Co każda matka swojej dorastającej córce powiedzieć powinna/Miłość, małżeństwo, macierzyństwo

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Izabela Moszczeńska-Rzepecka
Tytuł Co każda matka swojej dorastającej córce powiedzieć powinna
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1904
Druk M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Miłość, małżeństwo, macierzyństwo.

Wspólność przeznaczeń obu płci, połączona z podziałem funkcji między niemi, skazuje je na pożycie wspólne, sprawia, że jednoczenie się osobników męskich z osobnikami żeńskiemi jest dla obu stron naturalną potrzebą i jednym z najsilniej i najgłębiej w ich naturze tkwiących instynktów. Na tle tego instynktu, tej wrodzonej potrzeby połączenia się z istotą płci odrębnej powstaje miłość.
Widzę, jak w tej chwili na twarzy twej i rówieśniczek twoich, które te słowa czytać będą, zjawia się wyraz rozczarowania i niesmaku.
„Jakto, więc ta miłość opiewana przez wszystkich naszych wielkich poetów, miłość, stanowiąca wątek takich dzieł, jak „W Szwajcarji”, miłość, zapełniająca setki i tysiące tomów wzruszających romansów, miłość, stanowiąca najżywotniejszy pierwiastek wstrząsających dramatów, jest tylko pociągiem jednej płci do drugiej, dla wydania nowych jednostek ich gatunku? — Jakie to brzydkie, jakie to prozaiczne”.
Być może, że to co poprzednio mówiłam o przeznaczeniu kobiety i jej macierzyńskiej roli pogodziło was już cokolwiek z myślą, że nie wszystko, co tkwi w cielesnej naturze człowieka, przez to samo już wstrętnem i nizkiem być musi. Może także uda mi się was przekonać, że jakkolwiek wasze młodociane pojęcia o miłości nieraz znacznie odbiegają od rzeczywistości, są trochę sztucznie wyśrubowane i nienaturalnie nadziemskie, to jednak jej istotne wielkie znaczenie w życiu człowieka i w rozwoju ludzkości najzupełniej usprawiedliwia i tłómaczy fakt, że jest ona jednem z nieśmiertelnych źródeł poetyckiego natchnienia i wszelkiej artystycznej twórczości.
Ona sama bowiem, fizjologicznie rzecz biorąc, jest objawem potęgi twórczej, jest tą siłą, przez którą świat stary wciąż się odradza, odnawia i żyje, i tą siłą, która na grobach dawno wygasłych pokoleń tworzy nową wiosnę, nową młodość, nowy rozkwit potęgi i piękna, jest źródłem życia, dalszym ciągiem twórczego: „Stań się!” które światu początek dało.
Jak ci dobrze wiadomo, człowiek żyje życiem fizycznem i duchowem. Jego życie fizyczne zbliża go do najwyższego rzędu zwierząt, t. j. do ssących, ale swoim rozwojem duchowym znacznie je przewyższa. Jego najwyższe nawet dążenia tkwią korzeniami w jego cielesnej naturze i są przez nią poniekąd zawarunkowane o tyle, że jakaś czysto fizyczna przyczyna, choroba organiczna, jeśli dotyka jego mózgu lub systemu nerwowego, może najwspanialszy rozkwit jego ducha osłabić lub zniszczyć.
Z drugiej jednak strony, jego życie duchowe silnie bardzo oddziaływa na jego cielesne funkcje, przeobraża je, uszlachetnia i nadaje im charakter odmienny od tego, jaki też same funkcje posiadają u zwierząt. Pociąg jednej płci do drugiej, tak ściśle związany ze sprawą utrzymania gatunku czyli przekazywania życia, istnieć musi naturalnie i u zwierząt, zjawia się jednakże tylko w pewnych epokach ich życia, jest czysto fizyczny i znika, skoro tylko zadanie swe spełni, to jest zapewni egzystencję gatunku.
U ludzi zespala się on ściśle z całym ich duchowym rozwojem, wchłania w siebie wszystkie pierwiastki ich duchowego życia: miłość dobra, piękna i prawdy, — staje się obok fizycznego pociągu uwielbieniem, zachwytem, szacunkiem, przyjaźnią, przywiązaniem, skłonnością do poświęceń, wspólnością myśli, zdolnością do przebaczenia, do zapomnienia o sobie i życia dla drugich, do znoszenia cierpień dla szczęścia ukochanej istoty.
