Cyrulik Sewilski/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Pierre Beaumarchais
Tytuł Cyrulik Sewilski
Data wydania 1932
Wydawnictwo Bibljoteka Boya
Drukarz Drukarnia Zakł. Wydawn. M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
AKT I
Scena przedstawia ulicę w Sewilli; wszystkie okna wychodzące na ulicę są zakratowane.
Scena I
HRABIA, sam w obszernym ciemnym płaszczu i kapeluszu nasuniętym na czoło. Przechadzając się, dobywa zegarka.

Jest wcześniej niż myślałem. Godzina, o której moja piękność zwykła się ukazywać za żaluzją, jest jeszcze daleko. Mniejsza; lepiej przybyć za wcześnie, niż chybić sposobności. Ha! gdyby jaki modniś dworski mógł mnie sobie wyobrazić, o sto mil od Madrytu, wystającego co rano pod oknami kobiety z którą nigdym nie zamienił słowa, wziąłby mnie za Hiszpana z czasów królowej Izabeli. — Czemu nie? Każdy bieży za szczęściem. Dla mnie ono w sercu Rozyny. — Jakto! gonić za kobietą do Sewilli, gdy Madryt i dwór nastręczają na każdym kroku tyle łatwych przyjemności! — Właśnie przed tem uciekam. Znużony jestem zdobyczami, których źródłem interes, ambicja lub próżnostka! Tak słodko być kochanym dla samego siebie! Ach! gdybym, pod tem przebraniem, zyskał pewność... Djabliż niosą natręta!

Scena II
FIGARO, HRABIA, ukryty.
FIGARO, z gitarą, przewiązaną przez plecy szeroką wstążką; podśpiewuje wesoło, trzymając papier i ołówek w ręku:

Precz do czarta ze zgryzotą,
Niech próżno nie trawi nas;
Sączmy wina strugę złotą.
Co grzeje i poi wraz;

Ach, bez rozkoszy,
Co smutki płoszy,
Człowiek żyłby jak ów kret,
No, i umarłby też wnet.

Jak dotąd, wcale nieźle, he, he!

No, i umarłby też wnet.
Lenistwo i wino
Walczą o mą duszę...

Ech, nie, nie walczą, władają w niej zgodnie razem.

Dzielą... moją duszę...

Czy mówi się: dzielą sobie?... Ech! Boże! nasi libreciści operowi nie wglądają tak ściśle. Co nie warte powiedzenia, podkłada się dziś pod muzykę.

Śpiewa:

Lenistwo i wino
Dzielą moją duszę...

Chciałbym, na zakończenie, znaleźć coś pięknego, efektownego, świetnego, coś coby miało pozór myśli. (Przyklęka na jedno kolano, i pisze, nucąc:)

Dzielą moją duszę:
W jednem mą rozkosz pokładam jedyną,
Drugie osładza najcięższe katusze.

Fe! to płaskie. Nie to... Trzeba przeciwstawienia, antytezy:

Jedno... mą... wierną... najmilszą dziewczyną...
Drugiemu...

Tam do kata! Mam:

Drugiemu, biedny, kornie służyć muszę.

Brawo, Figaro! (pisze, nucąc:)

Lenistwo i wino
Dzielą moją duszę:
Jedno mą wierną, najmilszą dziewczyną,
Drugiemu, biedny, kornie służyć muszę;
Jedno mą wierną, najmilszą dziewczyną,
Drugiemu, biedny, kornie służyć muszę.

