Cywil w Berlinie/Żydzi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Sobański
Tytuł Cywil w Berlinie
Rozdział Żydzi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Drukarz Piotr Laskauer; Druk. „MONOLIT“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ŻYDZI.

Wśród nawały rozporządzeń i ustaw wydawanych przez rządy narodowej rewolucji jest jedna ustawa, która, choć nadzwyczaj doniosła, ciekawa i śmiała, nie jest typowo rewolucyjna. Mam na myśli wprowadzenie w Prusach tak zwanego „Anerbenrecht“. Jest to wskrzeszenie prawa istniejącego w średniowieczu; pewne pozostałości jego przetrwały do dnia dzisiejszego w niektórych krajach Rzeszy. Polega ono na tem, że z każdego chłopa robi — ordynata; czyli, że wolno mu jest zapisać zagrodę i wszelką nieruchomość tylko najstarszemu synowi. Ma to przeciwdziałać skrajnemu rozdrabnianiu ziemi i chronić zdrowe, samowystarczalne jednostki gospodarcze. Co się stanie z siostrami i młodszymi braćmi nowego ordynata — niewiadomo.
Przypominam sobie moje zdumienie, gdy bardzo niedługo po przyjeździe do Berlina spotkałem się w „DAZ“ ze wstępnym artykułem, analizującym to prawo i po raz pierwszy otwierającym mi oczy na całą śmieszną absurdalność kwestji i prawodawstwa rasowego. Wyczytałem, że ponieważ „prawo germańskie powinno wychodzić na dobre tylko obywatelom krwi niemieckiej, więc i w ustawie o Anerbenrecht paragraf aryjski jest specjalnie uwzględniony“. Za chłopa w znaczeniu ustawy nie może być uważany ten, „kto wśród przodków męskich swojego rodu lub wśród innych przodków do czwartego pokolenia włącznie ma osobę pochodzenia żydowskiego lub nie-białej rasy“. „W przyszłości małżeństwo zawarte z osobą krwi nie-niemieckiej uniemożliwi potomstwu raz na zawsze zaliczanie się do chłopów w sensie posiadania dziedzicznej zagrody“. Paragraf ten jest ostrzejszy od innych, podobnych paragrafów aryjskich tem, że nietylko wymaga zupełnej czystości pochodzenia samego nazwiska, ale że nie cofa się do trzeciego lecz aż do czwartego pokolenia. Istnieje przypuszczenie, że obrachunek ten rozpoczynać się będzie nie od obecnego właściciela, ale od jego spadkobiercy. Wyjątek stanowią „niekolorowi“ i nie-żydowscy nie-aryjczycy, jak na przykład, Węgrzy, a za przynależnych do krwi niemieckiej uważani są wszelcy Germanowie, więc Holendrzy i Duńczycy. Czy jednakże w przyszłości związek małżeński, zawarty, dajmy na to, z Hiszpanką (krew nie-niemiecka), będzie równoznaczny z wydziedziczeniem potomstwa? Biorąc logicznie — tak.
Stawianie kwestji żydowskiej i ras kolorowych na jednej płaszczyźnie jest nietylko śmieszne samo przez się, ale też przez ogromną niewspółmierność znaczenia obydwóch problemów. Tych kilku jazzbandzistów i odźwiernych, którzy przywędrowali jeszcze przed wojną z kolonij niemieckich, zostali naturalizowani, a teraz wszyscy, wyrzuceni na bruk, giną z głodu, to tylko smutny i może trochę „barwniejszy“ szczegół tego ogromnego, choć nie bez wigoru namalowanego, narodowego kiczu. Śpiewak murzyński, obywatel amerykański, który doniedawna świetnie zarabiał, po długiej chorobie w szpitalu wyczerpał wszystkie swoje oszczędności. Nie ma nawet na wyjazd z Berlina, a nie ma prawa zarobić choćby śpiewaniem na podwórkach. (Śpiewacy podwórkowi zostali zorganizowani. Muszą wykazać się partyjną prawomyślnością, ale chodzi głównie o repertuar — musi być czysto narodowy). W nocnym klubie, gdzie dawniej murzyn ten występował, właściciel zbiera wśród stałych bywalców na wysłanie nieszczęśliwca do Paryża.
