Cywil w Berlinie/Wyjazd

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Sobański
Tytuł Cywil w Berlinie
Rozdział Wyjazd
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Drukarz Piotr Laskauer; Druk. „MONOLIT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


WYJAZD.

Zbliża się chwila wyjazdu. Jeszcze jedna, ostatnia, wizyta. Spodziewam się po niej pewnego wyrobienia sobie zdania o sprawach kościołów chrześcijańskich w Niemczech. Choć kroki kierują do katolików, mam jednakże nadzieję usłyszeć trochę i o stanie protestantyzmu. Pod tak silnem ciśnieniem, jakie panuje obecnie, tworzą się przecie najdziwniejsze sojusze. Wszak widzieliśmy w Rosji sowieckiej niewątpliwe objawy pewnej solidarności chrześcijańskiej, której próżnoby szukać, na przykład, w Ziemi Świętej. Nadzieje nie zawiodły: znalazłem u moich katolickich informatorów wszystko, czego oczekiwałem. Nie będę jednak nawet robił próby naszkicowania obrazu walk i przeobrażeń toczących się w łonie kościołów protestanckich. Trzebaby dobrze znać życie i ustrój trzech głównych gałęzi protestantyzmu niemieckiego, żeby móc zrozumieć to, co się obecnie dzieje. Płynność organizacji, dogmatyki i liturgji oraz łatwość, z jaką zbory ewangielickie abdykują z najbardziej, zdawałoby się, zasadniczych rzeczy, łatwość znajdowania kompromisu, wszystko to stworzyło taki stan rzeczy, że Hitler nie miał właściwie, pomimo bardzo stanowczych sprzeciwów prezydenta Hindenburga, zasadniczych trudności z przeobrażeniem protestantyzmu w narzędzie zupełnie podległe narodowej rewolucji, nie dając mu jednakże żadnych przywilejów religji panującej. „Der totale Staat“ nie może, oczywiście, patrzeć życzliwem okiem na żadną religję. Religja, to konkurencja. Nacjonaliści, to najskrajniejsi monoteiści. Jedno jest bóstwo: państwo. Reszta, to opium dla ludu. Nie wątpię, że wśród protestantów działy się i zapewne jeszcze dzieją się tragedje. Cierpieć musi wielu purystów, ale cierpią przypuszczalnie głównie ci, którzy widzą dzieło może całego swego życia zniszczone. Mam na myśli ludzi, pracujących w organizacjach i związkach wyznaniowych. Tragedje te jednak są bez wyjątku tragedjami cichemi. Głośnych protestów nie słychać. Pamiętam tylko jeden w sprawie oczekiwanego zakazu przyjmowania na wiarę protestancką — Żydów. Protest ten zresztą okazał się skuteczny, gdyż ustawa, normująca obecny stan kościołów protestanckich, nie jest zaopatrzona w paragraf aryjski. Zdziaławszy już tak wiele, rząd myśli teraz o wciągnięciu do wspólnej organizacji także kościołów protestanckich w krajach bałtyckich, Czechosłowacji, Austrji i Jugosławji, ażeby potem użyć ich jako organów hitlerowskiej infiltracji.
