Czarny Gerard/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Czarny Gerard
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Data wydania 1926
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV
ZDOBYCIE HACJENDY

W kilka dni później równina, ciągnąca się na północo-zachód od Monclovy, zadrżała pod uderzeniami kopyt galopujących koni.
Trzystu jeźdźców gnało w szalonym pośpiechu przez rozległą prerję, porośniętą krótkiemi, cienkiemi trawami. Mieli różnorodne ubrania i broń różnego rodzaju, mimo to tworzyli zwarty, skoordynowany oddział.
Na czele jechało trzech jeźdźców, dwóch starszych, jeden młodszy. Jednym ze starszych był Pablo Cortejo, młodszym zaś — córka jego, Józefa, ubrana w strój męski i po męsku siedząca na koniu. Ze sposobu trzymania się w siodle poznać było, że pozycja niezbyt jej odpowiada. Trzeci jeździec był nieco młodszy od Corteja. Twarz miał niezwykle brzydką i odstraszającą; uzbrojony od stóp do głów, wyglądał na człowieka, z którym niebezpiecznie się zetknąć. Patrzył wdal bystrym wzrokiem; od czasu do czasu rzucał dokoła niespokojne spojrzenia.
Przerywając milczenie, zaklął siarczyście i dodał:
— Kiedyż wreszcie skończy się ta przeklęta jazda, sennor Cortejo?
— Jeszcze trochę cierpliwości — odparł Cortejo. — Za chwilę skręcimy w lewo, wtedy będzie można zsiąść z koni.
— Nie widzę hacjendy.
— Patrzcie dobrze w lewą stronę. Czy widzicie ciemne pasma na horyzoncie? To las.
— Las? Chcecie więc w lesie zsiąść z koni? Dałem wam ludzi, aby pobrać łupy, a nie poto, aby się tłuc po lasach.
— Któż od was tego wymaga? W lesie zatrzymamy się na krótko.
— Zbyteczna zwłoka.
— Tak uważacie? A jeżeli Francuzi kwaterują w hacjendzie?
— Do pioruna, macie rację! Wszędzie ich pełno. Ale hacjenda leży na ustroniu. Czegóż Francuzi mieliby tam szukać?
— To prawda, leży na odludziu, ale w każdym razie niedaleko zdobytej Monclovy. Nie byłoby więc nic dziwnego, gdyby nieprzyjaciel zajął hacjendę i rozlokował tam przednie straże.
— Przypuszczam, że straże te nie byłyby zbyt silne.
— Trudno przewidzieć. Trzeba się jednak i z tem liczyć, że nieprzyjaciel obwaruje hacjendę.
— Może macie słuszność. Wyślijmy więc kogoś na zwiady. Musimy jednak jechać ostro, aby jak najszybciej dotrzeć do lasu. — —
Hacjenda del Erina wyglądała tak samo, jak przed laty, z tą tylko różnicą, że była w ręku Francuzów.
Za czemś w rodzaju obwarowania stał posterunek francuski; w podwórzu biwakowali żołnierze, których zadaniem było ochraniać hacjendę. Dowodził kapitan.
Kapitan siedział właśnie na górze w jadalni i gawędził z hacjenderem i starą Marją Hermoyes.
Pedro Arbellez leżał w hamaku bardzo wyczerpany. Znacznie się postarzał od czasu utraty dziecka. Długie, białe jak śnieg włosy opadały mu aż na ramiona; cały był zasuszony i zgięty.
Włosy Marji Hermoyes pokrywała również siwizna, wyglądała jednak o wiele zdrowiej i mocniej, niż hacjendero.
Niemłody kapitan był człowiekiem przeciętnym, ani dobrym ani złym, głowę miał nienajtęższą, ale też nie do pozłoty. Przed chwilą wyszedł z pokoju jeden z żołnierzy, który wręczył mu zalakowany papier, przywieziony przez jakiegoś kawalerzystę.
— Pozwoli pan, że odczytam list, — rzekł kapitan do Arbelleza. — Służba przedewszystkiem.
Otworzył list; w miarę czytania, twarz nabierała wyrazu zdumienia. Wreszcie skończył, złożył papier, schował do kieszeni i rzekł:
— Otrzymałem wiadomość poczęści przyjemną, poczęści zaś niemiłą.
Arbellez spojrzał nań, ani słowem nie zachęcając do dalszych wyjaśnień. Wystrzegał się w obecności Francuzów każdego słowa, któreby mogło wskazywać, że jest gorącym patrjotą i przyjacielem Juareza.
— Wiem doskonale, — ciągnął Francuz — że nie jest pan dla nas wrogo usposobiony, dlatego też zakomunikuję sennorowi treść pisma. Wiadomo panu zapewne, jak daleko wojska nasze dotarły w głąb kraju?
— Aż do Chihuahua — odparł hacjendero, tłumiąc westchnienie.
— Tak jest. Słyszeliście również, że eks-prezydent Juarez uciekł aż na kresy kraju?
— Tak. Schronił się w El Paso del Norte.
— Zadaniem naszem było przepędzić go stamtąd. Postanowiliśmy albo wziąć Juareza do niewoli, albo też przegnać do Ameryki Północnej. To się nareszcie stało.
— Naprawdę? Dostał się do niewoli?
— Niestety, nie.
