Przejdź do zawartości

Czarnoksiężnik (Calderón, tłum. Budziński, 1861)/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pedro Calderón de la Barca
Tytuł Czarnoksiężnik
Data wyd. 1861
Tłumacz Stanisław Budziński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


AKT  II.
SCENA I.
Plac przed domem Lizandra.
CYPRYAN, KLARYN i MOSKON. (Wchodzą w świątecznych szatach).

Cypryan. Myśli moje rozburzone!
Dokąd, dokąd mię niesiecie?
Zkąd ta śmiałość? czyliż wiecie,
Że wybuchy to szalone:
Gdy zuchwale jak Tytani
Aż ku niebu się piętrzycie,
A stanąwszy na zenicie
Przepadacie wnet w otchłani?
Pocom widział tę Justynę,
Cudne lice, ten wzrok szczery,
Boską światłość czwartej sfery?
Ach przeklinam tę godzinę!
Tu dwóch o nią się rozprawia,

Wzajem hańbę jej zarzuca;
A ja nie wiem kto zakłóca,
Kto z nich serce me rozkrwawia!
Rozjuszone furyi żmije
Myśl mą szarpią, jad w nią leją:
To rozpaczą, to nadzieją,
To zazdrością tylko żyję!
I w téj walce, w ciągłej męce,
Wszystko inne mi nieznanem,
Bo Justyna mym tyranem:
Jéj myśl, serce, duszę święcę. —
Pójdź Moskonie!
Moskon. Słucham panie.
Cypryan. Zobacz, czyli Lizandr w domu.
Klaryn. Nie, ja pójdę: dziś bez sromu
Moskon iść tam nie jest w stanie.
Cypryan. Zawsze śmieszne macie spory.
Klaryn. Bo się wzajem siebie boim:
Dzień dzisiejszy jest dniem moim,
On jutrzejszej panem pory.
Cypryan. Jeszcze znosić te niesnaski!
Nie, już żaden iść nie może,
Bo jak słońce na przestworze,
Tu Justyna rzuca blaski.

SCENA II.
CIŻ SAMI, oraz JUSTYNA i LIBIA. (Które dążą ku domowi).

Justyna. Nieszczęśliwam! Biada! biada!
Libio! patrz, to Cypryan stoi.
Cypryan. (Do siebie). Panem być zazdrości mojéj,
Ukryć boleść mi wypada,
Zanim rzeczy nie wyjaśnię.
Tak, mą miłość jej wypowiem;
Zazdrość ciąży mi ołowiem,
I na ustach słowo gaśnie.

(Do Justyny)

Nie na próżnom wziął te stroje:
Do stóp twoich w nich się chylę.
Okaż mi choć łaski tyle,
I przyjm korne służby moje:

W tém pociecha moja cała;
A któż wierniéj ci usłuży?
Więc mi nie daj cierpieć dłużéj,
Gdyś mi kochać zakazała.
Justyna. Widać, panie, że me słowo
Wpływu na cię miéć nie może,
Kiedy dzisiaj....
Cypryan. O, mój Boże!
Pragnie dręczyć mię na nowo.
Justyna. A więc jakże mam powiedziéć,
Że to wszystko nadaremnie
Chcieć wzajemność wzbudzić we mnie,
U drzwi mych na straży siedzieć:
Choćbyś czekał dni, miesiące,
Choćby lata, całe wieki,
Od nadziei bądź daleki:
Zawsze miłość twą odtrącę,
Bo me serce tak się zbroi.
Tak niezłomne moje zdanie,
Żem cię kochać nie jest w stanie
Aż do samej śmierci twojéj.

(Wchodzi do domu)
SCENA III.
CIŻ SAMI prócz Justyny.

Cypryan. (Do odchodzącéj Justyny).
Już się dusza ma zachwyca,
I radością już jaśnieje;
Wnet się ziszczą me nadzieje,
Niedaleka ich granica:
Bo gdy śmierci mej godzina
I Ma rozbudzić duszę twoję,
Pocznij dzielić miłość moję,
Gdyż mój skon się już poczyna.
Klaryn. Gdy mój pan jak trup zmartwiały
Leczy swe miłosne szały,
Libio! daj mi uściśnienie.
Libia. Pragnąc czyste mieć sumienie,
Nie chcę krzywdy dla Moskona:
Czy rachuba nie zmylona?
Czy do ciebie dziś należy?
Jego wtorek, twoja środa...

(Liczy na palcach)

Klaryn. Niechaj Libia mi zawierzy;
Moskon milczy a więc zgoda!
Libia. Lecz on może sam jest w błędzie?
No, dziś twoje niechże będzie.
Klaryn. A więc pójdźże w me objęcie.
Libia. (Obejmując go) Obowiązek spełniam święcie.
Moskon. Czy królowa, ma władczyni
Jutro dla mnie to uczyni;
Na ramieniu mem zawiśnie
I tak szczerze mnie uściśnie?
Libia. Żal mi ciebie, mój Moskonie!
Lecz wiesz, jestem sprawiedliwa.
A więc miłość znów prawdziwa
Jutro dla cię w mojém łonie.

(Odchodzi).
SCENA IV.
KLARYN, MOSKON, CYPRYAN.

Moskon. Lecz patrz, gdy my rozprawiamy,
Tam z myślami pan się bije;
Pójdźmy, to go podsłuchamy.

(W chwili gdy Moskon i Klaryn zbliżają się doń z dwóch przeciwnych stron, Cypryan nagle porusza rękami i trąca ich obudwu).

