Cudowna melina/Bracia Monopolanie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Orłoś
Tytuł Cudowna melina
Wydawca Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Data wydania 1989
Druk Zielonogórskie Zakłady Graficzne
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XIII. BRACIA MONOPOLANIE

Od szóstej czekał na Flachę w „Obywatelskiej”. Rybaczyński przyszedł z podbitym okiem. Skóra była sina, białko zaczerwienione. Muszyna spytał, co się stało, ale Flacha nie chciał mówić. Machnął tylko ręką.
— Uderzyłem się.
Sąsiedzi Rybaczyńskich słyszeli awanturę o drugiej. Rano żona wysłała Jasia z dzieckiem do parku. Miał wrócić przed dwunastą. Rybaczyński zagadał się przed budką z piwem (szedł okrężną drogą), musiał nieźle popić — może wstąpił do „Obywatelskiej”? Do parku doszedł pijany, zasnął na ławce, a kiedy zbudził się, było kwadrans po drugiej. Wziął wózek i wrócił do domu. Dopiero na miejscu okazało się, że wózek jest inny, a dziecko cudze. Rybaczyńska przestraszyła się, podbiła Jasiowi oko (słychać było jej krzyk na ulicy), potem pobiegła do parku. Popychała przed sobą ten inny wózek. Dziewczyna — opiekunka obcego dziecka — chodziła zapłakana po ścieżkach. Odeszła na chwilę do koleżanek (wózek zostawiła przy ławce, na której spał Rybaczyński). Kiedy wróciła, dziecka nie było.
— Co ja przeżyłam, co ja przeżyłam! — mówiła połykając łzy. — Z nóg mnie ścięło, proszę pani!
Było to dziecko lekarza Lisowskiego. Nie obudziło się nawet, tylko ta dziewczyna spłakała się porządnie. Synek Flachy spał w wózku koło pustej ławki.
— Ty łobuzie! — krzyczała Rybaczyńska do męża. — Własnego dziecka nie potrafisz rozpoznać?
Flacha pijany, z podbitym okiem, zasnął na tapczanie.
I teraz jeszcze był nieswój — mało mówił, dotykał opuchlizny pod okiem. Kaszlał długo.
— Nie przejmuj się, Jasiu. Do wesela się zagoi! — próbował żartować Muszyna. Zamówił pół litra żytniówki.
Wypili po sto gramów i dopiero wtedy Rybaczyński odżył. Muszyna zapytał go, kto u nas najlepiej zarabia. Flacha popatrzył na niego podejrzliwie.
— Po co ci, Andrzej?
— No, wiesz, piszę, tego, muszę wiedzieć — wyjaśnił Muszyna.
Flacha nie powiedział nic. Wydawało się, że zapomniał. Dopiero kiedy wypili pół butelki, nie pytany zaczął mówić. Pochylił się nad stolikiem i szepnął do ucha redaktora:
— Powiem ci, Andrzej. Ale obiecaj: mur!
— Mur, mur — zgodził się Muszyna.
Flacha obejrzał się (uniósł się nieco z krzesła). Pusto było przy nich. W sąsiedniej sali, z bufetem, śpiewali chłopi:
— „Ułani, ułani, malowane dzieci!”
— Oni tu handlują czosnkiem — powiedział Jasiu.
— Kto: oni?
Flacha obejrzał się jeszcze raz. Powtórzył szeptem: — No, oni, tutaj... Miedza, Gniazdowski, Szeląg. Chyba Targowski. Na pewno Szafranek. Cały gang czosnkowy. — Zaśmiał się.
Muszyna myślał, że Flacha żartuje. — Jasiu, co ty? Jaki czosnek?
Rybaczyński zdenerwował się. — Nie wierzysz? Proszę bardzo, można sprawdzić w Wydziale Rolnictwa. Każdy z nich kontraktuje po kilka ton. A ogródki mają takie! — Trącił talerzyk z sałatką.
Siedzieli chwilę w milczeniu. Muszyna patrzył na kierownika.