— A więc przestąpił granicę?
— Tak jest. Jak mi donoszą, Paso del Norte dostało się w nasze ręce. Znacie fort Guadelupę, leżący nad Rio Grande?
— Owszem, znam, — odparł hacjendero, przysłuchujący się kapitanowi z wielką uwagą.
— Guadelupa wpadła nam również w ręce. W ten sposób jesteśmy panami całej granicy północnej. Jak mi donoszą w piśmie, wręczonem przed chwilą przez żołnierza, odnieśliśmy cały szereg zwycięstw. Zdobyliśmy Paso del Norte i Guadelupę, w pewnym wąwozie wybiliśmy co do nogi oddział, złożony z tysiąca strzelców i Apaczów, ponadto wzięliśmy do niewoli niejakiego Hannerta, generała Stanów, który wiózł pieniądze dla Juareza.
Ukrywając z trudem przerażenie, Arbellez zapytał:
— Jesteście już w posiadaniu tych pieniędzy?
— Oczywiście. Piszą mi, właśnie, że to sumka paru miljonów.
— Winszuję, sennor capitano.
— Dziękuję, monsieur, z całego serca.
Wszedł jakiś podoficer, prowadząc skromnie ubranego człowieka, powierzchowności Bogu ducha winnej, i rzekł:
— Panie kapitanie, człowiek ten przybył przed chwilą. Powiada, że chciałby pomówić z hacjenderem.
Podczas meldunku kapitan patrzył na podoficera. Przybysz mógł więc dać znak hacjenderowi. Arbellez nie rozumiał wprawdzie, co znak wyraża, ale domyślił się, że przybysz się ukrywa przed Francuzami.
Kapitan zagadnął nieznajomego:
— Czuwamy tu jako straż przednia — nie wolno nam nikogo przepuszczać. Kim jesteś?
— Jestem biednym vaquerem z okolic Castanuela — odparł zapytany.
— Czego szukasz?
— Panu memu zdarzyło się nieszczęście. Kilka najlepszych trzód uciekło mu wraz z bawołami, nie potrzebuje więc tylu pastuchów, co dotychczas. Zwolnił paru, do których i ja, niestety, należę. Słyszałem, że sennor Arbellez dobrze płaci i dobrze obchodzi się z ludźmi. Przychodzę z zapytaniem, czy nie mógłbym znaleźć zajęcia.
— Masz jakiś dokument, kartę zwolnienia ze służby?
Przez twarz vaquera przemknął dziwny uśmiech, odparł jednak pokornie:
— Może takie zwyczaje panują we Francji, sennor; w Meksyku nikt o to nie pyta. Wyśmianoby mnie, gdybym zażądał świadectwa.
— Niestety, muszę się trzymać przepisów i nic mnie nie obchodzą wasze zwyczaje. Wolno mi wpuszczać tylko takich ludzi, którzy posiadają dokumenty.
Arbellez nie znał wprawdzie przybysza, postanowił jednak pomóc mu, więc rzekł:
— Ten człowiek nie potrzebuje dokumentów, sennor. Ręczę za niego.
— Pan go zna?
— Tak jest.
— To co innego, monsieur. Pamięta pan również jego nazwisko?
Hacjendero postanowił wymienić pierwsze lepsze nazwisko.
— Oczywiście; pamiętam. Nazywa się Ovidio Rebando. Brat jego niegdyś służył u mnie; byłem z niego bardzo zadowolony.
— Więc ma pan zamiar wziąć go na służbę, monsieur? Dobrze, zgadzam się. Wciągnę go na listę mieszkańców hacjendy.
— Dziękuję bardzo i przepraszam, że tyle kłopotu panu sprawiam.
— Bagatela — odparł oficer, podążając ku drzwiom. — Gdybym miał tylko takie kłopoty, obowiązki komendanta straży przedniej byłyby dziecinną zabawką. Chciałem panu jeszcze powiedzieć, że może już wkrótce będziemy musieli się rozstać.
— Żałowałbym tego bardzo, sennor, — rzekł Arbellez z ukrywanym przymusem.
— Przegrupowania wojsk są w toku. Zapewne rozpoczniemy jakiś nowy wielki atak. Otrzymałem rozkaz, abym zarządził zbrojne pogotowie.
— A więc może nas pan wkrótce opuści?
— Może dziś, może jutro. To trudno przewidzieć. Rozkaz z głównej kwatery dociera do tego odludzia po kilku dniach. Adieu, monsieur.
Kapitan wyszedł. Nie uświadamiał sobie wcale, że planowana ofensywa i zbrojne pogotowie przeczą zwycięstwom, o których opowiadał. — —
Arbellez i Marja Hermoyes pozostali sami z wrzekomym vaquerem.
— No i cóż, mój przyjacielu? Mam nadzieję, że jesteś ze mnie zadowolony, — rzekł hacjendero. — Dla ciebie wszak dopuściłem się kłamstwa.
— Dzięki wam, sennor, — odparł nieznajomy. — Mam wrażenie, że zdołam usprawiedliwić to drobne kłamstwo. Fakt, iż wasza hacjenda została obsadzona przez Francuzów, zaskoczył mnie.
— Nie wiedziałeś o tem?
