Cywil w Berlinie/Cywile, Reichstag i książki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Sobański
Tytuł Cywil w Berlinie
Rozdział Cywile, Reichstag i książki
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Drukarz Piotr Laskauer; Druk. „MONOLIT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CYWILE, REICHSTAG I KSIĄŻKI.

Czem jest odwaga cywilna? Jest to objaw indywidualności. Skoro grupa czy zbiorowość czuje jednakowo, niema już miejsca na tę cnotę. Więc i w narodzie, który, jak wykazały ostatnie wypadki, ma we krwi zmysł organizacji żołnierskiej, trudno jest odnaleźć objawy odwagi innej niż fizycznej. Byłby to wprost wybryk. Jakto? Dobry żołnierz, a ma swoje zdanie i jeszcze się przy niem upiera? Naród niemiecki był od wieków wychowywany w duchu bojowym. „Heldentum“ — bohaterskość, oczywiście, w znaczeniu wyczynów wojennych, jest gloryfikowana jak nigdzie. Kult dla Richthofena naprzykład jest dziś w Niemczech tak żywy jakby ten, naprawdę zresztą nadzwyczajny, lotnik zginął wczoraj. Z drugiej strony, w podświadomości narodu istnieje podejrzenie, że wszelka „Geistigkeit“ (duchowość) jest czynnikiem osłabiającym i przez to nie może istnieć w jednostce lub też zbiorowości równocześnie z odwagą fizyczną. Nietylko nie może współistnieć, lecz jest jej wręcz wroga. Od „pięknoduchów“ łatwo też mogą nawymyślać. A wiadomo, że grupy silnych ludzi, rządzących obecnie niektóremi państwami Europy, uważają to słowo za świetną i miażdżącą obelgę. Może zresztą nietylko rządzący, ale wogóle ludzie jutra. Wątpię, aby nasz student — nacjonalista, spalający się w szale nienawiści do wszystkich sąsiadów Polski i do wszystkich jej mniejszości, znalazł w sobie dużo miejsca na duchowość, już nie mówiąc o uduchowieniu.
Co do Niemiec, wyżej wypowiedziany sąd musi się wydać surowy. Jest takim. Ale może się też wydać aprioryczny, bezczelny. Nie wypowiedziałbym go też, gdybym nie znalazł jego potwierdzenia u osób inteligentnych, znających Niemcy nawskroś, — poprostu u samych Niemców.
Dużo miejsca poświęciłem powyższym wyjaśnieniom, ale było to konieczne. W dalszem nawiązywaniu kontaktu z niemiecką dzisiejszością będziemy musieli wciąż powracać do tego zagadnienia. Bo albo zdziwi nas, że jakaś wybitna jednostka czy grupa nie zaryzykowała skórą (o głowie nie mówię, bo męczeństwa wymagać można tylko od siebie samego, chyba że się jest rządem), albo też, że ludzie stojący bezwątpienia poza niebezpieczeństwem represyj, a przeciwnie, posiadający pełną kontrolę nad aparatem władzy, postąpili, zdawałoby się, po tchórzowsku. Tymczasem wcale nie. Oni są poprostu organicznie niezdolni do wystąpienia z szeregu. „Gänseschritt“ nie znosi arytmji; dobry żołnierz nie myśli, tylko swoje robi. A że to „swoje“ czasem jest cudzem życiem, no to trudno.

Przyszedł wieczór. Spotykam się na kolacji z pierwszym moim berlińskim znajomym. Idziemy do Schlichtera. Jest to knajpa, gdzie schodziła się cała bohema. Nie wstydzę się w tym wypadku tego skądinąd żenującego słowa, bo zachodzi tu rzadki wypadek kiedy określenie odpowiada prawdzie. Za mało znam Berlin, aby zdać sobie sprawę kogo brakuje tam ze „stammgastów“, ale widzę zaraz, że publiczność ma charakter wybitnie mieszczański. Zasiadamy. Cóż się też dowiem od Kurta? Ranny telefon, o którym pisałem, powiedział mi już wiele. Ale autokrytyka to jedna sprawa, a cudzoziemiec żerujący na sensację w kraju przechodzącym tak ciężką operację, to zupełnie co innego. O tem muszę pamiętać.