Cypryan. Gdy się troska w serce wpije,
Biada wtedy, nędzne życie!
Klaryn. Biada, biada!
Moskon. I mnie biada!
Nazwę biedy dać wypada
Okolicy naszéj całéj.
Cypryan. Więc wy oba tu stoicie!
Klaryn. Ja przysięgnę, że tu stałem.
Moskon. I ja także.
Cypryan. O niedolo!
Skończ raz z sercem mem zbolałém,
I śmiertelne rzuć weń strzały.
Kto w swém życiu tyle zniesie,
Szczęsny gdy nić życia rwie się..
Takie męki komuż znane?
Idźcie, ja tu sam zostanę.

Klaryn. Kiedy nie ma co się uczyć,
Pójdźmy trochę się powłóczyć.

SCENA V.
CYPRYAN. (Sam).

Niepojęte myśli ciemnie!
Nie zgnębiajcie mię o mary!
Bom uwierzyć gotów w czary,
Że duch inny wstąpił we mnie.
W bałwochwalstwie myśl ma ginie,
I duch pychy mię otoczył,
Żem dziewicę cudną zoczył,
Żem podziwiał mą boginię.
A jéj srogość może łudzi,
Jednak dreszczem mię przeszywa.
Wiem zkąd miłość ma wypływa,
Nie wiem kto mą zazdrość budzi;
Ale rozpacz rzecz niegodna,
Ona hańbą myśli męzkiéj.
Zgubą kupię krok zwycięzki,
I wychylę czarę do dna,
Bo Justynę posiąść muszę:
Twéj pomocy, piekło wzywam!
Twego wsparcia się spodziewam:
Za Justynę oddam duszę.

SCENA VI.
CYPRYAN i DJABEŁ.

Djabeł. (W głębi). Ja ją przyjmuję!

(Burza, pioruny i błyskawice).

Cypryan. Przebóg! co się dzieje!
Niebo w téj saméj chwili świeci i ciemnieje;
Dzień się mrokiem przyodziewa;
Z łona chmur i piorunów, groza się dobywa;
Niebo z górą bój toczy, jéj szczyty roztrąca;
I jak Etna gorejąca
Cały widnokrąg rozlał się w promieni morze;
Mgłą słońce, żrącą parą powietrzne przestworze!
Mądrości! czyż od ciebiem został tak zdaleka,
Że myśl moja napróżno te dziwy docieka?
Morze wspina swe bałwany,
I pędzi ponad chmury jak prąd rozhukany,

Miotąc pianę w powietrzu lekkiemi podmuchy,
Co przelata wskróś wiatru jak powiewne puchy.
Okręt wichrami miotany
Szuka ratunku w fali rozigranej:
Już zguba blizką, ale stokroć gorzéj,
Kiedy mu port zdradziecki swe wejście otworzy.
Te wołania o pomoc, te rozpaczne krzyki,
To są śmierci poprzedniki,
Która chce się nasycać swych ofiar konaniem;
Ten orkan rozpasany jéj pyszném ubraniem,
Dla niéj się niebo i ziemia zakłóca.
Burza okręt na brzeg rzuca,
Oskał rafy go zahacza,
I z nowym już żywiołem okręt walkę stacza;
Ledwie że uszedł cało z morskich wód przestrzeni,
Już piana krwią się ofiar nieszczęsnych rumieni.

(Burza wzrasta).

Głosy w głębi.
Lecimy do dna!
Djabeł. (Za sceną). Na drzewa kawale,
By spełnić mój zamiar, na brzeg się ocalę.
Cypryan. Tylko jeden się z burzy dzikiéj naigrawa,
Dobywa się z odmętu; już na brzegu stawa.
A zgubny żywioł okręt coraz bardziéj nęka:
Maszt złamany, już okręt w kawały rozpęka,
Fala go rozpiętrzona w swém łonie pochłania,
Unosząc do miękkiego trytonów posłania.
Djabeł. (Wchodzi zmoczony, jak gdyby tylko co wyszedł z wody). (Do siebie).
Żeby celów dopiąć nowych,
Trzeba było go ułudzić
I pozornie burzę wzbudzić
Na tych polach szafirowych,
I w postaci już się jawię
Innéj jak mię widział pierwéj,
Kiedy zwalczał mię bez przerwy.
Teraz lepiéj z nim się sprawię,
I sidłami go otoczę,
I uchwycę w ich okucie
Miłość wiedzy i uczucie!
Daléj więc do celu kroczę:

(Głośno)

Dobra matko, ziemio miła!
Daj opiekę, bądź ochroną
Przeciw fali, co szaloną.
Siłą na brzeg mię rzuciła.

Cypryan. Przyjacielu! jasném licem
Odtrąć ciężkich prób wspomnienia:
Pomnij, że się wszystko zmienia
To, co żyje pod księżycem.
Djabeł. Kto ty jesteś, że pod twoje
Stopy dziwny los mię rzuca?
Cypryan. Dość, że los twój mię zasmuca,
Chciéj usługi przyjąć moje:
Obym mógł żal twój ukoić!
Djabeł. Próżne chęci i żądanie:
Nic na świecie nie jest w stanie
Mojéj duszy ran zagoić.
Cypryan. Więc cóż cierpień tych przyczyną?
Djabeł. Utraciłem całe mienie;
Lecz porzucam złorzeczenie,
W niepamięci niech zaginą
Wszystkie troski, przeszłe życie.
Cypryan. Ot już burza się nie sroży,
I śród jasnych już przestworzy
Niebo błyszczy się w błękicie.
Przestrzeń morza kryształowa
Z cicha toczy swe bałwany
Bez szelestu i bez piany;
Snać się wstrząsła mórz osnowa
Na to jedno tylko mgnienie,
Żeby okręt twój pogrążyć.
Powiedz dokąd chciałeś dążyć?
Twoje imię, pochodzenie?
Djabeł. Ale niczem to rozbicie!
Twoje myśli nie dośledzą,
Usta me nie wypowiedzą,
Co kosztuje mię przybycie
Tu w tę stronę? Gdyś ciekawy,
To posłuchaj całéj sprawy.
Skutkiem dziwnych losów woli,
Jam żyjącém zjednoczeniem
Pomyślności i niedoli.
Świetném mojém urodzeniem,
Mą mądrością, memi czyny,
Tak wyniosłem się wysoko,
Że król jeden z swéj wyżyny
Zwrócił na mnie swoje oko;
Król potężny, pan nad pany:
Bo gdy gniewem owładany