— Nie. A kiedy się dowiedziałem, nie przyszło mi na myśl, iż Francuzi zechcą mnie przesłuchiwać. Żądać dokumentów i świadectw w Meksyku, to rzecz niesłychana!
Zaczął się śmiać głośno; Arbellez wtórował.
— A teraz powiedz mi, kim właściwie jesteś, — rzekł w końcu.
— Nazywam się Armandos. Przybywam z Oaxaca.
— Z Oaxaca? Stamtąd, gdzie wybuchło powstanie?
— Słyszał pan zapewne o generale Porfirio Diazie?
— Bardzo wiele. To najwierniejszy, najwaleczniejszy generał w całym Meksyku i podobno człowiek niezwykle uczciwy, a takiego, niestety, rzadko spotyka się w naszym kraju.
— Czy słyszał sennor o tem, że Diaz podniósł oręż przeciw Francji? Atakuje Francuzów od południa; chciałby, aby Juarez i generał Eskobedo uderzyli od północy.
— Wielkie nieba! Gdybyż to było możliwe!
— Czemu nie? Diaz powierzył mi ważne wiadomości. Mam je wręczyć prezydentowi.
— Ach, jesteś więc gońcem generała? — rzekł Arbellez zdumiony.
— Tak, sennor. Przybywam z południa; jechałem bez przerwy. Trzeba było niemało sprytu i ostrożności, by przedrzeć się przez prowincje, obsadzone przez wroga. Upadam z wyczerpania; muszę dzień, lub dwa wypocząć. Opowiadano mi o panu, jako o dobrym i wiernym patrjocie, postanowiłem więc zaapelować do pańskiej gościnności.
— Postąpiłeś słusznie. Jesteś mi nader miłym gościem. Mam wrażenie, że nie powinieneś się obawiać ani o siebie, ani o listy, mimo, iż przebywasz pośród Francuzów. Czy mam przechować listy, które wieziesz?
— O nie, sennor. To zbyteczne. Ukryłem je tak przezornie, że nic nie znajdą. Dziękuję za dobre chęci.
— Gdzie, zdaniem twojem, będziesz mógł spotkać Juareza?
— Wpobliżu północnej granicy.
— Muszę ci zakomunikować przykrą nowinę. Capitano otrzymał przed chwilą wiadomość, iż Francuzi wyparli prezydenta z El Paso.
— Niech ich djabli porwą! Mam teraz podwójnie trudne zadanie.
— Racja, drogi przyjacielu. Będziesz się musiał dowiedzieć, gdzie Juarez obecnie przebywa.
— Pojadę do El Paso; mam nadzieję, że się tam dowiem.
— Ależ to niebezpieczna sprawa.
— Przywykłem do niebezpieczeństw.
— Spodziewam się. Tchórzowi Diaz nie powierzyłby tak ważnej misji. Masz dobrego konia?
— Znośnego, ale wyczerpała go długa droga.
— Rozejrzyj się za innym po moich stadninach.
— Dziękuję, sennor. Opowiem Juarezowi, że okazał mi pan pomoc. Gdzie się tutaj mam rozgościć?
— To w zupełności zależy od ciebie. Czy jesteś istotnie tylko vaquerem?
— Hm. Musiałem tak powiedzieć.
— W takim razie musisz w dalszym ciągu grać tę rolę. Przyjąłem cię na służbę — przystaniesz więc do vaquerów. Sypiają albo w suterenie, albo przed domem, pod gołem niebem.
— Będę mógł swobodnie się poruszać?
— Oczywiście. Ponieważ jednak jesteś vaquerem, nie możesz tutaj dłużej pozostać. Moi ludzie dadzą ci posiłek. Czy masz jeszcze jakieś życzenie?
— Nie potrzeba mi nic, prócz spokoju i lepszego konia. Ponieważ przyrzekliście mi jedno i drugie, niczego więcej nie pragnę.
Gdy się drzwi za nieznajomym zamknęły, Marja Hermoyes rzekła:
— Sennor, czy zdaje sobie pan sprawę, że ryzykujesz wiele? Gdyby Francuzi odkryli, że człowiek ten jest wysłannikiem Diaza?
— Byłoby to nieprzyjemne. Lecz cóż mnie mogłoby się stać?
— Oświadczyliście przecież, że znacie tego vaquera i jego brata.
— No i cóż z tego? Czyż musiałem wiedzieć, iż człowiek, który wstępuje do mnie w służbę, jest emisarjuszem?
— Hm. Czyście mu się dokładnie przyjrzeli? Jak się wam podobał?
— Jak mi się podobał? Nie jestem przecież kobietą, sennora, — odparł żartobliwie Arbellez.
Marja Hermoyes uśmiechnęła się; po chwili ciągnęła dalej zatroskanym głosem:
— Ależ nie o tem myślałam. Obserwowaliście jego wzrok? Nie podoba mi się to ruchliwe spojrzenie.
— No tak. Rozglądał się niespokojnie po pokoju: miałem wrażenie, że czegoś szuka i nie może znaleźć.
— Zauważyłam to również. Wzrok ma fałszywy, niepewny. Nie miałabym do niego zaufania.
— Przecież to tylko goniec. Odpocznie u nas i ruszy w dalszą drogę. Cóż mi do tego, czy to dobry człowiek, czy zły.
