Cudowna melina/Sto lat, sto lat

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Orłoś
Tytuł Cudowna melina
Wydawca Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Data wydania 1989
Druk Zielonogórskie Zakłady Graficzne
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


V. STO LAT, STO LAT!

Przed prezydium stali ludzie i przyglądali się zawieszaniu wielkich portretów na frontowej ścianie. Pracą dyrygował mężczyzna w czerwonej koszuli w kratę i wytartych dżinsach. Miał sylwetkę chłopca i siwe włosy. Był to plastyk — magister Edward Leluchowicz. Przyjechał do nas przed trzema laty. Urządził się, dostał mieszkanie — jego żona pracę w Powiatowym Domu Kultury (była bibliotekarką). Dzieci nie mieli.
Od tego czasu miasto jakby nabrało barw. Leluchowicz dekorował ulice przed świętami państwowymi, a także, o czym wiedzieli ksiądz i organista, projektował dekoracje ulic wokół kościoła podczas obchodów święta Bożego Ciała i peregrynacji obrazu Najświętszej Marii Panny. Jego plansze zdobiły skwery, park i place w mieście. Były to ilustracje popularnych haseł w rodzaju: „Przechodź jezdnią po białych pasach”, „Przepisy BHP to katechizm człowieka pracy!”. Albo: „Pierwsi na polu — pierwsi w punkcie skupu!” (tablicę z tym hasłem, formatu dwa metry na półtora, ustawiono na placu targowym). Zamówienia Leluchowicz wykonywał szybko i zaraz dopominał się o nowe. Jasiu Flacha, który pił z nim często, opowiadał, w jaki sposób malował portrety przywódców. Miał podobno rzutnik, którym posługiwał się przy pracy. Obraz z negatywu umieszczonego w aparacie rzucał na płótno rozpięte na drewnianych ramach dowolnej wielkości. Potem pociągał pędzlem po rysach twarzy widocznych na płótnie i obraz był jak żywy.
Często mówiono o jego erotycznych zainteresowaniach — podobno Leluchowicz w swojej pracowni produkował zdjęcia pornograficzne, do których pozowały kobiety zdawałoby się uczciwe i porządne.
Leluchowicz lubił zmieniać kobiety, o tym wiedzieli wszyscy. Często wyjeżdżał z miasta — jego niebieski wartburg widziano na okolicznych drogach. Dokąd swoje kochanki woził — nie było pewne. Mówiono, że ma melinę w górach i tam często odbywają się pijackie orgie z udziałem wtajemniczonych mężczyzn. Żona Leluchowicza, Renata, mogła domyślać się wszystkiego, choć zdawało się, że są dobrym małżeństwem. Z czasem tylko ta wesoła, ładna kobieta zaczęła pić. Zwłaszcza wtedy, kiedy Leluchowicz znikał z domu (zwykle na kilka dni). Widziano wtedy Renatę na rynku przed „Obywatelską”, piła w towarzystwie Flachy i innych. Mówiono, że zaprasza mężczyzn do domu i tam również odbywają się orgie, jak w melinie Leluchowicza w górach. Latem zapraszała długowłosych autostopowiczów, którzy zatrzymywali się przejazdem i szukali noclegu. Słychać wtedy było krzyki i śpiew przez otwarte okna (Leluchowicze mieszkali koło parku). Olszewski interweniował kiedyś, gdy na ulicę poleciały butelki.
— A przecież ta wesoła, ładna kobieta ma dom, męża, pracę, co z nią, Myszko? Dlaczego? — pytał Henryk.
Myszka pracowała z Renatą w Domu Kultury i często opowiadała Turoniowi zasłyszane historie. Zaraz po przyjeździe Turoniowie zaprzyjaźnili się na krótko z Leluchowiczami, później zerwali.
— Rozpacz, rozpacz — mówiła Myszka. — Ona wie przecież, co ten człowiek wyprawia.
Turoń kiwał głową. — Każdy ma swoje hobby.
Wtedy protestowała Myszka: — Jakże tak, są przecież granice! Ma taką kobietę w domu! To on jest winien! To on!
