Cywil w Berlinie/Rewolucja

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Sobański
Tytuł Cywil w Berlinie
Rozdział Rewolucja
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Drukarz Piotr Laskauer; Druk. „MONOLIT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


REWOLUCJA.

Rewolucja! Czyż naprawdę? Bezwzględnie tak. W Niemczech dokonywa się rewolucja, i to w „najczystszej“ formie. Nie mam pod ręką encyklopedji, ale jestem pewien, że oficjalne określenie rewolucji da się „bez reszty“ zastosować do wypadków niemieckich. Pozatem nikt w Niemczech temu nie przeczy, przeciwnie, podkreśla się nawet i wygrywa tę okoliczność, zaznaczając zresztą, że rewolucja jest bezkrwawa. Z opinją tą nie może się pogodzić postronny obserwator, gdyż często krew nie da się ukryć. Ale w tych wypadkach jest znowu gotowa odpowiedź: „Musi tak być, bo w Niemczech jest rewolucja“. Zaznaczam, że jestem utopistą i że nie mogę opierać się na precedensach. Ale czyż naprawdę rewolucja musi być zawsze bardzo straszna? Widocznie że tak. Ale jeżeli tak, to trzeba się zachowywać bardziej po-piłatowemu, z większym chlupotem i bardziej publicznie myć ręce, drzeć szaty, no i nie wpadać samemu we własne credo. Tych, dla których krew zaczyna się od wymordowania kilkunastu tysięcy ludzi, wypadki w Niemczech rozrzewnią, jak widok prawie nieskalanie białej sypialni panieńskiej. Jeżeli w obronie tezy „bezkrwawości“ sowieckiego régime‘u przytoczymy jako argument dowodowy istnienie na wyspach Sołowieckich obozów dla więźniów politycznych, czy quasi-politycznych, to oczywiście, i w Niemczech te rzesze, skoncentrowane w Sonnenburgu, Oranienburgu i w wielu jeszcze innych obozach i więzieniach, będą cichym szeptem świadczyły za siebie: „Żyjemy, tak — jeszcze troszeczkę żyjemy“. Bo człowiek, żeby użyć terminologji myśliwskiej, to drobna zwierzyna. To nie pierwsza kula się liczy, tylko ostatni strzał.
Wiem niestety dobrze co robię: jestem narzędziem „Greuelpropaganda“ (propaganda grozy). To najbardziej niewybaczalna zbrodnia, jaką zna Trzecia Rzesza. Z każdym raportażem, ale zwłaszcza z tym obecnym, widoki na wizę niemiecką dla mnie maleją. Boli mnie to. Boli, bo lubię jeździć do Niemiec; bo mam tam bliskich mi ludzi; bo mi tam przeważnie jest ciepło na sercu; bo jest to najbliższy Polsce kraj, gdzie istnieje przyjaźń i prostota stosunków innych niż rodzinne; bo, i tu bądźmy szczerzy, jest to o dziesięć godzin od Warszawy, jeżeli chodzi o warunki życia, Europa całą gębą i lepiej nawet, bo z domieszką Ameryki; a poza tem wszystkiem i to jest bez porównania najważniejsze i najboleśniejsze — bo nikt w biurze paszportowem i mało kto z moich niemieckich przyjaciół zrozumie i uwierzy, ile ja w te moje „sprawozdania“ włożyłem uczciwej życzliwości i szczerej, prawie rzewnej przyjaźni.
Spotkałem się kilkakrotnie ze zdaniem, pochodzącem od dziennikarzy zagranicznych w Berlinie, że akty terroru są objawem tak dalece przejściowym, że nie warto im poświęcać myśli oraz miejsca w prasie. Nie godzę się z tem zdaniem. Moralne następstwa podobnych okresów dla ludzi, którzy czynnie je przeżywają, są tak doniosłe, że wiele historycznych postaci w Europie dzisiejszej pozostałoby dla nas zagadkowymi dziwolągami psychologicznymi, gdyby się o nich nie wiedziało, że wyrosły w atmosferze gwałtu i spiskowania po suterenach czy też gabinetach ministerjalnych.
