Przejdź do zawartości

Częstochowa w obrazach historycznych/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edward Nowakowski
Tytuł Częstochowa w obrazach historycznych
Wydawca S. Szczepanowski i A. Potocki
Data wyd. 1898
Druk Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

X. WACŁAW KAPUCYN
CZĘSTOCHOWA
W OBRAZACH HISTORYCZNYCH
separator poziomy
KRAKÓW.
Staraniem
S. SZCZEPANOWSKIEGO I A. POTOCKIEGO,
1898.




W DRUKARNI C. K. UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO
pod zarządem Józefa Filipowskiego.



N. P. MARIA CZĘSTOCHOWSKA


O CUDOWNYM OBRAZIE
PRZEBŁOGOSŁ. MATKI BOŻEJ
na Jasnej Górze w Częstochowie.

Wspomnienie historyczne
przez X. WACŁAWA, Kapucyna.
separator poziomy

Dignare me laudare Te, Virgo Sacrata
Da mihi virtutem contra hostes tuos.
Słowa św. Bernarda w Brewiarzu.

I. Wstęp.

Dlaczego Polacy tak bardzo miłują swoją Ojczyznę — Polskę?
Bo ta Polska — to ich ziemia rodzinna!
Bo w tej ziemi złożone prochy ich ojców, matek, dziadów, pradziadów — słowem ich przodków przez dziesięć wieków, i dalej!
Słuszne zapewne to powody, bo cóżby to był za wyrodek nikczemny a nie człowiek, gdyby nie miał we czci i poszanowaniu grobów swoich rodziców, swoich przodków i swojej ziemi rodzinnej.
Ale, gdzież dziś na świecie jest zakątek, gdzieby nie było grobów polskich? A ileż ich jest w Syberyi — w tym kraju najstraszniejszym na całym świecie? A te tam groby syberyjskie — są to wszystko groby umęczonych powolnem konaniem — za sprawę polską, za miłość i poświęcenie się dla Ojczyzny, dla prawdy, dla sprawiedliwości, dla wiary świętej!
Muszą więc być nadto jeszcze i inne powody, jeszcze większego znaczenia, dla których Polacy tak bardzo miłują swoją Ojczyznę — swoją ziemię rodzinną, — a miłują tak wielką, bezgraniczną miłością, jak zdaje się naprawdę żaden naród na świecie nigdy nie miłował swej ziemi — czego oczywistym dowodem zaiste, bezprzykładne, przez wszystkie wieki bezgraniczne, nieustanne poświęcenie się Polaków dla Polski.
Znakomity jeden Moskal, jako głęboki myśliciel i nadewszystko miłujący prawdę (owoc to zakazany u Moskali), którego najznakomitszy poeta moskiewski — Puszkin — uważał za mistrza swego — Piotr Czaadajew — w »Liście Filozoficznym«, wydrukowanym w »Teleskopie«, piśmie wydawanem w Moskwie, z smutną i gorzką otwartością, mówi: »Przebiegnij wszystkie wieki, któreśmy przeżyli, całą przestrzeń, którą zajmujemy: nie znajdziesz ani jednej pamiątki, któraby ukazała przeszłość (naszą) w żywej, silnej, malowniczej postaci. Nie zostało w pamięci czarujących wspomnień wydatnych i pouczających przykładów w podaniach narodowych«.
W Polsce zupełnie inaczej. Tu na całej przestrzeni Ojczyzny naszej niema miejsca, któreby nie było owiane, ożywione wspomnieniem dokonanych czynów znakomitych, wzniosłych, rzewnych, nieraz nawet cudownych. Tu w całej dziesięciowiekowej przeszłości, którąśmy przeżyli, niema chyba ani jednej chwili, która nie była uświęcona sprawami najszczytniejszemi, pełnemi chwały i sławy. Tu tyle miłych pamiątek, wspomnień uroczych, tyle pouczających i pięknych przykładów, tyle heroicznych poświęceń, ofiar, cudów, tyle czynów, mających na względzie dobro ludzkości, tyle religijnego zapału — tyle tu przez wszystko i we wszystkiem najgorętszej miłości Boga i ludzi, że jak w rysunku cienie służą do uwydatnienia głównych zarysów obrazu, tak w Polsce wszystkie te nawet zdrady, sprzeniewierzenia się, upodlenia — zawsze przez wszystkie czasy wywoływały w ślad za tem czyny i poświęcenia się tem jeszcze większej doniosłości i wykazywały tem większe ich znaczenie.
Co więcej, te nawet nasze nieszczęścia, doznawane uciski, prześladowania, posunięte do największej ostateczności — zda się sama Opatrzność dopuszcza nie w innym celu, tylko żeby przez te uciski, zmusiwszy do oddziaływania, wydobyć, wywołać z duszy Polaków wszystkie te skarby — wiary, nadziei, miłości, prawdy, dobra i piękna, prawdziwej i istotnej wielkości, jakimi Pan Bóg uposażył dusze ludzkie. Taka bowiem dola człowiecza, że bez męczeństwa, bez boleści, bez cierpień nie może nawet być prawdziwej wielkości. To tajemnica natury ludzkiej, ujawniona, rozświetlona na Kalwaryi w całym blasku prawdy przedwiecznej.

O crux, axe, spes unica — Hoc passionis tempore.

I nieprzyjaciele nasi w zaślepieniu swem barbarzyńskiem, nie pomni na Boga i sprawiedliwość Jego świętą, im bardziej nas prześladują, dręczą i uciskają, tem samem świetniejszy tryumfu sprawie polskiej los gotują. I tak:
1. Prześladując Polaków, wywołują na jaw sprawę polską i wskutek tego sprawa polska staje się publiczną, w logicznym rozwoju dalszych wypadków stać się musi koniecznie sprawą europejską.
2. Tyranizując Polaków, zmuszają ich do oddziaływania, bo oddziaływanie leży w prawie natury nawet wszech stworzeń, a cóż dopiero ludzi, jako istot moralnych. Ztąd widzą się Polacy w konieczności do przeciwstawiania nieprzyjaciołom tem większej wytrwałości i zdobywać się na tem większy wysiłek, na wytężenie wszystkich sił swoich.
3. Uciskając Polaków w każdym rozwoju ich życia narodowego, tem samem roztwierają przed nimi pole do działalności na tem większą i szerszą skalę; i Polacy zniewoleni zostają przez to starać się o tem większe i wszechstronne wykształcenie i udoskonalenie się moralne coraz większe w cnotach, co w swą kolej prowadzi ich do zdobywania się na tem większe arcydzieła w literaturze, w sztukach pięknych i t. d.
4. Znieważając w Polakach prawa ludzkości (zabronienie mowy polskiej, rzecz dotąd nigdy i nigdzie nieznana, wyzuwanie z prawa własności, wydalanie ludności z kraju własnego), tem samem ze sprawy polskiej czynią sprawę ludzkości.
5. Prześladując w Polakach religię (Kroże, Unici chełmscy, zamykanie klasztorów, przerabianie kościołów na cerkwie, wydalenie biskupa Simona i t. d.), sprawę polską przeistaczają w sprawę religijną, a sprawa religijna przecie jest sprawą zbawienia; i to prowadzi Polaków do tem większej gorliwości religijnej. Jakoż już papież Klemens XIII w breve z 10 kwietnia 1767 roku głosił, »że bezpieczeństwo i nienaruszalność religii katolickiej ściśle się łączy z utrzymaniem niepodległości Polski«.[1]
6. To zaś, że wskutek tych prześladowań i ucisków wielu jest odstępców — jest rzeczą właśnie najpożądańszą dla polskiej sprawy, jako odpadnięcie szkodliwych, zgniłych członków. Nie prześladowanie sprawiło w nich tę zgniliznę, lecz tylko wykazało, jakimi oni byli sami przez się. A tacy są niebezpieczniejsi od najzaciętszych wrogów, bo trują życie narodowe swoją nikczemnością.
7. Wreszcie ziemię polską zaprzysięgli śmiertelne nasze wrogi, zalewając krwią polską, której Polacy w obronie wiary i Ojczyzny przenigdy nie szczędzą uzacniają tę polską ziemię, podnoszą ją do znaczenia zaiste relikwii polskiej. Jakoż gdy Polacy prosili papieża św Piusa V o relikwie, święty i wielki ten papież im odpowiedział: »O Polacy moi, co mnie wy prosicie o relikwie — wasza ziemia polska jest waszą relikwią. Przynieście mi tej ziemi waszej, ja ją ścisnę w garści, a z niej popłynie krew waszych męczenników«. — To było dawniej, a cóż dopiero teraz!
Przebóg! cała nasza ziemia polska jest poświęconym całopalnemi ofiarami cmentarzem, przesiąkła do głębi krwią polską. Ach! i krwawemi zaiste łzami — łzami nader gorzkiemi, nad wszelki wyraz bolesnemi — łzami, jakiemi żaden naród nigdy nie płakał.
O jakżeż więc drogą musi być dla Polaków ta ich ziemia polska! A jak rzeczywiście droga — oto dowód bezprzykładny i jedyny w swoim rodzaju. Idzie Polak na wygnanie, zmuszony do opuszczenia Ojczyzny swojej — cóż czyni? — bierze z sobą grudkę tej ziemi ukochanej, nosi ją zawsze z sobą, i umierając w obczyźnie z tąż ziemią na sercu, w grobie zostaje złożony.
Z tem wszystkiem jest miejsce w Polsce jedno, nad wszystkie inne świętsze, co skupia w sobie całą Polskę, i z niebem ją jednoczy.
Miejscem tem jest Jasna Góra Częstochowska, uświęcona modlitwami najgorętszemi, pobożnością najczulszą, najrzewniejszą całej Polski — przechwalebną, bohaterską jej obroną wsławiona — oddawaną tu czcią najserdeczniejszą dla Matki Bożej, Królowej Polskiej, w Jej przecudownym obrazie poświęcona, — a jeszcze bardziej uczczona płynącemi tu z nieba przez Jej przebłogosławione pośrednictwo przez tyle wieków łaskami, nigdy nie przebranemi, cudami największymi, niewysłowionymi, nieskończonymi — zaprawdę bez miary i liczby.
Są piękne, przecudnie piękne okolice w Polsce, ale Jasna Góra ma w sobie coś tak zachwycającego, szczególnego, niezrównanego, tajemniczo-czarującego, przedziwnie miłego — i tak tu wszystko tchnie duchem religijnym i przejmuje do głębi duszy, że podziwiać ją tylko można, unosić się, uwielbiać i odczuwać w sobie, ale opisać jakby należało, jakby się pragnęło — niepodobna; tu wobec tego majestatu świętości, trzeba głosów, hymnów zapożyczyć anielskich. Tu zda się i powietrze nawet jakieś inne, ożywiające, orzeźwiające, niebieskie, nie ziemskie. A gdy z tej Jasnej Góry, opromienionej chwałą Matki Bożej, ze szczytu tej wieży niebotycznej spojrzy się na wszystkie strony wokoło, myśl natchniona uzbraja wzrok, i zdaje się ztąd widzieć w największej dali całą Polskę aż do jej krańców ostatnich — zda się widzieć wywołaną całą przeszłość Polski uobecnioną — i tych pobożnych królów polskich, którzy tu przed cudownym obrazem ukoronowane swoje głowy schylali, i padając na twarz krzyżem, w największej pokorze i pokucie leżeli; zda się widzieć i tych wszystkich, co przez wszystkie czasy ze wszystkich najdalszych okolic tu przybywali w pielgrzymkach nieustannych — miliony, miliony nieskończone, niezliczone, z chorągwiami i krzyżami swoimi, jak szum morza wznosząc błagalne wołania za Ojczyzną Polską. Ach! zda się tu widzieć i niebo same; przynajmniej, jak w przybytku Bożym, czuje się nad sobą niebo otwarte, i spływającą do serca łaskę Bożą życiodawczą, cudowniejszą nad wszystkie cuda; i same kolana tu się schylają, i same ręce się wznoszą, i westchnienia same z głębi serca się wyrywają, i łzy najrzewniejsze same płyną, i najukrytsze tajniki grzechów w pokucie najżałośniejszej same się otwierają, i dusza uzdrowiona łaską, do życia na nowo wskrzeszona, wylewa się w adoracyi, w uwielbieniu ku Bogu, w najtkliwszej czułości do Matki Bożej — Jej macierzyńskiem błogosławieństwem, nadzieją zbawienia, pociechą niebieską uszczęśliwiona i uświęcona.
Oto są pobudki, dla których Polacy miłują polską Ojczyznę swoją, droższą, milszą dla nich nad wszechświat cały, — i dla których także lgną ich serca przez wszystkie wieki, i prowadzą ich w pielgrzymkach pobożnych do tej Jasnej Góry świętej, do Matki ich niebieskiej i Królowej — po błogosławieństwo i zbawienie, po macierzyńską opiekę i utulenie w żalu, w smutku i sieroctwie, po osłodę w życia goryczy, po ratunek w rozpaczy, po siłę wytrwałości w wypełnieniu twardych i nader trudnych obowiązków swoich — najmocniej wierząc, że tu wszystko mogą sobie uprosić, o co tylko poproszą, chociażby do tego cudu było potrzeba, bo to miejsce, ta Jasna Góra cudami nieskończonego miłosierdzia wsławiona, i wszechwładnem wstawieniem się Matki Bożej uświęcona i poświęcona, i w tym właśnie celu za królewski tron na ziemi polskiej w Jej świętym obrazie przez Nią Samą wybraną została.

separator poziomy
II. O pochodzeniu cudownego obrazu Matki Bożej na Jasnej Górze.

Wszyscy, co tylko pisali o tym cudownym obrazie, jednogłośnie utrzymują, że to jest dzieło św. Łukasza. I wszyscy, nietylko Polacy, lecz i obcy, co wyliczają obrazy malowane przez św. Łukasza, w liczbie tych wymieniają i obraz na Jasnej Górze Częstochowski.
Czy jednak rzeczywiście św. Łukasz malował obrazy?
Dominik Marya Manni był pierwszym, co utrzymywał, że św. Łukasz wcale nie malował obrazów, i że te obrazy, które uważane są za jego dzieło, malowane były przez niejakiego mnicha, Łukasza, żyjącego w XI wieku, a którego z powodu wielkiej jego pobożności zwano świętym, i o tem ogłosił dzieła: 1. Del vero pittore Luca s. e del tempo del suo fiorire. Firenze 1764, i 2. Dell’ erore che persiste di atribuirsi te pitture al sancto evangelista. Firenze 1766.
Tegoż zdania był i Lanzi, utrzymując, że obraz Matki Bożej, będący we Florencyi, Madonna Imprunetana, uważany za dzieło św. Łukasza Ewangelisty, jest malowany przez tegoż mnicha Łukasza, żyjącego we Florencyi i przezwanego świętym. Lecz jeszcze przed nim Gumppenberg w dziele swojem Atlas Marianus (1672 r.) opisując ten obraz (N. 293), zaprzeczał także, aby św. Łukasz Ewang. miał malować obrazy, podając za główną przyczynę, że św. Łukasz Ew. nie mógł malować obrazów, bo wyłącznie oddany był apostolstwu. Zdanie to jego jednak nie mogło służyć za dowód, ponieważ apostolstwo nie przeszkadzało mu do pisania Ewangelii, a obraz, będący jakby otwartą dla wszystkich księgą, owszem ułatwiać mu mógł tylko apostolstwo. Niezaprzeczenie św. Łukasz był lekarzem (ob. św. Hieronima) i leczył, czemuż będąc malarzem nie mógł malować?
W obronie św. Łukasza jako malarza wystąpił L. Crespi (Malvasia), gruntownie zbijając zdanie Manni’ego w dziele: Disertatio anticristica sopra due Lezioni dell Manni (1768), a także i P. dell Aquila w Dizionario portatile delle Biblia.
Co większa, o tem, że św. Łukasz Ew. malował obrazy, mamy bardzo dawne i niezaprzeczone świadectwa: 1. z roku 518 Teodora Lektora, 2. z roku 724 Germana, 3. Św. Jana Damascena z roku 730, 4. z r. 806 Teodora Opata, 5. z r. 814 Nicefora i t. d.
I chociaż niepodobna, żeby wszystkie obrazy, które przypisują św. Łukaszowi, miały być jego dziełem, ze względu atoli na stałą od najdawniejszych czasów tradycyę przypuszczać można, że mógł rzeczywiście malować. I wszyscy, co i później zaprzeczali temu, pozytywnych jednak dowodów podać nie mogli[2].
A jeśli św. Łukasz malował obrazy, czy i obraz Częstochowski, który jemu powszechnie przypisują, był także jego dziełem? Dowodów stanowczych na to wprawdzie niema — jest tylko tradycya stała. Wszakże nie dlatego obraz Częstochowski jest w tak wielkiej czci, że mógł go malować św. Łukasz Ewangelista (chociaż wielką byłoby to jego zaletą), lecz dlatego nadewszystko i przedewszystkiem, co jest rzeczą większej wagi, że jest cudowny, i jako taki uznany przez Kościół, i wskutek tego został ukoronowany.
Lecz jakąż koleją dostał się ten obraz do Częstochowy?
Legendarne podanie o tym obrazie i o jego przejściach z rąk do rąk jest takie:
Św. Łukasz Ewangelista, będący zarazem lekarzem i malarzem, przybywszy do Jerozolimy, uproszony przez będące przy Matce Bożej pobożne osoby, namalował wizerunek Matki Bożej na desce cyprysowej stołu, zrobionego w Nazarecie przez św. Józefa przy pomocy samego Pana Jezusa. Przed oblężeniem, zdobyciem i zburzeniem przez Tytusa Jerozolimy (72 r.), obraz ten chrześcijanie wedle zalecenia jeszcze Chrystusa Pana, jak wiadomo, uszedłszy do miasteczka Pelli, ocalili, a później za przybyciem do Jerozolimy św. Heleny (r. 326), ofiarowali jej. Św. Helena oddała go synowi swemu, cesarzowi Konstantemu W., w Konstantynopolu, gdzie w kaplicy pałacowej umieszczony, równie jak poprzednio w Jerozolimie słynął cudami. Podczas obrazoburstwa przechowany był przez cesarzową Irenę i św. Germana biskupa.
Dalsze dzieje jego na trzy rozchodzą się wersye. Jedna mówi, że Nicefor I wraz z innemi relikwiami, dotąd przechowywanemi w Akwizgranie w kościele katedralnym, miał darować Karolowi Wielkiemu (i jakoby to nastąpiło, kiedy Karol W. z krzyżowej wojny wracał przez Konstantynopol), od którego dostał się Leonowi, księciu ruskiemu, który go złożył w zamku Bełzkim (Karol W. 814, a ks. Leon 1301 — a więc nie mógł ks. Leon mieć obrazu od Karola W.). Druga wersya podaje, że obraz ten z Konstantynopola do Kijowa przywiozła Anna, siostra cesarzów Bazylego i Konstantyna, poślubiona Włodzimierzowi, ks. kijowskiemu (988 r.), że w Kijowie zostawać miał przez 300 lat w skarbcu książęcym, zkąd go ks. Leon wydobył[3] i w kaplicy na zamku Bełzkim umieścił. Trzecia wersya, że z Konstantynopola śś. Cyryl i Metody wynieśli i umieścili w Kijowie (rzecz niezawodna, że nigdy ci święci nie byli w Kijowie). Inna znowu wersya, że obraz ten ks. Leon miał umieścić nie w Bełzie, lecz w dotąd istniejącym we Lwowie kościołku św. Jana Chrzciciela, który już był przed 1250 r., jeszcze przed założeniem miasta Lwowa. (Ob. »Kościół św. Jana«, przez K. Widmana, str. 28 — i Dodatek do »Gazety Lwowskiej«, 1852, str. 118). Dziś kościołek ten zaniedbany.


III. O sprowadzeniu tego obrazu do Częstochowy na Jasną Górę.

Następnie, dalej podają piszący o tym obrazie, zgoła wszyscy, że Ludwik, król węgierski, zostawszy po śmierci Kazimierza W. (1370) królem polskim, oddał w zarząd kraje ruskie (Lwów, Halicz), przez Kazimierza W. ostatecznie przyłączone do Polski, w zarząd dziedziczny (w zamian za dobra Topolczany w Węgrzech) ks. Władysławowi Opolskiemu, bliskiemu swemu krewnemu[4]. Ten zdobywszy Bełz, znalazł tam w kaplicy zamkowej ów obraz w zapomnieniu już będący. A gdy na tym zamku Bełzkim zostawał, zdarzyło się, że Bełz oblegli Tatarzy i mieli już go zdobyć. Książę Władysław szukał ratunku w modlitwie, przed tym obrazem leżąc krzyżem. Wtem z łuku puszczona strzała wpadła przez okno i utkwiła w szyi obrazu. Ks. Władysław uniesiony gniewem z tego powodu, rzucił się na Tatarów i odpędził ich. Gdy zaś później opuszczał ruskie kraje, wyprosił sobie od króla Ludwika ten obraz, zamierzając go przewieźć do Opola, dziedzicznego swego miasta na Śląsku, lecz wskutek objawienia przybywszy do Częstochowy, roku 1382 złożył go w dawnym parafialnym kościele na Jasnej Górze i sprowadziwszy z Węgier OO. Paulinów osadził ich przy tym kościele.
Takie jest podanie (ob. Nieszporkowicz, »Odrobiny z stołu«), z prawdą jednak historyczną niezgodne. Pomijając dawniejsze bajeczne czasy, zaznaczyć należy, że ks. Władysław Opolski nigdy nawet nie był w Bełzie[5], wyjechał z Rusi nie 1382, lecz 1378, i 15 stycznia 1379 już był w Wieluniu, i w tym dniu wydanym tamże dyplomatem zrzekł się wielkorządztwa nad Rusią. Paulinów zaś rzeczywiście r. 1382 sprowadził i 9 sierpnia t. r. wydał akt fundacyi klasztoru. Pytanie: Jeśli wyjeżdżając z Rusi wziął ten obraz, a wyjechał 1378 r., to od r. 1378 do 1382, co się działo z tym obrazem? gdzież go przechowywał? Co większa, niema żadnej pewności, że fundując Paulinów na Jasnej Górze, jednocześnie i obraz ten tam umieścił, gdyż w akcie fundacyjnym Paulinów na Jasnej Górze żadnej wzmianki o obrazie niema, a przypuszczać należy, że niezawodnieby to uczynił książę Opolski, gdyby rzeczywiście przywiózł był ten obraz z Rusi, i miał o nim takie przekonanie, jak tradycya podaje, i żeby głównie ze względu na obraz miał tu fundować Paulinów, wedle wersyi tradycyi: że przywieziony obraz »powierzył straży Paulinów«. Jak zaś co do obrazu tego nie można spuszczać się na tę tradycyę, szczegół następujący objaśnia. W skarbcu Częstochowskim jest ornat dawny (część jego tylko tylna), niezawodnie pochodzący z XV w. Otóż tradycya mówi, że ten ornat przywieziony był razem z obrazem z Rusi i jako taki zwiedzającym skarbiec pokazują go i teraz. Lecz cóż, zauważono ostatnimi czasy, że na tym ornacie perłami wypukło naszywany jest także obraz i św. Pawła Pustelnika. Oczywiście więc, że ten ornat nie mógł z Rusi pochodzić. Czyż robiąc ten ornat na Rusi, mogli mieć na myśli, że kiedyś się dostanie Paulinom, i wyszyli dla nich ich Patrona — św. Pawła. Wreszcie ta okoliczność, że w akcie fundacyjnym niema żadnej wzmianki o obrazie, nasuwa myśl, że nie umieszczenie obrazu na Jasnej Górze było pobudką fundacyi Paulinów (jak tradycya utrzymuje), ale może jakieś inne przyczyny spowodowały do tej fundacyi ks. Opolskiego. I rzeczywiście: w roku 1381, poprzedzającym rok (1382) fundacyi, ks. Władysław Opolski został wyklęty przez biskupa płockiego, Dobiesława, za uciążliwości duchowieństwa, za nieoddawanie dziesięcin z Dobrzyńskiej ziemi (Szajnocha, »Jadwiga i Jagiełło«, I, 194; J. Bartoszewicz w Encykl. Orgelbr.). Zrazu książę nic sobie z tej klątwy nie robił, ale gdy mu na Wielkanoc (1382) odmówiono z powodu wyklęcia św. Sakramentów, udał się do arcybiskupa gnieźn. Jana z prośbą o zdjęcie tej klątwy. Arcybiskup przychylił się do tej prośby, ale postawił pewne warunki. A może w tych warunkach stało i uczynienie fundacyi religijnej? zwłaszcza, że duchowieństwo wielki miało żal do ks. Władysława za to, że gdy król Ludwik uwolnił wszystkich ziemian od podatku poradlnego, z namowy tegoż ks. Władysława duchowieństwu kazał płacić ten podatek (połowę) (Szajnocha, ibid.). Jakoż fundacya ta mogła być expijacyą. Do tego wniosku prowadzi jeszcze i to, co mówi Długosz, że król Ludwik r. 1382 radził ks. Władysławowi, aby jaką znaczną fundacyą pobożną jego i własne swoje sumienie zaspokoił. Zważywszy więc: 1. że ks. Władysław wyjechał z Rusi 1378 r., 2. że 1381 r. wpadł w klątwę, 3. że na początku 1382 r. król Ludwik radzi mu dla zaspokojenia sumienia uczynić »znaczną« pobożną fundacyę, 4. że właśnie zaraz potem 1382 r. funduje Paulinów, i 5. w akcie fundacyjnym nie czyni żadnej wzmianki o obrazie — zdaje się na pewno można utrzymywać, że ks. Władysław z Rusi nie przywiózł tego obrazu i że obraz ten z Rusi nie pochodzi. Zdanie to potwierdza jeszcze i ta okoliczność: wszystkie zgoła bez wyjątku obrazy, będące na Rusi, i z Rusi pochodzące, mają monogram ruski; te zaś, co z Grecyi pochodzą, mają monogram grecki — Częstochowski obraz żadnego nie ma monogramu, jako wszystkie obrazy z Zachodu pochodzące. A nawet i Długosz, który pierwszy r. 1430 o tym obrazie wspomina, nie mówi o pochodzeniu jego z Rusi. Co jednak, gdyby tak było, niezawodnieby mógł wiedzieć, i wspomniałby, wnosić należy, o tem, zwłaszcza, że Paulini go obchodzili, i dla nich w Krakowie klasztor fundował, i o obrazie mówiąc, »wychwalał go«, pięknie o nim i o wielkiem jego znaczeniu wspominając.
A jeśli obraz ten nie pochodzi z Rusi, więc zkądże mógł dostać się do Częstochowy? Ponieważ żadnych danych w tym względzie niema, można więc tylko robić przypuszczenia. I zdaje się prawdopodobne będzie przypuszczenie, że Paulini mogli mieć starożytny obraz Matki Bożej, i mogli go otrzymać z błogosławieństwem, gdy w liczbie szesnastu z klasztoru w Węgrzech »Nosztre« wysłani byli do Polski na tę nową fundacyę, mając na względzie wielkie i przeważne w onym czasie znaczenie Polski. Jest to wreszcie we zwyczaju, że gdy z jakiego klasztoru wysyłają zakonników na fundacyę, dają im z błogosławieństwem obrazy święte — zwłaszcza Matki Bożej.


IV. OO. Paulini i obraz cudowny na Jasnej Górze.

Akt fundacyi klasztoru Paulinów na Jasnej Górze wydany został przez ks. Władysława Opolskiego dnia 9 sierpnia 1382 r. w Częstochowie w obecności wielu świadków (przytacza Baliński z oryginału I, 217) za zezwoleniem biskupa krakowskiego Radlicy i za zgodą Henryka Biel’a z Bleszna herbu Ostoja, proboszcza Częstochowskiego na Jasnej Górze. Kościół ten na Jasnej Górze, przy którym zostali fundowani Paulini od niepamiętnych czasów, z modrzewia wystawiony, był parafialnym pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej. Po osadzeniu Paulinów na Jasnej Górze, parafię przeniesiono do kościoła św. Zygmunta, który był przedtem filialnym.
Fundacya ta jednak ks. Opolskiego nie miała trwałej podstawy, gdyż głównie na niepewnych dziesięcinach się zasadzała. Wskutek tego Paulini szukali opieki króla Władysława Jagiełły, i dopiero Jagiełło »chcąc«, jak się sam wyraża w akcie donacyjnym, »dzień ostatecznego sądu miłosierdnemi uczynkami dla siebie i dla najmilszej żony swojej królowej Jadwigi uprzedzić«, hojnie uposażył Paulinów, dając im na dziedzictwo wsie: starą Częstochowę, Krowodżę, Grabówkę, Szarlejkę i Lgotę, oraz pasiekę miodową zwaną Łamiska, nadto roczny dochód czterech grzywien. Nadał także wieczysty wstęp do lasów królewskich na potrzeby klasztoru i wieśniaków, należących do Paulinów. Zapis ten wydał w Krakowie 1393 roku dnia 24 lutego, a w 14 lat potem roku 1414 przywilejem w Sieradzu zapisał im jeszcze wieś Kalej w powiecie krzepickim.
Mając przeto przez króla Władysława Jagiełłę zapewniony byt, OO. Paulini przez swoją wysoką świątobliwość, gorliwość pobożną, wspaniałe i wystawne nabożeństwa i wielkie odpusta, a nadewszystko wielkie łaski i cuda, jakich doznawali udający się tu do Matki Bożej w Jej przechwalebnym obrazie, ujrzeli się niedługo otoczeni ze wszystkich stron niezliczonymi prawie tłumami pobożnych pielgrzymów, przybywających nietylko z całej Polski, lecz i ze Śląska, Morawy, Czech, Prus i Węgier.
Chwała Boża, zbawienie ludzi, uzdrawianych tu cudownie codziennie niemal na duszy i ciele przez pośrednictwo Matki Bożej w świętym Jej obrazie, opromieniły tę Jasną Górę, i Jasna Góra odrazu zajaśniała jakby niebios odblaskiem. Wprawdzie Polacy od samego początku swego nawrócenia do wiary przejęci byli wielkiem nabożeństwem do Matki Bożej, lecz dopiero tu na Jasnej Górze rozwinęła się albo lepiej i wyraźniej mówiąc, z nieba jako ubłogosławiający dar życiodawczy spłynęła i zaszczepioną została w sercach polskich ta cześć i gorąca pobożność do Matki Bożej, która stała się przez wszystkie wieki cechą każdego Polaka (Polonus unus defensor Mariae) i treścią narodowości polskiej.
I błogo i szczęśliwie tu było na tej Jasnej Górze pod opieką Matki Bożej w Jej cudownym obrazie jakby uobecnionej. Ale czyż na ziemi, na tym padole płaczu, spokój, pomyślność, szczęście może być trwałe. Jeśli dziś łzy nie płyną, jeśli serce dziś nie boli — o! niezawodnie niedługo popłyną łzy tem obficiej, i serce zaboli tem żałośniej. A jakże bardziej to się iści z kościołem. Kościół pod krzyżem powstał, i krzyż jak znamieniem tak i żywiołem jest kościoła. A więc tak musiało być i z Jasną Górą; i dla Jasnej Góry musiały przyjść dni żałoby. Stało się w niespełna 50 lat po ustaleniu się tam Paulinów.


V. Napady Łotrów na Jasną Górę roku 1430 i 1466.

Wypadek ten był bardzo bolesny, i przez tyle wieków i po dziś dzień w śladach na przebłogosławionem obliczu Matki Bożej wywołuje żałość, przerażenie i smutek przygnębiający.
Wypadek ten czyli »Napad Łotrów« tak opisuje współczesny Długosz:
Roku 1430 król Władysław Jagiełło obchodził święto Zmartwychwstania Pańskiego w Kaliszu. »Pod ten czas niektórzy z szlachty polskiej, wyniszczeni marnotrawstwem i obciążeni długami, mniemając, że klasztor Częstochowski na Jasnej Górze, zakonu św. Pawła, posiadał wielkie skarby, z tej przyczyny, że do niego z całej Polski i krain sąsiednich, jakoto Śląska, Moraw, Prus i Węgier w święta uroczyste N. Maryi Panny, której obraz cudowny i przedziwnej roboty w tem miejscu zachowywano, przybywał lud pobożny, a to dla zadziwiających cudów, jakich tu chorzy za przyczyną Najświętszej Panny i Orędowniczki naszej uzdrawiani, doznawali, zebrawszy z Czech, Moraw i Śląska kupę łotrzyków, w dzień świąteczny Wielkanocy napadli na rzeczony klasztor Paulinów. A nie znalazłszy w nim spodziewanych skarbów, zawiedzeni w nadziei, sięgnęli ręce świętokradzkie do naczyń i sprzętów kościelnych, jakoto kielichów, krzyżów i ozdób miejscowych. Sam nawet obraz Najchwalebniejszej Panny odarli ze złota i klejnotów, któremi go ludzie pobożni przyozdobili. Nie przestając wreszcie na łupieży, twarz pomienionego obrazu mieczem na wylot przebili, a ołtarz, na którym był umieszczony, pogruchotali, tak iż zdawało się, że to nie Polacy, ale Czesi kacerze dopuścili się czynów tak srogich i bezbożnych. Po dopełnieniu takowego gwałtu, raczej skalani zbrodnią niż zbogaceni, z niewielką zdobyczą pouciekali«.
»Długi czas mniemano, że ów gwałt popełnili czescy kacerze (Husyci), mieszkający w przyległych Polsce miastach i zamkach śląskich. I już Władysław król i panowie polscy poczęli byli myśleć o wydaniu wojny Czechom: ale gdy się sprawa wydała, karano srodze owych z szlachty polskiej złoczyńców, a wielu wtrącono do więzienia. Ależ i miecz sprawiedliwy kary Bożej pomścił się wkrótce zniewagi wyrządzonej N. Bogarodzicy: niemal wszyscy bowiem, którzy się tym czynem świętokradzkim pokalali, w ciągu tegoż samego roku zginęli pod mieczem morderczym. Przywódcami zaś rzeczonej zbrodni byli: Jakób Nadobny z Rogowa herbu Działocza, Jan Kuropatwa z Łańcuchowa herbu Śreniawa, których król Władysław schwytanych przez niejaki czas w wieży zamku krakowskiego trzymał: tudzież książę ruski Fryderyk« (Fiedor ks. Ostrogski).
Wapowski (II, 87) mówi: »Jakób Rogowski i Jan Kuropatwa, hersztowie zbrodni, puściwszy się na wszelkie niecnoty, ojcowiznę pomarnowali, bezecnie majątki potrwonili, zamierzając wybrnąć z niedostatku i myśląc, że uda się im zwalić winę na sąsiednich odszczepieńców (Husytów)...«
OO. Paulini połamane części obrazu świętego zanieśli do Krakowa, a król Jagiełło oddał je pod straż magistratowi krakowskiemu, i nakazał naprawić, co gdy malarze krakowscy dokonali, bogato obraz przyozdobił, a potem z procesyą, przy odgłosie pobożnych pieśni na Jasną Górę odprowadzić polecił. Jako smutna i żałośna tego świętokradzkiego napadu pamiątka, pozostały po dziś dzień dwie kresy na obliczu Matki Bożej.
Drugi napad na Jasną Górę nastąpił r. 1466. Ani świętość miejsca, ani powszechna cześć dla niego nie ochroniła Jasnej Góry i od tej powtórnej napaści, ale już tylko samych cudzoziemców. Król czeski Jerzy Podiebrad wysłał oddział wojska przeciw mieszkańcom Wrocławia. Dowódca tego oddziału, Ścibor Towaczowski, Morawczyk, pomijając Wrocław, bądź chciwością łupów wiedziony, bądź z potajemnego rozkazu króla czeskiego, zazdroszczącego powodzeniu oręża polskiego w Prusach, napadł na Częstochowę i zrabował miasto i klasztor; obraz wszakże cudowny powtórnej teraz obelgi nie doznał.