To i mocarz strachem zdjęty!
A pyropy, dyamenty
Na błękitném skrzą sklepieniu
Jego gmachu. Ulubieńcem
Będąc jego, w uniesieniu
Pychy stałem się szaleńcem;
Zamarzyłem o koronie,
Chcąc na jego zasiąść tronie.
Straszna kara mię dotknęła.
Owładnięty dzikim szałem
Winy mojéj nie uznałem;
O! bo skrucha mię nie zdjęła:
Wolę ducha moc zbrodniczą
Niż uległość niewolniczą.
A znalazłszy popleczników
W tłumie jego domowników,
Wiedzion głosem zemsty srogiéj,
Sieję mordy i pożogi.
Ten głos mię wśród morza pędzi
Od krawędzi do krawędzi.
Łąką morza purpurową
Popłynąłem na okręcie,
Zeby znaleźć miejsce owo,
Gdzie człek jeden dał mi słowo:
Bo chcę żądać dotrzymania.
Burza okręt tu zagania.
I pogrąża w wód odmęcie.
Choć na morzu rozhukaném
Mogłem łatwo stać się panem
Wszystkich wiatrów, sług Eola
I zamienić na wietrzyki,
Mojéj myśli niewolniki;
Lecz nie chciałem, bo ma wola
Wcale inne ma zamiary.

(Do siebie)

Tu myśl jego już ujęta
W mojéj magii chytre pęta.

(Do Cypryana)

Gdy nie wierzysz w moje czary,
To w téj chwili blask przesłonię;
Słońce w mroku wnet utonie.
A gniew straszny zwykł mną władać!
Jam śmierć sobie gotów zadać;
Ale nie miéj żadnéj trwogi.
Ja znam wszystko i gwiazd drogi,
Wszystko co chcę zrobić zdołam:
Ot w téj chwili, gdy zawołam,

Ten szczyt, który się tak srodze
Kryje czarnych gęstwin mrokiem.
Takim wdziękiem rozpogodzę,
Że zabłyśnie przed twém okiem
Jak przecudne gór ustronie,
Choć zostanie w drzew koronie.
Oto padam na kolana
I pomocy twojéj wzywam,
Choć nie próżno się spodziewam,
Że ma mądrość niezrównana
Wszystkie twoje spełni żądze,
Że w twe serce radość wleję,
Gdy nademną tak boleje;
A gdy mówię to nie błądzę.

(Do siebie)

W jego miłość tu uderzam!

(Do Cypryana)

Jam ci wdzięczen nad pojęcie
Za serdeczne to przyjęcie.
I nic odtąd mię od ciebie
Nie oderwie, nie odtrąci:
Ani żadne losu zmiany,
Ni ciąg wieków nie zbadany,
Ni wpływ tych gwiazd, co na niebie
Życia znaczą nam wyroki,
Nic przyjaźni téj nie zmąci;
Odtąd zgodne nasze kroki.
To, com wyrzekł nic nie znaczy
Przy tém, co wzrok twój zobaczy,
Gdy się cała rzecz dokona,
Jak w méj myśli nakreślona.
Cypryan. Więc błogosławię burzy, że się wszczęła
I twe mienie pochłonęła,
Ciebie samego na ten brzeg rzuciwszy;
Bo tu doznasz odemnie przyjaźni najbliższéj,
Jeżeli tylko raczysz pozostać w gościnie:
Tak, pragnę ci mą przyjaźń dowieść w każdym czynie.
Więc bądź mym gościem, baw tu jak najdłużéj,
Bo tu ci wszystko na rozkazy służy:
Niechaj ci słodko te chwile przebiegą.
Djabeł. A więc uznajesz mię już za twojego?
Cypryan. (Obejmując go). Niech ten uścisk obustronny
Będzie pieczęcią przyjaźni dozgonnéj.

(Na stronie)

Oh! gdyby tylko to dopiąć się dało,
Żeby on swoją magię przelał we mnie całą;

I miłość moją wspierając, ta sztuka
Niosłaby ulgę sercu, jakiéj próżno szuka;
I możebym owładnął mych męczarń przyczynę,
Co mię wprawia w szaleństwo, i dla któréj ginę!
O wzdycham do tego święta!
Djabeł. (Na stronie).
Już miłość z żądzą wiedzy ujęły go w pęta.

SCENA VII.
CIŻ SAMI, oraz KLARYN i MOSKON
(Którzy wpadają każdy z innéj strony).

Klaryn. (Do Cypryana). Czy żyjesz jeszcze panie?
Moskon. Ach! jakiś ty grzeczny!
Wszakże widzisz, że żyję; jakżeś niedorzeczny!
Klaryn. Użyłem tego zwrotu zwykłego wymowy
Na dowód, że w tém cudu widzę tajemnicę,
Że mimo grad piorunów, mimo błyskawicę,
I włos mu jeden nawet nie spadł z głowy.
Moskon. I ciągle podziw zdejmuje cię taki,
Że przyjść do siebie nie możesz w téj chwili.
Cypryan. (Do djabła). Moi służący!