Cóż więc myśleć o tych objawach brutalności rewolucji? Dużo o nich słyszałem przed wyjazdem z Polski. Znacznie mniej po przyjeździe do Berlina. Zrozumiałe to jest z wielu względów. Prasa europejska, zwłaszcza lewicowa, rozbrzmiewa tą „Greuelpropaganda“. W Niemczech o podobnych sprawach nawet pisnąć nie wolno. Nie było chyba jednego artykułu czy wzmianki wypowiadających sąd, albo ubolewanie z powodu jakiegoś aktu terroru dawno już znanego ogółowi. Co do prasy zagranicznej, ciekawe jest, że pisma np. angielskie, z konserwatywnym „Times‘em“ na czele, podają znacznie więcej szczegółów okropności niemieckich i częściej to czynią niż polska prasa. A chyba sympatja i wyrozumiałość dla Niemiec są bezwątpienia większe w Anglji niż w Polsce. Tłumaczę to sobie tem, że głównem źródłem informacyj o dzisiejszych Niemczech prasy polskiej są korespondenci polskich agencyj urzędowych lub półurzędowych, albo też pism polskich pośrednio lub bezpośrednio podległych rządowi. Rozumiem też, że obecny rząd w Polsce zwalcza przedewszystkiem skłonność do hecy w społeczeństwie i w wewnętrznem życiu politycznem. Spokój opinji polskiej stał się dziś najsilniejszą kartą w trudnej grze, jaka przypadła polskiemu ministerjum spraw zagranicznych. Jeżeli więc powściągliwość prasy w Polsce jest inspirowana zgóry, należy fakt ten tylko pochwalić. To co dalej napiszę, może nie będzie zupełnie w duchu tej polityki. Martwi mnie to. Pisać będę z poczucia uczciwości reportażysty, a nie z lojalności dla „europejskiej racji stanu“. I tu nie jestem zupełnie w zgodzie z własnem sumieniem.
Tymczasem powracam raz jeszcze do prasy niemieckiej. Próżno w niej szukać materjału bezpośrednio rzucającego cień na łagodność rządów Hitlera. Kłamliwość tej prasy jest tak zupełna, tak (oczywiście z musu) bezczelna, że trudno do niej przywyknąć. Czytając z gruntu fałszywy opis faktów, które się zna dokładnie, nie można powstrzymać się z początku od myśli, że zaszło tu jakieś nieporozumienie. Przytoczę dla przykładu półoficjalną, inspirowaną wzmiankę z okazji zajść przed redakcją pisma niemieckiego w Łodzi. Twierdzi ona prawie przekonywająco, że żaden obywatel polski na terenie Rzeszy nie ucierpiał szwanku na ciele lub majątku.
Drugi przykład jest mniej banalny. Richard Billinger, to jeden z najzdolniejszych poetów młodego pokolenia. Ten rosły jak dąb, barczysty chłop bawarski nie jest zaangażowany politycznie, aczkolwiek wiadomo, że sympatje jego są bezwątpienia po stronie liberalizmu. Nagle w wielkanocnym numerze urzędowego organu narodowych socjalistów „Völkischer Beobachter“ ukazuje się podpisany przez niego, pod względem formy słaby, pod względem treści płaski, wiersz deifikujący Hitlera[1]. Naturalnie budzi to zdumienie. Czyżby i Billinger przeszedł na podwórko rewolucji, śladami Stefana George‘a i Borchardta? Tylko że tamci, to ludzie, którzy nie mieli nigdy styczności z życiem. Ich opowiedzenie się za ruchem Nazi nie jest nawet poczytywane przez ogół niezależnej opinji literackiej za zdradę, a prędzej za dziwactwo i słabość ludzi, których partja potrafiła wyzyskać. Ale Richard Billinger! Mija trzy tygodnie. Jeden z moich znajomych spotyka Billingera. Nie wie dobrze, czy mu się ukłonić, ale ten podchodzi i z miejsca opowiada swoje zmartwienie. Wiersza, o którym była mowa, nigdy nie napisał; od trzech tygodni chodzi od redakcji do redakcji, starając się umieścić sprostowanie, ale żadne pismo nie ma odwagi wydrukować go. Prosi więc tylko teraz przyjaciół i znajomych, aby to sprostowanie podawali sobie z ust do ust.