He, he! Kiedy się dobierze akompanjament, zobaczymy jeszcze, panowie zazdrośnicy, czy i tym razem zdołacie mnie pogrążyć. (Spostrzega hrabiego). Gdzieś już widziałem tego księżyka... (Wstaje ).
HRABIA, na stronie. Ten człowiek nie jest mi obcy.
FIGARO. Ależ nie, to nie żaden klecha! Ta szlachetna i dumna postawa...
HRABIA. To pocieszne wejrzenie...
FIGARO. Nie mylę się: hrabia Almawiwa.
HRABIA. Toż-to ten nicpoń Figaro!
FIGARO. On sam, Wasza Dostojność.
HRABIA. Hultaju! jeśli jedno słowo...
FIGARO. A, poznaję mego pana, po tem łaskawem obejściu, jakiem mnie zawsze zaszczycał.
HRABIA. A ja nie poznałem cię zrazu. Roztyłeś się, zaokrągliłeś...
FIGARO. Cóż Wasza Dostojność chce: nędza!
HRABIA. Biedny chłopak! Cóż ty porabiasz w Sewilli? Wszakże, swego czasu, poleciłem cię w ministerjum na jakąś posadę.
FIGARO. Otrzymałem ją, Wasza Dostojność, i wdzięczność moja...
HRABIA. Nazywaj mnie Lindorem. Nie widzisz z mego przebrania, że chcę pozostać nieznany?
FIGARO. Znikam więc.
HRABIA. Przeciwnie. Czekam tu na kogoś; otóż, dwaj ludzie, którzy gwarzą z sobą, wyglądają mniej podejrzanie, niż jeden który się przechadza. Udawajmy zagadanych. No i cóż? ta posada?
FIGARO. Minister, mając wzgląd na polecenie Waszej Dostojności, kazał mnie natychmiast mianować pomocnikiem aptekarza.
HRABIA. Przy szpitalach armji?
FIGARO. Nie; przy stadninach andaluzyjskich.
HRABIA, śmiejąc się. Dobry początek karjery!
FIGARO. Posada była nienajgorsza: mając wydział opatrunków i leków, sprzedawałem często dobrym ludziom rzetelne końskie lekarstwa...
HRABIA. Które zabijały poddanych Jego Królewskiej Mości!
FIGARO. Ha, ha! niemasz uniwersalnego leku. Zdarzało mi się wszelako wyleczyć temi kordjałami, Galicjan, Katalończyków, Owernjaków.
HRABIA. Czemuż rzuciłeś to miejsce?
FIGARO. Rzuciłem? Ono mnie rzuciło; przystawiono mi stołka.

Zazdrość z wyschniętą łapą, z twarzą siną, bladą...