VI. Obrona Jasnej Góry przeciw Szwedom roku 1655.

Napady te, jakkolwiek z powodu znieważenia obrazu świętego były nad wyraz bolesne i odezwały się echem żałości w całej Polsce — sprawiły atoli, że Jasna Góra
Dawny widok Jasnej Góry.
stała się głośną, wszyscy o niej się dowiedzieli i z całej Polski i z okolicznych krajów pobożni jeszcze liczniejsze niż przedtem zaczęli odbywać do cudownego obrazu pielgrzymki.

I odtąd już spokojnie rozwijało się tu życie religijne aż do pamiętnego na zawsze roku 1655, w którym jeśli z jednej strony groziło Jasnej Górze wielkie niebezpieczeństwo zupełnej zagłady, to znowu z drugiej przesławna, cudowna obrona tego miejsca świętego wzniosła go wobec już nietylko Polski, lecz i świata całego na wieki — wieki na szczyt największej chwały i sławy — zwłaszcza, że ta cudowna obrona cudownie zarazem obroniła i całą Polskę od niechybnej zguby.
Że zaś ta obrona była istotnie cudowną, dosyć tylko zważyć, że była to maleńka forteczka, w której było 70 zakonników, 160 wojskowych (po większej części włościan), 50 szlachty. Oblężona zaś była przez najsławniejsze wówczas w całej Europie wojsko szwedzkie w liczbie 9000 (Kordecki); nadeszło później z Krakowa 1200 i 700 pod dowództwem Wolfa Polaków i napędzonych w wielkiej liczbie włościan i górników z Olkusza; dział 19 (przybyło jeszcze 6 największych), pod dowództwem zdolnego i sławnego w trzydziestoletniej wojnie generała Millera, i nietylko się obroniła, lecz prawie żadnych strat nie poniosła. I co więcej, że i ta szczupła garstka na Jasnej Górze, nie spodziewając się zwycięstwa, upadła była na duchu i chciała się nieraz poddać, i że jeden tylko Kordecki zakonnik przy pomocy tylko Zamojskiego i Czarnieckiego, pokładając niezachwianą ufność w Bogu i Matce Bożej, idąc za przekonaniem, że bez względu na wszystko powinien się bronić, choćby się miał w gruzach kościoła zagrzebać, — zaiste nadprzyrodzoną siłą duszy utrzymał wszystkich, natchnął ich męstwem i odwagą, i wreszcie obronił miejsce święte.
Oblężenie trwało od 18 listopada do 27 grudnia — dni 40.
Obrona ta na szczególniejszą zasługuje nadto uwagę, jako sam czyn najsławniejszy w całej przeszłości Polski, i powtóre jako wzór i przykład najchwalebniejszy na zawsze dla Polaków, jak się mają zachować wobec nieprzyjaciół ojczyzny.
Stan ówczesny Polski był najrozpaczliwszy. Wewnątrz niezgody, zawiści, zdrady, rozstrój najzupełniejszy, upadek ducha powszechny. Kraj cały zajęty przez nieprzyjaciół, naprowadzonych przez zdrajców ojczyzny, o których Kordecki powiada, że »jadem żmii zabić ojczyznę byli gotowi«, wojsko bez bitwy poddało się Szwedom i wespół z nimi plądrowało po kraju, król przez wszystkich opuszczony musiał uchodzić do Śląska; poburzone zamki, miasta do szczętu zrabowane i spalone, ludność przerażona, ubezwładniona strachem, w głodzie i chłodzie kryła się po lasach. Kościoły sprofanowane, »dymiły się pożarem święte przybytki, śladów wsi szukano w popiołach; po polach leżały trupy pomordowanych, z żadnej innej winy, tylko że byli Polacy« — mówi Kordecki. Głód powszechny, pola odłogiem w całej Polsce leżały, morowa zaraza; najznakomitszy wojownik, Stefan Czarniecki nie był w stanie obronić Krakowa, który opanowali Szwedzi z Węgrami. Car moskiewski opanował Wilno i całą Litwę rabował, pustoszył ogniem i mieczem, ludność wyprowadzał gwałtem do Moskwy. Zdawało się ostatnia wybiła godzina dla Polski, Opatrzność jednak podźwignęła jeszcze Polskę z pod nóg nieprzyjaciół, którzy ją deptali w pogardzie. I ręką tej Opatrzności był Kordecki — zakonnik, Paulin.
Kordecki w tym czasie był przeorem na Jasnej Górze; Mickiewicz (Lekcya IV. 1842 r.) powiada: »W zaciszu klasztornem znajdował się mąż, jedyny podobno, co natenczas w Polsce umiał wznieść się nad wszelkie rachuby polityczne i militarne i pozostać wiernym sprawie Ojczyzny; była to dusza najmocniejsza i najczystsza z dusz polskich; w nią bijąc nieprzyjaciel wydobył na jaw, co stanowi ukrytą potęgę w narodzie. Walka pod murami Częstochowy wzniosła się tak wysoko, że cała Polska mogła ją widzieć i postrzedz w niej ideał narodowego oporu; — miarę, ile każdy Polak powinienby zdołać. Poruszone tym sposobem tętno powszechnych uniesień, przejęło Polaków jednem uczuciem i zrobiło ich niezwyciężonymi«.
Kiedy Szwedzi wtargnęli do Polski, Paulini zmiarkowali, że pokuszą się i o Jasną Górę. Dla zabezpieczenia jej prowincyał Paulinów O. Bronowski pojechał do Warszawy do króla, celem wyjednania pomocy do opatrzenia twierdzy, a gdy na to otrzymał zbywającą go odpowiedź: »róbcie co możecie, a jeśli gwałtowne nastąpi oblężenie, będę się starał o posiłki dla was«, poznał z tego, że na nikogo liczyć nie można i samym o sobie myśleć należy. Zaopatrzył więc Jasną Górę dostatecznie w żywność i potrzeby wojenne, sprowadził ze Śląska zdolnego puszkarza do kierowania artyleryą wałową, rzeczy co najdroższe wywiózł do Nissy, a srebra w stawach zatopiwszy, ukrył. Dla poznania naocznie Szwedów Kordecki pojechał do Krakowa, i dowiedziawszy się, że król szwedzki ma oglądać Katedrę, towarzyszył X. Sz. Starowolskiemu, kiedy ten go po Katedrze oprowadzał. Król szwedzki pełen pychy, nadęty i zuchwały, z kapeluszem na głowie, kroczył po kościele, otoczony swoim orszakiem. Kiedy zaś przyszli do grobowca Łokietka, Starowolski wskazując go, powiedział: »tu leży król Władysław Łokietek, który trzy razy zmuszony był opuszczać Polskę i za każdym wracał, i umarł tu w Krakowie na tronie«. Nie podobało się to królowi szwedzkiemu, z przekąsem więc odrzekł: »ale wasz Jan Kazimierz raz wygnany już więcej nie wróci«. Starowolski, kapłan wielkiej powagi, staruszek, jakoż niedługo i umarł ze zmartwienia, patrząc na profanowanie i obdzieranie kościołów przez Szwedów, wieszczym jakby duchem natchniony, odpowiedział: »któż o tem może wiedzieć: fortuna mutabilis, Deus admirabilis (pomyślność się zmienia, a Bóg mocen cuda {{kor|czynić«.|czynić)«. Zmarszczył się na to król szwedzki i snać go coś tknęło w duszy jakby przeczucie niepewnego jego losu, gdyż kapelusz, w którym dotąd bez względu na świętość miejsca chodził, zdjął z głowy, i już nie chcąc dalej oglądać Katedry, wyszedł nagle, jakby czemś przygnębiony, z kościoła. Kordecki patrzał na to wszystko i słyszał; — co czuł wtedy, co myślał, jakie na niego wywarło to wszystko wrażenie? Katedra, w której cała Polski przeszłość zespoliła się z duchem religijnem, groby królów i znakomitych Polaków, pamięć odbytych tu koronacyj — przejąć musiała Kordeckiego do głębi i duszę jego zespolić z dawną wielkością Polski. O jakżeż gorąco, żałośnie musiał się modlić u grobu św. Stanisława, patrona Polski, jak się musiał za jego przykładem ofiarować na męczeństwo raczej, a nie poddawać Jasnej Góry Szwedom, dla których nic nie było świętego i którzy pomimo zobowiązań, przez samego króla szwedzkiego podpisanych, że nie tkną kościołów — rabowali je, na stajnie obracali, księży mordowali, nawet w klasztorze Bożego Ciała, gdzie stał kwaterą sam król szwedzki. Widział zburzenie kościoła i klasztoru Karmelitów i znieważanie tam będącego cudownego obrazu, i ze ściśniętem sercem i postanowieniem bronienia się do ostatka, powrócił na Jasną Górę. Po powrocie jego stanęło, że jakkolwiek należy mieć nadzieję w pomoc Boską, ale narażać obraz święty nie godzi się. A więc Prowincyał niezwłocznie obraz ten święty wywiózł nocną porą — i w Konopiskach zaledwie nie był pochwycony od Szwedów, i tylko deszcz ulewny ochronił go od nieszczęścia utraty najdroższego skarbu — obrazu świętego. Zawiózł go do Lublińca na Śląsku i tam w zamku hrabiego Andrzeja Cellarego pod dozorem O. Romualda umieścił. Zaledwo atoli obraz święty został wywieziony, aliści na drugi dzień Szwedzi już byli pod murami Jasnej Góry. Był to hrabia Jan Weiher Wrzeszczowicz[6] na czele 4.000 Szwedów. Przybył wśród nocy z wielkim hukiem trąb i kotłów, wzywając Paulinów, ażeby bez żadnej zwłoki, natychmiast przyjęli go z jego wojskiem na załogę do twierdzy, jako przyjaznego sobie katolika, nie czekając, aż nadejdzie dążący tuż za nim generał szwedzki Miller, który jako heretyk opanowawszy Jasną Górę niezawodnie do szczętuby ją zniszczył.
Pod wpływem Kordeckiego, Paulini po krótkiej naradzie oświadczyli, że nazajutrz dadzą odpowiedź. Jakoż odpowiedzieli mu przez wysłanych zakonników, że Paulini boją się tylko Boga, a na groźby nieprzyjaciół nie zważają, że wreszcie gotowi są umrzeć w obronie religii i ojczyzny. Przytem zwrócili jego uwagę, że nachodząc w nocy gwałtownie na klasztor, zaprzeczył tem samem swojej dla miejsca świętego przyjaźni, z jaką się oświadcza. Proszą więc go, że jeśli rzeczywiście jest dla Jasnej Góry życzliwie usposobiony, żeby odszedł sobie spokojnie i niepokoju nie wszczynał. Rozgniewany tą odpowiedzią Wejhard, grożąc klasztorowi zniszczeniem, spalił budynki gospodarskie i z folwarków zabrawszy bydło — odszedł. Było to 18 listopada. Po odejściu Wejharda, Kordecki zebrawszy wszystkich co byli na Jasnej Górze i zachęciwszy ich do wytrwałej nadziei w opiekę nad miejscem świętem Matki Bożej, odprawił solenną Mszę św. i śpiewając suplikacye, odbył uroczystą procesyę z Najświętszym Sakramentem w około murów. Po czem obejrzał uważnie wały, działa, amunicyę i wszelkie zasoby wojenne, każdą rzecz z osobna poświęcił i wyznaczył dla każdego z załogi stanowisko. Zaledwie to skończył, aż o drugiej godzinie przybyli Szwedzi pod dowództwem Burharda Millera w liczbie 9 tysięcy i 19 oblężniczemi działami (przy nich były także dwa pułki polskie pod dowództwem Jana Zbrożka i Seweryna Kalińskiego, pułkownik Sadowski i książę Heski) i wezwał klasztor do niezwłocznego poddania się, grożąc w przeciwnym razie, że zburzy kościół, klasztor i wszystkich każe wymordować bez żadnego miłosierdzia. Gdy jednak razem z tym wezwaniem Szwedzi zająwszy wieś Częstochówkę, folwarki zaczęli rabować i w obronie stawającego gumiennego zabili, nie zdało się Kordeckiemu innym sposobem na wezwanie Szwedów odpowiadać, jak celnymi wystrzałami z dział. Nie spodziewał się Miller takiej odwagi po mnichach, więc pod wieczór przysłał na Jasną Górę z oddziału Zbrożka dwóch poruczników Gołyńskiego i Paprockiego, wzywając, aby poprzestano strzelać z wałów bo chce z klasztorem w spokoju się porozumieć i ułożyć. Kordecki jednak odpowiedział, że każe zaprzestać strzelania tylko wtedy, gdy Szwedzi odejdą, zkąd przyszli. Widząc nadto, że folwarki klasztorne mogą być dogodnemi dla Szwedów kryjówkami, za nadejściem nocy wyrzuconemi z twierdzy granatami spalił je, przyczem Szwedzi, co już się tam byli mieścili, znaczne ponieśli straty w ludziach i złożonych tam zapasach wojennych. Miller miarkując z energicznego działania Kordeckiego, że układami nie zdobędzie klasztoru, za nadejściem dnia ze wszystkich, ile tylko miał dział, rzęsistemi strzałami uderzył na klasztor, kierując je głównie na dach klasztorny, w myśli, że gontami pokryty łatwo się zapali. Kordecki odpowiedział mu wzajemnie i celnemi pociskami zapalił w Częstochówce budynek słomą pokryty i napełniony sianem. Wszczęty pożar ogarnął sąsiednie domy, przyczem zginęło mnóstwo Szwedów, bo na domiar nieszczęścia, własne ich strzelby płomieniem ogarnięte, razić ich poczęły, a gdy wybiegali z zabudowań na otwarte miejsce, znowu na strzały z fortecy wystawieni, haniebnie ginęli.
Po tym wypadku, wysłany od Millera do klasztoru Seweryn Kaliński, pułkownik i starosta bracławski, żeby namawiał Paulinów do poddania się, mówił do nich: »wierzajcie Ojcowie, iż lepiej jest przez uległość zasłużyć na łaskę króla szwedzkiego, niż uporem zemstę jego wywoływać. Cóż bowiem, prawił dalej, w takim razie pozostaje rozgniewanemu żołnierzowi, nad tępienie żelazem i pożogą buntowników«. (Rzecz godna uwagi, że już wtedy zdrajcy, służąc nieprzyjaciołom Ojczyzny, tych, co bronili Ojczyznę, zwali buntownikami). Kordecki Kalińskiemu odpowiedział, że z zakonnikami rozważy i nazajutrz przyszle odpowiedź. Jakoż nazajutrz przybyli do Millera dwaj Paulini i oświadczyli wielkie zdziwienie, że gdy król szwedzki edyktem, wydanym 30 września z Kazimierza pod Krakowem przyznał nietykalność kościołów i klasztorów, generał, wbrew rozkazowi swego króla, napastuje Jasno-Górski klasztor. Zrazu na to się oburzył Miller, że posądzają go, jakoby żądał poddania klasztoru bez wiedzy króla, ale umitygowany przez wysłanych Paulinów, nazajutrz przez Kuklinowskiego, dowódcę chorągwi konnej polskiej w służbie szwedzkiej, przysłał oryginalny rozkaz króla szwedzkiego, ażeby zajął Wieluń, Krzepicę i Częstochowę. Kordecki znowu dla zwłoki odpowiedział, że w dniu jutrzejszym przyszle odpowiedź, już stanowczą, ale dopiero po odprawionem nabożeństwie, gdyż przypadała to niedziela i święto ofiarowania Najśw. Maryi Panny. Szwedzi z niecierpliwością czekali na tę stanowczą odpowiedź, a tymczasem Kordecki po odprawieniu solennej Mszy św., z największą uroczystością, śpiewami i biciem we wszystkie dzwony odprawił procesyę z Najśw. Sakramentem pomiędzy murami. Poczem odpisał uprzejmie do Millera, że ponieważ w rozkazie króla szwedzkiego wymienioną jest Częstochowa, a klasztor nosi nazwę Jasnej Góry, więc wątpi, żeby ten rozkaz mógł się stosować do Jasno-Górskiego klasztoru; zwłaszcza, że jest miasto Częstochowa, miejscowość zupełnie różna od Jasno-Górskiego klasztoru. Przeczytawszy tę odpowiedź Miller i widząc w niej tylko zręczny wybieg, okrutnie się rozgniewał, i nagle zaczął wołać, żeby natychmiast z dział strzelano i brano się do oręża do ataku i zburzenia ze szczętem tej siedziby przebiegłych i upartych mnichów.
Wnet też gradem poleciały pociski i kule ogniste, druzgocząc belki i wiązania dachów, a pozwijane kłęby konopi, oblane smołą i żywicą, rozniecały płomienie. Nie odejmowało to jednak odwagi obrońcom miejsca świętego, owszem zapalało jeszcze bardziej ich śmiałość i poświęcenie się. Po dachach rozstawiona straż gasiła ogień bombami wzniecany, a stojący na murach z zapałem nadzwyczajnego męztwa odpierali gwałtowne szturmy. Dodawało odwagi obrońcom jeszcze i to, że z podziwem widzieli, jak wiele pocisków padało bezskutecznie; niektóre lekko tylko dotykały murów, inne od dachówek się odbiwszy i nie sprawiwszy żadnej szkody, odskakiwały nazad; inne wreszcie przelatywały górą po nad klasztor i z przeciwnej strony szturmujących Szwedów srodze raziły.
Tymczasem w chwili, kiedy najgwałtowniejsze strzelanie i szturmy rozwścieklonych Szwedów, jakby piekła wyziewem zda się chciały za jednym razem pochłonąć i pożreć Jasną Górę — nagle z góry po nad głowami walczących jakby z nieba zabrzmiała muzyka tonami podniesionemi i wzniósł się śpiew hymnu do Boga Rodzicy. Było to dziełem kościelnej orkiestry, która z własnego pomysłu wstąpiła na najwyższą galeryę wieży i zaintonowała pieśń świętą. Słodka harmonia przy strasznym a nieustannym huku dział wlewając w serca niebieską pociechę, podnosiła ufność w Bogu i dodawała odwagi. Jakoż odtąd weszło w zwyczaj w ten sposób osładzać sobie niedolę, i straszliwe a bluźniercze wrzaski srożących się Szwedów przytłumiać.
Rozdrażniony Szwed oporem Paulinów, a nadewszystko odgłosy muzyki na wieży biorąc za umyślne z niego urąganie, postanowił użyć wszystkich sił dla zburzenia klasztoru. Jakoż nie przestając na pierwszym w nocy ataku, przez następne dwa dni bezustanku wielki ogień z dział i strzelby puszczał do twierdzy, a razem pod ochroną ciemnej nocy coraz nowemi okopami, coraz bliżej ją otaczał.
Ale i waleczni obrońcy Jasnej Góry nie marnowali czasu. Odparłszy szturmy, podniesieni na duchu, gdy postrzegli, że nieprzyjaciel zaufany w siłach swoich, nie spodziewając się wcale napadu od szczupłej garstki oblężonych, w zupełnem bezpieczeństwie, a nawet nieostrożności noce w szańcach swych spokojnie przepędzał, uradzili zrobić nocną wycieczkę. Poprowadził ją Piotr Czarniecki, rodzony starszy brat Stefana. Pierwsze czaty nieprzyjaciół, osłonięty ciemnościami nocy, zręcznie ominął, i połowę oddziału swego zostawiwszy na bokach po pod samą artyleryą nieprzyjacielską, z resztą szczęśliwie spuścił się niziną na dół i niespodziewanie z tyłu gwałtownie z okrzykiem i wrzaskiem na nieprzyjaciela uderzył, każdego kto się nawinął kładąc trupem, a najprzód wtargnąwszy do namiotu naczelnika głównego artyleryi, kiedy ten układał się do spoczynku, śmiertelnie ugodził, a potem wielu wyższych oficerów porąbał. Nastąpiła rzeź okrutna, wszczął się straszny między Szwedami, ile że się niczego nie spodziewali, popłoch; uciekających goniąc napadający zawzięcie rąbali; Szwedzi chcąc się z okopów na zewnątrz wydostać, wpadli na rozstawione z dwóch stron czaty, haniebnie ginęli. Pomiędzy znaczniejszymi poległ w tej porażce sławny inżynier de Fossis i hrabia Horn oberszt jeneralny, mianowany przez króla szwedzkiego gubernatorem Krzepicy, zkąd z oddziałem swym przybył był w pomoc Millerowi. Ten cięty kosą (a więc i wtedy już byli kosyniery) w piersi, leżał długo na zamku krzepickim, w końcu boleściami i gniciem ciała wycieńczony, wydając z siebie fetor nieznośny, w okropnych konwulsyach w tym samym dniu ducha wyzionął, w którym Szwedzi od oblężenia odstąpili. Zresztą niemal wszyscy, co tylko byli w okopach, wycięci i wystrzelani zostali. Niektórzy tylko uchodząc z pogromu do obozu roznieśli tam straszną i powszechną trwogę. Na rozkaz Millera na gwałt uderzono w kotły i trąby, na odgłos których w dalszych okopach będący Szwedzi, ze snu rozbudzeni, pochwyciwszy za broń poczęli się gromadzić, w tem zagrzmiały działa i rozpalone kule ogniste oświeciły pobojowsko, usłane trupami. Nim jednak opamiętali się i rzucili w pogoń, Czarniecki, zagwoździwszy dwa działa, z tryumfem już był wrócił do swoich, winszujących mu zwycięztwa. Stracił w tej wycieczce tylko jednego, Janusza Węgra, którego, że się był od kupy oddzielił, przez omyłkę wzięto za zbiega z fortecy i kulą ugodzono.
Po tym wypadku Miller sądząc, że nie ma sił dostatecznych, wysłał spiesznie do Krakowa, żądając rychło nadesłania posiłków i armat burzących jak największego kalibru. Gdy się o tem na Jasnej Górze dowiedziano, znaleźli się tacy, że ze strachu poczęli myśleć o zniewoleniu Kordeckiego do wejścia ze Szwedami w układy, a jeśliby na to nie przystał, do poddania im twierdzy.
Już poprzednio przeor klasztoru wieluńskiego w mocnych wyrazach wystawiając przewagę nieprzyjaciół, usilnie doradzał wejście w układy ze Szwedami, żeby nie narażać miejsca świętego na szwank niepewnego wypadku wojny. Teraz znowu, jeden z tych dwóch Paulinów, co wysłani byli do Millera, a których on był zatrzymał, grożąc im śmiercią, jeśli Jasna Góra się nie podda, przybywszy do klasztoru i sławiąc braciom zakonnym potęgę szwedzkiego wojska, obwiniał ich o lekkomyślność, że pozbawieni wszelkiej nadziei posiłków, w uporczywem przedsięwzięciu oporu trwają i tem do większej srogości nieprzyjaciela przeciw sobie podniecają — i mówił dalej: »cóż to za zuchwalstwo przeciw tak wielkiemu wojsku stawiać niedołężne nasze siły, które przez dłuższy czas oblężeniem wycieńczone, muszą koniecznie ostatecznie uledz. Głód sam, że już pominę inne przykrości długich trudów, wyda nas nieprzyjacielowi, a odległa potomność śmiać się będzie z niedorzecznego oporu. Za krew, którą przelać trzeba będzie i zburzenie klasztoru odpowiadać będą musieli przełożeni. (Przymówka Kordeckiemu, bo sam Kordecki jedynym był przełożonym, co postanowił bez względu na wszystko bronić miejsca świętego).
Nie dosyć tego, inny znowu wypadek bardzo boleśnie zasmucił oblężonych i wykazał z jednej strony niesumienność Szwedów w dotrzymywaniu przyjętych zobowiązań, a z drugiej — do jakich następstw prowadzi poddanie się Polaków Szwedom.
Wojsko Czarnieckiego Stefana, stosownie do zawartej w Krakowie kapitulacyi, stało rozłożone w księstwie Siewierskiem w zupełnem bezpieczeństwie pod zasłoną zaręczenia samego króla szwedzkiego. Tymczasem Miller potrzebując więcej pieszego żołnierza do oblężenia, nie zważając na tę kapitulacyjną umowę, posłał znaczny oddział wojska, i »przekupiwszy starszych« (jak podaje sam Kordecki), potajemnie schwytał w Siewierzu nieostrożnego dowódzcę Wolfa, starostę dynaburskiego, i zabrał siłę 700 piechoty; zabranych żołnierzy polskich zmusił przysięgnąć na służenie Szwedom, i sprowadził ich do Częstochowy, żeby byli narzędziem zburzenia miejsca świętego, które przecie sami czcili i uwielbiali. (Kochowski. Climakter 11. Księga I). W ślad za tem wysłał do Paulinów Kuklińskiego rotmistrza, a ten począł wmawiać Paulinom niepodobieństwo utrzymania się przeciw szwedzkiej potędze, kiedy taki zamek krakowski musiał się poddać Szwedom, dowodząc ostatniej zuchwałości chcieć nieumiejętnym wojnę prowadzić mnichom, bronić jeden pagórek obmurowany, a raczej »kurnik« od tak dzielnych i wyćwiczonych hufców; wystawiał utratę ostatniej nadziei przez połączenie się piechoty Wolfa z wojskami szwedzkiemi. Jakoż ze smutkiem postrzegli wnet oblężeni, jak z rozkazu Millera cały ten pułk pod ośmiu chorągwiami dla zastraszenia oblężonych przeciągnął pod murami twierdzy.
A więc do dwóch pułków polskich, które były od samego początku oblężenia przy Szwedach, przyłączył się do nich i trzeci pułk polski i przysięgnął, że ze Szwedami walczyć będzie przeciw własnej ojczyznie.
Lecz nie koniec nieszczęścia! Oto znowu inni Polacy przybywają w pomoc, nie miejscu świętemu, lecz nieprzyjacielowi, czyhającemu na to miejsce święte. Miller nakazał spędzić jak najwięcej włościan i spędzonym rozkazał przyrządzać faszyny do wzniesienia naprzeciw fortecy szańców. I włościanie, co mają się za pobożnych czcicieli Matki Bożej, dali się spędzić jak trzoda jaka i zabrali się raźno do pracy — w pomoc heretykom do zdobycia i zburzenia klasztoru, poświęconego Matce Bożej. Robili faszyny i wlekli je na wskazane miejsca. Stróże Jasnogórscy dawali na to wszystko baczność i czekali aż więcej tej zgrai się nagromadzi. Gdy tedy chłopstwo tłumnie rzuciło się do ustawienia faszyn i jak mrowisko zaczęło się krzątać; Jasnogórscy nie szczędząc już kul i prochu, chcąc raz na zawsze odstręczyć od posługi Szwedom, wymierzywszy działa, dali ognia, a kule taki popłoch w tej hałastrze sprawiły, że prażeni kartaczami i straciwszy moc swoich, z jękiem przerażliwem na raczkach pełzając, co tchu zmykali, aż się Szwedzi do rozpuku z nich śmiali; i ze wstydem poczęli na wszystkie strony uciekać: obciążeni w dodatku klątwą sumienia, że wystąpili byli przeciw miejscu świętemu i przeciw obrońcom ojczyzny.
I tego jeszcze niedosyć! Znowu inni Polacy przybywają w pomoc Szwedom, do wyraźnego już zburzenia klasztoru.
Miller widząc, że walką nie przemoże dzielnych obrońców Jasnej Góry, zamierzył podkopać się pod mury i podłożywszy miny wysadzić klasztor w powietrze. W tym celu nakazał sprowadzić górników z Olkusza. I oto, przybyli Polacy, dzień i noc (odmieniając się) żelaznemi drągami i kilofami kują skałę, a kują z ukosa, aby zasłonić się przed strzałami Jasnogórców, i jak węże czołgali się w norach. Trudna atoli była robota, skała twarda, tak że zaledwie o kilka kroków z wielkim mozołem posuwali się, kierując się ku baszcie. Wreszcie dotarli, i już byli niedaleko, gdy wycieczka z twierdzy (o której niżej) wszystkich tych robotników, pomocników szwedzkich pozabijała, z wyjątkiem tylko dwóch. Przed obawą kary, usłuchali nieprzyjaciół, czynili podkop dla wysadzenia klasztoru Matki Bożej w powietrze. I cóż zyskali — śmierć haniebną.
Otóż widzimy, że ci dzielni obrońcy miejsca świętego i ojczyzny nie z samymi tylko Szwedami walczyć musieli. Byli tam w niemałej liczbie i wyrodni Polacy. Cóż dziwnego, że przy pomocy samychże Polaków Szwedzi opanowali Polskę i byłoby już wtedy po Polsce, gdyż stanął był już układ rozbioru Polski, gdyby nie mężna i cnotliwa obrona Częstochowy — przez wiekopomnego Kordeckiego.
Dowód to tylko, co może dokazać garstka szczupła ludzi dzielnych, zwłaszcza gdy na jej czele stanie znakomity człowiek. Ale gdy z jednej strony odważna obrona miejsca świętego budziła podziw i uwielbienie prawych Polaków, — z drugiej ci, co poddali się byli Szwedom, widzieli w tej obronie wyrzut dla siebie i potępienie ich małoduszności. Jakoż zamiast naśladować przykład dobry, wyrzucali wciąż obrońcom Jasnej Góry ich zuchwalstwo, upór i lekkomyślność, i wciąż usiłowali przez namowy i groźby zniewolić ich do poddania się za ich przykładem Szwedom, jako rzecz rozumną i wedle ich przekonania dla dobra samejże Polski konieczną!!??
W tej właśnie myśli przybył na Jasną Górę z nieprzyjacielskiego obozu »pewien znakomity szlachcic« (mówi Kordecki, nie wymieniając jego nazwiska, nie chcąc rodu jego zniesławić), poważny wiekiem i wymową tak, iż zdawało się, że żadnego podejrzenia przeciw niemu mieć nie można było. Przyjęty przez Jasnogórców najuprzejmiej; aliści najniespodziewaniej wśród poufałej rozmowy, skreśliwszy opłakany stan Rzeczypospolitej, zaczął podmawiać Paulinów do poddania się, i podnosząc głos, mówił: »Jakichże to czasów doczekała się strapiona ojczyzna nasza, kiedy zmuszeni jesteśmy uledz smutnej konieczności narzucającej nam króla szwedzkiego... Niestety, cała Polska przez roztropność zniewoloną została uledz jego potędze. Wasza tylko zakonni Ojcowie, czy to zuchwałość, czy lekkomyślność chce stawić opór jego przemocy. Wszakże innych korzyści z waszych przedsięwzięć nie odniesiecie, tylko klęskę dla całego kraju pamiętną. Dalsze stawianie oporu zaostrza tylko gwałtowność zemsty. Lepiej jest, póki się jest całym, z nieprzyjacielem wejść w układy, niż później swojego zgubnego kroku gorzko żałować. Rozważcie tedy rozumnie, co macie czynić, gdy całe wojsko polskie złożyło swoje chorągwie i oręż przed potęgą szwedzką. Wszyscy przewodnicy tak duchowni jako i świeccy zdali się na wolę Bożą, nie śmiejąc się opierać wezbranemu potokowi. Postąpcie jak inni, i nie myślcie, że temu waszym rozumem zaradzić będziecie mogli, czemu cała Rzeczpospolita podołać nie zdoła. Dobrą jest rzeczą i godziwą odwołać się do łagodności panującego, ale zaiste najgorszą zapalać zawziętość przez długie nadużywanie jego cierpliwości. To zaś musi nastąpić, jeżeli nie zaniechacie waszej lekkomyślności, której niezawodnym końcem będzie zburzenie do szczętu tego klasztoru... Wstręt i unikanie spraw świeckich, jest orężem zakonnego zgromadzenia. Cóż macie do czynienia z wrzawą wojenną, — wy, których przepisy zakonne powołują do samotności i milczenia? Zastanówcie się dobrze, aby puklerze, któreście wzięli zamiast różańców, nie przyniosły wam ostatecznej zguby«...
Z zachmurzonem czołem słuchali tej namowy Paulini, a Kordecki zbył go oświadczeniem, że jutro otrzyma stosowną odpowiedź. Tymczasem gdy się dzień chylił ku zachodowi, zniecierpliwiony zwłoką powrotu tego szlachcica nieprzyjaciel, kazał strzelać, na co z fortecy zaraz mu odpowiedziano wystrzałami, i wracający szlachcic-nieborak, wśród kul z obu stron latających, w niemałym był niebezpieczeństwie, które dla głosiciela złych i zdradliwych rad było przestrogą, żeby w inny sposób wysługiwał się miejscu świętemu. Gdy jednak pomimo przestrogi nazajutrz znowu sam przyszedł po odpowiedź, zbyty nic nieznaczącą odpowiedzią, powiedział Millerowi: »Te mnichy nie mają rozumu, są lekkomyślni i zuchwali«.
Posiew jednak zdradliwy wydał zgubne owoce. Namowa tego szlachcica sprawiła, że niektórzy z załogi, przerażeni obawą o los swój, zaczęli między sobą naradzać się kryjomo nad wydaniem twierdzy Szwedom, i już skłonili do tego jednego puszkarza i porucznika. Inni znowu zamierzali tajemnie uciekać. Ostrzeżony na razie Kordecki dzielną i skorą radą zniweczył nikczemne zamysły. Nakazał na nowo wszystkim składać przysięgę, że do ostatniego tchu życia będą bronili odważnie Jasną Górę; przekonanego zaś o zdradę porucznika wraz ze wspólnikami zdrady wypędził z twierdzy.
Widocznie Miller tracił nadzieję zdobycia Jasnej Góry, kiedy ciągle nasyłał plenipotentów i adwokatów swoich dla skłonienia Paulinów do poddania się. Jakoż w ślad za onym szlachcicem zjawił się znowu Seweryn Kaliński, starosta bracławski i pułkownik jazdy polskiej i znowu począł namawiać Paulinów do poddania się Szwedom, a kiedy mu Zamojski (miecznik sieradzki, herbu Poraj) jako wojenny dowódzca twierdzy słusznemi dowodami wykazywał niegodziwość poddania się, Kaliński, zwolennik »ugody« ze Szwedami, powstał na Zamojskiego, mówiąc: »cóż to, Panie Zamojski, mniemacie, że tu sejmiki się odbywają i że próżną gadaniną i wykrętnemi dowodami możecie oprzeć się rozkazom Najjaśniejszego króla szwedzkiego. Wszak i my przecie dbamy o całość i pomyślność naszego kraju, ale roztropniej je pokładamy w łasce i opiece jego«. Krótko i z przyzwoitą godnością odparł Zamojski hardą i zdradliwą mowę Kalińskiego.
Nadeszły wreszcie działa straszliwe; i wśród ciemnej nocy tak tajemnie zostały podciągnięte pod twierdzę i ustanowione, iż straż na murach, chociaż pilnie czuwała, przecież wtedy dopiero spostrzegła, kiedy raptowny, okropny huk i przeraźliwy łoskot wystrzałów z burzących dział, śpiewających w chórze jutrznie zakonników zagłuszył. Zdawało się, że piekło paszczę swą otwarło, i wyzionęło całą swą wściekłość, miotając nieustanny, gęsty i straszliwy ogień z dwóch stron przeciwnych, od północy i południa, jakoż 340 kul przez ten dzień padło. Pomimo to Paulini nie przerwali swego nabożeństwa; przeciągnęli je nawet, a potem z Najświętszym Sakramentem, śpiewając suplikacyę, przy odgłosie wszystkich dzwonów po pod murami wokoło twierdzy odprawili procesyę z największą uroczystością, jakby nie zważając na to, co się wokoło nich działo; chociaż straszne działy się tam rzeczy; ogromne złomy walących się murów po pod nogi im się sypały, i świszczące kule bez przerwy jak grad ponad głowami ich przelatywały. Z tem wszystkiem Paulini zwyczajnym porządkiem, bez pośpiechu, z największą solennością, kończyli swoje nabożeństwa. I dopiero po skończonem nabożeństwie każdy ruszył na swoje miejsce, i wedle sił przykładał się do najdzielniejszej obrony. W tym dniu padły od kul trzy konie, dwa koła u armaty przy północnej baszcie strzaskano, a jedno działo uszkodzono i siedmiu ludzi poległo. A chociaż te wypadki sprawiły cokolwiek zamieszania wśród obrońców, nikt jednak serca nie stracił, ani rąk opuszczał, lecz wszyscy z zapałem największym brali udział w obronie. Jedni zataczali działa, drudzy pomagali do ich ustawienia, inni znosili kamienie, ziemię, drzewo, nawóz dla zapełnienia wyłomów w murach. Stojący zaś na murach tak celnie strzelali z rusznic do puszkarzy, iż ci nie mogli dobrze niemi kierować, własnem niebezpieczeństwem zagrożeni, już to przerażeni, widząc tuż obok siebie wielu ze swoich padających.
Było to 10-go grudnia.
Około południa nieprzyjaciel wstrzymał ogień i wysłał dobosza z zapytaniem, czy Paulini nie odmienili swego uporu, i czyli nie zgadzają się na poddanie twierdzy. Odpowiedziano, jak zwykle, że w rzeczy tak ważnej muszą do jutra się namyślić. Na tę odpowiedź, uniesiony złością niepohamowaną, kazał na nowo straszliwy ogień rozpocząć i ogniste rzucać pociski, okropnym łoskotem, jakby piorunami, powietrze i ziemię wstrząsając. Szczególne jednak zdarzenie wstrzymało zajadłość niecierpliwą Millera, gdy wskutek zapalenia prochu pięciu artylerzystów oślepło i puszkarz kulą działową został zabity. — A rzecz tak się miała: Przy wschodnim bastyonie kierował armatą pewien Niemiec, którego wierność była podejrzana, i który zwykle nieprzyjacielowi leniwie odpowiadał, ale tym razem sam nieprzyjaciel pobudził go do gorliwszego działania. Dostawszy bowiem ów Niemiec kontuzyi od kuli szwedzkiej, czy to przestrogą Boską, czy też bólem i gniewem poruszony, tak trafnie działo wycelował, że armatę szwedzką rozerwał i puszkarza na miejscu zabił.
Po tym wypadku wstrzymał się od działania nieprzyjaciel, ale nie na długo, gdyż w niedzielę, za radą zdrajców — mówi Kordecki — którzy wybadawszy stan fortecy, wskazali mu słabą jej stronę przy zachodnim bastyonie; w tę stronę zwrócił swe szturmowanie. Za późno jednak, gdyż Czarniecki dziwnem przeczuciem, jakby wyższem natchnieniem, basztę tę podczas nocy należycie umocnił. Gdy więc i tu, pomimo największego wysiłku, nic nie wskórał, począł znowu namawiać oblężonych do poddania się, ale Kordecki i teraz, jak i przedtem, odpowiedział, że w rzeczy tak wielkiej wagi trzeba dłuższego namysłu.
Tymczasem źle odzianym Szwedom wzmagające się coraz bardziej mrozy dotkliwie dokuczały. Poczęli więc dla rozgrzania się w długich zimowych nocach palić ognie, i tem samem wskazywali swoje stanowiska i wystawiali się na pociski. Jasnogórscy bowiem, korzystając z tej sposobności, strzelali do tych ogni, przy których zbierali się Szwedzi, i tem zmuszali ich, że dla ocalenia życia musieli wyrzec się grzania i marznąć od zimna.
Kordecki wnosząc, że srożące się mrozy zmuszą Szwedów do przyspieszenia ostatecznego napadu, tem bardziej przygotowywał się do obrony. Kazał przysposabiać maczugi nabite gwoździami, drągi osadzać żelazem, znosić kamienie wielkie dla tłuczenia włażących na mury, gromadzić rumowiska, kosze napełnione ziemią dla zapychania mogących nastąpić w murach wyłomów.
Tymczasem strzelanie z obu stron nie ustawało, a pod wieczór trafny strzał ze śmigownicy, skierowany do stanowiska Millera, kładącego się spać jego siostrzeńca w brzuch kulą ugodził i na łożu wuja trupem położył. Przypadek ten byłby samego Millera spotkał, gdyby nie to, że ustąpił był swego łóżka siostrzeńcowi. Ciało z wydartemi wnętrznościami okropny przedstawiało widok. Nie wstrzymało to jednak Millera, lecz pobudziło go do większej jeszcze zawziętości. Jakoż nazajutrz o świcie postrzeżono z klasztoru, że pomimo gęstych strzałów z fortecy, ustawili byli Szwedzi podczas nocy w nowym szańcu niezmiernej wielkości działo, nieopodal murów. Ale nim z tego działa poczęli Szwedzi strzelać, wykierowane z twierdzy celne strzały działo to zdemontowały, i będących przy niem puszkarzów powybijano. Następnej znowu nocy podsunęli Szwedzi jakąś oblężniczą machinę, lecz i tę machinę strzałami zdruzgotano, a będących przy niej robotników częścią z rusznic ubito, a resztę zmuszono do ucieczki.
Niemałą trwogą napełnił Millera i następujący wypadek: gdy rozmawiał z jednym starszej rangi Szwedem w swojem mieszkaniu, znienacka kula wpadła i tego Szweda tuż obok Millera trupem na miejscu położyła. Tem większą zapalony złością i chęcią zemsty na Jasnogórskich obrońców, gdy szturmy i ataki nie udawały się mu, zamierzał podkopać się pod mury i klasztor minami w powietrze wysadzić. I w tym celu, jak już wspomnieliśmy, sprowadzonym z Olkusza górnikom kazał czynić podkopy, a gdy ci już zbliżali się do murów, rozpuścił wieść, że górnicy natrafili na przechód podziemny, i miny już zostały założone dla wysadzenia klasztoru. I z tą wieścią wysłał do klasztoru posłańca na zastraszenie oblężonych. I rzeczywiście wieść ta niemałegoby strachu napędziła, gdyby przytomność Kordeckiego nie rozproszyła tej obawy. Jakoż Kordecki na tę wiadomość o minach odpowiedział: »Jeśliście prochy podłożyli pod klasztor, dlaczegóż ich nie zapalacie? Dlaczegóż chcecie otrzymać to namową, co jest w waszej mocy? Napróżno tylko się chlubicie. Wreszcie my oddawna gotowi jesteśmy umierać«.
Z tem wszystkiem myśl ta, że klasztor jest podminowany, niektórych, już i tak niespokojnych o los swój bardzo zatrwożyła, a do zaniepokojenia przyczyniło się zarazem jeszcze i to, że szlachta okoliczna, zastraszona przez rozgłoszenie tej wieści o minach, zbiegła się odbierać z twierdzy swoje rodziny, jako z miejsca zagrożonego. Wielka odpowiedzialność ciążyła na głowie Kordeckiego, nie ugiął się jednak. Przewidując, że gdyby wysłał z twierdzy kogokolwiek, wielu zechciałoby naśladować, a pozostali straciliby ostatecznie ufność w możności obrony. Nie pozwolił więc nikogo wypuszczać, oświadczając stanowczo, że za bezpieczeństwo wszystkich ręczy i że ma środki obronić klasztor. Pomimo to jednak kilku szlachty, znużeni przykrościami oblężenia i trudami obrony, przyszli do Kordeckiego, w obecności O. Jana Stradomskiego kaznodziei, zapytując: »na co on, zwlekając poddanie się, czeka, skoro, po głębszem rozważeniu niema żadnej nadziei jakich bądź posiłków. Nieprzyjaciel, co owładnął całą Polskę, nie da próżnym uporem naszym odstręczyć od oblężenia Jasnej Góry, która jedynie pozostała w całej Polsce do zdobycia. Mówili dalej, że mocno się dziwią, co wstrzymuje Przeora od układów z nieprzyjacielem, skoro niezbędna konieczność wymaga, aby wejść z nim w »ugodę«; tem bardziej, że nieprzyjaciel poprzestaje na warunkach, które mu podamy, czego potem od rozjątrzonego wroga, po wzięciu szturmem twierdzy, spodziewać, się nie można.
Na to odpowiedział im Kordecki: Nie na wszystko, czego żądamy przyzwoli nieprzyjaciel. Chcemy zaś, aby miejsce to, Przenajświętszej Matce poświęcone, nigdy bezbożną stopą heretycką nie było skalane. Wy, miłościwi panowie, złamani trudami, pragniecie sprowadzić rzecz do układów ugody z nieprzyjacielem, aby uwolniwszy się od przykrości oblężenia i niewygód wojny, używać mogli nadal bez troski błogiego pokoju. Czyż myślicie, że po poddaniu się naszem, będziecie wolni od wszelkich klęsk wojny, gdy z klasztoru wyjdziecie. Zważcie, co przez poddanie się zyszczemy. Oto, może ztąd wyniknąć, że my, którzy teraz chlubnie za wiarę i Ojczyznę z bezbożnym napastnikiem walczymy, potem z hańbą i wstrętem na rozkaz tegoż bezbożnika za niego i dla niego zmuszeni będziemy walczyć przeciw własnej Ojczyźnie (przykład, że poddawszy się Szwedom, wojska kwarciane teraz pomagają im w zdobyciu klasztoru), albo co niezawodna, że jako podejrzani, z klasztoru wygnani przez niego zostaniemy. Poddanie się więc, stanie się dla nas źródłem nieszczęść i klęsk; przeciwnie, jeśli znosząc mało znaczące niewygody, przy pomocy Bożej pokonamy nieprzyjaciół, wtenczas dopiero osiągniemy niezawodnie pewny i stały spokój«.
W ślad za szlachtą przyszli i zakonnicy niepokoić Kordeckiego. Przywiązani do życia, wzdychając do spokoju i wygódek, pragnęli koniecznie ugody z nieprzyjacielem, i mówili: „Nie przystoi, aby zakonnik, który się wyrzekł świata a przyjął duchowną służbę Chrystusa, uzbrajał się mieczem i krew przelewał. Ulegając raczej nieprzyjacielowi z konieczności, dopuszczonej z woli Bożej, powinniśmy dbać o swoje ocalenie“.
Na to odpowiedział Kordecki: »W jakikolwiek sposób, czy przez poddanie się, czy przez gwałt dostaniemy się pod władzę Szwedów, jeden i tensam los nas czeka. — Wprawdzie przez poddanie się będziemy mogli na razie życie nasze ocalić, ale z czasem, albo wbrew naszej woli wypędzą nas z klasztoru, albo zmuszeni największymi uciskami, sami ustąpimy, i wskutek tego nastąpi zaniechanie na tem miejscu służby Bożej, i wtenczas niebędzie już żadnego sposobu poprawienia naszego błędu. Nie pomni jesteśmy o najwznioślejszym a zarazem sumiennym obowiązku naszym obstawania przy Bogu, i oddania za Niego ochotnie życia naszego. A więc, chociażbyśmy wiedzieli, że nieprzyjaciel przemoże nasze siły, przecie jak długo możemy, powinniśmy sobie uważać za chlubę i zbawienną rzecz, za cześć Boga walczyć. Pilnie i to zważyć potrzeba, żeśmy się podjęli bronić kościoła i dobra całej najdroższej Ojczyzny. Zaiste, jeśli Pan Bóg postanowił Ojczyźnie naszej wolność przywrócić, o czem wątpić nie należy, cała moc jej ocalenia z tej Jasnej Góry wyniknąć musi, bo ona jedna tylko dotąd ocalała, gdy wszystko już uległo wrogowi. Tu Najdostojniejsza Pani Nieba, poczytując sobie za rzecz miłą mianować się Królową Polską, uczyniła Jasną Górę stolicą tego swego królestwa; — i jak ztąd wypływa źródło łask Bożych na uzdrowienie dusz ludzkich i wszelkich ludzkich słabości, ztąd także wynijdzie moc zbawienia i dla całej naszej Ojczyzny. Tu Przebłogosławiona Pani poda znowu obronną rękę nieszczęśliwej Ojczyznie, i podźwignie ją z upadku, abyśmy poznali, że Królestwo Polskie jedynie tylko łaską, mocą i opieką tej swojej Królowej do dawnej świetności przywrócone być może.
Słowa te natchnione Kordeckiego, wlały życie w upadających na duchu. Żeby zaś utwierdzić załogę w postanowieniu bronienia się, i dodać większej odwagi i ochoty, po złożonej naradzie postanowiono zrobić wycieczkę, a wycieczkę śmiałą, niemal zuchwałą, bo już wśród jasnego dnia; zwłaszcza, że nieprzyjaciel po poprzedniej porażce, czujniejszym w nocy być się zdawał.
Dwudziestego więc grudnia waleczny Stefan Zamojski o godzinie 1-szej popołudniu z oddziałem odważnych wojowników wyszedłszy z podziemiów wałowych, najprzód pozabijał z wyjątkiem dwóch, wszystkich górników olkuskich, którzy podkopywali się pod klasztor dla wysadzenia go w powietrze minami, potem nagle napadł na pobliską bateryę szwedzką i dwa działa zagwoździł. Następnie z wielkim okrzykiem odważnie pędząc cwałem rozproszone oddziały nieprzyjacielskie, ścieląc ich trupem, uniesiony wojennym zapałem, wpadłszy do samego obozu, wielką tam rzeź, między zdumiałymi i niespodziewającymi się napadu Szwedami, sprawił. Ochłonąwszy nierychło z przestrachu, hufiec szwedki w sto koni wyruszył przeciw Zamojskiemu, ale było już zapóźno, owszem rażony mocno celnymi wystrzałami działowymi z twierdzy, z wielką stratą cofnąć się musiał. Zamojski tymczasem jednego tylko straciwszy, tryumfujący, witany okrzykiem radości, do twierdzy powrócił. Wycieczka ta nastąpiła, jak wyżej wspomnieliśmy 20 grudnia. Zmieszany tym śmiałym napadem nieprzyjaciel przez dwa dni następne (21 i 22) zupełną spokojność zachował, trudniąc się wysłaniem do Krzepic dla pogrzebania trupów znaczniejszych swoich oficerów, pobitych w tej wycieczce.
Jasnogórscy jednak niedawali Szwedom pokoju, i od czasu do czasu witali ich strzałami, a jeden taki strzał nie mało strachu Szwedów nabawił, gdy bowiem Miller siedział przy stole wieczorem, biesiadując ze starszyzną, nagle kula działowa przebiwszy w rogu ścianę, upadła pośród nich i wielkie spustoszenie tam sprawiła, i biesiadujących rozpędziła, tak, że każdy bez pożegnania się co tchu zmykał, a Miller zaraz swoją kwaterę odmienił.
Przykre zaiste było położenie Millera. Wobec takiej zuchwałej odwagi oblężonych — dopiero poznawał, że ze wstydem, nie zdobywszy Jasnej Góry, wypadnie mu odejść. Żal mu także było i tych skarbów Jasnogórskich, na które się łakomił. Postanowił więc jeszcze próbować zdobycia i w tym celu czynił największe, ostateczne przygotowania. Po tylu jednak bezskutecznych wysiłkach snadź nie ufając już sobie, próbował jeszcze namowy do poddania się. Ale teraz sądził, że wypada do namowy dołączyć i groźby. Jakoż 24. grudnia wezwał klasztor do bezzwłocznego poddania się, w przeciwnym razie groził, że po zdobyciu klasztoru — klasztor do szczętu zburzy, a wszystkich tam będących bez żadnego wyjątku w najokropniejszy sposób bez żadnego miłosierdzia wymordować każe. Jednocześnie i Jacek Brzuchański — mieszczanin, przebrawszy się za żołnierza kwarcianego, przelazłszy zręcznie przekop wrzucił na mur worek z rybami i list, w którym opisywał wielkie przygotowania Szwedów do szturmu[7].
W odpowiedzi Millerowi, na jego wezwanie, Kordecki w uprzejmym liście prosił o zawieszenie broni na dzień jutrzejszy, jako uroczystość Bożego Narodzenia. Ale nie było już nikogo, ktoby się odważył zanieść mu tę odpowiedź, ponieważ gdy przedtem z odpowiedzią chodzili Paulini, Miller, nie zważając na ich poselski charakter, zabezpieczający ich od wszelkiej jakiejbądź przykrości, zatrzymywał ich i groził, że ich powiesi, jeśli klasztor się nie podda. Otóż gdy nikt do Szweda iść nie chciał, oświadczyła gotowość swą staruszka, żebraczka Konstancya, która się tuliła w szczelinie skały przy wałach i niejedną wyświadczyła była klasztorowi przysługę. Gdy tedy jako poseł z listem Kordeckiego stanęła przed forpocztami szwedzkiemi, z szyderczym śmiechem odprowadzoną została do Millera. Odpisał już nie Miller, ale w jego imieniu Wejhard Wrzeszczowic, żądając, żeby bezzwłocznie przysłał klasztor zapewnienie, że po skończonej uroczystości niezwłocznie w ślad za tem się podda. Na to Kordecki już nie odpowiadał, lecz całą noc gotował się do obrony. Wszędzie był: na wałach, przy armacie, pomiędzy stróżami, w arsenale i w kościele. Wszędzie zapał święty, jakim był natchniony, wlewał we wszystkich, zalecając czuwanie i poświęcenie się dla obrony miejsca świętego.
Wielki tymczasem słychać było w obozie szwedzkim ruch i gwar; porozpalano ognie wokoło, koczujące przy nich gromady zbrojnych przy płomieniach wśród ciemnej nocy jak dyabły wyglądały; szczęk przenoszonej broni, skrzypienie kół wiezionych dział do nowych bateryj, krzyki, wołania — wszystko zapowiadało niezawodny a straszny co chwila napad.
Tak noc przeszła — aż do południa.
O samem południu (25 grudnia) zaledwo skończyło się nabożeństwo, zagrzmiały działa od północy, a kule tak silnie uderzały w mury klasztorne, że przedziurawiwszy takowe, wśród kurzawy po kurytarzach, tu i ówdzie odbijając się od ścian, z przeraźliwym świstem latały. Najwięcej rzucał Szwed pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych i prochem wypełnionych. Wszakże ani ognia wzniecić, ani ludziom szkodzić nie zdołał. Kordecki z Zamojskim i Czarnieckim wszędzie na murach byli obecni, wszędzie pierwsi przykład odwagi i zimnej krwi dawali; żarliwem upomnieniem wlewali zapał w serca walczących. A gdy z dział kule w klasztor i kościół gwałtownie bez przerwy jakby gradem biły — tymczasem 10 tysięcy Szwedów ze wszystkich stron otoczywszy twierdzę, przypuszczali wściekłe ataki; wdzierali się po drabinach, i już zda się murów sięgali, gdy ich oblężeni maczugami, gwoździami nasadzonemi, bryłami kamieni, belkami, drągami żelazem obsadzonymi, w doły spychali i z rusznic zabijali i wrzącą wodą z kotłów wylewaną parzyli. Na wieży tymczasem śpiewy i muzyka w najsilniejszych tonach się odzywała; na zrębie murów powiewała wysoko chorągiew z obrazem Matki Bożej; Kordecki z krzyżem w ręku, samą swoją natchnioną postacią z wzniesionym do nieba wzrokiem, zdawało się stał na straży i potęgą jakąś nadprzyrodzoną odpychał zapędy Szwedów. Już był wieczór, a szturmy trwały bez ustanku, wciąż odpierane i na nowo się wzmagające, gdy wtem nagle straszny i okropny huk rozległ się w powietrzu, i aż wszystkie naraz wstrzęsły się ściany klasztoru; i wnet potem ustał ogień nieprzyjacielski, i nastąpiła jakby grobowa cisza. Huk ten powstał ztąd, że najpotężniejsza machina oblężnicza, na której działaniu najwięcej Szwedzi polegali, rozerwaną została. Zatrąbiono więc na odwrót i Szwedzi z pod murów radzi nie radzi odstąpili, i w nieładzie pomaszerowali do obozu, zostawiwszy na placu i w dołach wielką liczbę zabitych i poranionych śmiertelnie. Na odchodne muzyka na wieży zagrzmiała marszem tryumfalnym — a potem radośną kolendą świętą witała mężnych obrońców.

