Przejdź do zawartości

Cudowny stolik, osieł i kij

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Cudowny stolik, osieł i kij
Pochodzenie Zaklęta królewna oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. między 1936 a 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Goldesel und Knüppel aus dem Sack
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
CUDOWNY STOLIK, OSIOŁ I KIJ.

Pewien krawiec miał trzech synów, a tylko jedną kozę. Koza musiała żywić cały dom, toteż trzeba jej było dobrej paszy. Wyprowadzali ją w pole synowie po kolei.
Najstarszy zaprowadził raz kozę na bujną łąkę, z soczystymi roślinami, gdzie skakała i pasła się przez dzień cały, gdy ją zaś miał zabrać do domu wieczorem, spytał, gładząc jej sierść:

— Czyś kozuniu syta?
— Ni listka już nie zjem i kwita! — odparła.

— To chodź do domu! — powiedział, wprowadził ją do stajni i przywiązał.
— Czyś napasł kozę? — spytał ojciec.
— O tak, — rzekł syn. — Nie chce już ani jednego listka.
Ojciec chciał się jednak przekonać czy tak jest, poszedł do stajni i spytał, gładząc kozę:

— Czyś kozuniu syta?
— Pasłam się tylko przez chwilę
I jadłam suche badyle.

Tak odpowiedziała koza.
— Cóż to znaczy? — zawołał krawiec, porwał łokieć i obił syna, krzycząc: — Ty drabie jeden, skłamałeś, bo koza głodna!
Nazajutrz drugi syn wyprowadził kozę i napasł ją pod żywopłotem, gdzie rosły soczyste zioła, gdy zaś nadszedł wieczór, spytał:

— Czyś kozuniu syta?
— Ni listka już nie chcę i kwita.

— To chodź do domu! — powiedział, zabrał kozę i przywiązał ją w stajni.

— Czyś napasł kozę? — spytał ojciec.
— O tak! — rzekł syn. — Nie chce już ani listka.
Ojciec chciał się jednak przekonać, poszedł do stajni i spytał, gładząc kozę:

— Czyś kozuniu syta?
— Pasłam się tylko przez chwilę
I jadłam suche badyle.

Tak odpowiedziała koza, a ojciec wziął łokieć, obił i wygnał drugiego syna z domu.
Trzeci syn zaprowadził kozę w krzaki o soczystych liściach, napasł jak przystało, wieczorem zaś spytał:

— Czyś kozuniu syta?
— Ni listka już nie chcę i kwita.

— To chodź do domu! — powiedział i przywiązał ją w stajni.
Ojciec chciał się jednak przekonać, czy trzeci bodaj syn napasł kozę, poszedł do stajni i spytał, gładząc, jej grzbiet:

— Czyś kozuniu syta?
— Pasłam się tylko przez chwilę
I jadłam suche badyle.

Tak odparła koza, a ojciec obił i wygnał z domu trzeciego syna.
Zostawszy sam, wziął krawiec kozę na postronek, zaprowadził na najpiękniejszą łąkę, pasł przez cały dzień, wieczorem zaś spytał:

— Czyś kozuniu syta?
— Ni listka już nie chcę i kwita.

— To chodź do domu, — powiedział, zabrał kozę i przywiązał w stajni.
Zanim jednak wyszedł, wrócił raz jeszcze, pogładził i spytał znowu:

— Czyś kozuniu syta?
— Pasłam się tylko przez chwilę
I jadłam suche badyle.

