Cudowna melina/Dyrektor Gniazdowski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Orłoś
Tytuł Cudowna melina
Wydawca Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Data wydania 1989
Druk Zielonogórskie Zakłady Graficzne
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV. DYREKTOR GNIAZDOWSKI

O dyrektorze Gniazdowskim mówiono u nas z uznaniem: — Ten kombinuje!
Przyjechał z województwa i z miejsca objął funkcje kierownika Wydziału Zdrowia, dyrektora szpitala i naczelnika powiatowej przychodni. W willi, którą wybudował po dwóch latach, miał prywatny gabinet. Pacjentów przyjmował codziennie po południu — brał sto pięćdziesiąt złotych za pierwszą wizytę i po sto za następne. Był chirurgiem, ale leczył także jako internista, pediatra, a nawet ginekolog. Kobietom robił zabiegi po tysiąc pięćset i dwa. Kosztowało drożej, jeżeli ciąża była zaawansowana. Mówiono, że willę wybudował za te pieniądze. Fakt — kobiety przyjeżdżały do niego z kilku powiatów. Ludzie śmieli się, że gdyby potrafił, to leczyłby i zęby.
Pacjentów w przychodni traktował opryskliwie, często w ogóle nie chciał rozmawiać, póki nie przyjął w domu. Chętnie wtedy zapisywał lekarstwa z trzydziestoprocentową zniżką.
— Wypróbowany towarzysz — mówił o nim Miedza.
Pewno — zawsze był pierwszy za stołami prezydialnymi, podczas uroczystości i świąt państwowych. Potrafił mówić bez kartki, a wydawało się, że czyta z gazety.
Najgorzej narzekali ci, co trafili do szpitala. Wiadomo było, że Gniazdowski nie zrobi nic, póki nie dostanie choćby brudasa w kopercie. Zresztą i to często było za mało. Trudniejsze operacje kosztowały drożej — brał nawet po kilka tysięcy. Zwykle po przyjęciu chorego nie robił nic, póki nie zgłosił się ktoś z rodziny. Mówił wtedy, że w szpitalu nie ma czasu na rozmowę, i wyznaczał wizytę w domu. Tam tłumaczył, jak trudna jest operacja, ilu wymaga przygotowań, stosowania zagranicznych leków i tak dalej, a w końcu wprost wymieniał cenę. Ludzie płacili.
Znana była historia kobiety ze złamanymi nogami. Przywiózł ją brat ze wsi przy granicy — jechali wozem dwadzieścia kilometrów. Kobieta wchodziła po drabinie na poddasze stodoły. Szczeble były spróchniałe, załamały się pod nią i spadła na betonową podłogę. Była niemową — brat trzymał ją do pomocy w gospodarstwie. Miała podobno nieślubne dziecko. Zachowywała się spokojnie, pojękiwała tylko cicho przez całą drogę. Przyjechali pod wieczór — czekali jeszcze w izbie przyjęć dwie godziny. Ponieważ sale były pełne, dostała łóżko na korytarzu. Następnego dnia Gniazdowski zatrzymał się przy niej, obejrzał nogi, powiedział coś o skomplikowanym złamaniu, potem zapytał:
— Ktoś z rodziny jest?
Kobieta zabełkotała niewyraźnie — nie umiała mówić. Pielęgniarki za plecami Gniazdowskiego stały w milczeniu. Chirurg przyjrzał się kobiecie uważniej. Wzruszył ramionami i odszedł. Przez kilka następnych dni wydawało się, że zapomniał o niej. Mijał łóżko w korytarzu obojętnie, jakby niemowy z połamanymi nogami nie było. Kobieta unosiła się na łokciach i patrzyła za nim. Nogi bolały ją bardzo — w nocy nie mogła spać. Pod kolanami wystąpiły obrzęki, skóra była pokryta ciemnymi plamami. Brat zajrzał do szpitala dopiero po tygodniu. Przestraszył się, kiedy zobaczył nogi siostry. Zaraz poszedł do Gniazdowskiego — krzyczał podobno, dwóch pielęgniarzy musiało go wyprowadzać. Wtedy pobiegł do komitetu — okazało się, że to sekretarz z tej przygranicznej wsi. Miedza zadzwonił do Gniazdowskiego.