HRABIA. Och, przyjacielu, litości! litości! Składasz i wiersze? Widziałem przed chwilą, jak gryzmoliłeś coś na kolanie, wyśpiewując od rana.
FIGARO. Oto właśnie przyczyna mego nieszczęścia, Excelencjo. Kiedy doniesiono ministrowi, że składam, ośmielę się powiedzieć, wcale wdzięczne bukieciki dla Chlorydy, szarady do dzienników, że krążą tu i ówdzie madrygały mego pióra; słowem, kiedy się dowiedział, że zdarza mi się czasem wleźć żywcem pod prasę, wziął rzecz bardzo surowo, i odebrał mi posadę, pod pozorem, że zamiłowania do sztuki nie da się zgodzić z powagą stanowiska.
HRABIA. Kapitalne! I nie próbowałeś przedłożyć...
FIGARO. Byłem aż nazbyt szczęśliwy, iż o mnie zapomniano, w przeświadczeniu, iż możni czynią nam dosyć dobrego, kiedy nie czynią nam nic złego.
HRABIA. Coś musi tkwić pozatem. Przypominam sobie, że, już w mojej służbie, był z ciebie wielki nicpoń.
FIGARO. Ech, Boże, Excelencjo, bo też, gdy ktoś jest biedakiem, żąda się, aby był bez wad.
HRABIA. Leniwy, nieporządny...
FIGARO. Wedle miary cnót, jakich wymaga się od służącego, czy Excelencja zna wielu panów, którzyby byli godni być lokajami?
HRABIA, śmiejąc się. Wcale nieźle. I osiedliłeś się tutaj?
FIGARO. Nie zaraz.
HRABIA, przerywając. Chwileczkę... Zdawało mi się, że to ona... Gadaj dalej, słucham.
FIGARO. Wróciwszy do Madrytu, chciałem na nowo spróbować swoich talentów. Teatr wydał mi się zaszczytnem polem...
HRABIA. Och! litości!...
FIGARO. (Podczas gdy mówi, hrabia patrzy z wytężoną uwagą w kierunku żaluzji). W istocie, nie rozumiem, w jaki sposób nie zdobyłem sukcesu, obsadziłem bowiem gęsto parter co najdzielniejszymi pracownikami; ręce... jak łopaty; zabroniłem rękawiczek, lasek, wszystkiego co wydaje jedynie głuche oklaski; przytem, na honor, przed premierą, kawiarnia zdawała się najlepiej usposobiona. Ale, intryga kliki...
HRABIA. Aha! „intrygi“ i „klika“! mości wygwizdany autorze!
FIGARO. Ten dziś, ów jutro; czemużby nie? Wygwizdali mnie, prawda; ale, jeżeli kiedy jeszcze uda mi się dopaść ich w teatrze...
HRABIA. Nuda cię pomści, co?
FIGARO. Och, ja ich...! do kroćset!...
HRABIA. Klniesz? Czy wiesz, że tylko dwadzieścia cztery godzin przysługuje w trybunale prawo złorzeczenia sędziom?
FIGARO. W teatrze, dwadzieścia cztery lat: życie jest za krótkie, aby strawić podobną urazę.
HRABIA. Bawią mnie twoje ucieszne gniewy. Ale nie powiadasz, co cię skłoniło do opuszczenia Madrytu.
FIGARO. Mój dobry anioł, Excelencjo, skoro mam dziś szczęście odnaleźć dawnego pana. Przekonawszy się w Madrycie, iż rzeczpospolita sztuk i nauk jest legowiskiem wilków, szczerzących wzajem ma się zęby, i że, mimo wzgardy jaką sprowadza na nich ta śmieszna zaciekłość, wszystkie owady, mustyki, komary, krytyki, bazgracze, zazdrośniki, feljetoniści, wydawcy, cenzory, słowem wszystko co czepia się skóry nieszczęśliwych autorów, co ich ogryza i wysysa to niewiele miąższu które im zostało, znużony pisaniem, znudzony samym sobą, zmierżony drugimi, przytłoczony długami i goniąc resztką pieniędzy, przekonany zresztą że uczciwy zarobek z brzytwy więcej jest wart niż jałowe zaszczyty pióra, opuściłem Madryt. Z lekkim węzełkiem na plecach, przebiegałem filozoficznie obie Kastylje, Manszę, Estramadurę, Sierra-Morenę, Andaluzję, goszczony w jednem mieście, wtrącony do więzienia w innem, a wszędzie wyższy ponad bieg wydarzeń; chwalony przez jednych, ganiony przez drugich, ciesząc się dobrą chwilą, znosząc z hartem złą, drwiąc sobie z głupoty, stawiając czoło złości, śmiejąc się z własnej nędzy i goląc podbródki całemu światu, wreszcie, jak mnie pan widzi, osiadły w Sewilli i gotów na nowo służyć Waszej Excelencji we wszystkiem, co się jej spodoba rozkazać.
HRABIA. Któż ci dał tak wesołą filozofję?
FIGARO. Przyzwyczajenie do niedoli. Śmieję się skwapliwie ze wszystkiego, z obawy bym nie musiał płakać. Co pan tak patrzy ustawicznie w tę stronę?
HRABIA. Uciekajmy!
FIGARO. Czemu?
HRABIA. Chodźże, niezdaro! gubisz mnie. (Kryją się).

Scena III
BARTOLO, ROZYNA. (Żaluzja na pierwszem piętrze otwiera się; Bartolo i Rozyna ukazują się w oknie).