Wrzekomy Armandos rozgościł się wśród pasterzy bawołów w suterenie. Nakarmili go, napoili i wdali się z nim w rozmowę, z której dowiedział się wszystkiego, co mu było potrzebne.
Po jakimś czasie opuścił dom i wyszedł na pole, gdzie pasterze siedzieli przy ognisku. Tutaj również zasięgnął języka. Gdy wieczór zapadł, wiedział już wszystko.
Rozciągnąwszy się na trawie i owinąwszy kocem, udawał, że śpi. Nikt nie zwracał nań uwagi co było mu bardzo na rękę.
Nadeszła północ. Vaquerzy spali snem głębokim. Armandos mógł się oddalić, nie korcąc niczyjej ciekawości. Z obawy, by go nie zauważył francuski posterunek, obszedł straże dokoła, a potem ruszył wprost przed siebie.
Po niedługim czasie spostrzegł jakąś ciemną masę.
— Stać! Kto tam? — rozległo się teraz.
Tą ciemną masą byli zbici ludzie, których szukał.
— To ja, Armandos, — odparł.
— Nareszcie.
Słowo to rzucił Cortejo. Zbliżył się do Armandosa wraz z córką i Meksykaninem szpetnej powierzchowności.
— Jak się zapowiada? — spytał.
— I źle i dobrze — odparł goniec. — Hacjenda jest w ręku Francuzów. Naliczyłem ich około trzydziestu.
— To wcale nieźle. Któż dowodzi?
— Powiem capitano, który niezbyt wygląda na bohatera.
— Poradzimy z nim sobie. Dlaczego obsadzili właśnie hacjendę del Erina?
— Uważają ją za najbardziej wysuniętą placówkę przednią.
— To niedobrze. Stało się tak, jak przypuszczałem. Hacjenda leży nad granicą. Jeżeli ją zabierzemy Francuzom, przyślą nowe siły i będziemy mieli znowu walkę.
Meksykański przywódca, który milczał dotychczas, odezwał się w te słowa:
— Tak, musimy to mieć na względzie. Lecz sprawa posiada również i dobre strony. Jeżeli zawładniemy hacjendą, uzyskamy bezpośrednie połączenie z Rio Grande, a to przyniesie nam wielką korzyść.
— Racja. Wystarczy pozostawić załogę, by zdołała odeprzeć ewentualny atak Francuzów. Hacjendę chcę przeznaczyć na punkt centralny. Czy jest dobrze strzeżona?
— Bardzo niedbale — odparł szpieg. — Na czterech rogach usypano szańce, przy każdym z nich czuwa posterunek; oto wszystko. Reszta załogi leży na podwórzu i śpi jak kamień.
— A capitano?
— Zajmuje jeden z pokoi.
— Cóż robią vaquerzy?
— Część śpi w suterenie, reszta pod gołem niebem.
— Rozmawiałeś z hacjenderem?
— Owszem. To bardzo dobroduszny człowiek; wierzy we wszystko, co mu się baje. Zresztą nie trzeba się hacjendera lękać. Schorzały jest, słaby; śmierć zagląda mu w oczy.
— A więc czeka nas lekka robota. Zostawmy tu chwilowo konie i ruszajmy naprzód. Wartowników trzeba zakłuć bagnetami, aby nie robili hałasu. Potem napadniemy na resztę. Musimy zachować się jak najspokojniej, a do broni palnej uciekać tylko w ostateczności. Cóż zrobimy z pastuchami? Czy pozabijamy ich również?
— Oczywiście — zadecydowała Józefa.
— To właściwie zbyteczne — dodał Cortejo. — Zawładnąwszy hacjendą, będę potrzebował tych ludzi do obrony trzód.
— Niechaj więc pozostaną przy życiu — odparł Meksykanin. — Dla samej satysfakcji mordowania nie warto się plamić krwią. Najważniejsza rzecz, to łupy. Przypominam, że według naszego układu, wszystko, co znajdziemy w domu hacjendera, przechodzi na naszą własność.
— Z wyjątkiem hacjendera i Marji Hermoyes.
— Zgoda. Zaczynamy więc!
Po kilku minutach ruszyli w kierunku hacjendy. Otoczywszy ją kołem, Meksykanie zaczęli ostrożnie przełazić przez płot. Nie udało im się jednak zmylić czujności wartowników.
Na szańcu stał właśnie jeden ze straży i wzrokiem sondował nieprzenikniony mrok. Nagle usłyszał dziwny szelest. Nie mógł nic zobaczyć, noc bowiem była ciemna jak grób, przyłożył jednak ucho do ziemi i zaczął nasłuchiwać. Szelest dobiegał coraz głośniejszy. Słychać było kroki zbliżających się ludzi; od czasu do czasu płot trzeszczał.
Attention! Qui vive? — zawołał głośno. — Stać! Kto tam?
Leżał dalej na ziemi, trzymając broń wpogotowiu i czekał na odpowiedź. Odpowiedzi nie było. — Wypalił.
Strzał rozległ się głośnem echem. Zbudzeni żołnierze zerwali się ze snu, chwycili za broń. Było jednak za późno. Zaraz bowiem po strzale wartownika ktoś zawołał głośno:
— Do stu piorunów! Nieprzyjemny strzał, ale to nic. Naprzód, naprzód!