Kurt należy do powojennych Niemiec. Znam go od lat sześciu. Od tego czasu bywał na wozie i pod wozem, ale przeważnie pod. Odkąd go znam, nie miał stałego zajęcia. Urodzony w Poznaniu, nie chciał pozostać przy rodzicach na polskim Górnym Śląsku i pokłócił się z nimi. Chłopiec prawy, inteligentny, z naukami przerwanemi w połowie gimnazjum, rozgoryczony jest i wykolejony do głębi. Zawsze mnie dziwiło, że nie został komunistą, a teraz wprost zdumienie mnie ogarnęło, że nie uchwycił się tej deski ratunku, jaką mogło się stać dla niego wstąpienie do szeregów SA. Tłumaczy mi, że szanuje czystość intencji i nie znosi oportunizmu. Pozatem ze wszystkiego co mówi widać, że jest indywidualistą. Po pierwszych zdaniach zmiarkowałem, że narodowego socjalizmu nie znosi, a będąc obdarzony czujnym zmysłem humoru, nie może wprost przyzwyczaić się do zewnętrznych, często śmiesznych objawów rewolucji. Ciągle porozumiewawczo szturcha mnie łokciem. Tymczasem ja robię szlachetne wysiłki „asymilacyjne“ i staram się przywyknąć do tego całego egzotyzmu. Zmysł humoru Kurta sprawia, że chętniej opowiada anegdoty, niż udziela informacyj rzeczowych. Pozatem jest zmęczony i smutny.
Całe rano trzymali go w urzędzie podatkowym; jak mówi, przeszedł tam istną inkwizycję. Wszyscy znajomi zresztą skarżyli się mnie na to samo. Rząd Nazi przykręcił śrubę podatkową, jak jeszcze żaden z jego poprzedników. Podobno urzędy podatkowe zdwoiły personel. Zresztą nietylko podatkowe, bo w niektórych innych urzędach luki, wytworzone przez rugi partyjne czy rasowe, zostały wypełnione „z czubkiem“ przez „swoich“ ludzi.
Tu niepolityczna wstawka. O Kurcie i urzędzie podatkowym. Rozwścieczony niedyskretną, a przewlekającą się indagacją, oznajmia, że dochody ma niestałe, bo jest na utrzymaniu u mężatki. Na to urzędnik: „Proszę o nazwisko tej pani — my to sprawdzimy“, i tu następuje rycerska odpowiedź: „Powiedziałem, że ta pani jest mężatką“.
Pytam Kurta o jego rówieśników, o chłopców poniżej trzydziestki. Co się z nimi dzieje? Co też myślą o przewrocie? Słyszę odpowiedź, że wszyscy są w partji. Co, i komuniści i socjaliści też? A jakże.
— Więc, znaczy, masz dużo znajomych w partji? — O, chyba przeszło setkę.
— Co, i wszyscy z przekonania? — Nie. Nie znam ani jednego, któryby się entuzjazmował.
— Więc jakież są powody, że ci wszyscy chłopcy są w SA?
Następuje dość jasne, widać że przemyślane wyjaśnienie. Powodów jest wiele. Chyba najważniejszy — to bieda. Nęci jedzenie, płaca, mundur prawie darmowy, ewentualnie koszary. Komorne przestaje być zmorą.
Potem w hierarchji powodów idzie bezczynność. Przecież każdy Niemiec jest wychowany w tradycji szacunku i konieczności pracy. Jest przeważnie zdrowy i czynny. Brak zajęcia był dla niego i upokorzeniem i poprostu torturą fizyczną. Świadomość, że partja, choćby od czasu do czasu, będzie go potrzebowała, że powierzy mu jakąś funkcję, choćby maszerowanie w szeregu, musi grać tu rolę rozstrzygającą.
Znowu dygresja. Tajemnicą chyba pozostanie przyczyna świetnego wprost stanu fizycznego tej niemieckiej młodzieży, trwającej w biedzie i bezczynności od tylu lat. Sporty, kult ciała, słońce i woda — to wszystko istnieje i w Polsce. A jednak kiedy w dzień po moim powrocie z Niemiec widziałem defiladę polskiego Przysposobienia Wojskowego i porównałem tych chłopców z ich niemieckimi rówieśnikami, mimowoli nasunęła mi się myśl, czy za czasów Grunwaldu stosunek fizyczny naszych ras był taki sam? A jeżeli tak, to co zwycięża? Przypuszczam, że młodzież niemiecka jest dziedzicznie obciążona zdrowiem i skutkami wysokiej stopy życia. Kilkanaście lat nędzy nie może widocznie zniszczyć tego dorobku. A znowu u nas: przypomnijmy sobie, jak wyglądał przedwojenny gimnazista, nawet z zasobnej inteligenckiej rodziny. Wszak był to żywy pomnik wystawiony złej przemianie materji. Dzisiaj jednakże postęp jest ogromny.