Jakie pisma warto więc czytać? Przedewszystkiem zagraniczne. Dużo się w nich człowiek dowie o wypadkach w Niemczech z dnia poprzedniego lub sprzed dwu dni. Zważywszy sterroryzowanie prasy miejscowej, aż zdumiewa fakt, że na każdym rogu ulicy można kupić perjodyk tak gwałtownie antyhitlerowski, jakim właściwie jest każda gazeta zagraniczna. Miałem dziwny odruch, jadąc kiedyś autobusem. Czytałem „Times‘a“ i spostrzegłem, że jakiś pan, wyraźnie Niemiec, zaglądał mi przez ramię i starał się też czytać. W jednej chwili złożyłem gazetę. Moją instynktowną reakcją było usunięcie z przed oczu tego człowieka czegoś wysoce gorszącego i przewrotnego. Znajomych Niemców nie spotkałem na ulicy z dziennikami zagranicznymi. Dawniej, pamiętam, zawsze je czytali.
Z pism niemieckich warto przeglądać głównie dwa: „Deutsche Allgemeine Zeitung“ i „Vossische Zeitung“. Pierwsze, które było zawsze świetnie redagowanym organem zachowawczym, nie miało wśród swych współpracowników ani jednego Żyda. Trudno więc znaleźć pretekst do szykanowania takiego pisma. „D. A. Z.“, jak ją popularnie zwą, poddała się pozornie „koordynacji“. Dość jednak zręcznie operuje metodą a contrario, głównie w obronie spraw kulturalnych w najszerszem zrozumieniu tego słowa. W kwestjach polityki zagranicznej nie stanowi, jak i nie stanowiła, wyjątku w stuprocentowo jednolitym froncie prasy niemieckiej. Pod tym względem i socjaliści i katolicy śpiewają unisono. Jedynie pisma o tendencjach pacyfistycznych, rzecz prosta, dziś już nie istniejące, stwarzały mały wyłom w tym „zaczepnym“ murze.
„Vossische Zeitung“ zaś jest tem ciekawa, że można znaleźć w niej więcej „samobójstw“, „śmierci w więzieniu na chorobę nerek“ i wogóle aresztowań i t. p. Znaleźć, oczywiście, nie na pierwszej stronie, ani u góry szpalty, ale sumienny czytelnik nie może tego przeoczyć.
Co z tego, co w Niemczech nazywa się „Greulhetze“, można uznać za prawdę? Zgóry należy zaznaczyć, że od końca kwietnia do połowy czerwca bujność rewolucji przechodziła pewien stan zmniejszonej żywotności. „Greulpropaganda“ znajdowała mniej odżywki. Wydaje się, że teraz wraz z gwałtownym zwrotem przeciwko Stahlhelmowi, niemiecko-narodowym, Centrum, Bawarskiej Partji Ludowej i katolikom wogóle, — okres gwałtów znowu się rozpocznie. Ale tym razem aparat tajemnicy doprowadzony już zostanie do prawie idealnej hermatyczności, i wprost z politowaniem patrzeć będziemy na te prostackie metody z marca b. r., kiedy to rewolucja była jeszcze w powijakach (choć i teraz to dziecko drze się wniebogłosy).
Od czego tu zacząć? Czy zabijano? Tak. I bezpośrednio i przez bicie w Brunatnych Domach. Okrucieństw i zabójstw dopuszczali się tylko SA. Policja i władze więzienne były i są całkiem „correcte“. Stahlhelm także jest zupełnie wolny od wszelkich zarzutów w tym względzie. Główna kwatera SA była otoczona w pierwszych miesiącach po objęciu władzy przez narodowych socjalistów nimbem grozy, którą trudno opisać. Mało kto zawieziony tam, wychodził cało. Albo ślad ponim wogóle ginął, albo odnajdywano go z trudem w mniej lub więcej ciężkim stanie w szpitalu, lub też po tygodniach poszukiwań przychodziła wieść, że jest w obozie koncentracyjnym czy w więzieniu. Komunikowanie się ze znajomymi czy krewnymi pozbawionymi wolności jest rzeczą prawie niemożliwą.
Czyta się czasem, że ktoś w więzieniu umarł na serce lub na nerki (wiadomo — były odbite), ktoś popełnił samobójstwo, że ktoś został zastrzelony w czasie ucieczki. Jeżeli starszy pan z brzuszkiem, a nie zawodowy ptaszek więzienny zamyśla ucieczkę z instytucji karnej, musi naprawdę czuć się tam nieświetnie. Z powodu szalejącej zagranicą „Greuelpropaganda“ władze urządziły dla prasy zagranicznej zwiedzanie więzienia politycznego. Do każdej celi razem z dziennikarzami wchodził dyrektor zakładu i proponował więźniowi, żeby się na coś w swym obecnym trybie życia poskarżył. Można sobie łatwo wystawić przestraszone milczenie lub jeszcze bardziej przestraszone pochwały ze strony zapytanego. Jeden tylko kupiec-Żyd odpowiedział na pytanie talmudycznie: że mu się tak powodzi jak w panujących warunkach powodzić się może. Podobno miał tej swojej subtelności słownej później dotkliwie pożałować.
