jakże jéj dopomódz? jak? szydersko się uśmiechając rzekł szlachcic...
— Pan się nią opiekujesz, może byś dla niéj chciał przyjąć...
— Ale ja się nią nie opiekuje — jako żywo, ofuknął szlachcic — ona się nie da nikomu sobą opiekować; to darmo. Mam litość nad nią... Gdy się przebudzi... wyskoczy z wozu... i tyleście ją widzieli...
— Choćby lepsze jéj dać okrycie?
— To je poszarpie i powala, bo się w błoto na noc spać położy.. rzekł szlachcic. Na taką dolę — mówił wzdychając, nawet najtroskliwsza opieka nie pomoże. Zamknąć ją, będzie jeszcze więcéj cierpiała, bo w miejscu usiedzieć nie może. To darmo.
— Pan ją znasz?
— Tyle co i waćpanna — odparł szlachcic ponuro. Nie pierwszy ją raz ratuję, bo mam taką naturę, że się do nie swoich rzeczy mięszam nie proszony, gdy mi się serce ściśnie... Ot — stara głupota!
W tém gdy rozmowa stawać się zaczynała głośniejszą, przebudzona znać nią kobieta, ruszyła się, wyprostowała, odgarnęła włosy z twarzy, i czarnemi oczami powiodła do koła.
— Wiosna! zawołała śmiejąc się.... Wiosna... zagląda w okienko... aż pachnie. To to już Maj! A ja tu? Na cudzym wozie... Jakim sposobem... Czy mnie myśli porwać! A! niedoczekanie... Już tego było dosyć — ja sobie swobodną być chcę... Do lasu czas... do lasu!
Żwawo porwała oburącz za drąg od wózka, podniosła się i skoczyła z siłą i zręcznością, któréjby się po niéj spodziewać nie było można.
W tym skoku ostatnie z jéj włosów łatocie na ziemię upadły, prędko schyliła się zbierać; — lecz zobaczywszy je zwiędłe, odrzuciła daleko z gniewem.
— W lesie znajdę inne... a to już tylko śmiecie... Ustroję się i będę śpiewała... tam mi wszystko wolno! Wilcy wyją, a ja śpiewam jakby jedną pieśń...
Panna Bogucka osłupiała patrząc i słuchając; szlachcic także. Spojrzała na nich.
— Co wy się mnie przypatrujecie!.. Cześnikówna jestem... a co? nikt mnie nie poznaje, takiem wyładniała... Róża! Różyczka! ale z niéj liście opadły... Nagle zbliżyła się do szlachcica, kładnąc mu rękę na ramieniu.
— Kieliszeczek wódki! hę! bo już nie mam grosza.
— A dosyć już tego! dosyć — rzekł szlachcic surowo — obraza Boża...
— Obraza Boża! ale! zmieszana odezwała się obłąkana — niby to pan Bóg taki nielitościwy, jak wy, żeby się zaraz obrażał, kiedy chory się napije, a jam chora! dalipan!
— Ludzie się z was śmieją — mruknął szlachcic.
— A ja z nich... — dygając, odparła Cześnikówna. A no! niech się śmieją! na zdrowie. Ot to mi wielki strach!.. Cha! cha!
Stali w cieniu; — wiatr wiosenny pociągał od łąk; wiatr chłodnawy, — wstrząsła się kobiéta biédna i ścisnęła ręce. Bogucka wzruszona, szybko zdjęła z ramion chustkę ciepłą, i rzuciła ją na ramiona ubogiéj; — ta zrazu stała zdumiona, i przypatrywała się ciekawie swojemu nowemu okryciu. Nie podziękowawszy nawet Boguckiéj i nie rzuciwszy okiem na nią, wciąż dotykała palcami i oglądała się po chustce; — zaczęła się obwijać i układać. Spoważniała nagle, — wyprostowała się.
Bóg zapłać! — mruknęła, nie patrząc. — Bywajcie zdrowi... Czas do lasu... już bociany przyleciały dawno, a ja do mojego gniazda nie powróciłam... Co oni na to powiedzą! Trzeba spieszyć, bo tam może gospodarstwo czeka. Do nóg upadam!
Dygnęła.
Szlachcic i panna Bogucka patrzeli, jeszcze nie wiedząc czy ją wstrzymywać; gdy obejrzawszy się tylko po miasteczku, jakby dla przypomnienia położenia, znikła im z oczów, biegnąc między domostwa i szopy...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.