Czarny orzeł (Dubrowski)/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Puszkin
Tytuł Czarny orzeł
Podtytuł (Dubrowski)
Data wydania 1926
Wydawnictwo Tow. Wydawnicze "Rój" i Księg. E. Wende S-ka
Druk Zakł. Graf. E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
PL Puszkin Aleksander - Czarny orzeł page033.jpg
ROZDZIAŁ VIII.

Czytelnik domyślił się prawdopodobnie, że córka Cyryla Piotrowicza, o której powiedzieliśmy zaledwie słów kilka, jest bohaterką naszej powieści. W epoce opisywanej przez nas miała ona lat siedemnaście i piękność jej znajdowała się w pełnym rozkwicie. Ojciec kochał ją do szaleństwa, lecz obchodził się z nią z właściwą sobie chimerycznością, to starając się dogodzić jej najmniejszym zachceniom, to strasząc ją surowem a nieraz brutalnem zachowaniem się. Pewny jej przywiązania, nigdy nie mógł zdobyć jej ufności. Przywykła ona do ukrywania przed nim swoich uczuć i myśli, gdyż nigdy nie mogła być pewna w jaki sposób zostaną przyjęte. Nie miała przyjaciółek i wyrosła w samotności. Żony i córki sąsiadów rzadko zajeżdżały do Cyryla Piotrowicza, którego zwykłe rozmowy i zabawy wymagały towarzystwa raczej męskiego, niż obecności dam. Rzadko nasza piękność zjawiała się pośród gości, ucztujących u Cyryla Piotrowicza. Ogromna bibljoteka, złożona w większej części z dzieł francuskich pisarzy 18 wieku, była do jej dyspozycji. Ojciec zaś, nigdy nie czytający nic prócz Doskonałej kucharki, nie mógł kierować wyborem jej lektury i Masza, drogą naturalną, przewertowawszy dzieła różnego rodzaju, zatrzymała się na romansach. W ten sposób doskonaliła swe wykształcenie, rozpoczęte pod kierownictwem Mamsel Miszo, której Cyryl Piotrowicz okazywał wielkie zaufanie i skłonności, którą wreszcie zmuszony był wysłać po cichu do innego majątku, gdy następstwa tej przyjaźni stały się zbyt widoczne. Mamsel Miszo zostawiła po sobie dość miłe wspomnienie. Była ona dobrą dziewczyną i nigdy nie nadużywała widocznego wpływu swego na Cyryla Piotrowicza, czem wyróżniała się od innych nałożnic, co chwila przez niego zmienianych. Sam Cyryl Piotrowicz zdawało się kochał ją więcej od innych i czarnooki chłopczyk, zbytnik dziesięcioletni, przypominający południowe rysy mamsel Miszo, wychowywał się przy nim, uznany za jego syna mimo to, że wielu bosych chłopców, podobnych jak dwie krople wody do Cyryla Piotrowicza, biegało pod jego oknami i należało do czeladzi. Cyryl Piotrowicz sprowadził z Moskwy dla swego maleńkiego Saszy nauczyciela francuza, i ów przybył do Pokrowskoje w czasie zdarzeń teraz opisywanych.
Nauczyciel ten podobał się Cyrylowi Piotrowiczowi przez swój miły wygląd i prostotę obejścia. Przedłożył on Cyrylowi Piotrowiczowi świadectwa i list od jednego z krewnych Trojekurowa, u którego przez cztery lata był guwernerem. Cyryl Piotrowicz wszystko to przejrzał i był niezadowolony z młodości owego francuza, nie dlatego, że ten miły defekt mógłby towarzyszyć brakowi cierpliwości i doświadczenia tak potrzebnego w zawodzie nauczycielskim, lecz że miał swoje wątpliwości, które postanowił mu niezwłocznie wyjawić. W tym celu kazał wezwać do siebie Maszę. (Cyryl Piotrowicz nie mówił po francusku i ona była jego tłómaczem). Podejdź Maszo, i powiedz temu musie, że przyjmuję go, tylko z warunkiem, żeby nie ośmielił się włóczyć za mojemi dziewczynkami, a jak nie, to ja go psiego syna... przetłómacz mu to, Masza“.
Masza zarumieniła się i zwróciwszy się do nauczyciela rzekła po francusku, iż ojciec ma nadzieję na jego skromne i przyzwoite zachowanie się.
Francuz skłonił się jej i odpowiedział, że ma nadzieję zasłużyć na szacunek, nawet jeśli nie znajdzie uznania.
Masza słowo w słowo przetłómaczyła to ojcu.
— Dobrze, dobrze! rzekł Cyryl Piotrowicz. Nie trzeba mu szacunku ni uznania. Jego rzeczą pilnować Saszy, uczyć gramatyki i geografji... przetłómacz mu to.
Marja złagodziła w swym przekładzie ordynarne wyrażenia ojca i Cyryl Piotrowicz odprawił swego francuza na skrzydło, w którem wyznaczono mu pokój.
