Cmentarna lilja/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Cmentarna lilja
Wydawca Kurjer Wileński
Data wydania 1910
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.

W końcu trzeciego dziesiątka ubiegłego stulecia na jednem z przedmieść miasta uniwersyteckiego Upsala, w miejscu dość odludnem, stał wysoki dom, pomalowany jasno-żółtą farbą. Jaskrawy kolor ścian łagodził rozpięty winograd, rozrosły tak bujnie, że tworzył gęste ramy naokoło trzech okien 2-go piętra.
W pokoju, przy jednem z tych okien, siedział student i pijąc ranną kawę, podziwiał przepych cudnego dnia jesiennego.
Młody chłopak wysokiego wzrostu, rysy twarzy miał regularne i pewną elegancję w całej swej postaci; ubrany był dostatnio i wykwintnie.
Pokój studenta był ładnie urządzony. Pod ścianą stała wygodna otomana, między oknami — duże biuro, wyściełane krzesła, stoły i szafa do książek dopełniały umeblowania; książek tylko w szafie było uderzająco mało. Na stole leżały piękne włoskie skrzypce obok kosztownego futerału.
Zaledwie student skończył pić kawę, gdy do pokoju wszedł gość, także student.
Przybyły miał wygląd wręcz odmienny od naszego studenta; był nizki, przysadzisty, o twarzy szerokiej, brzydkiej.
— Dzień dobry, Gunnarze, rzekł, przyszedłem powiedzieć ci słów kilka, ale to słów bardzo poważnych.
— Co ci się stało? Czy co nieprzyjemnego?
— Mnie? nic, a nic. To się ciebie tyczy... — odparł. Ale djablo nieprzyjemnie mówić o tem.
— A więc nie mów, odpowiedział Gunnar, uśmiechając się z uroczystej miny kolegi.
— Właśnie, że dłużej milczeć nie mogę, — rzekł przybyły, dawno mi to już leży na sercu. Powiesz zapewne: jak wam się podoba ten Gustaw Olin, syn naszego sługi, a ma się za tak ważną, osobę, że śmie mnie morały prawić.
— Co znowu Olinie! — rzekł Gunnar, proszę cię, nie sądź, abym mógł coś podobnego pomyśleć! Mój dziad również był synem chłopa.
— Tak, ale o tem już obecnie nikt nie pamięta, — odpowiedział Olin i zamilkł, patrząc uporczywie na Gunnara, giestykulował przytem zawzięcie, jakby gwałtowne ruchy rąk miały mu dodać męstwa.
— A więc zaczynam. Gdy pomyślę o różnicy położenia naszych rodzin, to zdaje mi się, że powinienem milczeć, a gdy sobie przypomnę, że to twój ojciec dał mi możność wstąpienia na uniwersytet, czuję, że powinienem mówić.
Gunnar spoglądał na kolegę z przyjaznym uśmiechem, zachęcając go do mówienia.
— Słyszę, rzekł Gustaw, jak ludzie mówią — Gunnar się nie uczy; mówią — że podczas tych czterech semestrów, które tu jesteś zapisany jako student, książki prawie nie otworzyłeś. Mówią, — że całemi dniami tylko zajmujesz się muzyką. Muszę wierzyć, bo i przedtem, gdyśmy jeszcze chodzili do szkoły w Falunie, również nie lubiłeś się uczyć.
Gustaw poruszył się niespokojnie na krześle. Przykra sytuacja gnębiła go coraz bardziej, odważnie jednak prowadził rzecz dalej.
— Zapewnie ci się zdaje, że z takim majątkiem, jak Münkshütte, masz prawo robić, co ci się podoba, a nie robić tego, do czego nie czujesz ochoty. Zdasz egzamin — dobrze, nie zdasz — również dobrze, bądź co bądź pozostaniesz właścicielem kopalni i całe życie przepędzisz w Münkshütte! — tak zapewne rozumujesz?