W pierwszych dniach rewolucji działy się rzeczy naprawdę groźne. W wielu wypadkach bojówkarze z SA załatwiali swoje osobiste porachunki i rachunki, bijąc lub zabijając zupełnie bezkarnie wrogów lub poprostu wierzycieli. Nie podam tego szczegółu w reportażu poświęconym kwestji żydowskiej, gdyż krawiec, oczywiście Żyd, który sprzedał hitlerowcowi ubranie na raty, cierpiał nie jako ofiara nienawiści rasowej, ale raczej okrutnej konjunktury finansowej u swego oprawcy. Dziś takie porachunki osobiste są nie do pomyślenia i chyba ostatecznie należą do przeszłości. SA wzięto jednakże trochę w ryzy.
Co do bicia i wypuszczania potem na wolność, przekonano się, że system ten jest tem słaby, że wypuszczeni zawsze muszą coś wygadać. Więc dziś naogół albo zamykają bez pastwienia się nad ofiarą, albo też niepożądany osobnik przepada bez wieści. Gdzieś, w jakimś lasku, dostaje kulą w łeb. Na likwidowanie zwłok znajduje się też różne pomysłowe sposoby.
Myśl moja zwraca się tu ku cudnej, liberalnej, nieznającej twardych wymogów racji stanu Polsce, gdzie tyle wylano (i ja wraz z innymi) łez i atramentu nad odosobnionemi incydentami podobnej natury. Teraz Polacy będą mogli sobie pozwolić na bardziej intensywną kampanję aktów bezprawia, gwałtu i terroru i jednocześnie zachowają prawo oburzania się na zachodniego sąsiada.
Chodzą słuchy, że teraz, o ile w Braunes Haus biją czy też stosują olej rycynowy (piękny ten obyczaj przyszedł z Włoch razem z ukłonem faszystowskim), operacja ta odbywa się zawsze w obecności lekarza.
Ale co tu można wiedzieć napewno? Terror jest kompletny. „Und niemand klagte, wer genass“, czy też prawie „niemand“. Poselstwo polskie posiada zresztą pod tym względem ciekawy dokument. Pobity obywatel polski złożył skargę do poselstwa, a po jakimś czasie nadesłał list z prośbą, żeby jego sprawę umorzyć; przyczem tłumaczył, że wprawdzie go bili, ale dopiero teraz zrozumiał, że mieli rację, że wszystko co się robi w imię Gleichschaltung — jest słuszne.
A iluż to ludzi nie wniosło wogóle zażaleń. Zbyt już byli szczęśliwi, że uszli z życiem i że teraz mogą zapaść w szary tłum. Wszystko to zresztą dotyczy tylko tych, którzy do jakiejś opieki mają wogóle prawo: mam na myśli cudzoziemców.
Ważnym powodem, dla którego zmniejszyła się ilość gwałtów, jest wypowiedzenie się rządu przeciwko wykonywaniu aresztowań przez bojówkarzy, a za pozostawieniem tej funkcji właściwemu organowi, czyli policji. Z Polizeipräsidium na Alexanderplatz idzie się tylko do więzienia albo obozu, ale nigdy do Braunes Haus, czy też do jakiegoś berlińskiego odpowiednika lasku sękocińskiego.
Przedłużałem sobie prawo pobytu w temże Polizeipräsidium i pomyślałem, że jednak wszystko nie wygląda tak doskonale, skoro tyle płaczących kobiet snuje się po korytarzach i siedzi godzinami w poczekalni.
Jak dalece wszystko, o czem wyżej piszę, jest znane społeczeństwu niemieckiemu? Śmiało można powiedzieć, że w 90% jest całkowicie nieznane; a w dodatkowych 9% spotyka się z „entuzjastycznym sceptycyzmem“.
Wiedzą o tych sprawach ci, którzy wyraźnie wiedzieć chcą. A rzecz to nie łatwa. Wie zatem opozycja lewicowa, dyplomaci i zagraniczni dziennikarze. Partja komunistyczna wydaje ręcznie odbijane pisemko, które jest podrzucane zainteresowanym osobom. Arkusz ten jest istną skarbnicą dla każdego greuelpropagandzisty, gdyż dane w nim są ścisłe i prawdziwe.