Byłoby to wielkiem nieszczęściem dla rodzaju ludzkiego, gdyby stosunek mężczyzn do kobiet zamykał się tylko w granicach czysto fizycznego pociągu.
Jak ci już mówiłam, przeznaczeniem mężczyzny i kobiety zarówno jest nie tylko przekazywanie życia, lecz udoskonalenie go, nietylko tworzenie nowych ludzi, lecz tworzenie wyższego typu człowieka. Miłość jest źródłem życia — mówiłam; otóż im wyższą, doskonalszą, potężniejszą i głębszą jest miłość, tem pełniejszem, bujniejszem, szlachetniejszem jest to życie, które z niej początek bierze.
Jest faktem ogólnie znanym i bardzo pospolitym, że dzieci mają stale pewne cechy podobieństwa z rodzicami, że po nich dziedziczą zarówno duchowe jak i fizyczne właściwości.
Wydaje się każdemu rzeczą zupełnie naturalną, że wzrost, budowa, kolor oczu i włosów świadczy o ich blizkiem pokrewieństwie z ojcem lub matką, że nawet w ich uczuciach, skłonnościach, uzdolnieniach, znajdujemy jakoby dalszy ciąg, odbicie, a często spotęgowanie rodzicielskich skłonności i uzdolnień.
Już z tego samego wnosić można, że dla życia naszych potomków nie jest bynajmniej rzeczą obojętną, z kim nas węzły miłości i małżeństwa połączą.
Niemniej i sam fakt połączenia, uczucie, które rodziców do niego skłania, również wpływa na ukształtowanie się tych istot, które z ich związku się rodzą. Przysłowiowem u wszystkich narodów stało się zdanie, że dzieci miłości bywają zwykle piękne i rozumne. Miłość więc nietylko kieruje naszym wyborem dla dostarczenia naszym dzieciom takich rodziców, którzyby im najwięcej cech dodatnich przysporzyć mogli, lecz jest poniekąd sama tą rzeźbiarką, która fizyczną i duchową postać przyszłego człowieka kształtuje.
Ludzie, którzy się łączą, ulegając nie chwilowemu i przelotnemu podnieceniu zmysłów, lecz także i przekonaniu, że w ukochanej istocie znaleźli wcielenie wszelkich cnót, zalet, wdzięków, wyższości umysłowej i doskonałości moralnej, jeśli sami pod wpływem doznawanej miłości czują się i szczęśliwi i zdolni do poświęceń, dobrzy, silni, ofiarni, bezinteresowni, szlachetni, — zyskują możność przekazania swym potomkom tych wszystkich dodatnich cech swej natury, które w chwili łączenia się z istotą ukochaną do wyższej nad zwykłą miarę potęgi wzrastają.
Dla tego też właśnie ta miłość idealna, opiewana przez poetów, ma wielkie w życiu ludzkiem znaczenie, jest bowiem środkiem uszlachetnienia ludzkiego typu.
Dość długo rozpisałam się o tej kwestji, gdyż wstępujesz właśnie w epokę, w której miłość w życiu twojem odegrać może bardzo ważną, bardzo decydującą rolę, kiedy to tak łatwo postawić krok fałszywy, za który całe życie pokutować można, którego czasem całem życiem cierpień odkupić niema sposobu.
Wtedy, gdy organizm twój dojrzewać zacznie, równocześnie i w usposobieniu twem zajdą pewne zmiany, świadczące, że z dziewczęcia zaczynasz się przeobrażać w kobietę. Niczem niewytłómaczone chwile tęsknoty i rozrzewnienia, nieokreślone pragnienia, egzaltowane porywy, niepokoje i nagłe wybuchy, nadmierna wrażliwość i drażliwość są to zwykłe u dziewcząt twego wieku zjawiska. Naturalne u dziewcząt uczucie wstydliwości, które jest jakgdyby instynktownem poczuciem świętości swego ciała i jego przeznaczeń, nie zapobiega temu, by od czasu do czasu nie zjawiały się pewne błyski sympatji do tego lub owego mężczyzny, sympatji lękliwie ukrywanej, lecz niemniej niepokojącej i zdradzającej się nieraz nagłym rumieńcem na samą wzmiankę o człowieku, który twoją uwagę zwrócił.
