Cyrulik Sewilski/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Beaumarchais
Tytuł Cyrulik Sewilski
Data wydania 1932
Wydawnictwo Bibljoteka Boya
Drukarz Drukarnia Zakł. Wydawn. M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT II
Scena przedstawia mieszkanie Rozyny. W głębi sceny okno, zamknięte okratowaną żaluzją..
Scena I
ROZYNA, sama, ze świecznikiem w dłoni. Bierze ze stołu papier i zabiera się do pisania.

Marcelina słaba, cała służba zajęta, nikt nie zobaczy że piszę. Nie wiem, czy te mury mają oczy i uszy, czy też mój Argus ma jakiegoś złośliwego ducha, który ostrzega go w stosownej chwili; ale nie mogę rzec słowa, ani uczynić kroku, których intencyj natychmiastby nie odgadł... Ach! Lindorze! (Pieczętuje list). Zamknijmy od wypadku list, mimo, że nie wiem kiedy i jak zdołam go doręczyć. Widziałam Lindora przez żaluzję, długo coś rozmawiał z balwierzem Figarem. Ten człowiek okazywał mi niekiedy trochę współczucia: gdybym mogła pomówić z nim chwilę!...

Scena II
ROZYNA, FIGARO.

ROZYNA, zdziwiona. Och, panie Figaro, jakżem rada, że pana widzę!
FIGARO. Jak zdrowie panienki?
ROZYNA. Nieszczególnie, panie Figaro. Nuda zabija mnie.
FIGARO. Bardzo wierzę; tuczy jedynie głupców.
ROZYNA. Z kim rozmawiał pan na ulicy tak żywo? nie słyszałam słów: ale...
FIGARO. Z pewnym młodym studentem, potrosze moim krewnym, chłopcem rokującym najlepsze nadzieje: pełen dowcipu, uczucia, talentu i przytem wcale przystojny.
ROZYNA. Och, bardzo, bardzo, upewniam pana! a nazywa się...?
FIGARO. Lindor. Nie ma nic; ale, gdyby nie opuścił tak nagle Madrytu, mógłby tam znaleźć dobre miejsce.
ROZYNA, nieopatrznie. Znajdzie je, panie Figaro, znajdzie z pewnością. Młody człowiek tak pełen zalet, nie może długo pozostać nieznany.
FIGARO, na stronie. Bardzo dobrze. (Głośno). Ale ma jedną wadę, która mu zawsze będzie szkodziła w karjerze.
ROZYNA. Wadę, panie Figaro, wadę? Czy pan tego pewny?
FIGARO. Jest zakochany.
ROZYNA. Zakochany! pan to nazywa wadą?
FIGARO. Hm, coprawda, jest to wadą tylko przy jego braku środków.
ROZYNA. Ach! jakiż los niesprawiedliwy! A czy wymienił panu osobę, którą kocha? Jestem taka ciekawska...
FIGARO. Pani jesteś ostatnią, której mógłbym to zwierzyć.
ROZYNA, żywo. Czemu, panie Figaro? jestem dyskretna; ten młody człowiek jest panu blizki, mnie obchodzi on niezmiernie... powiedz pan.
FIGARO, patrząc na nią chytrze. Wyobraź więc sobie pani małą ślicznotkę, słodką, tkliwą, zwinną i świeżą, apetyczną jak rzadko; nóżka chybka, figurka strzelista, zgrabna, ramionka toczone, buzia różowa, a rączki! a pysie! ząbki! oczki!...
ROZYNA. I mieszka w tem mieście?
FIGARO. Nawet w tej dzielnicy.
ROZYNA. Na tej ulicy może?
FIGARO. Dwa kroki odemnie.
ROZYNA. Ach, jak to ślicznie... dla pańskiego krewniaka. A ta osoba, to...
FIGARO. Nie nazwałem jej?
ROZYNA, żywo. Właśnie tego jednego zapomniał pan, panie Figaro. Powiedzże, powiedz prędko; gdyby ktoś wszedł, nie dowiedziałabym się...
FIGARO. Chce pani koniecznie? Dobrze więc! zatem, ta osoba jest... pupilką twego opiekuna.
ROZYNA. Pupilką...?
FIGARO. Doktora Bartolo: tak, pani.
ROZYNA, wzruszona. Ach, panie Figaro! nie wierzę panu, zaręczam.
FIGARO. Dlatego właśnie Lindor pała najgorętszą chęcią, aby panią przekonać o tem osobiście.
ROZYNA. Panie Figaro, drżę cała.
FIGARO. Fe, któż widział drżyć! to zła rachuba, pani: kto się poddaje obawie niebezpieczeństwa, odczuwa, tem samem, niebezpieczeństwo obawy. Zresztą, przychodzę, aby panienkę uwolnić od wszystkich strażników aż do jutra.
ROZYNA. Jeśli mnie kocha, powinien tego dowieść zachowując się rozsądnie.
FIGARO. Ech, pani, alboż miłość i rozsądek mogą gnieździć się obok siebie? Biedna młodzież jest dziś tak nieszczęśliwa, że ma przed sobą tylko ten straszliwy wybór: miłość bez rozsądku, albo rozsądek bez miłości.
ROZYNA, spuszczając oczy. Rozsądek bez miłości... zdaje się...
FIGARO. Och, tak: bardzo nudny. Sądzę, w istocie, że miłość bez rozsądku przedstawia się powabniej; i, co do mnie, gdybym był kobietą...
ROZYNA, zakłopotana. To pewne, że młoda osoba nie może bronić godnemu człowiekowi aby ją szacował...
FIGARO. Toteż, mój krewniak szacuje panią nieskończenie.
ROZYNA. Ale, gdyby popełnił jaką nieostrożność, panie Figaro, bylibyśmy zgubieni.
FIGARO, na stronie. Bylibyśmy zgubieni... (Głośno). Gdyby mu tak pani zabroniła tego wyraźnie, małym liścikiem... List może wiele wskórać.
ROZYNA, podaje list świeżo napisany. Nie mam czasu przepisać na nowo, ale, wręczając ten list, powiedz mu pan... powiedz jasno... (nadsłuchuje).
FIGARO. Nikogo niema, pani.
ROZYNA. Że co czynię, to jedynie z czystej przyjaźni.
FIGARO. To przecie widać. Tam do kata! miłość wygląda zupełnie inaczej!
ROZYNA. Jedynie z czystej przyjaźni, rozumie pan? Obawiam się tylko, iż, zrażony trudnościami...
FIGARO. Ech, nie! to nie błędny ognik. Niech pani raczy pamiętać, że wiatr, który gasi świeczkę, roznieca płomień, a my jesteśmy właśnie tym płomieniem. Już mówiąc o tobie, młodzieniec zieje takim ogniem, że nieomal rozżarzył mnie swą namiętnością, mnie, którego to wszystko...
ROZYNA. Boże! słyszę opiekuna. Gdyby cię zastał tutaj... Przejdź pan przez gabinet i wymknij się pocichu.
FIGARO. Bądź panienko spokojna. (Na stronie, pokazując list). Oto, co warte więcej niż wszystkie moje spostrzeżenia. (Wchodzi do gabinetu).