— Trzeba zrozumieć i wybaczyć — mówił Turoń.
— I on jej, i on jej, kiedyś.
Czy Leluchowicz wiedział? Nikt nie mógł powiedzieć na pewno. Może przymykał oczy? Kiedyś Flacha w „Obywatelskiej” zaczepił go:
— Edziu, czy ty chociaż wiesz, że twoja się puszcza?
Siedzieli przy stoliku za kotarą: magister, Flacha, inżynier Szafranek, Szeląg był także i jeszcze ktoś. Wszyscy spojrzeli na magistra — o Renacie było wtedy głośno w mieście.
A on jakby nie dosłyszał. Odgarnął z czoła kosmyk siwych włosów, dopił piwo, zapalił. Wszyscy czekali, że coś powie, krzyknie, może uderzy Flachę pięścią w twarz. Ale nic się nie stało, chwilę tak pomilczeli, ktoś zaśmiał się, a potem zaczęli mówić o czym innym.
Teraz Muszyna stał w tłumie pod gmachem prezydium i patrzył, jak dwie wielkie głowy wolno suną w górę. Leluchowicz krzyczał z dołu do ludzi na dachu. Byli to ci sami aresztanci, którzy pomagali Groszkowi budować trybunę (strażnik z peemem znikł w tłumie). Inni stali w otwartych oknach — mieli zaczepiać portrety na wysokości trzeciego piętra. Niżej, między portretami, wisiało już hasło: „Niech żyje święto międzynarodowej solidarności!”
Muszyna rozejrzał się: miasto jakby poweselało. Zieleń drzew przetkana czerwienią — transparenty zawieszone między latarniami, flagi na wysokich masztach. Nawet na dachu budki z piwem zatknięto czerwone papierowe chorągiewki.
Ciepły wiatr kołysał transparentami nad jezdnią.
Mężczyzna w kraciastej koszuli dał znak, ludzie w oknach chwycili sznury przybite do ram portretów. Wielkie twarze znieruchomiały.
— Dobrze! Dobrze! — krzyczał trochę ochryple siwy.
Muszyna trącił Słomkiewicza (z laską i kuflem piwa stanął przy nim). — Kto to? — spytał.
— Ten gość? Magister Leluchowicz. Plastyk.
— Magister? — zdziwił się Muszyna.
Franek poruszył ręką i trochę piwa z kufla chlusnęło na chodnik.
— Jaki on tam magister!

O szóstej w Powiatowym Domu Kultury odbyła się akademia, na którą Muszyna dostał zaproszenie od Lenki. Była to kolorowa kartka z wydrukowanym napisem: „Komitet obchodu święta Pierwszego Maja ma zaszczyt prosić Ob. (tu charakterem Lenki wpisane było imię i nazwisko Muszyny) na uroczystą akademię, która odbędzie się w dniu trzydziestego kwietnia o godzinie osiemnastej w PDK”. Muszyna spytał: „Co to jest PDK?”, a Lenka, udając oburzenie, odpowiedziała: „No, wie pan! Jak można nie wiedzieć? Powiatowy Dom Kultury”.
Miejsce było dobre — w pierwszym rzędzie, obok Miedzy i Turonia. Sekretarz wołał z daleka:
— Towarzyszu redaktorze, prosimy. Tu jest dla was krzesło!
Kilka minut po osiemnastej rozpoczęła się część oficjalna. Nauczyciel WF Szeląg, jako przewodniczący akademii, poprosił o zajęcie miejsc za stołem prezydialnym: Miedzę, Turonia, przewodniczącą Koła Ligi Kobiet (Helenka w granatowej sukni, z fryzurą, którą Jankowski osobiście układał, weszła na podium rozsiewając naokoło zapach perfum „Być może”), majora Popielaka i dyrektora Szafranka. Muszyna został sam, w pierwszym rzędzie, między pustymi krzesłami.