Te pierwsze objawy tak dla ciebie nowe, nie są jeszcze bynajmniej miłością, są może jej zwiastunami i powinny dla ciebie stanowić ostrzeżenie, byś odtąd stanęła na straży swego serca, swej ludzkiej godności i swego przyszłego powołania.
W tej epoce pierwszego rozkwitu młodych sił i świeżych zmysłów, młode, nieświadome życia dziewczęta stają się nieraz niewinnemi ofiarami niesumiennych ludzi, którzy ich rozkwitającą wrażliwość wyzyskać, a ich godność ludzką poniżyć pragną. Stają się też często ofiarami własnej wyobraźni, podniecanej bądź to czytaniem sensacyjnych romansów, bądź też rozmową z towarzyszkami, toczącą się nieodmiennie około miłosnych tematów. Ich charakter, równie nieugruntowany i niedojrzały jak ich organizm, z trudnością się opiera pierwszej lepszej pokusie, traci równowagę i nieraz upada pod wpływem człowieka, który na ich zmysły podziałał i wolę ich ujarzmił.
Człowiek taki najczęściej sam nie doznaje miłości, i z pewnością nie mógłby jej wzbudzić w dziewczęciu, gdyby się cokolwiek dał mu poznać i gdyby ono miało dosyć trzeźwości sądu i przytomności umysłu, by go przeniknąć i ocenić. Cała jego siła polega na tem, że on zna słabość i wrażliwość młodej istoty, że umie dowolnie dla własnej zabawki wywołać jej niepokój, zmięszanie, rumieniec, odurzać ją i z równowagi wyprowadzać. Udaje mu się to tem łatwiej, im bardziej wyobraźnia dziewczyny rozgorączkowana jest scenami miłosnych upojeń i zachwytów, a jej zmysły wskutek tego bardziej podrażnione.
Chcąc takich bolesnych upadków, przełomów życiowych uniknąć, staraj się życie swe wypełnić pracą pożyteczną, a umysł poważnemi myślami. Nie myśl zbyt wiele o miłości, nie szukaj jej, nie wywołuj, nie baw się nią — jak tyle twoich rówieśniczek, których życie całe snuje się z domysłów na temat, kto się w nich kocha, lub zakochać może, albo w kim też się one zakochają. Nie czyń sobie sportu i rozrywki z robienia tak zwanych konkiet, wzbudzania w mężczyznach zmysłowych wrażeń swemi spojrzeniami, uśmiechami, ruchami lub strojem. Nie tęsknij za miłością — przyjdzie ona sama jako zwiastunka twego kobiecego przeznaczenia. Jeżeli ją wywoływać będziesz sztucznie, poddając się działaniu twych przedrażnionych zmysłów i rozgorączkowanej niewłaściwą strawą wyobraźni, łatwo cię obłąka i do bolesnych pomyłek skłoni; jeżeli zaskoczy cię w zupełnie normalnych warunkach twego życia, będzie ci godnym zaufania przewodnikiem.
Nie baw się flirtem, ani żadną inną komedją miłości. Szkoda cię na to, szkoda rozpraszać swą zdolność kochania i doskonalenia się przez miłość na przelotne i niezdrowe wrażenia. Pracuj nad sobą, nad spotęgowaniem tych wszystkich cech dodatnich, które w przyszłości dzieciom swym przekazać pragniesz i patrz na miłość, jako na stopień, wiodący do szczytu twego fizycznego i duchowego rozwoju, do macierzyństwa w pełnem znaczeniu tego wyrazu.
Na mężczyzn staraj się patrzeć takiem okiem, jakiem spoglądasz na twych blizkich krewnych i braci. Nie myśl o wrażeniu, jakie na tobie robią, ani o tem, jakie ty na nich robić możesz. Bądź prostą i naturalną, szczerą, skromną i spokojną, i bądź przekonaną, że kto cię pokocha taką, jaką jesteś, a nie taką, jaką się dla przypodobania mężczyznom czynisz, ten tylko stale i prawdziwie kochać cię będzie.
