Przejdź do zawartości

Co robiły myszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Co robiły myszy
Pochodzenie Zaklęta królewna oraz inne bajki
Wydawca Księgarnia Literacka
Data wyd. między 1936 a 1939
Druk Drukarnia „Linolit“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Suppe paa en Pølsepind
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
CO ROBIŁY MYSZY.
I.

— Słuchaj! — powiedziała mysz stara co się zowie. Siedziałam dwudziesta z rzędu obok naszego starego króla, a więc na miejscu honorowym. Niesłychanie były wykwintne potrawy. Naprzód podano spleśniały chleb, potem suchą skórę słoniny, stary łój, a na deser kiszki. Gdyśmy skończyli, zaczęto od początku, były to więc dwie biesiady. Wszyscy mieli doskonałe humory i rozpowiadaliśmy sobie anegdotki, jak to zwykle bywa w kółku rodzinnym.
Pożarto wszystko, zostały tylko patyki, czyli rożenki z kiszek i rozmawiano o nich. Jedna z moich sąsiadek przypomniała o słynnej zupie przyrządzonej z takich patyków, czyli rożenków, która w inych krajach zwie się zupą z kamieni. Wszyscy wiedzieli o tej zupie, ale nikt jej nie kosztował, a tym mniej nie umiał przyrządzić.
Jeden z gości wniósł dowcipny toast na temat tej zupy, a król wstał i oświadczył, że ta z pośród myszy, która zdoła przyrządzić najsmaczniej zupę z patyczków od kiszek, zostanie jego żoną i zasiądzie na tronie. Wyznaczono też zaraz rok i dzień czasu na wykonanie trudnego zadania.
— Świetny pomysł! — przyznała kumoszka. — Tylko jak się wziąć do niego?
— Otóż to właśnie. Pytałam mnóstwa młodych i starych myszy, ale żadna nie wie, skąd wziąć przepis na ową słynną zupę, ani gdzie go szukać. Każda by, oczywiście, rada zostać królową, ale przepisu tego trzeba szukać daleko w świecie, gdzie nie zawsze ciepło i jest co jeść, gdzie same niewygody i mnóstwo kotów, czyhających na nieszczęsne myszy. Toteż nie każda chce opuścić wygodną dziurę i szukać wiatru w polu.
Ta niemiła perspektywa ochłodziła wielce zapał współzawodniczek i w końcu zostały tylko najśmielsze, gotowe szukać przepisu na zupę. Wszystkie były młode, piękne i zręczne, przy tym też biedne i to im właśnie dodawało odwagi.
Każda wyruszyła w inną stronę świata, żegnana życzeniami szczęścia, każda też wzięła rożenek, czyli patyczek od kiszki jako laskę pielgrzymią, co miało przypominać cel podróży.
Wyruszyły w początkach maja, a wróciły w rok później i to we trzy tylko, bowiem o czwartej słuch zaginął.
Nadszedł dzień ustanowiony, a król rzekł:
— Każda przyjemność ma swoją przykrą stronę. Czwarta podróżniczka zginęła pewnie.
Potem kazał zwołać do obszernej kuchni myszy całego państwa swego. Podróżniczki stały osobno w jednym rzędzie, a obok nich tkwił żałobą okryty patyczek, jako wspomnienie po zaginionej.

Na dany przez króla znak zaczęła mysz pierwsza opowieść swoją:
II.
Co pierwsza mysz widziała i czego się nauczyła w podróży.

Wyruszając w drogę, sądziłam, jak każda młoda mysz, że zjadłam już całą mądrość świata tego. Tymczasem jest całkiem inaczej i teraz wiem, że dużo lat i dni trzebaby poświęcić nauce, chcąc wiedzieć trochę bodaj. Wyruszyłam statkiem ku północy, myślałam bowiem, że kucharz statku często nie ma zapasów i musi przyrządzać zupę z rożenków od kiszek, gdy nie ma nic innego. Chciałam to podpatrzyć.