Zapamiętał tylko fragmenty długiego referatu. W sali przycichło, kiedy Miedza, pochylony nieco do przodu, wsparty o stół przykryty zielonym suknem, zaczął mówić. Przemówienie trwało godzinę — Muszyna liczył kartki (było trzydzieści dwie).
— Ludzie pracy na całym świecie... — huczał głos Miedzy w sali i na zewnątrz budynku, bo i tam rozwieszono megafony. — Międzynarodowe święto solidarności... awangarda postępowej klasy... siła obozu pokoju... pryncypialne zadania!
O wpół do ósmej rozpoczęła się część artystyczna. Grała orkiestra Kółka Muzycznego i śpiewał chór męski starszych klas licealnych (między innymi Reniek, jako najwyższy stał w ostatnim rzędzie). Były także deklamacje wierszy. Córeczka Turonia, Małgosia, powiedziała wiersz o majowym święcie, kiedy to jest dużo słońca, kwitną bzy, niebo jest niebieskie i tylko trzeba pamiętać o tych, którzy pracują pod ziemią, w ciemnej kopalni, albo stoją przy hutniczym piecu. Nie pomyliła się ani razu. W krótkiej białej sukience, z dwoma warkoczykami, dygnęła na koniec i wszyscy bili jej brawo. Przy podium stała przejęta Myszka (miała wypieki na twarzy). To ona, jako kierowniczka Domu Kultury, organizowała występy. Tańczył także zespół szkolny: kujawiaka, oberka i mazura. Kurz poszedł z desek i wydawało się, że drżą lampy na wysokim suficie nad salą. Przez otwarte okno słychać było piski jaskółek latających nisko.
Nie wystąpił tylko harmonista Domaradzki — referent miejscowego POM-u. To jego harmonię pożyczył Miedza i nie oddał. Domaradzki nie umiał grać na żadnym innym instrumencie (Myszka proponowała skrzypce). Zrezygnował z udziału w Kółku Muzycznym i nie przyszedł na akademię.
O dziewiątej rozpoczęła się zabawa. Muszyna siedział przy stoliku z Turoniami — stoliki poustawiano wzdłuż ścian sali. Tańczono pośrodku. Grała ta sama orkiestra Kółka Muzycznego na zmianę z młodzieżowym zespołem Trio As (trzech uczniów jedenastej klasy: kontrabas, fortepian i perkusja).
Turoń wypił trochę, śmiał się, opowiadał dowcipy. Myszka niepokoiła się o dzieci (zostały z ciotką, którą sprowadzili na kilka dni). Muszyna uważał, żeby nie pić za dużo. Tańczył z Lenką. Podeszła, kiedy było białe tango. Turoń zauważył pierwszy.
— Po ciebie, redaktorze! — powiedział.
Tańczyli w przyćmionym świetle lamp owiniętych kolorowymi bibułkami. Pachniało potem i kurzem.
— Może jeszcze, panno Lenko? — spytał, kiedy skończyło się tango.
I tańczyli „Ramonę”, coś szybkiego, czego Muszyna nie umiał tańczyć (Lenka śmiała się i próbowała nauczyć go kroku, ale nie słyszał, co mówiła, bo tańczyli blisko orkiestry), a później, kiedy grali chłopcy z Trio As — kilka kawałków młodzieżowych: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, „Znamy się tylko z widzenia” i „Nie przynoś mi kwiatów, dziewczyno”. Potem odprowadził Lenkę do stolika (siedziała ze Stasią maszynistką i jej chłopcem). Więcej już nie tańczyli.
Po dwunastej odprowadził Turoniów na Projektowaną. Zapamiętał gwiazdy nad dachami, puste ulice i powtarzające się z bliska i z daleka szczekanie psów. Kiedy otwierał dużym kluczem drzwi parterowego domku, w niskich oknach było ciemno.

Od piątej rano Krzywy Stefan zamiatał plac. Objechał wkoło blaszanym wózkiem z pojemnikiem na śmieci. Miotłą z brzozowych witek zgarniał na wielką śmietniczkę papiery, koński nawóz i resztki trocin koło trybuny. Jeszcze było pusto — w oknach prezydium dopiero co zaświeciło słońce. Długie flagi na wysokich masztach kołysały się łagodnie, szeleściły papierowe chorągiewki na budce z piwem.