Powracam do wykładu o popularności SA. Dalszy powód: to strach. Jakaż znikoma ilość młodych ludzi w Berlinie nie należała do jakiejś organizacji, szczególnie zważywszy typowo niemiecki pęd do skupiania się pod jakimś sztandarem. Za Republiki Weimarskiej, a zwłaszcza w samym Berlinie ugrupowania te, choć może niepolityczne, były jednakże przeważnie postępowe. Trzeba tę wstydliwą przeszłość zamazać. Można jeszcze stracić posadę, jeżeli się ją ma. Jak lepiej zamanifestować swą lojalność, niż wstępując do SA?
Przyjaciel Kurta, pracujący w dużym domu handlowym, został wezwany przez szefa oddziału osobowego i zapytany, czy należał kiedy i do jakiej partji, lub też organizacji. Odpowiedź była negatywna. „A obecnie należy pan?“ „Też nie“. „No to żałuję. Będziemy musieli się rozstać“. Rozpacz urzędnika; pyta się co ma uczynić, aby pozostać na stanowisku. Słyszy odpowiedź: „Może moglibyśmy pana zatrzymać, gdyby pan np. wstąpił do partji“.
Czy podobnych wypadków przymusu było wiele, zanim nastąpiło zamknięcie szeregów partji — niesposób sprawdzić.
Powodem nie do pogardzenia jest też żądza władzy. Tkwi ona prawie w każdym z nas. Więc cóż dziwnego, że nerwowo i fizycznie wynędzniały bezrobotny, który jeszcze niedawno może nawet żebrał, a dzisiaj nagle ma sposobność rozkazywania i każdy cywil musi go się bać, — nie umie oprzeć się tej pokusie.
Wreszcie jednym z powodów jest sobie mała, że tak powiem: żydowska (horribile dictu) kombinacyjka. A mianowicie: wiadomo jest, że od dn. 1 stycznia 1934 r. będzie wprowadzona obowiązkowa służba pracy: taka, jaka naprzykład istnieje już w Bułgarji. Młody człowiek, odpowiadający mniejwięcej fizycznym warunkom, potrzebnym dla służby wojskowej, zostanie wciągnięty do specjalnych kadr, będzie umundurowany, skoszarowany czy „zobozowany“, będzie użyty do robót meljoracyjnych, drogowych, budowlanych i t. p. i oczywiście, będzie przechodził musztrę wojskową. Służba ta może być ciężka. Ale ci, którzy wstąpili już do SA i obecnie odbywają przeszkolenie wojskowe, mają wszelkie szanse, że będą użyci w tych kadrach pracy — jako wyższe szarże.
W późniejszej rozmowie z jednym z moich przyjaciół, który jest grubą rybą w ruchu narodowo-socjalistycznym, ze złośliwą satysfakcją zapytałem się go, czy prawdą jest, jakoby strach przed pracą przymusową w styczniu przyszłego roku był już obecnie przyczyną żywiołowego wstępowania do SA. Powiedział, że nigdy się nad tem nie zastanawiał, że nie jest to wykluczone, i widać było, że biedakowi zrobiło się bardzo smutno. Widocznie obliczał, że drogie jest dyskonto zapału.
Rozmowa nie klei się. Kurt zamilkł. On twierdzi, że stoliki stoją za blisko siebie. Bo prawdą jest, że nigdy w życiu nie widziałem tylu „plotkujących“ głów, co w lokalach berlińskich. Każdych dwoje ludzi to, przysiągłbyś, para zakochanych, tak sobie czule szepczą w uszko. A na ulicy mundurowiec ostrogami dzwoni. Jak widzimy, role są podzielone.
Wychodzimy więc na ulicę. Kurt czuje się tu znacznie swobodniej. Wylewa też na mnie całe katarakty „kawałów“. Większość ich, jak wszystkich „kawałów“ świata, jest nie do powtórzenia. Ale tych, na zagranicę cenzuralnych, o charakterze czysto politycznym, jest też cała masa. Należy je opowiadać jednakże oględnie (od słowa „oglądać się“). Sąd się rzadko śmieje, a jest już wyjątkowo drażliwy na punkcie kwestji spalenia Reichstagu. Za powtarzanie jednej z dwuch następujących dykteryjek kilku, może nawet nie wybitnie kontrrewolucyjnych „kawalarzy“, zostało skazanych na półtora roku więzienia.