O ile jednak ustrzedz bym cię pragnęła, byś się nie stała ofiarą swych zmysłów i wyobraźni, a chwilowego zapomnienia nie odpokutowała zbyt srogo, w związku, który fizyczny pociąg miałby za jedyną podstawę, o tyle również chciałabym cię uwolnić od wpływu tych fałszywych doradzców i przyjaciół, którzy powołując się na swe wieloletnie doświadczenie dowodzić ci będą, że miłość w życiu nie ma żadnego znaczenia, że jest ona wymysłem piszących książki, a małżeństwo najzupełniej bez niej obejść się może. Ci ludzie mówić ci będą, że podstawą szczęścia małżeńskiego nie jest miłość wzajemna, lecz — materjalny dobrobyt i charakter męża, przyczem zauważyć będziesz mogła, że za dostateczne świadectwo dobrego charakteru poczytywać będą również w większości wypadków zdolność zarabiania i zaoszczędzania pieniędzy, połączona co najwyżej z poszanowaniem obowiązujących praw i utartych zwyczajów.
Zdaje mi się, że gdyby wychowanie moralne dziewcząt opierano, nie — jak, niestety, dotychczas zbyt często się zdarza, — na nieświadomości życia, lecz na poszanowaniu swojej ludzkiej godności i swych ludzkich przeznaczeń, żadna nie uległaby tego rodzaju namowom niby doświadczonych ludzi.
Nie masz powodu wątpić, że zanim te słowa pisać zaczęłam, wzbogaciłam się bardzo znacznym zasobem doświadczeń. Życie mi ich nie oszczędzało, a między innemi z przyczyny trosk materjalnych wycierpiałam tyle, że nie gorzej, niż ktokolwiek inny, umiem ocenić wartość dobrobytu, a dręczącego niepokoju o niepewne jutro niezawodnie oszczędzićbym ci pragnęła. Niemniej jednak czuję się zupełnie uprawniona do oświadczenia ci, że wyżej określone poglądy ludzi praktycznych uważam za niemoralne i poniżające.
Mam nadzieję, że choćby pod wpływem tego, co poprzednio pisałam, uznasz, i odczujesz słuszność mego sądu.
Wszak to jest tak naturalne, że to uczucie skromności i wstydliwości, które ci każe każdy śmielszy ruch, każde nawet niedyskretne spojrzenie mężczyzny odczuwać jako obrazę, przerodzić by się mogło we wstręt, w naturalny, a niepokonany protest całej twej natury, gdyby człowiek, który ci jest obojętny, chciał cię uczynić matką swych dzieci, dzieci, biorących początek nie z miłości, lecz z przymusu. Gdyby zaś do poddania się temu przymusowi skłaniać cię miała myśl, że mąż twój wynagrodzi ci go przez zapewnienie ci dostatecznego utrzymania, w takim razie żadne zręczne frazesy nie zdołałyby przed tobą ukryć tej prawdy, że sprzedałaś siebie za kawałek chleba, albo za wygodne mieszkanie, ładne suknie i kosztowne meble.
Sądzę, że czujesz, jak cię sama ta myśl poniża.
Nie dość na tem, że musiałabyś znosić przymus, musiałabyś go jeszcze pokrywać, a co więcej, uroczystem, zaprzysiężonem kłamstwem maskować. Uznanie, że tylko miłość poważna i głęboka może być uczciwą i moralną podstawą związków małżeńskich, skłoniło Kościół do uczynienia jej warunkiem niezbędnym udzielanego nowożeńcom błogosławieństwa. Kochając czy nie kochając, będziesz musiała przed ołtarzem miłość swemu mężowi przysięgać, a czemże będzie związek oparty na krzywoprzysięstwie?
Czy wobec tego moralnego poniżenia może cię pocieszać dostatecznie myśl, że twój małżonek ma byt zapewniony i charakter? Jeżeli istotnie ma dobry charakter, to nie jesteś go godną, bo dajesz dowód złego charakteru, oszukując go; jeżeli zaś nie ukrywasz przed nim swego wstrętu, to on nie daje dobrego świadectwa swemu charakterowi, wyzyskując twe moralne poniżenie.