Scena III
ROZYNA, sama.

Umieram z niepokoju, póki nie usłyszę, że już wyszedł... Jak ja go lubię, tego poczciwego Figara! to taki zacny człowiek, taki przywiązany do rodziny! Ach! oto mój tyran; weźmy robótkę. (Gasi świecę, siada i bierze bębenek z haftem).


Scena IV
BARTOLO, ROZYNA.

BARTOLO, rozgniewany. Ha! przekleństwo! wściekły, niegodziwy bandyta Figaro! Czy można wyjść bodaj na chwilę z domu, aby, za powrotem...
ROZYNA. Co pana tak rozgniewało?
BARTOLO. Przeklęty cyrulik ochwacił mi cały dom za jednym zamachem: dał proszek na sen Żywcowi, Młokosowi na kichanie; Marcelinie puścił krew z nogi; nawet mułowi nie przepuścił: biednemu, ślepemu zwierzęciu wyrżnął kataplazm na oczy! Dlatego, że mi winien sto talarów, pilno mu smarować rachunek! Hoho! niech mi się z nim pokaże! I nikogo w przedpokoju! wchodzi się do tego domu jak na plac publiczny.
ROZYNA. I któż inny mógłby wejść prócz pana?
BARTOLO. Wolę raczej lękać się bez przyczyn, niż narażać się bez zastanowienia; świat roi się od ludzi zuchwałych, przedsiębiorczych... Ot, nie dalej jak dziś rano, czyż nie pochwycił ktoś zwinnie twej piosenki, gdy schodziłem aby ją podnieść? Och, ja...
ROZYNA. Doprawdy, za wiele pan przykłada wagi do tego drobiazgu! Może wiatr porwał papier, może jaki przechodzień, czy ja wiem kto wreszcie?
BARTOLO. Wiatr, przechodzień!... Niema wiatru, niema przechodniów na świecie, moja pani; zawsze ktoś stojący na czatach umyślnie podnosi papierki, które kobieta upuszcza niby przez nieuwagę.
ROZYNA. Niby, powiada pan?...
BARTOLO. Tak, panienko, ni-by.
ROZYNA, na stronie. Och! niegodziwy staruch!
BARTOLO. Ale to się już nie powtórzy: każę zakuć tę kratę.
ROZYNA. Zrób pan lepiej: każ odrazu zamurować okna; między więzieniem a kaźnią, to już tak mała różnica!
BARTOLO. Co się tyczy okien na ulicę, myśl nie byłaby zła... Cyrulik nie zachodził bodaj do ciebie?
ROZYNA. Czy i on budzi w panu niepokój?
BARTOLO. Tak jak każdy inny.
ROZYNA. W istocie, bardzo uprzejma odpowiedź!
BARTOLO. Ba! tylko ufaj całemu światu, a będziesz miał niebawem w domu poczciwą żonę, gotową cię zdradzić, poczciwych przyjaciół czyhających aby ci ją zdmuchnąć i poczciwych służących, gotowych w tem pomagać.
ROZYNA. Jakto! tyle pan nawet nie przypuszcza cnoty i zasad, iżby się były zdolne oprzeć pokusom imć Figara?
BARTOLO. Kiż djabeł się wyzna na kaprysach kobiet? Widziałem dosyć owych cnót i zasad...
ROZYNA, w gniewie. Ależ, panie, jeśli wystarczy być mężczyzną aby się podobać kobiecie, czemuż więc pan niepodoba mi się tak strasznie?
BARTOLO, zdumiony. Czemu?... Czemu?... Nie odpowiadasz na pytanie: zatem, ten cyrulik?...
ROZYNA, podrażniona. Więc tak, był, widziałam, rozmawiałam. Nie kryję nawet, że jest mi sympatyczny: i obyś się pan mógł udławić z wściekłości. (Wychodzi).