Słowa te wypowiedział meksykański przywódca. Kamraci jego, usłyszawszy wezwanie, przesadzili płot i rzucili się na Francuzów, których, mimo grobowych ciemności, łatwo było rozpoznać. Padło kilka strzałów, ktoś zaklął siarczyście, rozległo się kilka śmiertelnych okrzyków, wreszcie zapanowała cisza.
W kilku oknach hacjendy zapłonęło światło. Jedno otworzył kapitan, zbudzony ze snu kanonadą. W blasku świecy widać było dokładnie jego głowę.
— Cóż się dzieje na dole? Dlaczego strzelacie? — pytał.
— Strzelaliśmy, by zobaczyć twój łeb, głupcze! — zawołał z dołu Meksykanin.
Po tych słowach wycelował i nacisnął cyngiel. Kula przebiła oficerowi głowę — zginął ostatni Francuz w hacjendzie... Vaquerzy, którzy spali w suterenie, podnieśli się na odgłos pierwszych strzałów i zapalili kilka pochodni. Chcieli wybiec przed dom; przy drzwiach jednak zatrzymał ich Cortejo słowami:
— Cofnijcie się; jesteśmy waszymi przyjaciółmi!
O Dios, sennor Cortejo! — zawołał stary pastuch.
— Tak, to ja. Rozprawiliśmy się z Francuzami. Mam nadzieję, że jesteście dobrymi Meksykanami i staniecie po naszej stronie. Gdzież jest Arbellez?
— Zapewne w sypialni.
— Daj mi pochodnię.
Wziął z ręki starca długą, płonącą pochodnię. Ujrzawszy kto idzie za Cortejem, vaquero zawołał zdumiony:
— Sennorita Józefa! Co za dziwo!
Józefa nie zwracała uwagi na zdumienie vaquera. Poszła na górę razem z ojcem.
Pedro Arbellez zbudził się oczywiście na odgłos strzałów. Wyskoczywszy z łóżka, zapalił światło. Ponieważ strzały padały gęsto, był przekonany, że to poważna utarczka. Śpiesznie narzucił ubranie. Chciał właśnie opuścić pokój, gdy we drzwiach stanęła Marja Hermoyes.
— Ach, sennor, cóż się stało? — zapytała zatrwożona.
— Nie wiem — odparł.
— To przecież bitwa; słyszycie okrzyki?
— Bitwa? Z kimże mieliby walczyć Francuzi? Któżby napadał na hacjendę? To z pewnością jakieś nieporozumienie.
— Na Boga! Czy słyszycie ten krzyk?
Santa Madonna! To krzyk człowieka, któremu śmierć zagląda w oczy.
— Teraz znowu ktoś krzyknął, słyszycie?
— Słyszę kroki na schodach. Kto to być może?
Hacjendero chciał wyjść, lecz w tejże chwili ktoś otworzył drzwi. Stanęły w blasku pochodni dwie osoby.
— Cortejo! — zawołał Arbellez przerażony.
— Józefa — krzyknęła Marja Hermoyes, poznając ją mimo przebrania.
Cortejo trzymał w ręku nabity pistolet, Józefa również. Ztyłu wyłoniły się ciemne sylwetki Meksykan.
— Tak, to ja, — rzekł Cortejo. Wszedł do pokoju wraz z Józefą, zamykając drzwi za sobą.
— Na Boga, czego chcecie? — zapytał Arbellez.
— Zaraz się o tem sennor dowie. Siadajmy.
— Tak, usiądźmy, — dodała Józefa.
Usiadłszy na jednem z krzeseł, zaczęła zimnemi oczami sowy przyglądać się pogardliwie obojgu przerażonym.
— Kto ich będzie przesłuchiwał, ojcze?
— Jeżeli cię to bawi, nie mam nic przeciw temu, byś ty ich przesłuchała.
Cortejo rozłożył się w hamaku. Bawiąc się pistoletem, patrzył z wyrazem pogardy i nienawiści na Arbelleza i Marję.
Józefa opuściła lufę pistoletu i rzekła do hacjendera:
— Pytacie, czego tu chcemy? Chcemy odbyć sąd nad wami i nad tą kobietą.
Po tych słowach wskazała na Marję Hermoyes.
— Żartujecie chyba — rzekł Arbellez. — Przecież nie wyrządziliśmy wam żadnej krzywdy. Jestem zdumiony, iż was tu widzę, sennor Cortejo. Czy nie byłby pan łaskaw powiedzieć mi, czemu mam zawdzięczać odwiedziny pańskie w hacjendzie?
— Wyręczę ojca — odparła Józefa. — Czyście słyszeli o nas w ostatnich czasach?
— Owszem — rzekł hacjendero. — Oświadczam jednak zupełnie otwarcie, że nie wierzyłem w to, co mi opowiadano.
— Musicie powiedzieć, coście o nas słyszeli. Rozkazuję!
Stary hacjendero wyprostował się, jakgdyby mu lat ubyło.
— Chyba ja tylko mogę tu rozkazywać.
— Bardzo się mylicie — odparła wyniośle Józefa. — Teraz ja jestem panią hacjendy del Erina, której nas pan chciał pozbawić drogą oszustwa.
— Jeżeli będziecie przemawiać tym tonem, zawezwę vaquerów!
— Dobrze, czekamy, — odpowiedziała szyderczo Józefa.