(Do Klaryna i Moskona).

Pocoście wrócili?
Moskon. Bo ci się chcemy dać znowu we znaki.
Djabeł. To mi weseli!
Cypryan. Tego im niebraknie,
A głupstwa robić, to każdy znich łaknie.
Moskon. (Do Cypryana). Kto to jest taki, powiedz mi pan szczerze.
Cypryan. To mój gość miły, niech cię strach nie bierze.
Klaryn. Na cóż wieść gości w zacisze domowe?
Cypryan. Ocenić jego, to nad twoją głowę.
Klaryn. Pan weźmiesz po nim spadek?
Moskon. Co też ten człek prawi?
Nie tak prędko, jak myślisz: on tu z rok zabawi.
Klaryn. I zkądże ty to wnosisz?

Moskon. Gdy kto niespodzianie
W gościnę przyjdzie, dymu po nim nie zostanie;
A ten...
Klaryn. No, mówże!
Moskon. Wiele dymu pozostawi.
Cypryan. (Do djabła). Pójdź, mój gościu miły
Wypocząć, byś zwątlone mógł odzyskać siły.
Djabeł. Spełniam chętnię twą wolę.
Cypryan. Chcę ci spokój wrócić.

(Odchodzi).

Djabeł. (do siebie). A ja cię w niwecz obrócić!
Już cię mam, już nad tobą poczynam panować:
Teraz zgubę Justyny muszę przygotować.

SCENA VIII.
KLARYN i MOSKON.

Klaryn. Zdaje mi się, że wulkan gdzieś wybuchł ognisty,
I rozlał po powietrzu ten wyziew siarczysty.
Moskon. Ale to czuć od gościa.
Klaryn. A ja wiem przyczynę,
Moskon. Cóż takiego?
Klaryn. On biedak ma tak lichą minę,
Że wszystko mi się zdaje, iż on jest parszywy;
Więc siarką się smaruje.
Moskon. Oj ty, niegodziwy!

SCENA IX.
LELIUS i FABIUSZ.

Fabiusz. Znów namiętność tu cię nęci.
Lelius. Gdziem utracił życie, duszę,
Tam odzyskać znów je muszę:
O miłości, spełń me chęci!
Fabiusz. Przed Justyny znowuś domem?
Lelius. Bo uczucie me wybucha.
Drugich chętniéj ona słucha,

Pośród nocy z wielkim sromem;
A więc powiedz, cóż to znaczy,
Że w dzień wylać chcę me żale?
I niepomny na nic wcale
Pójdę niech się wytłumaczy;
A ty sobie odejdź, stary!
Pójdę, hańbę jéj wyrzucę;
Może bezwstyd jéj ukrócę:
Niecofnione me zamiary!

(Fabiusz odchodzi).
SCENA X.
LELIUS. (Zdąża ku domowi Lizandra, wtém wychodzi ztamtąd Justyna).

Justyna. (Zwracając głowę ku domowi). Libio......

(Spostrzegając Leliusa).

Kogóż ja tu widzę?
Lelius. To ja.
Justyna. Cóżto? Zkąd u pana
Taka śmiałość niespodziana?
Lelius. Moja miłość mnie w ohydzie,
Zazdrość serce me rozdziera
I nadzieję mą zabija;
Więc gdy miłość ma przemija,
Cześć dla ciebie z nią zamiera.
Justyna. Cóż zuchwałość w tobie budzi,
Że śmiesz....
Lelius. Wściekłość mię owłada!
Justyna. Wchodzić....
Lelius. Gniew, szał mię posiada.
Justyna. Gardząc wzgląd na sądy ludzi...
Lelius. O! ty już dbać nie masz o co.
Justyna. A me imię, moja sława?
Lelius. Powiedz temu, który stawa
Na krużganku twoim nocą;
Znam twe sprawki każdéj chwili:
Nie zadziwia mię odprawa,
Bo przeszkodą nie twa sława,
Tylko, że ci z innym miléj.

Justyna. Wstrzymaj język twój złośliwy,
Czemu srodze chcesz się bawić,
I cześć moją tak plugawić?
Roisz sobie same dziwy,
By mi robić zarzut sromu;
Dla niesłusznéj twéj urazy,
W czystém życiu szukasz zmazy.
Co? mężczyzna był w mym domu?
Tu pod nocy wszedł zasłoną?
Lelius. Tak jest.
Justyna. I wszedł po krużganku?
Lelius. To mię gnębi bez ustanku.
Justyna. Czci! ty dla mnie bądź obroną!

SCENA XI.
CIŻ SAMI i DJABEŁ — Który wychodzi z domu Justyny i staje za nią.

Djabeł. (Do siebie). Teraz moją złość wyzionę,
I ustronie to spokojne,
Nieskalane, bogobojne,
Strasznie będzie splugawione:
W tym młodzianie szał rozniecę,
Oczom jego się ukażę;
A gdy wściekłość w nim rozżarzę,
Wtedy nagle precz odlecę.

(Chce niby iść daléj, lecz zaledwie Lelius go spostrzegł, cofa się do drzwi i znika.)

Justyna. (Niewidząc djabła, do Leliusa).
Więc ty chyba chcesz mię zabić?
Lelius. (Z gwałtowném wzruszeniem).
O! nie, chcę tu skonać, zginąć!
Justyna. Cóż tak mogło na cię wpłynąć.
Lelius. Bo nie zdołam już osłabić
Mych podejrzeń odtąd niczem:
Twą obłudę teraz widzę,
Z twéj mniemanéj cnoty szydzę;
Teraz, ot przed mém obliczem
Postać mi się okazała
Tego, który jest szczęśliwszy:
Cofnął się, mnie zobaczywszy.
Justyna. Wyobraźnia wybujała,
Myślą, okiem twém owładła.