Ale kwestja katolicyzmu jest w Niemczech stokroć ciekawsza i ważniejsza. Przeszło czwarta część ludności, to katolicy. Śląsk, Bawarja i Nadrenja są całkowicie katolickie, a nawet w Berlinie jest około 10% katolików. Kiedy się widzi zlikwidowanie wewnętrznego życia politycznego Rzeszy przez starcie z mapy Niemiec wszystkich partyj; kiedy zagadnienia robotnicze i społeczne przestały być aktualne, dzięki bezwzględnej koordynacji; kiedy się w dodatku wie, że ten stan rzeczy trwać może ad infinitum, gdyż nawet głód, spowodowany wrogiemi konjunkturami gospodarczemi, nie przestraszy rządzących, jak ich nie przestraszył i w Rosji, dopóki Reichswehra, SS, SA i Stahlhelm są nakarmione i zadowolone (a ten świetny aparat terroru liczy zaledwie około 800.000 ludzi) — wówczas kwestja katolicka staje się, czy też powinna się stać, problematem największej wagi. Gdyby życie było logiczne, w rękach katolików spoczęłyby losy rewolucji, ale ponieważ logika na arenie politycznej nie króluje, więc w rękach katolików spoczną nie losy lecz tylko odpowiedzialność za rewolucję. Bo jakże inaczej napiętnować niesłychaną bierność katolików niemieckich, zgrupowanych w zwarte jednostki geograficzne, w jednostki cieszące się doniedawna (widocznie niedosyć) autonomją polityczną (patrz Bawarja) i mające też doniedawna reputację bardzo „rzymskich“. Stawiano ich przecie zawsze za przykład wszystkim katolikom, plączącym sprawy wiary z szowinizmem. A cóż się okazuje? Heca antyżydowska jest najdalej posunięta w Nadrenji, kraju katolickim. Zwracam wybitnemu działaczowi katolickiemu uwagę na wysoce niechrześcijański charakter tego ruchu. Otrzymuję wymijającą odpowiedź, że w Meksyku żydzi nie bronili prześladowanych katolików.
Wogóle tych kilka cichutkich protestów, czyto w sprawie wolności prasy i słowa, czyto piętnujących objawy brutalności rewolucji, robiło wprost przykre wrażenie, kiedy się wiedziało, jakie możliwości w sensie kulturalnej opozycji czekały tylko na wyzyskanie przez katolików. Zakneblowanie potężnej prasy katolickiej, zamknięcie i konfiskata majątku licznych związków i organizacyj katolickich nie wywołały sprzeciwu. Wiem dobrze, że sprzeciw może być równoznaczny z utratą wolności. Ale, o ile mnie pamięć nie myli, kościół katolicki posiadał już w przeszłości swoich męczenników. Ci katolicy jednak, którzy dzisiaj są uwięzieni, cierpią za swoją przeszłość, cierpią z powodu konjunktury politycznej, ale rzadko kiedy cierpią za akty odwagi cywilnej. Nad tem właśnie ubolewał jeden z moich informatorów, ksiądz, który potem został zresztą aresztowany. On rzeczywiście „cierpi dla sprawiedliwości“. Mówił mi prawie z entuzjazmem, że tylko czeka na więzienie czy obóz koncentracyjny, że jedynie przez pokazanie narodowi męczenników można wyrwać go z pod hypnozy nacjonalizmu. Jeżeli za czasów Kulturkampfu, ciągnął dalej, aresztowano nawet biskupów, o ileż jaskrawsze powinny być dzisiaj objawy walki, kiedy duch rewolucji jest o tyle bardziej zasadniczo obcy i wrogi duchowi wszelkiej religji. Bo przyznać trzeba, że jeżeli rzadko uświadamiamy sobie, a może nawet negujemy fakt, że kultura, w której byliśmy wychowani, jest kulturą chrześcijańską, — w dzisiejszych Niemczech przekonamy się, stosując metodę eliminacji, że to co panuje w Europie poza Niemcami (zostawiam oczywiście nauboczu Rosję) jest może oddalonym, ale jednakże jest refleksem „przewrotu chrześcijańskiego“ z przed tysiąca dziewięciuset lat. Nic bardziej niechrześcijańskiego, ba, nawet nie pogańskiego, niż obecny przewrót niemiecki. Nacjonalizm, to kult nizinny. Nie rozwija się on w cieniu Góry Oliwnej ani nawet Olimpu.
Miałem też sposobność zetknięcia się z katolickimi pacyfistami. Ludzie ci, a raczej resztki tej grupy, którzy znajdują się jeszcze na wolności w Niemczech, to rzeczywiście cudowny element ludzki. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tak bezwzględnie uczciwych, tak niezdolnych do kompromisu. Dziś ich dążenie do intronizacji ideałów chrystjanizmu przez braterstwo ludów może się wydać prawie śmieszne. Lucjan Rydel i pani generałowa Ludendorff, oto typy dzisiejszych popularnych teologów. Ale niemieccy pacyfiści katoliccy nie bali się tej śmieszności i tego odosobnienia. Raczej Rzesza bała się ich i dlatego przedsięwzięła od czasu rewolucji odpowiednie kroki, aby ich wpływy unieszkodliwić.