Inna rzecz z Żydami; — to już nie detal; to sprawa przejmującej powagi. Stanowią oni w Niemczech zaledwie 1% ludności. Nie należałoby się może dziwić ludziom, którzy, mając zastrzeżenia instynktowne czy interesowne przeciwko Żydom, przedsiębiorą te okrutne kroki, o których słyszymy; trudno bowiem naprawdę wystawić sobie bardziej żywotny, chłonny i z temperamentu zachłanny — taki sobie 1%, jak Żydzi niemieccy. Gdyby więc ci Żydzi, poza wrodzoną właściwością wypełniania sobą każdej próżni, luki czy potrzeby — jeszcze źle się asymilowali, możnaby łatwo zrozumieć tych, którzy myślą kategorjami plemiennemi. Ale przecież poza krajami anglo-saskimi nigdzie Żyd nie okazał się tak lojalnym i patrjotycznym obywatelem (dawali tego dowody podczas wojny) jak właśnie w Niemczech. Tak samo dzisiaj, kiedy się chce, tak jak ja, w rozmowach z Żydami niemieckimi dowiedzieć prawdy o panujących stosunkach — natrafia się na podwójną trudność. Po pierwsze, istnieje aż zbyt słusznie uzasadniony strach, ale po drugie — i to w o wiele wyższym jeszcze stopniu — niechęć zwierzania się z bolesnych i brudnych „spraw rodzinnych“ przed człowiekiem obcym, w dodatku Polakiem. Można śmiało powiedzieć, że ogromna większość Żydów niemieckich tylko czeka z upragnieniem na tę chwilę, kiedy im znowu wolno będzie stać się 100%-owo lojalnymi Niemcami. Jeżeli obecny straszliwy ucisk nie potrwa zbyt długo, przewiduję, że dożyjemy jeszcze czasów nowej fali niemieckiego szowinizmu wśród niemieckich Żydów. Będzie to coś, jak kochające małżeństwo, godzące się po sprzeczce; jakiś, bardziej niż pierwszy, świadomy miesiąc miodowy. Ale z drugiej strony prześladowanie to może zniszczyć przywiązanie Żydów do Niemiec, o ile w czasie jego trwania zdąży się wychować całe jedno pokolenie, „urodzone w niewoli, okute w powiciu“.
Za cóż innego, niż za Niemkę, może się uważać 80-kilkoletnia staruszka, która, choć rodem z Łodzi, wyszła zamąż do Berlina, mając niespełna 20 lat. Jest i była zawsze bezwyznaniowa, więc nawet symbol synagogi dla niej nie istniał. Odkąd jest Niemką przeżyła dwie wojny: 1870 i 1914. Podczas obu musiała drżeć o życia najbliższych. W wojnie światowej miała trzech synów i zięcia. Jeden syn poległ. Dwaj inni byli ranni i otrzymali wysokie odznaczenia wojenne. Jednego z nich wojna zaskoczyła w Ameryce Południowej. Przemycał się zpowrotem do Niemiec z narażeniem życia i tylko poto, żeby wstąpić do wojska. A teraz, jako docent uniwersytetu w Lipsku, pozbawiony możności zarobkowania, no i nawet pracy naukowej (laboratorja i bibljoteki są dla niego zamknięte), musiał wyjechać do Paryża, gdzie szuka jakiegoś zajęcia i boryka się z wielkiemi trudnościami materjalnemi. Prawie identyczny los spotkał drugiego, pozostałego przy życiu syna; tylko że ten jest w Pradze i ma nadzieję dostać pracę w Zürichu. Przecież ludzie ci włożyli w Niemcy zbyt wiele kapitału uczuciowego, żeby odrazu móc zobojętnieć.
Więc też ta moja znajoma siedzi sobie cichutko wraz z córką wdową. Synowie już nie pomagają, więc dochody na utrzymanie domu ogromnie zmalały, a przeciwnie, trzeba jeszcze myśleć, żeby dozwolone, pomimo ograniczeń walutowych, 200 marek miesięcznie wysyłać do Paryża i Pragi. Do dużego, zasobnego, nieomylnie żydowskiego (poznam je na całym świecie) mieszkania przyjęto lokatorów, Żydów oczywiście. Aryjczyk, nawet największy filosemita, niechętnie zamieszka tam, gdzie mogą być rewizje i gdzie pewnie niezadługo zapanuje nędza. Lokatorzy Żydzi tymczasem płacą. Czy to potrwa — niewiadomo. Jeden jest studentem z Polski, — to jak P. K. O. — pewność i zaufanie. Ale jak długo będzie jeszcze mógł tu studjować? Przyszłość jest tak straszliwie niepewna. Te panie jednakże z godnością, ograniczywszy swe potrzeby do minimum, nie okazując pierwszemu lepszemu goryczy, jaka musi być ich udziałem, nazewnątrz pogodne, — oczekują lepszego jutra. „Przecież ono przyjść musi?“ — pytają mnie trochę nerwowo, patrząc mi w oczy prawie pokornie. Zaprzeczają pogłoskom, jakoby na ulicach miały miejsca akty gwałtów nad Żydami, przeciwnie, podnoszą fakt, że doznały wiele przyjaźni i współczucia od czasu rozpoczęcia prześladowań.