Gunnar milczał, a Gustawowi nieraz się zdawało, że Gunnar jest otoczony taką aureolą powagi, jaką dawniej dla niego otoczeni byli jego ojciec i matka, pan radca górniczy i pani radczyni — górnicza.
— Lecz, czy ty wiesz, że twój majątek, już nie jest taki, jakim był wówczas, gdy w kopalniach jeszcze było żelazo, przyciszając głos, mówił Gustaw, — to już wiadome było samemu radcy górniczemu i dlatego przed swą śmiercią żądał, abyś ty wstąpił na uniwersytet. I twoja matka, to wie, tak samo, jak i cała parafia. Jedyny człowiek, który o niczem nie wie, to ty, Gunnarze.
— Mylisz się, wiem, że kopalnie nie dają mi już dochodu, rzekł Gunnar nieco obrażony.
— O tem, naturalnie, wiesz, odparł Gustaw, lecz tego nie wiesz, że właściwie sam majątek — już prawie nie istnieje. Osądź sam, czy można wyżyć tylko z roli w zachodniej Dalekarlji? Doprawdy nie rozumiem dlaczego pani radczyni ukrywa to przed tobą. Rządzi samodzielnie majątkiem i dlatego zapewne nie uważa za potrzebne pytać o twoje zdanie. Wszyscy wiedzą, że nawet mało w domu przebywa. Mówią, że wciąż odwiedza lichwiarzy. Być może, że nie chce cię niepokoić i liczy na to, że jakoś poradzi sobie do czasu, aż ty skończysz uniwersytet. Nie chce sprzedać wsi, chowa dla ciebie przytulne gniazdo, gdy skończysz naukę i wrócisz do domu.
Gunnar wstał, przeszedł się kilka razy po pokoju i stanął przed Gustawem.
— Jaki masz cel w tem, aby mnie przekonać, że nie mamy majątku?
— Trzeba, żebyś zrozumiał, że skoro już nie masz majątku, nie możesz żyć, nie zarabiając, a tylko tracąc pieniądze.
— Matka powinna była mnie uprzedzić rzekł Gunnar. Jestem ci wdzięczny, Olinie, lecz sądzę że cię nastraszyła jakaś plotka.
— Wiedziałem, że o niczem nie wiesz, upierał się przy swoim Olin, tam, w Münskhütte, pani radczyni skąpi sobie we wszystkiem, oszczędza i pieniądze tobie posyła do Upsali. Odmawia sobie wszystkiego, abyś ty mógł wesoło i przyjemnie czas spędzić. A ty siedzisz tu i nic nie robisz, nie widzisz, że bieda nadciąga. Nie mogę obojętnie patrzeć, jak wy nawzajem się oszukujecie. Pani radczyni myśli, że ty się uczysz, a ty sądzisz, że ona jest bogatą. Nie mogłem milczeć, widząc, jak marnujesz swą przyszłość.
Gunnar przez długą chwilę milczał, wreszcie podał rękę Gustawowi.
— Czuję, że prawdę mówisz, trudno mi w to uwierzyć, w każdym razie, — dziękuję ci.
Oczy Gustawa zajaśniały radością, silnie uścisnął dłoń Gunnarowi i rzekł:
— Gdybyś zaczął pracować, mógłbyś jeszcze wszystko poprawić. Przy twoich zdolnościach, zdałbyś egzaminy w ciągu 3 — 4 lat.
Gunnar wyprostował swą wysoką postać.
— Bądź spokojny, Olinie, teraz zacznę serjo pracować.
Olin wstał i skierował się ku drzwiom, lecz doszedłszy do progu, — wrócił.
— Chcę cię o coś prosić, rzekł mocno zmięszany. Chciałbym, abyś mi dał na przechowanie twoje skrzypce, — do czasu, dopóki się nie wciągniesz do systematycznej pracy.
— Oddać ci skrzypce?