Ale tymczasem p. von Papen, ten sam, który wygłosił cytowaną przeze mnie mowę w Münsterze, który wystąpił z Centrum, który pozwolił w następstwie na rozwiązanie partyj katolickich i na wszystkie antykatolickie poczynania swego rządu, — podpisuje w Rzymie konkordat, jakiego nie potrafił wyłudzić od Watykanu sam wielki Bismarck i zostaje odznaczony jakimś wielkim orderem papieskim, choć pewno nie „Pro Ecclesia et Pontifice“.
Co będzie dalej? Dobrzy katolicy oburzają się często na oportunizm, nacjonalizm i bierność episkopatu niemieckiego, który nietylko nie protestuje w samych Niemczech, ale jakoby mylnie i łagodząco informuje Papieża. Czy pesymiści w sprawach konkordatu mają rację — okaże przyszłość. Wydaje się nawet dla laika rzeczą niemożliwą, ażeby „der totale Staat“ nie mieszał się do szkolnictwa wyznaniowego, tej najdrażliwszej strony życia katolickiego. A co będzie poprostu z niedzielnemi kazaniami? Nawet kapelan wojskowy nie potrafi mówić zupełnie „po linji“, o ile czuje się naprawdę księdzem. Chyba że kościół zażąda od swych wiernych nowego rodzaju męczeństwa, a mianowicie złożenia ofiary z zasad i z przekonań.
Trzeba jechać — a człowiekowi się nie chce. Nigdy nie zakosztowałem tak często opiewanego uroku Wschodu, przeciwnie, całe życie czułem instynktowny „Drang nach Westen“. Zachód nigdy nie wydał mi się tak zgniły jak Wschód. Wsiadanie do pociągu, jadącego w kierunku wschodnim, jest dla mnie zawsze prawdziwą przykrością. Więc choć w Niemczech widziałem bezsprzeczne objawy zdziczenia, położenie geograficzne Berlina i warunki życia robią z tego miasta coś jednakże bardziej europejskiego od Warszawy. A pozatem od Berlina zaczyna się „mój koniec świata“. Gdyby moje pojęcia o geografji sięgały czasów przedkopernikowskich, nie wątpiłbym po przejechaniu wschodnich przedmieści Berlina, że tu zbliżam się do krańca świata. Przedmioty, na których może spocząć oko, stają się coraz rzadsze, koloryt coraz bardziej wyblakły, i kto wie, czy ta sina linja lasów na widnokręgu, łącząca szarawe niebo z mało-zieloną ziemią, nie jest właściwie szparą, przez którą widać nicość. Zresztą studjowanie najnowszych map niewiele w tym względzie przyniesie pociechy, bo jeżeliby objechać kulę ziemską na wysokości geograficznej Berlin — Warszawa, droga przedstawiałaby się dość beznadziejnie. Urozmaicenia nader słabe: Ural, Bajkał, sowiecka część Sachalinu, południowy cypel Kamczatki, góry Skaliste Kanady, dobrze na północ od Vancouveru, dno zatoki Hudsona, Labrador, no i wreszcie południowa Irlandja i Europa. Jak widzimy, o egzotyce niema mowy. A Łowicz nie każdemu wystarcza.
Ale co tu się zastanawiać — jechać trzeba. Wsiadam do pociągu. W moim przedziale siedzą już dwie panie o rysach wybitnie semickich, każda z córeczką w wieku lat siedmiu — ośmiu. Na dworcu żegnają je mężowie. Ruszamy. Moje panie pokazują sobie swoje domy, koło których przejeżdżamy, i rozmawiają po niemiecku o rzeczach błahych: nawet podsłuchiwać niewarto. Oddaję się medytacjom, przechodzę myślą wszystko com widział, com słyszał, hypotezy jakie budowano, przepowiednie jakie wygłaszano.