Masza wcale nie zwróciła uwagi na młodego francuza. Dla niej, wychowanej w poglądach arystokratycznych nauczyciel był czemś w rodzaju służącego lub robotnika, zaś służący i robotnik nie zdawali się jej mężczyznami. Nie zauważyła też wrażenia, wywartego przez siebie na mr. Leforżu, ani jego zmieszania, ni jego drżenia, ni zmienionego głosu. Przez kilka dni z rzędu spotykała go często, nie obdarzając go większą uwagą. Niespodzianie nabrała o nim całkiem innego pojęcia.
Na dworze Cyryla Piotrowicza wychowywało się zazwyczaj kilku niedźwiadków, stanowiących jedną z głównych zabaw pokrowskiego dziedzica. Młode jeszcze niedźwiadki były sprowadzane codzień do sali gościnnej, gdzie Cyryl Piotrowicz po całych godzinach zajmował się niemi, szczując je na psy i szczenięta. Gdy podrastały trzymano je na łańcuchu w oczekiwaniu prawdziwych łowów. Czasem wyprowadzano je przed okna dworu i dawano próżną beczkę z wina, najeżoną gwoździami; niedźwiedź obwąchiwał ją, potem dotykał jej lekko, kłół się w łapy i rozwścieczywszy się trącał ją coraz silniej czem wzmagał swój ból. W końcu wpadał w szał, z rykiem rzucał się na beczkę dopóty, dopóki nie odebrano biednemu zwierzęciu przedmiotu daremnej jego wściekłości. Zdarzało się, że do wozu zaprzęgano parę niedźwiedzi i gwałtem zasadzano do niej gości, puszczając ich na bożą wolę. Lecz najlepszym figlem według Cyryla Piotrowicza był następujący. Bywało zamknął zgłodniałego niedźwiedzia w pustej izbie, przywiązawszy go sznurem do kółka, wbitego w ścianę. Sznur był długości izby, tak, że jeden tylko przeciwległy kąt był wolny od napadu strasznego zwierza. Przyprowadzano zazwyczaj nowicjusza do drzwi tej izby, nieznacznie wtrącano go do niedźwiedzia, drzwi zamykano i zostawiano nieszczęsną ofiarę sam na sam z kosmatym mieszkańcem puszczy. Biedny gość, z oberwaną połą, z odrapaną ręką, rychło odnajdował bezpieczny kąt, lecz zmuszony był nieraz stać tak trzy godziny przyciśnięty do ściany i patrzeć jak rozwścieczony zwierz skakał o dwa kroki, rwał się i usiłował dobrać się do niego. Takie to były szlachetne rozrywki rosyjskiego pana! W kilka dni po przyjeździe nauczyciela, Trojekurow przypomniał sobie i postanowił ugościć w niedźwiedziej izbie. W tym celu wezwał go pewnego razu zrana i poprowadził ciemnymi kurytarzami; nagle drzwi się otwierają, dwu służących wtrąca francuza do izby i zamykają na klucz. Otrzeźwiawszy, nauczyciel ujrzał przywiązanego niedźwiedzia; zwierz zaczął prychać, obwąchując zdala swego gościa i nagle, podniósłszy się na tylne łapy, ruszył na niego... Francuz nie stracił równowagi, nie uciekał i czekał napaści. Niedźwiedź zbliżył się; Leforż wyjął z kieszeni maleńki pistolet, włożył go w ucho głodnego zwierza i wystrzelił. Niedźwiedź zwalił się. Wszyscy się zbiegli, drzwi się otwarły — Cyryl Piotrowicz wszedł zdumiony rozwiązaniem swego żartu.
Cyryl Piotrowicz pragnął natychmiast wyjaśnienia całej sprawy. Kto uprzedził Leforża o przygotowanym dla niego żarcie, lub też dla czego miał on nabity pistolet w kieszeni. Posłał po Maszę. Masza przybiegła i przetłómaczyła francuzowi pytania ojca.
— Nic nie słyszałem o niedźwiedziu, odpowiadał Leforż; lecz zawsze mam przy sobie pistolety, ponieważ nie mam zamiaru znosić obrazy, za którą skutkiem mego pochodzenia nie mogę żądać satysfakcji.
Masza patrzyła na niego ze zdumieniem i przełożyła jego słowa Cyrylowi Piotrowiczowi. Cyryl Piotrowicz nic nie odpowiadał, kazał wyciągnąć niedźwiedzia, zdjąć z niego skórę, a potem zwróciwszy się do swych ludzi, rzekł: „ot chwat, nie stchórzył na miły Bóg, nie stchórzył“. Od tej chwili polubił Leforża i nie chciał go już wystawiać na próbę.
Ale wypadek ten wywarł jeszcze większe wrażenie na Marji Cyrylównie. Wyobraźnia jej została uderzona: widziała martwego niedźwiedzia i Leforża, stojącego nad nim i spokojnie z nią rozmawiającego. Zrozumiała, że odwaga i dumne poczucie honoru nie jest własnością wyłączną jednego stanu i od tej pory zaczęła okazywać młodemu nauczycielowi szacunek, który z godziny na godzinę pogłębiał się. Nawiązały się pomiędzy nimi pewne stosunki. Masza miała przepiękny głos i wielkie zdolności muzykalne; Leforż zaproponował jej lekcje. Po tem nietrudno już będzie domyśleć się czytelnikowi, że Masza zakochała się, nie przyznając się jeszcze sama do tego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Puszkin i tłumacza: Antoni Lange.