Arbellez podszedł do drzwi. Gdy je otworzył, ujrzał kilka dzikich meksykańskich twarzy, które pełniły straż na rozkaz Corteja. Cofnął się przerażony.
— Co to jest? Czego chcą ci ludzie?
— To moja gwardja honorowa — odparła Józefa. — Oświadczam, żeśmy na czele trzystu ludzi napadli na hacjendę del Erina. Francuzów wybiliśmy co do nogi; znajdujecie się w naszej mocy.
— Ja w waszej mocy? Mylicie się, sennorita. Możecie napadać na Francuzów i zabijać ich. Ale ja jestem wolnym Meksykaninem i przed nikim się nie ugnę.
— Mylicie się; nie jesteście wolnym Meksykaninem, a poprostu naszym jeńcem. Zapamiętajcie to sobie. Czekam odpowiedzi na zapytanie, coście o nas słyszeli.
Pedro Arbellez był zaskoczony sławami Józefy. Jak to, ma być naprawdę jeńcem tych dwojga? Dawniej byłby się bronił, teraz jednak był stary, słaby, schorzały, bezsilny. Widok pistoletów w rękach Corteja i Józefy, dzikie okrzyki triumfu i nawoływania, rozlegające się na dziedzińcu, napełniły go przerażeniem.
— Mówcie! — rzekła Józefa rozkazującym tonem. — Cóżeście słyszeli?
— Słyszałem, że sennor Cortejo chce zostać prezydentem.
— Prezydentem? Ależ to mało! Chce zostać królem. Cały Meksyk będzie do niego należał. Dziś obsadzamy hacjendę, jest bowiem naszą własnością.
— Hacjenda należy do mnie; kupiłem ją.
— Gdzież dowody?
— Mam kontrakt kupna.
— To kontrakt sfałszowany. Nie kupiliście hacjendy, otrzymaliście ją tylko w podarunku. Kontrakt kupna jest pozorny.
— Gdybyście nawet mieli rację, hacjenda stanowiłaby i tak moją własność. Nawet gdybym nie miał do niej praw, przypaść musiałaby nie wam, a hrabiemu Rodriganda.
— Co należy do hrabiego, jest naszą własnością. Oczywiście, nie rozumiecie tego?
— Przeciwnie, rozumiem doskonale.
— Rozumiecie? Naprawdę? — szydziła Józefa. — Dowód to niepożytej biegłości.
— Tak, rozumiem, — odparł. — Znam dobrze wasz niecny charakter, widzę na wylot całe wielkie oszustwo. Podstawiony hrabia Alfonso, to właściwie Cortejo, na tej podstawie uważacie, że wszystko, co należy do Rodrigandów, jest również waszą własnością. Może zaprzeczycie temu?
— Czyimże to słowom mamy przeczyć? Waszym? Nie jesteście przecież przy zdrowych zmysłach, a to, co mówi obłąkany, nie wymaga ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. A więc, drogi mój panie Arbellez, powiadasz, że masz, sennor kontrakt kupna hacjendy?
— Tak, kontrakt przechowany jest w bezpiecznem miejscu.
— Przybyłam, by go od pana zażądać.
— Niema go w tym domu.
Józefa zerwała się z krzesła, zacisnęła pięści i syknęła przez zęby:
— Nie macie go w domu? Gdzież jest?
— Leży wraz z testamentem w bezpiecznem miejscu. Nie uda się wam znaleźć.
Józefa pieniła się ze złości; oczy jej płonęły nienawiścią.
— Sporządziliście testament? Zapisaliście komuś hacjendę? Któż ma dziedziczyć?
— Treść testamentu jest zawsze tajemnicą, sennorita.
— Wpakuję was do najgłębszej piwnicy. Będę katować i dręczyć. Zdechniecie z głodu.
— Śmierci się nie lękam.
Józefa roześmiała się szyderczo:
— Cierpisz na uwiąd starczy, nie wiesz, co mówisz. Gdy ci batami rzetelnie pokrwawię plecy, wygadasz wszystko, czego się chcę dowiedzieć. No, a teraz pogawędzę z tamtą!
Stara, poczciwa Marja Hermoyes przysłuchiwała się rozmowie z drżeniem i lękiem. Znając dobrze Józefę, wiedziała, czego się można po niej spodziewać; była pewna, że córka Corteja nie cofnie się przed żadnem okrucieństwem.
— Dlaczego opuściłaś Meksyk?
— Chciałam zamieszkać w hacjendzie; sennor Arbellez jest moim przyjacielem.
— A więc w Meksyku nie miałaś przyjaciół? Myśmy nimi nie byli?
Stara spuściła z zakłopotaniem oczy. Nie miała odwagi powiedzieć, że uciekła z Meksyku ze strachu. Pomogła jej Józefa słowami:
— Bałaś się nas, nieprawdaż?
Marja milczała. Józefa ciągnęła dalej:
— Miałaś rację. Gdybyś została w Meksyku, nie żyłabyś już dzisiaj. Meksyk jest miejscem niebezpiecznem i niezdrowem dla ludzi, którzy wglądają w tajemnice innych. Roztropnie postąpiłaś, uciekając. Chcę ci teraz zadać kilka pytań. Jeżeli odpowiesz zgodnie z prawdą, los twój nie będzie przynajmniej tak okrutny, jak los tego upartego starca. Czy wiadomo ci, że sporządził testament?