Widziałem więc kraj, w którym odniosła zupełne, miażdżące zwycięstwo rewolucja narodowa. (Zdaje się, że po wypadkach we Włoszech z przed dziesięciu lat, a teraz w Niemczech, określenie to posiada już zupełnie ścisłe, prawie naukowe znaczenie). Widziałem kraj jeden i niepodzielny. Jest to prawie jedyne wielkie dzieło Hitlera. Należy jednak uniknąć nieporozumień co do przymiotnika „wielki“ w powyższem zastosowaniu. Dzieło Hitlera jest wielkie, bo nikt tego dotychczas dokonać nie potrafił, bo może być brzemienne w następstwa dla przyszłej historji Europy; ale nie jest wielkie jeżeli chodzi o kulturę Niemiec i o spokój naszego kontynentu. Powyższe twierdzenia nie wymagają chyba argumentacji. Prawie zupełna konsolidacja Rzeszy stała się jednak faktem i jak dotychczas, tak dalecy duchowi pruskiemu południowcy nie skarżą się, ani jawnie nie żałują utraty swych praw do niezależności i poddania się kompletnego pod batutę Berlina. To że Hitler jest Austrjakiem — nie odgrywa tu żadnej roli.
Czy rewolucja w tych, wreszcie zjednoczonych Niemczech siedzi mocno w siodle? Na to pytanie słyszy się przeważnie odpowiedź pozytywną. Zgóry zaznaczam, że w przepowiednie nie mam zamiaru się bawić. Postaram się tylko myśleć logicznie, ale i to w polityce, czy w historji niedaleko prowadzi. Kiedy się zastanawiać, skąd może przyjść wróg, groźny dla rewolucji, — z punktu widzenia Nazi trudno nie być optymistą. Katolicy, jak już pisałem, zawiedli. Socjalizm umarł śmiercią naturalną, tą papenowską „Strohtod“. Jest to zresztą bardzo przejmująca historja, że drogę do obecnego stanu rzeczy w Niemczech utorowała właśnie socjal-demokracja. Wprawdzie mogła ona też doprowadzić do komunizmu, ale właśnie ten paniczny strach wspólnego frontu z komunistami, choćby stworzonego na krótki okres czasu, dostateczny dla zorganizowania strajku generalnego, nawet tak niedawno, jak między 30 stycznia a 5 marca b. r., — spowodował, że Hitler zwyciężył i że klasy pracujące zostały pozbawione i głosu w życiu społecznem i broni do walki o swe stanowisko w narodzie. Skąd jednak ta zupełna bierność socjalizmu niemieckiego? Tłumaczono mi, że głównem niedomaganiem tej partji był brak ludzi młodych na stanowiskach decydujących. Obserwować to zresztą można także i w innych krajach, choćby we Francji i w Polsce. Starzy leaderzy socjalistyczni w Niemczech nie byli dostatecznie demagogicznie nastawieni. Za mało urządzali wieców, za mało histerycznie nawoływali tłumy, za rzadko przyjmowali wiązanki kwiatów od dziewczynek w bieli (jak to ciągle czyni Hitler), a przedewszystkiem byli kunktatorami i ludźmi politycznie małoodważnymi. Doszło do tego, że wielu synów przywódców socjalistycznych zalicza się do zagorzałych hitlerowców.
Prawodawstwo, zmierzające do utrzymania obecnego stanu posiadania rewolucji narodowej, z każdym dniem staje się bardziej drakońskie. Istnieją specjalne rozporządzenia przeciwko „ludziom zrzędzącym“ („Miesmachern“). W biednych dzielnicach Berlina i prawie we wszystkich tańszych lokalach innych dzielnic właściciel lub obsługa są w porozumieniu z wywiadem policyjnym. Praca jaczejek jest niemal zupełnie uniemożliwiona. Jak już pisałem, Niemcy znajdują się w prawie hermetycznie zamkniętym kręgu terroru. A każdy rząd, który swą bezwzględność posuwa poza granice prawa i dbania o dobrobyt i szczęście obywateli, jest zwykle rządem dość długotrwałym. Przewraca się dopiero wtedy, kiedy zaczyna się wahać i mieć skrupuły.
