Co to jest blaga?

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Co to jest blaga?
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom III Drobiazgi
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
CO TO JEST BLAGA?

Było już około dziesiątej wieczorem. Poważny pan Ezechjel kilkakrotnie spojrzał na zegarek, szpakowata pani Weronika kończyła robotę włóczkowej chusteczki, a pulchna mężatka, pani Balbina, bez ceremonji ziewała. Tak widoczne oznaki nudów zdolne były zakłopotać najmniej uprzejmego gospodarza; to też nie dziw, że znani z gościnności państwo Sylwestrowie wili się jak dwie muchy w ukropie, zapewne rozmyślając nad sposobami ubawienia swoich gości.
Nagle, w chwili gdy brwi zmartwionego pana Sylwestra dosięgły najwyższego położenia na czole, a koralowe usteczka pani Balbiny robiły się coraz podobniejsze do bramy zajezdnego domu, jedno pytanie rzucone jak bomba przez eleganckiego Fabjana, spłoszyło anioła ciszy:
— Bardzo byłbym wdzięczny — mówił pan Fabjan — temu, ktoby mi dokładnie objaśnił, co znaczy tak powszechnie dziś używany wyraz blaga?...
— Nic łatwiejszego! — mruknął poważny Ezechjel.
— Najzupełniej zgadzam się z panem! — potwierdził gościnny Sylwester.
— A... ach!... — ziewnęła ponętna Balbina.
— Dobranoc państwu!... — szepnęła Mania, córeczka państwa Sylwestrów, rozkoszny czternastoletni cherubinek, który miał wielką ochotę posłuchać objaśnienia wyrazu blaga, lecz na dany przez troskliwą mamę znak, musiał opuścić rozbudzone towarzystwo i odejść do swego pokoju.
— Owe wyprzedaże zupełne, pożyczki premjowe, koncerta dobroczynne — mówił pan Ezechjel — owe wyrzekania na ucisk klas ubogich przez kapitalistów, wszystko to blaga!...
— Mój panie — odezwała się pani Weronika — poco mamy tak daleko szukać, kiedy w najbliższych znajomych nam kółkach jest tyle blagi, że ta wystarczy do doskonałego objaśnienia wyrazu...
— No, żegnam państwa! — przerwała pani Balbina, nie mająca zwyczaju robić sobie z nikim ceremonji. — Uważam, że pani Weronika znalazła już swój ulubiony temat, nie chcę więc jej przeszkadzać...
— Ależ pani!... Ależ droga pani!... — zawołali jednocześnie gościnni państwo Sylwestrowie, zrywając się z krzeseł, zapewne dla zatrzymania tak przyjemnej osoby.
— Słowo daję, że nie mogę dłużej czekać... Mąż będzie niespokojny, a przytem głowa trochę mnie boli! — tłomaczyła się pani Balbina, całując tymczasem damy i łaskawie podając rączki mężczyznom.
— Może pani dobrodziejka pozwoli sobie służyć? — spytał szanowny Ezechjel.
— O dziękuję! bardzo dziękuję, mam tylko parę kroków do domu. Adieu!...
I w kilkanaście sekund znikła.
— Zawsze do męża i zawsze przy mężu... co za doskonała kobieta! — zaczął gospodarz z dwuznacznym uśmiechem.
— Ach, Boże! — zawołała z gniewem pani Weronika. — Oto jest dopiero przykład blagi... Niby to kocha męża, a ma kochanków tuziny...
— Jest na pozór bardzo rozsądna i taktowna, a przecież robi szalone wydatki i zaciąga długi — dodał Ezechjel.
— Pod pretekstem szczerości prawi ludziom impertynencje — uzupełnił Sylwester.
— Tak, istotnie... — pochwycił miły Fabjan. — Pani Balbina bardzo szczęśliwie przyczyniła się do objaśnienia rzuconej kwestji!... Lecz o Boże! — zawołał nagle — jest już kwadrans po dziesiątej, a ja mam odwieźć z teatru moją siostrę, panią baronowę X., pozwolicie więc państwo, że pożegnam...
— Jaka szkoda! — westchnęła Weronika.
— Nie godzi się, panie Fabjanie, przerywać rozmowy, której pan duszą jesteś — rzekła z najsłodszym uśmiechem gospodyni.
— No, trudno!... Jeżeli pan Fabjan ma odprowadzić panią baronowę, to nie powinniśmy go zatrzymywać — zakonkludował gospodarz.
Gdy po czułem pożegnaniu gość zniknął, pan Ezechjel rzekł z bardzo uroczystą miną:
— Nie rozumiem, dalibóg! jakiem czołem ten młodzieniec dopytuje się o znaczenie wyrazu blaga, będąc sam tak doskonałym blagierem!...
— Jaki pan Ezechjel złośliwy! — szepnęła pani domu.