ROZYNA. Jak miło odetchnąć powietrzem... Ta żaluzja otwiera się tak rzadko...
BARTOLO. Co ty tam masz za papier?
ROZYNA. Kuplecik z Daremnej Przezorności: nauczyciel dał mi go wczoraj.
BARTOLO. Cóż to za Daremna Przezorność?
ROZYNA. Nowa komedja.
BARTOLO. Znowu jakiś dramat! Pewnie nowe głupstwo nowej szkoły[1].
ROZYNA. Nie wiem.
BARTOLO. No, no: dzienniki i władze zrobią z tem porządek. Barbarzyńska epoka!...
ROZYNA. Zawsze pan złorzeczy naszym biednym czasom.
BARTOLO. A to dobre! Cóż one wydały takiego, aby je chwalić? Głupstwa wszelkiego rodzaju: wolność myśli, przyciąganie ziemi, elektryczność, tolerancję, szczepienie ospy, chininę, encyklopedię i dramat...
ROZYNA, upuszczając, niby mimowoli, papier na ulicę. Och, moja piosenka! tak się zasłuchałam w to co pan mówi, że piosenka wypadła mi na ulicę. Biegnij pan, biegnij żywo: zginie z pewnością.
BARTOLO. Bo też, u djaska, kiedy się coś trzyma, trzeba trzymać jak należy. (Cofa się z balkonu).
ROZYNA spogląda w głąb i daje znak na ulicę. Pst, pst. (Hrabia zjawia się). Podnieś pan szybko i umykaj. (Hrabia jednym skokiem podnosi papier i chowa się).
BARTOLO wychodzi z domu i szuka. Gdzież jest? nic nie widzę.
ROZYNA. Pod balkonem, tuż koło ściany.
BARTOLO. Ładne mi dajesz zlecenia! Przechodził kto tędy?
ROZYNA. Nie widziałam nikogo.
BARTOLO, do siebie. A ja, który tak dobrodusznie... Bartolo, przyjacielu, dudek z ciebie: powinno cię to nauczyć, aby nigdy nie otwierać żaluzyj od ulicy. (Wchodzi do domu).
ROZYNA, ciągle na balkonie. Niedola moja starczy mi za usprawiedliwienie: sama, pod strażą, wydana na łup wstrętnego człowieka, czyliż popełniam zbrodnię, próbując wyrwać się z niewoli?
BARTOLO, ukazując się na balkonie. Wracaj, senora; moja wina, jeśli zgubiłaś piosenkę; ale to nieszczęście nie zdarzy ci się już nigdy, przysięgam. (Zamyka żaluzję na klucz).

Scena#32;IV
HRABIA, FIGARO, wsuwają się ostrożnie.