W przeciwstawieństwie do Nadrenji, w miastach portowych, a głównie w Hamburgu, gdzie najtrudniej wywołać nastroje antysemickie i gdzie dzień bojkotu skończył się notorycznem fiaskiem, nie można było już wczesnem popołudniem dokupić się kwiatów, gdyż wszystkie powędrowały do mieszkań żydowskich, wysłane tam przez zażenowanych i współczujących Aryjczyków. Ale te fakty, jak również to, że w dzień bojkotu ustępowano Żydom miejsca w kolejkach, czy też inaczej podkreślano swą, niestety, tylko powierzchowną niesolidarność z panującymi, a raczej narzuconymi nastrojami, — chyba mało kogo na długo pocieszały. Odwagi, znów to powtarzam, w łamaniu bojkotu ze strony aryjskiej nie zanotowano, a i współczucie, o którem pisałem, ogranicza się jedynie do kart wizytowych, kwiatów i odwiedzania znajomych Żydów. Za to zaprasza się Żydów znacznie rzadziej. Jest to zresztą zrozumiałe. Bo co powie kuzyn Otto, czy wuj Herbert, kiedy wpadłszy niezapowiedziany na herbatę, dumny ze swej bronzowej koszuli, zastanie wokoło salonu istny fryz krogulczych profilów. „To naprawdę zbytnio by już raziło na tle ogólnych nastrojów“.
Antysemityzm znacznie bardziej jeszcze niż inne odruchy rewolucji jest „odruchem programowym“. Osobiście nie miałem sposobności spotkania prawdziwego żydożercy, zwłaszcza urzędnicy państwowi, wstydliwie „milczeli na ten temat“, lub też wypowiadali często słyszaną formułę: „Ja osobiście nic przeciwko Żydom nie mam, przeciwnie, mam wśród nich nawet bardzo dobrych przyjaciół, ale rzeczywiście już tak opanowali wszystkie dziedziny życia, że może rząd ma rację w tem, co czyni“. A znowu znajomi z SA czy też ważniejsi hitlerowcy zachowują się wobec posunięć antyżydowskich tak samo, jak wobec wszystkich negatywnych stron rewolucji, czy chodzi o rozzuchwalenie młodzieży akademickiej, czy o palenie książek — bagatelizują te objawy. Najwyżej przyznają, że robi się to trochę z chęci zyskania sobie tłumu.
Jedyne konkretne skargi z żydowskich ust słyszałem od matki na temat syna-gimnazisty. Chłopiec był chory od Nowego Roku przez cały trymestr i powrócił do szkoły dopiero po Wielkiej Nocy. Jest nadzwyczaj rosły i wysportowany, dzięki czemu stał na czele drużyny harcerskiej. Po powrocie zastał ten wysoki urząd już w godniejszych, aryjskich rękach. W dodatku rozpoczęły się prześladowania ze strony kolegów. Twierdzili przedewszystkiem, że nie wierzą w jego chorobę, że poprostu, jako Żyd, bał się przyjść do szkoły; że ponieważ przyjaźni się z synem barona bałtyckiego, obywatela estońskiego, — przyjaźni się z bolszewikami; że powinien razem z wszystkimi Żydami wyjechać do Rosji; że jest harcerzem, bo to organizacja międzynarodowa — więc żydowska; wszystkie te zarzuty kończyły się zwykle rękoczynami. Z utarczek tych wychodził zwykle Willy zwycięsko, choć raz, kiedy go widziałem, był niewiarogodnie podrapany. Matka telefonowała ze skargą do dyrektora gimnazjum, którego zna od lat. Powiedział jej, że całe ciało pedagogiczne ubolewa nad panującymi stosunkami i stara się im przeciwdziałać, ale że dzieci i młodzież są jakby ugryzione przez wściekłą muchę, przyniosły po wakacjach z domów jakiś nadzwyczajny zasób wojowniczości, zawziętości i złośliwości.
Pytałem wszystkich Żydów, z którymi prowadziłem zasadnicze rozmowy, czy mają zamiar emigrować. Większość odpowiadała mi dość oschle, że są Niemcami i że fakt, iż jest im chwilowo źle, nie jest dostatecznym powodem do opuszczenia ojczyzny. Ta mniejszość jednak, dla której życie w Niemczech stało się niemożliwe, objaśnia mnie, jak trudno jest wyjechać. Władze skarbowe stoją przeważnie na przeszkodzie. Fiskus działa dwojako, bo i w obronie (albo w rzekomej obronie) swoich interesów, albo też wprost jako narzędzie szykany. Żyd, nieposiadający żadnej nieruchomości ani żadnego kapitału w banku, wyjedzie stosunkowo najłatwiej, ale właściciel kapitału czy nieruchomości nie zostaje wypuszczony pod błahym, lecz decydującym pretekstem, że skoro wyjedzie, nie będzie płacił podatku ze swego majątku, pomimo że majątek ten pozostaje przecież w Niemczech. Należy mieć ciągle w pamięci zakaz wywożenia pieniędzy. Ale władze wychodzą z założenia, że ktoś, kto osiadł zagranicą, zawsze znajdzie nielegalny sposób sprowadzenia swej gotówki. A jeżeli chodzi o czystej wody szykanę, mogę przytoczyć przykład mego dobrego znajomego, wybitnego lekarza-hygjenisty Żyda, który otrzymawszy bardzo dobrą posadę na jednym z uniwersytetów francuskich, — nie uzyskał prawa wyjazdu, gdyż kazano mu otworzyć sobie konto oszczędnościowe w Berlinie w wysokości 25 000 mk., podczas gdy on, jako lekarz bez praktyki, miał wszystkiego 2.000 mk. oszczędności. Gdy wyjeżdżałem z Berlina, miał już tylko 500 marek i nie wiedział, co dalej pocznie.
