Cud bogini Kwan-Non

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Cud bogini Kwan-Non
Pochodzenie Szkarłatny kwiat kamelji
Data wydania 1928
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo)
Indeks stron
CUD BOGINI KWAN-NON
Młody japoński kapitan Masao Gejo szedł główną ulicą Asakusa i uważnie rozglądał się na wszystkie strony, wypatrując kogoś. Nie zwracał uwagi na tłum rozbawiony i barwny, nie patrzył na pstre szyldy herbaciarni, teatrzyków, cyrków i budy znanej trupy sztukmistrzów — „magów“, nie widział kinematografów, cukierni, sal dla szermierki i strzelania z łuków. Szedł ponury i zamyślony. Dwie gejsze-miako[1] spojrzały na smagłą, przystojną twarz kapitana i, gdy przeszedł, oglądać się za nim zaczęły, potrącając się łokciami.

— Ohe! — zawołała jedna z dziewczyn. — Przybył do Asakusa-Ku, do dzielnicy wesołości, śmiechu i zabawy, a taki smutny?
— Pewnie w jego sercu rozkwitł kwiat miłości, ale poranek jest jeszcze mglisty i mroźny! — odparła druga, przykrywając oczy małym wachlarzem ze złotego papieru.
Zaśmiały się obie i poszły dalej, szurgając białemi sandałami.
Istotnie w Asakusie nie było miejsca na nudy lub smutek. Olbrzymia dzielnica wspaniałego Tokio była przeznaczona dla rozrywki i zabawy. Wszystko, czego może dla tego celu zażądać Japończyk, czy to prosty heimin-wieśniak, czy też kulturalny potomek samurajów, czy europeizowany w amerykańskim college’u, w angielskim uniwersytecie lub w paryskiej Sorbonie japoński dyplomata i uczony, każdy mógł znaleźć wszystko w barwnej, bawiącej się wesoło Asakusie.
A jednak kapitan Masao Gejo był bardzo smutny. Idąc główną ulicą zwarjowanej dzielnicy, śród przybytków zabawy i tysięcy jaskrawych straganów i sklepików, ujrzał wreszcie na schyłku pagórka, za którym ciągnął się obszerny park, świątynię, wzniesioną z cyprysowego i hinokowego drzewa. Ciężkie, lecz misternie rzeźbione dachy, powyginane, pokoszlawione i pogarbione, pokryte różnokolorową laką i złoceniem, panowały nad tem miejscem zabawy, jak panuje samotna skała bazaltowa nad spienionem morzem.
Minął kilka „tori“ — portyków drewnianych, zbudowanych ze „świętego“ drzewa hinoku, i odrazu wszystko się zmieniło. Śmiechy, piosenki, odgłosy muzyki, nawoływania kupców i aktorów, zapraszających publiczność do swoich szop, szczęk drewnianych „geta“,[2] umilkył nagle. Zdawało się, że wszystkie dźwięki kornie padały do stóp pierwszej „tori“ i zamierały w modlitwie. Pobożni zdejmowali przy ostatnim portyku obuwie i w miękkich pończochach, uszytych z bawełnianej tkaniny, z lekkim szmerem szli ku świątyni białemi płytami wypolerowanego kamienia.
Coś pociągnęło młodego oficera do świątyni. Zbliżył się do starego bonzy — kapłana, dał mu kilka senów[3], otrzymał płócienne futerały na swoje lakierowane botforty i poszedł dalej.
Wolnym krokiem, oglądając się co chwila poza siebie i wciąż szukając kogoś w tłumie, pozostającym za „tori“, wznosił się Masao Gejo szerokiemi stopniami świątyni. Podwoje były naoścież otwarte, i pobożni wchodzili i wywodzili, skupieni, lecz rozradowani. Kapitan przecisnął się przez tłum i stanął przed ołtarzem. Długie i szerokie, czarne ze starości cyprysowe koryto oddzielało go od niego. Ludzie wrzucali do koryta monety, któremi już do połowy było zapełnione. Kapitan opuścił swoją ofiarę, zbliżył się do wiszącego gongu i uderzył weń trzy razy. Złożywszy ręce do modlitwy, pochylił się przed ołtarzem i podniósł oczy do góry. Na wzniesieniu, w mroku głębokiej framugi, stał posąg bogini Kwan-Non. Masao Gejo ujrzał głowę o kilku twarzach, olbrzymie ciało o czterdziestu ramionach i tysiącu rąk.