(Lelius chce wejść do domu, Justyna go wstrzymuje).

Lelius. Nic mię teraz nie powstrzyma.
Justyna. Przed twojemi więc oczyma
I dzień tworzy te widziadła?
Lelius. Ha! zobaczę to złudzenie.
Justyna. A więc zobacz, ja nie bronię:
Może śród dnia cześć uchronię,
Co wziąść chciały nocy cienie.

(Lelius wchodzi do domu).
SCENA XII.
JUSTYNA i LIZANDER. (Wracający z ulicy).

Lizander. Pójdź, Justyno.
Justyna. (Na stronie). Nieszczęśliwa!
Gdy Leliusza on zobaczy,
Cóż pomyśli, co to znaczy?
Lizander. Serce z bólu się rozrywa!
Ty bądź mojém pocieszeniem.
Justyna. Czemu mówisz z takiém drżeniem?
Lizander. Dłużéj cierpieć nie wytrzymam:
Już ni łez, ni skargi nie mam.

(Siada na przodzie sceny).
SCENA XIII.
LELIUS, LIZANDER i JUSTYNA.

Lelius. (Wracając z domu Lizandra: do siebie).
Teraz wierzę: w wyobraźni
Zazdrość senne kształty roi,
Tylko próżno trwoży, drażni:
Bom nie znalazł śród pokoi
Tego człeka, co na jawie
Tutaj stanął, przy mnie prawie:
Wszakże nie miał wyjść którędy.
Justyna. (Zcicha do Lizandra).
Tu mój ojciec, niechodź tędy.
Lelius. Czekam aż on się oddali,
Bo już zazdrość mię nie pali.

(Usuwa się w głąb.)

Justyna. (Do Lizandra). Czemu płaczesz, coś tak smutny?

Lizander. Słuchaj: serce me się krwawi;
W krwi niewinnéj wróg się pławi,
I nas czeka los okrutny:
Przyszedł rozkaz od Decyusza,
By ni jedna żywa dusza
Nie została z wiernych grona.
Justyna. (Na stronie). O, mój Boże! jam zgubiona!
Ojciec życiem to przypłaci;
Bo tak jawnie ubolewa
Nad uciskiem swoich braci:
A tu ani się spodziewa,
Że syn rządcy wszystko słyszy:
Gdyby chociaż mówił ciszéj!
Lizander. Otóż, moje drogie dziecię...
Justyna. Jeśli to cię gnębi tyle,
To odpocznij choć na chwilę.
Lizander. O nie! gdy mig smutek gniecie,
To lżej, kiedy mówię z tobą.
Justyna. Ojcze: litość miéj nad sobą.
I oszczędzaj wiek sędziwy.
Lizander. Jakto? gdy chcę ci wyjawić,
Co mię mogło w rozpacz wprawić;
Kiedy mówię pełen trwogi,
Jaki zapadł wyrok srogi
W oném mieście siedmiu wzgórzy,
Krwią nad Tybrem wypisany,
Rumieniący jego wody:
Nie chesz słuchać, to cię nurzy.
Nie tak dawniéj.... Oj! wiek młody
Jakże skłonny jest do zmiany!
Justyna. Tak to zawsze, pośród świata
Z czasem wszystko się przemienia.
Lelius. (Do siebie). Co też mają do mówienia?
Głos urwany mię dolata.

SCENA XIV.
CIŻ SAMI i FLORUS.

Florus. Kto trawiony od zazdrości,
W czyjém sercu piekło gości:
Niech obłudy drze zasłonę!
Wszystkie względy odrzucone....

Lecz jéj ojciec!.... czyż być może?
Więc na inny raz odłożę.
Lizander. Kto przestąpił moje progi?
Florus. (Do siebie). Losie, losie mój złowrogi!
Ha! cóż robić, trudna rada!
Jakiś pozór dać wypada.

(Głośno).

To ja.
Lizander. Czego żądasz, Florze?
Florus. Mówić z tobą w ważnéj sprawie.
Justyna. (Na stronie). Zlituj się, o wielki Boże!
Ciężkie moje położenie.
Lizander. (Do Flora). Mów, czy jakie masz zlecenie?
Florus. (Na stronie). Jak z téj biedy się wybawię?
Lelius. (W głębi do siebie). Florus w domu jéj przebywa!
I swobodny jak u siebie.
To nie sen, to już prawdziwa!
Lizander. (Do Flora). Bladość lice twe pokrywa;
Cóż tak nagle wzrusza ciebie?
Florus. Niechaj to cię nie przeraża,
Tylko przyjmij moje rady:
Wróg tajemny ci zagraża,
A więc strzeż się jego zdrady,
Bo on czyha na twe życie:
Więcéj już się nie dowiecie.
Lizander. (Na stronie). Widać jemu jest wiadomo,
Żem wyznawcą świętéj wiary;
Więc ostrzega mię kryjomo,
Jakie rządca ma zamiary.

(Głośno)

Powiedz wszystko, i cóż daléj?

SCENA XV.
CIŻ SAMI i LIBIA.

Libia. (Do Lizandra) Rządca kraju jest u bramy,
I na ciebie oczekuje.
Florus. (Do Lizandra). Jeszcze będziem rozmawiali;
Czekam.
Lizander. Szczerze ci dziękuję,
Bo dość jeszcze mówić mamy.

(Odchodzi).
SCENA XVI.
FLORUS, JUSTYNA, LELIUS.