HRABIA. Teraz, kiedy nikogo niema, przypatrzmy się tej piosence, w której, z pewnością, mieści się słowo tajemnicy. Bilecik!
FIGARO. Pytał, co to takiego Daremna Przezorność!
HRABIA czyta żywo. „Pańskie zainteresowanie budzi mą ciekawość; skoro opiekun się oddali, zaśpiewaj pan, niby od niechcenia, na melodję tej piosnki, coś, coby mi zdradziło imię, stan i zamiary tego, który zdaje się być szczerze oddany nieszczęsnej Rozynie“.
FIGARO, przedrzeźniając głos Rozyny. „Piosenka, piosenka mi wypadła; biegnij pan, biegnij żywo!“ (Śmieje się). Ha, ha, ha! och, te kobietki! Chcesz pan nauczyć chytrości największą gąskę? zamknij ją pod kluczem.
HRABIA. Droga Rozyna!
FIGARO. Excelencjo, nie potrzebuję już dociekać pobudek twej maskarady; tu pachnie na milę miłością.
HRABIA. Znasz mą tajemnicę; ale, gdybyś się ważył wypaplać...
FIGARO. Ja, paplać! Nie będę się uciekał do frazesów o honorze i uczciwości, frazesów których nadużywa się codzień; powiem tylko jedno: własny interes ręczy za mnie; zważ pan wszystko na tej szali...
HRABIA. Doskonale. Dowiedz się więc, iż losy pozwoliły mi spotkać w Prado, przed pół rokiem, młodą osobę, piękną w istocie jak... Widziałeś przed chwilą. Szukałem jej próżno po całym Madrycie. Dopiero przed kilku dniami odkryłem, że nazywa się Rozyna, pochodzi ze szlachetnej krwi, jest sierotą i żoną starego lekarza w tem mieście, imieniem Bartolo.
FIGARO. Ładny ptaszek, na honor! trudno go będzie wysadzić z gniazdeczka! Ale kto panu powiedział, że ona jest żoną doktora?
HRABIA. Całe miasto.
FIGARO. To bajka, którą ukuł przybywając z Madrytu, aby zmylić tropy i oddalić galantów. Dotąd, Rozyna jest jedynie jego pupilką; ale niebawem...
HRABIA, żywo. Nigdy!... Ach, co za nowina! Byłem gotów na wszystko się ważyć, aby wynurzyć jej me żale; i oto zastaję ją wolną. Niema chwili do stracenia; trzeba zdobyć jej miłość i wyrwać ją z niegodnych więzów, których ma się stać ofiarą. Znasz więc opiekuna?
FIGARO. Jak własną matkę.
HRABIA. Cóż to za człowiek?
FIGARO, żywo. Śliczny, gruby, krótki młody staruszek, szpakowaty, uczerniony, wygolony, chytry, zużyty, przeżyty, który węszy, szpera, stęka i łaje bez przerwy.
HRABIA, niecierpliwie. Ech! widziałem go. Charakter?
FIGARO. Brutal, skąpy, zakochany i zazdrosny bez miary o pupilkę, która nienawidzi go śmiertelnie.
HRABIA. Zatem, widoki jego są...
FIGARO. Żadne.
HRABIA. Tem lepiej. A uczciwość?
FIGARO. Ściśle tyle, ile trzeba, aby uniknąć znajomości ze stryczkiem.
HRABIA. Tem lepiej. Ukarać łajdaka, kupując własne szczęście...
FIGARO. Znaczy osiągnąć jednym zamachem dobro publiczne i własne: w istocie, arcydzieło moralności, Excelencjo!
HRABIA. Powiadasz, że obawa galantów każe mu trzymać drzwi zamknięte...
FIGARO. Dla całego świata: gdyby ją mógł zamurować...
HRABIA. Tam do licha, to gorzej! Masz może przystęp do niego?
FIGARO. Czy mam! Primo, domek, stanowiący moje mieszkanie, należy do doktora, który trzyma mnie w nim gratis.
HRABIA. A! a!
FIGARO. Tak. Ja zaś, przez wdzięczność, przyrzekam mu dziesięć dukatów rocznie, również gratis.
HRABIA, zniecierpliwiony. Jesteś jego lokatorem?
FIGARO. Co więcej, jego cyrulikiem, chirurgiem, aptekarzem: nie uświadczysz pan w domu doktora jednego machnięcia brzytwą, lancetem lub serengą, któreby nie wychodziło z pod ręki pańskiego podnóżka.
HRABIA ściska go. Och, Figaro, przyjacielu, ty będziesz mym aniołem, wybawcą, bóstwem opiekuńczem.
FIGARO. Tam do kata! jak to potrzeba błyskawicznie zmniejsza oddalenie! Niema, jak kochankowie!
HRABIA. Szczęśliwy Figaro! Ujrzysz mą Rozynę. Pojmujesz ty swoje szczęście?
FIGARO. Też bajdy zakochanego! Alboż ja się w niej durzę? Obyś pan mógł zająć moje miejsce!
HRABIA. Ach! gdyby można usunąć wszystkie straże!
FIGARO. Nad tem właśnie myślałem.
HRABIA. Bodaj na kilka godzin.
FIGARO. Zaprzątając ludzi ich własnemi interesami, broni się im szkodzić sprawom drugich.
HRABIA. Zapewne. Cóż więc?
FIGARO, w zamyśleniu. Szukam w głowie, czy moja apteka nie mogłaby dostarczyć niewinnych środeczków...
HRABIA. Zbrodniarzu!
FIGARO. Czyż ja chcę komu szkodzić? Wszyscy w tym domu potrzebują mych usług. Chodzi tylko o to, aby ich zatrudnić naraz.
HRABIA. Ale doktór może powziąć podejrzenie.
FIGARO. Trzeba działać tak szybko, aby nie miało czasu się narodzić. Przychodzi mi myśl. Pułk Następcy tronu przybywa do miasta.
HRABIA. Pułkownik należy do mych przyjaciół.
FIGARO. Doskonale. Przedstaw się pan u doktora w kawaleryjskim mundurze, z biletem kwaterunkowym; będzie musiał pana pomieścić; ja podejmę się reszty.
HRABIA. Wybornie.
FIGARO. Nie byłoby nawet źle, gdybyś pan wyglądał troszkę pod dobrą datą.
HRABIA. Dlaczego?
FIGARO. I zachował się nieco za swobodnie, pod pozorem zaprószonej głowy.
HRABIA. Ale na co?
FIGARO. Aby nic nie podejrzewał i aby mniemał, że panu pilniej do dobrego łóżka, niż do miłostek w jego domu.
HRABIA. Kapitalnie. Ale czemuż ty sam tam nie idziesz?
FIGARO. Ja! Bagatela! Będziemy mogli mówić o szczęściu, jeżeli nie pozna pana: pana, którego nigdy w życiu nie widział na oczy. W jakiż sposób wprowadziłbym pana później?
HRABIA. Masz słuszność.
FIGARO. Boję się, że pan nie potrafi odegrać tej trudnej roli. Kawalerzysta... cokolwiek pod dobrą datą...
HRABIA. Żartujesz chyba. (Przybierając głos pijanego). Czy tutaj mieszkanie doktora Bartolo, mój przyjacielu?
FIGARO. Wcale nieźle, na honor; nogi tylko trzeba lepiej napoić. (Bardziej pijano). Czy tutaj...
HRABIA. Pfe, to pijaństwo gminu!
FIGARO. Ba! najlepsze! w niem radość!
HRABIA. Ktoś uchylił drzwi.
FIGARO. To doktór: usuńmy się, póki nie odejdzie.