Stało, się całkiem inaczej. Okręt był zaopatrzony we wszystko i żyłam po królewsku sadłem, mięsem solonym, oraz piękną mąką. Mowy nie było o zupie z patyków.
Płynęliśmy dużo dni i nocy, burze rzucały statkiem i nieraz zmokłam porządnie, w końcu jednak przybyliśmy do miejsca przeznaczenia na dalekiej północy. Opuściłam tedy okręt i udałam się na ląd.
Dziwnego doznałam wrażenia. Całe życie spędziłam w dziurze, okręt był także czymś, jak dziura, teraz zaś znalazłam się w szczerym polu, strasznie daleko od kraju ojczystego.
Ujrzałam przed sobą ogromny las jodłowy i sosnowy, który wydzielał woń żywicy. Zrazu myślałam, że tak pachną kiszki w tym kraju, ale skosztowawszy, dostałam strasznego kataru.
W dalszej wędrówce zaszłam nad ogromne jezioro. Z oddali woda wydawała się czarna, ale zbliżywszy się spostrzegłam, że jest czysta i jasna. Na jeziorze było mnóstwo białych łabędzi. Wyglądały jak piana, potem jednak zaczęły chodzić chwiejnie jak gęsi i poznałam, że pochodzą z tego rodu, bo prawda musi zawsze wypłynąć na wierzch.
Trzymając się zawsze swoich krewniaków, rozpytywałam myszy polne i leśne, ale nie mają tam one wielkich zdolności kulinarnych, przeto nie pomogły mi w osięgnięciu celu podróży. Pomysł zupy z rożenków od kiszek wydał im się przy tym tak dziwnym, że rozpaplały o tym po całej okolicy i na znak zdumienia świstały, aż mi puchły uszy. Potem oświadczyły, że jest to rzecz całkiem nie wykonalna, a ja poznałam z tego, iż nie mają o rzeczy pojęcia.
Dowiedziałam się od nich tylko, że drzewa w lecie pachną tak pięknie, a woda połyska tak jasno, bo jest właśnie maj, o czym zapomniałam, udręczona niewygodami podróży.
Na skraju lasu tkwiła pośród łąk wysoka tyka z bukietem kwiatów u szczytu, a ustawiono ją tam dla uczczenia wiosny. Chłopcy wiejscy i dziewczęta tańczyli wokoło niej przy dźwięku skrzypiec, śpiewając na całe gardło. Skakali jak szaleni, a gdy zaszło słońce, hasali przy świetle księżyca. Nic mie to nie obchodziło, wtuliłam się w kępę miękkiego mchu z obawy, by mnie nie rozdeptali tańczący. Siedząc tak w świetle księżyca, ujrzałam mnóstwo zgrabnych i pięknych postaci, dochodzących mi wzrostem zaledwo do kolan. Były podobne do ludzi, ale zręczniejsze i po wspaniałych strojach poznałam, że są to elfy. Szaty ich uszyte z płatków kwietnych i migotliwe skrzydełka nadawały im świetny wygląd.
Szukały, zda się, czegoś w gęstwinie, a najpiękniejszy z nich rzekł, wskazując na moją laskę podróżną:
— Tego nam potrzeba właśnie.
— Dam ci mą laskę — powiedziałam mu uprzejmie — ale musisz zwrócić za chwilę.
— Oddamy! Oddamy! — zawołały chórem elfy i porwały mój rożenek, ale nie bałam się, powziąwszy do nich zaufanie.
Udaliśmy się wszyscy na miejsce otwarte, gdzie mech nie był tak puszysty, a elfy zatknęły mą laskę w ziemię. Zrozumiałam teraz, że chcą mieć podobnie jak ludzie swą tykę ku czci wiosny, elfy zaś zaczęły przystrajać swą tykę wspaniale.
Małe pajączki okryły ją złotą nicią i przyczepiały proporczyki polatujące w wietrze, a biel ich w świetle księżycowym olśniewała mnie. Poza tym elfy brały barwy ze skrzydeł śpiących motyli i malowały żerdź przecudnie.
Wkrótce nie mogłam poznać nawet swojej laski, uwieńczonej u szczytu wspaniałym bukietem.