Tak powiedziała koza, a krawiec osłupiał ze zdumienia. Poznał teraz, że wszystkich trzech synów wygnał z domu niesłusznie.
— Czekajże niewdzięczne stworzenie. — krzyczał. — Wygnam i ciebie, ale przedtem naznaczę.
Pobiegł do izby, przyniósł mydło i brzytwę, ogolił kozie głowę, potem zaś osmagał biczem, gdyż łokieć był dla kozy zbyt honorowym narzędziem, a koza wybiegła w świat.
Został teraz sam jeden w wielkim smutku i tęsknił za synami, ale nie wiedział, gdzie są.
Najstarszy wstąpił na naukę do stolarza i uczył się pilnie, gdy zaś minął czas terminowania, dał mu majster niewielki stolik ze zwykłego drzewa. Stolik ten miał jednak zaletę wielką. Ile razy tylko zawołał:
— Stoliczku nakryj się!
w tej chwili spadał na stoliczek czysty biały obrus, potem stawiały tam niewidzialne ręce miski z doskonałym jadłem i wielką szklankę czerwonego wina, tak że radość brała patrzeć.
— Dość mi takiej zapłaty! — rzekł młody czeladnik, podziękował, ruszył w świat i dobrze mu się działo. Nie dbając o gospody, stawiał swój stoliczek w szczerym polu, pod drzewem, jadł i pił do syta, potem zaś ruszał dalej.
Wreszcie postanowił wracać do ojca, sądząc, że się już nie gniewa i będzie zadowolony ze stoliczka. Zaszedł pewnego dnia na noc do gospody, pełnej gości. Nie było dużo jedzenia, a mimo to poproszono go, by zasiadł do stołu i wziął udział w wieczerzy.
— Nie, drodzy przyjaciele! — powiedział. — Dziś ja was wszystkich ugoszczę.
Spojrzeli nań zdumieni, on zaś kazał się nakryć swemu stoliczkowi i zaprosił ich do jedzenia.
Chociaż było osób wiele, coraz to świeże potrawy stawały na stoliku i nowe szklanki wina, tak że jedli i pili późno w noc.
Patrzył na to zazdrosnym okiem gospodarz i myślał, że przydałby mu się taki stoliczek. Gdy stolarczyk legł spać, wyszukał prędko w lamusie całkiem podobny stolik i postawił przy łóżku, a cudowny stoliczek wziął sobie.
Rano wstał stolarczyk, zapłacił za nocleg, wziął stolik i nie podejrzewając niczego ruszył w dalszą drogę.
Ojciec ucieszył, się bardzo na widok syna i spytał:
— Czegóżeś się, drogi, synu, nauczył w świecie.
— Zostałem stolarzem, ojcze.
— Dobre to rzemiosło. Ale czy przyniosłeś co z wędrówki swojej.
— Przyniosłem ten stolik.
— Nie wielka to rzecz, mój synu. Jest on z prostego drzewa i dość nawet stary.
— Jest to stolik cudowny, drogi ojcze. Ile razy chcę sobie podjeść i popić, mówię stoliczkowi, by się nakrył, a mam jedzenia i wina ile dusza zapragnie. Zaproś ojcze znajomych i przyjaciół, a pokażę tę sztukę. Dopiero wczoraj ugościłem sporo ludzi w ten sposób.
Ojciec sprosił kumów, syn postawił na środku izby stolik i zawołał:
— Stoliczku nakryj się!
Ale stolik pozostał pusty, jakby nie zrozumiał rozkazu, a goście wyśmiali stolarczyka i poszli głodni i gniewni do domu.
Ojciec musiał pracować dalej, a syn poszedł pracować do jednego majstra w okolicy.
Drugi syn wstąpił na naukę do młynarza, gdy zaś pilnie odbył swój termin, młynarz dał mu osła.
— Nie ciągnie on wozu i nie nosi worów, — powiedział mu!
— Cóż tedy wart? — spytał młynarczyk.
— Wypluwa dukaty. Ile razy potrzeba ci będzie pieniędzy, postaw go na kawałku sukna i powiedz: Ihaha! Dukatów mi trza! — Ledwie te słowa wypowiesz, będziesz miał pieniędzy ile dusza zapragnie.
Młynarczyk podziękował, wziął osła, odjechał i żył odtąd po pańsku. Zawsze miał pełny worek, a powędrowawszy trochę po świecie, zapragnął wrócić do ojca, sądząc, że się już nie gniewa i przyjmie go dobrze z takim osłem.
Zdarzyło się, że zajechał do tej samej gospody co starszy brat, gdy zaś gospodarz chciał wziąć osła do stajni, rzekł mu:
— Sam przywiążę mego kłapoucha gdyż chcę wiedzieć, gdzie stoi.
Dziwnie się to wydało gospodarzowi i myślał, że taki skromny podróżny nie będzie miał pieniędzy na jedzenie.
Ale młynarczyk dobył dukata i poprosił o coś dobrego.
Jadł i pił co wlazło, potem zaś chciwy gospodarz policzył mu wszystko tak drogo, że nie stało pieniędzy.
— Zaczekajcież gospodarzu, — powiedział młynarczyk. — Zaraz przyniosę pieniądze.
To rzekłszy, poszedł do stajni, zabierając obrus z sobą ze stołu.
Zdziwiony gospodarz poszedł za gościem i chociaż się zaryglował w stajni, zobaczył przez szparę, jak stawia osła na obrusie, oraz usłyszał jak mówi: Ihaha! Dukatów nam trza!
— To doskonały sposób bicia monety! — rzekł sobie w duchu, gdy zaś młynarczyk zapłacił i legł spać, odprowadził cichaczem na bok cudownego osła, a przywiązał innego do żłobu.
Nie podejrzewając nic złego, młynarczyk rano odjechał, około południa przybył do ojca i bardzo obaj radowali się.