Zaledwo atoli umilkły działa, przybył do bram twierdzy posłaniec Millera z listem do Kordeckiego, w którym karcąc surowo hardość zuchwałych mnichów, zowiąc ich »buntownikami«, żądał, aby natychmiast przysłał mu
Szturm Szwedów na Jasną Górę 1655 r. 25 grudnia.
(Z obrazu Suchodolskiego).
klasztor 40.000 dukatów, a od będącej tam szlachty 20.000. Kordecki widział w tem bezsilny i próżny gniew upokorzonego niepowodzeniem Szweda, i zarazem świadectwo jego chciwości, która go niemniej od rozkazu króla szwedzkiego pobudzała do zdobycia Jasnej Góry, i swoim zwyczajem dopiero na drugi dzień mu odesłał odpowiedź — znowu przez tę żebraczkę Konstancyę. W odpowiedzi tej wyraził Kordecki żal, że Miller przed oblężeniem nie żądał pieniędzy, bo teraz po spustoszeniach, jakie wyrządził, klasztor nie jest w stanie zgoła nic mu ofiarować. Dodał przytem, że niesłusznie ich zowie »buntownikami«, ponieważ oni dali dowód wierności swemu królowi Janowi Kazimierzowi, a król szwedzki jako obcy, żadnego do nich nie ma prawa.

Dzień następny — 26 grudnia, uroczystość św. Szczepana — był dla Jasnej Góry dniem radości i prawdziwego tryumfu. Zrana całe zgromadzenie z muzyką klasztorną składało Kordeckiemu powinszowanie, potem Stefanowi Zamojskiemu i jego synowi, także Stefanowi, jako solenizantom. Uroczystość tę załoga uświetniła rzęsistymi na wiwat strzałami, co dało Szwedom do poznania, że Jasna Góra niemały ma zapas prochu. Radość powszechna — w klasztorze nie miała prawie granic, gdyż tegoż dnia, kiedy ściemniało, Szwedzi odstąpili od oblężenia, zostawiwszy trzy działa uszkodzone. Miller udał się do Piotrkowa, Wejhard do Wielunia, pułkownik Sadowski do Sieradza, a książę Heski do Krakowa.
Tak się skończyła przesławna w dziejach nietylko Polski, lecz i całego świata, zaiste cudowna obrona Jasnej Góry; zważywszy, że niespełna 300 ludzi (w liczbie tej 70 zakonników) obroniło się przeciw tak przeważnej sile szwedzkiej, mianowicie 10.900 wojska i 25 dział (w tej liczbie, jak już wspomnieliśmy, było cztery pułki polskie: 1. Kalińskiego, 2. Zbrożka, 3. Sadowskiego i 4. Wolfa, nie licząc mnóstwa spędzonych włościan i górników olkuskich).
Żal było jednak Szwedom, że się nie obłowili skarbami Jasnogórskimi, na które czyhali. Przeto znowu pod koniec stycznia Miller z Sadowskim, a Wejhard 9 kwietnia kusili się ubiedz Jasnogórę, każdym jednak razem znalazłszy czuwających, odstąpić z hańbą musieli.
O cudach, które się działy podczas oblężenia, nie wspominamy, nie mogąc się rozszerzać ze względu na zakres tego pisma; rzeczywiście były one zdumiewające. I sam opis cudów, które za przyczyną Matki Bożej, stały się przy tym świętym Jej obrazie, obejmowałby sporą książkę. — Pod czas oblężenia zdarzyło się np., że kula przebiwszy mur klasztoru, upadła tuż przy kołysce dziecka i nie wyrządziła żadnej szkody. A kiedy znowu nastały takie mgły, że najbliższych przedmiotów nie można było widzieć, z czego korzystali Szwedzi i pod same mury się podsuwali, Kordecki nakazał jednemu księdzu, żeby modlitwami rozpędzał te mgły, i oto rzecz największego podziwu godna, za każdym razem po tych modlitwach rzeczywiście mgły się rozpraszały. Działy się nadto jakieś widzenia nadzwyczajne, które przerażały Szwedów; przez wszystkich a nawet przez Szwedów widzianą była podczas najgwałtowniejszych szturmów Najśw. Panna Marya unosząca się nad kościołem w powietrzu. Wreszcie sama obrona Jasnej Góry nad wszelkie pojęcie, była zaiste cudowna. — Ależ Pan Bóg mocen czynić cuda, i czyni dla tych, którzy na nie zasługują. I właśnie Kordecki był tym znakomitym człowiekiem, którego Pan Bóg wybrał sobie i uposażył go przymiotami największymi, a którym on wiernie odpowiedział i wyjednał sobie cudowną, nadprzyrodzoną pomoc Boską.
A któż to był Kordecki?

Kordecki Augustyn — ur. 1603 (nie 1605 jak podaje Enc. koś.) i ochrzczony 16 listopada. Imię jego chrzestne — Klemens. Miejsce urodzenia Iwanowice, miasteczko w Kaliskiem. Rodzice jego Marcin i Dorota Kordeccy — mieszczanie (nie był szlachcicem i Niesiecki o nim nie wspomina). Wstąpił do zakonu Paulinów 1634 r. 25 marca. Był przeorem w Oporowie, Pinczowie a od 1650 na Jasnej Górze. Był w Wiedniu, mając jechać do Rzymu w sprawach zakonu. W Krakowie jak wspomnieliśmy widział króla Szwedzkiego, gdy ten oglądał katedrę na Wawelu (rękopism Piotra Zbylitowskiego). W latach 1663 był znowu przeorem na Jasnej Górze. Prowincyałem po trzykroć był obierany 1657, 1660 i 1671. Był nawet nominowany na biskupa Inflantskiego, ale godności tej, nie chcąc opuszczać zakonu, nie przyjął. Umarł 1673 r. 20 marca w Wieruszowie dokąd przybył był dla wizyty klasztoru. Ciało jego przewiezione i pochowane w grobach kościelnych na Jasnej Górze... A więc ziemi kaliskiej zaszczyt, że wydała jednego z najznakomitszych Polaków, a także i mieszczaństwu chluba, że pochodził z ich stanu. Pomnik Kordeckiemu wystawiono 1859 r. wedle modelu krakowskiego rzeźbiarza Statlera. Sama statua wynosi 7½, a z piedestałem 28½ stóp wysokości. Obronę Jasnej Góry opisał sam Kordecki gwoli królowej Maryi Ludwiki. Mickiewicz powiada: »zostawił nam opisanie wytrzymanego oblężenia, skreślone z prostotą godną pióra bohatera«[8].
R. P. Augu Kordecki
Prior Claromon Aug
Wreszcie na podziękowanie Bogu za tak głośne i sławne na całej kuli ziemskiej zwycięstwo i przekazanie pamięci w potomne czasy, Kordecki będąc prowincyałem wspólnie z przeorem O. Stanisławem Ligęzą polecili Wacławowi Grotkau nadwornemu jubilerowi w Warszawie zrobienie wspaniałej monstrancyi, na którą wydali ze skarbca 22 funtów czystego złota i 5 funtów drogich kamieni. Grotkau mistrzowsko wykonał poleconą sobie pracę, i w roku 1672 wystawił to w swoim rodzaju arcydzieło, które i dziś jeszcze znawcy podziwiają; błyszczy w niej 2.366 brylantów, między któremi jeden w koronie osadzony nadzwyczajnej wielkości, ofiarowany r. 1668 przez Zygmunta Przerembskiego, oszacowany na 230.000 złotych; nadto 2.208 rubinów, 30 szafirów, 81 szmaragdów i 214 pereł. Podczas procesyi utrzymywać tę monstrancyę musi trzech księży.

Wspomniećby jeszcze należało o późniejszym losie Zamojskiego i Czarnieckiego, którzy bohaterską odwagą najwięcej dopomogli Kordeckiemu do obrony Jasnej Góry, zwłaszcza, że nikt z piszących o tej obronie o ich późniejszym losie nie wspomniał. Niestety! ani Zamojski, ani Czarniecki, nie otrzymali żadnego uznania ich wielkich zasług, — ani starostwa, ani wyższego urzędu — zgoła nic. A nawet i dla Paulinów później Jan Kazimierz był niechętny, z powodu, że z Jasnej Góry nie strzelano do walczących w bratobójczej wojnie Polaków nieopodal Częstochowy. I gdy po rezygnacyi wyjeżdżał z kraju, nie wstąpił na Jasną Górę, chociaż blisko jej przejeżdżał!
R. 1658 Sejm dla naprawy i utrzymania fortecy Jasno-Górskiej nadał Paulinom starostwo Kłobuckie, gdzie proboszczem był dawniej historyk Długosz, który tu fundował klasztor Kanoników regularnych.


Za Karola XII Szwedzi także podchodzili do Jasnej Góry, i mieli zamiar przez zemstę za dawne odpędzenie — zdobyć i zburzyć klasztor, ale widząc czuwających Paulinów, nie próbowali nawet dobywania, tylko zrabowali ich folwarki, i pochwyciwszy jednego Paulina, dręcząc go, przez długi czas więzili.


VII. Koronacya cudownego obrazu.

Jednym z najwspanialszych obrzędów kościelnych jest uroczysta koronacya cudownych obrazów Matki Bożej. Dopełnia ją tylko biskup — jako koronator, i tylko za dozwoleniem Stolicy Apostolskiej, i to gdy po przeprowadzonych poprzednio najściślejszych badaniach udowodnione zostały liczne cuda w przeciągu znacznego czasu.
Koronacya cudownych obrazów Matki Bożej w Polsce ma nadto jeszcze szczególne i doniosłe znaczenie ze względu, że Polacy jedynym przykładem w świecie obrali uroczystym aktem Matkę Bożą za królowę swoją, wskutek czego z zezwolenia Stolicy Apostolskiej w litanii dodaje się Królowo Korony Polskiej — módl się za nami i założone w Polsce zostało Bractwo Najśw. Matki Bożej Królowej Korony Polskiej (w Krakowie pod dyrekcyą X. prałata Pelczara).
Pierwsza taka koronacya była na Jasnej Górze.
Pierwszy, co powziął myśl o koronacyi tej, był Benedykt Odescalchi arcybiskup medyolański, (później papież jako Innocenty XI) — gdy ustępując z nuncyatury w Polsce 1713 r. 1. grudnia, spotkał się był na Jasnej Górze z nowo mianowanym nuncyuszem, jadącym z Rzymu arcybiskupem Hieronimem Grymaldi, i zostawał tu na Jasnej Górze przez dni kilkanaście — z pobożności do tego cudownego obrazu[9] (od 16 listopada do 5 grudnia).
Koronacya[10] jednak nastąpiła dopiero r. 1717 w tym bowiem roku Klemens XI upoważnił nuncyusza w Polsce Grymaldiego do dopełnienia aktu koronacyjnego, i wysłał poświęcone przez siebie korony przez Salerno-Jezuitę, później kardynała. Gdy zaś Grymaldi, bawiąc wówczas przy królu w Dreznie, nie mógł sam zjechać do Częstochowy, polecił siebie zastąpić Krzysztofowi Szembekowi biskupowi chełmskiemu, (później arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i prymasowi). Otrzymawszy to upoważnienie biskup Szembek wydanym edyktem 4 lipca roku 1717 ze Skierniewic i rozesłanym po całej Polsce i sąsiednich krajach ogłosił, że na koronacyę naznacza d. 8 września i wszystkich pobożnych Matki Bożej czcicieli na ten akt uroczysty zaprasza. Z jakiego zaś powodu pominięty został Łubieński, biskup krakowski, w którego dyecezyi była Częstochowa — nie wiadomo; uczuł jednak to pominięcie i nie był na koronacyi. Akt koronacyi dopełniony został 8 września w święto Narodzenia N. Maryi Panny z największą uroczystością w kościele, na wielkim ołtarzu po przyniesieniu z kaplicy cudownego obrazu — w asystencyi 1) Brzostowskiego biskupa wileńskiego, 2) Szembeka biskupa poznańskiego i 3) Tarły nominata na biskupstwo inflanckie, a także opatów Cysterskich Jędrzejewskiego, Lendzkiego, Sulejewskiego i Hebdewskiego, a także licznie przybyłych prałatów i kanoników z Polski, ze Śląska i Węgier i niezliczone prawie mnóstwo zakonników wszystkich reguł. Później przybyli jeszcze biskupi Szaniawski — kujawski i Tarło — kijowski. A samych Paulinów było 250. Był także na tej uroczystości elektor trewirski, gubernator Śląska i mistrz zakonu teutońskiego. Asystowali przytem wojewodowie Leszczyński — kaliski, Potocki — kijowski, Tarło — lubelski, Koniecpolski — sieradzki i wielu kasztelanów. Ludu przybyło przeszło 150.000, dla których wystawioną została na zewnątrz murów wielka szopa, gdzie słuchano spowiedzi i msze św. odprawiano. W sam dzień koronacyi odprawiono 524 mszy św. a przez całą oktawę 3072 (Nieszporkowicz, str. 473). Do komunii świętej przystąpiło 148.300 osób, miarkując po wydanych z zakrystyi hostyj i komunikantów. Procesye, bramy tryumfalne, strzelanie z armat, muzyka i śpiewy na wieży, wspaniała iluminacya — uświetniały ten akt uroczysty. (Cuda liczne, które w czasie samej koronacyi się stały, przytacza Nieszporkiewicz-Doliński r. 1757). Rozdawano przytem medale, medaliki, ryciny i okolicznościowe książki (kazania, panegiryki). Szczególnie piękne ryciny rytowane w Rzymie i w samej Częstochowie przez Paulina o. Nowakowskiego. A braciszek zakonny Paulin — Makary Szypkowski w sztuce jubilerskiej i złotniczej biegły, zrobił był wówczas na tę uroczystość dwie sukienki do obrazu cudownego — jedną na granatowym, drugą na zielonym aksamicie, wyszywszy ją perłami i drogiemi kamieniami. Trzecią zwaną dyamentową sporządził 1720 roku. I te sukienki corocznie w Wielki Czwartek odmieniają się.
Wdzięczni Paulini po skończonych uroczystościach koronacyjnych pojechali do Rzymu dla podziękowania Ojcu Świętemu za dane pozwolenie koronacyi. Przyczem za wstawieniem się kardynała Albano, protektora Królestwa Polskiego otrzymali od Ojca świętego bullę 4 kwietnia 1718 r. wydaną dla zaprowadzenia na Jasnej Górze bractwa Ukoronowanej N. Maryi Panny Częstochowskiej, z poleceniem do biskupa krakowskiego Łubieńskiego, aby zaprowadził to bractwo, co Łubieński zjechawszy 7 września do Częstochowy uroczyście dopełnił i złożył na votum tablicę złotą wartości 340 dukatów i sam pierwszy wpisał się do tego bractwa.