Po skończeniu przygotowań ujrzałam korowód dostojników. Elfy, które mnie dotąd otaczały, była to jeno służba. Teraz dopiero nadeszli szlachetni panowie i damy, nie zbliżałam się jednak zbytnio, by nie rozdeptać któregoś z towarzystwa.
Rozpoczęto pląsy, przy cudnej muzyce głosów ptasich, a śpiewały, zda mi się, także i łabędzie. Towarzyszył temu również poszum drzew, a słyszałam wyraźnie dźwięk leśnych dzwonków. Wzruszona do łez radowałam się w głębi duszy, chociaż jestem tylko biedna mysz.
Tańce trwały przez noc całą, ale wydało mi się, że ustały rychło. O świcie powiał wiatr i zerwał z mego patyczka wszystkie wspaniałości.
Sześć elfów odniosło mi własność moją, dziękując i pytając, czy nie chcę czegoś w zamian, co zostanie w miarę możności spełnione natychmiast.
Skorzystałam bez namysłu ze sposobności, prosząc o receptę na zupę z drewienek kiszkowych.
— Widziałaś wszakże, jakie cuda można zrobić z twego patyczka, — powiedział przywódca gromadki — zastosuj to jak należy.
— Ach! Mnie idzie nie o cuda, ale o realny i rzeczywisty przepis na zupę, — odrzekłam.
Opowiedziawszy cel podróży mojej i jak, się wszystko odbyło, dodałam:
— Potężny król mego państwa nie miałby, jak widzicie, żadnego upodobania w pięknym przystroju tej laski, choćbym nawet mogła tego sama dokazać. To wszystko dobre chyba na deser, gdy się już nie jest głodnym.
Jeden z elfów umaczał palec w kielichu fiołka, przeciągnął go po lasce i rzekł:
— Gdy wrócisz do swego króla, dotknij tą laską koniec jego nosa, a wśród najsroższej nawet zimy wykwitną na niej prześliczne fiołki. Oto dar nasz.
Rzekłszy to, dotknęła podróżniczka nosa władcy swego i natychmiast laska okryła się najcudowniejszymi fiołkami. Ale woń ta nie była miłą rodowi myszy i król rozkazał im włożyć na chwilę ogony w płomień kuchenny, by przypaloną siercią oczyścić powietrze.
— Cóż ci dały więcej elfy? — spytał król niechętnie.
— Fiołki dostałam dla rozkoszy oczu i powonienia, teraz zaś uraduję uszy wasze! — odparła podróżniczka.
Kwiaty znikły, obróciła patyk, gdy zaś jęła nim wybijać takt, rozbrzmiała najdziwniejsza pod słońcem muzyka. Były to wszystkie razem odgłosy, jakie się słyszy w kuchni.
Słychać było pryskanie słoniny, huczenie ognia w piecu, kipienie zupy, syk pieczonego mięsiwa, pękanie kasztanów, skwierczenie, dudnienie, słowem wszystko. Potem ogień rozgorzał bardziej jeszcze i zrazu cicho, potem zaś coraz głośniej jęła się gotować woda. Następnie zaszczękały rynienki, łyżki, noże, widelce, zgrzytnęły rożny, krople spadały ze sykiem na blachę, aż wreszcie złakniony król zawołał:
— Doskonale! Świetnie! Podajże teraz zupę. Musi być cudowna.
— Ach. Nic ze zupy! — westchnęła podróżniczka. — Już zjadłeś, o panie, zupę elfów.
To rzekłszy, skłoniła się, a król krzyknął:

— Stroisz sobie, widzę, żarty ze mnie! Następna niech wystąpi. Prędzej, daj mi receptę.
III.
Co opowiadała druga mysz.

— Urodziłam, się w zamkowej bibliotece, — zaczęła druga podróżniczka. — Klątwa spoczywa widać na mej rodzinie, iż nigdy dotrzeć nie możemy do jadalni i zawsze cierpimy głód. W ojczyźnie mej, po raz pierwszy jestem w kuchni, ale podczas podróży zwiedziłam dużo tych miejsc cudownych.