Gdzie procentowo było najwięcej Żydów? Dwa wolne zawody, a mianowicie medycyna i adwokatura, były naprawdę, choć głównie w Berlinie, opanowane przez element żydowski. W każdym z tych fachów ludzie pochodzenia żydowskiego stanowili większość.
Lekarze opierali swój budżet głównie na wynagrodzeniach wypłacanych im przez kasy chorych. Używam liczby mnogiej, bo poza ogólnokrajowemi czy „rzeszowemi“ kasami istniało jeszcze mnóstwo różnych „Krankenkasse“, prowadzonych dla swoich członków przez poszczególne związki i organizacje. Z wszystkich tych stanowisk lekarze pochodzenia żydowskiego zostali, z nadzwyczaj rzadkiemi wyjątkami, usunięci. Pozostała im więc praktyka prywatna. Ale co się okazuje? Niemiecką izbą lekarską owładnęli hitlerowcy. Mogą więc każdego wykreślić z listy lekarzy uprawnionych do pełnienia swego zawodu. Każdy lekarz otrzymał kwestjonarjusz, zawierający około 150 pytań. Pytania te dotyczą m. in. przynależności rasowej własnej, żony oraz swoich i żony rodziców i dziadków. Należy odpowiedzieć, czy się było kiedykolwiek czynnym komunistą, czy socjalistą; co się robiło podczas wojny i czy się na niej straciło ojca lub syna. Każdy lekarz, poszlakowany rasowo, politycznie lub bez zasług wojennych, jeżeli będzie dalej chciał prowadzić praktykę, może być uznany za znachora i odpowiednio karany.
A adwokaci? W Berlinie na 3.600 adwokatów było około 2.800 podpadających pod dzisiejszą klasyfikację jako Żydzi (¼ krwi żydowskiej wystarcza). Zastosowano do nich naogół te same zasady, co do urzędników państwowych, tak że pozostało około 1.700 Żydów, którzy zasadniczo zachowali prawo praktyki i występowania w sądach. Ale skądinąd dano do zrozumienia tym wybrańcom losu, że o ile zjawią się w sądzie, „burzliwe elementy patrjotyczne“, za które przecież nie sposób odpowiadać, zbiją ich poprostu na progu, a jeżeliby nawet to się nie zdarzyło, wykluczone jest, aby obrońca-Żyd wygrał dziś sprawę w jakimkolwiek sądzie odrodzonych Niemiec. Bieda, i to beznadziejna, zagląda więc też do większości domów mecenasów berlińskich, i tylko kilka największych znakomitości wzięło sobie Aryjczyków na „Strohmannów“, by ci występowali w sądach. Ale i to długo nie trwało. Izba Adwokacka zabroniła swym członkom utrzymywania jakichkolwiek zawodowych stosunków z prawnikami, którzy utracili prawo do praktyki. Jest surowo zakazane zakładać spółkę lub wspólną kancelarję z adwokatem nie-aryjskiego pochodzenia, a każdy taki stosunek, o ile istnieje, nie dłużej jak od września 1930 r. musi być natychmiast rozwiązany.
Wreszcie są i urzędnicy państwowi, wśród których też nie brakowało „Żydów“. Przepisy wykonawcze do nowej ustawy o przyjmowaniu i zwalnianiu urzędników, rzucają oskarżający snop światła na beznadziejność położenia Żydów, czy też lewicowców, którzy chcieliby dalej spokojnie zarabiać na życie. Ustawa bowiem tacite stwierdza, że żadna pretensja tych ludzi nie może być broniona przez prawo. Aryjski więc paragraf ustawy urzędniczej tem znowu różni się od ogólnych zasad o aryjskości, że bierze pod uwagę i pozaślubne pochodzenie. Adoptacja w niczem nie zmienia położenia. Wyjątek co do niearyjczyków, pełniących służbę państwową już przed 1 sierpnia 1914 r., jest tu sprecyzowany w sensie, że musieli oni być na służbie od tego czasu bez przerwy i że są w wybitnym stopniu zasłużeni. (Co za pole dla komentatora!). Pojęcie „żołnierza frontowego“, pierwszy raz wysunięte przez ustawę, jest tutaj także specyficznie wyjaśnione, w sposób odmienny niż dotychczas i nader zwężony. Dotąd za „żołnierza frontowego“ uważany był ten, kto dwa miesiące spędził z polecenia władz w rejonie działań wojennych, a teraz tylko ten, kto z walczącemi oddziałami brał czynny udział w „potyczce lub akcji wojennej“; kto posiada oznakę za rany lub kto walczył przeciwko spartakusowcom, seperatystom, lub też przeciwko wrogom narodowego odrodzenia. Wszyscy nieodpowiadający tym wyjątkom muszą być przeniesieni w stan spoczynku. I tu nagle wielka łaska: „przepis ten nie dotyczy naturalnie żydowskich nauczycieli w żydowskich szkołach“. Co za ulga: Żyd może być nawet rabinem.