— „Czasem takie małżeństwa bywają bardzo szczęśliwe, czasem miłość przychodzi po ślubie”, powiadają. — Zapewne. — Najprzód są różne rodzaje szczęścia, a niektóre z nich zbyt marne i zbyt drogo kupowane. Co zaś do miłości, zjawiającej się po ślubie, to — co do niej żadnej naprzód gwarancji mieć nie można i, licząc na nią, zbyt wielkie popełnia się ryzyko.
Pominąwszy już nawet samą moralną brzydotę takiego gwałtu, zadanego najszlachetniejszej cząstce twej natury, niebezpieczeństwa, wynikające z niego, są bardzo poważne.
Stosunek wzajemny, który u kochających się małżeństw sprawia nieraz, że po dłuższem pożyciu stają się i moralnie i fizycznie nawet do siebie podobni, u małżeństw z wyrachowania i rozsądku bywa źródłem rozterki, nieufności i ciągłego rozjątrzenia. Żadne z nich nie znajduje w takim związku zupełnego zadowolenia swej naturalnej potrzeby miłości i zupełnego oddania się; jedno podejrzywa drugie, a dom, w którym się zagnieździ nieufność, podejrzliwość i zazdrość, — ognisko rodzinne, osnute brudną pajęczyną kłamstwa, oszustwa, komedji, sprofanowane kłótnią i walką, — nie może być dla dzieci ciepłem gniazdem i bezpiecznem schronieniem, w którem by swe siły fizyczne i duchowe pomyślnie rozwijać mogły.
Z domów takich wychodzą dzieci obarczone kalectwem duchowem, charaktery wykolejone i ułomne, nieuleczalnie chore, nieraz ludzie tacy, którzy nieszczęście swoje noszą w sobie, tak, że ono wraz z niemi rośnie, dojrzewa i dopiero wraz z niemi umiera.
Dziś jeszcze jesteś młodziutka, a myśl o dzieciach własnych, o ich przyszłości, o ich szczęściu i charakterze wydaje ci się tak odległa, jak myśl o śmierci; narazie w twoich planach i marzeniach wcale w rachubę nie wchodzi. Ale czas bardzo, bardzo szybko mija, chwila twej zupełnej dojrzałości się zbliża, a losu swego przewidzieć nie możesz. To jedno zaś jest rzeczą niezawodną, że ze wszystkich uczuć, jakich doznać możesz, uczucie macierzyńskie będzie najsilniejszem; ze wszystkich obowiązków, jakie na ciebie spaść mogą, obowiązki macierzyńskie najświętszemi i ze wszystkich odpowiedzialności, jakie ci ponosić przyjdzie, odpowiedzialność matki najcięższą.
Z tego wszystkiego wynika jasno, że z pomiędzy nieszczęść, jakie na cię los zesłać może, najdotkliwszemi, najbardziej przygnębiającemi, najstraszniejszemi mogą być te właśnie, które cię w charakterze matki dotkną.
Nieraz słyszałaś i nieraz miałaś może sposobność zauważyć, że ból matki po stracie dziecka jest tak wielki, głęboki i tak długo trwały, że z żadną inną żałobą porównać się nie może.
Ale śmierć dziecka nie jest jeszcze największem cierpieniem, jakie matkę dotyka. Dawać życie a nie dawać warunków zdrowia, pomyślnego rozwoju i szczęścia, rodzić dzieci ułomne, kaleki, fizycznie lub duchowo spaczone, patrzeć na ich nieuleczalne cierpienia, na ich moralny upadek, poniewierkę lub hańbę — to jest dopiero boleść bezgraniczna, przewyższająca wszystko, co człowiek znieść jest w stanie!
Chciałabym, żebyś się jaknajgłębiej przejęła tą prawdą i nigdy nie traciła jej z oczu. Od chwili, gdy cię natura sama do roli matki przysposabiać zaczyna, niech myśl o tej największej odpowiedzialności chroni cię od kroków lekkomyślnych i fałszywych.

Szanuj w sobie matkę, twych przyszłych dzieci.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Izabela Moszczeńska-Rzepecka.