Scena V
BARTOLO sam.

Och! psy! poganie! ta służba łajdacka! Młokos! Żywiec! Żywiec przeklęty!

Scena VI
BARTOLO, ŻYWIEC.

ŻYWIEC, wchodzi ziewając, zaspany. Uach, uach!
BARTOLO. Gdzieżeś ty siedział, tumanie zatracony, wówczas gdy ten balwierz wszedł do domu?
ŻYWIEC. Panie, byłem... uach, uach!
BARTOLO. Zajęty jakiemś błazeństwem, jak zawsze? I nie widziałeś?
ŻYWIEC. Oczywista, że widziałem. Znalazł mnie ciężko chorym, wedle tego co mówił: musi to być prawda, bo od samego słu-auch-ania tego co mi gadał zaczęło mnie łamać po kościach. Uach, uach.
BARTOLO, przedrzeźniając go. Od samego słuu-ach-ania?... Gdzież ten nicpoń Młokos? karmić lekami smarkacza bez mego zlecenia! W tem tkwi jakieś szelmostwo.

Scena VII
BARTOLO, ŻYWIEC, MŁOKOS, wchodzi krokiem starca, wspierając się na lasce; wchodząc, kicha kilkakrotnie.

ŻYWIEC, wciąż ziewając. Mło-o-okos?...
BARTOLO. Wykichasz się w niedzielę.
MŁOKOS. Oto już więcej niż pięćdziesiąt... pięćdziesiąt razy... w jednej minucie!... (kicha) duszy już nie czuję.
BARTOLO. Ha! pytam was obu, czy był ktoś u Rozyny, i nic mi nie mówicie, że ten cyrulik...
ŻYWIEC, ciągle ziewając. Ech, alboż to jest ktoś, pan Figaro? Uach...
BARTOLO. Założę się, że ten frant jest z nim w zmowie...
MŁOKOS, becząc głupawo. Ja!... ja z kimś w zmowie!
ŻYWIEC, kichając. Ech, panie, czy to... czy to jest spra... sprawiedliwość?
BARTOLO. Sprawiedliwość! Właśnie mi coś dla takich jak wy nędzarzy: sprawiedliwość! Poto jestem waszym panem, abym zawsze wobec was miał rację.
ŻYWIEC, kichając. Ale, dalibóg, kiedy coś jest prawda...
BARTOLO. Kiedy coś jest prawda! a jeśli ja nie chcę żeby była prawda, życzę sobie żeby nie była prawda. Wystarczyłoby tylko pozwolić tym drabom mieć słuszność, a zobaczylibyście rychło w coby się obróciła władza!
ŻYWIEC, kichając. Wolę tedy podziękować za miejsce.. Służba końska, i do tego ciągłe piekło w domu.
MŁOKOS, płacząc. Z biednym uczciwym człowiekiem obchodzą się jak z bydlęciem.
BARTOLO. Ruszaj tedy, biedny uczciwy człowieku. (Przedrzeźnia ich). „Uach“ i „apsik“, jeden kicha mi w twarz, a drugi w nos mi ziewa.
MŁOKOS. Och, panie, przysięgam, że, gdyby nie panienka, nie byłoby... nie byłoby sposobu wytrzymać w domu. (Wychodzi, kichając).
BARTOLO. Do jakiego stanu doprowadził ten Figaro ich wszystkich! Widzę, co w trawie piszczy: hultaj chciał mnie skwitować ze stu talarów nie rozwiązując sakiewki...

Scena VIII
BARTOLO, DON BAZYLJO, FIGARO, ukryty w alkierzu, pokazuje się od czasu do czasu, podsłuchując.