Wśród znakomitej większości SA panuje też kompletne nieuświadomienie, co do poczynań „narodowej czrezwyczajki“. Zresztą widać, że ci różowi, roześmiani, zdrowi chłopcy w bronzowych koszulach nie katowaliby sami i nie dopuścili do katowania jakiejś starszej kobiety za to, że pan, u którego pracuje w charakterze sekretarki, popełnił straszną zbrodnię tłumaczenia w lokalu publicznym artykułu z „Daily Telegraph“ towarzyszowi, który po angielsku nie rozumiał. Oczywiście, i sam chlebodawca sekretarki oberwał za swoje i artykuł nie był zupełnie „po linji“. Incydent ten jest prawdziwy. Dodać jeszcze należy, że pobito w bestjalski sposób (jak zwykle zresztą — do utraty przytomności) także młodą maszynistkę pracującą w tem samem biurze.
Czem biją? gumowemi pałkami; dość często, choć nie wiem dlaczego, kijami bilardowymi, lub też narzędziem, którego nie potrafię nazwać, ale postaram się opisać. Piętnastocentymetrowa, grubości dobrej laski, drewniana rączka; potem 20 cm. gęsto zwiniętej stalowej sprężyny (zwój ma 1½ cm. średnicy), dalej znów 20 cm. już trochę cieńszej sprężyny, a na końcu ołowiana gałka, mająca 3 cm. w przekroju; wszystko to obciągnięte skórą. Podobny instrument miałem sposobność oglądać na biurku u znajomego. Skóra była pęknięta na szwie i miejscami pokryta rdzą zaskrzepłej krwi.
Po kilku dniach spokojnego pobytu w Berlinie takie uwagi znajomych, jak „nie trzymaj notatek swoich w hotelu“, „uważaj co piszesz w listach“, „pamiętaj, że istnieje podsłuch telefoniczny“ (tak jakby w Polsce zapominało się o tem) — wydają się śmiesznie przesadne jak staropanieńskie zaglądanie pod łóżko. Podobno robiono rewizje w hotelach, jawne i tajne (à la Moskwa). Mnie się to nie przytrafiło. Łatwo jest być w Berlinie czas dłuższy, mieć stosunki i znajomych i przysięgać w zupełnie dobrej wierze, że terroru niema. Chyba, że szczęśliwy traf (o ty, przewrotne szczęście dziennikarskie) otworzy nagle człowiekowi oczy na zakulisową rzeczywistość.
Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy w drzwiach restauracji, gdzieśmy byli umówieni, po godzinnem oczekiwaniu ujrzałem czerwoną, zmieszaną, choć energiczną twarz mojego przyjaciela, pół-niemca, pół-amerykanina — Billa. Czem jest naprawdę, w duszy, nie wiem. Paszport ma amerykański, mieszka stale w Paryżu. Przeprasza, że się spóźnił, i opowiada, że całą noc nie kładł się spać i że ledwo żyje. Cóż się takiego stało? Poprzedniego dnia popołudniu dostaje telefon od Angielki, bony dziecka jego kuzynki, wzywający go natychmiast w bardzo ważnej sprawie. Kuzynka ta, także Amerykanka, jest żoną architekta — Berlińczyka, o sympatjach, o ile wiadomo, lewicowych. Bill wskakuje do taksówki, jedzie i dowiaduje się od zrozpaczonej bony, że pana zaaresztowano o północy, trzy dni temu; że, gdy przez dwa dni nie było o nim wieści, pani poszła do Polizeipräsidium. I oto minęła doba jak zniknęła. Bill natychmiast poruszył niebo i ziemię. Pomagał mu w tem jego paszport zagraniczny oraz kompletne opanowanie języka niemieckiego. Już nad ranem odnalazł swoją kuzynkę nieprzytomną w jakimś szpitalu. Przeszła była tej samej nocy amputację jednej piersi. Stan jej był ciężki. Z czasem dowiedział się, że skierowana z Polizeipräsidium do Braunes Haus, nie została tam poinformowana codo losów męża, ale zato kilkakrotnie zgwałcona, a pierś miała tak pogryzioną, iż operacja okazała się konieczna. Bill dowiedział się też, w jakiem więzieniu jest mąż, i że także jest ciężko chory. Obecnie od rana biega po wszystkich możliwych urzędach, aby uzyskać konieczną, kiedy chodzi o małoletnich, zgodę ojca na wywiezienie dziecka do Paryża, gdzie zajęłaby się nim żona Billa. Po nieprawdopodobnych perypetjach i wykazaniu niesłychanej energii — dopiął swego. Tego samego wieczoru byłem na dworcu, żeby go odprowadzić, i widziałem jak w paryskim sleepingu instalował jeszcze podnieconą, choć starającą się odzyskać narodową flegmę, bonę oraz elegancko wystrojonego dzieciaka.