O szóstej harmonista Domaradzki wyjrzał na balkon. Ziewnął, podrapał się w owłosione piersi między rozpiętymi połami kurtki od pidżamy i zobaczył ten pusty jeszcze plac — w słońcu, w czerwieni flag i transparentów przetkanej zielenią akacji, i Krzywego Stefana w pomarańczowej kamizelce robotnika drogowego, jak zamiatał bruk.
— Hej, Stefan! — zawołał. — Etatu ci nie zabrali?
Krzywy Stefan pogroził Domaradzkiemu miotłą.
Od ósmej po placu biegały dzieci — zwłaszcza buszowały na trybunie, na którą trzeba było wchodzić po drewnianych schodkach i gdzie pachniało sosnowymi deskami. Tym mniejszym nie było widać główek — nikły za obudową z płyt pilśniaków.
Dzieci bawiły się w berka naokoło trybuny. Krzyk i śmiech słychać było daleko. Dopiero dwóch porządkowych, Okrasa i Lewandowski, z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, spędziło je z trybuny o wpół do dziewiątej. Rozpoczęła się próba techniczna megafonów rozwieszonych nad placem.
— Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć! — zahuczały głośniki. — Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden!
O dziewiątej Krzywy Stefan przyszedł na plac i stanął w grupie pracowników Rady Narodowej. Wyglądał jak kto inny: czarny garnitur uszyty na zamówienie u krawca Brzęczykowskiego za tysiąc pięćset złotych, biała koszula, krawat, nowe buty z żółtej skóry i filcowy kapelusz. Ludzie patrzyli na niego zdziwieni.
— Stefan, nie Stefan?
Kierownik Rybaczyński (akurat rozdawał szturmówki i transparenty do niesienia podczas pochodu) zatrzymał się przy nim i zapytał:
— To ty, Stefan, czy kto inny?
— Ja, panie kierowniku — powiedział zamiatacz. Ukłonił się i zdjął kapelusz.
Kierownik Rybaczyński wręczył mu szturmówkę: — Masz, będziesz niósł! Krowy na pochód nie wziąłeś?
Ludzie naokoło pośmieli się ze Stefana. Z prawej strony stała kolumna pracowników Fabryki Przetworów Owocowych, a z lewej budowlani. Z przodu, przed zakładami pracy, ustawiły się szkoły. Dziewczynki w białych bluzkach, chłopcy w mundurkach. Drużyna harcerzy w czerwonych chustach, z proporczykami i z doboszem, który bębnił od czasu do czasu (gwar na placu milkł wtedy na chwilę). Krzywy Stefan, ściskając drzewce szturmówki, przepchnął się między ludźmi, bliżej czoła. Nad głowami dzieci lepiej widział trybunę.
Goście zaczęli się schodzić kilka minut po dziewiątej. Dwóch porządkowych, Okrasa i Lewandowski, sprawdzało karty wstępu.
— Liczysz, Stasiek? — spytał Lewandowski Okrasę. — Uważaj, żeby ktoś na lewo nie wszedł.
— Liczę, liczę! — odpowiedział Okrasa. — Już trzydziestu dwóch weszło.
— Dużo, kurwa — westchnął Lewandowski. — Strasznie dużo lubi na tej trybunie stać.
Rzeczywiście — trzydzieści dwie osoby stały na drewnianym podium, zbitym z desek przez stolarza Groszka. Stano w trzech rzędach. W pierwszym, najbliżej obudowy z płyt pilśniaków obitych czerwonym płótnem — stali ci najważniejsi. Krzywy Stefan nie znał nawet wszystkich. Tych, których znał, starał się policzyć na palcach.
— Pięć, sześć... — liczył po cichu. Nie szło mu dobrze liczenie.