Jak rzekłam, głodno nam było w rodzinnej bibliotece, ale nabyłam sporo wiedzy, to też gdy wieść doszła o konkursie króla na patyczaną zupę, stanęłam do współudziału. Pewien stary sługa biblioteczny rzekł raz pono, że poezja i mądrość czynią cuda. Wiem to od prababki mojej, która mnie zachęciła do podróży, mówiąc:
— Słyszałam nieraz w bibliotece, iż wszystkiego dopiąć można przez inteligencję, wyobraźnię i uczucie. Spróbuj tedy, a może posiędziesz receptę na tę nieprawdopodbną zupę i zostaniesz królową.
Pamiętna, że mądrość przychodzi ze wschodu, jak rzekł po łacinie jakiś mądry człowiek, udałam się na wschód. „Ucz się mądrości od mrówki“, powiedział jakiś drugi mędrzec, wyszukałam tedy wielkie mrowisko.
Siadłam zaczajona i zaczęłam patrzeć, oraz słuchać. To co robiły mrówki widziałam już nieraz i nie wydała mi się wcale dziwną ich bieganina za pożywieniem, budową domu, oraz wychowywaniem potomstwa. My, myszy czynimy niemal to samo. Większą uwagę skupiłam przeto na tym, co mówią.
Trudno to było pojąć memu biednemu mózgowi. Mrówki twierdziły z dumą, że najwspanialsza i najwyższa rzecz w święcie, to mrowisko, przewyższające nawet góry. Tymczasem obok mrowiska stało wielkie drzewo, wyższe o sto stóp na pewno. Mrówki nie wspominały o tym jednak nigdy.
Pewnego dnia zbłądziła jedna z nich na drzewo i wyszła znacznie ponad mrowisko. Za powrotem jęła o tym mówić szeroko i została skazana za karę na najcięższe roboty.
W jakiś czas po tym wyszła na drzewo inna mrówka, ale wróciwszy zwierzyła się kilku poważnym, starszym towarzyszkom i to w sposób oględny w wyrazach umiarkowanych, tak że nie poniosły żadnej szkody, a ponieważ była dygnitarką dworską dziwowano się głębokiej jej mądrości.
Wypatrywałam ciągle królowę, ale nigdzie jej nie było. Tymczasem zdarzyło mi się raz widzieć, jak mrówki wynoszą na słońce jaja swoje. Jedna, słabsza widać upuściła jajo, zaś dwie sąsiadki pośpieszyły jej z pomocą. Miały jednak już swoje jaja w łapkach, przeto po chwili namysłu, odeszły, zostawiając ją w kłopocie.
— To jest szczyt mądrości! — zawołał głos jakiś. — Każdy dla siebie. Oto zasada najmądrzejszych, a ja jestem najmądrzejsza z wszystkich.
Powiedziała to wielka mrówka ze skrzydłami, a ja poznałam królowę. Przyszło mi do głowy, że mogą posiąść szczyt mrówczej mądrości i połknęłam ją czym prędzej.
Byłam tedy mądra, ale nie dość tego.
Wylazłam na drzewo, aż pod samą koronę, wiedząc, że mieszkają tam driady, nimfy drzew, które stanowią ich życie. W istocie ujrzałam prześliczną dziewicę, ale chociaż była ona boginią, krzyknęła ze strachu na mój widok. Bała się myszy, jak każda kobieta, a przy tym wiedziała, że mogę gryźć drzewo i skrócić jego życie.
Upewniłam ją, iż tego nie uczynię, a ona pogodzona ze mną zupełnie, wysłuchała mej prośby.
Szło mi o uzyskanie wyobraźni. Na drzewie tym spoczywał właśnie każdej nocy Fantazus, bóg wyobraźni.
Wie on wszystko i pamięta czasy przedhistoryczne, rozumie mowę zwierząt i roślin, nie ma też lepszego nadeń nauczyciela.