VIII. Królowie polscy odwiedzają Jasną Górę i składają ofiary przy cudownym obrazie Matki Bożej.

1) Władysław Jagiełło. Wspomnieliśmy wyżej o hojnych jego nadaniach, tak że za głównego tu fundatora uważany być powinien. Nadto uczynił znaczny zapis, żeby codziennie na Jasnej Górze przed cudownym obrazem odprawiane były msze św. za jego i królowej Jadwigi dusze. I nieraz, przybywając tu, modlił się przed cudownym obrazem, mianowicie gdy się udawał na wojnę z Krzyżakami. A kiedy r. 1430 obraz cudowny był porąbany, po naprawieniu w Krakowie, kazał go kosztownie ozdobić blachą srebrną pozłacaną, promieńmi i drogimi kamieniami.
2) Królowa Jadwiga, ofiarowała drogocenny ornat, który własnemi rękami uszyła — z lamy złotej w kwiaty ozdobny.
3) Królowa Zofia, żona Władysława Jagiełły była tu r. 1448 (ob. niżej).
4) Władysław Warneńczyk r. 1343 ze względu na cudowny obraz na Jasnej Górze, oddał Paulinom kościół w Brdowie i klasztor tam im fundował.
5) Kazimierz Jagiellończyk był tu r. 1448 z matką swoją królową Zofią, a r. 1472 z żoną swoją Elżbietą (Austryaczką), tudzież z synami swymi: 1) Władysławem królem węgierskim i czeskim, 2) Kazimierzem (później świętym), 3) Janem Albrechtem, 4) Aleksandrem, 5) Zygmuntem (później królami polskimi) i z córkami swemi: a) Jadwigą, żoną księcia Jerzego (bawarskiego) b) Zofią, żoną Fryderyka brandeburskiego i c) małoletnią Elżbietą. Wszyscy tu się spowiadali i do zakonnej konfraternii Paulinów się wpisali.
Po śmierci świętego Kazimierza odesłany tu został jego ołtarzyk z drzewa hebanowego ze srebrnemi ozdobami, przed którym zwykle się modlił święty Kazimierz.
6) Zygmunt I — dwa razy był na Jasnej Górze, i ofiarował r. 1510 własnej, artystycznie wykonanej roboty, krzyż srebrny 17 funtów ważący (z orłem polskim), przy którym statuetki Matki Bożej i św. Jana Ewangelisty (a nie św. Józefa jak Baliński podaje).
R. 1514 przysłał chorągwie na Moskalach zdobyte, a r. 1514 ofiarował znowu prześliczną srebrną monstrancyę, także własnej roboty.
7) Stefan Batory r. 1581 d. 6 marca złożył swój miecz z piękną rękojeścią turkusami wysadzaną (bez pochwy) i prześliczny, kosztowny Różaniec.
8) Zygmunt III był tu roku 1616 z żoną swą Konstancyą, a będąc znowu r. 1630, polecił klasztor otoczyć murem i inżynierom ułożyć plan fortyfikacyi. Roku zaś 1621 przez królewicza Władysława przysłał chorągwie zdobyte na Turkach.
9) Królowa Konstancya żona (druga) Zygmunta III ofiarowała własnej roboty ornat na srebrnem tle ze złotymi kwiatami, z herbami Polski i Szwecyi. (Baliński str. 47 mówi, że to dar Zygmunta III, lecz myli się).
10) Władysław IV był tu 1) 1621 r. (ob. wyżej), 2) r. 1624 jadąc do obcych krajów, 3) r. 1633, d. 6 kwietnia zaraz po wstąpieniu na tron z siostrą swoją królewną Anną i z braćmi a) Janem Kazimierzem, b) Karolem Fridrikiem, biskupem wrocławskim i c) Aleksandrem. Czwarty raz był tu r. 1638 d. 13 sierpnia z żoną Cecylią Renatą, i piąty raz 1642, zostając przez trzy dni, spowiadał się, i razem z Paulinami brewiarz odmawiał i litanię do Matki Bożej wspólnie z zakonnikami śpiewał; szósty raz r. 1644, i siódmy raz r. 1646 z drugą żoną swoją Maryą Ludwiką. — Ofiarował łańcuch złoty brylantami w kokardy wysadzany z medalionem swoim. A przytem Jasną Górę otoczył fortecą — własnym nakładem. Kiedy go Paulini odjeżdżającego czule żegnali, powiedział do nich: »wiedzcie Ojcowie, że chociaż ztąd muszę odjeżdżać, nigdy jednak od tej mojej Opiekunki świętej nie oddalam się: w Warszawie, w Krakowie, czy też w obozach przebywam, zawsze do niej myślą i sercem się zwracam i przed tym najcudowniejszym obrazem spólnie z wami w modlitwach i litaniach się korzę. I gdziekolwiek znajdować się będę, tu zawsze duszą obecnym być nie przestanę«. (Kiedrzyński p. 47). Roku też 1635 przysłał wielkie votum złote. A także ofiarował sygnet z brylantami wartości 12.000 zł.
11) Królowa Cecylia Renata ofiarowała kanak złoty, ozdobiony brylantami.
12) Jan Kazimierz był tu pięć razy: 1) 1633 z Władysławem IV, 2) 1649 roku 7 stycznia, 3) 1649 r. d. 19 października z żoną Maryą Ludwiką, 4) 1657 złożył tu Radę Senatu i wydał wiece na pospolite ruszenie, 5) 1661 r. Będąc tu, w nocy chodził do kaplicy i leżąc krzyżem modlił się, a gdy mieli po oblężeniu szwedzkiem naprawiać fortyfikacye — i on i żona jego Marya Ludwika sami kamienie kładli i wozili taczkami ziemię do wałów. R. 1649 złożył tu 8 chorągwi kozackich a w r. 1662 siedem chorągwi tureckich.
13) Michał Wiśniowiecki — po koronacyi w Krakowie przybył 7 grudnia 1669 do Częstochowy-miasta, i tam wysiadłszy z powozu szedł pieszo na Jasną Górę i zostawał tu przez 4 dni i sam własnemi rękami zawiesił przy wielkim ołtarzu votum złote w kształcie serca z podniesionemi nad niem skrzydłami, prześlicznie wyrobione i drogocennym dyamentem ozdobione, i dla klasztoru zapisał z żup Wieliczki 16 bałwanów soli corocznie. Roku 1670 d. 27 lutego odbył tu ślub swój z arcyksiężniczką Eleonorą, (siostrą cesarza Leopolda), którą tu w licznym orszaku przywiozła cesarzowa matka, i siostra Marya Anna — pobłogosławiony przez nuncyusza Marescotti. Królowa Eleonora ofiarowała koronę dyamentową wartości 100.000 zł. — a cesarzowa dwa lichtarze brylantami wysadzane, ampułki koralowe i takąż puszkę do komunikantów, i monstrancyę kryształową drogiemi kamieniami ozdobną.
14) Eleonora królowa po śmierci króla Michała, mieszkając w Kruszynie r. 1674 od 16 czerwca do 12 lipca — trzy razy przyjeżdżała na Jasną Górę.
15) Jan III, Sobieski — jeszcze jako hetman ofiarował tu 1669 wielką lampę srebrną a jako król r. 1676 przybył tu z żoną i synem Jakubem i znowu ofiarował lampę srebrną. I znowu 1683 d. 25 lipca spiesząc w pomoc do Wiednia przybył tu po północy, poleciwszy ze względu na spóźnioną porę, żeby go nie witano. Powitanie uroczyste nastąpiło zrana wśród grzmotu dział. Przypadały w tym dniu imieniny królewicza Jakóba, który wcześniej przed królem-ojcem był przybył; wesoły był obiad w refektarzu, do którego zasiadł król z królową, oraz towarzyszący mu biskupi i senatorowie i hetman Sieniawski. Rozmowa była ożywiona, wszyscy bowiem byli pewni zwycięstwa. Krążyły gęste kielichy a za każdym wiwatem huk dział się odzywał. Nazajutrz król się spowiadał, komunię św. przyjmował i uklęknąwszy prosił o błogosławieństwo. Paulini ofiarowali królowi obraz na blasze Matki Bożej i pałasz poświęcony w bogatej oprawie. Król obraz przyjął, przycisnął do serca, z drugiej zaś ofiary przyjął tylko klingę, a pochwę bogato oprawną zwrócił, mówiąc: na wojnę nie złota lecz żelaza potrzeba.
Ofiary króla Sobieskiego: 1) Różaniec kosztowny. 2) Sztandar dwubuńczuczny baszy tureckiego. 3) Puhar srebrny. 4) Zegar bronzowy suto wyzłacany pod Wiedniem zdobyty. W górze tego zegara był półksiężyc, ale Paulini później zastąpili go krukiem z bochenkiem chleba — jako godło zakonu. 5) Dwie tace srebrne. 6) Pięć buław tureckich. 7) Dwie misiurki. 8) Trzy sajdaki ze strzałami i łukiem. 9) Lawatoryum w kształcie konia — srebrne, (te zabrał sobie Stanisław August — później poszło na żydy).
16) Marya królowa, żona Sobieskiego — ofiarowała 12.000 dukatów na wieczysty fundusz dla utrzymania 8 ubogich w szpitalu.
17) Jakób Sobieski, królewicz, r. 1697 zostając na Jasnej Górze przez cztery tygodnie, ofiarował srebrny krzyż, perłami ozdobiony i płaszcz szkarłatny (łokieć materyi po 25 dukatów) i order hiszpański Św. Ducha. Roku zaś 1719 ofiarował kielich porfirowy z przykrywką w złoto oprawną, drogimi kamieniami ozdobiony; tudzież skrzyneczkę srebrną złoconą dla relikwij.
18) Konstanty Sobieski, królewicz r. 1719 dla ozdobienia kaplicy ofiarował makatę na tle karmazynowym złotym haftem wyszywaną (w Wenecyi robioną). A r. 1725 dał perłę znacznej wielkości, oszacowaną na 6.000 zł., i obraz Matki Bożej suto złocony.
19) Trzej Królewicze Sobiescy ofiarowali trzy ornaty ze złotej litej materyi drogiemi kamieniami wysadzane.
20) August II był tu 1704 r., a r. 1719 ofiarował koronę złotą z dyamentami.
21) Leszczyńscy, ojciec i matka króla Stanisława tu na Jasnej Górze pochowani: na pogrzebie był król Stanisław.
Matka zapisała 20.000 zł. Paulinom.
22) August III roku 1734 zostawał tu 4 dni, spowiadał się i komunię św. przyjmował. Roku zaś 1747 były tu córki Augusta III Marya Zofia, i Marya Józefa Karolina; zostawały przez trzy dni i spowiadały się, a w ślad za tem przybył był i August III z żoną swoją (córka Józefa I cesarza), i także spowiadali się i komunię św. przyjmowali.
Ofiary ich. August III ofiarował: 1) kielich z pokrywką złotą, postument porcelanowy. 2) Dwunastu Apostołów z porcelany saskiej. 3) Dwa krzyże i 6 lichtarzy.
23) Marya Józefa żona Augusta III ofiarowała: 1) krzyż kryształowy z cząstką św. krzyża (krzyż ten papież Klemens XI darował był Amalii żonie cesarza Józefa — szmaragdami wysadzany. 2) Dwa wazony kryształowe. 3) Obraz Matki Bożej w bogatych ramach. 4) R. 1750 dwa dyamentowe pierścienie. 5) Suknię swoją królewską. 6) R. 1752 ofiarowała ornat własnej roboty na tle złotem, srebrnemi blaszkami wyszywany.


IX. Stanisława Augusta szkaradne z Paulinami postąpienie.

Jak we wszystkich swoich czynnościach, tak też i w stosunku do Jasnej Góry, ten król przez Moskali narzucony Polsce, najsmutniejsze, owszem najwstrętniejsze po sobie zostawił wspomnienie. Gdy wszyscy królowie polscy korzyli się przed majestatem Matki Bożej na Jasnej Górze i w dowód swojej czci i pobożności składali hojne swoje dary w ofierze, Stanisław August, chociaż niepodal Częstochowy przejeżdżał, nigdy tu nie pozostał. A czyż jakąbądź złożył tu ofiarę? Owszem ograbił Jasną Górę i to w sposób nikczemny. Piszący o Stanisławie Auguście nie wspominają o tem, chociaż mogli wiedzieć, jak np. Kalinka i Przyborowski w »Biesiadzie Literackiej«, wypisujący niedokładnie o wypadkach w onym czasie na Jasnej Górze z Balińskiego (książka zbiorowa ofiarowana K. W. Wójcickiemu str. 376) ani też Encyklopedya Kościelna cytująca artykuł Balińskiego. Wypada więc o tem wspomnieć jako przedwstęp do zaszłych tu wypadków za Konfederacyi Barskiej, tem bardziej, że Stanisław August mszcząc się z tego powodu na Paulinach, nakazał był poddać Jasną Górę Moskalom, wbrew powszechnemu żądaniu, żeby takową zajęło wojsko polskie i odebrał Paulinom starostwa kłobuckie i brzezińskie — bezprawnie, bo przez Sejmy nadane.
Rzecz tak się miała: zamożny szlachcic Anastazy Wargawski, wstąpiwszy do zakonu Paulinów, przez intrygi, z przeora krakowskiego zostawszy r. 1762 prowincyałem, „charakteru ambitnego“, skręciwszy zakonowi 60.000 zł. zechciał zostać opatem dożywotnim na Jasnej Górze, i o to się starał tajemnie przez pośrednictwo Młodziejowskiego podkanclerzego (człowieka najprzewrotniejszego). Gdy Paulini się o tych intrygach dowiedzieli, Jenerał zakonu przybywszy na Jasną Górę, suspendował Wargawskiego i przeniósł go do klasztoru Mariae Thall. Tymczasem Stanisław August dowiedziawszy się o tem, tegoż ojca Wargawskiego, znienawidzonego przez Paulinów za jego knowania i konszachty, r. 1764 d. 24 grudnia zamianował komendantem fortecy Jasnogórskiej. »Był to hak do wędki, którą zamierzał wyciągnąć z Jasnej Góry złoto i srebro«. Przestraszeni Paulini, przez generała zakonu Tomasicza prosili Stanisława Augusta o odmianę tego postanowienia, gdyż przybywszy na Jasną Górę, Wargawski będzie niezawodnie starał się przeprowadzić swą myśl przekształcenia urządzeń zakonnych na Jasnej Górze i zostania niezależnym od władzy generała — dożywotnim opatem. Stanisław August przyjąwszy najuprzejmiej Generała zakonu, chętnie do prośby Paulinów przychylał się, ale zażądał jako warunek, pożyczenia sobie dla mennicy złota i srebra ze skarbca Jasnogórskiego, przyrzekając najsolenniej, że wszystko w ciągu najdalej 9 miesięcy zwróci w nowej monecie. Gdy nie było innego sposobu pozbycia się Wargawskiego, trzeba było przystać na ten warunek. Jakoż wysłany został od króla do Częstochowy po złoto i srebro drugi podobny do Wargawskiego Paulin Fridrich Strauch, wieszający się przy królu faktor — niby kapelan, i będący zarazem prokuratorem zakonu.
I tak, r. 1765 d. 15 czerwca wzięto dla króla ze skarbca: w złocie dukatów 645, i numizmatów złotych wartości 500 dukatów (wedle dowolnego ocenienia królewskiego). W różnych wotach, sztuk złotych 69, łańcuszków 22, krzyżyków złotych 12, a pierścieni i obrączek szczerozłotych sztuk 771. W srebrze wzięto: numizmatów srebrnych pozłocistych sztuk 4, numizmatów czysto srebrnych większych i mniejszych 264; rozmaitego srebra w votach i łańcuszkach bez wyszczególnienia, samego srebra przetopionego sztuk 16 — grzywien 122, łutów 12. Grzywna po talarów 3 czyli zł. 24, co wynosi w srebrze stopionym zł. 2.946. Po tem otworzono szafę w pośrodku skarbca znajdującą się i wzięto z niej: obrączek złotych srebrnych 651, ząbek złoty 1, łańcuszków złotych 2, serc złotych 7, — język złoty 1, — oczu złotych par dwie, — serc złotych innej formy 7, — nóżkę złotą 1, — serc maleńkich złotych 5, oczu maleńkich złotych para 1, — zębów złotych par dwie, i cyfrę złotą z koronką. Nakoniec udano się do zakrystyi, i zabrali w gotowych pieniądzach 15.000 zł. i dawnej monety antiquarum currentium 2.000 zł. (Acta Prov. Pol. T. XI.).
Wszystko to zostało zabrane i odwiezione Stanisławowi Augustowi. Nie dosyć tego jednak było dla jego łakomstwa. Jakoż tego samego roku w Sierpniu, (pierwszy rabunek był w Czerwcu) znowu zostali zmuszeni do nowych ofiar, a to w ten sposób: że wyznaczony zamiast Wargawskiego świecki komment Wybranowski począł tak dokuczać (snadź z tajemnego nakazu króla) Paulinom, że musieli ze skargą na niego udać się do króla. Król oświadczył, że Wybranowski nie będzie im żadnej przykrości wyrządzać, ale znowu pod warunkiem — sine qua non — żeby mu jeszcze dali kruszcu ze skarbca. Jakoż przyciśnięci Paulini znowu wydali srebra stopionego za zł. 22.910 gr. 5 czyli na wagę grzywien kolońskich 470, łut 1. Złota zaś za 34.990 gr. 25 na wagę kolońską grzywien 13. A nadto zabrano depozyt złożony w klasztorze Głogowskim, wynoszący wogóle złota i srebra za zł. 2.224, i drugi depozyt złożony w klasztorze Brdowskim za zł. 4.513 gr. 20 (przez usłużnych szpiegów podowiadywał się nawet król, gdzie złożyli byli Jasnogórscy Paulini swoje depozyta).
Wogóle wedle obliczenia dowolnego służalców królewskich wzięto ze skarbca Jasnogórskiego zł. 208.545 gr. 15 — król na to dał rewers, i Moszyński, stolnik koronny miał wypłacać Paulinom z tego „jeden procent“.
Nadto brat króla Kazimierz Poniatowski kazał sobie jeszcze złożyć 5000 dukatów niby jako pożyczkę — na wieczne nieoddanie, i polecono Paulinom, żeby biust Stanisława Augusta umieścili na Jasnej Górze — co wykonanem być musiało i postawiono marmurowy biust nad bramą wchodową. Nadto Paulini ofiarowali królowi dwa obrazy N. P. Częstochowskiej, bogato w kamienie drogie i złoto oprawne, 60 dukatów szacowane, oraz miecz starodawny niemiecki, osadzony dyamentami.
Nic to jednak nie pomogło; żarłoczność króla była nienasycona; skorzystał więc z nowej nadarzającej się okoliczności, żeby znowu zmusić Paulinów do nowych ofiar.
Ks. Józef Sułkowski na gruncie w Nowem Jeruzalem, należącym do warszawskiego klasztoru Paulinów, osadził żydów szkodliwych miastu, odjąwszy klasztorowi prawem kaduka własny Paulinów folwarczek. Paulini żalili się królowi o swoje krzywdy. Król obiecał, że sprawiedliwość będzie wymierzona i usunie komendanta świeckiego Wybranowskiego z Jasnej Góry, ale zażądał roku 1767 wydania więcej złota i srebra ze skarbca Jasnogórskiego, a także, żeby się Paulini zgodzili na powrót ks. Wargawskiego na Jasną Górę. Wskutek tego żądania, zebrali się Paulini na ogólną naradę i jednomyślnie oświadczyli się przeciw żądaniu króla. Gdy zaś komendant Wybranowski z poduszczenia króla znowu zaczął udręczać Paulinów, ci udali się do biskupa krakowskiego Sołtyka o poradę, co mają czynić. Biskup Sołtyk z Salezym Potockim, wojewodą kijowskim, podczas trwającego wówczas sejmu radomskiego postanowili wziąć Paulinów w obronę, z zasady, że jak wszystkie dawne konstytucye sejmowe z lat 1652, 1658, 1676, 1710, 1717, a także sejmu koronacyjnego z r. 1764, zapewniały Paulinom na Jasnej Górze zupełny spokój i zabezpieczały ich od jakichbądź ucisków. Gdy się o tem król dowiedział, zapalił się gniewem gwałtownym przeciw Paulinom i postanowił wyrugować ich z Jasnej Góry, a oddać klasztor Kapucynom albo Bernardynom; jednocześnie przesłał do Rzymu oszczercze skargi na Paulinów i wyjednał 1767 r. d. 20 listopada pozwolenie powrotu na Jasną Górę Wargowskiemu.
Przestraszeni Paulini groźbami króla, przez różne instancye starali się umitygować zawziętość króla. Jakoż skorzystał z tego niecny król i położył warunki takie: 1) żeby mu zwrócili kwit na pożyczone 208.545 złr. i takową sumę darowali mu; 2) żeby jeszcze dali ze skarbca złota i srebra, i 3) żeby to wszystko zachowali w tajemnicy najściślejszej — nawet przed nuncyaturą i Rzymem. Nie było rady; musieli na to przystać, i wysłany na Jasną Górę ów Strauch pozabierał ze skarbca kosztowności na 41.056 zł., zapakował do oxeftu i zawiózł królowi; zabrał był wtedy kielichy złote, lampę wielką, a nadewszystko bardzo szacowne i wielkiej wagi srebrne Lavatorium w kształcie konia, zdobyte pod Chocimem na Turkach przez Sobieskiego.
Nie wiadomo, coby jeszcze był wymyślił na udręczenie Paulinów ten król, bez czci i wiary, gdyby nie nastąpiła Konfederacya Barska i zajęcie przez Kazimierza Puławskiego twierdzy Jasnogórskiej.


X. Konfederaci Barscy i Kazimierz Puławski na Jasnej Górze.

Kiedy, da Pan Bóg, w przyszłości niepodległość Polski będzie przywróconą, wtedy dopiero oddadzą sprawiedliwość Polakom poświęcającym się dla Ojczyzny, i każdy czyn ich należycie będzie oceniony — i Konfederacya Barska uwieńczona będzie zasłużoną chwałą. Dzisiaj nie mamy nawet dokładnego jej opisu[11], i niepodobna na to się zdobyć, dopokąd nie zgromadzą się rozproszone materyały i poszczególne jej epizody nie będą należycie wyjaśnione.
Do najbardziej zasługujących, z powodu swej ważności, wypadków Konfederacyi Barskiej — na dokładny opis — jest pobyt w Częstochowie Kazimierza Puławskiego, i walki jego tam z Moskalami. Zakres tego pisma nie dozwala nam się rozszerzać, na kilku wszakże słowach poprzestać także niepodobna. Skreślimy więc chociaż bardzo pobieżnie działalność Konfederatów Barskich, a zwłaszcza Kazimierza Puławskiego w Częstochowie, którą zajmowali i pomimo ciągłych napadów Moskali utrzymali Konfederaci Barscy od 8 lutego 1769 r. do 15 sierpnia 1772 roku — to jest przez 3 lata, 6 miesięcy i 7 dni.
Konfederacya Barska powstała w Barze, a zakończyła się w Częstochowie.
Z Częstochowy ustąpili — ostatni. Lanckoronę bowiem zajęli byli Austryacy jeszcze 8 czerwca, a Bobrek dawniej był już opuszczony.
Początkiem zaszłych tu wypadków było, że dnia 28 września 1768 r. oficer moskiewski z 48 kozakami przybywszy do miasta Częstochowy, oświadczył Paulinom, że z polecenia generała Apraksina ma tam założyć magazyn wojskowy. Niedługo jednak ustąpić musiał na rozkaz, z Warszawy nadeszły, dokąd udali się byli Paulini z przedstawieniem, że pobyt tu Moskali może ściągnąć konfederatów. Nieradzi temu byli Moskale, jakoż mszcząc się, pochwycili zdradziecko, będącego w Wiewiórce w sprawach klasztornych przeora Jasnogórskiego, i nie puścili, aż im wypłacić musiał 300 dukatów.
Owe założenie magazynu w mieście Częstochowie, tuż przy Jasnej Górze, był tylko pretekst, gdyż dla zabezpieczenia tego magazynu musiałoby tu osiąść niemało wojska moskiewskiego, które niezawodnie z czasem kusiłoby się ubiedz twierdzę Jasnogórską. Miarkowali to konfederaci, i uprzedzając Moskali, postanowili sami zająć twierdzę Jasnogórską. W tym celu zjawił się w dniu 8 lutego 1769 r. w Nowej Częstochowie „jeden z najdzielniejszych związkowych“ (Baliński str. 334 w książce Wójcickiego). Ignacy Skarbek Malczewski, starosta spławski i marszałek konfederacyi województwa poznańskiego i kaliskiego z 3.000 wojska, stanąwszy na polach okolicznych, i zręcznem podejściem potrafił zająć twierdzę, i zmusił załogę wraz z komendantem Wybranowskim wykonać przysięgę konfederacyi, i zamiast Wybranowskiego komendantem mianował Konarskiego. Paulini zdawało się być z tego niekontenci, lecz niezawodnie tylko na pozór, z obawy króla, w duchu zaś sprzyjali konfederatom. Wkrótce, bo 11 lutego, dowiedziawszy się Malczewski, że Moskale posuwają się od Wielunia, wziął przed cudownym obrazem Matki Bożej w orszaku oficerów swoich błogosławieństwo, prosząc ażeby wysłano także księdza za wały twierdzy dla pobłogosławienia wojska. Co uczyniwszy ruszył z wojskiem naprzeciw zbliżającym się w wielkiej sile Moskalom, z którymi zwiódł bój niedaleko Jasnej Góry, na drodze do Kłobucka, przy kościele Św. Jana. Walka trwała od godziny 10 rano do 4 popołudniu. Legło konfederatów 25, a Moskali 290 i dowódzca pułkownik Bock. Ogień był nieustanny, piechota moskiewska uszykowaną była w karebatalion. Malczewski jednak unikając dalszej walki, z powodu nadciągających posiłków Moskalom, powrócił wieczorem pod Jasnogórę, a na noc udał się do Mstowa. Przybyli Moskale pod dowództwem pułkownika Białokęckiego (snać Polaka zmoskwiczonego) stanęli w kierunku Kiedrzyna i Białej — i niedługo w ślad za Malczewskim podążyli, zabrawszy dwa działa, które Malczewski (wziął był z twierdzy) nie mając potrzebnych zaprzęgów, musiał był zostawić, spiesznie odchodząc przed nadciągającymi posiłkami moskiewskiemi. Po odejściu Malczewskiego Moskale żądali, żeby Paulini wydali im przez Malczewskiego naznaczonego komendanta Konarskiego. Paulini jednak oparli się temu, i tylko polecili Wybranowskiemu, aby napowrót objął komendę twierdzy. W takim stanie zostawała Jasna Góra do 25 czerwca t. r. W tym czasie Kazimierz Puławski postanowił był zająć twierdzę częstochowską i dobrze ją osadziwszy, i mając tam zabezpieczone obronne schronienie, ztamtąd wychodzić do walczenia z Moskalami. Wysłał więc Trzebińskiego pułkownika konfederacyi z oddziałem 40 pancernych do zajęcia twierdzy. Trzebiński przybywszy 25 czerwca 1769 r. do nowej Częstochowy, przyszedł razem z rotmistrzem Czernym do kościoła pod pozorem nabożeństwa, a potem za pomocą Otwinowskich i innych, niespodziewanie aresztowawszy Wybranowskiego, na komendanta przywrócił Konarskiego. Gdy jednak Konarski uprzykrzał się Paulinom, Trzebiński, co nie miał chęci źle usposabiać Paulinów do konfederacyi, po złożonej radzie, z przybyłemi 2 lipca na Jasno-Górę Szulmirskim marszałkiem konfederacyi łęczyckiej i Dobruchowskim konsyliarzem, usunął Konarskiego, a zamianował komendantem z ramienia konfederacyi Wielogłowskiego, po którym zastąpił młody Walewski jeden z najdzielniejszych przywódzców konfederacyi.

Po przybyciu do Częstochowy, Kazimierz Puławski, obejrzawszy twierdzę, poczynił znaczne jej ulepszenia, a później wskutek wskazówek biegłych w sztuce fortyfikacyi Francuzów Choisi i Viomencle tak wzmocnił takową, że chociaż nie wielka, mogła być uważaną za niezdobytą. Miał w niej około 500 wojsko, a 1.300 w okolicy rozłożone na każde jego skinienie gotowi byli do bitwy.
Kazimierz Puławski.
Moskale wiedząc o silnej pozycyi tej i o dzielności Puławskiego, długo nie śmieli próbować jej zdobycia tembardziej, że mniejsze forteczki jak Lanckorona i Bóbrka oparły się ich atakom. Był jednak w wojsku moskiewskiem Drewicz, wpierw służący w wojsku pruskiem, uważany za zdolnego dowódzcę — ten, łakomy na skarbiec Częstochowski, podjął się zdobycia Częstochowy, obiecując Wejmarowi, głównodowodzącemu wojskami moskiewskiemi w Polsce, że we trzy godziny dostanie ten „kurnik“; takiem mianem pogardliwem zwał twierdzę Częstochowską. Ściągnięto więc ze wszystkich stron oddziały moskiewskie i powierzono nad nimi dowództwo Drewiczowi, wyprawując go do Częstochowy. Znaczne były to siły, i ciągle w pomoc przysyłano ks. Galicyna, Szuwałowa, a nawet i Suwarów tu się zjawiał.[12] Prusacy za pieniądze dostarczyli Drewiczowi z arsenału wrocławskiego armat i rynsztunku wojennego — prochu, kul, bomb, i zdolnych puszkarzy nadesłali. A co osobliwsza, sprowadził był Drewicz z Berlina nawet złotników i jubilerów do taksowania klejnotów i sreber częstochowskich, jakby je już miał w ręku. (Kitowicz str. 197 wydanie poznańskie). Przybywszy do Częstochowy, w zarozumiałości swej wezwał Puławskiego do niezwłocznego poddania się, obiecując za to łaskę cesarzowej i generalstwo moskiewskie; w przeciwnym zaś razie, grożąc, że gdy szturmem zdobędzie twierdzę, bez żadnego miłosierdzia męczyć go będzie. I rzeczywiście, okrutnik ten każdego konfederata, który mu wpadł był w ręce, obdzierał żywcem ze skóry i tę zarzucał jakby wyloty i z wyszukaną złością zadawał straszne męki; żołnierzy zaś sprzedawał Prusakom do ich wojska. Puławski zaraz odpisał, że jeśli jeszcze kogo z takiemi propozycyami przyszle, natychmiast go powiesi, ale poźniej począł, zdawało się, skłaniać do poddania; i w tym celu wyprowadziwszy z fortecy swej oddział 200 piechoty, kazał broń złożyć i odstąpić na stronę. Drewicz sądząc, że Puławski przerażony ogromnością wojska moskiewskiego (do 5.000 liczącego) szczupłej sile swojej nie ufając, w samej rzeczy, upadłszy na duchu, chce się poddać, poprowadził wojsko swoje do twierdzy jakby w tryumfie z rozpuszczonemi chorągwiami, odgłosem bębnów, ale zaledwo się na odległość strzału flinty zbliżył, Puławski piechocie swojej kazał nagle porwać broń i strzelać, i jednocześnie z ukrytych w bramie ośmiu dział — dano ognia. Przywitani w ten sposób Moskale, zostawiwszy mnóstwo poległych na placu — w największym nieładzie pierzchnęli. Puławski z wypadłą z fortecy kawaleryą nie zważając na wielką liczbę Moskali popędził odważnie za nimi i gnał ich o milę aż do Rędzin, straciwszy w tej potyczce dwóch konfederatów i dwóch rannych: kapitana Chyczewskiego i chorążego Borczyńskiego. Chyczewski był już w niebezpieczeństwie od Moskali, otoczony, ale mężnie się broniąc szczęśliwie się wycofał. Stało się to w ostatnim dniu grudnia 1770 r.