Kapitan polecił się opiece bóstwa, trzymającego w swych rękach wszystkie przejawy życia ludzkiego, wszystkie drogi losów człowieka i zakończył krótką modlitwę słowem:
— Doozo! — Błagam!...
Skłonił się raz jeszcze i skierował się ku wyjściu.
W przedsionku był straszliwy tłok. Tłum pobożnych karmił „świętego“ konia bogini. Kapitan kupił w małym straganie paczkę ugotowanego ryżu i zażądał papieru.
— Jakiego koloru? — spytał sprzedający bonza.
— Różowego... — odparł zmieszany Gejo, zdradzając swoją tajemnicę, gdyż każdej prośbie, zapisywanej na papierze, odpowiadał osobny kolor.
Bonza uśmiechnął się przyjaźnie i podał wąski pasek różowej cieniutkiej bibuły. Kapitan odszedł od straganu i przy małym stoliku napisał:
— Daj, dobra Kwan-Non, miłość uroczej Kenson-San! Doozo!...
Zwinął papierek w malutką rurkę i, wcisnąwszy ją pomiędzy ziarnka ryżu, podszedł do konia.
Rozpasiony, połyskujący ciemnem okiem ogier wyciągnął ku kapitanowi głowę z zaplecioną w warkocze grzywą. Oficer zaczął karmić go ryżem z dłoni, śledząc uważnie, czy przełknie papierek z modlitwą.
Masao Gejo radośnie westchnął, gdy spostrzegł, że ryż znikł wraz z papierkiem w pysku „świętego“ konia.
Jakiś dziwny spokój ogarnął duszę kapitana. Już nie chmurzył czoła, a oczy miał pełne radosnych błysków. Oddychał głębiej, swobodniej i szedł z wysoko podniesioną głową. Nie przestał się jednak rozglądać i wkrótce ujrzał tę, której szukał.
Była to drobna, zwinna jak jaszczurka, świeża jak wiśnia, musme[4]. Miała na sobie skromne, lecz drogie, zdradzające dobry smak i wysokie pochodzenie kimono, przepasane pstrem „obi“, zawiązanem ztyłu w misterną kokardę. W ręku trzymała ciemno-fioletową parasolkę i wachlarz. Obok niej kroczył wysoki, chudy młodzieniec w okularach i z miną gapia oglądał szyldy teatrów i wystawy sklepów. Prawie nie rozmawiał ze swoją towarzyszką i chwilami szedł nawet o parę kroków przed nią, jakgdyby był już jej mężem. Wszystko to odrazu spostrzegł Masao Gejo, poprawił mundur, szablę i czapkę i, przeszedłszy na drugą stronę ulicy, stanął przed „musme“, salutując po wojskowemu.
— O, Kenson-San, pani sama tu, w Asakusa-Ku — zawołał z udanem zdziwieniem.
— O, nie! Jestem tu z Jurakuszo Dori! — rzekła z oburzeniem, wskazując na plecy chudego młodzieńca, gapiącego się na olbrzymi szyld, z namalowanemi na nim lwami i tygrysami.
Spojrzała na kapitana i dodała niezadowolonym głosem:
— Sama z domu nie wychodzę...
— Wiem o tem i dlatego byłem zdziwiony, ujrzawszy Kenson-San samą, — ciągnął kapitan.
— Nie jestem sama, już powiedziałam! — zawołała, nerwowym ruchem otwierając parasolkę.
— Słyszałem... — odparł. — Ale ten... ten... Dori, jak pan i władca, idzie przed Kenson-San i nie byłby w możności, w razie jakiegoś wypadku, przyjść jej z pomocą! Dziwi mnie ten młodzieniec!...
— Dlaczego? Bardzo miły i inteligentny... — rzekła, podnosząc ramiona.
— Na jego miejscu oczu nie spuszczałbym z Kenson-San, śledziłbym każde stąpnięcie jej drobnych nóżek, przed każdym powiewem wiatru broniłbym jej! — wybuchnął Masao Gejo. — Tak! Tak! a nie szedłbym sobie przed nią, i nie gapiłbym się na głupie szyldy!
Kenson San zarumieniła się i mimowoli z wyrzutem spojrzała na długą jak tyka postać Jurakuszo Dori, kołyszącą się w tłumie.