— To nie złośliwość, moje dziecko — wtrącił gospodarz — ale sprawiedliwość. Nikt istotnie nie dorównał panu Fabjanowi w sztuce udawania, a i teraz nawet nie jestem pewny, czy zamiast do siostry nie poszedł... no, gdzieindziej.
— Naprzykład za panią Balbiną! — odezwała się Weronika.
— Ależ droga pani!... — protestuje gospodyni domu.
— Mniejsza już o panią Balbinę — mówi Ezechjel — bo swoją drogą i bez niej Fabjanek jest blagierem. Ja sam znam parę wypadków, w których, doprawdy, chłopiec ten przeszedł samego siebie...
— Ta... ta jego pycha arystokratyczna jest przedewszystkiem blagą — przerywa Weronika. — Wiadomo przecież, że ojciec jego był lokajem...
— Lokajem?... A cóż znaczy siostra baronowa?
— Znaczy to, że wyszła za fabrykowanego barona, który przed kilkunastu laty trzodą handlował.
— Ależ majątek samego Fabjana?...
— Gdzie on tam ma majątek! — odzywa się pan Ezechjel. — Pieczeniarzuje przy wielkich panach, pożycza niby to dla nich pieniądze u lichwiarzy, a przy tej sposobności i o sobie nie zapomina. Oto wszystko!
— Bójcie się państwo Boga, czy to być może?! — pyta bolejącym głosem pani Sylwestrowa. — To zdawał się taki przyzwoity chłopiec!...
— Droga Klociu! — upomina ją mąż — droga Klociu, nie dziwże się tak znowu gwałtownie, bo ci przecież nieraz już opowiadałem o Fabjanie...
— Ależ kochany Ksawciu!...
— Ależ kochana Klociu!...
Zapalającą się kłótnię małżeńską przerwał nagły dźwięk dzwonka, gdy zaś gospodarz otworzył drzwi wchodowe, zebrani ujrzeli w przedpokoju służącego pana Ezechjela.
— Co się stało? — zawołał pan Sylwester ze źle udawanem zdziwieniem.
— A bo proszę pana, jakiś pan był u nas trzy razy i powiedział, że się chce gwałtem z panem widzieć jeszcze dziś...
— Dziwna rzecz!... Z prawdziwą przykrością będę musiał państwa pożegnać...
— O to nic!... byle tylko nie trafił się jaki wypadek... Dobranoc!... — chórem odpowiadali obecni.
— No, to chyba i ja już pójdę spać — rzekła pani Weronika, składając robotę. — Mój Boże! jak świat przewrotny teraz! Ten naprzykład stary grzesznik Ezechjel wszystkich obmawia, a sam podobno najgorszy... Ach!...
— Cóż on znowu zrobił? — pyta gospodyni.
— Niby ty nie wiesz, droga Klociu! — odpowiada mąż z przekąsem.
— Sknera, lichwiarz, kochana pani! — objaśnia Weronika. — Niejednego już zgubił, a ten jegomość, co przysyłał po niego w nocy, to niezawodnie albo tradowany dłużnik, albo potrzebujący pieniędzy głupiec... Dobranoc państwu.
— Wielki Boże! — dziwi się Sylwestrowa.
— Tak! tak! moja pani... Dobranoc.
Po wzajemnych uściskach stara dama zniknęła.
— Moja Klociu — zaczął pan domu — jesteś nieznośna z tem ciągiem powątpiewaniem i dziwieniem się...
— A ty z twojem obgadywaniem na współkę z Weroniką, która jest tak fałszywa cała, jak jej zęby i włosy...
— Ależ Klociu, co gadasz?... Wprawdzie Weronika ma swoje dziwactwa...
— Dziwactwa?... Więc to dziwactwo obgadywać wszystkich za oczy, a łasić się w oczy?... Nieznośna kobieta i basta! — zawołała żona i weszła do następnego pokoju.
Mąż pobiegł za nią.
— Moja droga, nie pojmuję — mówił z gniewem — skąd ci dziś przyszły morały do głowy? Wiem przecież, jaka zwykle jesteś!
— A ja nie pojmuję ciebie! — zawołała żona. — Bronisz dziś Weroniki, a wiem przecie, co na nią zwykle gadasz...
— Bezrozumna kobieto! nie mogłem inaczej gadać, ponieważ Weronika podsłuchiwała za oknem.
— No, to i ja nie mogłam chwalić plotek i plotkarki, ponieważ Mania przez cały czas naszej rozmowy podsłuchiwała za drzwiami...
— Przecież Mania spać poszła?...
— Mania zawsze tak robi, ile razy chce słyszeć coś, czegoby przy niej nie mówiono.
— Doskonałe wychowanie!... — bąknął mąż.
— Dosyć!... — odparła żona.
I już... już miało wybuchnąć nieporozumienie familijne. Szczęściem, małżonkowie spojrzeli na siebie i... ucichli oboje.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.