I chyba tylko ten jeden raz nie dostał nic. Musiał składać skomplikowane złamanie za darmo. Kobieta leżała w gipsie pół roku. Jej brat odgrażał się, że napisze do gazety, ale tylko tak — wiadomo było, że pogada, pogada i przestanie.

Muszyna przyszedł do ośrodka przed drugą — Gniazdowski przyjmował od czternastej do szesnastej. Chciał zgłosić się jako pacjent, ale pielęgniarka w okienku nie zapisała go. Nie miał w ogóle książeczki i nie potrafił powiedzieć, co mu dolega. Kiedy pokazał legitymację honorowego dawcy krwi, wzruszyła ramionami.
— Co pan, żartuje? — I zatrzasnęła okienko.
Muszyna rozejrzał się po ciemnej poczekalni. Pod sufitem paliły się dwie żarówki w drucianych siatkach, wisiały lepy na muchy. W kątach stały blaszane spluwaczki, ściany oblepiały plakaty. „Matko, pamiętaj o witaminach dla twego dziecka!” — przeczytał. Niżej, pod hasłem, wymalowano wielki bukiet jarzyn. Podłoga była czarna, krzesła stare i skrzypiące. Ludzie mówili szeptem.
Usiadł pod ścianą, założył nogę na nogę, zapalił. Obok przysiadła na brzegu krzesła kobieta z dzieckiem w beciku. Niemowlę miało policzki pokryte krostami. Budziło się co pewien czas i zaczynało płakać. Matka kołysała je cierpliwie.
— Śpij, śpij, Karolciu! Pan doktor zaraz przyjdzie — mówiła.
Gniazdowski spóźniał się. Muszyna kilka razy patrzył na zegarek. Było pięć, dziesięć, a później dwadzieścia po. Rozmawiał chwilę z robotnikiem (dosiadł się, żeby przypalić). Był to młody mężczyzna ze złamaną ręką. Krzywiąc się i głęboko zaciągając dymem opowiedział o swoim wypadku. Pracował w lesie, przy zwózce drzewa. Robili wycinkę pod linię wysokiego napięcia. Teren był trudny — jary, wąwozy, skały, z których ściągali świerki. Konie grzęzły w glinie. Przechodził w jednym miejscu po śliskim pniu nad potokiem, stracił równowagę i spadł na kamienie.
— Cały mokry, panie, i ten ból, jakby kto kłuł nożem. Od dziewiątej rano tu czekam. — Pokazał Muszynie spuchniętą rękę.
— Nie przyjęli od razu?
Robotnik poprawił papierosa w cygarniczce. — Pana też zbyła, jędza.
Dziecko z krostami na policzkach płakało.
— Śpij, Karolciu, śpij. Pan doktor już idzie.
Staruszka w białej chustce z frędzlami (duże żylaste dłonie, laska zawieszona na oparciu krzesła) przesuwała paciorki różańca. Emeryt w okrągłej czapce kaszlał głośno. Było kilkoro dzieci: chłopiec z ręką na temblaku, dziewczynka z czerwonym lizakiem. Była także Czesia, ale Muszyna nie znał sprzątaczki.
Gniazdowski przyszedł o wpół do trzeciej. W szarym garniturze, siwe włosy z przedziałkiem, okulary w rogowej oprawie, czarna teczka. Przeszedł przez poczekalnię szybkim krokiem, jakby nie było nikogo. Wydawało się, że ma bardzo mało czasu. Kilka kobiet wstało i ukłoniło się, kiedy przechodził, ale Gniazdowski nie odpowiedział. Wszedł do gabinetu.
Muszyna patrzył na zegarek — upłynęło jeszcze pięć minut, nim pielęgniarka zaczęła prosić pacjentów. Doktor badał krótko — niektórzy zaraz wychodzili, najdłużej trzymał kwadrans. Przyjął tylko siedem osób, a i to nie w kolejności. Redaktor zapisywał coś w notesie, kiedy pielęgniarka wywołała ostatniego pacjenta (chudy, wysoki mężczyzna; siedział na końcu).