BARTOLO. A, don Bazyljo, przychodzisz na lekcję śpiewu z Rozyną?
BAZYLJO. Ba! są pilniejsze rzeczy.
BARTOLO. Byłem u ciebie, alem cię nie zastał.
BAZYLJO. Wyszedłem na miasto w pańskich sprawach. Dowiedz się pan nowiny dość przykrej.
BARTOLO. Dla ciebie?
BAZYLJO. Nie, dla pana. Hrabia Almawiwa jest w mieście.
BARTOLO. Mów pocichu. Ten, który kazał szukać Rozyny po całym Madrycie?
BAZYLJO. Mieszka w rynku i wychodzi codzień przebrany.
BARTOLO. Niema co i wątpić, o moją skórę idzie. Cóż tedy czynić?
BAZYLJO. Gdyby to był zwykły człowiek, nietrudno byłoby go usunąć.
BARTOLO. Tak, zaczaiwszy się wieczorem, z bronią, w dobrem ukryciu...
BAZYLJO. Bone Deus! Narażać się! Broń Boże! Wpakować go w dwuznaczną sprawę, to co innego! i, podczas ogólnego wrzenia, spotwarzać ile gęby starczy: concedo.
BARTOLO. Osobliwy sposób pozbycia się człowieka!
BAZYLJO. Oszczerstwo, doktorze? nie wiesz chyba co lekceważysz; widziałem najzacniejszych ludzi, bliskich zguby pod tem brzemieniem. Wierz mi pan, niema tak płaskiej złośliwości, takiej ohydy, tak niedorzecznej baśni, którejby, dobrze wziąwszy się do rzeczy, nie udało się wmówić mieszkańcom stolicy; a mamy tu do tego ludzi wprost genialnych!... Zrazu, lekki szmerek muska ziemię niby jaskółka przed burzą, pianissimo; szemrze, śmiga i, pomykając, sieje zatrute strzały. Jedne, drugie usta podejmują go, i, piano, piano, sączą misternie w uszy. Zło już poczęte: kiełkuje, pełza, wędruje, i, rinforzando, z ust do ust, idzie, sam djabeł wie dokąd; następnie, nagle, niewiadomo jak, widzisz potwarz jak podnosi się, pręży, świszcze, wzdyma się, rośnie w mgnieniu oka. Rzuca się, rozwija loty, wiruje, ogarnia, rwie, bucha, grzmi i zmienia się, dzięki niebu, w powszechny krzyk, w crescendo publiczne, chorus powszechny nienawiści i potępienia. Kiż djabeł oparłby się temu?
BARTOLO. Ale cóż ty mi za brednie wyplatasz, Bazyljo? Co za związek może mieć to piano-crescendo z mojem położeniem?
BAZYLJO. Jakto! co za związek? To, co wszędzie się czyni aby uprzątnąć nieprzyjaciela, trzeba uczynić tutaj, aby wrogowi nie dać się zbliżyć.
BARTOLO. Zbliżyć? Tuszę sobie, iż Rozyna będzie moją żoną, nim dowie się zgoła, że pan hrabia istnieje na świecie.
BAZYLJO. W takim razie, niema chwili do stracenia.
BARTOLO. A od kogóż to zależy, mości Bazyljo? Powierzyłem ci wszystkie szczegóły sprawy.
BAZYLJO. Tak; ale skąpiłeś na punkcie kosztów: w harmonji zaś nieskazitelnego porządku, nieformalne małżeństwo, niesprawiedliwy wyrok, jawne pogwałcenie prawa, to dysonanse, które trzeba zawsze przygotować i złagodzić doskonałym akordem brzęku złota.
BARTOLO, dając pieniądze. Muszę spełnić to czego żądasz, ale niech już będzie koniec.
BAZYLJO. To się nazywa mówić. Jutro, wszystko będzie skończone; pańską rzeczą zapobiec, aby, w ciągu dnia, nikt nie mógł przestrzec pupilki.
BARTOLO. Zdaj się na mnie. Przyjdziesz dziś wieczór, Bazyljo?
BAZYLJO. Nie licz na to, doktorze. Sprawa pańska zatrudni mnie cały dzień; nie licz na to.
BARTOLO, przeprowadzając go. Sługa.
BAZYLJO. Zostańże pan, doktorze, zostań.
BARTOLO. Nie, nie. Chcę zamknąć za tobą.

Scena IX
FIGARO, sam, wychodząc z alkierza.

Och! zbawienna ostrożność! Zamykaj, zamykaj bramę, a ja, wychodząc, otworzę ją hrabiemu. To wielki hultaj ten Bazyljo: szczęściem jeszcze większy głupiec. Trzeba stanowiska, rodu, rangi, słowem trzeba być czemś, aby móc coś w świecie osiągnąć potwarzą. Ale taki Bazyljo! mógłby gadać bezeceństwa najprawdziwsze w świecie, niktby mu nie uwierzył.


Scena X
ROZYNA, FIGARO.

ROZYNA, wbiegając. Jakto! pan jeszcze tu, panie Figaro?
FIGARO. Bardzo szczęśliwie dla pani, panno Rozyno. Twój opiekun i nauczyciel śpiewu, mniemając że są sami, mieli ze sobą bardzo szczerą rozmówkę...
ROZYNA. A pan słuchał, panie Figaro? Wie pan, że to bardzo nieładnie.
FIGARO. Słuchać? Ba, to najlepszy sposób aby usłyszeć. Dowiedz się tedy, iż opiekun ma cię zaślubić jutro.
ROZYNA. Och! wielkie bogi!
FIGARO. Niech się pani nie obawia: damy mu tyle zajęcia, że nie będzie miał czasu myśleć o małżeństwie.
ROZYNA. Wraca już: wymknij się pan tylnemi schodkami. Umieram z przestrachu. (Figaro ucieka).

Scena XI
BARTOLO, ROZYNA.