Kapitan spostrzegł to i prowadził atak dalej:
— Gdy ja przyszedłem kiedyś prosić, aby Kenson-San raczyła pójść ze mną do Hibia-parku obejrzyć kwitnące wiśnie — odmówiła mi! Jurakuszo Dori — szczęśliwszy ode mnie! Kenson-San przyszła z nim do Asakusy. On już uważa ją za swoją własność i nie zwraca na uroczą Kenson-San żadnej uwagi. Zupełnie jak mąż w kupieckiej rodzinie, gdzieś na Kiu-Szu, w głuchej prowincji...
Mówił z oburzeniem, lecz jednocześnie bacznie przyglądał się drobnej twarzyczce dziewczyny. Spłonęła cała rumieńcem, ściągnęła czarne łuki brwi i zachmurzyła czoło.
— Jurakuszo Dori, z pewnością, zostanie moim narzeczonym, gdyż jego i moi rodzice bardzo sobie tego życzą, — rzekła, jakgdyby usprawiedliwiając się.
— A najpewniej dlatego, że Kenson-San kocha się w tym bogatym kupcu... a on już uważa się za jej pana! — dorzucił Gejo.
— Nie! Nie! — potrząsając główką i tupiąc nóżką, zaprotestowała dziewczyna. Chciała jeszcze coś dodać, lecz w tej chwili obejrzał się Dori i zbliżył się do nich.
Kapitan wymienił swoje nazwisko.
Wysoki Dori skrzywił się i, niby nie rozumiejąc, spytał:
— Kapitan... kapitan... Jak nazwisko?...
— Masao Gejo... Doprawdy, stara samurajska rodzina! Żadnego kupca w rodzie...
Jurakuszo Dori zmieszał się i wykrztusił swoje nazwisko.
Kapitan podniósł oczy do góry, niby coś sobie przypominając, i wreszcie rzekł:
— Tak, tak... wiem! skład emaljowanego naczynia... Gdzieś, nie pamiętam tylko gdzie, widziałem szyld Jurakuszo Dori...
— To nie nasz szyld! Nasza firma eksportuje jedwab do Europy, — zaprzeczył wysoki młodzieniec.
— W każdym razie „akindo“-kupiec, więc nie omyliłem się! — z niewinnym uśmiechem rzekł oficer, zwracając się do Kenson-San. Stała purpurowa od gniewu, czy zakłopotania, lecz Masao Gejo udał, że nie spostrzegł i, wpadając w przyjacielski ton, jął opowiadać kupcowi o ostatnich wielkich manewrach, bardzo zręcznie napomknął o swojem powodzeniu i o tem, że został wyznaczony do akademji sztabu generalnego, a nominację podpisał sam książę-regent Hiroshito.
Mówił niedbałym tonem, zlekka pobrzękując ostrogami i zapalając papierosa.
Nie patrząc na Kenson-San, wyraźnie czuł, że ona wzrok swój przenosi z jego twarzy i suchej, szczupłej figury na wysoką, pałąkowatą postać młodego kupca.
Jednak rozumiał, iż powinien pożegnać dziewczynę i jej towarzysza.
— Dokąd zamierzają wstąpić na zabawę Kenson-San i Jurakuszo Dori? — zapytał. — Dziś, podobno, są wyjątkowo interesujące widowiska?...
— Pójdziemy do cyrku, gdzie występuje pogromca lwów i niedźwiedzi, — odpowiedział Dori. — Musimy już iść! Do widzenia! Sajonara!
— Sajonara! — rzekł oficer, prostując się i salutując.
— Czekaj-no, — ty tyko ogrodowa! — myślał kapitan, odprowadzając wzrokiem oddalającą się parę. — Będę i ja w tym cyrku i zobaczę, jak umiesz zabawiać piękne dziewczyny. Brzęk złota nie może kobiecie zastąpić muzyki słów, jedwabniku eksportowy....
Zamięszał się w tłumie i sunął za oddalającą się Kenson-San i jej przyszłym małżonkiem. Mógłby czuć się bardzo nieszczęśliwym i pożeranym przez zazdrość, jednak w sercu jego coś śpiewało i grało, niby powiew bliskiej i głębokiej radości.
Przeczekał, aż dziewczyna i jej towarzysz weszli do cyrku, z namalowanemi na szyldzie lwami i tygrysami, kupił sobie bilet i ulokował się o dwa piętra wyżej, wprost nad musme i kupcem.