O wojennych działaniach Puławskiego w jego wycieczkach z Częstochowy, mówić nie będziemy, a tylko o tem, co się działo przy samej Częstochowie — układając opis głównie z dwóch dzienników oblężenia (jeden pisany przez Paulina), i z Balińskiego (książka dla Wójcickiego), który czerpał ze źródeł, będących w archiwach.[13]
Oblężenie Częstochowy przez Drewicza trwało od 1-go do 15 stycznia 1771 r.
Drewicz z pierwszej bitwy miarkując, że tak łatwo, jak się spodziewał, nie zdobędzie Częstochowy, próbował podejściem tego dokonać. W tym celu przez sekretnie przesłany list do Paulinów, namawiał ich, aby mu dopomogli do wzięcia fortecy, obiecując im wielkie nagrody (jakie?!); przeciwnie, grożąc spaleniem ich dóbr, i po zdobyciu fortecy wycięciem w pień wszystkich. Znalazł tam nadto w fortecy szpiega, który donosił Drewiczowi o stanie tej fortecy. Ale list ten przesłany w puszce blaszanej w maźnicy dziegciowej u prowizora, jadącego na wieś, odkryto. I drugi raz, jedną dziewczynę na szpiegowanie posyłał na Jasną Górę. Nic mu jednak nie udawało się — czujność bowiem w fortecy była wielką.
1 stycznia. 1771 r. — Nie czekając lecz uprzedzając spodziewany napad, Puławski po wysłuchanem nabożeństwie z podjazdem wyszedł naprzeciw Moskali do wsi Kamieniec o ćwierć mili i przez 7 godzin ucierał się z nimi, poczem odstąpił do twierdzy z niewielką stratą i śmiertelnie ranionego chorążego Borzęckiego, podczas gdy kosynierzy wielu bardzo Moskali, nieumiejących się przeciw kosom bronić, pościnali i wielu poranili (150 było rannych) i wielką im w koniach klęskę zadali. Po odstąpieniu Puławskiego, ruszyli Moskale pod klasztor Św. Barbary, spodziewając się, że strzały z twierdzy ich niedosięgną. Gdy jednak ciągnęli, z bastyonu Św. Jakóba tak byli celnie rażeni, iż „widząc trupa mostem położonego“, jazda, co koń może wyskoczyć, umykała po za mury Św. Barbary, a piechota w bok pomknąwszy w nagłym strachu, rzucając się do Warty w natłoku tonęła, nim na drugą stronę rzeki dostać się mogła. Ochłonąwszy ze strachu Moskale, chyłkiem posuwali się do św. Barbary, a w ślad za nimi niezmierna moc podwód napędzonych włościan szła z furażami, dla litości jednak nad tym ludem nie strzelano do nich z fortecy. Usadowiwszy się u Św. Barbary Moskale, gdy mrok zapadł, poczęli strzelać z armat burzących i z moździerzy bombami dla spalenia klasztoru. Odpowiedziano strzałami z fortecy, a strzały te snadź mocno ich raziły, gdyż nieprzestanny przeraźliwy jęk rannych z ogrodu Św. Barbary, aż do fortecy dochodził. Jednocześnie sypali szańce przy drodze do Św. Barbary, chcieli także toż samo i w Nowej Częstochowie uczynić, ale pożar tam wszczęty, w którym pół miasta zgorzało, stał im na przeszkodzie.
D. 2 stycznia. Nad rankiem z fortecy postrzeżono przy kościele Św. Barbary usypaną bateryę o 9 koszach, gdzie ustawiwszy armaty i moździerze od godziny 7 zrana tak ustawicznie Moskale strzelali, że kula niemal kulę, bomba bombę goniła; pukawka ta jednak żadnej szkody nie wyrządziła; gdy zaś z fortecy poczęto strzelać (mieli tu wprawnych puszkarzy) a w ślad zatem wypadła wycieczka, która aż za szańce forpoczty moskiewskie poprzepędzała, tylu Moskali pobito, że trupa kilkanaście wozów naładowanych zawieziono pod figurę Św. Rocha, innych zaś do rzeki Warty wrzucano. A gdy się ściemniło, kapela na wieży ku czci i chwale Matki Bożej pobożne melodye wygrywała, co było we zwyczaju jeszcze od czasu Kordeckiego. Moskale uprzątnąwszy się z trupami, w nocy usypali trzecie szańce przy wsi Kawodrze wprost wieży i kościoła, i tam armaty i moździerze pozaciągali.
D. 3 stycznia. Skoro dzień zajaśniał, obaczono tę nową bateryę, z której niezwłocznie rozpoczęło się bombardowanie fortecy, bez najmniejszej jednak szkody. Strzelanina ta trwała od godziny dziewiątej zrana aż do południa. Potem nadrabiając fantazyą, przysłał Drewicz oficera do fortecy z oświadczeniem, że gdy forteca się podda, każdemu wyda paszport, zapewniający bezpieczeństwo, że będzie mógł dokąd by się chciał, udać. Odpowiedziano mu z fortecy, że gdy Drewicz się podda, i oddział jego broń złoży, otrzyma Drewicz i każdy Moskal paszport na wolny przejazd aż do samego Petersburga. Po otrzymanej odpowiedzi, znowu z bateryi poczęto strzelać, ale jak przedtem bezskutecznie.
D. 4 stycznia. W tym dniu przypadała u Moskali wigilia Bożego narodzenia, więc oddani swemu nabożeństwu, zachowali się byli spokojnie, i tylko poprawiali nadwerężone swoje szańce, czego im konfederaci strzałami z fortecy usiłowali przeszkodzić; gdy jednak na to strzelanie z fortecy Moskale nie zważali, a i na to, że przytem od strzałów ludzie ginęli, i swoje roboty dalej prowadzili, wystąpili konfederaci z fortecy za palisady, i natłukłszy siła Moskali, resztę rozpędzili, że od strzałów kryć się musieli za szańce. O trzeciej z południa rozpoczęli Moskale strzelanie do twierdzy, lecz ani kule burzące, ani bomby palące prawie żadnej szkody nie wyrządzili. Tarczę tylko zegarową na wieży przebiła kula, nie tknąwszy sztuk zegarowych. Upadła także jedna kula w środek wieży, ale „protekcyą Matki Bożej ugaszono“, podaje Dziennik; inne zaś bomby spadające na kaplicę Aniołów Stróżów kościoła wielkiego, z boku przymurowaną, dachówki trochę zerwały. Podczas szturmu, (podaje Dziennik) kapela konfederacka ludowi swemu do ukontentowania, a nieprzyjacielowi do przykrego słuchania na różnych instrumentach wygrywała hymny na cześć Matki Bożej. Czem rozirytowany Drewicz, kazał na wszystkich szańcach z burzących armat ognia dawać i bomby z moździerzy rzucać. Samych bomb oprócz kul wyrzucono 115, z tych jedna padła na stajnie, 6 koni raziła, jednakże nie wszystkie szkodliwie; druga bomba śmiertelnie raniła matkę jednego Paulina.
Kiedy zaś ściemniało się, Puławski z majorem Kułakiem o godzinie dziesiątej zrobił na Moskali wycieczkę — oddział swój na trzy części rozdzieliwszy — ze trzech stron obskoczywszy bateryę, między Moskalami okrutną rzeź sprawił, i trzy armaty zagwoździł; kanonierom, leżącym na armatach, wzbraniającym zagwożdżenia, konfederaci szablami ręce i łby ucinali, młotami do zabicia armatnich zapałów przygotowanemi, głowy tłukli. Żeby zaś w tem zamieszaniu łatwiej poznać się mogli, słomiane patrontarze powdziewali. Moskale sądzili, że to sukurs oblężonym nadszedł, i dla przekonania się później na Sołuczki podjazd wysyłali; zrozumieć nie mogli, jak mógł Puławski w pośród nich się zjawić, i w przesądach swoich mniemali, że z pod ziemi się wydobył, i mówili, że jak drugi raz z pod ziemi wyjdzie „nuż wsiech nas porieże“ (Dziennik). W tej wycieczce najprzedniejszy ich puszkarz — bombardier — Prusak został mocno ranny i z wielkim żalem Moskali, do Prus odesłany. W czasie tej wycieczki jedna armata z fortecy sama wystrzeliła, bez szkody tuż przy niej będących kanonierów. A nim Moskale z dalszych okopów nadbiegli — Puławski już szczęśliwie do fortecy był powrócił.
D. 5 stycznia. Odprawiono solenną wotywę z »Te Deum« na podziękowanie Bogu i Matce Bożej za szczęśliwą w nocy wycieczkę, a po Mszy św. odprawioną została uroczysta z Najśw. Sakramentem procesya, podczas której dzwoniono we wszystkie dzwony i rzęsisto ze wszystkich dział, ku podziwieniu Moskali, bito.
Moskale zaś z powodu w tym dniu święta u nich Bożego Narodzenia cicho siedzieli i tylko wysłali byli dziewczynę jedną na zwiady, co się dzieje w klasztorze, czy nie nadszedł konfederatom jaki sukurs. Gdy zaś ta kręciła się i wszędzie zaglądała, wpadła w podejrzenie i badana, przyznała się, w jakim celu przybyła.
D. 6 stycznia. O godzinie 8 ochotnicy wyszli z fortecy i poczęli spędzać szyldwachów moskiewskich, którym gdy w pomoc kozactwo nadciągnęło — trwała z nimi utarczka aż do południa i zabity został jeden oficer przybyły z Prus do Moskali. Gdy zaś później niektórzy z fortecy udali się po drwa z niedopalonych w pobliżu domów, obskoczeni od kozaków dostaliby się do niewoli, gdyby strzały z fortecy nie rozpędziły kozaków, kilku z nich ubiwszy.
D. 7 stycznia. Puławski z kilkudziesięciu dragonii i piechoty wyszedłszy z fortecy, wysłał kilkunastu dla podpalenia domów, w których się kryli Moskale; gdy jednak im sukurs znaczny od św. Barbary nadszedł, dwa szwadrony i mnóstwo kozaków, 6 konfederatów zginęło, 4 ranionych zostało, a 6 w niewolę się dostało; i sam Puławski ledwo się ratował, a to w ten sposób: gdy ostatni ustępował i miarkował, że nie ujdzie pogoni, padł na ziemię jakby zabity, przykrywszy się płaszczem. Moskale, mając go za zabitego, pominęli, pędząc za uciekającymi konfederatami; natknęli się jednak na wyszłych z fortecy innych konfederatów — kilkunastu mieli zabitych i trzech oficerów utracili. Tymczasem Puławski, gdy przelecieli pędzący Moskale, wstał i szczęśliwie do fortecy się dostał. Tegoż dnia już po wybitym capstrzyku i miłem kapeli na wieży wygrywaniu, kilkadziesiąt bomb rzucono do fortecy, żadnej jednak szkody nie uczyniwszy, i noc w spokoju przeszła.
D. 8 stycznia. Z rana po wydanym na pobudkę z armat ognia, widać było zewsząd mnóstwo pędzonego chłopstwa z worami i faszynami po za mury Św. Barbary; armata moskiewska tymczasem milczała. Z Jasnej zaś Góry wysłano po szwadrony, po wioskach bliższych rozstawione. Z bastyonów zaś fortecznych strzelano do szyldwachów moskiewskich dla zimna przykrego w ręku konie wiodących — co trwało do godziny 12-tej. Gdy zaś o 1-szej godzinie nadeszło w kilkadziesiąt koni Moskali, i ustawiwszy konie i spisy, do budynku, przy kościele Św. Jakóba stojącego, weszli i zaledwo tam się rozłożyli, aż tu przeciw nim przez Puławskiego wysłani konfederaci w 40 piechoty i kilkadziesiąt konnych, nadeszli. Będący w stodole Moskale od stojącego żołnierza na warcie, o przybyciu konfederatów ostrzeżeni, wypadli ze stodoły, ale ani do koni, ani do spis swoich wskutek strzałów konfederackich dostać się nie mogli; wrócili więc do stodoły, lecz zapalona stodoła wygnała ich nazad, i wszyscyby dostali się do niewoli, gdyby nie nadbiegli im w pomoc od Starej Częstochowy dwa szwadrony i karabinierzy. Konfederaci poczęli ustępować, cofając się do fortecy, a Moskale na nich nacierali. Tak gdy się posuwają do fortecy, wypadłszy z fortecy ochotnicy, rzucili się w pomoc swoim przeciw Moskalom; i nawet odważni chłopcy o troje staj biegli od fortecy, i ze swoich krótkich karabinków strzelali — i nie jednego Moskala trupem położyli.
Drewicz widząc, że ani groźbami, ani podejściem, ani bombardowaniem nie dokaże, że nadto oblężeni widocznie mając dostateczne zasoby, mogą wytrzymywać oblężenie jak najdłuższe, powziął myśl zdobycia fortecy szturmem. W tym celu przez szpiegów nadsyłanych potrafił przekupić w fortecy będącego jakiegoś Prusaka, kaprala, który spuszczonym sznurem mierzył wysokość murów dla zrobienia drabin przy szturmie[14]. Chcąc zaś ten szturm przypuścić znienacka na nieprzygotowanych do tego konfederatów, udał, że opuszcza Częstochowę, jakoż w tym celu D. 9 stycznia — równo ze dniem ruszyły szwadrony Moskali, jedne ku Kłobucku, drugie ku Olsztynowi, a trzecie ku Mstowu, zdaleka obchodząc fortece, aby im kule armatnie nie szkodziły; za nimi zaś szły liczne furaże. Drewicz sądził, że tym fortelem oszuka Puławskiego, ale Puławski zmiarkowawszy, że to zdradziecki wybieg, z największą starannością obejrzał całą twierdzę, bastyony, armaty i rynsztunek wojenny i nakazał nieustanną ostrożność i baczność; pikiety i szyldwachy podwoił i kamienie, kłody, żeby były na pogotowiu, pościągał, wszystkim pod bronią stać na wyznaczonych miejscach nakazał — uprzejmością i surowością zarazem do spełnienia obowiązków wszystkich starał się usposobić. — Na prawy Bastyon od św. Barbary przeznaczył na dowódzcę Falkowskiego, konsyliarza Wołyńskiego; na drugi bastyon św. Rocha Kuczewskiego, konsyliarza Podlaskiego, — na trzeci Św. Trójcy — Sławoszewskiego, — na czwarty św. Jakóba Gojrzewskiego, oboźnego polnego. Rezerwę przy bramie trzymali Bapp, rotmistrz od huzarów z Czyżewskim, kapitanem dragonii. Nad jazdą byli Kułacki, major dragonii i Drozdowski komisarz generalny. Placmajorem był Chodakowski, a Zamojski ciągle przy Puławskim zostawał. Dzień cały przeszedł spokojnie; Moskale rozeszli się na wszystkie strony, odstępując od oblężenia. Nie wszyscy jednak odeszli, wielu ukryło się w klasztorze św. Barbary, dokąd także pokryjomu zgromadzono mnóstwo chłopów spędzonych i wszystko co do wdrapania się na mury było potrzebne — faszyny, drabiny, haki, sznury i t. p. Co więcej, sprowadzono jeszcze inne oddziały moskiewskie przeszło 2.000, które w okolicy czekały tylko na sygnał do szturmu. Tak przeszło w spokoju grobowem aż do godziny 2 z północy. O drugiej, jak najciszej poczęły ruszać się i zbliżać ściągnięte oddziały; o pół do trzeciej dano znak wystrzałem przez wrzucenie bomby do fortecy, i zarazem ze wszystkich stron wszyscy, ilu tylko było Moskali, rzucili się do fortecy, jak gwałtowna nawałnica, a wielka kupa spędzonego chłopstwa, jedni z siekierami do rąbania palisad, drudzy nieśli drabiny, faszyny, wszyscy dla odwagi popojeni wódką. Konfederaci na to właśnie tylko czekali, i jak dali ze wszystkich dział ognia kartaczami rzęsisto, — z zabitych »krew jak strumieniem w bruzdach popłynęła« (Dziennik); a chociaż trup przy trupie jakby mostem leżał — i nieustanne strzelanie z fortecy straszne czyniło spustoszenie — nic nie pomogło — rozpojone żołdactwo moskiewskie jak mrowisko lazło na oślep — jedni padali, drudzy po ich trupach się darli. I oto wyrąbane już palisady, fosy wszystkie w około pełne Moskwy zajadłej, przystawiają już drabiny — niestety za krótkie, bo mury wysokie — nie zważając na to, suną się jedni za drugimi. Wtedy Puławski wszędzie obecny, zagrzewając konfederatów do mężnej wytrwałej obrony, kazał spuszczać do fos przygotowane kłody, rzucać ogromne kamienie, oblewać włażących ukropem i celnie z flint do nich strzelać. Potem rzucono do fos wieńce, które całe fosy oświeciły, spuszczono feierbandy, szturmacki granat. Próżne wysiłki moskiewskie, rozkazów już niema komu słuchać — widok okropny — wszystkie fosy w około napełnione zabitymi, rannymi, przeraźliwe jęki, krzyki, przekleństwa obrzydliwe, zwykłe moskiewskie — aż zgroza było słuchać... Szturm trwał przez pięć godzin, legło Moskali przeszło 2.000, „z konfederatów — widoczny cud — ani jeden nie zginął, ani jeden najlżejszego zranienia nie odniósł.“ (Dziennik).
D. 10. stycznia. Uroczystość na Jasnej Górze świętego Pawła pustelnika patryarchy Paulinów obchodzoną była solennie, i zarazem dziękczynnie za otrzymane zwycięstwo. Poczem wysłani konfederaci za mury — wielką mieli zdobycz w broni: mnóstwo karabinów, patrontarzów, pałaszów, strzelb...; zniesiono do fortecy pozbierane widły żelazne, drabiny, mnóstwo siekier. Między pobitymi trupami znaleziono niektórych jeszcze żywych, ciężko rannych i w ich liczbie kapitana Kajetana Morsztyna. Moskale zaś napędziwszy z okolicy podwody chłopskie, zabierali swoich pobitych, oficerów grzebali u św. Rocha, a żołnierzy i chłopów pobitych wrzucali do rzeki Warty. W tym czasie jeden dragon odrywając przymarzłe drzewo do koszów, nieostrożnie pośliznąwszy się, spadł z wysokości wałów do głębokiej fosy, ale za serdecznem westchnieniem do Matki Boskiej wielkim cudem zdrowo powrócił do fortecy, co się stało w przytomności wielu. (Dziennik.)
Tegoż dnia, gdy się na bastyony wiele ludzi dla wnoszenia kamieni, ciągnięcia kłód na kosze i przetoczenia armat zeszło, widząc ich nieprzyjaciel, wypuścił granat, ale ten górą za mury przeleciał, bez uczynienia szkody.
D. 11. stycznia. Pomimo wielkiej klęski, albo raczej wskutek tej klęski, Drewicz, obawiając się przed swoją władzą odpowiedzialności za stratę tyle wojska, i bezskuteczne oblężenie, zamierzał jeszcze próbować szczęścia, i zamierzał szturm ponowić. Jakoż jeszcze przededniem z wszystkich stron słychać było ściągające do obozu moskiewskiego podwody; za nastaniem zaś dnia, jasno widziano z fortecy, iż nieprzyjaciel w nowe sposoby zaopatrywał się i faszyny gotował do nowego szturmu. Co gdy przez cały dzień trwało — pobudzało konfederatów do czujności i przygotowania się do ponownej walki. Samym wieczorem na 17 wozach wieziono nowe, dłuższe drabiny, ponieważ pierwsze, jak okazało się, były za krótkie. Wszystko to cieszyło konfederatów, zaprawieni pierwszym razem byli pewni, że znowu sprawią Moskwie tem większe cięgi.
Tymczasem, gdy nastał zmrok, począł nieprzyjaciel bombardować fortece, ale był to tylko wybieg, żeby Jasnogórcy nie myśleli o przygotowaniu się Moskali do szturmu, i nie mieli się na baczności. Leciały więc kule i bomby do fortecy zawzięcie, a tymczasem ze zwołaną starszyzną Drewicz naradzał się nad przeprowadzeniem nowego, skuteczniejszego szturmu. W tym jednak czasie otrzymał wezwanie z Krakowa, żeby jak najspieszniej, jak najwięcej wyprawił wojska do Krakowa, zagrożonego od nadciągających konfederatów z Bochni i Wieliczki, i że ze wszystkich stron napastującym podjazdom konfederackim, sami nie mogą dać rady. Zmieszany tą nowiną niezwłocznie wysłał do Krakowa podpułkownika Langiego z 1.000 wojska, a sam nie tylko już szturmu musiał zaniechać, lecz i bezskutecznego bombardowania zaprzestał. Ale z fortecy nie przestawano strzelać i celnie mierząc wciąż szarpano zdesperowanych Moskali. Nie wiedząc jednak w fortecy, co się stało w obozie moskiewskim, w myśli, że może na razie przyczaili się, i znowu szturm rozpoczną, przez całą noc czuwali i mieli się w gotowości do odparcia szturmu.
D. 12 stycznia. Gdy się dobrze rozjaśniało, Moskale udając, jakoby zamierzali przystąpić do szturmu, poczęli faszyny, za górą leżące na wierzch góry ku szańcom znosić, i na postrach konfederatom równo z frontem bateryi układać.
Było to jednak nie na postrach, lecz gwoli konfederatom, bo wyrychtowawszy działa kartaczami do czołgających się z temi faszynami Moskali, strzelając, takie im cięgi zadali, że zostawiwszy wielkie mnóstwo zabitych i rannych, w cwał zaczęli uciekać, ścigani lecącymi w ślad za nimi kulami. Pod wieczór nadrabiając brawurą w odwet niby strzelali do fortecy, ale jak zawsze bezskutecznie.
D. 13 stycznia. Już feldwachy moskiewskie janczarkami i hakownicami tylekroć rażone odciągnęły się od fortecy, już i w szańcach mało piechoty widać było i pochowało się to wszystko do ogrodu św. Barbary. Różnie o tem w fortecy myślano, czyli to na zdradę, czyli z osłabienia się dzieje? trudno było odgadnąć.
Puławski jak zawsze, tak teraz, na wszelki wypadek, tem bardziej w pilnej ostrożności trzymał fortecę; piechotą i armatami, tudzież strażą opatrzył i kanonierom kazał mieć wszystko na pogotowiu. W przygotowaniach do odparcia spodziewanego szturmu cały dzień przeszedł; i Moskale z dziur swoich nie wychylali się, więc i konfederaci uczyniwszy we wszystkiem porządek, mając się na baczności, jako tako spoczywali.
Niedługo jednak, gdyż od strony Moskali poczęły znowu lecieć do fortecy bomby i kule, na co odpowiedziano im należycie, i w niedługim czasie ogień nieprzyjacielski ustał, i reszta nocy była spokojna. Strzelania moskiewskie i ich bomby zapalne żadnej szkody nie wyrządziły przy protekcyi Matki Boskiej. (Dziennik.)
D. 14. stycznia. Jeszcze przededniem wielkie dymy i ognie pokazały się po za górami na łące, które z zapalonych faszyn powstały; potem o godzinie 8, kozacy gnal[i] niezmierną moc próżnych podwód od Kłobucka, Olsztyn[a] i Mstowa, na które ładowano obroki, siano, mięsiw[a] i inne różne rzeczy. Widocznie zabierali się Moskale d[o] odjazdu, ale z jakiej przyczyny, nie wiedziano w fortecy.
Tymczasem, przy tem ładowaniu i wybieraniu si[ę] w drogę, wielka trwoga ogarnęła Moskali, gdyż im dwa[j] oficerowie, wyższej rangi, z ran, co byli otrzymali, umarl[i] a trzeci chodząc padł nagle i skonał. Co więcej, bra[t] Drewicza przy tem pakowaniu rzeczy w kłąb lewej no[gi] uderzony, przewrócił się, silnie skaleczony. Co widząc sam Drewicz, zawołał: straszne to miejsce, żeby też i na mn[ie] nie przypadła kolej. Tymczasem ochotnicy żądni bitew, puszczali się z fortecy, w nadziei starcia się z Moskalami i dowiedzenia się przez pochwycenie którego, co się tam u nich dzieje, że cicho siedzą: posuwali się aż ku szańcom, ale żaden Moskal nie wychylał się; widzieli tylko, że piechota w ogrodzie po za murami św. Barbary przy bramie stała, a fury naładowane pod murem się gromadziły. Powrócili do fortecy ochotnicy, nic się nie dowiedziawszy; więc miano się na baczności.
Cała noc jednak przeszła spokojnie i strzelania żadnego nie było.
D. 15. stycznia. Jeszcze przededniem przy silnym mrozie słychać było skrzypienie wozów, na których furaże wieziono mimo Starej Częstochowy przez rzekę Wartę. Przy nich wyprawiono armaty i resztę amunicyi, aby przededniem skrycie przed konfederatami przez tę rzekę przeprawione były: po resztę zaś furażów, któremi Drewicz, rabując okolicę, nad potrzebę się był obłowił, nadeszły nadpędzone nowe podwody, na które ładowano furaże, przy których ruszyły szwadrony tak od św. Rocha, jak od św. Barbary — a przy nich i sam Drewicz i jego asystencya jechali cugami. Przy rzece Warcie ustawiono piechotę, kozaków i 7 szwadronów, aby przy nich podwody bezpiecznie mogli się przedostać. Tymczasem kozakom kazano, żeby przejeżdżając się pośród szańców strzelaniem do fortecy zabawiali konfederatów, i odwrócili ich uwagę od ustępującego wojska z furażami. Nie udało się i to Moskalom, Puławski bowiem spostrzegłszy co się dzieje, najprzód kartaczami z dwóch armat w pół kwadransa rozpędził kozactwo, inne donośniejsze działa obrócił na szwadrony karabinierów, a piechotę janczarkami i hakownicami kazał razić, wreszcie sam z dragonią i inną kawaleryą na Moskali ruszył, i gwałtownie nacierając, pędził przed sobą za Wartę. Jakoż zostawieni przy ładowaniu wozów furażami kazali ze wszystkiem, co kto ma, uciekać, i sami co tchu zmykali, rzucając czego zachwycić nie mogli. Gdy więc za nimi wpadli do św. Barbary konfederaci, zastali tam jeszcze wielkie zapasy siana, obroku, chleb, w baryłkach masło i inne przeróżne rzeczy. Jednocześnie z fortecy strzały armatnie poczęły razić karabinierów i piechotę, jakoż i one 7 szwadronów, postawione przy Warcie dla strzeżenia przeprawy furażów, nie mogły wytrzymać, i pierzchać do lasu poczęły, a obładowane wozy z furażami, gdy nie mogły z uciekającymi podążać, kazali palić, żeby furaż nie dostał się konfederatom.
Jeden z Dzienników opis swój tego oblężenia i walk z Moskalami pod Częstochową, tak kończy: »Bogu więc i Najśw. Pannie niech będą nieskończone dzięki, że ufających nie omyla nadzieją. Kto czytać to będzie, wysławiaj opiekę Matki Boskiej, która pokładających w sobie pokorną nadzieję, w największych przygodach broni i ratuje, jako tu z nami oblężonymi uczynić raczyła.«
Odpędziwszy Moskali, Puławski z tej fortecy, jak orzeł z gniazda swojego na niebotycznej skale na żer wypada, tak on wylatywał ze swoimi konfederatami ścigając Moskali po całej Polsce. Powiadają o nim, że widząc go zawsze czynnym, przedsiębiorczym tak, że wskutek nawyknienia stała się jak by niezbędną dla niego koniecznością, jakby żywiołem jego życia, zapytał go jeden z towarzyszy: co będzie robić jak wypędzi z Polski Moskali! bez namysłu odpowiedział, że pójdzie bić Moskali w Moskwie. I rzeczywiście miał on postanowienie, jak mówi Mickiewicz (Lekcya XIX, 1842) nie tylko oswobodzić swoją Ojczyznę, ale skruszyć wszystko, coby stało na przeszkodzie do jej rozwoju i mogło jej w przyszłości zagrażać. Jakoż Puławski w tym względzie wiele miał wspólności ze Stefanem Batorym, który patrzył w przyszłość, i usiłował zabezpieczyć Polsce przyszłość znakomitą. Miłością swoją bezgranic Ojczyzny, zespolił się z nią i czuł, że ją piastuje w sercu swojem. Ztąd obok męstwa, poświęcenia się, niezrównanej odwagi, prawości charakteru, wdzięku ujmującej postaci swojej, miał on nadto w sobie coś jeszcze szczególnego, wyższego, że w zetknięciu się z nim każdy czuł cześć i uwielbienie dla niego. Jednem słowem, w owym czasie był on najznakomitszą w Polsce osobistością; jednoczył w sobie całą wielkość Polski i przekazywał tę wielkość następnym pokoleniem.
Po odpędzeniu Moskali, Puławski, urządził się na Jasnej Górze należycie, i tak był groźnym, że Moskale nieśmieli nawet zbliżać się w tamte strony. W samej fortecy miał około 500 piechoty, a jazda jego wynosząca 1.200 koni zajmowała szeroko kraj okoliczny. Sam rzadko kiedy dłużej tu przebywał, zawsze jednak z wycieczek swoich na wszystkie strony wracał na Jasną Górę.
Zawitał był w owym czasie na Jasną Górę Durini, Nuncyusz Apostolski w Polsce, i wielką okazał życzliwość dla konfederacyi; polubił bardzo Puławskiego, a kiedy odjeżdżał, publiczne, uroczyste dał błogosławieństwo Puławskiemu i wszystkim tam będącym konfederatom.
W tem (1771 w Sierpniu) powstał był plan pochwycenia króla i sprowadzenia go do Częstochowy, i nadania temu znaczenia, jakoby sam król miał tu uciec od Moskali dla złączenia się z konfederacyą. Gdyby się projekt udał — niewiadomo jakiby obrót wzięły rzeczy. Puławski nie był temu przeciwny, owszem ułatwił danem poleceniem do komend w Zakroczymiu i Wyszogrodzie dla dopomożenia w tym zamiarze Strawińskiemu, który powziął tę myśl i miał ją przeprowadzić. Wiadomo, że się nieudało, i skończyło smutną katastrofą, i wielkie zmartwienie Puławskiemu sprawiło.
Niechętni zaś dla konfederacyi, skorzystali z tej okoliczności dla osłabienia jej znaczenia i wpływu. (ob. Sprawa zamachu — przez Władysława Ostrożyńskiego.) Moskale natomiast podnieśli głowy i poczęli zuchwalej występować, jakoby obrońcy króla, i w ślad za tem, pomyśleli i o Częstochowie. Jakoż nadciągnął tam znowu Drewicz 5 marca 1772, ale zaledwie pod Starą Częstochową stanął, tak został przywitany ogniem działowym z Jasnej Góry, że nie próbując nawet zdobycia fortecy, natychmiast się oddalił. Po odejściu Drewicza, inne oddziały moskiewskie pokazały się z przeciwnej strony, i z dział od lasu strzelać do fortecy zaczęły, ale gdy im dzielnie celnemi strzałami odpowiedziano — przekonali się, że nie mają tu co robić, i odeszły ku Koziegłowom. Gdy jednak później nadeszła wiadomość, że Choisy, co był zdobył zamek krakowski, pomimo największego swego bohaterstwa d. 23 kwietnia 1772 musiał Kraków opuścić, i nastąpił traktat podziału Polski przez Moskwę, Prusy i Austryę, i wkroczyły do Polski ich wojska zaborcze, Puławski widząc niepodobieństwo przeciągania dalej walki, zdał dowództwo twierdzy Radzimińskiemu, a poleciwszy poddanie jej królowi, opuścił Częstochowę i Ojczyznę. Dla najznakomitszego Polaka w Polsce, niestety, miejsca nie było. Po wyjeździe Puławskiego, zaraz podeszli pod Jasną Górę Moskale i poczęli ją oblegać. Konfederaci zwycięsko odparli ich szturmy, i wysłali do króla oświadczenie, że gotowi zdać mu fortecę i żeby przysłał wojsko polskie w tym celu. Król jednak na złość konfederatom i dla wyrządzenia przykrości Paulinom, przysłał rozkaz wydania fortecy Moskalom. I oto 15 sierpnia 1772 pierwszy raz największe wrogi Polski i religii św. — Moskale — zajęli fortecę.
Podział kraju nastąpił, i rozpoczęła się Polska żałoba — w niewoli.


XI. Dalsze losy Jasnej Góry.

Smutne nader były losy Jasnej Góry. Wprawdzie po ustąpieniu niedługo Moskali, nabożeństwa uroczyste, liczne pielgrzymki, szczególniejsze łaski doznawane przy cudownym obrazie Matki Bożej opromieniały Jasną Górę po dawnemu, atoli Paulini musieli znosić przeróżne uciski i prześladowania — nieustanne i bardzo dotkliwe.
I tak 1782 r. d. 12 maja przybył na Jasną Górę sekretarz króla ks. Kajetan Ghigiotti (osobistość najnikczemniejsza, pobierał od Moskali pensyę (ob. Warszawa w r. 1794, przez Bronisława Szwarce) jako szpieg moskiewski, i donosił ambasadorom moskiewskim niemal codziennie o wszystkiem, co się działo u króla i z królem), i oddał Paulinom list kanclerza Okęckiego z d. 4 maja, w którym tenże nagli w przedmiocie obmyślenia nowego zarządu, gdyż odtąd nie wolno im będzie ani przyjmować u siebie generała zakonu, ani z nim się znosić, i że odtąd Paulini mają zostawać pod wyłączną opieką króla, którego rozkazów słuchać obowiązani będą. I naglił ów Ghigiotti, aby natychmiast wykonali wolę króla. Oświadczył przytem, że w tym względzie także nastąpiło rozporządzenie stolicy Apostolskiej. Tego jednak rozporządzenia nigdy Paulinom nie pokazano. Paulini po naradzie oświadczyli, że tego uczynić nie mogą, albowiem przez to złamaliby zaprzysiężoną regułę. — Po długich z czasem pertraktacyach skończyło się r. 1784 na tem, że obierali sobie sami zastępcę generała, tworząc oddzielną kongregacyę. W tym czasie (1783 we wrześniu) odebrał król Paulinom nadane im przez Sejmy dwa starostwa Brzezińskie, Kłobuckie i twierdzę, oddając takową w zarząd świeckiego komendanta. Ostatnim takim komendantem nad garnizonem był Marcin Wierzbowski.
Po drugim podziale kraju, r. 1793 d. 28 lutego. wojsko pruskie pod dowództwem pułkownika Wartenberga obległo Jasną Górę, a 6 marca komendant twierdzy, ów Wierzbowski podpisał punkta kapitulacyi, i w dniu 7. t. m. generał Pollitz twierdzę Jasnogórską osadził wojskiem pruskiem. A d. 28 października król pruski Wilhelm II. przybył na Jasną Górę i 29-go oglądał kościół, skarbiec — i w ofierze złożył medal złoty i trzy sztuki materyi dla ozdoby kaplicy; nadto przełożonym dał medale złote mniejsze, a innym zakonnikom srebrne, i 3.200 zł. dla rozdania ubogim. Słuchał Mszy Św. w kaplicy, a pruskie wojsko na wiwat strzelało swemu królowi z armat. Pomimo to odebrano Paulinom ich majętności ziemskie i zabroniono przyjmować do nowicyatu pod karą 100 dukatów i przeróżnemi rozporządzeniami uciskali i prześladowali Paulinów Prusacy.
Nie długo jednak siedzieli tu te Prusaki; roku 1806 w dniu 19 listopada odebrali im Jasną Górę Polacy. R. 1809 — starali się zdobyć Jasną Górę Austryacy, ale zostali przez dzielny polski garnizon pod dowództwem mężnego komendanta twierdzy Kajetana Sztuarta, majora pułku 5-go wojsk polskich, odpędzeni. W r. 1810 przybył na Jasną Górę Fryderyk August, książę Warszawski i król Saski. Ciekawie oglądał dawne ofiary swoich przodków królów Polskich Augusta II. i Augusta III. Sam jednak żadnej ofiary nie złożył, natomiast zażądał, naśladując Stanisława Augusta, wydania ze skarbca do mennicy złota i srebra, złożonego w ofiarach. Nie długo znowu trwała pomyślność Polaków. R. 1813 d. 15 marca podstąpiły wojska moskiewskie pod dowództwem generała Sakena, a 8 kwietnia przez kapitulacyę zajęły twierdzę Jasnogórską, której wały i okopy znieść kazał Aleksander I. car moskiewski.
R. 1817 obchodzili Paulini uroczyście przez 8 dni stuletnią rocznicę koronacyi cudownego obrazu Matki Bożej. Ceremonie odprawił znakomity biskup krakowski, poeta narodowy i wielki patryota Woronicz w asystencyi biskupów sufraganów: Zambrzyckiego — warszawskiego, Nowińskiego — krakowskiego, Ostrowskiego — łowickiego; a niezliczone rzesze przybyłych Polaków, Szlązaków, Morawianów, Węgrów i Czechów, otoczywszy w około Jasną Górę — wnosili nieustannie błagalne i dziękczynne modlitwy, w uwielbieniach swoich ku Matce Bożej, i Jej przecudownemu obrazowi świętemu.
R. 1820 d. 18 października o 12 w nocy przybył tu car moskiewski, Aleksander I., i obejrzawszy osobliwości Jasnogórskie, nazajutrz po wysłuchaniu Mszy Św. o 11-tej odjechał do Opawy. I znowu r. 1822 d. 2 września o godzinie 7. wieczorem był — a nazajutrz ofiarowawszy pierścień złoty przeorowi X. Eustachemu Skibińskiemu, do Glewic odjechał.
R. 1843 Mikołaj I., po zniesieniu dawniej wałów i okopów, teraz kazał ostatecznie zburzyć Jasnogórską twierdzę — (plan jej przed zburzeniem jest w dziele Balińskiego) wystawioną przez Władysława IV.