— Z Czech wożą, rozumiesz? Tam czosnek tani, u nas drogi. U nich wódka droga, tu tania. Prosta kalkulacja. Ryzykują chłopcy, prawda, ale wychodzą nieźle. Wille, konta w PKO! Tak, tak, Andrzejku. Nie myśl, że to taka prowincjonalna hołota!
Muszyna jeszcze nie mógł uwierzyć. — Jasiu, nie upiłeś się czasem? Chuchnij!
Flacha zionął Muszynie w twarz oddechem przepojonym wódką. Roześmieli się. I znów Rybaczyński jakby się przestraszył. Rozejrzał się naokoło. — Mur, mur? Andrzej!
— Mur — przytaknął redaktor. — Powiedz jeszcze — poprosił — jak oni to robią.
Rybaczyński wypił odchylając głowę do tyłu. Postawił kieliszek na stole, usta wytarł dłonią.
— Mietek Szeląg gra pierwsze skrzypce. Mają swoich ludzi w Miłkowicach i innych wsiach. Co miesiąc przerzut. Tam i z powrotem, przez góry. Od granicy wiozą karetkami pogotowia. Gniazdowski daje szpitalne.
— Czekaj! A wojsko, Czesi, granica? Przecież kontrabanda dzisiaj nie taka łatwa. Jasiu!
Flacha tylko pokiwał głową. — Kochany. Szmalec, szmalec! Za pieniądze ksiądz się modli!
Znów wypili. W sąsiedniej sali śpiewali chłopi: — „Niejedna panienka i niejedna wdowa...”
Flacha jakby się zmęczył — głowa poleciała mu na stół. Próbował jeszcze mówić:
— Sprawdź konta w PKO. Proszę bardzo! W naszym oddziale pracuje niejaka Piwko. Powołaj się na mnie. — Pytał: — Mur, mur?
Potem zasnął. Muszyna nie był pewien, czy Rybaczyński żartuje, czy mówi prawdę. Zamyślony, siedział za stołem.
Trochę później kelner Ludwiś sprzątnął talerzyki z resztkami sałatki. Brudną ścierką zmiótł popiół i okruchy na podłogę.
— Panie redaktorze — pochylił się — zbliża się dwudziesta druga. Zamykamy.
Muszyna pociągnął Jasia za rękaw. — Kierowniku, wstawaj!
Wyszli z „Obywatelskiej” na plac. Pijani chłopi wsiadali do taksówek. Śpiewali jeszcze: — „Ułani, ułani, malowane dzieci!...”

Spotkali się w kawiarni „Magnolia”. W małej sali, przy stoliku, który kierownik Tarasewicz kazał przygotować kelnerkom (świeża serweta, kwiaty w cepeliowskim wazonie, cukiernica z zielonej kamionki). Przed południem Miedza zadzwonił do kierownika:
— Tarasewicz, przygotuj stolik. Taki lepszy. Przyjdziemy o siódmej.
— Przepraszam, towarzyszu sekretarzu — zgiął się w ukłonie nad telefonem kierownik Tarasewicz — ile osób?
Ale Miedza odłożył słuchawkę.
Do siódmej Tarasewicz niepokoił się. Może bankiet na dwadzieścia osób? — wpadał w panikę. Odetchnął, kiedy Szafranek (kierownik pomógł mu zdjąć płaszcz) powiedział, że będzie tylko pięć osób.
— Stoliczek przygotowany — zatarł ręce Tarasewicz. — Proszę uprzejmie! — Zaprowadził inżyniera do małej sali.
Czekał później na pozostałych gości przed kawiarnią. Otworzył drzwi warszawy, z której sapiąc wysiadł sekretarz. Zaraz potem przyjechał dyrektor Gniazdowski swoim fiatem 125 p. Szeląg i Targowski przyszli piechotą. Tarasewicz dwa razy zaglądał do małej sali. Spodziewał się, że Miedza kiwnie na niego, żeby podszedł, ale sekretarz, pochylony nad stolikiem, mówił coś półgłosem i nie zwracał na nic uwagi. Kierownik zamknął na klucz grającą szafę koło bufetu.