ROZYNA. Czy był ktoś z panem tu przed chwilą?
BARTOLO. Don Bazyljo, którego odprowadziłem dla wszelkiej pewności. Byłabyś wolała pewnie, żeby to był imć Figaro?
ROZYNA. To mi zupełnie obojętne, upewniam.
BARTOLO. Radbym bardzo wiedzieć, co ten cyrulik miał ci tak pilnego do powiedzenia.
ROZYNA. Serjo pan pyta? Zdał mi sprawę ze stanu Marceliny, która, wedle tego co mówi, ma się bardzo nieszczególnie.
BARTOLO. Zdał ci sprawę! Założę się, że mu polecono, aby ci oddał jakiś liścik.
ROZYNA. Od kogóż-to, jeśli łaska?
BARTOLO. Och! od kogo! od kogoś, kogo kobieta nie wymienia nigdy. Cóż ja mogę wiedzieć? Może odpowiedź na papier upuszczony z okna.
ROZYNA, na stronie. Żeby się raz omylił. (Głośno). Wart byłby pan, aby tak było.
BARTOLO, patrząc na palce Rozyny. Tak jest. Ty pisałaś.
ROZYNA, zakłopotana. Byłoby dość zabawne, gdyby pan w istocie uparł się wmówić to we mnie.
BARTOLO, biorąc ją za prawą rękę. Ja? Bynajmniej! Ale ten paluszek, jeszcze czarny od atramentu... Hę... mościa filutko!
ROZYNA, na stronie. Przeklęty człowiek!
BARTOLO, wciąż trzymając ją za rękę. Kobieta zawsze myśli, że jest zupełnie bezpieczna, dlatego że jest sama.
ROZYNA. Och! doprawdy... Ładny dowód!... Przestańże pan, wykręca mi pan rękę. Sparzyłam się, poprawiając knot u świecy; otóż, zawsze słyszałam, że trzeba sparzone miejsce zaraz zanurzyć w atramencie.
BARTOLO. Tak? Zobaczmyż, czy drugi świadek potwierdzi zeznania pierwszego. Oto zeszycik, w którym pewien jestem, że było sześć kartek. Liczę je co rano: było sześć jeszcze dziś.
ROZYNA, na stronie. Och, bałwan!
BARTOLO, licząc. Trzy, cztery, pięć...
ROZYNA. Szósta...
BARTOLO. Widzę wyraźnie, że niema szóstej.
ROZYNA, spuszczając oczy. Szósta? Zrobiłam z niej tutkę na cukierki, które posłałam małej Figaro.
BARTOLO. Małej Figaro? A pióro, które było całkiem nowe? skądże zrobiło się czarne? Czy może od pisania adresu małej Figaro?
ROZYNA, na stronie. Ten człowiek, doprawdy, jest jasnowidzem z zazdrości!... (Głośno). Użyłam go, aby odświeżyć zatarty kwiatek na kamizelce, którą haftuję dla pana na bębenku.
BARTOLO. Jakie to budujące! Jeśli chcesz, aby ci wierzono, moje dziecko, nie trzeba było czerwienić się przekształcając tak prawdę co do joty; ale to sztuka, której jeszcze nie posiadasz.
ROZYNA. Ech! i któżby się nie czerwienił, słysząc, jak pan wyciąga złośliwe wnioski z rzeczy najniewinniejszych w świecie.
BARTOLO. Oczywiście, moja wina: sparzyć sobie palec, umoczyć go w atramencie, zwijać tutkę dla małej Figaro i poprawiać wzór na bębenku, cóż może być niewinniejszego! Ile tu kłamstw nagromadzonych, aby ukryć jeden fakt!... „Jestem sama, nikt mnie nie widzi: mogę skłamać co mi się podoba“. Ale, koniec paluszka jest wciąż czarny, pióro powalane, papieru brak; niesposób o wszystkiem pamiętać. To pewna, moja panno, że, kiedy mi przyjdzie wyjść na miasto, zamknięte na dwa spusty drzwi będą mi najlepszą poręką.

Scena XII
HRABIA, BARTOLO, ROZYNA.
(Hrabia, w mundurze kawalerzysty, z miną człowieka będącego pod dobrą datą, podśpiewuje: „Zbudź się, ach, zbudź się“, etc.).

BARTOLO. Czego chce tutaj ten człowiek? Żołnierz! Wracaj do siebie, senora.
HRABIA, śpiewa dalej „Zbudź się“, i zbliża się do Rozyny. Kto z was dwojga, szanowne panie, nazywa się doktór Balordo? (do Rozyny, pocichu). Jestem Lindor.
BARTOLO. Bartolo!
ROZYNA, na stronie. Wspomniał coś o Lindorze.
HRABIA Balordo, Balosło: kpię sobie zresztą z tego ja-ak. Chodzi tylko o to, który, która z was (do Rozyny, ukazując papier). Weź pani ten list.
BARTOLO. Która! Widzi pan przecie, że to ja! Która! Idź do siebie, Rozyno, ten człowiek, jest, jak się zdaje, po dobrem śniadaniu!
ROZYNA. Właśnie dlatego może lepiej, abym została; jest pan sam: obecność kobiety działa niekiedy uspokajająco.
BARTOLO. Idź do siebie, idź; nie jestem trwożliwy.

Scena XIII
HRABIA, BARTOLO.

HRABIA. Och, poznałem pana odrazu po rysopisie.
BARTOLO, do hrabiego który chowa list. Cóż pan tak chowa?
HRABIA. Chowam poto, abyś pan nie wiedział co.
BARTOLO. Mój rysopis! Tym ludziom zawsze się zdaje, że mówią do swoich żołnierzy.
HRABIA. Czy pan myśli, że to tak trudno sporządzić pański rysopis? (śpiewa):

Głowa trzęsąca, pałka goła,
Oczy wypukłe, niby u woła,
Szyja na bakier, krzywa łopatka,
Kibić zręczna jak u niedźwiadka,
Gęba dzióbata, mina tępa,
Nos zakrzywiony jak u sępa,
Nogi skręcone i koszlawe,
Głos oburkliwy, suknie wszawe;
Postać stworzona do amorów:
Słowem — to brylant wszechdoktorów!

BARTOLO. Cóż to znów ma znaczyć! Przybyłeś tu, aby mnie obrażać? Wynoś mi się zaraz!
HRABIA. Wynoś się! Ha, ha! pfe! brzydkie wyrażenie! Umiesz czytać, doktorze Balosło?
BARTOLO. Znowuż nieprzyzwoite pytanie.
HRABIA. Och! niech o to nie będzie kwestji; ja, który jestem co najmniej równie doktorem jak pan...
BARTOLO. A to jak?
HRABIA. Alboż nie jestem weterynarzem pułkowym? Oto, czemu mnie umyślnie zakwaterowano u kolegi.
BARTOLO. On śmie równać konowała!...
HRABIA, mówi:

Nie, mój doktorze, żadnych praw zwycięztwa,
Nad Hipokrata armią, znaną z męztwa,
Dla sztuki naszej ja nie roszczę sobie:

śpiewa:

Twoja nauka, we wszelkim sposobie
Innym przyświeca niezłomną wyższością:
Jeśli nie zawsze poradzi chorobie,
Choremu za to da rady z pewnością.