Skłoniona prośbami mymi wyrwała mu driada małe piórko z migotliwych skrzydeł i dała mi. Namoczyłam je w wodzie sumiennie, by trochę zmiękło, potem zaś chrupałam całe od nasady do samego końca.
Posiadłszy w ten sposób wyobraźnię, wróciłam do biblioteki.
Szło o uczucie. Wiedziałam jak ludzie ronią łzy, czytając niektóre książki. Wyszukałam kilka tomów z kartkami noszącymi ślady łez, oraz plam od palców, zjadłam je z cierpliwością, chociaż były bardzo niestrawne i dotąd mnie od nich boli żołądek.
Jestem tedy przysposobiona, ale dam Waszej Królewskiej Mości coś stokroć lepszego od zwykłej zupy z patyków, czy rożenków. Będzie to świetna potrawa z różdżek czarodziejskich. Opowiem przecudne rzeczy, a w każdej z tych historii będzie najmniej jedna czarodziejka... A więc zacznijmy od Kopciuszka...
— Milcz! — krzyknął król. — Oszalałaś chyba. Dawać następną.
Ale naraz powstał szelest.

Wpadła do kuchni mysz czwarta, opłakana już, cisnęła o ziemię patyk osłoniony krepą i nie czekając pozwolenia stanęła przed królem, mówiąc, że spóźniła się, chociaż zaryzykowała jazdę pociągiem towarowym. Nie miała laski i brakło jej sporo sierci. Ale była mocna w języku, zaczęła tedy naraz gadać, jakby od tego zależał los całego rodu myszy, a sam król nie miał odwagi przerwać jej jednym bodaj słowem.
IV.
Co opowiadała mysz czwarta przed trzecią.

Pospieszyłam do stolicy, pewna, że tam najprędzej dowiem się czegoś naprawdę. Zapomniałam już, co to za stolica, dość że podróż odbyłam na wózku przemytnika i wraz z nim dostałam się do więzienia.
Tam posłyszałam o pewnym człowieku, którego uwięziono za słowa skierowane przeciw Królowi. Słowa te przesadzone, przekręcone, spisane fałszywie i jeszcze raz przesadzone stanowiły wielką zbrodnię, a odźwierny powtarzał nieraz:
— To nic. To czysta woda. To zupa z patyków. Ale może mu spaść głowa z karku.
Nastawiłam bacznie uszu, gdyż wpadłam niespodzianie na trop recepty. Zaczęłam szukać celi więźnia, odnalazłam ją i wślizgnęłam się szparą w drzwiach.
Był blady, miał długą brodę i pałające oczy. Celę oświecała mdło lampa, kopcąc coraz bardziej na czarne, brudne ściany. Więzień pisał po nich wiersze i rysował różne figury, nudził się bardzo, toteż powitał mnie z radością.
Rzucał mi okruszyny chleba i gwizdał dla ośmielenia, potem gdym się oswoiła, dawał mi kawałki sera, brał do rąk, głaskał i całował nawet.
Nieraz mieliśmy ser i kiszki, słowem żyłam po pańsku, a przyjaciel mój pozwalał mi chować się w brodzie swej, lub w rękawie, gdy było zimno.
Czując jego przywiązanie, odwzajemniałam mu się i, zapomniawszy całkiem o celu mej podróży, zgubiłam laskę. Wpadła w szparę podłogi i leży tam jeszcze dotąd.
Pewnego dnia otwarto drzwi celi i przyjaciel mój wyszedł. W progu jeszcze obrócił się ku mnie i posłał mi od ust całusa. Nie wiem, co się z nim stało, pamiętam tylko, że odźwierny rzekł:
— Zupa z patyków!
Te słowa przypomniały mi cel podróży i wyruszyłam w świat. Ale nawykła do człowieka, zatraciłam ostrożność zwykłą, odźwierny schwycił mnie, wsadził do klatki i dał jako zabawkę dziecku swemu. Biegałam wkoło jak szalona po całych dniach i nocach, nie mogąc wyjść. Ale pewnego dnia dziecko otworzyło drzwiczki, chcąc mnie wziąć w rękę, ja zaś dałam susa na otwarte okno, zbiegłam po rynnie i dalej przez dachy domów dostałam się na starą wieżę.