Poznał od razu sekretarza Miedzę w granatowym garniturze, z czerwoną kokardką w klapie marynarki. Obok stał tęgi nieznajomy mężczyzna w okularach (towarzysz Kotula z województwa). Dalej przewodniczący Turoń — w jasnym ubraniu, uśmiechnięty — zagadywał do najmłodszych dzieci w pierwszych rzędach przed trybuną. Przy nim mężczyzna w rozpiętym ortalionowym płaszczu. Robił zdjęcia aparatem lustrzanką (oczywiście — redaktor Muszyna!). Stefan poznał także dyrektora Gniazdowskiego (jak zawsze nienagannie skrojony szary garnitur, biała chusteczka w kieszonce, siwe, gładko zaczesane włosy). Był także właściciel krowy — dyrektor Miejskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego — Szafranek. Mówił coś do żony sekretarza Miedzy, przewodniczącej Koła Ligi Kobiet. Helenka śmiała się głośno — jej śmiech słychać było aż tutaj. W pierwszym rzędzie stali jeszcze: inżynier Targowski — architekt powiatowy, dyrektor Fabryki Przetworów Owocowych niejaki Kulesza i ksiądz Olejniczak w cywilnym ubraniu z baretkami odznaczeń na piersiach (był kapelanem w oddziałach partyzanckich, a później z Drugą Armią forsował Nysę). W drugim rzędzie stali ludzie mniej znani, tak samo jak w trzecim. Niektórych w ogóle Stefan nie mógł dojrzeć, ponieważ wyżsi zasłaniali niższych. Widać było, jak ktoś wspina się na palce, żeby lepiej widzieć plac.
W chwili kiedy przewodniczący Turoń podniósł rękę — chciał pewno uciszyć gwar przed trybuną — zagrała orkiestra strażacka. Nad głowami dzieci błysnęły trąby i srebrne kaski strażaków. Stali koło trybuny, pod rzędem czerwonych flag zawieszonych na wysokich masztach. Stefan popatrzył na wielkie twarze zawieszone na gmachu prezydium. Mocniej ścisnął drzewce szturmówki.
Orkiestra pograła chwilę i umilkła. Gwar na placu przycichł. Przewodniczący Turoń, jako gospodarz miasta, pierwszy wygłosił przemówienie. Mówił bez kartki, krótko. Krzywy Stefan niewiele zrozumiał — Turoń z początku mówił cicho, pod koniec dopiero głośniej. Zwracał się do dzieci w pierwszych rzędach. Mówił, że muszą pamiętać o tych, którzy to święto wywalczyli krwią i potem — o robotnikach.
— Wielu nie ma z nami. Ginęli w więzieniach i obozach, na wszystkich frontach ostatniej wojny i tylko ich cienie unoszą się nad tym placem!
Krzywy Stefan spojrzał do góry, ale nie zobaczył nic, prócz błękitnego nieba i białych obłoków. Pod koniec przewodniczący jakby zdenerwował się na coś. Mówił, że zbyt łatwo ulegamy konformistycznym postawom i wygodnictwu.
— Trzeba z tym walczyć, jeśli krew i pot naszych ojców nie mają stać się niepotrzebną ofiarą! — krzyczał. Stefan słuchał z otwartymi ustami.
Podczas przemówienia przewodniczącego Turonia na trybunę wszedł jeszcze jeden honorowy gość. Był to staruszek Wesołowski — hallerczyk. Spóźnił się trochę i porządkowy Okrasa nie chciał go wpuścić.
— Co pan, panie tego — zdenerwował się staruszek — nie widzisz munduru? Nie uszanujesz?
— Wpuść go, Stasiek — odezwał się Lewandowski i Okrasa ustąpił.
Staruszek przepchnął się między ludźmi do pierwszego rzędu. Potrącani sarkali trochę, ale Wesołowski nie zwracał uwagi. Zadowolony i uśmiechnięty, stanął między księdzem Olejniczakiem i dyrektorem Fabryki Przetworów Owocowych Kuleszą. Obaj spojrzeli na niego jednocześnie.
— Panie Wesołowski, proszę grzeczniej! — szepnął ksiądz Olejniczak.