I pomyślałem sobie: komfort sleepingu, do sąsiednich przedziałów podają przez okna, najpiękniejsze w Europie, berlińskie kwiaty; bona — to wykwalifikowana nurse angielska, a dziecko, jak z żurnalu — i to ma być rewolucja.
Powyższy wypadek podaję jako ciekawą przygodę z czasów mojego pobytu w Berlinie, nie jako przykład tego, co się codzień zdarza. Miałem bezwątpienia „szczęście“ dotknąć się sprawy wyjątkowej. Do poselstwa polskiego napłynęło kilkaset skarg i opisów okrucieństw. Kilku obywateli polskich nie udało się wogóle odnaleźć; kilku siedzi jeszcze bez powodu ani sprawy w więzieniu; bardzo wielu leczy się ze skutków swej „obcokrajowości“. A jednakże gdy opowiedziałem w poselstwie o kuzynce Billa, — powiedziano mi, że pierwszy raz słyszą o czemś podobnem. Kobiety bito, choć rzadko, ale o podobnych bestjalskich aktach nikt dotychczas nie opowiadał.
Co do bicia, mamy zresztą oficjalną enuncjację. Członek biura spraw zagranicznych partji Nazi (taki sobie mniejszy Rosenberg), wysłany dla robienia propagandy w krajach skandynawskich i zapytany na konferencji prasowej w poselstwie niemieckiem w Kopenhadze, czy prawdziwa jest pogłoska o pobiciu pewnej starej komunistki, nietylko odpowiedział, że to nie jest pogłoska, lecz prawda, ale jednocześnie wyraził gorące uznanie dla podobnych metod.
Powracając do poselstwa polskiego jak również do opinji zaciągniętej u innych dyplomatów, mających ciągłe stosunki z „Auswärtiges Amt“ — należy zaznaczyć, że wszyscy jednogłośnie chwalą sobie współpracę z tem ministerjum. Jest ono dość mało opanowane przez hitlerowców. Wódz nie wprowadził tak wielu nowych ludzi (pułkowników). A starzy (nie ze szkoły Rosenberga) dyplomaci niemieccy czują się oczywiście zażenowani niektóremi objawami panującego dziś w Niemczech bezprawia. Współdziałanie urzędników „Auswärtiges Amt“ w odszukiwaniu czy uwalnianiu cudzoziemców jest bardzo gorliwe, choć pomimo najlepszej woli niezawsze skuteczne. Tak się tedy dziwnie ułożyło, że osobiste stosunki pomiędzy tymi urzędnikami, a dyplomatami zagranicznymi nigdy lepsze nie były.
Pierwszy raz odkąd piszę o Berlinie użyłem przed chwilą słowa „bezprawie“. A choć wogóle jest ono ściśle związane z pojęciem rewolucji i choć w innych, bardziej typowych rewolucjach może objawiało się jaskrawiej, tutaj jednakże jest ono potencjalnie bardziej kompletne. Jest podniesione prawie do zasady, i tylko czasem bywa ubrane w formę prawną, zresztą tak naiwną, że to zakrawałoby zupełnie na humoreskę, gdyby ta hipokryzja prawna nie kosztowała wolności tysięcy jednostek.
Bezporównania najjaskrawszym przykładem takiego przemycanego bezprawia jest t. zw. „Schutzhaft“. Jest to stara, ze średniowiecza pochodząca forma aresztowania. Stosowało się ją, ażeby zapewnić bezpieczeństwo jednostce przez oddzielenie jej kratą więzienną od niebezpieczeństwa. Taki areszt mógł trwać niedłużej jak 24 godzin. Obecni władcy najpierw przedłużyli ten dopuszczalny okres do 48 godzin, a później (duży skok) zaraz do 3 miesięcy. Ogromna większość tych tysięcy ludzi, którzy zapełniają dziś więzienia niemieckie, oraz tych, którzy przesiedzieli jeden albo kilka dni i zostali wypuszczeni nie wiedząc nawet, co było powodem pozbawienia ich wolności, właśnie z tej „obrony prawnej“, jaką jest „Schutzhaft“, korzystali. Trzy miesiące od pierwszych takich aresztowań już dawno minęły, co nie znaczy, że wdrożone sprawy przeciw uciemiężonym lub też że ich zwolniono.