Tymczasem pogłoski o pomrukach ludu, rozczarowanego brakiem konkretnych dobrodziejstw rewolucji, idą zawsze w parze z wiadomościami o coraz to nowych obostrzeniach prawnych i nowych przywilejach dla organów władzy rządu i partji. Trochę mniej najzupełniej zbędnej, wiecowej demagogji — a zapewne pracującym warstwom niemieckim oszczędziłoby się niejednego objawu niezdrowo rozbudzonego apetytu. Słowa „apetyt” używam tutaj i w przenośnem i w dosłownem jego znaczeniu. Dziwnym zbiegiem okoliczności w chwili, kiedy o tem myślę, zatrzymujemy się we Frankfurcie nad Odrą. Jest niedziela. Słyszę śpiew. Znajoma melodja. To oddział szturmowców śpiewa w odjeżdżającym pociągu środkową zwrotkę Horst-Wessel-Lied:
Die Strasse frei den braunen Bataillonen,
Die Strasse frei dem Sturmabteilungsmann,
Es schaun aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen,
Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!
Brzmi to jakoś nieaktualnie. Co do chleba — gdzież jest ta nadzieja? Urzędowe dane statystyczne pokazują pewne zmniejszenie bezrobocia, ale należy pamiętać o istnieniu obozów dobrowolnej pracy, ciążących na budżecie państwa, a także o tem, że ci co utracili posady z powodów politycznych czy rasowych, nie są zaliczani do bezrobotnych. Jeżeli zaś chodzi o wolność, wiemy tylko, że poza opisanemi już gwałtownemi represjami, jakie stosuje rząd niemiecki, zaczęto w ostatnich czasach aresztować rodziny zbiegłych zagranicę emigrantów politycznych, ażeby w ten sposób zmusić ich do powrotu i ukarać.
Widziałem więc kraj rządzony według wzorów wziętych potrochu z Rosji i z Włoch. Komunizm jest zbrodnią. Mandaty socjalistyczne do wszelkich ciał ustawodawczych czy samorządowych zostały unieważnione. Inne partje przestały też istnieć: śpieszą się jedna przez drugą, która też pierwsza rozwiąże się „dobrowolnie“. Pozostaje więc tylko partja narodowo-socjalistyczna, ale kto rządzi nią naprawdę? Hitler — Goering — Goebbels? A może jeden z nich? A może Kerrl, albo Rust, albo Freisler, albo Heines! A może poprostu sztab generalny Reichswehry? Niesposób powiedzieć. Jak w Rosji, mamy tu prawe i lewe odchylenie. To lewe odchylenie wydaje się odchyleniem przyszłości. Może i Otto Strasser powróci jeszcze do łaski. Ale z drugiej strony przemysł zachodni też mocno stoi na nogach, i wygląda, jakby nie tracił, ale przeciwnie, zyskiwał grunt pod temi nogami. Powinno się pamiętać, że w swych początkach cały ruch Nazi był finansowany przez kapitał i przemysł, nawet poczęści żydowski, jako środek obrony przeciwko zmorze komunizmu. W obecnej chwili broń zdaje się chwilami obrócona przeciwko jej dostawcom, a już w każdym razie przeciwko junkrom. Są tacy, którzy twierdzą, że wszystko w dalszym ciągu spoczywa w rękach kapitału przez duże K. Przypuszczam, że wersja ta jest przesadna, tak samo jak przesadne są przypuszczenia, krążące wśród lewicowej inteligencji, że w krótkim czasie dojdzie niechybnie do wielkich buntów wśród rozgoryczonych i rozczarowanych tłumów bezrobotnej biedoty.