Staruszek udał, że nie słyszy. Poprawił rogatywkę przekreśloną galonami. Krzywy Stefan patrzył z podziwem. Wesołowski hallerczyk prezentował się rzeczywiście dobrze. Niebieskopłowy mundur (ci, co stali przy nim na trybunie, czuli mocny zapach naftaliny), rogatywka z wielkim czarnym daszkiem, obitym srebrną blachą, baretki odznaczeń na piersi. Siwe wąsy przyczesane starannie, policzki gładko wygolone. Wydawało się, że jest wyższy niż naprawdę, choć sięgał tylko ramion Kuleszy i Olejniczaka.
Po Turoniu zaczął przemówienie sekretarz Miedza. Normalnie — z kartki. Ludzie widzieli, jak wyjmował z futerału okulary, o krok wysunął się przed pierwszy szereg. Rozłożył kartkę papieru podaniowego, na której miał napisane przemówienie. Zerknął na papier i zaczął:
— Drodzy towarzysze i obywatele!
To było wszystko, co Miedza zdążył powiedzieć. W tym momencie na czystym niebie (na którym Krzywy Stefan próżno szukał cieni, o jakich wspomniał przewodniczący Turoń) pojawił się odrzutowiec. Widać było tylko srebrny punkcik, który czasem błyskał w słońcu. Rysował pienistą smugę. Ludzie na placu i na trybunie podnieśli głowy. Krzywy Stefan także spojrzał do góry i w tym momencie usłyszał trzask. Był to trzask cienki i przejmujący, jak jęk drzewnej piły. Stado wróbli z akacji na skraju placu zerwało się przestraszone i z furkotem skrzydeł odleciało na dachy bloków po drugiej stronie.
Porządkowy Lewandowski mówił potem do Okrasy:
— Powiedziałem ci, Stasiu, że za dużo wpuściłeś. Kto to widział, żeby na taką małą trybunę pakować trzydzieści trzy osoby?
— Mieli karty — protestował Okrasa. — Jak Boga kocham. Ani jeden nie wszedł bez!
Krzywy Stefan wspiął się na palce. Wszystkie głowy, które jeszcze przed chwilą widział nad wysoką obudową z płyt pilśniaków — teraz znikły. Pojawiły się po chwili ręce — jedne przy drugich, cały rząd. Uwięzieni próbowali pewno podciągać się na ramionach, ale było za wysoko. Wielkie pudło zatrzęsło się jak żywe. Spadła litera M z białego kartonu i dwie duże jedynki. Na placu, w ciszy, jaka na chwilę zapadła po tym głośnym jęku drzewnej piły, usłyszano głos przewodniczącej Koła Ligi Kobiet:
— Jezus, Maria, Geniek, moje pończochy!
Dopiero wtedy ludzie zaczęli się śmiać.
Trzeba przyznać, że plastyk, magister Leluchowicz, wykonał swoją robotę solidnie. („Nie tak, jak ten partacz Groszek!” — mówiono później.) Płyty wzmocnił kantówką, dał po dwie deski na rogach. Niełatwo było z tego pudła wyjść. Uwięzieni deptali po deskach okorkach. Słychać było, jak krzyczą.
— Rybaczyński! Rybaczyński! — donośny głos Miedzy.
W zamieszaniu połamano drewniane schodki. Okrasa i Lewandowski potracili głowy — biegali tylko naokoło, zupełnie bezradni. Ktoś krzyczał: — Drabina! Gdzie drabina? Dawać drabinę!
Krzywy Stefan słyszał naokoło śmiech — cienki dzieci i głośny dorosłych.
— Ciszej, ludzie! — Oglądał się wymachując kapeluszem. — Ciszej! Jest tu z czego się śmiać?
Chłopi opowiadali później, że śmiech słychać było aż za rzeką, na polach pod świerkowymi wzgórzami. Kawki z drzew w parku odleciały spłoszone. Harmonista Domaradzki trącił traktorzystę z POM-u (stali w grupie pracowników resortu rolnictwa). Pokazał na wielkie portrety zawieszone nad trybuną.
— Spójrz, Zeniu! Nawet ci się śmieją.