Ale czyż można wyliczyć wszystkie objawy bezprawia i opisać całą garderobę płaszczyków, pod któremi się ukrywa? Jest jeden taki płaszczyk demagogiczny, w który wszyscy prawie wierzą jak w królewską koszulę z bajki Andersena. A mianowicie „zarzuca się“ osobom, które się chce zniszczyć, poprostu nieuczciwość. Urzędowe oświadczenie, że ktoś kradł, dopuszczał się nadużyć natury finansowej, wyzyskiwał swoje wpływy czy stosunki i t. p. — któż na całym świecie natychmiast w to nie uwierzy? Może jakaś zaślepiona matka, i to chyba nie w czasach dzisiejszych. Tylu tysiącom ludzi przypisano podobne sprawki, że opinja publiczna nie może się wprost połapać, czy wytoczono sprawy tym rzekomym kanaljom, czy zostali skazani. Wiadomo, że są zaaresztowani, że siedzą: dobrze im tak. A gazeta jutrzejsza przyniesie tyle nowych sensacyj, że o wczorajszych „panamach“ nie będzie czasu myśleć.
Tak łatwo przecie przyczepić się do ludzi operujących ogromnymi kapitałami publicznymi. Gdzie tylko jest fundusz dyspozycyjny — tam szantaż murowany. Aż strach pomyśleć, coby się mogło stać, gdyby inny régime zastąpił obecny i chciał zastosować te same metody walki. Bo nie trzeba myśleć, że wszyscy narodowi socjaliści mają głęboką pogardę dla własnej kieszeni. Jeśli chodzi jednak o tę dziedzinę, plotek opowiada się niewiele, a skandali wogóle jeszcze nie było. Ludzie u góry są, zda się, uczciwi, choć oczywiście, jak i w innych krajach, zgrywają się na Diogenesów. Czasem ich beczka okazuje się beczką Danaid, ale w to nie wchodźmy. Hitler naprzykład całą swoją pensję kanclerską oddał na „cele“, skądinąd jednak wiadomo, że ma podobno niezły dochód z „Völkischer Beobachter“.
Powróćmy do rzekomych nadużyć. Zarzuca się je wszystkim „niedogodnym“. Tak aresztuje się hrabiego Eulenburga, osobistego przyjaciela syna Hindenburga. Prałat Kaas, były przewodniczący byłej partji Centrum, zaskoczony wypadkami zagranicą, postanawia pozostać w Rzymie ad infinitum, gdyż wie dobrze, że na granicy Niemiec byłby zaaresztowany pod zarzutem brudnych machinacyj pieniężnych. Wreszcie najskuteczniejszą bronią, która przyczyniła się do kompletnego zniszczenia organizacyj robotniczych i zawodowych, było rzucenie podejrzeń na czystość rąk przewódców związków zawodowych, Grassmanna i Leiparta, dwóch starych ludzi, znanych z prawości, uczciwości i bezinteresowności, którzy całe życie poświęcili sprawie robotniczej. Przeciw jednemu z nich wysunięto zarzut, iż pobierał „niesłychanie wygórowane wynagrodzenie“, bo aż 700 mk. miesięcznie. Ale jak już wspomniałem, zarzut chciwości, choćby poparty tak śmiesznie słabymi argumentami, zawsze trafia do złośliwej łatwowierności tłumu. Tłum ten w Niemczech pozwolił i ze spokojem patrzał na zniszczenie przeszło półwiekowego dorobku i zdobyczy klasy robotniczej wogóle i partji socjal-demokratycznej w szczególe. Stracił on wiarę w uczciwość swych przewódców, i jednocześnie jakiś dziwny węzeł myślowy, jakaś psychoza kazała mu zobojętnieć na wszystko, co zbudował swemi oszczędnościami i ofiarnością, w co do tak niedawna święcie wierzył, jako w jedyną drogę do lepszej przyszłości. Klasowo uświadomiony Niemiec nie ma w co dziś wierzyć, więc mówi sobie, że może rząd ma i rację, może go ostatecznie nie skrzywdzi.