Czy to nie uprzejme wyznanie?
BARTOLO. Tobież to przystoi, nędzny manipuło, poniewierać w ten sposób pierwszą, największą i najużyteczniejszą ze sztuk?
HRABIA. Użyteczną bez wątpienia, dla tych co ją wykonywują.
BARTOLO. Sztuką, której zdobycze błyszczą w pełnem słońcu.
HRABIA. Ziemia zaś skwapliwie pokrywa omyłki.
BARTOLO. Widać to, nieuku, że jesteś nawykły mówić jedynie do koni.
HRABIA. Mówić do koni? Och, doktorze! jak na doktorski dowcip... Czyż nie jest stwierdzonym faktem, iż konował zawsze wraca zdrowie pacjentom nie mówiąc do nich nic, gdy lekarz mówi wiele do swoich...
BARTOLO. Nie umiejąc ich wyleczyć, nieprawdaż?
HRABIA. Rzekłeś.
BARTOLO. Kiż djabeł nasłał przeklętego opoja!
HRABIA. Zdaje mi się, że strzelasz we mnie epigramami, Amorze!
BARTOLO. Ostatecznie, czego tu chcesz? czego żądasz?
HRABIA, udając wielki gniew. Cóż do kroćset! co za napaści! Czego chcę? Nie widzi pan?


Scena XIV
ROZYNA, HRABIA, BARTOLO.

ROZYNA, wbiega. Panie żołnierzu, niech się pan nie unosi, przez litość! (do Bartola). Mów pan doń łagodnie, doktorze: toż on jest niepoczytalny.
HRABIA. Masz słuszność: niepoczytalny: ale my zato jesteśmy poczytalni, nieprawdaż? Ty ładna, ja składny... słowem... wystarczy... Faktem jest, iż nie chcę mieć w tym domu z nikim do czynienia, prócz z tobą.
ROZYNA. Co mogę uczynić do pańskich usług, panie żołnierzu?
HRABIA. Drobnostkę, moje dziecko. Ale, jeśli słowa moje będą brzmieć nieco ciemno...
ROZYNA. Postaram się uchwycić ich ducha.
HRABIA, pokazując list. Nie, trzeba brać dosłownie, dosłownie. Chodzi poprostu... to jest, mam na myśli... zrozum to jak najlepiej, najprzyzwoiciej; trzeba mnie przyjąć na noc dziś wieczór.
BARTOLO. Tylko tyle.
HRABIA. Tylko. Przeczytaj pan słodki bilecik, jaki wystosował do pana nasz kwatermistrz.
BARTOLO. Zobaczmyż. (Hrabia chowa list i podaje inny papier. — Bartolo czyta). „Doktór Bartolo da pomieszczenie, życie, gościnę, nocleg...
HRABIA, z naciskiem. Nocleg.
BARTOLO. Na jedną noc tylko, pomienionemu Lindorowi, z przydomkiem Szkolarz, kawalerzyście pułku...“
ROZYNA. To on, to on!
BARTOLO, żywo do Rozyny. Co takiego?
HRABIA. I cóż, ma pan co do zarzucenia, doktorze Barbaro?
BARTOLO. Myślałby ktoś, że temu człowiekowi sprawia przyjemność kaleczyć moje nazwisko na wszelkie sposoby; idźże do czarta ze swoim Barbaro, Balosło! i powiedz swemu cymbałowi kwatermistrzowi, że, od czasu bytności w Madrycie, wolny jestem od kwaterunku.
HRABIA, na stronie. O nieba! fatalna niespodzianka!
BARTOLO. He, he, przyjacielu, to ci się nie podoba! otrzeźwiło cię potrosze? Ale, z tem wszystkiem, wynoś się stąd, w tej chwili.
HRABIA, na stronie. Omal się nie zdradziłem. (Głośno). Wynosić! jeżeli pan jesteś wolny od kwatery, nie jesteś wolny od grzeczności, jak sądzę? Wynosić się! Pokaż mi pan dekret; mimo że nie umiem czytać, zobaczę...
BARTOLO. Niech i tak będzie. Jest w biurku.
HRABIA, podczas gdy doktór idzie do biurka, mówi, nie zmieniając miejsca. Ach, urocza Rozyno!
ROZYNA. Jakto, Lindorze, to ty?
HRABIA. Weź przynajmniej list.
ROZYNA. Uważaj, patrzy.
HRABIA. Wyjmij chusteczkę, upuszczę list na ziemię. (Zbliża się).
BARTOLO. Powoli, powoli, mości żołnierzu, nie lubię, aby się ktoś przyglądał mej żonie tak zbliska.
HRABIA. To pańska żona?
BARTOLO. A któżby?
HRABIA. Wziąłem pana za jej pradziadka po mieczu, po kądzieli, po wszystkich djabłach; przynajmniej trzy pokolenia was dzielą.
BARTOLO, odczytuje pergamin. „Wskutek dobrych i wiernych świadectw, które nam przedłożono...“
HRABIA, podbija z pod spodu ręką pergaminy, które lecą aż pod sufit. A kiż mnie kaduk obchodzą te bzdury?
BARTOLO. Czy wiesz, mój rycerzu, że wystarczy mi zawołać ludzi, aby cię z miejsca potraktować jak na to zasługujesz?
HRABIA. Bitwa? Och! wybornie, bitwa! to moje rzemiosło; a oto (ukazując pistolet tkwiący u pasa) proch do zasypania oczu. Pani może jeszcze nigdy nie widziała bitwy?
ROZYNA. Ani też nie chcę widzieć.
HRABIA. Ba! niema nic weselszego jak bitwa: wyobraź sobie pani (popychając doktora) przedewszystkiem, że nieprzyjaciel jest z jednej strony rzeczki, przyjaciele zaś z drugiej. (Do Rozyny, pokazując list). Wyjmij chusteczkę. (Pluje na ziemię). Oto rzeczka: rozumie pani?
ROZYNA, dobywa chusteczkę, hrabia upuszcza list pomiędzy siebie a nią.
BARTOLO, schylając się. Ho, ho!
HRABIA, podejmuje list i mówi. Ba!... i ja chciałem tę panienkę uczyć sekretów mego rzemiosła... Bardzo dyskretna kobieta, w istocie! Ładnie, ładnie! toć przed chwilą wypadł jej z kieszeni czuły bilecik!
BARTOLO. Dawaj, dawaj.
HRABIA. Dulciter, ojczulku! każdy niech patrzy swego nosa. Gdyby tak tobie z kieszeni wypadła recepta na rumbarbarum?...
ROZYNA, wyciąga rękę. Ach, wiem już co to, panie żołnierzu. (Bierze list i chowa w kieszeń fartuszka).
BARTOLO. Zabierzesz się stąd wreszcie?
HRABIA. Więc dobrze, zabieram się. Bywaj zdrów, doktorze; bez urazy. Maleńka prośba, ślicznotko: módl się do śmierci, aby zapomniała o mnie jeszcze przez kilka kampanij; nigdy życie nie było mi równie drogie.
BARTOLO. No, zmykaj. Ha! gdybym ja posiadał jakie względy u śmierci...
HRABIA. U śmierci? Alboż nie jesteś lekarzem? Robisz dla niej tyle, że i ona nie może ci chyba niczego odmówić (wychodzi).