Rozpoczęło się przedstawienie. Na posypanej piaskiem i trocinami arenie błaznowali clowni, zadziwiali swoją siłą i zręcznością akrobaci, biegały piękne konie, jakieś wystrojone kobiety śpiewały skoczne piosenki i tańczyły.
Jurakuszo Dori, rozparty na parapecie loży, wcale nie rozmawiał z dziewczyną, głośno się śmiał, wykrzykiwał coś i zwracał się do Kenson-San tylko wtedy, gdy ona mówiła do niego. Zresztą wachlowała się zapamiętale i jadła cukierki, które wyciągała różowemi paluszkami z malutkiej torebki, zwisającej z zielonej nefrytowej bransoletki.
Po przerwie nastąpił najciekawszy moment z całego przedstawienia. Na arenie zbudowano dużą klatkę z grubych żelaznych prętów. Gdy była ukończona, podwieziono na kółkach z desek sklecone pudło i ustawiono je przed małemi drzwiami, prowadzącemi do klatki. Jakiś bardzo szybki w ruchach człowiek, wystrojony w ciemno-granatowy, wygalowany mundur, podniósł kraty w pudłach i jeden po drugim miękkiemi skokami na arenę wbiegły dwa lwy. Zaczęły chodzić po klatce, rozglądając się i ziewając. Do nich wkrótce przyłączyły się dwa niedźwiadki.
Lwy były bardzo stare, już zupełnie pogodzone z losem artystów cyrkowych i nie marzące bynajmniej o bezgranicznych przestworach pustyni afrykańskiej. Niedźwiadki zaś, z pewnością już urodziły się na clownów, gdyż bez przerwy śmieszyły publiczność: przewalały się przez głowę, udawały pijanych i wykonywały dużo nadzwyczaj zabawnych ruchów i sztuk, patrząc zpodełba malutkiemi oczkami wielkich nicponiów. Lwy groźnie ryczały, lecz ochoczo skakały przez obręcze i liny, toczyły przed sobą dużą kulę z gliny i kładły olbrzymie, grzywiaste łby na ramiona pogromcy. Japonki piszczały i garnęły się pod szerokie rękawy kimon swoich ojców i mężów, zasłaniały dłońmi twarze, niektóre nawet płakały, nie mogąc znieść widoku strasznych krwiożerczych drapieżników, z których niezawodnie każdy potrzebował nagłej pomocy wprawnych japońskich dentystów.
Wreszcie numer był skończony. Sędziwe lwy pokazały wszystko, co umiały, a staranne niedźwiadki osłabły nawet od śmieszenia publiczności. Wygalowany pogromca otworzył drzwiczki klatki i długim batem zaczął zaganiać zwierzęta do drewnianych pudeł. Lwy z podwiniętemi ogonami bardzo chętnie opuściły arenę, syte powodzenia i oklasków; jeden z niedźwiadków, fiknąwszy ostatniego koziołka i pomrukując z zadowolenia, wlazł do swego pudła. Nagle... przy zapędzaniu drugiego niedźwiadka, stał się cud, cud uczyniony przez łaskawą boginię Kwan-Non, która tysiącem rąk kieruje losami śmiertelników.
Masao Gejo zrozumiał w tym momencie potęgę bogini, zrozumiał siłę modlitwy i namiętnego „doozo“, którem zakończył swoje błaganie w świątyni.
Niedźwiadek najspokojniej w świecie podchodził do wylotu klatki, gdy nagle dał susa naprzód, przewrócił podciągnięte do drzwiczek pudło i wyrwał się na arenę. Obiegł ją parę razy i stanął na tylne łapy, zdziwiony i przerażony. Bo też i było czemu się dziwić! W tłumie publiczności powstał zgiełk i tumult. Ludzie w popłochu biegli ku wyjściu, popychając się wzajemnie i tratując upadających. Krzyki, płacz, nawoływania, nawet wycie przerażonych widzów ogłuszyły niedźwiadka i oszołomiły; miotał się po arenie, szukając schronienia. Nagle ujrzał uczyniony przez uciekających widzów wyłom w barjerze i rzucił się w tę stronę, wbiegł do pierwszej loży i tu się zaczaił. Jednak krzyki i zgiełk wypłoszyły go znowu, więc wypadł i schodami zaczął się gramolić do lóż wyższego piętra, gdzie siedziała Kenson-San z młodym kupcem. Jurakuszo Dori nie był zbyt odważnym młodzieńcem, więc wziął długie nogi za pas i zmykał, sadząc przez krzesła i ławki, ku wyjściu. W loży pozostała blada, wylękniona Kenson-San; nie mogła ruszyć się z miejsca, chociaż widziała czarny kłębek, mknący w jej stronę. Ale gdy niedźwiedź był o jakie dziesięć kroków od loży, baczny na wszystko i wierny swej miłości kapitan Masao Gejo, brzęcząc szablą, zeskoczył raptownie z wysokiego parapetu wprost do loży przerażonej dziewczyny.