Nie potrafię przeprowadzić analizy wszystkich składników, czy „rozkładników“ stanowiących o atmosferze rewolucji, która się w Niemczech dokonywa. Bezwątpienia, pewne analogje z Rosją sowiecką wzmacniają świadomość, że tu naprawdę odbywa się rewolucja. Jest nerwowość w powietrzu i nie da się o tem zapomnieć ani na chwilę. Jest też ciągle mowa o sabotażu i kontrrewolucji. Do walki z niemi, podobnie jak do walki z korrupcją, ustanawia się nawet odrębne urzędy. Dla tych i im podobnych, nowopowstających urzędów naznacza się „komisarzy“ z poleceniem, aby w ciągu, dajmy na to, trzech dni dobrali sobie współpracowników, zorganizowali biura, rozpoczęli działalność i złożyli o niej i projektach na przyszłość raport rządowi.
A poza tem wszystkiem istnieje na tle już i tak dość zagmatwanego schematu administracji, z ministerjami i urzędami Rzeszy i odrębnych jej krajów, jeszcze nieprawdopodobna, że tak powiem, koleżeńska nonszalancja, z jaką ministrowie i komisarze mieszają się do spraw cudzych resortów lub innych krajów Rzeszy. Zabierają oni publicznie głos na tematy, które, zdawałoby się, mają swoich „naturalnych“ referentów. Jak na kiermaszu nikogo nie razi ani drażni, że dwie sąsiadujące karuzele grają — jedna marsza, a druga polkę, — tak samo w tej barwnej i jak kiermasz podniecającej imprezie przewrotu narodowo-socjalistycznego ten zamęt w pośpiechu jest uważany nietylko za objaw naturalny, ale nawet za oznakę pewnej młodzieńczej żywotności. W każdym razie potwierdza to bezwątpienia istnienie wśród sfer rządzących prawdziwej „Kameradschaft“.

Siedzę w kawiarni. Przejeżdża siedem czy osiem ciężarówek. Ustawiono w nich ławki, a na ławkach siedzą, trzymając karabiny między kolanami, policjanci i członkowie policji pomocniczej. Wiadomo co to znaczy: razzia. Otoczą cały blok domów lub nawet kilka ulic, a może jaki park, wszystkich wylegitymują i poddadzą rewizji. Podejrzanych zatrzymają. Taka obława trwa czasem cały dzień. Zdarza się głównie w dzielnicach ubogich, gdzie dużo jest komunistów, lecz i w centrum i w Westend bywa również przeprowadzana. Znajoma moja, żona wysokiego urzędnika „Auswärtiges Amt“ musiała kiedyś siedzieć zamknięta w domu do samego wieczora. Telefonowała do męża, żeby uzyskał jej „zwolnienie“. Nic nie pomogło. Protekcja w tych razach pozostaje bezskuteczna. Oczka w sieci są zupełnie równe. Kogo się tak łowi? A mało to jest wrogów i podejrzanych: prawicowych, lewicowych, centrowych, no i wogóle niehitlerowców.
Auta przejechały. Zaglądam do gazety. Panna Neppach, tennisistka, Żydówka, którą widziałem wczoraj w barze, „popełniła samobójstwo z niewiadomych powodów“. Córka Scheidemanna wraz z mężem popełnili samobójstwo. Profesor Mayer, nieoceniony znawca sztuki i dyrektor monachijskiej Pinakoteki, popełnił samobójstwo w więzieniu. Burmistrz jakiejś mieściny na Fryzach, poseł socjal-demokratyczny z Hamburga i t. d. i t. d… popełnili samobójstwa. Nie chce się wprost wierzyć. Nie podaje się nigdy szczegółów śledztwa, a rzadko kiedy sposób, w jaki samobójca skrócił swoje dni.
Tak. To chyba jest rewolucja.
A czy to co piszę jest „Greuelpropaganda“? Nie. Ciągle radziłem się swego sumienia. To co piszę, to uczciwa, smutna prawda.


Przypisy

  1. Oto jedna zwrotka:
    „Fünf Finger hat der Meinen rechte,
    Fünf ihre treue linke Hand,
    In unserm Haus sind zwei Gerechte,
    Der Christ und Hitler, an der Wand“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Sobański.