Traktorzysta wycierał oczy chusteczką. Krzywy Stefan krzyczał na dzieci:
— Cicho! Cicho, smarkate! Nie ma się z czego śmiać.
Ale nikt go nie słuchał. W pewnej chwili dyrygent orkiestry strażackiej podniósł w górę pałeczkę. Policzki puzonistów wydęły się jak na komendę. Zagrali „Sto lat, sto lat” i dopiero wtedy śmiech naokoło trochę przycichł. Ludzie za to zaczęli śpiewać. I znów Krzywy Stefan powtarzał wymachując kapeluszem:
— Cicho! Co z wami, ludzie? W takiej chwili śpiewać?
„Niech żyją, żyją nam!” — huczał naokoło plac. Cienkie głosiki dzieci i grubsze dorosłych. Chłopi opowiadali, że i śpiew było słychać za rzeką.
Domaradzki, oczywiście, żartował: w tej ogólnej wrzawie i wesołości tylko twarze zawieszone na gmachu prezydium patrzyły na plac bez uśmiechu. I chyba tylko jeden człowiek nie stracił w zamieszaniu głowy: sierżant Olszewski Zenon z powiatowej komendy. Łopatą, znalezioną w stróżówce na podwórzu prezydium, rozerwał czerwone płótno i odgiął dwie deski przybite zdawałoby się na amen. Wsunął łopatę do środka i odgiął płyty. Przez tę szparę, dość wąską, ale innej przecież nie było, wydostali się na zewnątrz uwięzieni. Miedza wyszedł czerwony jak płótno, którym Leluchowicz obił płyty. Sapał, wycierał czoło wielką chustką i powtarzał:
— Gdzie jest Rybaczyński? Trzeba natychmiast ustalić winnych!
Towarzysz Kotula ledwo mógł się przecisnąć. Olszewski musiał mu pomóc. Redaktor Muszyna śmiał się. Zrobił kilka zdjęć. Między innymi staruszek Wesołowski poprosił o fotografię na tle trybuny — przedtem podniósł literę M i przyczepił szpilkami do płótna.
Ludzie na placu jeszcze śpiewali „Sto lat, sto lat!”. Miedza podbiegł do strażaków i krzyknął, żeby zaraz przestali grać. Dopiero wtedy śpiew umilkł. W ciszy (słychać było jeszcze pojedyncze chichoty i głosy) odezwały się megafony rozwieszone na latarniach.
— Przepraszamy zebranych za zakłócenie uroczystości — powiedział kierownik Rybaczyński ze studia w prezydium (mówił niewyraźnie, jakby z chrypką). — Zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału w pochodzie!
I choć ten jeden raz ci z trybuny poszli z nami. Nie mieli gdzie stać — jasne. Ludzie, jeszcze jak szli, to się śmieli. Co kto sobie przypomniał. Dawno takiego wesołego pochodu nie było u nas. Krzywy Stefan niósł szturmówkę.
— Kto to widział — powtarzał — w takim nieszczęściu, żeby się śmiać! Ech, ludzie, ludzie!
Ale nikt na niego nie zwracał uwagi.
Miedza idąc na czele przepraszał towarzysza Kotulę.
— Wyciągniemy surowe konsekwencje wobec winnych zajścia. To skandal!
— Nie szkodzi, nie szkodzi — dobrotliwie uśmiechał się Kotula. — Najważniejsze, że wszyscy żywi!
— Pończochy zupełnie podarłam — skarżyła się Helenka pani Gniazdowskiej. Szły obok siebie w pierwszych czwórkach.
Dzieci zaczęły śpiewać, ludzie w otwartych oknach pozdrawiali idących. Nad jezdnią kołysały się transparenty. Kawki wróciły na drzewa w parku. Słychać było ich krzyk, śpiew dzieci i szum wielkich drzew. Wróble na akacjach przy rynku ćwierkały podniecone. I tylko te twarze nad trybuną pozostały nieruchome i obojętne, jakby nie zdarzyło się nic. Patrzyły bez uśmiechu na nasze miasto.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.