Scena V
HRABIA i FIGARO ukryci; BARTOLO.

BARTOLO wychodzi, mówiąc w głąb domu. Wracam za chwilę; nie wpuszczać mi nikogo. Cóż za osieł ze mnie, że zgodziłem się zejść na dół! Z chwilą gdy minie prosiła, powinienem się był domyślić... Ten Bazyljo nie przychodzi! Miał wszystko przygotować, aby małżeństwo mogło się odbyć sekretnie jutro, i przepadł bez słychu! Pójdźmyż zobaczyć, co mogło go zatrzymać.

Scena VI
HRABIA, FIGARO.

HRABIA. Co ja słyszę? Jutro ma zaślubić Rozynę potajemnie!
FIGARO. Excelencjo, trudność dzieła zdwaja jedynie potrzebę determinacji.
HRABIA. Któż to znów ten Bazyljo, który zajmuje się jego małżeństwem?
FIGARO. Et, mizerny człeczyna; obznajmia trochę z nutami pupilkę doktora; zarozumiały ze swej sztuki, łajdus, golec, na kolanach przed talarem; z tym łatwo będzie dojść końca, Excelencjo... (Spoglądając ku żaluzji). Jest, jest!
HRABIA. Kto taki?
FIGARO. Za żaluzją, ona, ona. Nie patrz pan, nie patrzże pan!
HRABIA. Czemu?
FIGARO. Czyż nie pisze: „Zaśpiewaj pan od niechcenia?“ to znaczy, zaśpiewaj pan... tak, jakbyś śpiewał... jedynie aby śpiewać... O, o, jest, jest.
HRABIA. Skoro udało mi się wzbudzić jej sympatję jako nieznajomy, nie porzucajmyż imienia Lindora; tryumf tem więcej będzie miał uroku. (Rozwija papier rzucony przez Rozynę). Ale jak dobrać słów pod tę melodję? Nie umiem składać wierszy...
FIGARO. Wszystko co tylko Waszej Dostojności przyjdzie na myśl, będzie doskonałe: w miłości serce nie jest zbyt wymagające co do produktów dowcipu... weź Excelencja tylko mą gitarę.
HRABIA. Cóż ja z nią pocznę? gram tak licho!
FIGARO. Czyż człowiek pańskiego urodzenia może czegokolwiek nie umieć? Ot, grzbietem dłoni: tram, tram, tram... Śpiewać bez gitary w Sewilli! dalibóg, zarazby pana przejrzano, wytropiono. (Figaro przytula się do ściany pod balkonem).
HRABIA śpiewa, przechadzając się i towarzysząc sobie na gitarze.