— Dlaczego, panie kierowniku? — zaprotestowali chłopcy (siedzieli przy stoliku obok). Tarasewicz nie odpowiedział.
O czym wtedy mówili? Flacha, któremu Szeląg powtórzył rozmowę, zwierzył się Muszynie po pijanemu.
— Andrzejku — powiedział — mają cię na oku.
Mógł Wojenka zadzwonić do sekretarza i powtórzyć rozmowę w sprawie Słomkiewicza. A może Szeląg opowiedział o wizycie Muszyny w szkole? Miedza był zdenerwowany. Ręce mu trochę drżały, kiedy rozlewał radziecki koniak.
— Czyja polityka kryje się za tym podstępnym działaniem, nie będę mówił. Sprawa jest jasna. Chodzi o to, żeby rozrabiactwo i krytykanctwo nie podnosiły głowy wyżej. Nie możemy na to pozwolić, towarzysze. Trzeba zapobiec.
Tamci potakiwali. Jeden Gniazdowski, u którego Muszyna był, ale odszedł jak zmyty, powiedział:
— Z facetem trzeba ostro. Legitymacja jest? Nie ma? No, to do widzenia!
— Widziałeś legitymację na zebraniu — przypomniał Miedza.
Gniazdowski mignął mu przed oczami pokrywką cukiernicy z kamionki. — Tak, wiedziałem, Gienek! — I dodał: — Ostro, ostro, panowie! Nie dyskutować.
Szafranek przytaknął: — Tak jest, Józio dobrze mówi.
— To dlaczego przed nim uciekasz? — zdenerwował się Miedza. — Jak zobaczy redaktora na ulicy, przechodzi na drugą stronę.
Szeląg odezwał się w pewnej chwili: — Właściwie o co mu chodzi? Może kapnąć szmalcem?
Sekretarz żachnął się: — Sam mu dziwki podsuwałeś i nie chciał. Pieniędzy też nie weźmie. A jaki Chrystusek jest, wiemy.
— Robotnicy mówią — powiedział Szafranek — że tu chodzi o prostego człowieka.
Miedza nie zrozumiał. — Co, kto? Mów jaśniej, Władziu.
— O prostego człowieka. O tę, jak tam, sprawiedliwość dla nich.
Mogli wtedy pomilczeć chwilę. Któryś podniósł kieliszek z radzieckim koniakiem do ust. Szafranek ssał fajkę (może akurat zgasła?). Gniazdowski przerwał milczenie pierwszy:
— To znaczy o kogo? Konkretnie. O Krzywego Stefana?
Prezes Szeląg zaśmiał się głośno.
Rozmawiali jeszcze pół godziny. Miedza proponował, żeby napisać list do centrali.
— Ty, Józek, nie napisałbyś? — spytał Gniazdowskiego.
Dyrektor wzruszył ramionami. — Gienek, jak Boga kocham, może do KC wystąpisz?
— Potem, jak ci wysmaży artykuł, nie będziesz wiedział, gdzie oczy odwracać. Ja znam tych z prasy!
— Stuknąć drania po ciemku — powiedział Szeląg. — Zaraz by spotulniał!
Zaśmieli się. Dopili koniak z kieliszków. Zapach dymu z fajki Szafranka rozszedł się po całej kawiarni. O ósmej wyszli i wsiedli do samochodów. Czy coś postanowili wtedy? Chyba nic konkretnego. Może: mniej rozmów, kontaktów. Unikać raczej, niż dyskutować. Projekt z listem do prasy centralnej upadł. Także o stuknięciu po ciemku nie było więcej mowy. Wiadomo — Szeląg żartował.
Przed kawiarnią czekał kierownik Tarasewicz.
— Serdecznie prosimy nie zapominać o nas! — mówił. Zgięty w ukłonie stał przy drzwiach warszawy. Miedza, już siedząc w wozie, podał mu rękę.
— Dziękuję, Tarasewicz. Dbacie o lokal, nie powiem.
Kierownik aż poczerwieniał z radości.