— Czegóż się, mój synu nauczył w świecie — spytał ojciec.
— Zostałem młynarzem, ojcze.
— To dobre rzemiosło. A cóż przyniosłeś ze sobą do domu.
— Tego oto osła, — odparł.
— Nie brak tu osłów, — rzekł ojciec. — Wołałbym jednak dobrą kozę.
— To jest osioł cudowny! — powiedział młynarczyk. — Ile razy mi trzeba dukatów, stawiam go na kawałku sukna, lub płótna i mówię: Ihaha. Dukatów mi trza. Zaraz zaczyna osioł wypluwać dukaty i mogę ich nazbierać ile chcę.
— To doskonale! — zawołał krawiec, rzucił igłę i sam pobiegł spraszać krewnych i przyjaciół.
Syn postawił osła na suknie, pośrodku izby i gdy wszyscy przyszli, zawołał: Ihaha. Dukatów nam trza!
Ale osioł stał dalej, jak zwyczajny osioł i ani jednego nie wypluł dukata.
Krawiec zmartwił się bardzo, a młynarczyk, widząc, że go okradziono, przeprosił gości, którzy odeszli źli i biedni, jak dawniej. Ojciec wziął się znowu do igły, a syn poszedł pracować do młyna pobliskiego.
Trzeci brat wstąpił na naukę do tokarza, a musiał terminować najdłużej, gdyż było to rzemiosło trudne. Bracia jednak byli na tyle sprytni, że dowiedziawszy się, gdzie jest, zawiadomili go listem o złodziejstwie gospodarza.
Po skończonej nauce tokarz dał mu plecak, a tokarczyk podziękował zdziwiony trochę i namacawszy we worku kij, spytał, co oznacza.
— Jest to dar bardzo cenny, chłopcze. — rzekł tokarz. — Ile razy ktoś cię skrzywdzi, zdejmij worek i powiedz: Skacz mój kiju, samobiju! — A kij zacznie skakać po osobie, która uczyniła ci coś złego. Nie przestanie choćby przez tydzień bić, dopóki nie powiesz: — Dość mój kiju samobiju!
Bardzo uradowany darem, wyruszył tokarczyk do domu i zaszedł do gospody, gdzie zostali okradzeni jego bracia. Położył przed sobą na stole worek i zaczął opowiadać gospodarzowi, co widział w świecie:
— Bywają różne cuda, naprzykład cudowne stoliczki i osły! — mówił. — Ale cóż to jest? Stoliczek daje tylko jedzenie, a osioł nie żyje długo. Mój, skarb wart dużo więcej.
Potem zjadł, zapłacił i legł spać, kładąc worek pod głowę.
— Cóż tam być może? — dumał chciwy gospodarz. — Chyba same brylanty.
Nie dawało mu to spokoju i kiedy, jak sądził, gość zasnął twardo, zaczął pomaleńku wyciągać mu spod głowy worek, podkładając inny.
Tokarczyk czekał tylko na tę chwilę, gdy zaś gospodarz pociągnął mocniej, powiedział z cicha:
— Skacz mój kiju samobiju.
Kij wyskoczył i zaczął okładać gospodarza, który padł jęcząc na ziemię i błagał litości.
— Oddaj cudowny stoliczek i osła, które skradłeś braciom moim, a kij bić przestanie.
Gospodarz oddał wszystko, kij schował się w worek, a tokarczyk odjechał wesoło do domu.
Ojciec ucieszył się synem i spytał:
— Czegóżeś się mój synu nauczył w świecie.
— Zostałem tokarzem, ojcze. — odparł.
— To bardzo trudne i popłatne rzemiosło — powiedział ojciec. — Cóż jednak przynosisz ze świata?
— Przynoszę kij.
— Kij? To nie wiele. Kijów dość wszędzie.
— Mój kij jest cudowny i bije tego, kogo mu bić każę. W ten sposób właśnie od zyskałem od złodziejskiego gospodarza cudowny stoliczek i cudownego osła braci moich. Sproś ojcze sąsiadów i krewnych, a nakarmię ich, napoję i uczynię bogaczami.
Nie bardzo w to wierzył ojciec, ale sprosił raz jeszcze gości, po czym tokarczyk wprowadził osła i rzekł bratu, młynarczykowi:
— Pogadaj z nim, bracie.
Młynarczyk zawołał:
— Ihaha, dukatów nam trza!
Osioł zaczął pluć dukatami na wszystkie strony, a goście zbierali, póki im sił starczyło.
Potem tokarczyk postawił stoliczek i rzekł bratu, stolarczykowi:
— Pogadaj z nim, bracie.
— Stoliczku nakryj się! — zawołał Stolarczyk.
Natychmiast niewidzialne ręce zastawiły stoliczek wybornym jadłem i winem, goście jedli i pili, a w miejsce opróżnionych mis i szklanek stawały nowe.
Zabawa trwała do rana, potem zaś zamknął krawiec igły i nożyczki do szafy i żył z synami w dostatkach przez długie lata.
Chcecie jeszcze może wiedzieć, co się stało z kozą.
Zawstydzona, że ma ogoloną głowę, skryła się w jamę lisią.
Gdy lis wrócił do domu, zobaczył w głębi jamy błyszczące oczy jakiegoś zwierzęcia. Przerażony uciekł w las. Spotkał niedźwiedzia i opowiedział mu, że w jego jamie siedzi zwierz straszliwy.
Wziął niedźwiedź na odwagę i zajrzał także, ale cofnął się przerażony i uciekli obaj co tchu.
Spotkali pszczołę i opowiedzieli jej wszystko.
— Chodźcie ze mną! — rzekła. — Chociaż mała, wystraszę tego zwierza.
To rzekłszy, wleciała, wbiła żądło w ogolone czoło kozy, a koza bekła przeraźliwie, wyleciała co tchu i ugania kędyś dotąd jeszcze.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.