Scena XV
BARTOLO, ROZYNA.

BARTOLO, spogląda za odchodzącym. Odszedł wreszcie (na stronie). Maskujmy się.
ROZYNA. Przyzna pan, że bardzo ucieszny chłopiec z tego młodego żołnierza! Mimo całego pijaństwa, widać, że nie zbywa mu na dowcipie ani na wychowaniu.
BARTOLO. Szczęście to, duszko, że się nam udało go wyprawić! Ale, czyś nie ciekawa przeczytać wraz ze mną pisma które ci oddał?
ROZYNA. Co za pisma?
BARTOLO. Tego, co to udał że podnosi z ziemi.
ROZYNA. Et, to list od mego krewniaka oficera; wypadł mi z kieszeni.
BARTOLO. Mnie się coś zdaje, że to on go wydobył ze swojej.
ROZYNA. Nie, nie, poznałam list: ten sam.
BARTOLO. Czyż to co kosztuje przyjrzeć się raz jeszcze?
ROZYNA. Nie wiem nawet, co z nim zrobiłam.
BARTOLO, ukazując kieszonkę. Włożyłaś tutaj.
ROZYNA. Och! przez roztargnienie.
BARTOLO. Pewnie, pewnie. Zobaczysz, że to jakiś figiel.
ROZYNA, na stronie. Jeśli nie wpadnę w złość, nie będzie sposobu odmówić.
BARTOLO. Dajże, serdeńko.
ROZYNA. Co panu do głowy wpadło, żeby tak nalegać? znowu jakieś podejrzenie?
BARTOLO. Ale dlaczego ty się tak wzbraniasz?
ROZYNA. Powtarzam panu, to nic: list krewniaka, który oddał mi pan wczoraj otwarty. Skoro już o tem mowa, powiem otwarcie, że ten sposób oburza mnie w najwyższym stopniu.
BARTOLO. Nie rozumiem.
ROZYNA. Czy ja przeglądam papiery, które pan dostaje? Dlaczego pan sobie pozwala otwierać wszystko, co przychodzi pod moim adresem? Jeśli to zazdrość, obraża mnie; jeśli proste nadużycie władzy którą sobie przywłaszczyłeś, oburza mnie jeszcze bardziej.
BAiRTOLO. Jakto, oburza! Odkądże to przemawiasz do mnie tym tonem?
ROZYiNA. Jeśli wstrzymywałam się do dziś, to nie znaczy, iż wolno panu znieważać mnie bezkarnie.
BARTOLO. Gdzie tu zniewaga?
ROZYNA. To wprost niesłychane, pozwalać sobie otwierać cudze listy!
BARTOLO. Listy własnej żony?
ROZYNA. Nie jestem nią jeszcze. A zresztą, czemużby wobec żony miało się przywilej niegodziwości, której nie wyrządza się nikomu?
BARTOLO. Chcesz zmylić trop i odwrócić uwagę od bileciku, który z pewnością pochodzi od jakiegoś galanta! Ale ja go zobaczę, upewniam.
ROZYNA. Nie zobaczy pan. Jeśli zbliżysz się do mnie, uciekam z domu i proszę o schronienie pierwszej spotkanej osoby.
BARTOLO. Która cię nie przyjmie.
ROZYNA. To się dopiero pokaże.
BARTOLO. Nie jesteśmy we Francji, gdzie zawsze przyznają słuszność kobietom; ale, aby ci odjąć ochotę do wybryków, dla pewności zamknę drzwi.
ROZYNA, podczas gdy doktór idzie ku drzwiom. Nieba! co czynić?... Włożę czemprędzej w to miejsce list krewniaka i pozwolę go sobie wydrzeć. (Zamienia szybko listy i kładzie list krewniaka do kieszeni, tak aby róg wystawał).
BARTOLO, wracając. No, teraz, mam nadzieję, że ujrzę ten list.
ROZYNA. Jakiem prawem, jeśli łaska?
BARTOLO. Prawem powszechnie uznanem: prawem silniejszego.
ROZYNA. Raczej dam się zabić, niż pozwolę na to.
BARTOLO, tupiąc nogą. Ech, moja panno!
ROZYNA, pada na fotel, udając że mdleje. Och, cóż za niegodziwość!
BARTOLO. Daj list, lub drżyj przed mym gniewem.
ROZYNA, wpół leżąc w fotelu. Nieszczęśliwa Rozyno!
BARTOLO. Co tobie się dzieje?
ROZYNA. Cóż za straszna przyszłość!
BARTOLO. Rozyno!