Spod „Magnolii” samochody pojechały pod willę Gniazdowskich w uliczce za ruinami zamku. Doktor urządzał przyjęcie z okazji przyznanego odznaczenia: Krzyża Kawalerskiego Polonia Restituta.
Żony mężczyzn siedziały na tarasie. Noc zapowiadała się ciepła. Z łąk nad rzeką wiatr przynosił zapach wilgoci. Kumkały żaby.
Pani Krystyna, żona Gniazdowskiego (mówiono, że jest młodsza od męża o dwadzieścia lat), zawołała, jak tylko wysiedli z samochodów:
— Mężczyźni, wódka na was czeka. A wy co?
Gniazdowski prowadził gości ścieżką między krzakami malin.
— Prosimy, prosimy, kochani.
Weszli na taras.
Wniosek o krzyż poparł Miedza pół roku wcześniej. W rozmowach w komitecie Gniazdowski często poruszał ten temat.
— Inni — mówił — mniej zasłużeni dla miasta dostają, a ja tu pięć lat siedzę. Na nogi ci służbę zdrowia postawiłem. Poprzyj, poprzyj, Gienek!
Chodziło o poparcie wniosku, z jakim wystąpiła Rada Wojewódzka. Miedza pytał, czy Gniazdowski nie był karany.
— Przestrzegają tego — tłumaczył. — Jak miałeś z prawem na pieńku, to nie ma co. A ty, Józek... — Tu Miedza znacząco mrużył oko.
Gniazdowski przysięgał, że nie. — Wolne żarty, Gienek! W życiu z sądami nie miałem do czynienia.
— No, no! — groził mu palcem sekretarz.
Ale chyba rzeczywiście nie miał, bo w pół roku później dostał krzyż. Jeździł do województwa odbierać. Podobno sam minister przyjechał. Wręczano odznaczenia najbardziej zasłużonym pracownikom resortu zdrowia z całego województwa.
Rano, w gabinecie Gniazdowskiego, odbyła się mała uroczystość.
— Część oficjalna — śmiał się doktor.
Przyszli sami mężczyźni. Pili koniak z pękatych kieliszków. To wtedy Miedza powiedział o Gniazdowskim: wypróbowany towarzysz!
Przemawiał krótko, bez kartki: — Zebraliśmy się tu, aby uczcić okoliczność zaszczytnego wyróżnienia naszego drogiego dyrektora Gniazdowskiego! — I zaraz potem powiedział: — To nasz wypróbowany towarzysz. Wielkie zasługi położył na odcinku służby zdrowia w powiecie!
Gniazdowski milczał trochę zażenowany. Przypiął do marynarki krzyż. Przyjmował gratulacje. Z Miedzą i Szafrankiem wycałowali się. Życzenia składali także Szeląg i architekt Targowski. Leluchowicz zrobił pamiątkowe zdjęcie.
Później, żegnając się, Miedza powiedział: — No co, Józek, masz te swoje dwadzieścia pięć procent!
Odznaczeni krzyżami otrzymywali dwudziestopięcioprocentowy dodatek do emerytury. Gniazdowski miał pięćdziesiąt osiem lat.
— Nie jestem młodym chłystkiem — powtarzał często.
Zadowolony, ścisnął sekretarza za łokieć. — Masz u mnie wódkę, Gieniu. — Zapraszał na przyjęcie wieczorem.
— Przyjdą najbliżsi przyjaciele męża — mówiła Krystyna do żony dentysty Lisowskiego. Spotkały się rano na targu — razem chodziły między straganami. — Wszystko na mojej głowie. Wie pani, ile trzeba przygotować. Posiedzą na pewno do późna. Nie codziennie dają te krzyże.
— I nie każdemu, nie każdemu! — przymilała się Gniazdowskiej Lisowska.
Siedzieli rzeczywiście długo: architekt powiatowy Targowski, Miedza z Helenką, inżynier Szafranek z żoną (tęga kobieta z wysoko upiętą fryzurą — białe włosy błyszczały od lakieru). Tylko prezes Szeląg był bez Loli.
— Żona przeprasza, źle się poczuła — powiedział.