Możliwa jest też monarchja. Wiele elementów socjalistycznych patrzy dziś z upragnieniem na tę możliwość. Ufają, że z powrotem monarchji powrócą też bardziej kulturalne formy rządzenia i sprawiedliwości. O cesarzu Wilhelmie niema, zdaje się, mowy pomimo żartu o rzekomym telegramie Kronprinza do ojca: „Vater, komm bald zurück, wir sind das kleinere Uebel“ („Ojcze, powracaj prędko, jesteśmy mniejszem złem“). Mówi się, jako o kandydatach, o synach cesarza oraz o innych książętach krwi, nawet nie Hohenzollernach. Masy są na tę ewentualność monarchji zupełnie przygotowane. Gdyby do tego doszło, entuzjazm byłby niewątpliwie wielki, ale kierownictwo partji, a zwłaszcza lewy jego odłam, nie zdaje się bynajmniej dążyć ku temu.
Widziałem, i to może najważniejsze, kraj rządzony prymitywnym instynktem szczepu i jego odrębności. Ani na chwilę podczas pobytu w Berlinie nie mogłem zapomnieć o tem odrodzeniu prymitywu. Jaskinia, maczuga, owłosiony małżonek, broniący kobiety z cofniętem czołem — takie obrazki stają wciąż przed oczami kiedy się żyje w atmosferze gloryfikacji poczucia stadnego.
Ale rozmowy w przedziale przerywają mi tok rozmyślań. Po tematach obojętnych moje towarzyszki podróży zaczynają dyskutować kurs złotego. Aha, może jadą do Polski. Zjawia się konduktor. Zerkam na bilety. Są do Łodzi. Już wiem trochę więcej. Następuje dyskusja, czy i kiedy należy się przesiadać. Wreszcie nadchodzi kontrola paszportów. Z woreczków wyłaniają się niewątpliwe, polskie paszporty konsularne. Serce rośnie — rodaczki. Ale rozmowa ciągle jeszcze jest niemiecka, i to niemiecczyzną zupełnie poprawną. Opuszczamy ostatnią stację niemiecką. Jedna z dziewczynek siedzi przy oknie, wygląda znudzona, wystukuje bezmyślnie palcami po szybie jakąś melodję i coś nuci pod nosem. Przysłuchuję się. Tak, nie mylę się: „Deutschland, Deutschland über alles“. Słyszy to matka i nagle odzywa się językiem Esterki i Mickiewicza: „Dziecko, poco ty to śpiewasz, ty przecie umiesz i polskie piosenki, zaśpiewaj lepiej coś po polsku“. Rewelacja. Dziecko posłuszne, choć dalej znudzone, zaczyna bez zapału, ale wyraźnie podśpiewywać: „Oto dziś dzień krwi i chwały“… W tej chwili pociąg wjeżdża na stację Zbąszyń.
Wyprawa moja skończona. Jestem już w Polsce. Na jak długo żegnam się z Trzecią Rzeszą, która mnie nie nawróciła, pomimo mej uczciwej chłonności? Ufam jednak, że zostanę należycie zrozumiany. Pisałem tylko prawdę i pisałem ją, mając wciąż na myśli, że nie należy jątrzyć już i tak trudnych stosunków pomiędzy Polską a Niemcami. Unikałem wszystkich szablonów zgiełkliwej histerji europejskiej prasy lewicowej i tylko prawda zmuszała mnie do wysuwania niestety dosyć ciężkich oskarżeń.
Pojechałem do Berlina oglądać rzeczy nowe; obserwować zjawiska, których badanie w Warszawie nie jest możliwe. Ale czy tak jest naprawdę? Człowiek posiadający wyobraźnię, może zrozumieć i odtworzyć, wiele z tego co się dzieje w Niemczech, przeczytawszy uważnie jakieś pismo sanacyjne i jakieś pismo endeckie. W piśmie sanacyjnem czyta się o inicjatywie Rządu w organizowaniu Święta Morza, Święta Straży Przedniej, Święta Przysposobienia Wojskowego. (Pomimo istnienia ogromnej, dobrze, bo za połowę zgórą polskiego budżetu, wyekwipowanej, jawnie rozwijającej się armji, która nie zna żadnych traktatowych ograniczeń). Można się dowiedzieć o Legjonie Młodych; o jedynej partji, która coś znaczy — B.B.; o tem, że zjazdy strzeleckie odbywają się pod hasłami: „Każdy polak winien zdobyć w roku 1933 odznakę strzelecką“, „Polskę obronimy karabinami, a nie rezolucjami uchwalonemi na wiecach“, „Każdy obywatel — żołnierzem, każdy żołnierz — obywatelem“. (Druga część aforyzmu jest trochę niezrozumiała, bo jakże może wykazywać cnoty obywatelskie człowiek pozbawiony inicjatywy i swobody). Dowiemy się o konieczności zdobycia przez możliwie największą ilość obywateli Państwowej Odznaki Sportowej; o tem, że ćwiczenia wojskowe mają być obowiązkowe na wyższych uczelniach, jak już obowiązują w szkołach średnich; o tem, że dziecko powinno być wychowane, jako posłuszne narzędzie, a jego indywidualność ma się całkowicie poddać duchowi państwa. Przepraszam. Powtarzam się trochę, ale zwracam uwagę czytelnika, że tym razem mowa jest o Polsce, czy też o przyszłej Europie.