Więc pierwsza dykteryjka. Wieczór pożaru w Reichstagu. Goering siedzi u siebie. Nagle wpada służący i woła: „Ekscelencjo, Reichstag się pali“. Na to Goering spogląda flegmatycznie na zegarek i mówi „Ach, już?“.
Druga dykteryjka osnuta jest na tle faktu ze śledztwa w sprawie van der Lubbe‘go, rzekomego podpalacza. „Dlaczego van der Lubbe‘mu spaliła się w Reichstagu koszula?“ „Bo była bronzowa“.
A teraz — skąd ta, zdawałoby się, przesadna wrażliwość na tym właśnie punkcie? Otóż pamiętajmy, a mało kto w Europie zdaje sobie z tego dzisiaj sprawę, że Hitler został wybrany i wywyższony wolą narodu. Że naogół, i wszyscy są tego zdania, wybory marcowe nie były fałszowane. Rządzi więc Hitler pełnoprawnie. A prowokacja ze spaleniem Reichstagu jest tą przykrą, brudną i śmierdzącą (spalenizną) sprawką, o której chciałoby się corychlej zapomnieć. Ogień wogóle wiele krzywdy wyrządził reputacji Trzeciej Rzeszy. Ale chociaż już Reichstag nie był tą Ablową ofiarą, której dym szedł prościutko w niebo, to swąd palonych dn. 10 maja książek rozpełzł się gryzącym oparem po całym świecie. Historja ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.
Weźmy dla przykładu katastrofę „Titanica“ i pierwszą lepszą bitwę podczas Wielkiej Wojny. Ginęło tam gwałtowną śmiercią kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt razy więcej ludzi niż na „Titanicu“, i to wyłącznie młodych i zdrowych. Drugie tyle wychodziło z tej imprezy — kalekami. Ale „Titanic“ był i pozostanie zawsze jakoś bardziej fotogeniczny.
To samo z książkami spalonemi na Opern-Platz‘u dn. 10 maja. Kiedy się tam tak, jak ja, stało i widziało brak entuzjazmu, a przedewszystkiem obserwowało małą, w porównaniu z możliwościami miejsca, spektaklu i propagandy, liczebność tłumu; kiedy słyszało się zażenowane wyjaśnienia ludzi w ruchu narodowo-socjalistycznym wybitnych, tłumaczących, że młodzież musi jakoś ogniście i ciepło zamanifestować swoje zwycięstwo; kiedy się widziało, jak dalece rząd wolałby, żeby palenie wogóle nie doszło do skutku, cały ten dziki obrządek musi się wydać jednak mniej potworny, niż wydał się w pierwszej chwili słusznie oburzonej opinji kulturalnego świata.
Najciekawszym fenomenem jest tu nie masowa psychoza, którą tak łatwo wywołać hasłami nienawiści, ale fakt braku odwagi cywilnej ze strony rządu, który nie potrzebował chyba bać się studentów, a jednakże pomimo obawy rozgłosu, jaki musi wywołać to auto-da-fé, nietylko go nie zabronił, ale jeszcze wydelegował swego ministra propagandy Goebbels‘a, i ten o północy, choć stosunkowo jak na siebie umiarkowanie, ale jednakże przemawiał nad palącym się stosem.
Choć prasa codzienna dała liczne sprawozdania z tej smutnej ceremonji, przypuszczam, że warto przypomnieć pobieżnie jej przebieg. Pochód studentów uformował się gdzieś na przedmieściu i ruszył, odwiedzając po drodze składy skazanych książek.
Jak się do tych książek doszło?
Otóż przez kilka dni przed paleniem wszystkie pisma zamieściły wzmianki, że każdy kto życzy sobie przyłożyć rękę do dzieła niszczenia niepożądanej literatury, winien szkodliwe dzieła wyjąć ze swego księgozbioru, zapakować, zaadresować i wysłać pocztą pod wskazany adres. Wskazówek udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś naprzykład spalił u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dzieła Heine‘go czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.
Zresztą ani Heine, ani Spinoza na liście palonych książek nie figurowali. Są to jednak wyjątki, których panujące nastroje nie usprawiedliwiają. Prasa wciąż tylko judzi i wprost tarza się w tych najgorszych absurdach, jakie wypływają z przeprowadzenia jakiejkolwiek myśli do jej ostatecznego, logicznego końca.