Florus. (Do Justyny). O ty! czysta i cnotliwa,
Którą zgrozą aż przeszywa
I wietrzyka słodkie wianie,
Gdy twe łono tchnieniem pieści,
Powiedz, czemu to udanie?
Czemu klucz do twojéj cześci,
Czemu wejście w twe ustronie
Śmiałaś w obce oddać dłonie?
Justyna. Wstrzymaj złości twojéj razy
Tam, gdzie słońce nawet samo
Nie znalazło żadnéj skazy.
Florus. Tyś, skażona wieczną plamą,
Do twéj cnoty przystęp dała
Po krużganku.
Justyna. Zkąd zuchwała
Taka mowa?
Florus. Twa obłuda
Innéj mowy nie jest godna;
Już mnie zwieść ci się nie uda.
Lelius. (w głębi). A więc rzecz jest niezawodna,
Że Flor nie jest jéj kochankiem,
Nie on wkradał się krużgankiem;
Już dochodzę teraz wątka:
Inny panem niewiniątka.
Justyna. Zważ twe imię, pochodzenie,
Nie znieważaj czci niewieściéj.
Florus. Gdzie cześć twoja? Splugawiona,
Boś przyjęła go w ramiona;
Oślepiła cię potęga,
Że on synem jest pretora,
Że wpływ jego wszędzie sięga:
Więc do hańby takaś skora.
Lelius. (Do siebie). To widocznie o mnie mowa.
Florus Lecz ta wielkość małość kryje,
Ciężkie winy w sobie chowa,
Samym fałszem tylko żyje.
Lelius. (Występując). Pomnij, siebie sam poniża,
Nieobecnym kto ubliża;

Porzuć kłamstwo twe przewrotne,
Bo się krew już we mnie burzy,
Że mi szczęście tak nie służy,
Że ci śmierci nie zadałem
Mimo walki wielokrotne.
Justyna. Boże! za cóż ja to znoszę?
Florus. Ja to wszystko z czołem śmiałem
W oczy teraz znów ci głoszę.

(Obaj biorą się do szpad).

Justyna. Zaczekajcie: Leliu, Florze!
Lelius. Kiedy krzywda mię spotyka,
Zemstą zgnębię przeciwnika!
Florus. To, com wyrzekł, niecofnięte!
Justyna. Nieszczęśliwam! zbaw mię Boże!
Florus. (Do Leliusa). Skarcę złości twe zacięte.

(Walczą).
SCENA XVII.
CIŻ SAMI, LIZANDER i RZĄDCA z orszakiem.

Wszyscy wchodzący. Stójcie!
Rządca. Co to? wy zuchwali!
Miecz dobyty! bój staczali!
Justyna. O nieszczęście!
Lizander. O niedola!
Lelius. Panie....
Rządca. Zkądże ta swawola?
Syn mój własny wichrzycielem!
Walczy z swoim przyjacielem.
Lelius. Ojcze....
Rządca. (Do straży). Nie ma tu różnicy:
Wtrącić obu do ciemnicy.
Lelius. Zazdrość gnębi, hańba kala!
Florus. Wszystko na mnie się obala.

(Straż obu uprowadza).

Rządca. A osobno obu wsadzić,
By nie mogli się już wadzić.

(Do Lizandra)

Czyż podobna, o człowieku,
Tak się plamić w twoim wieku!
Lizander. Nieraz pozór jest zwodniczem:
Córka nie wie tu o niczem.
Rządca. Czyliż kłamać tak się godzi?
Tak, więc weszli tu kryjomo,
To nie było jéj wiadomo!
Ona piękna, oni młodzi....
Żeby ludzie nie sądzili,
Że mię stronność w zdaniu myli,
Muszę w gniewie się hamować.

(Do Justyny).

Lecz nie mogę ci darować,
Pewno wkrótce mnie się uda,
Że wykryje się obłuda,
I wykażę, jak na dłoni:
Ta skromnisia za czém goni.

(Odchodzi z orszakiem).
SCENA XVIII.
JUSTYNA i LIZANDER.

Justyna. Łzy obroną moją całą!
Lizander. Próżne żale! Źle się stało!
O dniu zgubny, nieszczęśliwy,
Gdym ci odkrył ród prawdziwy:
Że ja byłem u strumienia,
Świadkiem twego urodzenia
W puszczy, pośród wzgórz głębokiéj,
Gdzie wydały ciebie zwłoki.
Justyna. Jam....
Lizander. Daremna ta obrona.
Justyna. Jam niewinnie posądzona!
Lizander. Już zapóźno na poprawę!
Justyna. Chcę odeprzeć mą niesławę.
Lizander. Wszystko świadczy przeciw tobie.
Justyna. Nieraz pozór rzecz zamąca.
Lizander. O! już widzę siebie w grobie,
Gdzie mię boleść moja wtrąca.
Justyna. Nie opuszczaj mię sieroty,
Bo skonałabym z tęsknoty.

(Odchodzą).
SCENA XIX.
Wystawa, na prawo drzwi, wgłębi górna okolica.
DJABEŁ, CYPRYAN, KLARYN i MOSKON.