Każesz — odkryję me imię w tej dobie;
Nieznany, śmiałem kochać cię zdaleka:
Gdy się dam poznać, i cóż mnie dziś czeka?
Ha, trudno, trzeba być posłusznym tobie.

FIGARO, po cichu. Dalipan, doskonale! Śmiało, Wasza Dostojność!
HRABIA.

Zowię się Lindor, ród mój pospolity,
Serce swe święci ci żaczek ubogi:
Czemuż nie dano, bym wniósł w twoje progi
Pana możnego dolę i zaszczyty?

FIGARO. Tam do licha! ja sam nie ułożyłbym lepiej, ja, który mam pretensję do literatury!
HRABIA.

Co rano przyjdę śpiewać, głosem tkliwym,
Miłość, co wszelki ślad nadziei grzebie;
Całe me szczęście w tem, by widzieć ciebie:
Słysz mnie, ach, błagam, z czuciem równie żywem!

FIGARO. Och, na honor! co to, to już!... (Podsuwa się i całuje kraj płaszcza hrabiego).
HRABIA. Figaro?
FIGARO. Wasza Dostojność?...
HRABIA. Sądzisz, że słyszała?
ROZYNA, wewnątrz domu, śpiewa.

Wszystko mi szepce, że Lindor uroczy,
I że mi trzeba kochać go na wieki...

(Słychać, jak ktoś zatrzaskuje z hałasem okiennicę).
FIGARO. Wierzy pan tym razem, że słyszała?
HRABIA. Zamknęła okno; widocznie ktoś wszedł.
FIGARO. Och, biedna mała! jak się jej głos trząsł! Wzięta jest, Excelencjo.
HRABIA. Posługuje się sposobem, który sama wskazała: „Wszystko mi szepce, że Lindor uroczy...“ Ileż wdzięku! dowcipu!
FIGARO. Ileż podstępu! miłości!
HRABIA. Myślisz, Figaro, że zechce być moją?
FIGARO. Raczej prześlizgnie się przez żaluzję, niżby się miała tego wyrzec.
HRABIA. Stało się, należę już do mej Rozyny... na życie.
FIGARO. Zapomina Wasza Dostojność, że ona już nie słyszy.
HRABIA. Mości Figaro! powiem tylko jedno słowo: będzie moją żoną; i, jeśli zechcesz dzielnie dopomagać mym zamiarom nie zdradzając mego nazwiska... rozumiesz, znasz mnie...
FIGARO. Uchylam czoła. Dalej, Figaro, pędź ku fortunie, mój synu.
HRABIA. Usuńmy się, aby nie ściągnąć podejrzeń.
FIGARO, żywo. Ja wchodzę do tego domu, gdzie, mocą swej sztuki, jednem dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uśpię czujność, rozbudzę miłość, zazdrość sprowadzę na manowce, intrydze zamydlę oczy, i obalę wszystkie przeszkody. Wasza Dostojność, dwa kroki do mego mieszkania: mundur żołnierza, bilet kwaterunkowy i złoto w kieszeniach.
HRABIA. Dla kogo złoto?
FIGARO, żywo. Złoto, na miły Bóg, złoto: to nerw wszelkiej intrygi.
HRABIA. Nie gniewaj się, Figaro, wezmę go poddostatkiem.
FIGARO, odchodząc. Będę tam za chwilę.
HRABIA. Figaro?
FIGARO. Co takiego?
HRABIA. Gitara?
FIGARO wraca. Zapominam gitary! ja! oszalałem chyba! (odchodzi).
HRABIA. A twój dom, warjacie?
FIGARO wraca. Nie, doprawdy, na głowę upadłem! Sklepik o cztery kroki stąd, malowany niebiesko, szybki oprawne w ołów, na szyldzie trzy talerze, oko w dłoni, Consilio manuque, FIGARO. (Wybiega).


Przypisy

  1. Bartolo nie lubił dramatów. Może popełnił jaką tragedję w młodości? (Przyp. autora).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Pierre Beaumarchais i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.