ROZYNA. Dławię się z wściekłości!
BARTOLO. Słabo jej.
ROZYNA. Mdleję... umieram.
BARTOLO, maca puls i mówi na stronie. Nieba! list! Przeczytajmy, póki się nic spostrzeże. (Dalej obmacuje puls i bierze list, który stara się przeczytać, odwracając się trochę).
ROZYNA, ciągle wpół omdlała. O, ja nieszczęśliwa!... och!...
BARTOLO, puszcza jej rękę i mówi na stronie. Cóż za szał każe człowiekowi dochodzić tego, czego wciąż lęka się dowiedzieć!
ROZYNA. Och! biedna Rozyno!
BARTOLO. Nadużywanie pachnideł... wywołuje takie spazmatyczne dolegliwości. (Czyta za fotelem, wciąż obmacując puls. Rozyna podnosi się nieco, spogląda nań chytrze, potrząsa głową, i, bez słowa, wraca do poprzedniej pozycji).
BARTOLO, na stronie. O nieba! To naprawdę list krewniaka. Przeklęta podejrzliwość! Jak ją teraz uspokoić? Niech nie wie przynajmniej, że przeczytałem! (Udaje, że podtrzymuje Rozynę i wkłada list zpowrotem do fartuszka).
ROZYNA, wzdycha. Och!
BARTOLO. No, no, to nic, dziecko; troszkę waporów, oto wszystko; puls nawet nie przyśpieszony. (Bierze flakon z konsoli).
ROZYNA, na stronie. Włożył list zpowrotem! doskonale.
BARTOLO. Moja droga Rozyno, trochę wody lawandowej.
ROZYNA. Nie chcę nic od pana: zostaw mnie.
BARTOLO. Przyznaję, byłem nieco porywczy z tym bilecikiem!
ROZYNA. Właśnie chodzi o bilecik! To pański sposób objawiania swej woli oburza mnie.
BARTOLO, na kolanach. Daruj: ja sam uznałem swój błąd; oto mnie widzisz na kolanach, gotowym wszystko naprawić.
ROZYNA. Tak! ślicznie! ale i tak jest pan przekonany, że to nie jest od krewniaka.
BARTOLO. Od niego czy nie od niego, nie żądam już wyjaśnień.
ROZYNA, podając list. Widzi pan, że dobrem obejściem wszystko można ze mną uzyskać. Czytaj pan.
BARTOLO. Twój poczciwy postępek rozprószyłby me podejrzenia, gdybym na swe nieszczęście zachował je jeszcze.
ROZYNA. Niechże pan czyta.
BARTOLO, cofa się. Boże broń, abym ci miał wyrządzić podobną zniewagę!
ROZYNA. Przykrość mi pan robi, odmawiając.
BARTOLO. Przyjm, jako zadośćuczynienie, ten znak mego zupełnego zaufania. Idę odwiedzić biedną Marcelinę, której ten Figaro, nie wiem poco, otworzył żyłę na nodze; pójdziesz ze mną?
ROZYNA. Idę w tej chwili.
BARTOLO. Skoro pokój zawarty, serdeńko, podaj mi rękę. Gdybyś ty mogła mnie kochać, ach! jakabyś była szczęśliwa!
ROZYNA, spuszczając oczy. Gdyby pan mógł mi się podobać, ach, jakbym pana kochała!
BARTOLO. Spodobam ci się, spodobam; ręczę że się spodobam! (Wychodzi).


Scena XVI
ROZYNA, patrząc za odchodzącym.

Ach, Lindorze! Powiada, że mi się spodoba!... Przeczytajmy ten list, który omal nie sprawił mi tyle zmartwienia. (Czyta i wykrzykuje): Ha!... za późno! zaleca bym wszczęła otwartą wojnę z opiekunem; miałam tak świetną sposobność i przepuściłam ją. Podnosząc list, czułam że się rumienię po białka. Och, opiekun ma słuszność; daleka jestem od tej światowej wprawy, która, jak często mi powtarza, daje kobietom pewność siebie w podobnych okazjach! Ale niegodziwy mężczyzna potrafiłby samą niewinność zmienić we wcieloną zdradę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pierre Beaumarchais i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.