— Tak.
— Czy wiadomo ci, kogo ustanowił dziedzicem?
— Nie.
Słowo to wypowiedziała z drgnieniem niepewności. Józefa wrzasnęła:
— Nie kłam! Komu została zapisana hacjenda?
— Pewnej krewniaczce — wyszeptała stara lękliwie.
— Cóż to za krewniaczka?
— Córka kupca z Guadelupy. Nazywa się Pirnero.
— Pirnero? Trzeba sobie będzie zapamiętać to nazwisko. Czy wie, że ma zostać dziedziczką?
— Sennor Arbellez wysłał do niej niedawno pewnego vaquera.
— Naprawdę? Niedawno? A więc ten człowiek zapewne jeszcze nie wrócił?
— Nie.
— To dobrze. Będziemy go tutaj oczekiwać. Cóż miał oświadczyć w imieniu Arbelleza?
Marja popatrzyła kłopotliwie na hacjendera. Arbellez, pochwyciwszy jej spojrzenie, rzekł:
— Odpowiadajcie śmiało. Nie chciałbym, aby was dręczono z mego powodu.
— Więc — nalegała Józefa.
— Vaquero miał uprosić sennoritę Rezedillę, aby przybyła do hacjendy.
Józefa zawołała z rozpromienioną miną:
— A więc dziedziczka ma przybyć do del Erina? Trzeba ją będzie godnie przyjąć i złożyć życzenia z okazji, iż została dziedziczką. Czy byłaś obecną przy sporządzaniu testamentu? Gdzie go Arbellez pisał?
— Tu, w tym pokoju.
— W czyjej asyście?
— Wobec trzech sennorów, którzy przybyli konno i bawili przez dwa dni.
— Skąd przybyli ci panowie?
— Nie wiem.
— Nie kłam!
— Przysięgam na wszystkie świętości, że nie wiem.
— Ale nazwiska ich znasz?
— Jednego nazywali sennor mandatario, drugiego sennor advocatore, trzeciego sennor secretario.
— Wymieniłaś tylko piastowane przez nich godności. Czy któryś z tych ludzi zabrał testament?
— Tak jest. Sennor mandatario. Żegnając się z sennorem Arbellezem, oświadczył, iż testament będzie przechowany w bezpiecznem miejscu.
— Może któryś ze służących, lub vaquerów zna tego człowieka?
— Nie, nikt go nie zna.
— Od tego czasu nie było go tutaj?
— Nie.
Cortejo huśtał się przez cały czas w hamaku, nie odzywając się ani słowem. Zabrał głos dopiero teraz:
— Zostaw to, Józefo! Na tej drodze nie dowiesz się niczego. Arbellez musi sam wszystko wyznać. Zamkniemy go w piwnicy. Głód i pragnienie otworzą mu usta. Powie wtedy, gdzie przechowuje akt kupna, wystawi nawet na nasze żądanie pisemną prośbę, aby nam akt ten wydano.
— Chcesz czekać, póki go nie zmoże głód i pragnienie?
— Tak. Czy znasz lepszy środek?
— Oczywiście. Mam nadzieję, że mi zostawisz zupełną swobodę działania.
— Muszę wiedzieć, jaką postać przybierze ta swoboda.
— Dowiesz się o wszystkiem. Muszę jednak postawić jeszcze jedno pytanie temu panu.
Zwróciła się do Arbelleza i zapytała:
— Czy mandatario ma naprawdę wasz testament?
— Tak jest.
— Skąd pochodzi ten człowiek, gdzie mieszka?
— Tego się nie dowiecie. Nieszczęścia, których doświadczyłem, nauczyły mnie ostrożności. Przeczuwając, że niejedna klęska spotka mnie jeszcze w życiu, prosiłem tych trzech panów, aby nikomu nie mówili, kim są. Spełnili moje życzenie.
— Czy ten sam mandatario przechowuje akt kupna hacjendy?
— I tego nie powiem.
— Dowiem się za kilka dni, każę was bowiem zamknąć i morzyć głodem, dopóki nie zaczniecie gadać. Pytam więc po raz ostatni!
— Zamknijcie. Nic nie powiem — odparł starzec. — Dziwię się, że ziemia was nie pochłonie!
— Słyszałeś, ojcze? — rzekła Józefa ponuro. — Trzeba go będzie naprzód wychłostać.
— Pocóż się z tem spieszyć, moja droga? Spróbujmy najpierw uśmierzyć go głodem.
Józefa podeszła do drzwi, otworzyła i przywołała dwóch Meksykan.
— Trzeba tych dwoje zamknąć w piwnicy — rzekła. — Zwiążcie ich!
Meksykanie spojrzeli, po sobie. Jeden rzekł:
— Dobrze. Chciałbym jednak zwrócić waszą uwagę, sennorita, że nie jesteśmy pani sługusami.
Ściągnęła groźnie brwi.
— Kimże w takim razie jesteście? — zapytała szorstko.
— Obiecaliśmy walczyć za waszą sprawę, ale do usług tego rodzaju wcaleśmy się nie zobowiązywali.
— Zapłacę za nie osobno.
— To inna sprawa. Ileż ofiarujecie, sennorita?