Djabeł. Odkąd wszedłem w twoje progi,
Tęskność lice twe powleka;
Więc od ciebie snać ucieka
Spokój w życiu, co tak błogi.
Gdy podzieli się tęsknota,
Może troska się odgoni,
I nadzieja ci rozsłoni
Dotąd zwarte swoje wrota.
Ja niczego się nie boję,
I zamknięcia sfer otworzę,
I żywioły wsze ukorzę
A twe żądze zaspokoję!
Cypryan. Nawet sztuką, czarnoksięzką
Nikt tu w świecie nie dokona,
By ma żądza niezmierzona
Mogła skończyć bój zwycięzko:
Kocham, i tém siebie trawię.
Djabeł. Czyż nadzieja już stracona?
Cypryan. Gdybyś wiedział czém jest ona!
Djabeł. A więc słucham cię ciekawie.
Cypryan. Rąbek nieba śród zarania,
Kiedy słońce wzrok roztwiera
I promieniem łzy ociera,
W śnieg i szkarłat się osłania
Śród powietrznych sfer mieszkania; —
Więzy róży szmaragdowe,
Gdy z ich objęć wydobyta
Głosi łąkom, że maj wita,
A powiewy tchną majowe
Łzy zarania na dąbrowę,
Co spadają nań uśmiechem; —
Strumyk, kiedy szronem ścięty,
Milczy niemy, żalem zdjęty,
Że nie ozwie się ni echem,
Ni poszeptem, ni oddechem; —
Goździk, gdy się barwą pali
Jak gwieździsty krzew korali; —
Ptaszek, barwny strój gdy wdziéwa,


Jako arfę co przygrywa
Szmerem wiewnéj swojéj fali
Śpiewom pieśni kryształowéj; —
Skała, słońcu gdy urąga
Co zeń szatę białą ściąga,
Uroczysty strój majowy,
A nie złamie jéj osnowy; —
Laur, gdy śniegiem ustrojony,
Albo narcyz rozpieszczony,
Co choć stopy w śniegu kryje,
W górze włos zielony wije
I z, promieni chce korony; —

To zaranie purpurowe,
Słońce, strumień, róża, łany,
Ptaszek piewca rozkochany,
Te uśmiechu łzy perłowe,
I oddechy pól majowe,
Goździk, który kryształ pije,
Skała, co się w niebo wije,
Laur, z promieni wieńca chciwy:
Ach! to wszystko obraz żywy,
Cząstki téj dla któréj żyję!

Widać rozum postradałem:
By inaczéj się przedstawić,
Nowe-m szaty kazał sprawić.
Zapomnieniu mądrość dałem,
Mowę — w służbę nierozumu,
Sławę mą — na pastwę tłumu,
A łzom moim — uczuć tchnienie,
Wiatrom wszystkie me nadzieje,
I me światło — na wzgardzenie!
Żyję tylko snem miłości,
Marny sługa namiętności.
Nie! ja chyba oszaleję!

Com powiedział, to powtarzam,
Że już na to się odważam:
Oddać piekłu moją duszę,
Bo Justynę posiąść muszę;
Lecz za cenę taką małą,
Czyliż piekłoby ją dało?

Djabeł. Ależ pomnij, przyjacielu:
Czyja wola niewytrwałą,
Kto nie zwalcza przeszkód śmiało,
Ten nie dopnie nigdy celu.

Ileż razy wola męża
Srogą piękność przezwycięża,
Lub przez prośby i błaganie
Łatwo panem jéj się stanie;
Więc daj pokój z narzekaniem.
Chcesz, to piękność nie wzruszona
Wnet upadnie w twe ramiona.
Cypryan. Pytasz o to!
Djabeł. Więc zostaniem
Teraz sami.
Cypryan. (Do Klaryna i Moskona). Idźcie z domu.
Moskon. Owszem.

(Odchodzi).
SCENA XX.
CYPRYAN, DJABEŁ, KLARYN.

Klaryn. (Na stronie). A ja pokryjomu
Tu zostanę. Mnie się zdaje,
Że w tym gościu djabeł siedzi.

(Ukrywa się).

Cypryan. Ot już wyszli.
Djabeł. (Na stronie). Niech zostaje
Sobie Klaryn, mniejsza o to.
Cypryan. Czekam twojéj odpowiedzi.
Djabeł. Te drzwi muszą, być zamknięte.
Cypryan. Więc jesteśmy teraz sami.
Djabeł. Słowa z twoich ust wyjęte:
„Oddam życie, oddam duszę,
A Justynę posiąść muszę!”
Cypryan. Tak.
Djabeł. Więc zgoda między nami.
Cypryan. Co to znaczy?
Djabeł. Że ja zdołam
Mądrość dać ci niezbadaną,
I na rozkaz twój wywołam
Twoją postać ukochaną:
Tu sprowadzi ją twe słowo;
Lecz piśmienną wprzód umową
Trzeba stwierdzić te układy.

Cypryan. Więc ty zamiast szczeréj rady,
Jeszcze zwiększasz moje męki:
Ja dać mogę z rąk do ręki,
Lecz ty chciałbyś się układać
O to, czém nie możesz władać,
Bo czar nigdy nie okoli
W swoje pęta wolnéj woli.
Djabeł. Daj cyrograf z tym warunkiem.
Klaryn. (W ukryciu). A do licha! daję słowo,
Djabeł ten nie w ciemię bity!
Cyrografu za zaszczyty,
Nie dałbym za skarby świata!
Cypryan. Żart przyjemnie czas przeplata
Zwłaszcza między przyjacioły,
Lecz gdy człowiek jest wesoły.
Djabeł. A więc chcesz być przekonany
Jakie cuda moc ma sprawia:
Cóż twym oczom się przedstawia
Tu przed nami na przestrzeni?
Cypryan. Widzę niebo, łąki, łany,
Drzewa, góry, prąd strumieni.
Djabeł. Cóż zajmuje cię najbardziej?
Cypryan. (Wskazując górę). Obraz lubéj, co mną gardzi.
Djabeł. Towarzyszu wieków, czasów,
Królu pól i wód i lasów,
Co nad ziemią wgłąb wstrząśnioną
Czoło wieńczysz chmur koroną,
Jam jest ten co ciebie wzywa,
Grzbiet twój eter niech przepływa!