Gniazdowska i Szafrankowa wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Później przyszedł Leluchowicz z Renatą. Śmiech Renaty (zwłaszcza kiedy Szafranek zaczął opowiadać kawały) słychać było przez otwarte okna. Krzywy Stefan zasypiając w szałasie z gałęzi słyszał, jak śpiewali: „Sto lat”, „Kasiu, Kasiu, Kasiuleńko”, „Szła dziewczyna przez gaj dębowy” i „Głęboką studzienkę”.
Siedzieli przy okrągłym stole, w jadalnym. Willa Gniazdowskich należy do najlepiej urządzonych domów w mieście. Sedes w łazience ma miękką deskę, kafelki z Cepelii. Pokoje wyłożone tapetami w dyskretne wzory. W posadzce można się przejrzeć jak w lustrze. No i antyki, antyki! Doktor zawsze coś przywozi z podróży służbowych. A to krzesełko Ludwik XV, a to komódkę, a to świecznik w stylu Księstwa Warszawskiego. Lubi zwłaszcza figurki z saskiej porcelany — cała kolekcja stoi na antycznym kredensie. I teraz światło wielkiej lampy z żółtym abażurem ozdobionym frędzlami padało na galerię małych postaci: tancerek, pastuszków z fujarkami, nimf i innych bożków.
— Po co ci, Józek, tyle tego? — dziwił się Miedza, kiedy oglądał figurki. Tylko Helenka zazdrościła Gniazdowskiej.
— Widzisz, widzisz, on przynajmniej zna się na sztuce. Kulturalny człowiek, wie, jak wydać pieniądze. A ty co? Ryby i te strzelby! Nic więcej!
Miedza śmiał się. — Dzieciak, dzieciak z tego Gniazdowskiego!
Dyrektor rozlewał wódkę do kieliszków. Był zadowolony — cały czas chodził z krzyżem przypiętym do klapy. Szafranek wstał i zachwiał się lekko.
— Zdrowie naszego kochanego kawalera! — powiedział.
— Jakiego kawalera? — spytał Miedza.
Inżynier nie dosłyszał. To wtedy wygłosił przemówienie, o którym później było głośno u nas. Ze śmiechem powtarzano sobie, jak to Szafranek, chwiejąc się, z kieliszkiem, w którym błyskała wódka, pochylony nad stołem, zaczął mówić:
— Bracia Monopolanie! Jest tylko jedno słońce, jedno prawdziwe światło w naszym szarym życiu. Państwowy Monopol Spirytusowy!
W tym miejscu nastąpiły burzliwe oklaski i śmiech zebranych. Dominował głośny chichot Renaty. Inżynier, z kieliszkiem w ręku, mówił:
— Proponuję, bracia, aby zmienić naszą nację od dzisiaj! Cóż nam bowiem po nacji, która daje tylko ten szary dzień, pracę, kilka groszy na miesiąc, nudę i beznadziejność? Co nam po takiej nacji? My, proponuję, nazwijmy się Monopolanie!
I wychylił kieliszek.
— Po jakiemu to? — spytał Miedza, ale i teraz nikt mu nie odpowiedział. Goście bili brawo.
Później wypili. Gniazdowska nakładała na talerze. Śmiech Renaty słychać było przez otwarte okna. Inżynier zaczął opowiadać kawały. Ten z dyszlem, na który nadziała się baba, rozśmieszył Renatę do łez.
Potem śpiewali znów. Pili. Śpiewali. Pili. Krzywy Stefan w swoim szałasie nad rzeką słyszał gwar i śpiew. Przewracał się z boku na bok na twardym sienniku z ubitą słomą, wzdychał, kaszlał, pluł przez szparę w noc. Z dołu, z uliczki akacjowej za ruinami, przynosił słowa wiatr:
— „Głęboka studzienka!...”
Wybijał się donośny głos kobiety.
Która to? Która to może być? — zastanawiał się Stefan. Widział Renatę nieraz, ale nawet do głowy mu nie przyszło, że to ona tak głośno śpiewa.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.