XII. Świeca Skargi przed cudownym obrazem.

Do imion znakomitych Polaków Kordeckiego, Puławskiego, związanych wspomnieniem z Jasną Górą, łączy się jeszcze imię natchnionego zaiste proroka polskiego — Skargi, którego jedno straszne przepowiedzenie co do upadku Polski spełniły się co do joty, a stąd nadzieja, że i drugie proroctwo co do powstania Polski, da Pan Bóg, się ziści.
Jakoż po wypowiedzeniu nieszczęść, jakie mają spaść na Polskę — i po zapewnieniu stanowczem, że takowe nastąpią, gdy twierdzi: »Z jakiemiż pogróżkami posłał mnie do was Pan Bóg, przezacni Panowie moi? — Nie wiem, to tylko wiem, że jedna z tych trzech was nie minie, — w końcu słowami proroka Ozeasza o miłosierdziu Bożem oznajmia nadzieję — wskrzeszenia Polski, mówiąc: „Ożywi nas i po dwóch dniach, i trzeciego dnia wzbudzi nas“.
Otóż, Skarga wielkie miał nabożeństwo do Najśw. Panny Częstochowskiej, i zapewne nieraz najgoręciej się tu modlił za Ojczyznę, którą tak wielce miłował, i miłość swą wyrażał w najrzewniejszych, w najtkliwszych słowach. Kiedy zaś poznał, że już koniec życia jego się zbliżał, ubogą, ale stosowną do powołania swego zakonną ofiarą pragnął uczcić raz ostatni obraz Matki Bożej na Jasnej Górze święty. Zrobił więc własnemi rękami świecę, jakoby gromnicę, i r. 1602 d. 27 przysłał na Jasną Górę, prosząc aby na intencyę jego w pewnych godzinach zapalano przed świętym obrazem. I oto rzecz dziwna, godna pamięci, w chwili, kiedy ostatniem tchnieniem pożegnał świat ten w Krakowie d. 27 października t. r., w tejże samej chwili świeca jego gorejąca na Jasnej Górze przed obrazem świętym Matki Bożej, jak świadczy Birkowski w kazaniu swojem i o czem wspomina także X. Kowalicki, — dopaliła się i zgasła.


XIII. Włościanie z Galicyi po rzezi Tarnowskiej przybywają do Częstochowy r. 1846.

Podajemy opis następny ze współczesnego rękopismu, spisanego przez naocznego świadka.
Kiedy po rzezi Tarnowskiej X. Antoniewicz odbywał misyę i obudził sumienie w sprawcach tej rzezi, a biskup tarnowski Wojtarowicz przez okólnik wezwał duchowieństwo, aby starało się wpłynąć w duchu religijnym na winowajców tych okrucieństw, i skłaniać ich do pokuty, wielka ich bardzo liczba udała się w pielgrzymce na Jasną Górę. Jest tam we zwyczaju, gdy przybędzie jaka w pielgrzymce tak zwana kompania — daje o swojem przybyciu znać do klasztoru, i Paulini wychodzą na ich spotkanie. Mają do przybyłych powitalne przemowy, po których przy odgłosie muzyki ze śpiewami idą do kaplicy przed cudowny obraz Matki Bożej. Otóż, kiedy przybyli ci z Galicyi włościanie, dali znać o sobie, czekając na wyjście na przeciw nich z muzyką Paulinów. Tymczasem Paulini — odpowiedzieli im, że skalanych krwią bratobójczą nie wpuszczą do Jasnej Góry. Nie spodziewali się tego przybyli; gdy nadto postawieni w bramie na straży, wszystkich innych wpuszczali, a galicyjskim zbrodniarzom bronili wstępu — strach i przerażenie ogarnęło ich. Zaczęli płakać rzewnie; płacz ten wzmagał się, i wszystkich ogarnął. Jakoś płacz ten był tak okropny, rozpaczny i przeraźliwy — i trwał ciągle, nieustannie, połączony z wołaniem miłosierdzia, litości — przez trzy dni i nocy bez przerwy, że zdawało się sądny dzień nastąpił. Dopiero po trzech dniach wyszli Paulini — po za murami słuchali spowiedzi — poczem wpuścili ich do kościoła, ale bez żadnej muzyki i śpiewów, i niezwłocznie kazali im wracać nazad do domów. Opisujący to, powiada — że niepodobna było nawet słuchać ich rozpaczliwych jęków, niepodobna było także słuchając tego płaczu i samemu nie płakać. Serce się krajało, i zdawało się, że pęknie pod wrażeniem tego strasznego obrazu.


XIV. Kościół.

Dawniej, jak już wyżej wspomnieliśmy, był tu kościółek parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Bożej, z drzewa modrzewiowego wystawiony, — a kiedy?
niewiadomo. Jest podanie, że tu miał być św. Wojciech, i że przez niego ta góra nazwana była »Jasną« w przepowiedni, iż cuda, jakich ludzie za przyczyną Matki Bożej z czasem doznawać tu będą, uczynią ją na cały świat Jasną czyli sławną.

Po sprowadzeniu Paulinów, ks. Władysław Opolski począł dla nich stawiać tu klasztor w części drewniany, a w części murowany, później sami Paulini wymurowali tu kościół i klasztor. Najdawniejszą wzmiankę o stanie kościoła i klasztoru mamy w opisie z wizyty ks. Jerzego Radziwiłła biskupa krakowskiego i kardynała z r. 1593, w słowach następujących: »Klasztor jednostronnie od miasta Częstochowy murowany, inne części klasztoru z drzewa zbudowane, kościół murowany, gontami pokryty, wieża od fundamentu jednem piętrem murowana, wyższe kondygnacye z drzewa wystawione, gontami wierzch jej pokryty. W kościele wewnątrz: ołtarz wielki murowany, w którym umieszczone kondygnacyami obrazy 1) Najśw. Maryi Panny, 2) Św. Trójcy, 3) Św. Krzyża, 4) ŚŚ. Piotra i Pawła i 5) Wszystkich Świętych. Po bokach kościoła ołtarzy mniejszych ośm murowanych. W kaplicy dla Obrazu świętego: ołtarz murowany, przyozdobiony wotami cudów Najśw. Panny i obrazami św. Barbary i św. Katarzyny. Ściany kaplicy ozdobione wotami srebrnemi, wykazującemi dobrodziejstwa przez Najśw. Maryę otrzymane. Sklepienie malowane. Przy bokach kraty dwa małe ołtarze. Przed kratą kaplicy chór zakonny, w którym zgromadzenie odmawia Officium de Beata (pacierze z brewiarza o Matce Bożej). Nad chórem pomieszkanie zakonne. Zakrystya przymniejsza i przyciemna, w boku której powyżej murowany mały skarbczyk dla złożenia ofiar i przywilejów kościołowi temu nadanych...« (Następuje wykaz tych przywilejów). W r. 1633 już w innym stanie był kościół Jasnogórski. Nie było owego murowanego ołtarza wielkiego, jak w r. 1593, ale sprowadzeni ze stolicy snycerze wystawili inny z drzewa i kosztowną rzeźbą, oraz sutą pozłotą okrasili. Po bokach były wspaniałe stalle także pięknej snycerskiej roboty, wyzłacane i gustem owego wieku różnobarwnie pomalowane. Nad niemi po jednej stronie stało 12 posągów Proroków z drzewa rżniętych, z drugiej znowu 12 takichże królów Starego testamentu. Na samych zaś stallach na jednych: wizerunki 4 Ewangelistów i 4 Patryarchów Starego zakonu; na drugich, czterech Doktorów i trzech ŚŚ. Królów. Ściany świątyni okryte były trzema rzędami obrazów, przedstawiających sceny z życia Zbawiciela i Matki Bożej i cudów tu doznanych.
Niedługo potem, bo r. 1641 d. 20 września prowincyał Gołdonowski rozpoczął budowę nowego kościoła, po zakończeniu którego r. 1680 d. 22 października ks. Mikołaj Oborski, biskup sufragan krakowski, pokonsekrował go. Lecz r. 1690 wszczęty wielki pożar zniszczył tę świątynię (kaplica ocalała). Poczem r. 1695 wystawiono nowy kościół, który należy do najwspanialszych świątyń w Polsce, i tak się przedstawia:
Główne i jedyne wejście do klasztoru znajduje się od południa i składa się z dwóch części. Jedna jest przedfosowa, gdzie były dawniej dwa mosty zwodzone i dotąd są potrójne bramy: nad pierwszą z nich, całkiem kamienną, jest wielki obraz na murze malowany Matki Bożej, a nad nią św. Michał z mieczem z kamienia pięknej rzeźby, mający po bokach św. Pawła pustelnika i św. Antoniego opata, pod obrazem napis: Sub Tuum Praesidium (pod Twoją obronę), niżej herb książąt Lubomirskich, na pamiątkę, że kosztem ks. Jerzego Lubomirskiego, podkomorzego koronnego, starostę Olsztyńskiego, w r. 1723 wystawioną została. Cała ta brama, z kamienia ciosowego wystawiona, pochodzącego ze wsi Chełmo pod Wielkomłynami. Robota kosztowała 12.000 zł. oprócz malowania i złocenia obrazu Najśw. Maryi Panny. Po śmierci kazał się na Jasnej Górze pochować, co nastąpiło r. 1727. Przeszedłszy potem plac kolisty, otoczony murem i kratą, a za nim most na pierwszym przekopie, jest głęboka i do dawnego szańca przedmostowego prowadząca brama, nad którą widać popiersie (najokrutniejszego ciemiężyciela Paulinów) króla Stanisława Augusta, z białego marmuru w kształcie medalionu, wśród armatury. Następnie dalej szaniec, dziś będący przejściem obmurowanym i dwoma ogródkami otoczonym. Ztąd brama płaska z figurą kamienną N. Panny Bolesnej w wydrążeniu u góry umieszczoną, prowadzi na most nad drugim przekopem postawiony, z którego dopiero wchodzi się do ostatniej bramy wałowej głęboko sklepionej. Nad nią znajduje się malowany na murze w całej postaci wizerunek ks. Władysława Opolskiego, jako fundatora, utrzymującego na dłoni kościół Jasnogórski; pod nim herb królestwa. Za ostatnią bramą z obu jej stron są wejścia na wały, a na prawo brama z herbem z kamienia Pilawa (Potockich), prowadząca na dawny cmentarz klasztorny, gdzie stoi dzwonnica, wprost zaś od wyżej wspomnianej bramy są drzwi do kościelnego przysionka pod wielką wieżą, obok której głęboka i otwarta brama prowadzi na dziedziniec przedklasztorny czyli klaustrum. Brama ta opiera się z drugiej strony o inną budowę, gdzie na dole była apteka, na piętrze zaś pokoje zwane królewskimi.
I te wszystkie mury razem wzięte, zawierają pierwszy plac, przed kościołem rozciągający się.
Wszedłszy do przysionka, troje wielkich drzwi prowadzi do samego kościoła, nad pierwszemi z nich znajduje się napis: Domum tuam, Domine, decet sanctitudo (Dom Twój, Panie, powinien być uświęconym); trzecie, ozdobione płaskorzeźbą, wyrażającą świętych Pawła i Antoniego (pustelników) i pod nimi aniołów, są roboty Grzegorza Woźniakowskiego, braciszka zakonu. Ztąd odkrywa się cały widok wspaniałości świątyni 112 łokci długości mającej, a 36 szerokości, do której się wchodzi zstępując o kilka stopni niżej od powierzchni dziedzińca. Wysokość od posadzki do sklepienia 50 łokci wynosząca, daje ogółowi wnętrza wspaniałą całość, harmonię i powagę, która zaraz na wstępie przejmuje zachwytem religijnem. Wszystkie ściany marmoryzowane, sklepienie rzeźbą z gipsu bogato okryte, odrzwia marmurowe w kaplicach, a w głębi wielki ołtarz niezwyczajnym sposobem, bo z grupy naturalnej wielkości posągów wzniesiony, kościół ten co do ozdoby stawią między pierwszemi w całej Polsce. Półświatło z góry przez małe okna, co są nad kaplicami, nadaje mu jakąś tajemniczą i uroczystą postać, która sama przez się nadzwyczaj wpływa do pobożnego nastroju duszy.
W samej budowie tej świątyni łatwo rozróżnić się dają dwie epoki jej powstania, z dwóch różnych od siebie części, z których się składa. Jedna, dawniejsza, mieści w sobie ołtarz wielki i dwa boczne chóry z małemi organami, ztąd wejście do kaplicy cudownego obrazu; niema tu innych ozdób, ani ołtarzy. Jest to dzisiaj właściwie prezbiteryum kościoła, ośmiu oknami z obu stron oświecone i same przez się równające się dość obszernemu kościołowi. Kształt wielkiego ołtarza — niepospolity i imponujący. Niema tu żadnego obrazu ani zwyczajnych gzemsów i pilastrów: ale nad pięknem tabernakulum z florenckiego marmuru wyrobionem, o sześciu filarach z porfiru i tyluż alabastrowych aniołów, wznosi się w grupie, z jednej sztuki ciosowego kamienia utworzonej posąg Wniebowzięcia Najśw. Maryi Panny Jej unoszonej do nieba przez trzech aniołów. Obok stoi czterech apostołów, u góry św. Trójca i inne figury. Wszystkie są naturalnej wielkości i nadzwyczaj wielkie całością swą sprawiają wrażenie. Ołtarz ten stanął nakładem Stanisława Chomentowskiego, wojewody mazowieckiego i hetmana polnego kor. Kosztował 50.000 zł. Pierwszy kamień założony r. 1726, a r. 1734 pokonsekrowany z nadanym odpustem zupełnym r. 1749 przez papieża Benedykta XIV.
Druga część kościoła, to jest sama jego nawa, wsparta na pysznych filarach, pięciu arkadami z każdej strony połączonych, o wiele jest dłuższa i szersza od prezbiteryum. Tu piękna ambona, ogromny chór z wielkimi organami, tu są boczne ołtarze, których razem z tymi, co się znajdują w kaplicach (prócz wielkiej kaplicy), jest dwadzieścia jeden.
Z prawego boku kościoła, od głównego wejścia, widać drzwi, marmurem ozdobne, do kaplic. Jest ich cztery, ale pierwsza, poświęcona św. Antoniemu Padewskiemu, znajduje się zaraz od wnijścia z przysionka kościelnego, pod wielką wieżą. Drugie z tego boku przybudowane do wielkiego kościoła, a pierwsza od drzwi wielkich jest kaplica św. Pawła pustelnika r. 1671 z ciosu wzniesiona, a wewnątrz zupełnie czarnym marmurem wykładana, wystawiona przez rodzinę Denhofów, której groby są pod posadzką. Są w niej trzy ołtarze: św. Pawła, św. Antoniego opata i św. Hieronima. Srebrna sukienka w obrazie nad głównym ołtarzem z daru Zygmunta III pochodzi. W grobach tych złożone są zwłoki Jerzego Alberta Denhofa, biskupa krakowskiego i kanclerza wielkiego koronnego, zmarłego 1702 r. w Kielcach, dotąd w całości zachowane.
Za kaplicą św. Pawła jest inna budowa, która tworzy dwie różne kaplice — dolną i górną. W dolnej umieszczone są relikwie r. 1624 z Rzymu otrzymane i ztąd kaplica nosi tytuł ŚŚ. Relikwij. — Są tu głowy w srebrnych relikwiarzach św. Euzebiusza, św. Honoraty, św. Donata i św. Kandydy, część św. Filipa Neriusza i mitra św. Jozafata, unickiego arcybiskupa połockiego. — Górna kaplica, poświęcona Jezusowi Nazareńskiemu, przedtem drewniana, fundacyi Lubomirskich; i tu odbywa się nabożeństwo bractwa Aniołów Stróżów i innych bractw przy tym kościele ustanowionych. Zdobi ją piękny marmurowy grobowiec z popiersiem ks. Stanisława Jabłonowskiego, wojewody rawskiego, który też kaplicę r. 1740 kazał wymurować i marmurami przyozdobić. Nadgrobek ten nie ma napisu, zwłoki zaś złożone w grobie zakonnym. Naprzeciw niego jest ołtarz św. Michała Archanioła.
Roku 1875 umieszczono tu cudowny obraz Matki Bożej Kodeńskiej, po zabraniu na schyzmatycką cerkiew wspaniałej bazyliki w Kodniu, wystawionej przez książąt Sapiehów. Obraz ten cudowny pochodzi z Rzymu.
Jeszcze jedno przybudowanie czworokątne z kopułą, tegoż samego kształtu co kaplice, służy za dzwonnicę (Baliński).
Organ Wielki — r. 1725 wystawiony nakładem Szembeka, arcybiskupa gnieźnieńskiego, tego, który będąc biskupem chełmskim, koronował cudowny obraz.


XV. Kaplica.

Z prezbiteryum drzwi marmurowe, ozdobione popiersiem papieskiem, prowadzą do kaplicy Najśw. Panny. Mały korytarz, oświecony z jednej strony od schodów, prowadzących na chór tejże kaplicy, a z drugiej od zakrystyi, przedziela tę kaplicę od kościoła. Drzwi do niej marmurem czarnym obłożone z takąż tablicą u góry, na której napis łaciński o cudownym obrazie.

Kaplica cudownego obrazu sama przez się jest dość znaczną, bo ma 50 łokci długości, 30 szerokości a 40 wysokości i składa się z dwóch części, różnych od siebie dawnością budowy. Ta, w której znajduje się sam obraz cudowny, daleko mniejsza od drugiej, jest właśnie pierwiastkową kaplicą, wystawioną przez Władysława Jagiełłę. Starożytny kształt jej sklepienia służy za świadka pięciowiekowego jej bytu. Ściany makatami z karmazynowego aksamitu i złotogłowia powleczone, a krata żelazna misternej roboty gdańskiej, przedziela ją od drugiej połowy. Mnóstwo wotów srebrnych różnej formy i roboty, szerokim pasem zdobi gzemsy ścian i ołtarza; najciekawsze te, w których umieszczone są wizerunki dawców, olejno malowane. Sam nawet obraz okryty jest bogatemi ofiarami. Do najdawniejszych, pochodzących od Władysława
Jagiełły, należy srebrne, wyzłacane i drogimi kamieniami osypane promienie (ale tych kamieni już od dawna niema): do osobliwszych policzyć należy buławę kryształową, nader misternie brylantami wysadzaną, ze srebrną złoconą rękojeścią, którą tu Jan Sobieski, będąc jeszcze hetmanem wielkim koronnym, złożył był w ofierze i którą dotąd na miejscu dochowano. Ośm lamp srebrnych, od sklepienia aż przed sam ołtarz zawieszonych, pięknie się przedstawia. Pierwsza z tych lamp, ofiarowana przez Jana Sobieskiego jeszcze r. 1669, druga przez Konstancyę Grudzińską r. 1642; trzecia przez ks. Fleurego, kanonika krakowskiego r. 1650; czwarta od Warszyckiego, kasztelana krakowskiego; piąta przez Leszczyńskiego, pradziada króla Stanisława (pochowanego tutaj w grobach); szósta przez Tarłę, wojewodę lubelskiego z r. 1717; siódma przez Michała Potockiego, wojewodę wołyńskiego, fundatora Kapucynów w Sędziszowie, z roku 1741. Po bokach ołtarza dwa duże zwierciadła. Przy nich dwa wielkie obrazy: ucieczka do Egiptu św. Rodziny i św. Józef jako cieśla, a obok niego dzieciątko Jezus. Z obu stron ołtarza widać przejścia, któremi pobożni pielgrzymi na klęczkach obchodzą w około Obraz święty. A dwa okna umieszczone z prawej strony, z góry zlewają na kaplice półświatło i nadają jej jakieś tajemnicze znaczenie i skłaniają do skupienia ducha. Ołtarz otoczony balustradą, żeby tłoczący się lud nie przeszkadzał nabożeństwu, które uroczyście w licznej asyście się odprawia. Obraz cudowny w ramy złote oprawny, umieszczony w hebanowym ołtarzu z czterech kolumn złożonym, a posągami i srebrnemi wotami okryty. Prócz koron, z samych prawie dyamentów złożonych, na głowach Pana Jezusa i Matki Bożej jaśniejących, otacza je dwanaście gwiazd i dwa koła promieni srebrnych.

Ołtarz ten w kaplicy hebanowy[15], wystawił Jerzy Ossoliński, kanclerz wielki koronny. Z razu chciał wystawić ołtarz z samego srebra, ale poszedł za radą króla Jana Kazimierza i wystawił go z hebanu z ozdobami srebrnemi. Koszt był wielki i do tego przyłożył się i klasztor, dając 1,900 grzywien srebra na 42,755 ówczesnych złotych. Dwa lata pracowano i w r. 1650 ukończono robotę, a obraz cudowny, który przez ten czas był umieszczony w wielkim ołtarzu kościoła, uroczyście przeniósł 8 września Maciej Łubieński, arcybiskup gnieźnieński, w asystencyi pięciu biskupów, wpierw poświęciwszy ołtarz. Zebranie ludu pobożnego było wielkie; nie było tylko fundatora Ossolińskiego, który już nie żył; herb jego Topor (gdyż Ossolińscy ród swój wiodą od Toporczyków-Tenczyńskich), sześć posągów Aniołów i pyszne pod względem sztuki antepedium, w Gdańsku robione, szczególną na siebie zwracają uwagę. Były tu także srebrne posągi św. Pawła i św. Antoniego opata — ale te, jak wiele innych kosztownych zabytków przeszłości — zostały zabrane — świętokradzką ręką, a także zwierciadła srebrne.
Druga połowa kaplicy, oddzielona kratą, prawie o półtrzecia wieku późniejsza od pierwszej — daleko przestronniejsza i wyższa, wspiera się na sześciu filarach, nad którymi z jednej strony są galerye dla pobożnych, co się nie mogą zmieścić na dole, z drugiej chór zakonny; w głębi zaś chór na organy i muzykę. Pod nimi na prawo i lewo są dwa ołtarze. Jeden od samego wnijścia do kaplicy, Jezusa Ukrzyżowanego i przed nim wisi lampa srebrna, ofiarowana przez książąt Lubomirskich, i drugi równoległy obok kraty N. M. Panny Łaskawej (inaczej Bolesnej). Nad kratą, dzielącą kaplicę, umieszczony jest wielki obraz, przedstawiający oblężenie Jasnej Góry r. 1655 przez Szwedów. Na filarach 7 innych obrazów, wyrażających tajemnice z życia Najśw. P. Maryi. Sklepienie okrywa rzeźba i olejne malowidła, wysławiające przepowiednie ze Starego zakonu o Najśw. M. Pannie. Druga, ta większa część kaplicy, stanęła (od r. 1641 do 1644) nakładem dwóch braci Łubieńskich, biskupów — Macieja, biskupa włocławskiego (później arcybiskupa gnieźnieńskiego) i Stanisława, biskupa płockiego — a staraniem przeora Jasnej Góry, ks. Kłodawskiego.
Nad tą kaplicą, ku Starej Częstochowie, jest obraz Matki Bożej (kopia cudownego obrazu) z ołtarzem, na którym raz tylko w rok, mianowicie d. 8 września, w uroczystość Narodzenia Najśw. M. Panny, od wschodu słońca do południa bez przerwy odprawują się Msze św., których słucha lud pobożny, w tym dniu zwykle w wielkiej bardzo liczbie przybywający, nie mogący pomieścić się w świątyni. Nad ołtarzem tym codziennie — nieustannie, we dnie i w nocy pali się lampa, która światłem swem, jak gwiazda promienna, w półmilowym obrębie wskazuje pobożnym miejsce cudownego obrazu.
W kaplicy tej są nagrobki: od lewej strony ołtarza postępując w głąb kaplicy, pierwszy pomnik, mocno zaciemniony filarem, wzniesiony jest dla jednego z najzacniejszych Polaków, który żył za Jana Kazimierza i zasługuje na szczególną pamięć z powodu, że gdy wówczas brzemię nieszczęść zwaliło się na Polskę, jedni poddali się Szwedom, a drudzy, niemal wszyscy senatorowie, opuścili kraj, on, prawie jeden z senatorów, pozostał na miejscu, poczytując za święty obowiązek nie opuszczać Ojczyzny w nieszczęściu. Jest to pomnik Stanisława Warszyckiego, kasztelana krakowskiego, który za pięciu królów od Zygmunta III do Jana III służąc Ojczyźnie jako mąż najwyższej prawości i zacności, umarł r. 1681 25 stycznia w dobrach swoich w Pilicy, i tu pochowany jako wielki dobrodziej klasztoru. Tuż obok spoczywa żona jego Helena z książąt Zbarażskich.
Dalej, przy tejże ścianie, pomnik dla Klemensa z Ruszczy Branickiego (herbu Gryf), podkomorzego krakowskiego, który dzielnie walczył z wrogami Ojczyzny, — podstępnie zabity 1657 r. Dalej dwa pomniki: ks. Krajewskiego, kanonika gnieźnieńskiego i po trzykroć administratora archidyecezyi, człowieka uczynnego i wielce dobroczynnego. Dalej pomnik Zygmunta Grudzińskiego, młodzieńca wielkich nadziei; wreszcie w krużgankach, gdzie są stacye, pomnik dla Męcińskiego Kazimierza z napisem szumnym i panegirycznym.
Kaplica ta ma jeszcze i to wielkie znaczenie, że bullą papieża Urbana r. 1625 pod względem nadanych odpustów została przypuszczona do zaszczytów Domku Loretańskiego (Kiedrzyński p. 38) i nadto za potwierdzeniem biskupa krakowskiego czterem Ojcom z zakonu udzieloną została władza penitencyaryi apostolskiej.


XVI. Zakrystya.

Przechodząc z wielkiego kościoła do kaplicy, na prawo drzwi prowadzą do zakrystyi. Pierwotna była ciemna i szczupła, więc r. 1648 wystawiono nową, obszerną, długości łokci 34 a szerokości 17; ma jakby kształt kościoła, jest tu bowiem i ołtarz św. Wacława, króla czeskiego, przed którym raz w roku, po przyozdobieniu go, w święto św. Wacława d. 28 września, Mszę św. odprawia jeden z przełożonych zakonu.
Są tu obrazy pustelnic, Sofronii i Dympny, św. Romualda i św. Antoniego opata, oraz czterech ewangelistów (i bezbożnego Udona, biskupa magdeburskiego). Nad tą zakrystyą jest skarbiec, gdzie się przechowują znaczniejsze ofiary i bogatsze ornaty.


XVII. Wieża.

Dawna wieża podczas wizyty ks. Radziwiłła, kardynała, była od fundamentu jednem piętrem murowana, wyższe zaś kondygnacye były z drzewa wystawione, gontami pokryte. Ta r. 1654 d. 11 lutego, przy rozgrzewaniu będącego na niej zegaru, zapaliła się i zgorzała, ale niezwłocznie została odbudowaną tak, że już r. 1655 była podczas oblężenia Szwedów, i z niej, podczas szturmów, grano na instrumentach muzycznych i śpiewano pieśni ku czci Matki Bożej. Roku 1690 razem z całym kościołem spłonęła.
Roku 1696 ruiny tej wieży rozebrano i poczęto nową stawiać od fundamentów, a r. 1702 ukończono. Wieża ta, dotąd egzystująca, nietylko pod względem jej piękności i wspaniałości, ale pod względem śmiałej budowy może być uważana za arcydzieło w swoim rodzaju znakomite.
Wieża ta 135 metrów i 43 centim. wysoka (wyższa od wieży św. Stefana w Wiedniu). Kościół, przy niej stojący, szczytem sięga ⅓ jej części, a reszta ⅔ wznosi się po nad dach kościelny. W trzech jej ścianach, w dole wybite są trzy bramy, jedna na zewnątrz, druga na dziedziniec, czyli klaustrum klasztoru, a trzecia do wnętrza kościoła.


XVIII. Klasztor.

Pierwotny klasztor, wystawiony dla przybyłych 16-tu Paulinów, był drewniany, następnie wymurowano jeden pawilon (korytarz), a r. 1628-1633 drugi; wreszcie z zapisu Władysława IV na starostwie Sandomierskiem i innych datków dokończono cały kwadrat — z czasem przerabiany.
Obecnie znacznej rozległości gmach klasztorny, dwupiętrowy, na kształt zamku obronnego, otoczony okazałemi sześciu wieżami, — przedstawia widok imponujący i budzi pragnienie zajrzenia wewnątrz. Jakoż długie i szerokie korytarze z zawieszonemi wizerunkami dawnych sławnych i pobożnych Paulinów, z licznemi celami, w których niekiedy mieściło się do 200 zakonników, przejmują dziwnem uczuciem religijnem, połączonem z żalem wielkim z powodu opuszczenia. Wyobraźnia tylko teraz napełnia te korytarze wspomnieniem, że tędy przechodzili dawniej gromadnie w białych habitach z brodami (dawniej Paulini brody nosili — jako zakonu pustelniczego) świątobliwi Ojcowie, spiesząc do chóru na jutrznię o północy. Wielu tu bowiem żyło wielkiej świątobliwości, zacności i nauki Paulinów. Dziś tylko wspomnienie pozostało. Na tym świecie śmierć wszystko zmiecie, robak się lęgnie i w bujnym kwiecie.
Lecz spojrzyjmy z okien na te wspaniałe widoki w około, na które oni patrzali. Jakiż widok z drugiego piętra rozległy i przecudowny, osobliwie ku wschodowi; bliżej bowiem, jak na dłoni, leży stare miasto, czyli właściwie Częstochowa i ulica, podwójnym rzędem drzew wysadzona, łącząca ją z nowszą osadą i Częstochówką; na lewo droga kolei żelaznej. W dali zaś, na prawo, sterczy wyniosła Skała Olsztyna ze swojemi romantycznemi zwaliskami o 1½ mili ztąd odległa. Wprost widać wieże kościoła w Mstowie, dawniej Kanoników Regularnych, a za tymi dwoma punktami górzyste okolice krakowskie, sinawym matem okryte. Ku południowi widok jest bliższy i więcej ścieśniony, bo w tej stronie stoi tylko kościół św. Barbary — dawny nowicyat zakonny, z którego za Konfederacyi Barskiej Moskale bombardowali Jasną Górę. Tu kilkanaście przyległych domów tworzy niejako przedmieście; łączy go z Jasną Górą ulica, ocieniona gdzieniegdzie drzewami, a naokoło uprawne otaczają niwy. Przeciwnie, na zachód do Śląska i ku północy rozścielają się niedoścignione wzrokiem łany; różnobarwnem zbożem ozdobne i w dali zakończone smugą ciemnych borów.
Sala dysput. Do klasztoru dotyka inna budowa z wystawą, kształtu kościelnego, gdzie na piętrze znajduje się obszerna sala zwana wielką, ozdobiona wielkimi i szacownymi z przedmiotu obrazami, które przeciwległą ścianę oknom całkowicie osłaniają. Wszystkie dziewięć przedstawiają całą prawie historyę Jasnej Góry. Na jednym, ks. Władysław Opolski oddaje Paulinom ubogi dawny kościółek. Na drugim widać napad i zamordowanie zakonników przez zbójców poczytywanych za Hussytów. Trzeci przedstawia Władysława IV. po zwycięstwie Chocimskiem, składającego dzięki N. P. Maryi i otaczającego murem Jej świątynię i klasztor. Na czwartym wystawione jest oblężenie r. 1655 przez Szwedów: tu widać wodza szwedzkiego domagającego się u zakonników poddania twierdzy, tu obozy ich roztoczone, tu dzielna natchnionego Kordeckiego postać z przedziwną stałością broniącego od nieprzyjaciół, zostającej pod jego strażą świątyni. Na piątym widać obraz sejmu odbytego w klasztorze (właśnie w tem samem miejscu) w obecności króla Jana Kazimierza. Przedmiotem szóstego obrazu, jest zaślubienie króla Michała Wiśniowieckiego z Eleonorą (była bardzo piękną) Arcyksiężniczką austryacką, której towarzyszyła jej matka cesarzowa i sławny wódz austryacki Montecuculi — jako marszałek. Na siódmym obrazie Jan III. Sobieski z królewiczami Jakóbem, Aleksandrem (ten umierając w Rzymie, kazał się pochować w kapucyńskim habicie, leży w Watykanie), złożywszy wielką lampę srebrną, do dziś dnia przed cudownym obrazem palącą się, przyjmuje poświęcony i dany sobie od Paulinów pałasz. Ósmy obraz wystawia uroczyste r. 1682 sprowadzenie z kościoła parafialnego św. Zygmunta w Starej Częstochowie do kościoła Jasnogórskiego, relikwij świętych — głów śś. Honoraty i Kandyda na obchód trzeciego stulecia od założenia tego miejsca przez Aleksandra Denhofa opata Cystersów w Jędrzejowie ofiarowanych. Na dziewiątym i ostatnim widać wprowadzenie obrazu cudownego do kaplicy po pożarze kościoła, odbyte w roku 1691 przez Jana Małachowskiego biskupa krakowskiego.
W dole pod tymi obrazami zamieszczone odpowiednie napisy.
Nadto nad przechodem w ganki klasztorne, jest obraz oblężenia Jasnej Góry r. 1813 przez Moskali.
Oprócz tych obrazów, wizerunki znakomitych Paulinów, ozdabiają ściany tej poważnej sali na filarach pomiędzy oknami.
Tu historyczna postać wiekopomnego Kordeckiego — budzi ku niemu najwyższą cześć i uwielbienie. Siwa długa broda spada mu na piersi, a wzrok jego w zachwycie i niezachwianej ufności zwrócony ku obrazowi Matki Bożej — kiedy w stanowczej chwili, nie tylko dla Jasnej Góry, lecz dla całej Polski błagał opieki i ratunku.
Sala ta połączona kilku wyjściami z klasztorem, a głównemi drzwiami otwierającą się na chór kaplicy N. M. Panny, drugie drzwi obok na poddasze klasztorne, trzecie w lewo na krużganki i czwarte podczas odpustów napełnia się pielgrzymami. Tu ci, którzy w kościele i w kaplicach zmieścić się nie mogą, słuchają Mszy św. Tu także niekiedy biskupi udzielali Sakramentu bierzmowania.
Dawniej sala ta służyła do dysput teologicznych, jakie się w zakonach zwykle odbywają, i zwała się salą dysput.
Tu dwa razy do roku zbierali się Paulini na świętego Tomasza z Akwinu 7 marca i na św. Katarzynę 25 listopada. Pierwszego z tych dni, ołtarzyk tu będący zdobiono wspaniale, wstawiano obraz św. Tomasza i Msza św. się odprawiała przy towarzyszeniu muzyki, po czem student teologii miał mowę na pochwałę tego Doktora kościoła. — Dzień św. Katarzyny z równą uroczystością się odbywał, z tą tylko różnicą, że w ołtarzu wstawiano obraz tej świętej, a kleryk, nie teolog, lecz uczeń filozofii miał mowę poświęconą tej świętej, słynącej w dziejach kościoła z mądrości chrześcijańskiej filozofii, i która mędrców swego wieku była przedysputowała.
Sala ta niekiedy przedstawiała i smutne zdarzenia. Tu bowiem ciała zmarłych Paulinów drugiej nocy po zejściu składali na rozciągniętym całunie, zkąd potem dopiero na katafalk do kościoła były przenoszone.
Refektarz. Schodząc po schodach z sali dysput czyli z galeryi obrazów, obok obrazu wystawiającego wizerunki wszystkich królów Polskich, jest wielki refektarz o 7 oknach, pamiętny godami odbywanemi tu króla Michała z arcyksiężniczką Eleonorą. Tu w tym refektarzu jadał i Jan III Sobieski w towarzystwie żony swojej, syna Jakóba, biskupów, senatorów i wojskowych (hetmana Sieniawskiego). Z refektarza schodzi się obok kuchni na dziedziniec klasztorny, zwany Rajski Dwór. Tu w baszcie przytykającej do klasztoru jest studnia wykuta w skale, bardzo głęboka, obficie dostarczająca wodę źródlaną, najwyborniejszą, nigdy niewyczerpaną. Woda z tej studni dobywa się przez deptanie koła, za czem jedno wiadro próżne w dół a drugie napełnione do góry idzie — na łańcuchach.
Sala definitorium — mieści się nad refektarzem w której odbywały się narady zakonne.