— Złotego talara na każdego.
— Wystarczająca kwota. Zapomina pani jednak, że otrzymaliśmy rozkaz stać wpogotowiu przed drzwiami. Tymczasem inni plondrują dom, a nam nie dostaną się łupy.
— Uważacie więc, żeście powinni otrzymać jakieś odszkodowanie? Jeżeli będziecie posłuszni, nie zrobię wam krzywdy.
— Ile otrzymamy, sennorita?
— Zobaczę, jak wielkie będą łupy waszych towarzyszy. Nie kłopoczcie się; będziecie ze mnie zadowoleni.
Meksykanie związali ręce i nogi Arbelleza i Marji Hermoyes, nie spotykając się ze sprzeciwem.
Arbellez nie ruszał się wcale. Pod wpływem rozpaczy i wzburzenia, schorzały starzec zemdlał.
— Nie żyje? — zapytała chłodno Józefa.
— Zobaczę, przekonam się.
Po tych słowach jeden z Meksykan nachylił się nad hacjenderem, przybliżył twarz do jego ust i rzekł po chwili:
— Nie umarł; oddycha jeszcze.
— Oto zadatek.
Józefa wyciągnęła z jedwabnej torebki dwa złote talary.
— Dziękuję, sennorita, — rzekł Meksykanin. — Cóż mamy z nim uczynić?
— Zabierzcie oboje. Z pewnością znajdzie się piwnica, w której będzie można trzymać tę parę. Niech w niej zdychają z głodu.
Jeden z Meksykan wziął na ręce Arbelleza, drugi Marję Hermoyes, Józefa poszła za nimi. Minęli dziedziniec, na którym Meksykanie plondrowali dobytek hacjendy; weszli do piwnicy, gdzie mieli zamknąć Arbelleza i Marję. Klucz zabrała Józefa.
— Jeszcze dziś otrzymacie odszkodowanie — rzekła do obydwu Meksykan. — Nie chcę, aby wiedzieli wszyscy o tem, co się tu stało. Jeżeli będziecie milczeć, otrzymacie podwójną zapłatę.
Weszła na górę po ciemnych schodach; Meksykanie postępowali za nią wolnym krokiem. Gdy zniknęła, jeden rzekł do drugiego:
— Jestem bardzo ciekaw, ile nam zapłaci.
Towarzysz milczał. Meksykanin mówił dalej:
— Dlaczego nie odpowiadasz, hę?
Zapytany odetchnął głęboko i rzekł:
— Niech djabli porwą tę całą wyprawę!
— Jakto? Gardzisz taką zapłatą? Niewsmak ci zarobek prędki i dobry?
— Wolałbym po niego nie sięgać.
— Zwarjowałeś?
— Znasz mnie dobrze i wiesz, że nie jestem lalą i że niejedną sprawkę mam na sumieniu, któraby innym spokoju nie dawała. Zamknąłem starego z prawdziwą przyjemnością. Zapłacono mi przecież za to. Gdy jednak pomyślę, że zginie z głodu w piwnicy, żal mi go.
— Pleciesz głupstwa! Zresztą sennorita nakazała przecież trzymać tę sprawę w tajemnicy.
— Ode mnie nikt się nie dowie, to pewne.
— Ani ode mnie. Ta kobieta jest wcielonym djabłem. Biada krajowi, jeżeli ojciec jej zostanie prezydentem.
— Prezydentem? — mruknął drugi. — To wykluczone. Wszystko mi jedno, kto będzie rządził krajem. Dlaczego pomagamy Pablowi Cortejo? Nęci nas dobry żołd i życie pełne przygód, oto wszystko. Czy dlatego mamy jednak przykładać rękę do wszystkich nikczemności tego żądnego władzy człowieka?
— Masz rację. W każdym razie musimy dostać część łupów. Na wyrzuty sumienia będziemy mieli czas później. Zobaczę, jaka miarka na nas przypada.
Rozstali się.
Jeden odszedł, aby ocenić łup, drugi cichaczem, z ponurą miną, przekradł się przez plondrujących towarzyszy. Mijając róg domu, mruknął:
— Do końca życia nie zapomnę tego starca. Mam wrażenie, że będzie mi się śnić.
Idąc wciąż, kiwał głową i mówił:
— Boję się, że będzie mnie prześladował nietylko we śnie, ale i w godzinie skonania.
Stanął wreszcie, spojrzał wokoło i rzekł do siebie:
— Godzina konania... Jedni powiadają, że z nią razem kończy się wszystko, inni, że dopiero wtedy rozpoczyna się nowe życie. Do licha! Nie dobrzeby to było wstępować w tamto nowe życie z okładem wszystkich figlów, które się na tym świecie napłatało. Oj, wielki dźwigałbym ciężar! Zwłaszcza uciskałby mnie ten Arbellez za to, że zgotowałem mu śmierć głodową.
Zaczął chodzić koło domu. Znalazłszy w tylnej ścianie niewielki otwór, zatrzymał się przed nim i rzekł do siebie:
— Otwór ten prowadzi z pewnością do więzienia. Może dostarczyć im nieco jadła? Możnaby nawet spuścić na sznurku parę flaszek wody. Tak, dzisiejszego wieczora zabezpieczę sobie spokój w godzinie konania. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.