Kenson-San krzyknęła radośnie i przytuliła się do niego całem drżącem ciałem, śmiejąc się i płacząc. Co dziwniejsze, ucieszył się również niedźwiadek, znalazłszy się nareszcie w miejscu, gdzie nie widział ruszających się bezładnie nóg i nie słyszał wrzaskliwego wycia i krzyków ludzkich. Zatrzymał się więc tuż przy wniebowziętym kapitanie i przykucnął przy jego lakierowanych botfortach. Masao Gejo z obawą spojrzał sobie pod nogi, coraz mocniej przyciskając wiotką kibić „musme“, lecz spotkał się z błagającemi, wystraszonemi oczami figlarnego niedźwiadka i, pochyliwszy się nieznacznie, podrapał go za uchem, szepnąwszy w duchu:
— Arigato, czisaj kuma! Dziękuję, mały niedźwiadku!
Objąwszy ramieniem jeszcze drżącą dziewczynę i mocno tuląc ją do siebie, kapitan przez zapasowe drzwi wyprowadził ją na ulicę i zamieszał się w tłumie. Ze wzburzonych opowiadań widzów dowiedzieli się o „okropnych“ szczegółach wypadku i niezwykłej drapieżności „olbrzymiego czarnego niedźwiedzia“.
— Jeżeli tak dalej pójdzie, — myślał, śmiejąc się cicho, Masao Gejo, — będę myślał, że stugłowego smoka drapałem za uchem.
Lecz przebiegły kapitan głośno tego nie powiedział.
Przed domem rodziców Kenson-San, przy cichej ulicy Szimo-Szibuja, zatrzymali się. Musme nie odchodziła jednak i milczała. Milczał i kapitan, uważając zakłopotanie dziewczyny za dobry znak.
— Jurakuszo Dori — „okubiona“ — tchórz! — zawołała z wybuchem i tupnęła nóżką.
— Niech Kenson-San nie sądzi zbyt surowo tego sympatycznego młodego człowieka! — łagodnym głosem powiedział przyszły oficer sztabu generalnego. — Jurakuszo Dori przeląkł się, gdyż istotnie te „olbrzymie czarne niedźwiedzie“ są straszliwie krwiożercze...
Znowu umilkł, lecz Kenson-San spojrzała na kapitana i rzekła:
— Nie! nie! — Okubiona! okubiona!
Umilkła, a później zapytała, rumieniąc się:
— Dlaczego kapitan tak rzadko odwiedza nas? Kenson-San już nie będzie tak przekorna...
— A co na to powie Jurakuszo Dori? — szepnął, pochylając się ku niej, Masao Gejo.
— On już nic nigdy do Kenson-San nie będzie mówił, — także szeptem odparła dziewczyna.
— Co powie ojciec, który lubi bogatych eksportowych kupców?
Kenson-San podniosła się na paluszki w białych, miękkich sandałkach, położyła malutką rączkę na wargach kapitana, a później dotknęła nią swoich uśmiechniętych usteczek, czerwonych, jak dojrzały owoc granatu.
— Powie to, co ja mu zaśpiewam o kapitanie Masao Gejo... — szepnęła i, jak spłoszony ptak, frunęła do bramy, oplecionej glicynjami.
Kapitan pozostał sam. Po chwili podniósł głowę, popatrzył na niebo z pałającemi na nim gwiazdami, ujrzał, że od każdej z nich ciągną się promienne ręce bogini, kierującej życiem ludzkiem, i szepnął wzruszonym głosem:
— Dobra, miłosierna Kwan-Non!...


Przypisy

  1. Gejsze — tancerki.
  2. Drewniane sandały.
  3. Srebrna moneta; 1 jen = 100 senom.
  4. Dziewczyna, panna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.