XIX. Biblioteka.

Na piętrze, w sali wielkiej i okazałej — sklepionej — w około ustawione wysokie aż do samego stropu sięgające szafy, wykładane drzewem orzechowem, mieściły niegdyś bogatą bibliotekę, z której r. 1823 zabrano rzadkie książki, i wogóle wszystkie, co tylko mogły mieć większą wartość, do publicznej warszawskiej biblioteki, którą Moskale po r. 1831 zagrabili do Petersburga. Książki tu powkładane w futerały drewniane, dla ochronienia od kurzu, stoją na dziewięciopiętrowych pułkach tak, że w każdym futerale ułożonych jest po kilka książek, tejże samej treści; nie korzystnie to dla tych, coby chcieli jednem rzutem oka objąć wszystko co się znajduje, a tak muszą zaglądać do futerałów. Lecz gdy ta biblioteka nie dla dogodności zwiedzających ją, lecz wyłącznie dla samych zakonników przeznaczona, a bibliotekarz wie, gdzie się co znajduje, więc próżne narzekanie turystów. Jedno tylko, że gdyby kto skradł jaką książkę, nie rychło tę kradzież możnaby dostrzedz. Ale tam, gdzie jest przy zwiedzających obecny bibliotekarz, i który nie pozwala obcym szperać i zaglądać do tych futerałów, lecz sam pokazuje książki — obawy mieć nie można.
Wszystkie szafy są ponumerowane z napisem jakiej treści mieszczą się w niej książki, i każdy dział ma swój katalog alfabetycznie ułożony. Biblioteka ta powstała z książek zbieranych przez samych Paulinów, kilka razy w pożarach dotkliwe poniosła ona straty. W XVI w. z dochodów klasztoru, poczęto ją pomnażać. Dekret kapituły 1638 r. poleca na to obracać dziesiątą część dochodów zakrystyi, a 1666 r. wyznaczono stałą sumę zł. 300. Z różnych też zapisów powstał legat 300 dukatów na dobrach Wielkowiecko, od których (procent 5) służył bibliotece. R. 1708 kazano ją przenieść w miejsce okazalsze, czego dopełniono dopiero 1711 r., do której malowania sprowadzono malarza włoskiego, i to objaśnia niewłaściwie tu w zakonnej bibliotece namalowaną na suficie Minerwę. Biblioteką opiekował się profesor teologii i r. 1747 wyznaczono osobnego bibliotekarza (Enc. kość.).
W pośrodku biblioteki stoją dwa prześlicznej roboty ozdobne stoły, także z drzewa orzechowego. Kiedy zwiedzał tę bibliotekę król pruski Wilhelm II., miał wielką ochotę zagrabić te stoły, ale że były za wielkie i nie dały się wynieść bez uszkodzenia przez drzwi — łakomy na cudzą własność król — zaniechał swej nieszlachetnej myśli — grabieży.
U dołu szaf są szuflady dla rękopisów i rzadkich książek. Szaf tych jest 27 — zrobione równie jak i stoły przez Paulina braciszka zakonnego Grzegorza Woźniakowskiego 1739 roku.
Biblioteka ta, czyli sala wspaniała na pomieszczenie biblioteki, po spaleniu 1790 r. klasztoru, wystawili ks. Albin Dworzański i ks. Ksawery Roter (tłumacz na niemiecki język dzieła Nieszporkowicza).


XX. Archiwum.

Z biblioteki przechodzi się do archiwum, gdzie są złożone dyplomata, dokumenta, nadania, przywileje, bulle papieskie dotyczące się klasztoru, starannie ułożone w wielkiej liczbie. Nadto w kilkunastu wielkich księgach in folio kronika zakonu, w której codziennie były zapisywane wszelkie zdarzenia nietylko odnoszące się do zakonu lecz i do spraw publicznych, przez wyznaczonych na to zakonników. Kronika ta zaczyna się od czasów Władysława IV. — R. 1689 zostało archiwum uporządkowane, a r. 1710 pod opiekę wyznaczonego archiwisty oddano. Za prowincyalstwa Kordeckiego r. 1657 polecono aby każdy klasztor miał księgę swych dziejów. R. 1687 ustanowiono historyografa zakonu. I do obowiązku sekretarza prowincyi należało własną ręką spisywać dzieje zakonu. Obowiązany towarzyszyć przy wizytach prowincyałowi, jako naoczny świadek, zdolny był najlepiej obowiązku tego dopełnić.
Jest tu także ciekawa księga bractwa ŚŚ. Aniołów Stróżów, w której są autografy królów, zaczynając od Zygmunta III. i wielu znakomitych historycznych osób.


XXI. Drukarnia.

Początek drukarni Jasnogórskiej nieznany. Pierwsza książka znana, wyszła z drukarni tej, jest z r. 1628 Mikołaja Mościckiego Akademia Duchowna, z pewnością jednak (Enc. koś.) twierdzić można, że były książk[i] wcześniej wydawane. Spis książek wydawanych tu, poda[ł] (acz bardzo niedokładnie) Stan. Siennicki w dziełku: Drukarnia na Jasnej Górze w Częstochowie i wyszłe z te[j] oficyny druki od 1628 r. do 1864 r. (Warszawa 1873 r.). Podana tu jej historya, przywilej Augusta II. i spis druków.
Kto dał pierwszy myśl do założenia drukarni, akta klasztorne nie mówią; twierdzą wprawdzie, że r. 1692 Mikołaj Sotarewicz odstąpił na ten cel pensyę prowincyalską, i mianują go drukarni fundatorem. Gdy jednak istnieją druki o wiele wcześniejsze, Sotarewicz mógł ją tylko swoją ofiarą wzmocnić lub rozwinąć. Najprzód była ona w murach klasztoru, lecz r. 1695 prowincyał Czechowicz, wydalając za klauzurę osoby świeckie, kazał razem usunąć i drukarnię. Widocznie, za zecerów używano ludzi świeckich, choć Paulini byli jej prefektami i kierownikami. W postulatach wniesionych na kapitułę prowincyalską r. 1697, była i prośba o nadanie rozwoju drukarni. Była wtedy od dwóch lat za klasztorem, co się niekorzystnem dla niej okazało. Postanowiono tedy powrócić ją w obręb klasztoru i wystawić osobny budynek ze względu na zamierzane jej rozwinięcie. R. 1704 był zamiar prosić biskupa krakowskiego o jej zatwierdzenie, co jednak nie przyszło do skutku. R. 1706 d. 2 czerwca August II. w Łobzowie wydał przywilej na tę drukarnię. R. 1709 urządzono księgarnię za obrębem murów, w której wyłącznie miały być książki tylko z tej drukarni wyszłe. Pomimo tych postanowień snadź drukarnia nie miała odpowiedniego pomieszczenia, gdy wikary generalny Kristolowecz przypomina polecenie to z r. 1710, i nakazuje niezwłocznie osobny dom na drukarnię zbudować, co wkrótce snać musiało nastąpić.
Drukarnia ta, jak na owe czasy, bardzo dobrze stała. Rachunki z r. 1726 wykazują, że przynosiła rocznego dochodu zł. 5.807 gr. 5, który przy wydatku zł. 4209 gr. 27, do kasy klasztornej przyniósł na czysto zł. 1.596 gr. 8. W r. 1762 — dochodu było zł. 15.639 gr. 29, a rozchodu 15.283 gr. 5 — netto 356 zł. 24 gr.
Z rozwojem drukarni myślano nawet r. 1788 o założeniu papierni klasztornej w pobliżu Częstochowy.
Zanotować przytem wypada, że drukarnia przy Jasnej Górze, jakkolwiek tłocząca na wydawanych przez się książkach umieszczała przypis: przy Jasnej Górze, nie tylko nie miała nic wspólnego z drukarnią Paulinów, lecz ohydnie zaskarżyła r. 1835 przed rządem moskiewskim drukarnię Paulinów, że drukuje książki bez cenzuralnego pozwolenia władzy.
Drukarnię Paulińską rząd moskiewski zamknął r. 1864.


XXII. Apteka.

Dla znacznej liczby zakonników, jaka zawsze znajdowała się na Jasnej Górze, i dla przybywających pielgrzymów, oddawna niezawodnie musiało istnieć tu coś w rodzaju apteki. Mogły bowiem w niej być domowe tylko środki, zwłaszcza, że i w wielu miastach trudno było wówczas o porządne apteki. Początek apteki we właściwem znaczeniu był późniejszy, lubo rok ściśle oznaczyć się nie da. Pierwsza wzmianka o niej jest z r. 1634, w którym wystawiono osobne dla niej zabudowanie aptekarskie. A więc musiała być i przedtem. Ale prawdopodobnie r. 1638 była po za murami i w ręku świeckiem. Dopiero r. 1639 prowincyał Kłodawski urządził ją w gmachu klasztornym w tym celu wystawionym. Stanęła tedy apteka, okazałością zewnętrzną ujmująca, na piętrze której urządzone zostały pokoje zwane królewskimi, i odtąd zarządzał nią jeden z Paulinów. Rok 1680 ks. Aleksander Pisarski, aptekarz Jasno-górski pilnie obowiązkowi swemu oddany, zobowiązał się dawać z dochodów apteki rocznie 100 talarów na stałego lekarza, byle klasztor resztę do pensyi temuż dopłacał. Przynosiła więc apteka i niejakie korzyści. Najlepiej jednak stała apteka pod zarządem Paulina Ferdynanda Szwajcara, którego tak nazywano z powodu, że ze Szwajcaryi pochodził, przysłanego na Jasną Górę w r. 1714 z Węgier. Dano mu do pomocy ks. Aleksego Wernera, również z medycyną obeznanego, sprowadzonego na Jasną Górę z klasztoru Paulinów Głogowskiego na Szląsku. Przybywało do nich wielu Panów i ludu z okolicy z prośbą o radę i lekarstwa. Z tych czasów jest Compendium medicum drukowane na Jasnej Górze r. 1719 i kilka innych dziełek medycznych. Roku 1767 lekarzem tu był Karol Stemphel; brał rocznie 300 florenów reńskich i codzienny wikt z klasztoru, leczył i doglądał apteki. Rok 1780 posłano lekarza Jasnej Góry doktora Bebnari do Wrocławia dla zakupienia medykamentów, sprawiono nowe szafy — co wszystko kosztowało przeszło 3.000 zł.
Apteka Jasno-górska istniała do r. 1864., w którym rząd moskiewski ją zamknął.
Encykl. Kość. z której wypisujemy powyższe szczegóły, powiada z przekąsem, że Konfederaci Barscy wypróżnili aptekę; przecież to dla niej największy zaszczyt, że użyteczną była dla obrońców Ojczyzny. Natomiast Enc. Kość. nie czyni żadnej wzmianki o tem, jak nikczemny Stanisław August wypróżnił skarbiec Jasno-górski? Jeśli Enc. Kośc. nie może objawiać uczuć patryotycznych, bo to u głupich Moskali owoc surowo zakazany, z jakiej racyi i w tym wypadku i w wielu innych w tak znakomitem wydawnictwie popisuje się ze swoją niechęcią dla patryotyzmu?


XXIII. Forteca.

Zygmunt III powziąwszy myśl ufortyfikowania Jasnej Góry, zesłał tu r. 1621 inżyniera, który ułożył plan mającej się założyć tutaj fortecy. Skończyło się jednak na tym planie, i na zwykłem opasaniu klasztoru murem. Myśl jednak ufortyfikowania Jasnej Góry trafiła do przekonana Paulinów, i prowincyał zakonu Marcin Gruszkowicz zawarł umowę z Janem Zywerch’em, mieszczaninem krakowskim r. 1631 d. 7. lipca o wymurowanie ściany fortecznej od strony zachodniej, wprost bramy klasztornej, z dwoma basztami na rogach i fosą 5 łokci głęboką a 6 szeroką, również murem obwiedzioną, co miało kosztować 3.500 zł. W ślad za tem i Władysław IV własnym funduszem poparł to dzieło. Roku bowiem 1638 polecił przez lat 10 wypłacać corocznie z dochodów starostwa Sandomierskiego po 2.000 zł. na budowę Jasno-Górskiej twierdzy. Na r. 1639 dołożył drugie 2.000 zł. z tegoż źródła, i przy kopaniu fundamentów pod mury twierdzy, własnemi rękami w tem brał udział. I tak powstała forteczka zwana fortalitium Marianum, którą cudownie obronił Kordecki od wojska Szwedzkiego. Po odpędzeniu Szwedów, Sejm r. 1658 konstytucyą przeznaczył starostwo Kłobuckie na koszta poprawienia uszkodzeń fortecy w czasie Szwedzkiej wojny zaszłych i na dalsze jej utrzymanie. Z tego funduszu Paulini nietylko wały i zewnętrze mury forteczne poprawili, ale i czworogran klasztoru w sposobie zamku o sześciu ośmiobocznych wieżach przyozdobili i dachówką pokryli. Przy naprawie tej twierdzy, Jan Kazimierz sam rydlem ziemię kopał, a Królowa Marya Ludwika w koszach wynosiła takową.
Na potrzeby fortecy r. 1681 Andrzej Potocki wojewoda krakowski zobowiązał się rocznie dawać 1.000 zł., a brat jego Felicyan wojewoda sieradzki w tym celu dawał 5.000. W czasie reparacyi odbywanych r. 1717 Leszczyński wojewoda kaliski, dziedzic Kruszyny, dostarczał wiele bardzo wedle potrzeby drzewa ze swoich lasów. W tym celu także i Sejm r. 1717 na mocy konstytucyi oddał Paulinom starostwo Brzeźnickie[16] na wieczne czasy, a także 30.000 zł. R. 1726 Stan. Mateusz Rzewuski hetman polny ściągnął piechotę domową z województw wielkopolskich: poznańskiego, kaliskiego, sieradzkiego, łęczyckiego i ziemi wieluńskiej do robót fortecznych.
Staraniem prowincyała Moszyńskiego, a kosztem klasztoru r. 1674 wystawiono od wschodu bastyon podług planu znakomitego znawcy sztuki wojennej fortyfikacyi (o czem wydał i dzieło wielkiej wartości) Krzysztofa Mieroszowskiego. Drugi od zachodu bastyon stanął kosztem ks. Jerzego Dominika Lubomirskiego starosty olsztyńskiego, który na to r. 1720 zapisał 50.000 zł. Tenże Lubomirski przybywszy z żoną r. 1722 dał jeszcze 4.000 zł. na pierwszą bramę i plan jej przysłał. A r. 1742 Józef Potocki, wówczas wojewoda kijowski, hetman w. k. dał 1.000 dukatów na wystawienie bastyonu od wschodu, według planu Krystyna Dahlke’go podpułkownika artyleryi kor., który całe ufortyfikowanie przyprowadził do stanu doskonałości militarnej.
Nowowzniesionym bastyonom nadano nazwy od ich fundatorów; pierwszy od strony wschodnio-południowej Potockich (Józefa i Ludwika), drugi od strony Częstochówki, Szaniawski (biskupa krakowskiego), trzeci od kościoła św. Rocha, Morsztynów (kasztelan sandecki), czwarty od Kawodrzy (skończony 1736) Lubomirskich.
Podczas konfederacyi Barskiej za Puławskiego forteca Jasno-Górska wzmocnioną jeszcze została wedle planów francuskich oficerów Choisi i Viosmenila.
O dalszych losach fortecy wspomnieliśmy wyżej.


XXIV. Arsenał.

W twierdzy musiał być, jakoż i był arsenał — budynek dosyć okazały do dziś dnia przetrwał ze zmianą atoli przeznaczenia. Na szczycie tego budynku widać wielkiego orła z kamienia wyciosanego, pod którym musiał być i napis. Orła tego przerobiono w ten sposób, że dodawszy mu ogon przekształcili na pawia, i podpisano wielkiemi literami »Paw«.
Utrzymywano do naprawy i czyszczenia broni puszkarza i ślusarza, dopiero jednak r. 1680 przeznaczono na to na stały fundusz 2.000 zł. Broni dostarczał klasztor własnym kosztem. Przychodzili w pomoc jemu i niektórzy ze szlachty. Tak, r. 1672 Mikołaj Przerembski, kasztelan sandecki ofiarował 7 armat; Jan Odrowąż Pieniążek wojewoda sieradzki r. 1713 przysłał 5 armat, a dawniej Warszycki, kasztelan krakowski ofiarował 12 armat; to jednak odebrał klasztorowi znany moskiewski adherent Pociej hetman w. lit., ożeniony z Warszycką.
Do tego arsenału przeniesione były z kaplicy (ob. wyżej) chorągwie, zdobyte na Moskalach, Turkach i Kozakach, i tu zbutwiały.


XXV. OO. Paulini.

Początek swój wywodzą od św. Pawła z Teb, który r. 244 w piętnastym roku życia wyszedł był na pustynię Egiptu i tam 98 lat przebywszy, dał wielu gorącą zachętę do życia pustelniczego.
Istotny jednak początek i rozwój zakonu Paulinów miał miejsce w Węgrzech. Pierwszym pustelnikiem miał tu być św. Andrzej Żórawek przybyły około r. 1009 z Polski, i osiadły w puszczy Nitryjskiej wraz z towarzyszem swoim św. Benedyktem, Dalmatą.
Za nimi idzie liczny szereg miejscowych i obcych, często wysokim rodem i rozległą nauką i świętobliwością wysoką zaleconych osób. W liczbie tych był Mateusz Escandeli, który żył na puszczy około 1010 r., potem przeniósł się do Palestyny i w końcu jako apostoł Chin, umarł śmiercią męczeńską. Salomon syn Andrzeja króla węgierskiego, po Beli I. osadzony na tronie węgierskim, później zostawszy pustelnikiem, wsławiony bardziej świętością życia niźli uprzednią swoją godnością królewską; św. Gunter, krewny Gizeli żony króla Stefana zm. 1045, i bardzo wielu innych.
Na początku XIII. w. biskup Pięciu kościołów zwiedzając swą dyecezyę, gdy w niej wielu napotkał pustelników, zebrał ich, i w 1215 r. wystawił dla nich klasztor na wierzchołku góry Potach w pobliżu miasta Pięciu-kościołów, i ułożył dla nich regułę.
Jednocześnie i Euzebiusz kanonik z Gran (Strygonium) zebrawszy kilku pustelników i wystawiwszy klasztor na puszczy Pilizium, blizko Santo r. 1246, utworzył zakon, który został uposażony dobrami przez królów Węgierskich: Władysława (1250), Karola I (1325) i Ludwika (1369).
Oba te klasztory połączyły się w jedno zgromadzenie i przybrali nazwę: Zakonu św. Pawła, pierwszego pustelnika. A gdy w ślad zatem zakon ten w bardzo licznych klasztorach się rozmnożył, tak że w Węgrzech było 170 klasztorów i w każdym z nich wielka liczba była zakonników, (n. p. w klasztorze św. Wawrzyńca pod Budą było ich 500), papież Jan XXII. r. 1327 zakon ich potwierdził.
Jak wielkie mieli w Węgrzech Paulini znaczenie, można z tego wnosić, że zakon ich wydał 3 arcybiskupów, 23 biskupów i jednego kardynała sławnego Jerzego Martinucci (czyli Ulisinowicza), który za to, że trzymał z Janem Zapolyą z rozkazu Austryaków r. 1551 został zamordowany. Wielu książąt i hrabiów do ich zakonu w Węgrzech wstępowało, i w ich liczbie był i ks. Władysław Batory (r. 1456).
Klasztor w Nosztre nad Dunajem r. 1352 założył im Król Ludwik I., klasztor ten słynął z wielkiej pobożności będących tam zakonników. Jakoż św. Jan Kapistran mówił: »Kto pragnie widzieć świętych na ziemi, niech idzie do klasztoru Paulinów w Nosztre«.
Z tego klasztoru w Nosztre przybyło 16 Paulinów na Jasną Górę, i zaraz przez swoją pobożność i wysoką świątobliwość tak sobie wszystkich zjednali, że zaraz poczęto dla nich i inne wystawiać klasztory. I tak 1) r. 1386 w Głogowie, przez ks. Władysława Opolskiego; 2) r. 1393 w Wieluniu, przez Władysława Jagiełłę; 3) r. 1401 w Wieruszowie, Wierusza Kowalskiego; 4) r. 1421 w Beszowie, przez Wojciecha Jastrzębca, arcyb. gnieźnieńskiego; 5) w Brdowie, przez Władysława Warneńczyka; 6) r. 1436 w Pińczowie, przez kardynała Oleśnickiego; 7) r. 1453 w Oporowie, przez Oporowskiego, arcybiskupa gnieźnieńskiego; 8) r. 1471 w Krakowie, przez Długosza, (który się urodził w okolicy Częstochowy, mianowicie w Brzeźnicy, i był znowu niedaleko w Kłobucku proboszczem).
Zakon Paulinów uważając za patryarchę swego św. Pawła pierwszego pustelnika przybrał za godło i znamię drzewo palmowe, na którego wierzchołku stoi kruk, trzymający bochenek chleba, pod palmą zaś dwa lwy, przedniemi nogami na drzewo się wspinający.
Ubiór dawny był ciemno-brunatny, który r. 1342 zamieniono na biały, co papież Urban r. 1345 potwierdził.
Nosili też Paulini i brody, do czego nawet byli i ustawą swą zobowiązani; uwolniono tylko Niemców od bród, bo u nich nie było to we zwyczaju, lecz i tych r. 1702 zwolna ze starym zwyczajem oswajać zalecano. Pod koniec dopiero XVIII w. obowiązek zapuszczania bród poszedł w zaniedbanie, wszakże żadne postanowienie od tego ich nie uwolniło.
Od r. 1319 za pozwoleniem papieża Jana XXII Paulini mieli swoich „generałów zakonu“, którzy mieszkali z klasztorze „Maria Tall“ pod Presburgiem na Węgrzech.
W Węgrzech zakon Paulinów używał wysokiego poważania. Przez wzgląd, że początek swój mieli wziąść przed innymi zakonami, zwano ich tam dziadkami (apa), gdy innych reguł zakonnikom dawano zwykły tytuł Ojców lub braciszków.
Generałowie ich zasiadali na sejmach obok biskupów. Mieli prawo używania mitry, pierścienia, krzyża na piersiach i sandałów biskupich, udzielania swoim profesom tonsury i czterech święceń, oraz noszenia ubiorów prałackich nawet w Rzymie.
Zakon Paulinów miał sobie od papieża Klemensa X dane także prawo udzielania swoim członkom stopniów naukowych nawet doktorów teologii i filozofii, z czego korzystano i na Jasnej Górze. Jakoż chociaż Paulini, jako pustelnicy, z powołania swego wyłącznie prawie oddani byli bogomyślności, i jak Enckl. kośc. (str. 423, t. XVIII) powiada: »najwięcej pracowali nad własnem uświęceniem, rywalizując w surowości życia z Kartuzami, z którymi w duchowne braterstwo czyli filadelfię połączeni byli« — z tem wszystkiem starali się i o naukowo-religijne najwyższe wykształcenie. I tak Enckl. kośc. (str. 451) mówi: Paulini między zakonami słynęli z nauk, i oddać należy Paulinom sprawiedliwość, że nietylko w swoich szkołach szukali nauki, ale i za granicą. Widać to od dawna, czytamy, że Paulin Kłodawski i Zbigniew Kemczyński odbyli publiczną dysputę i doktoryzowali się w Bononii (1629 r.), Mikołaj Starzewski (później generał zakonu r. 1640) w Rzymie, Benedykt Mstowski w Krakowie (ibd. str. 163, 452). I dla tego r. 1743 przeor Norbertanów w Hebdonie prosił Paulinów o profesora dla swoich uczniów, który przeszedł tam dwuletni kurs filozofii z chlubą dla siebie i dla zakonu. Podobnie w Krakowie r. 1761 Kanonicy regularni od pokuty, Markami zwani, prosili także Paulinów o profesora, i dano im Marcina Jasińskiego, gdzie tenże równie z chwałą uczył filozofii lat kilka. U siebie na Jasnej Górze uczyli nawet języka francuskiego swoich alumnów, a także i matematyki.
Jakoż Paulini w Polsce pod każdym względem wysoko stali, i nuncyusz papieski Grymaldi z Polski do Wiednia na tęż posadę przeniesiony, odwiedzającemu go generałowi Paulinów te o polskich Paulinach powiedział słowa: si in ditionibus Suae Caesareae Majestatis (w Austryi) talem invenero Paulinam Religionem, qualem in Polonia reliqui, meo juditio in universo orbe fore primam. (Jeśli w państwie Jego Cesarskiej Mości takim znajdę zakon Paulinów, jaki w Polsce zostawiłem, sądzę, że na całym świecie będzie pierwszym zakonem).
Dzieła wreszcie naukowe wydawane przez polskich Paulinów w Polsce i zagranicą chlubnie świadczą o ich naukowem wykształceniu. Mieli sobie przez kapituły generalne polecone pisania dziejów zakonu, znani z obszernej nauki polscy Paulini: Bartłomiej Bolesławski (1632 r.), Paulin Kłodawski, S. T. Dr. (zmarły 1651), który wydał w Rzymie »Epitome historiae Ordinis S. Pauli primi Erem« dzieło bardzo rzadkie i cenne, Dyonizy Łobżyński, (zm. 1654), Stanisław Napolski (1712), Dyonizy Chełstowski (1719), Konstanty Pawłowski (1722), Celestyn Obiegłowicz. Zasługuje także na pamięć rzadkie dzieło wydane w Krakowie u Unglera r. 1532: Decalogus de beato Paulo primo heremita.
Z Polaków było czterech generałami zakonu Paulinów: 1) Marcin Gruszkowicz, urodzony w Praszce, z prowincyała polskiego, mając zaledwie lat 33, został r. 1632 generałem — podczas wizyty klasztoru krakowskiego umarł r. 1636 i na Skałce pochowany. 2) Mikołaj Straszewski r. 1640 został generałem zakonu. 3) Rafał Michalski, trzeci Polak, od r. 1689 generał Paulinów. Za wybranie go, król Jan Sobieski listownie dziękował zakonowi — gdyż wielce O. Michalskiego poważał; i drugi list nasz król napisał do Michalskiego, a potem u cesarza się wstawiał, aby Paulinom w Węgrzech zwrócono ich klasztory. Michalski umarł w Tyrnawie r. 1689, a pochowany w Maria-Thal, rezydencyi generałów. 4) Koźbiałowicz Chryzostom, czwarty Polak, generałem dwa razy był obierany r. 1721 i 1733; bardzo gorliwie wypełniał swoje obowiązki i wiele zrobił dla zakonu, a szczególniej dla prowincyi polskiej, do której często przybywał; um. r. 1738 i pochowany w kościele św. Barbary — w Częstochowie.
Zaraz na drugi rok po przybyciu Paulinów na Jasną Górę, to jest 1383, nastała polska prowincya, do której z czasem należały i klasztory w Szląsku i w Prusiech (Topolno).
Gdy król Stanisław August wzbronił był zakonowi stosunków z jego głową (generał w Węgrzech) (Encykl. kośc. XVIII, 447) obok prowincyałów nastali w Polsce wikaryusze generalni, którzy na mocy bulli Piusa VI r. 1784 mieli przywileje i prawa generałów, i przeto nazywano ich progenarałami, a nawet generałami. Było ich 13, — ostatni Mateusz Knefliński obrany 1860 r. — zostawał do 1864 r., w którym rząd moskiewski suprynował 8 klasztorów w Królestwie.
W roku 1864, we wszystkich klasztorach zakon liczył 95 osób; w liczbie tych na Jasnej Górze było księży 24, kleryków i braci 22, nowicyuszów 6.
W Węgrzech jeszcze przedtem ustał zakon Paulinów. Cesarz Józef II edyktem 1786 d. 7 lutego zniósł wszystkie klasztory Paulinów w Austryi, mianowicie 64 klasztory, w których było 786 Paulinów. Edykt cesarski za przyczynę tej kasacyi podał te wyrazy: quoniam ita systemati Caesaraeo visum erat (ponieważ tak się cesarzowi podoba). Ostatni generał Karol Ordody umarł r. 1791, jako już opat di Casanuova, gdzie i pochowany.
Kardynał Scitowski, arcybiskup strygoński, usiłował wznowić na Węgrzech zakon Paulinów i w tym celu oddał im klasztor św. Krzyża (Vent Kereszt) dwie mile od Granu. Zakonników dostarczył Kraków, zkąd wysłano ks. Romualda Stolarczyka w urzędzie przeora, oraz ks. Tyburcego Kneża posiadającego język węgierski, z dwoma klerykami. Gdy jednak kardynał Scitowski r. 1866 umarł, a następca jego Simor nie sprzyjał Paulinom, więc przeor zniósłszy się z ks. Floryanem Kurdysiem, komisarzem generalskim, powrócił do Krakowa.
Zanotować jeszcze wypada szczegół, godny pamięci, że cały zakon Paulinów, a w szczególności polska prowincya, mają za Patrona św. Kazimierza, z powodu, że św. Kazimierz bywał na Jasnej Górze i wpisał się do braterstwa czyli filadelfii zakonnej 2 Paulinami.
Prowincyałów polskich było 61, z tych godni pamięci: Stanisław Oporowski, urodzony 1501 a zm. 1552. Po ukończeniu nauk w akademii krakowskiej, gdzie został magistrem sztuk wyzwolonych i doktorem filozofii, oddawał się tamże nauczaniu młodzieży po różnych szkołach, potem wstąpił do Paulinów. Zasłynął tu wkrótce nauką, cnotą i gorliwością, jako światły spowiednik i znakomity kaznodzieja. Słynął cudami za życia i po śmierci. Ciało jego po śmierci zostawało w całości, a gdy z tego powodu ciągle przychodzili go oglądać, przeor miejscowy pokryjomu je pogrzebał.
Biedrzychowski Kacper S. T. dr, wydał dziełko: Officia Angelorum erga homines et hominum erga Angelos (Cracov. 1628).
Gołdonowski Andrzej, um. 1660; wiele dzieł wydał, a także Historia divae B. V. M. Claromontanae (Częstochowa 1642).
Kordecki (ob. wyżej).
Moszyński Konstanty um. 1738. Pochodząc z bogatej rodziny, odebrał staranne wychowanie w kraju i za granicą. Na kapitule otrzymał doktorat filozofii, a potem i teologii. Później został biskupem inflanckim.
Kiedrzyński Anastazy, autor dzieła Mensa Nazaraea, po trzykroć druk. (1759, 63 i 69).