Ale, dajmy na to, że jakiś wyjątkowo zasłużony i mający szczęście urzędnik, ćwierćizraelita ominął tę Scyllę. To nie koniec. Czeka na niego jeszcze Charybda w formie paragrafu o „politycznie niepewnych“. „Niepewność“ polityczna nie jest zależna od przynależności do jakiejś partji, (z wyjątkiem komunistycznej), ale od tego, czy urzędnik słowem, na piśmie lub też wogóle swoją postawą nie sprzeciwiał się odrodzeniu narodowemu, nie szkodził „urzędnikom-narodowcom“ (przy istniejącym głodzie pracy co za okazja do donosów i skarg!). Wstąpienie do któregoś z ugrupowań narodowych po 30 stycznia b. r. nie będzie uważane za usprawiedliwienie. Za kryterjum powinno służyć wypowiedzenie się urzędnika w czasie wyborów. Tę sprawę należy w miarę możliwości jaknajściślej wybadać. Wyżsi urzędnicy powinni być badani surowiej od podwładnych, a dla „żołnierzy frontowych“ przy ich badaniu nie powinno się mieć żadnych wyjątkowych względów. Jeżeli nie-aryjczyk jest uznany za politycznie niepewnego, nie dostaje emerytury; poprostu wydala się go ze służby (co za oszczędność!). A jeżeli jest profesorem, traci w dodatku wogóle prawo wykładania.
Jak widzimy, wolne i naukowe zawody, bo nawet zawody na wolnem powietrzu, są dla Żydów zamknięte. A propos sportów: wszyscy wiemy, że świetny tennisista Prenn nie może reprezentować sportowych barw Rzeszy, ale czego ogół nie wie, to o ciężkich kłopotach i targach z własnem, aryjskiem sumieniem sportowego świata niemieckiego, który dowiedział się niedawno o nie-aryjskiem pochodzeniu drugiej rakiety Niemiec, barona von Cramm‘a, ale nie ma wprost odwagi wyrzucić go z reprezentacyjnego zespołu.
Lecz powróćmy do nauki i profesorów. A więc Max Liebermann, wieloletni prezes berlińskiej akademji sztuk pięknych, największy impresjonista, jakiego wydały Niemcy, starzec o niesłychanym osobistym i artystycznym presige‘u, jeden z trzydziestu kilku odznaczonych przez Hindenburga „Orłem“, jedyną odznaką weimarskiej republiki, udzielaną podług osobistego uznania prezydenta, podaje się do dymisji ze względu na panujące stosunki. Nikt nie miał odwagi go ruszyć. On miał jednakże odwagę napisać śmiały i piękny list.
Równie pięknym i przejmującym dokumentem był list rezygnacyjny laureata Nobla, profesora Francka z Uniwersytetu w Getyndze. Ten wielki uczony walczył na froncie, zdobył Krzyż Żelazny i przez to należał do tych uprzywilejowanych, którzy mogą nadal piastować swoje stanowiska; ale prof. Franck podał się do dymisji, uzasadniając swój krok tem, że nie może służyć krajowi, który nie uznaje jego dzieci za Niemców, lecz tylko za obywateli drugiej klasy, za parjasów.
Wspomniane dwa listy na tle powszechnej uległości niemieckiej, dzięki swej odwadze i szlachetnej formie, nabierają cech zupełnie heroicznych.
Laureatów Nobla, pozbawionych dziś stanowisk i możności zarobku jest kilku, ale wspomnę tylko o prof. Haberze, gdyż jest to wypadek wyjątkowo znamienny. Ten profesor berlińskiego uniwersytetu położył największe zasługi (używam gotowego zdania) dla ojczyzny jako pionier w fabrykacji gazów trujących podczas Wielkiej Wojny.