Powracam jeszcze na chwilę do prasy endeckiej. Znajduję tam pewne analogje z duchem prasy sanacyjnej, obok — przyznajmy — zasadniczych rozbieżności. Wspólną więc cechą jest bezwzględność i tolerowanie brutalności, a elementami dopełniającemi obraz dzisiejszych Niemiec — to demagogja i antysemityzm, uprawiany zresztą w Polsce przez osoby, które w Niemczech dawno padłyby ofiarą paragrafów aryjskich.
W trakcie czytania tych gazet można usłyszeć, jak przejeżdżający szwadron ułanów śpiewa ochoczo nieprawdopodobną, wprost sadystyczną piosenkę:
Jak to na wojence ładnie,
Kiedy z konia ułan spadnie,
Koledzy go nie żałują,
Jeszcze końmi go stratują.
Prawdą jest, że w Niemczech odbywają się obchody na cześć zabójców Rathenaua, ale podobnej piosenki niema, jak też nie jest używaną zdrobnieniała forma słowa „wojna“. Dotyczy to zresztą sześciu znanych mi języków europejskich. Nie twierdzę, że w Polsce kwitnie duch agresji, bo przeczyłbym swoim najgłębszym przekonaniom, ale od kraju, który podniósł i wykombinował hasło rozbrojenia moralnego, wolno i należy wymagać, aby frazesy na eksport słyszane były, choćby tylko jako frazesy, także i wewnątrz kraju. To chyba nie są przesadne wymagania.
Ale poza tem wszystkiem, tak w prasie endeckiej jak i sanacyjnej, tak w Polsce, jak i w Niemczech, we Włoszech i w Rosji, — ta sama, jedyna myśl przewodnia o celowości, z jaką należy używać społeczeństwa i ta sama beznadziejność, jaka przypada w udziale jednostce. Przychodzi wciąż na myśl „Życie termitów“ Maeterlincka. Jest to jeden z najbardziej ponurych i wstrząsających reportaży o społeczności, działającej sprawnie i celowo. Wszystko dla podtrzymania rodzaju, nic dla pocieszenia i nagrodzenia jednostki. Straszna, doprawdy, wizja tego, co nas czeka. W ten obraz przyszłości instynkt świata stara się wmalować jakiś promień szczęścia. We Włoszech jest ciepło i słonecznie, więc termitom tamtejszym zupełnie źle być nie może. Kościoły, coraz bardziej wkraczające w życie jednostki, obiecują szczęście po śmierci. Rosja zapewnia szczęście naszym prawnukom, co mało pociesza ludzi, pozbawionych instynktów dynastycznych.
Niemcy są najuczciwsze: nie obiecują one szczęścia, tylko ogromny szmat ziemi, rządzony przez Niemców i ciągnący się od skolonizowanej Syberji po Nancy i Gandawę i od nordyckiego kręgu polarnego — po Sycylję Barbarossy. To kolosalne państwo, oczyszczone z wszelkiego indywidualizmu, będzie grząskie od krwi swych synów i krwi wroga, ale odrębne od reszty świata i od reszty świata odosobnione.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Sobański.