Mieszkał tam tylko strażnik nocny i puchacz. Strażnik był zarozumiały, gdyż w czasie pożaru umiał dąć w róg, zaś puchacz, stary bardzo i mądry chlubił się tym, że jest ptakiem Minerwy, bogini mądrości. Nie zjadł mnie nawet z powodu tej mądrości, uprzedziwszy, że los ten spotka mnie dopiero w zimie, gdy nastanie dlań głód. Tymczasem zaś żyliśmy w wielkiej zgodzie. Uczył mnie też różnych rzeczy, a gdy pytałam o błahostki, powtarzał raz po raz:
— Zupa z patyków. Zupa z patyków.
Zdobywszy się na odwagę, poprosiłam go raz. by mi dał receptę na tę zupę, on zaś zdumiał się wielce i rzekł:
— Jakto, nie znasz tego przysłowia duńskiego. Zupą z patyków, albo z rożenków od zjedzonych kiszek zowie się to czego nie ma i być nie może. Znaczy to tyle co głupstwo, choć każdy tłumaczy te wyrazy po swojemu.
— Doskonale! — wykrzyknęłam olśniona. — Wyjaśniłeś mi nareszcie rzecz całą, a chociaż straciłam złudzenia, pozyskałam za to prawdę. Nie ma na świecie nic nad prawdę, to skarb bezcenny.
Wyruszyłam natychmiast w drogę, bo chociaż nie przynoszę zupy, daję ci królu prawdę wielką. Myszy mają słusznie sławę stworzeń oświeconych, a fakt ten ugruntuje ją bardziej jeszcze. Znając zaś rozum twój, o panie, pewna jestem, że uczynisz mnie królową.

— Kłamstwem jest prawda twoja! — krzyknęła mysz trzecia, która dotąd nie przyszła jeszcze do słowa. Zaraz przyrządzę zupę. Zobaczysz to na własne oczy.
V.
Przedziwna recepta.

— Wcale nie podróżowałam po obcych krajach za przepisem, — oświadczyła trzecia mysz, gdyż u nas w kraju jest wszystko, czego nam potrzeba; nie pytałam istot nadprzyrodzonych, nie tykałam mądrości, ani uczyłam się od puchacza. Co wiem, to wiem ze siebie samej.
Prędko, postawcie na ogniu dużą rynkę... Wlać trzeba dużo wody... po same brzegi. Tak, dobrze. Teraz naręcz patyków i sporo słomy i węgla w piec. Niech ogień rozgorzeje ogromny. Wszystko w porządku, brak tylko jednej rzeczy.
Najczcigodniejszy monarcha nasz raczy zaczekać, aż woda zagotuje się, potem zaś włożyć w rynkę ogon swój i mieszać przez kilka minut zupę. Wystarczy trzy minuty, by wszystko było gotowe.
— Czyż musi to być właśnie mój ogon, — spytał król.
— Tak, Miłościwy Panie! — odparła mysz. — Zwykłe ogony nie posiadają tych cennych właściwości.
Woda zakipiała, król przystąpił z całą powagą do rynki, wsadził ogon i zakręcił nim wkoło po ścianach naczynia, jak to czynią myszy z garnkami śmietany. Za chwilę jednak uczuł wielki żar, sparzony zeskoczył z kuchni i wykrzyknął:
— Tak, tak, doskonały przepis. Ciebie mianuję królową. Zupę zgotujemy sobie w dniu złotych godów naszych, dziś zaś daję wielki bal dla uczczenia twego zwycięstwa, będziemy jeść i pić przez cały tydzień.
Odbyło się zaraz wesele z wielką uroczystością, a gdy zjedzono i wypito wszystko, goście wrócili do siebie. Prześcignięte współzawodniczki i ich kumoszki szeptały wprawdzie coś między sobą, krytykując słynną receptę.
Krytykowano ją też w świecie, tu i owdzie, ale cóż wobec zwycięstwa, warta jest krytyka.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Franciszek Mirandola.