Jak dla laureata Nobla tak i dla zwykłego studenta Żyda droga do nauki jest zamknięta. Ma być wprowadzony numerus clausus w proporcji, oczywiście, nie wyższej niż 1%. Tymczasem sprawa jest w zawieszeniu. Niektórzy odważniejsi studenci żydowscy, jeżeli nawet nie uczęszczali na wykłady, przynajmniej starali się wykańczać swe roboty w bibljotekach czy laboratorjach; ale i tym ich aryjscy koledzy, poparci wyłącznie prawem kaduka, odbierali legitymacje, dając do zrozumienia, że lepiej nie pokazywać się na terenie uniwersytetu, że sprawy studentów-Żydów będą rozpatrzone indywidualnie przez władze i że może w jesieni kilku z nich znowu będzie dopuszczonych.
Jakim Żydom jest stosunkowo najłatwiej dziś żyć w Niemczech? Bezwzględnie bankierom. Z nimi obchodzą się względnie gładko i łagodnie. To samo dotyczy, jak dotychczas, wielkich przemysłowców. Zresztą przemysł niemiecki jest naogół dziwnie mało żydowski. Czasem w bankach czy towarzystwach ubezpieczeniowych przeniosą „Żyda“ na niższe stanowisko, ale wynagrodzenie pobiera to samo.
Bardzo zdziwiła mnie atmosfera panująca w domu ludzi dawno i dobrze mi znanych, Żydów — wielkich przemysłowców i sportowców. Jest to wielomiljonowa fortuna. Byłem u nich na dużem, wystawnem śniadaniu. Przy stole było trochę rodziny, reszta gości składała się z arystokratów-przemysłowców i arystokratów-sportowców. Dokonaliśmy wszyscy, gospodarze i goście, zupełnego wyczynu towarzyskiego; przez całe śniadanie nie padło ani słowo o polityce, rewolucji, Hitlerze, czy antysemityzmie. Jakaś, widocznie bardzo nieobyta pani wyrwała się tylko z zapytaniem, czy „Querschnitt“ został zawieszony, i nawet ta, w innych czasach, niewinna uwaga rzuciła pewien chłód na zgromadzenie. Później, kiedy znalazłem się sam na sam z gospodarzem, zadałem mu za dwoma nawrotami pytania proste i niepodstępne, poprostu takie, jakie nasuwa dzisiejsza niemiecka codzienność. Spotkałem się z kompletnem milczeniem, zignorował poprostu moje pytanie, — a przecież łączą nas od lat wielu bardzo zażyłe stosunki.
Jak przedstawia się kwestja żydowskiego handlu? Tu sprawa jest niejasna. Jednodniowy, demonstracyjny bojkot skończył się bezwzględną „klapą“; zaraz nazajutrz sklepy żydowskie pełne były kupujących. Ogólna polityka w tym względzie jest też, zdaje się, niecałkowicie ustalona. Napisy „Deutsches Geschäft“ były po ustaniu bojkotu najpierw zabronione, potem znowu dozwolone. W każdym razie dziś bojkot nie istnieje. Co się tyczy personelu, wszystkie wielkie domy handlowe i sklepy spotkały się w początkach rewolucji wprost z terrorem, z wymuszaniem obietnicy wymówienia pracy wszystkim „Żydom“. Były nawet w tym względzie incydenty dramatyczne. Lepiej zawsze wychodzili ci, którzy wręcz odmawiali. W tym wypadku nie zjawiano się do nich po raz drugi z powtórzeniem żądania. Kończyło się na pogróżkach. W „Wahrenhaus‘ach“ berlińskich w dalszym ciągu obsługa jest rasowo ogromnie mieszana.
Ale co się dzieje z pieniędzmi wpływającymi do tych kolosalnych przedsiębiorstw i z ich zyskami — o tem krążą różne niesprawdzone przezemnie wersje. Nawet o prywatnych przedsiębiorstwach mówi się półurzędowo, a demagogicznie, że ich polityka handlowa była fałszywa lub że prowadzone były nieuczciwie. Tkwią też podobno w przedsiębiorstwach handlowych jacyś rządowi czy partyjni panowie, którzy pilnują wykonywania wypłat oraz „reszty“, która pozostaje po wypłacie…
Co do małych sklepików, słyszałem o pewnych, skutecznie wywieranych presjach. Znam, na przykład, maleńką trafikę tytoniową, obsługiwaną przez żydowskie małżeństwo, gdzie w „kadry personelu“ wciśnięto dwóch bezrobotnych i całkiem niepotrzebnych blondynów. Nie jest to jednak przewidziane żadnem rozporządzeniem czy ustawą.
Jakie są widoki dla żydowskich przedsiębiorstw na przyszłość? Można tu oczywiście stawiać tylko hypotezy i to zaopatrzone wieloma znakami zapytania. Ale są pewne dane, według których można sądzić o tem, co będzie. Ogromne firmy żydowskie, jak sklepy Karstadt oraz inne, zostały, jak powiadają, wykupione przy pomocy kredytów rządowych przez kapitał aryjski. Przy podobnych tranzakcjach, które oczywiście są dokonywane w czasie i na warunkach wysoce niekorzystnych dla strony sprzedającej, rząd jakoby pocichutku udziela pewnych ulg codo wywozu sum osiągniętych ze sprzedaży, ufając, że za tę cenę pozbędzie się w kraju inicjatywy żydowskiej. Wielu też „speców“ od obecnych stosunków przewiduje możliwość istnienia w przyszłości przedsiębiorstw, których „spiritus movens“ będzie zagranicą, zasób kapitału na miejscu minimalny, a zarząd w rękach podstawionych figur.