XXVI. Skarbiec.

O złożonych przez pobożnych królów polskich darach, wspomnieliśmy już; tu przytoczymy w krótkości, co się znajduje obecnie w skarbcach, których jest dwa: mały i wielki. Wchodzi się z zakrystyi do małego, a z tego do wielkiego.
Mały skarbiec — tu są tylko naczynia święte, jako to:
1) Monstrancya wielka szczerozłota (o niej mówiliśmy, jako zrobionej przez Kordeckiego, na pamiątkę obrony Jasnej Góry).
2) Krucyfix, dar Zygmunta I (1510 r.).
3) Kielich srebrny, wyzłacany, koralami ozdobiony, dar króla Michała (1670 r.).
4) Kielich szczerozłoty ze spodem porcelanowym, dar Augusta III (1740 r.).
5) Kielich srebrny, suto wyzłacany i perłami, oraz drogimi kamieniami ozdobiony, z emalią, przedstawiającą mękę Chrystusa Pana, dany przez jednego z Lubomirskich z Rzeszowa.
6) Relikwiarz srebrny z kostką św. Kazimierza.
7) Monstrancya srebrna, złocona, pięknej roboty braciszka Paulinów Makarego Szypkowskiego.
8) Statuetka N. P. M. Niepokalanego Poczęcia, z bursztynu, prześlicznej roboty, ofiarowana przez ks. Adama Komarowskiego, opata Cystersów w Oliwie z r. 1611.
Z tego skarbca drzwiczki prowadzą za ołtarz cudownego obrazu.
Wielki skarbiec znajduje się na piętrze nad samą zakrystyą. Jest to sala podłużna o dwóch oknach, obstawiona szafami przy ścianach. W nich i w komodach, które są pod niemi, lub na wielkim stole, postawionym w środku sali, umieszczone są zabytki ofiar pobożnych czcicieli Matki Bożej, jakie jeszcze ocalić zdołano. Zaledwie połowa tych miejsc dziś jest zapełnioną; z tem wszystkiem wartość tych okruszyn dawnej obfitości dotąd jeszcze jest wielką. I tak jest tu:
1) Sukienka Matki Boskiej brylantową zwana, którą zrobił i dyamentami wyszył na granatowym aksamicie, wyżej już wspomniany Makary Szypkowski. Wielkość i piękność drogich kamieni nie do opisania, całe prawie tło niemi wyszyte. Wszystkie znakomite domy polskie, a mianowicie Konstanty Sobieski, najwięcej się do tego swojemi darami przyczynili. Może tu weszły także wszystkie drogie kamienie owej Ogińskiej, wojewodziny trockiej, siostry znakomitego biskupa krakowskiego Andrzeja Załuskiego, który o niej powiada:

Wszystkie swoje klejnoty, co ich tylko miała,
Na ołtarz Matki Boskiej zanieść kazała.

(Ob. rękopis: »Polska w obszernych wiadomościach«). Drugi jej brat, Józef Załuski, biskup kijowski, porwany i wywieziony był przez Moskali do Kaługi. Powracając z niewoli, wprost do tej siostry swojej zajechał.
Są jeszcze dwie inne sukienki do zmiany w ubraniu cudownego obrazu, która co rok w Wielki czwartek się odbywa (jak wyżej wspomnieliśmy).
Jedna z nich nazywa się Rubinową, również bardzo bogata; druga Perłową, była wpierw na tle zielonym, roztacza się w najpiękniejsze wzory bogaty haft perłowy dyamentami i drogiemi kamieniami gdzieniegdzie przeplatany.
NB. Sukienki te wszystkie w r. 1843 zostały umiejętnie przerobione: Perłowa — na tło karmazynowe; Rubinowa — na tło fioletowe; Brylantowa — na tło zielone.
2) Ornat, czyli tylko tylna część jego, z aksamitu karmazynowego, perłami wyszywany, niezawodnie z XV wieku. Otóż ten ornat w skarbcu pokazują (a nawet i Baliński, niedokładnie mu przypatrzywszy się, błędnie opisuje), że był przywieziony przez ks. Opolskiego z Rusi. Wspomnieliśmy wyżej, że wyszyty perłami na tym ornacie św. Paweł, pustelnik, świadczy, że nie mógł być w Rusi robiony.
3) Ornat królowej Jadwigi ze złotej lamy w kwiaty, perłami wyszywany. Na kolumnie jego tylnej widać wypukło z pereł wyrabiane figury — najwyżej jakaś królewska postać, dalej Matka Boska na półksiężycu stojąca, niżej św. Jan ewangelista z orłem, kielich trzymający; najniżej dwie dziecinne figury. Na przedniej kolumnie znajduje się pięć podobnych wizerunków wypukłych, między któremi widać N. M. Pannę siedzącą i archanioła Gabryela. Wszystkie te postacie złotem i perłami szyte. Podobny do tego ornat, dar także królowej, znajduje się w skarbcu katedry krakowskiej.
4) Aparaty do Mszy św., to jest kapa, ornat i dalmatyki na srebrnem tle z rzadką pracowitością i sztuką wyszyty w Warszawie, podług miejscowego podania przez dwanaście zakonnic i ofiarowany w r. 1720 przez ks. Krasowskiego, kanonika warszawskiej kollegiaty; osoby wypukło wyszywane.
5) Aparat perłowym zwany, z zupełnem przyrządzeniem, nadzwyczaj bogaty, ze strzyżonego aksamitu na srebrnem tle kwiecistemi wzorami z pereł i drogich kamieni wyhaftowany w r. 1721 staraniem ks. Konstantego Moszyńskiego, przeora Jasnogórskiego. Uszyty jest z ofiar, ale głównie z aksamitu szkarłatnego płaszcza królewicza Jakóba Sobieskiego, r. 1697 ofiarowanego.
6) Kapa złotolita przepysznej tkaniny, z ofiary księżnej holsztyńskiej (Holstein-Beck) Orzelskiej, córki Augusta II. U spodu kapy zadziwia bogactwem swem i prześliczną robotą pas, na czerwonym aksamicie perłami i drogimi kamieniami, z ofiar wziętymi, szyty, między którymi uderza oczy szafir nader wielki, otoczony dziewięciu dyamentami z daru prymasa Potockiego. Przedtem na szczycie tej kapy znajdował się łabędź z bardzo drogich pereł wyhaftowany — dziś go niema.
7) Ornat na srebrnem tle w złote kwiaty szyty, u spodu z herbem polskim i szwedzkim. Dar królowej Konstancyi, żony Zygmunta III (a nie Zygmunta III, jak podaje Baliński).
8) Trzy ornaty z litej materyi, kamieniami wysadzane; dar Jakóba, Aleksandra i Konstantego królewiczów Sobieskich.
9) Aparat zupełny z koronek złotych brabanckich, na tle bogatem (?) uszyty; imię ofiarującego nieznane.
10) Zbiór starodawnych Różańców z pięknych jaspisów wyrobionych, ofiarowanych przez różne znakomite osoby, w tej liczbie przez Stefana Batorego i króla Sobieskiego. Ofiarowany zaś przez panią Granowską (którą?), składa się z paciorków srebrnych filigranowej roboty, w sześciu dziesiątkach.
11) Monstrancya kryształowa, brylantami wysadzana, dar króla Michała i żony jego (1670 r.); dwa lichtarze, brylantami wysadzane, ampułki koralowe i puszka takaż do komunikantów — dar cesarzowej austryackiej, matki królowej Eleonory.
12) Miecz Stefana Batorego.
13) Pochwa złocista bez klingi po Janie III (ob. szczegóły wyżej).
14) Lampa srebrna, dar króla Sobieskiego; sam tu ofiarował i przy sobie zawiesić rozkazał (1676 r.).
15) Sztandar dwubuńczuczny,
16) Puhar srebrny,
17) Zegar bronzowy i
18) Dwie tace srebrne, dary króla Sobieskiego.
19) Krzesło z drzewa ciemnego, kością słoniową misternie wysadzane, w siedzeniu i oparciu wyplatane. Wedle tradycyi klasztornej, krzesło to miało być Kazimierza Wielkiego.
20) Ołtarzyk hebanowy, srebrem wysadzany, na wzór którego zrobiono r. 1650 takiż sam, w większych wymiarach, do cudownego obrazu. Ołtarzyk ten okrywają cztery blachy srebrne z wyobrażeniem na nich wypadków z życia Chrystusa Pana i Matki Bożej. Należał do św. Kazimierza; po śmierci jego, z jegoż polecenia odesłany na Jasną Górę.

21) Buławy:
1) Stanisława Rewery Potockiego, hetmana w. kor., znakomitego wojownika.
2) Marcina Kalinowskiego, hetmana polnego koronnego, który poległ ze sławą na polu bitwy r. 1652 pod Batowem.
3) Jerzego Chmielnickiego, młodego. Kto ją tu złożył — niewiadomo.
4) Stanisława Jabłonowskiego, hetmana wielkiego koronnego.

22) Ofiary królowej Maryi Józefy (o tych było wyżej).
23) Dwunastu Apostołów, sześć lichtarzy i dwa krzyże z porcelany saskiej od Augusta III.
24) Dawne czekany, pięknie wyrabiane, i laski marszałkowskie.
25) Ryngraf z wyobrażeniem Matki Bożej Częstochowskiej.
26) Kij pielgrzymi ks. Mikołaja Radziwiłła (Sierotki), Wojewody Wileńskiego; po powrocie jego z pielgrzymki do Ziemi świętej przez niego tu złożona (1584 r.).


XXVII. Bibliografia.

O cudownym obrazie Matki Bożej Częstochowskiej wiele wydano dzieł i w wielu innych o nim pisano. Przytoczymy tylko najdawniejsze i główniejsze:
1) Pierwszy co pisał o tym obrazie, był Mikołaj Lanckoroński, podkomorzy podolski (syn Stanisława i Anny z Kurozwęk). Wysłany w poselstwie do Częstochowy, miał sobie od Zygmunta polecenie zebrania tam wiadomości o obrazie Matki Bożej malowanym przez św. Łukasza. Powróciwszy napisał r. 1517 na pergaminie z 6 kolorowemi obrazkami dziełko pod tytułem: Historia Imaginis B. Mariae V. in Claromonte. Dzieło to Lanckorońskiego nigdy nie było drukowane, z niego jednak następni pisarze korzystali i przytaczali wyjątki. Rękopism ten z czasem zaginął, ale ś. p. Jakób Kazimierz Giejsztor posiadał w swych antykwarskich zbiorach kopie z niego, pisaną w połowie XVII wieku (in f. kart 11). Wiadomość od niego podana o cudownym obrazie w dobrej zapewne wierze, (mieliśmy kopię Giejsztora) nie wytrzyma krytyki: np. powiada, że X. Leon otrzymał w Konstantynopolu obraz od Karola W., któremu pomagał w krucyacie. Encykl. kośc. (XVIII., str. 429) mówi, że Lanckoroński złożył rękopism w darze Zygmuntowi Augustowi; myli się, bo Zygmuntowi I.
2) Historia pulchra et stupenda miraculis referta Imaginis Mariae, quo et unde in Claru monte Czastochovyae et Olsztyn advenerit. Pod tym drzeworyt obrazu N. M. Panny Częstochowskiego, in 8. kart 24. Impressum Grachovie per Florianum Unglerium. Na odwrotnej stronie tytułu dedykacya: Andreae Krzycki Ep. Premysl. W dedykacyi podpisał się Petrus Rissinius z r. 1524. (Jocher. 8783). Fac-simile pierwszej kartki tego dzieła podaje Przyjaciel Ludu XII, 200. Bibl. Ossolińskich posiada je.
3) 1524. Petrus de Rospsza (Alumnus acad. Crac.) Origo, Gratiae, Magnalia Divae Claromontane.
Tego dzieła nikt nie widział; Jocher (N. 8784) wspomina o nim, powołując się na Juszyńskiego, a Encykl. kośc. (ib. 429) autorstwu Rospszy przypisując poprzednie dzieło, z dwóch czyni jedno. Ależ w przedmiocie pierwszego (DIII) czytamy: non caruit et presidio Marie Virginis nostra Illiria, z czego wnosić należy, że autor pochodził z Illiryi, Piotr zaś z Rospszy był akademikiem krakowskim. Czy to dzieło Piotra z Rospszy pisane było prozą lub wierszami, niema pewności. Goldonowski przytaczając z tego dzieła cud opisany wierszem, każe domyślać się, że było pisane wierszami.
4) (1658?) Pograbius And. — Historya o obrazie w Częstochowie Panny Maryey y o cudach rozmaitych tey wielebnej Tablice. in 8°. k. 19. Drzeworyt N. M. P. z dzieciątkiem Jezus z sercem i koralami na piersiach — podobny lecz odmienny co jest w edycyi 1523 r. Andrzej Pograbius zdaje się być Węgrem, bo wiele podaje cudów z Węgier i ze Szląska.
? Może wyszła w Krakowie r. 1617 in 8, będzie drugą tego dziełka edycyą (Historya obrazu P. Maryi Częstochowskiej). (Bandkie histor. druk. str. 298).
5) 1568. Samboritani Gregorij Vigilantis Censtochoviae elegis celebrata. (Piękny przekład polski profesora W. Stroki).
6) ? Powodowski Hier. Kan. Kr. Odpowiedź chrześciańska, b. r. i m. dr. (z powodu cudownego obrazu).
7) 1596. Conclusiones salutares facte in Claro Monte. Crac.
8) 1614 i 1615. Bzowski Abr. — Monite Gemmeum Venetiae.
9) 1624. Toż — Coloniae.
10) 1618. Zimicius Ant. Skarbnica kościoła Jasnej Góry. k. 3, 78. (rozszerzył dzieło Mikołaja z Wilkowiecko, kilka razy drukowane).
11) 1640. Starowolski Szymon — Diva Claremontana in f.
12) 1642. Goldonowski And. — Summariusz Historij Obrazu Częstochow.
13) 1642. Tenże — Diva Claromontana, (z ryciną: Venzl Langhammer-Munchen).
14) Tenże — Ursprung, Translat. in 8. Wiedeń (w Bibl. XX. Czartoryskich).
15) 1657. Kordecki Aug. — Nowa Monomachia — w Krakowie. (Po wydrukowaniu przysłano Kordeckiemu exemplarz oprawny w blachę srebrną). Drugie wydanie 1694 i trzecie 1717 r. w Częstochowie.
(Jocher bałamutne podaje o wydaniach rzeczy, np. że pierwsza edycya w Krakowie 1651, druga 1655 r. A za Jocherem poszedł i Barącz.
Tłumaczenie polskie J. Łepkowskiego r. 1860 w Warszawie, przedrukowane w Paryżu przez Wł. Mickiewicza.
16) 1659. Kobierzycki Stanisław, wojewoda pomorski. Obsidio Clari Montis Częstochoviensis. in 4 Gdańsk. (Źródłowa to praca stwierdza wszystko co opowiedział Kordecki), przy tem rycina (Fr. Heissig) w górze obrazek w ramkach, w dole widok klasztoru i orzeł polski.
17) 1681. Nieszporkowicz — Analecta.. historia Imaginis Odigitriae. Claromontane. in 4, Cracov. I toż po polsku z licznemi rycinami: Odrobiny stołu królewskiego, Krak. 1683. Częstoch. 1706, 1720, 1733, 1757, 1759. I po niemiecku 1750 r. tłumaczenie Ksaw. Rottera S. T. Dra, przeora Jasnej Góry z rycinami Strachowskiego (rodem Szlązak, był w uniwersytecie wrocławskim).
18) 1718. Nowakowski Antoni — Nowa Korona. (17 kazań mianych podczas koronacyi obrazu r. 1717 przez różne osoby). (W dedykacyi ks. Jerzemu Lubomirskiemu i jego żonie Magdalenie z Tarłów podpisał się Nowakowski: Typografij Jasnogorij, Director). Na odwrotnej stronie tytułu piękny jego sztych rytowany.
19) 1763 i 1769. Kiedrzyński Anastazy — Mensa Nazaraea. druk. Częstochowy.
20) 1846. Baliński Karol — Pielgrzymka do Jasnej Góry. druk. w Warszawie z rycinami, czerpał ze źródeł i z gorącem uczuciem chronologicznym porządkiem opisał — znakomite dzieło.
21) 1847. Hawelski Eustachy — przeor Jasnej Góry. Wiadomość historyczna o obrazie na Jasnej Górze. Druk. Częstochowy.
22) 1852. Helleniusza E. — Matka Boska na Jasnej Górze Częstochowskiej — Królowa Korony Polskiej. Paryż.
23) 1882. Załęski Stanisław S. J. — Pamiątka 500 jubileuszu, dr. w Krakowie.
Oprócz powyższych dzieł wiele innych o cudownym obrazie wydano, ob. także: Bzowski — Annales 15, Długosz — hist. ks. 11, Kromer, ks. 20, Miechovita, lib. 4 cap. 36, Krasuski, Regina Poloniae, Gumpenberg — Atlas Marianus N. 48 (Monachii in f. 1675), Tenże — (Ingostadij in 12 T. II. str. 186 z prześliczną ryciną), Drevs Joan, Methodus Peregrinationis, in 12 1684 Vilnae — z nadzwyczaj pięknym miedziorytem. Baronius Martinus Jarosłaviensis — Exemplar Imaginis B. V. M. a Luca depictae. 1600 Romae in f. piękna rycina, dokoła patronowie polscy; jeden ex. z dedykacyą Zygmuntowi III., drugi kardynałowi Cosmo de Torres, Scherrer’a — Atlas (Scythia Magna Polonia). Barącz S. — Cudowne obrazy N. 56. — W niemieckim języku r. 1858 w Poznaniu.
We włoskim języku wyszło dzieło: Breve relatione della prodigiosa imagine della Madre di Dio di Chiaramonte Cestocoviense in Polonia tratta della storia latina del P. G. Gumpenberger (sic), dal P. Gio Vanoviczi. Roma per M. Ercole. 1671 in 4°.
Wyszło także i w francuskim: Precis historique sur le tableau miraculeux de la Sainte Vierge de Schinstochowa en Pologne. r. 1848. Paris. (Z rycinami).

Pieśni dawne o Najświętszej P. M. Częstochowskiej:

1) Królowa Polska od Boga obrona....
2) Gwiazdo śliczna i wspaniała...
3) Witaj jutrzenko rano powstająca.
4) A Ty miła Jasnogóro, o wspaniały pałacu.

Ob. Kozłowski Kornel... Lud, Pieśni. 1867 r. Warszawa.


Rycin cudownego obrazu M. B. Częstochowskiej tak wiele, że opis ich wypełniłby całą książkę. Najdawniejsza rycina z r. 1523. Medale i medaliki w dziele Rewolińskiego, str. 12.

XXVIII. Wykaz obrazów, z obrazu Jasnogórskiego skopiowanych, cudami i łaskami wsławionych.

Jak wielkie miał znaczenie cudowny obraz Matki Bożej na Jasnej Górze i jak bardzo cudami został wsławiony, dowód niemały, że i wiele zdjętych z niego kopij także łaskami i cudami zasłynęły. Oto wykaz niektórych, a zapewne oprócz tych wiele jeszcze jest i innych (wykaz ten ułożony głównie z notat, pozostałych po 1) ś. p. Żegocie Paulim, 2) po ś. p. ks. Polkowskim, z dzieła Barącza »Cudowne obrazy« i z dzieła ks. Nieszporkowicza r. 1757, uzupełnionego przez Dolińskiego i wielu innych).
Oto spis miejscowości, w których są cudowne obrazy, jako kopie Częstochowskiego:
1) Białobłota, dyec. płockiej.
2) Bartniki-Borek, dyec. płockiej.
3) Bełz, dyec. lwowskiej.
4) Blizanów, dyec. włocławskiej (od 1662 r.).
5) Bogucice, na Śląsku (od 1414 r.).
6) Chabielice, dyec. włocławskiej (od 1459).
7) Ciężkowice, dyec. kamienieckiej (od 1747).
8) Czernolica, dyec. lwowskiej.
9) Danków, dyec. włocławskiej.
10) Drzycim, dyec. chełmińskiej.
11) Głogow, na Śląsku, od r. 1386.
12) Głogow, dyec. przemyskiej, z XVI w.
13) Głogowiec, dyec. warszawskiej, od 1433 r.
14) Głuchow, dyec. warszawskiej, od 1440 r.
15) Grembanin, dyec. płockiej.
16) Hoszów, dyec. lwowskiej, w monasterze Bazylianów, od 1570.
17) Humań, na Ukrainie, z kościoła w Radomyślu r. 1786 wzięty.
18) Jazłowiec, dyec. lwowskiej, w kościele Dominikanów od 1595.
19) Kazimierka, dyec. łuckiej, od 1655. Skopiowany z obrazu, będącego własnością ks. Radziwiłła (Sierotki).
20) Klimówka, dyec. wileńskiej, od 1689 r.
21) Kołomyja, w kościele Dominikanów, od 1500 r.
22) Kraków, w kościele św. Marka (Pruszcz.).
23) Kraków, w kościele N. Panny Maryi, w kaplicy Szembeków.
24) Krupice, w monasterze unickim, dyec. przemyskiej z XVII w.
25) Lalkowa (Lalkau), dyec. chełmińskiej, od 1729.
26) Leśniów, powiat będziński, ma pochodzić od ks. Władysława Opolskiego.
27) Lewiczyn, dyec. warszawska, od 1499 r. (?)
28) Lubeczko, na Śląsku (Nieszporkowicz).
29) Lwów, w katedrze, w środkowej kaplicy po prawej stronie od wejścia.
30) Łączki, dyec. przemyskiej, od 1750 r.
31) Łopatyn, dyec. lwowskiej (tu pochowany generał Dwernicki).
32) Łysiec, dyec. lwowskiej, od 1473 r.
33) Mielnica, koło Kowla, dyec. łuckiej; obraz był własnością króla Sobieskiego.
34) Mstów, dyec. włocławskiej, z XVII w.
35) Nastaszów, dyec. Lwowska, z 1401 r.
36) Niedamów, dyec. chełmińskiej, od 1650 r.
37) Opole, na Śląsku, od 1673.
38) Oporów, w Łęczyckiem, od 1540 (?).
39) Pieranie, dyec. gnieźnieńska.
40) Płoki, dyec. krakowskiej, od 1440 r.
41) Poznań, w kościele Bożego Ciała, od 1399.
42) Pszów, Śląsk, od 1472 r.
43) Rokitno, wieś pod Warszawą.
44) Rokitno, dyec. kieleckiej, od 1686 r.
45) Rosienie, na Żmudzi, od 1646 r.
46) Rożany-Skok, dyec. wileńskiej, od 1652 r.
47) Rudki, dyec. przemyskiej (różnica, że Pan Jezus, zamiast książki, trzyma zwój).
48) Slemień, w obwodzie wadowickim.
49) Sokal, od 1392 r.
50) Stanisławów, w kościele ormiańskim, od 1432 r.
51) Szumsk, dyec. wileńskiej.
52) Szydłów, na Żmudzi, od 1662.
53) Topczewo, dyec. łuckiej na Podlasiu, od 1720 r. (Nieszporkowicz).
54) Topolno, dyec. chełmińskiej, od 1500 r.
55) Truskolasy, 3 mile od Częstochowy, od 1655 r.
56) Tynna, dyec. kamienieckiej, już r. 1650 słynął cudami.
57) Uchanie, dyec. lubelskiej, od 1483 r.
58) Wąsewo, dyec. płockiej, od 1754.
59) Wasiliszki, dyec. wileńskiej, od 1658.
60) Wierszchy, dyec. włocławskiej, od 1725.
61) Winniki, dyec. lwowskiej, od 1738.
62) Zamarte (Jakóbowo — Jacobsdorf) dyec. chełmińskiej, od 1433.
63) Zambrzyce, dyec. krakowskiej, od 1674 r.
64) Zgłoniączka, dyec. włocławskiej, od 1514.
Przytoczyliśmy tutaj tylko te obrazy, które uznane są za cudowne. Innych kopij obrazu Częstochowskiego, w kraju niezawodnie, jest bardzo — bardzo wiele.

W obcych krajach:

1) Bonsdorf, Nizider, na Węgrzech.
2) W Istryi, w klasztorze S. Petri in Silvis.
3) Stary Rusinów, na Morawie, od 1720.
4) Neustat (Wienerich) w klasztorze Paulinów r. 1688. Obraz ten przywieziono z klasztoru Maria-Thal na Węgrzech.
5) Rzym, w byłym kościele Paulinów przez ks. Jana Wanowicza sprawiony (o dziele jego o obrazie Częstochowskim wyżej, ob. Bibliografię).
6) Bologna, obraz Matki Bożej, najzupełniej podobny do Częstochowskiego, ale nie kopiowany z Częstochowskiego; — Monte della Guardia w kościele św. Łukasza. Obraz ten przywieziony z Grecyi r. 1160.
7) W Wiedniu — Kasper Malechich, generał (62-gi) zakonu Paulinów, r. 1697 wracając z Jasnej Góry, zabrał z sobą piękny obraz N. M. P. Częstochowskiej, w naturalnej jego wielkości, na miedzi malowany, który ofiarował cesarzowi w Wiedniu, gdzie w kaplicy pałacowej umieszczony został w oddzielnym ołtarzu (Enck. kośc. XVIII. 422).
8) Lepoglawa — w Kroacyi, z r. 1400, jest kopia obrazu Częstochowskiego (noty Żegoty Paulego).


XXIX. Cudowny ratunek Kazimierza Puławskiego za przyczyną Matki Bożej.

Jakkolwiek zdarzenie to nie dotyczy Częstochowy, lecz gdy świadczy o opiece Matki Bożej nad Kazimierzem Puławskim, który tak dzielnie bronił Częstochowskiej twierdzy Matki Bożej i wreszcie mało jest znanem, i co większa, przedstawione jest w obrazie z owego czasu, sądzę, że wypada tu o tem wspomnieć, czyli raczej wywołać z zapomnienia.
W dyecezyi przemyskiej jest mała cerkiewka we wsi Izby, zwanej (koło Tylicza w Sandeckiem), a w niej jest cudowny obraz Matki Bożej. Otóż w księdze, będącej przy cerkiewce, p. t. Consignatio documentorum Ecclesiae Izbensis, zapisano, iż stojący pod Izbami obozem Kazimierz Puławski, dwukrotnie doznał łaski, opieki i cudu Najśw. Panny Maryi, której obraz w cerkwi tu od wieków słynie (uposażenie tej cerkwi przez biskupa krakowskiego Andrzeja Trzebickiego r. 1659). Albowiem gdy Puławski, idąc z Izb ku Pilznu, ujrzał się pod miastem zewsząd przez Moskali otoczonym i wszelkiego pozbawionym wybawienia, w Najśw. P. Maryi Izbickiej nadzieję położył, modląc się do niej, został uratowany. — Powtórnie napadnięty we śnie, w Świątkowskich lasach, był już prawie w rękach Moskali, ale oddawszy się opiece Najśw. Maryi Panny, dosiadł konia, na którym las i wąwozy lotem ptaka przebiegłszy, dostał się do obozu. Co wszystko wobec wojska zeznał, w aktach cerkwi zapisać polecił, przed cudownym obrazem z wdzięcznością się modlił i znaczną ofiarą cerkiew obdarzył. Na pamiątkę tego cudu, na bocznej ścianie tej cerkwi, odmalowany jest Puławski, siedzący na koniu koło obozu.
(Ob. J. Łepkowskiego artykuł w dodatku do »Gazety Lwowskiej« r. 1855 nr. 40).

separator poziomy





  1. Przytaczamy to wszystko dla wykazania, że środki, przez które nieprzyjaciele nasi usiłują zadać Polsce cios śmiertelny i zgładzić ją ze świata i wszystkich Polaków wytępić — właśnie sprowadzają zupełnie przeciwne skutki, służąc do podźwignięcia się Polski. Tak się działo zawsze i wszędzie, i jest to prawda historyczna. Widzimy to szczególniej w historyi Kościoła, która jasno wykazuje, że krew męczenników była posiewem Kościoła. A jakże jeszcze to widoczniej okazało się na Kalwaryi! Nie zstępujmy tylko z krzyża, ze stanowiska swego wchodząc w kompromis z wrogami. Tylko ten kompromis może zadać cios śmiertelny Polsce — bo przez ten kompromis z wrogami samiby Polacy zrzekli się, wyrzekli się Polski. Tylko upodlenie ducha — schyla karki do łańcucha.
  2. Wogóle tacy (zwłaszcza niemieccy krytycy) utrzymują, że dopiero w IV wieku zaczęto malować obrazy Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus, a przecie w katakumbach odkryto wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus.
  3. Nie mógł także ks. Leon z Kijowa obrazu wydobyć, gdyż ks. Leon umarł r. 1301, a Kijów do szczętu był zburzony przez Tatarów r. 1240; a nawet poprzednio Andrzej Boholubski, książę suzdalski, r. 1169 zrabował Kijów, i przez dwa dni ze wszystkich cerkwi i monasterów zabierał wszystkie zgoła cenniejsze obrazy, ornaty, księgi, nawet dzwony, i zawiózł w swoje suzdalskie kraje; jeśliby był wówczas tak wielkiej wagi obraz — a jakoby miał być w kaplicy zamkowej — nie zostawiłby go, kiedy aż dzwony zabierał.
  4. X. Władysław Opolski był synem X. Bolesława na Opolu (w Szląsku) i Elżbiety, córki Bernarda Świdnickiego, wnuczki Władysława Łokietka, był więc prawnukiem Władysława Łokietka, a siostrzeńcem ciotecznym króla Ludwika; ożeniony z Eufemią, córką Ziemowita, księcia na całem Mazowszu. Król Ludwik mianował go był wpierw palatynem Węgier. a 1372 r. dziedzicznym wielkorządcą Rusi, zkąd r. 1378 wyjechał, i 1379 r. 15 stycznia z Wielunia złożył rządy Rusi w ręce Ludwika, otrzymawszy w zamian ziemię Dobrzyńską. Klasztor Paulinów w Częstochowie r. 1382 fundował. Jedyna córka jego Jadwiga była żoną ks. Aleksandra (brata króla Jagiełły), zmarłego bezpotomnie 1392 r. Umarł 1401 r. (ob. Encykl. Orgelbr., artykuł Bartoszewicza, i Szajnochy »Jadwiga i Jagiełło«).
  5. Kazimierz W. zdobywszy Bełz, r. 1366 oddał go znowu ks. Juriju (Jerzemu Narymuntowiczowi), który panował do r. 1377. W tym roku król Ludwik osobiście zdobywał Bełz, a gdy przybył na odsiecz ks. Kiejstut, nastąpił układ. Wedle Długosza znowu temuż samemu ks. Jerzemu Narymuntowiczowi król Ludwik oddał Bełz. Stadnicki (»Synowie Gedymina«) i Rulikowski (»Kniaziowie«, str. 416), atoli mniemają, że nie Narymuntowiczowi Litwinowi, lecz Jerzemu Daniłowiczowi, księciu ruskiemu, oddał Bełz. Mniejsza o to, któremu Jerzemu, czy Litwinowi czy Ruskiemu, dosyć, że Bełzu nie dał ks. Władysławowi Opolskiemu, i w Bełzie, jak Zimorowicz-Siarczyński (Czasopismo, 1829, zeszyt 3) słusznie utrzymuje, ks. Władysław Opolski nigdy nie był. Wprawdzie w »Starożytnej Polsce« jest wzmianka, że ks. Władysław r. 1377 nadał przywilej dla Bełza na skład soli, lecz w żadnym dyplomataryuszu niema ani jednego aktu ks. Opolskiego, datowanego z Bełza — i »Starożytna Polska« nie mówi, żeby ten akt wydany był z Bełza. Mógł go wydać, jako wielkorządca Rusi, lecz w tym czasie panował tam ks. Jerzy Narymuntowicz lub Jerzy Daniłowicz.
  6. Rodem Czech, katolik. R. 1652 oddano mu w dzierżawę kopalnie wielickie, ale gdy nie uiszczał się z należytości, odebrano mu je i wskutek tego powziął nienawiść do Polaków i przystał do Szwedów. W końcu chłopi go kijami zabili.
  7. Pochwycony Brzuchański przez Szwedów, torturowany i sądem skazany na śmierć, nadspodziewanie cudownie uwolniony został, jak to mu Matka Boża, objawiwszy się mu w więzieniu, zapewniała (Kordecki).
  8. Kordecki Augustin — Nova Gigantomachia contra sacram Jmaginem 1637 Cracov. R. 1694, druga edycya w Częstochowie drukowana, r. 1717, trzecia — tamże.
  9. Wszyscy nuncyusze przybywający do Polski (a w liczbie tych późniejsi papieże: Klemens VIII (Aldobrandi), Klemens X (Altiery), Innocenty XI (Odescalchi), Innocenty XII (Pignotelli) zawsze odwiedzali Jasną Górę; a nawet i późniejsi, co jeździli do Petersburga. Jedyny wyjątek stanowi ostatni Agliardi, który ani gdy jechał do Petersburga, ani gdy wracał ztamtąd, nie wstąpił ani do Ostrej Bramy, ani na Jasną Górę, chociaż przez Wilno i przez Częstochowę przejeżdżał. Tu Altiery późniejszy papież Klemens X — odprawił swoje kapłańskie prymicye. (Nieszporkowicz, str. 47).
  10. Koronacye cudownych obrazów — datują od r. 1665, w którym pierwszy raz w Rzymie ukoronowano cudowny obraz Matki Bożej.
  11. Jedyna książka, obejmująca, acz w krótkości, całość konfederacyi Barskiej, dobrze i sumiennie napisana, jest Morawskiego »Wiadomość o Konfederacyi Barskiej«. — Kitowicz, niechętny dla konfederacyi, najniesłuszniej i najfałszywiej np. przedstawia Malczewskiego.
  12. Drewicz jako luter, śmiał się z ks. Galicyna i Suwarowa, że oni zdala patrząc na Jasną Górę — modlili się do Cudownego Obrazu Matki Bożej, i bili pokłony; i oskarżał ich przed Wejmarem, że z powodu swego religijnego usposobienia nie szczerze tu walczyli, i oni i pod ich komendą zostający, i że z tego powodu nie mógł zdobyć Jasnej Góry.
  13. 1. Pamiętnik Sandomierski T. II. str. 385. 2. Przyjaciel Ludu VII., 293. 3. Rulhiere III., 229. 4. Materyały wydane przez S. K. Schmitta. 5. Morawski — Wiadomość o Konf. Barskiej. 6. Viomerill — Lettres 7. Thesby de Belcour — Mémoires. 8. Kitowicz.
  14. Prusak ten z innymi siedmiu podmówiony, uciekał z twierdzy, gdy jednak pokazało się, że należycie nie zmierzył wysokości murów fortecznych, i wskutek tego porobione drabiny były za krótkie, rozgniewany Drewicz za zawód, kazał tego Prusaka i jego towarzyszy „zamordować“.
  15. Roboty drewniane ołtarza wykonano w Warszawie, a srebrne ozdoby w Gdańsku.
  16. Starostwo to Brzeźnickie płaciło kwarty 1.288 zł. Tu się urodził r. 1415 Długosz i poeta Marcin Molski. Starostwo to Brzeźnickie i Kłobuckie — Stanisław August r. 1783 miesiąca września odebrał Paulinom; mieli oni do nich jeszcze prawo, gdyż poseł lubelski Wybranowski na Sejmie wniósł był projekt odebrania ich Paulinom i z tego powodu wyznaczona była komisya.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Edward Nowakowski.