Drugiem źródłem takich „rozkładowych“ książek była „czistka“ przeprowadzona w bibljotekach takich, jak związku urzędników państwowych czy innych kompletnie rządowi podległych. Nie było konfiskat książek ze sklepów czy też wypożyczalni o charakterze handlowym. Nie robiono też „czistki“ w bibljotekach instytucyj naukowych. Wprawdzie we Wrocławiu studenci zagrozili, że przystąpią do rewizji po domach prywatnych, ale do tego nie doszło. Zresztą cyfra 20.000 spalonych tomów świadczy, że palenie było aktem symbolicznym i nie zmierzało do faktycznego zniszczenia niepożądanych dzieł.
Książki załadowano więc na trzy ciężarówki, udekorowane hitlerowskiemi flagami. Pochód nie był liczny. Składał się z korporacyj z ich orkiestrami i ze studentów niosących pochodnie. Ludność, że tak powiem, cywilna nie brała w nim udziału. Jednakże, ponieważ maszerowano w formacjach wojskowych z dużemi odstępami między poszczególnemi grupami, pochód ciągnął się dość długo. Czas jego przybycia na Opernplatz wyznaczony był na jedenastą wieczór. Już o dziewiątej pięciometrowy pas, pozostawiony dla publiczności wokoło prostokątnego placu, był ściśle wypełniony widzami. Środek placu, odgrodzony sznurami, patrolowała policja. Pośrodku stał stos belek, mający 3 metry sześcienne objętości, a na specjalnem podjum ustawione były jupitery, aparaty kinowe i mikrofony. Oczywiście i dachy i okna, okalających plac gmachów, miały swój komplet publiczności. Jednakże oba końce czworoboku wogóle się nie zapełniły, tak, że nawet ruch kołowy na Unter den Linden nie był ani na chwilę wstrzymany. Gdyby w pogodny letni wieczór zatrzymać ruch spacerujących po Unter den Linden, między Zamkiem a Bramą Brandenburską, — nie stworzyłoby to chyba mniejszego zbiegowiska. Prawda, że na godzinę przed nadejściem pochodu spadł mały deszcz, ale wnet się wypogodziło.
Tłum, wśród którego stoję, nie powitał nawet nadchodzącego pochodu. Jest pogodny, bo niemiecki, bo jest wiosna. Przeważnie każdy mężczyzna jest ze swą niewiastą. Zainteresowanie, odzwierciadlone na twarzach należy do kategorji — letnich. Jedyne okrzyki pochodzą od maszerujących studentów i od tych, którzy jadąc na ciężarówkach, powiewają wielkiemi flagami ze swastyką. Pochód bardzo sprawnie wkracza i rozmieszcza się na środku placu. Stos okrążają i rzucają nań pochodnie; tak powstaje historyczny płomień. Muzyka wciąż gra. Nagle słychać przemówienie jakiegoś profesora. Skolei występuje dwunastu studentów kropka w kropkę jak nasze dzielne korporanty, kompletni z „deklami“. (Dekiel — to jakoś nie po polsku brzmi? Czyżby to przyszło od zachodniego wroga razem z tak histerycznie opłakiwanym ustrojem uniwersyteckim?) Każden ma książkę w ręku i wymawiając pokolei tę samą rytualną formułę: „Powierzam płomieniom dzieła (dajmy na to) Karola Marxa“, wrzuca książkę do ognia.
Ogólne wskazówki co do autorów, których należy palić, były następujące:
Najgorsi to pacyfiści: np. Ludwig Renn.
Potem (o, subtelności!) książki specjalnie zohydzające Wielką Wojnę: Remarque.
Następnie historje wojny światowej w duchu pacyfistycznym.
Książki krytykujące Mussoliniego i faszyzm. Tu wstawka. Rozeszła się pogłoska, że palono dzieła Pitigrillego, jako pornograficzne, ale zaraz nazajutrz w pismach ukazało się sprostowanie, że to nieprawda, że gdzieżby palono dzieła najwybitniejszego humorysty zaprzyjaźnionego narodu włoskiego.
Oczywiście, zbiorowe dzieła Marxa i Lenina. Tego biednego Marxa, który takie straszne rzeczy wypisywał o Żydach.
Później wogóle autorów żydowskich, jak Lion Feuchtwanger, Emil Ludwig, Jakób Wassermann, Arnold i Stefan Zweig‘owie, Kurt Tucholsky, Ernst Toller, Theodor Wolff, Alfred Kerr, Alfred Döblin, Arthur Holitscher, Egon Erwin Kisch, Bernhard Kellermann, Leonhard Frank, Franz Werfel, Vicky Baum i t. d.