Ale tymczasem Żydzi w Niemczech jeszcze są. W minjaturowem berlińskiem ghetto, które składa się zaledwie z kilku ulic, ale może się poszczycić chałatami i jarmułkami, brodami i pejsami, ruch i wygląd ulicy są prawie normalne; tylko wiele kramików jest zamkniętych. Właściciele mogą być jedynie albo w więzieniu, albo w Polsce. W centrum i w Westend na ulicach i w kawiarniach widać wielu Żydów. Prawie tylu co dawniej. Antysemityzm do mas jeszcze nie przesiąkł. Ale czynniki u władzy agitują, jak mogą. Żadne kłamstwo ani oszczerstwo nie jest dla nich zbyt niskie.
Wchodzę do lokalu pisma „Der Angriff“ (organ SA). Biuro urządzone nowocześnie, a za ladą obsługuje bardzo porządnie i sympatycznie wyglądający starszy pan. Proszę o książkę, którą znajomi kazali mi koniecznie kupić. Wydana jest nakładem „Angriff‘u“ i nazywa się: „Die Juden sehen dich an“. (Żydzi patrzą na ciebie). Jest to dzieło dr. Johanna von Leersa, obecnego sekretarza niemieckiego P.E.N. Clubu. Zaraz na miejscu przeglądam to curiosum i mimowoli wzbiera we mnie jakiś nerwowy śmiech. Ulica za oknem, redakcja, w której siedzę, i pan za ladą — wszystko świadczy, że znajduję się w świecie cywilizowanym, a tu nagle — ten nieprawdopodobny dokument zdziczenia. Bo książka przedstawiciela obecnych prądów w literaturze niemieckiej jest najstraszniejszym stekiem kłamstw i nieścisłości, plugarstw, obelg oraz idjotycznych oskarżeń. Nowaczyński niewątpliwie wzoruje się na tych przykładach, ale trzeba przyznać, że nie dorósł jeszcze do nich. Zawartość książki, to przedewszystkiem fotografje zaopatrzone nazwiskami, czasem nawet nie tych osób, które przedstawiają. Np. pod zdjęciem Jakóba Wassermanna jest podpis „Oskar Wassermann“ (jestto znany berliński bankier). W książce tej znajdujemy też i nie-żydów, jak np. Ertzbergera, katolika, polityka centrowego, oraz Piscatora, znakomitego komunizującego reżysera berlińskiego. Zresztą, żeby być sprawiedliwym, należy zaznaczyć, że gdy Piscator doszedł do sławy — Żydzi chętnie się do niego przyznawali. Jeżeli czyjaś pamięć lub ktoś jest partji niemiły, zawsze można mu dać etykietę Żyda, — a nuż ktoś uwierzy. Poza fotografjami podane są krótkie, ale „siarczyste“ charakterystyki - życiorysy. Ofiary dr. von Leersa podzielono na sześć grup, a więc: Żydów krwiożerczych, Żydów-łgarzy, Żydów-oszustów, Żydów-burzycieli, Żydów w sztuce oraz finansistów żydowskich. Kategorje te są chaotyczne i podane niżej nazwiska są chaotycznie pomiędzy te grupy rozdzielone. A więc najpierw nazwiska „oczywiste“: Rosa Luxsenburg, Liebknecht, Bela Kun, Trockij, Radek, Kamieniew, Zinowiew, Rakowskij i Marx. Brakuje na przykład Lenina. Ale potem następuje ciekawsza lista. Reinhardt, najsławniejszy reżyser Niemiec i Austrji, „zasług nie ma żadnych“. Sztuka jego była z gatunku niższych i bezduszna. Tylko prasa żydowska potrafiła wmówić w społeczeństwo, że to wielki artysta.
Bracia Rotter, dyrektorowie teatrów w Berlinie, którzy zbankrutowali i, jak twierdzi książka, „zarwali“ wielu wierzycieli, „znajdują się obecnie w Lichtensteinie“. I tu następuje w nawiasie słowo „ungehängt“ — niepowieszeni. To mówi nam książka, wydana w kwietniu. Ale od tego czasu bojówkarze Hitlera, bezprawnie przekroczywszy granicę księstewka, już zdążyli zamordować jednego z braci Rotter. Wyraźny przykład, jak skuteczna jest agitacja.