(Do Cypryana).

Jeśli góry z posad wzruszę,
Czy ci lubéj oddam duszę?

(Góra przenosi się na inne miejsce).

Cypryan. Więc w mych oczach cud był taki!
Strasznéj mocy to oznaki.
Klaryn. Aż drżę cały, ledwo żyję:
Serce we mnie młotem bije.
Djabeł. Ptaku, co lekkiemi ruchy
Mkniesz w powietrznych sfer obszary,
Rozwiewając drzew konary
Niby skrzydeł lekkie puchy;
Napowietrzny ty okręcie,
Co w przejrzystych chmur odmęcie
Rozwinąłeś jak żaglowe

Płótna skały granitowe,
Powróć już na twe siedlisko,
Ucisz strach i dziwowisko.

(Góra wraca na swoje miejsce).

Widzisz, czém jest moje słowo.
Teraz próbę zrobim nową;
Nowe cuda tu powstaną:
Czy chcesz widziéć ukochaną?
Cypryan. Chcę.
Djabeł. Więc teraz twarda skało,
Ty żywiołów wszech potworze,
Niech się łono twe rozporze,
Ukaż postać jéj wspaniałą.

(Roztwiera się skała i w jéj wnętrzu ukazuje się Justyna snem zdjęta).

Czy ta sama?
Cypryan. To jéj lice!
Ach! poznaję mą dziewicę.
Djabeł. Więc me usta nie kłamały.
Widzisz w niczem przeszkód nie mam,
Gdy dobywam ją ze skały.
Cypryan. O! ty, boska nad pojęcie,
O! pójdź do mnie w me objęcie!
Jam już w błogiém upojeniu,
Bo to słońce me w rozbrzasku
Ja wypiję: blask po blasku,
Drżący promień po promieniu!

(Chce się zbliżyć do Justyny, wtém skała się zamyka).

Djabeł. Stój! dopiero ją posiędziesz,
Gdy związany pismem będziesz.
Cypryan. Stań! o ciemnych chmur obłoku,
Nie zasłaniaj memu oku
Słońca, które dla mnie wschodzi.
Ha! wiatr tylko w dłonie schwytam!

(Do djabła).

Mądrość twoja cześć mą rodzi,
Już w moc twoją się oddaję;
Więc rozkazuj: teraz pytam
Czego żądasz?
Djabeł. Krwią twą własną
Daj cyrograf.
Klaryn. Włos powstaje!
Chętnie wyrzekłbym się życia,
Żeby nie być śród ukrycia
Świadkiem takiéj strasznéj sprawy.

Cypryan. Zamiast pióra wezmę rapier,
Chustka stanie mi za papier,
A krew zamiast atramentu.

(Rani sobie ramię i pisze mieczem na chustce).

Ja wielki Cypryan daję
(Zgroza, ginę już do szczętu!)
Uroczyste przyrzeczenie,
(Szał mię owładł, przerażenie!):
Że mą duszę zaprzedaję
(Aż drżę cały, oszaleje!)
Temu, który tajemnicę
Sztuki swojéj we mnie wieje,
Że w objęcia me uchwycę
Kształt Justyny cudny, wdzięczny:
Kładę podpis własnoręczny.
Djabeł. (Na stronie). Już w mém ręku, już się korzy!
A mych czarów jak się trwoży!
Drży na duszy i na ciele!

(Głośno).

Czyś już skończył?
Cypryan. Już.

(Oddaję mu chustkę).

Djabeł. Twe cele
Wnet się ziszczą: twego słońca
Już wszechmocnym panem będziesz.
Cypryan. Za to duszę mą posiędziesz,
Będziesz władać nią bez końca.
Djabeł. W zamian inną ci oddaję.
Cypryan. Jakże długo ci się zdaje,
Nauczanie będzie trwało?
Djabeł. Rok, z warunkiem....
Cypryan. No, mów śmiało.
Djabeł. Że ty zemną śród podziemi
Będziesz przez ten czas zamknięty
Między lochy ponuremi.
A do usług będzie wzięty

(Wyciągając Klaryna z kryjówki).

Ten ot człowiek, co ciekawy
Szukał w wszystkiém tém zabawy;
Niech pożytek nam przynosi,
Przytém rzeczy nie rozgłosi.
Klaryn. Poco-m ja się tu ukrywał?
Djabła anim się spodziéwał!

Niech tych raczéj djabli biorą,
Którzy nocną chodzą porą
Na podsłuchy.
Cypryan. Miłość, wiedzę
Zaspokoję: bo godzina
Niedaleka, gdy Justyna
Będzie moją; i dośledzę
Wszystkie rzeczy niezbadane,
I na podziw światu stanę
Na świeczniku ziemskiéj chwały!
Djabeł. Niedaremne moje plany!
Cypryan. I mój dobrze osnowany!
Djabeł. (Do Klaryna). Pójdźże z nami!

(Do siebie).

Już zuchwały
Wróg zwalczony!
Cypryan. Me marzenia
Szczęście ziszcza, rozpromienia.
Djabeł. (Do siebie). Nie ucichną gniewy moje,
Aż pokonam ich oboje.

(Głośno).

Pójdźmy! śród tych dzikich wzgórzy,
Najciemniejszy loch w pieczarze
Za mieszkanie nam posłuży:
Dziś początki ci pokażę.
Cypryan. Kiedy taki mistrz w miłości
I przewodnik ku mądrości,
Będzie sława niezrównana
Czarnoksiężcy Cypryjana!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pedro Calderón de la Barca i tłumacza: Stanisław Budziński.