Specjalnie wyróżnieni: żydowscy burzyciele obyczajności — czytaj: Magnus Hirschfeld.
Potem następuje długa lista już całkiem niespodziewanych autorów. Powód dla którego zostali spaleni, pozostanie nazawsze fascynującą zagadką. Bo skoro jako kryterjum wysuwa się, że są obcy duchowi narodowego socjalizmu, to autorów takich znalazłoby się znacznie więcej, niż ich było na liście, choćby wspomniany już Goethe. Należą tu: Thomas i Heinrich Mann‘owie, Erich Kästner, Bertha von Suttner, Foerster, Upton Sinclair, Ernest Hemmingway i nawet, zdawałoby się niewinny, Jack London.
Dwunastu „Kulturträgerów“ zrobiło swoje i ustąpiło miejsca liczniejszej grupie towarzyszy, którzy tworzą żywy łańcuch pomiędzy ciężarówkami a stosem, podając sobie z ręki do ręki książki, aż ostatni, stojący przy samym ogniu, podrzucają je wysoko w górę, a te, rozwarłszy białe swe kartki opadają, oświetlone zdołu płomieniem, zupełnie jak ptaki. Przychodzi chwila nieznośnego dla mnie wzruszenia. Jakiś szalony żal chwyta mnie za gardło i wyciska łzy z oczu. Nie mogę przemówić do Kurta. Żal tych książek jako ginących przedmiotów; żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną“ hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się zagranicą tak bardzo miejscowym, tak bardzo niemcem. Pomyślałem o uroczystościach weimarskich z przed roku. Ciągle ta myśl powraca.
A tymczasem muzyka gra. Ci, co biorą udział w obrządku, wiwatują umiarkowanie, a jupitery chodzą po placu, jak beznadziejne latarnie morskie.
Nagle cisza. Przemawia Goebbels. Źle słychać, tylko od czasu do czasu można rozróżnić pojedyńcze słowa i ten specyficzny ryk, jaki wydają przewódcy narodowego socjalizmu, kiedy chcą naprawdę zawładnąć tłumem. Robi to i Hitler i Goebbels; najmniej Goering. Żadna parodja przemówienia nie potrafi oddać tego demagogicznego tonu. We mnie budzi to zawsze śmiech.
Po krótkiej mowie ministra propagandy, tłum blisko stojący, wznosi okrzyki na jego cześć, a reszta dalej trwa w zupełnie gapiowskiej bierności. Dopiero przy pierwszych dźwiękach hymnu hitlerowskiego „Horst Wessel Lied“ cały tłum ożywia się i śpiewa z zapałem wszystkie trzy zwrotki. Muszą wydać się one nieskończenie długie dla tych, których ukłon faszystowski, trwający dobre pięć minut, — nuży. Bo wszyscy mężczyźni okrywają głowy, a „rączka do góry“ obowiązuje bez względu na płeć. Oglądano się trochę na mnie, że nie wykonywam tych gestów, ale nikt mnie w tej sprawie nie zaczepił.
Koniec ceremonji. Tłum się rozchodzi. Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tem błocie wszyscy szukają pamiątek. Przez kilka następnych dni wśród moich „nieodrodzonych“ znajomych odbywały się prawdziwe licytacje na te pamiątki, znane pod ogólnym mianownikiem: „Von dem Feuer gerettet“. Ja osobiście zdobyłem dwa trofea. Jedno to duży, na kartonie naklejony plakat: reklama powieści Remarque‘a „Na zachodzie bez zmian“. Ze względu na rozmiary musiałem go niestety zaraz podarować. A drugie, to karta pocztowa — formularz dla pragnących zapisać się na członków Światowej Ligi Reformy Seksualnej. Pod oficjalnym adresem Ligi w nawiasie: dr. Magnus Hirschfeld. Ten szacowny, choć w błocie zbrukany dokument, mam zamiar ofiarować polskiemu oddziałowi Ligi, czem niewątpliwie zyskam sobie serca wszystkich współpracowników „Życia Świadomego“.
Jako pocieszający szczegół tej smutnej historji można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach gorączkowo wyszukiwali i odkładali dla siebie nabok co pikantniejsze dzieła. To tylko dowodzi, że i hitlerowska młodzież jest ludzka.
Powyższe sprawozdanie palenia książek jest zgodne z prawdą, i niech nikt nie wierzy histerycznym opisom, spotykanym w prasie: bachanalja, sobótka (była to środa), indjańskie tańce, afrykańskie ryki. Nic podobnego. Było tak, jak opisałem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Sobański.