Po nazwiskach dyrektorów teatrów następuje wyliczenie wszystkich prawie najlepszych sił niemieckiej sceny i ekranu. Więc Elisabeth Bergner, dobrze znana nam z filmów, jest przedstawiona jako kreatura żydowskiej reklamy filmowej. Osobistych zasług artystycznych nie posiada żadnych.
Siegfried Arno, ścisły odpowiednik Kazimierza Krukowskiego, otrzymał taką wzmiankę: „Co do gęby, nie można się pomylić. Grywał role żydowskie, w których Żyd był przedstawiony jako nieszkodliwy, śmieszny i uprzejmy, aby w ten sposób uśpić w narodzie niemieckim poczucie rasy“.
Może najbardziej zdumiewającą charakterystyką obdzielono Chaplina. „Ten równie nudny jak wstrętny mały żydłak był w następujący sposób gloryfikowany przez „Izraelitisches Familienblatt“: — „Ale Charlie Chaplin, który wciąż przedstawia wiecznie toczącą się wojnę ducha przeciwko przemocy, i który broni praw ubogich, wstrząsając w ten sposób całym światem — stał się mitem (Mythos) naszych czasów“. — „Te czasy już minęły“ — dodaje dr. von Leers.
Skończmy z teatrem i filmem. Więc, oczywiście, jest i Einstein. Teorja względności, to niewiadomo co (i tutaj muszę przyznać rację autorowi: ja też nie wiem). Prasa żydowska i niepodejrzliwy naród niemiecki wysławiali go na wszystkie tony, za co on odwdzięczył się robieniem „Greuelpropaganda“ przeciwko Adolfowi Hitlerowi zagranicą („niepowieszony“).
Jest i Emil Ludwig, który, jak się dowiadujemy, pisał zakłamane książki, gdzie każdy objaw bohaterstwa był traktowany pogardliwie. Wyjechał zagranicę, „hecował“ przeciwko Adolfowi Hitlerowi i kłamał („niepowieszony“).
Także Feuchtwanger pisał złe powieści, hecował w Ameryce przeciwko Adolfowi Hitlerowi i kłamał („niepowieszony“). I t. d. i t. d. i t. d.
(Tu uwaga zupełnie poboczna. Zauważyłem, że w Niemczech, kiedy się chce ubrać Hitlera w całą, należną mu glorję, mówi się o nim: Adolf Hitler. I cóż tu robić z ludźmi, dla których imię Adolf jest czemś zupełnie naturalnem, czego się nie stara przemilczeć czy zapomnieć).
Więc tyle o Żydach w Niemczech dzisiaj. A co będzie? Pytałem się wszystkich, na lewo, na prawo i w środku — samego siebie. Jest rzeczą oczywistą, że przyszłość Żydów będzie ściśle zależną od trwałości obecnego ustroju. Ale o ile obecne prześladowanie potrwa ze dwa lata, to należy przypuszczać, że ujrzymy bardzo daleko posunięty proces „wyciekania“ z Niemiec wielkiego kapitału żydowskiego oraz ludzi rozporządzających nim; „oczyszczenie“ sztuki, literatury i życia intelektualnego z elementu semickiego; i wreszcie skrajne spauperyzowanie tej części społeczeństwa żydowskiego, która dla wyrwania się z Niemiec miała zbyt wiele przywiązania czy zbyt mało energji. Może nawet powstać jakaś nowa forma kulturalnego ghetta.
W zmianę antyżydowskiego kursu pod obecnym rządem mało kto wierzy, gdyż nawet najcięższe następstwa natury gospodarczej, wywołane przez wszechświatowy bojkot towarów niemieckich, nie mogą być tak groźne jak pozbawienie mas czegoś do zwalczania. Gdy się nie widzi możliwości dania narodowi, którym się rządzi, już nawet nie chleba, ale choćby plew — to trzeba dać mu przynajmniej tradycyjne, donkiszotowskie wiatraki. W tym wypadku skrzydła „Hackenkreuz‘u“ nie mogą być użyte, ale Żyda „brać na muszkę“ — czemu nie?
Myśląc o tem wszystkiem, odczuwam nagle względem Polski pewien liberalny patrjotyzm. Więc właściwie, pomimo reputacji pogromów, to w tej Polsce nie jest tak źle. Ostatecznie Kazimierz Wielki, Jankiel, Berek Joselewicz, Norwid. Niema co mówić — świadczyli sobie, i to wzajemnie.
Norwid nie przewidywał nowych form, w jakie przeleje się w XX w. patrjotyzm w Europie, kiedy pisał:
„Ty! jesteś w Europie poważny narodzie
Żydowski: jak pomnik strzaskany na Wschodzie“.
A co będzie na Zachodzie? Czy Polacy będą jeszcze mieli sposobność powtarzać za tymże Norwidem:
„My pierwej niż inni, my wcale inaczej
Pojrzeliśmy ku wam, bynajmniej z rozpaczy“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Sobański.