— Więcej nikogo doktor nie przyjmie — powiedziała. — Proszę nie czekać.
— Jak to? Jak to? — zdziwił się Muszyna. Wszyscy na niego popatrzyli. Pielęgniarka zatrzasnęła drzwi.
— Mówią — odezwał się robotnik — że prosi tylko tych, co do niego prywatnie chodzą. I chyba trzeba będzie pójść. Do tej willi przy zamku.
— Pan doktor dobrze wie, co robi — powiedziała młoda kobieta z dzieckiem. — To najlepszy lekarz w powiecie.
Muszyna wiedział od Turonia, że Gniazdowski nie przyjmuje do pracy w ośrodku starych lekarzy. Samych młodych — po studiach. Wiadomo, że ludzie do takich nie mają zaufania. Jeden Lisowski, dentysta, ma podobno czterdzieści lat. Inni mniej. Podniósł się, kiedy doktor wyszedł z gabinetu (znów ten szybki krok, okulary, siwe włosy, teczka). Ludzie powstawali z krzeseł — laska staruszki upadła na podłogę i głośno stuknęła. Muszyna zastąpił Gniazdowskiemu drogę.
— Bardzo przepraszam, panie doktorze, jestem z prasy. Chciałem zamienić kilka słów.
Chirurg nie okazał zdziwienia. Spojrzał na zegarek. — O co chodzi?
— Może wrócimy do gabinetu? — zaproponował redaktor.
— Macie legitymację?
Muszyna zmieszał się. Ludzie patrzyli na nich. — Nie noszę codziennie przy sobie. Widzieliście na zebraniu.
— Więc o co chodzi? Pytajcie.
Stali w ciemnym korytarzu, otoczeni pacjentami — wysoki Gniazdowski z czarną teczką (znów popatrzył na zegarek) i nieduży Muszyna przed nim — w ortalionowym płaszczu i z aparatem lustrzanką na szyi. Tę rozmowę opowiedziała Stasi maszynistce sprzątaczka Czesia.
Muszyna (zacinając się): — Pierwsze pytanie: dlaczego nie przyjęliście wszystkich pacjentów? Tu jest człowiek — rozejrzał się, ale robotnika już nie było — ze złamaną ręką. Kto mu udzieli pomocy?
Gniazdowski (ostro): — Znacie godziny przyjęć?
Muszyna (znów zacinając się): — Pytanie drugie: dlaczego inni lekarze nie przyjmują? Pan jest chirurgiem, a tu widzę i do internisty, i do dermatologa pacjenci...
Chirurg jakby nie dosłyszał. Mówił: — Tylko ja, mój panie, decyduję, kogo przyjąć i w jakiej kolejności. Znam się na tym lepiej niż dziennikarze. — Popatrzył na ludzi.
Muszyna był zdenerwowany. W dodatku długopis przestał pisać.
— Czy to prawda, że przyjmujecie najpierw tych, którzy przychodzą prywatnie?
Gniazdowski cofnął się o krok. — Panie, panie! Dość tego! Będziemy rozmawiać, jak zobaczę legitymację! — Teczką odsunął redaktora na bok i ruszył w stronę schodów. Ludzie usuwali się przed nim.
— Cały czerwony, krzyczał — opowiadała Czesia maszynistce Stasi. — Pewno: mało to ma na głowie? A taki jeszcze przyjdzie i zdenerwuje!
Stasia potakiwała.
Redaktor zamknął notes. Rozejrzał się, zakaszlał — nikt z pacjentów nie odezwał się. Dopiero jak szedł do drzwi, kobieta z dzieckiem powiedziała:
— Kto to widział, żeby tak niegrzecznie do pana doktora mówić? To najlepszy lekarz w powiecie.
Niemowlę obsypane krostami znów zapłakało. Kiedy Muszyna był na schodach, usłyszał, jak kobieta zaczęła swoje:
— Nie płacz, Karolciu, nie płacz!
O tym, że doktor zaraz nadejdzie, już nie mówiła.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.