— Tak. Zawiń je w jedwabne pokrycie, zamknij w futerale i pozwól mi je zabrać ze sobą, — w przeciwnym razie nic nie będzie z twoich zamiarów. Zaczniesz znów grać, gdy ja opuszczę ten pokój. Tyś tak przywykł do tego, że nie oprzesz się pokusie, dopóki będziesz miał skrzypce pod ręką. Nie dasz sobie z tem rady, jeśli ci kto nie pomoże. Ta namiętność zbyt już cię opanowała.
Gunnar się zasępił.
— Głupstwo! — rzekł.
— Nie, nie głupstwo. Odziedziczyłeś zamiłowanie do muzyki po twoim ojcu, masz tę namiętność we krwi. Od czasu, gdy rozporządzasz sobą, od czasu, gdyś przyjechał do Upsali, nic innego nie robisz, tylko grasz. Dlatego wybrałeś sobie to mieszkanie, abyś nikomu nie przeszkadzał grą. Ty sam nie zapanujesz nad sobą i dlatego — oddaj mi skrzypce.
— To prawda. Grałem i przestać nie mogłem, ale teraz rzecz inna. Teraz, gdy idzie o Münkshütte, moje gniazdo rodzinne jest mi droższe od muzyki!
Olin nie ustępował i domagał się stanowczo pozwolenia zabrania skrzypiec.
Gunnar zniecierpliwił się.
— A zresztą, cóż to pomoże? Gdy zechcę grać, to przejdę kilka kroków i dostanę inne skrzypce.
— Wiem o tem, odrzekł Olin, — lecz nie sądzę, aby każdy instrument był dla ciebie pożądany. Największą pokusą dla ciebie są — twoje włskie skrzypce. Oprócz tego radziłbym ci nie wchodzić przez czas jakiś, — dopóki nie przywykniesz do pracy.
Olin nie przestawaj prosić, a Gunnar nie zgadzał się.
Jakże on mógł się zgodzić na areszt domowy?
Olin z wysiłku i przejęcia, zaczerwienił się jak burak.
Na nowo, tonem serdecznym i szczerym rozpoczął swe dowodzenia:
— Muszę zabrać skrzypce ze sobą, inaczej cały wysiłek na nic. Liczyłem, że nie będę zmuszony poruszyć jeszcze jednej okoliczności, ale mnie do tego zmusza twój opór. Otóż na wiosennym balu studenckim spotkałem młodą dziewczynę, o której mi mówiono, że jest twoją narzeczoną. Ja nie tańczę, ale z przyjemnością śledziłem za zwinnemi ruchami młodej dziewczyny, która promieniała wdziękiem i skromnością, jak lilja polna. Gdy mi powiedziano, że jest twoją narzeczoną, — żal mi się jej zrobiło.
— Dlaczego?
— Bo wiedziałem, że nie osiągniesz celu, żyjąc w dalszym ciągu, jak dotąd. Wówczas dałem sobie słowo, że to dziecko nie zmarnuje swego życia, łudząc się nadzieją, która się nie urzeczywistni. Nie powinna zwiędnąć, czekając na ciebie. Nie chcę jej spotkać za lat kilka z bruzdami żalu naokoło zbladłych ust.
Nagle Gustaw zamilkł.
Gunnar spojrzał mu przenikliwie w oczy, — zrozumiał, że Gustaw kocha jego narzeczoną. Uczuł się głęboko wzruszony bezinteresownością kolegi, pragnącego ratować go wbrew własnym uczuciom. Zniewolony tem, ustąpił i wręczył mu futerał ze skrzypcami.
Po wyjściu Olina przez całą godzinę pilnie czytał, wreszcie znużony rzucił książkę.
— Jaką korzyść da mi nauka? przed trzema, czterema laty nie skończę kursu, a kto mi zaręczy, że do tej pory majątek nie będzie sprzedany z młotka.
Odezwała się w nim miłość dla gniazda rodzinnego. Przerażenie ogarnęło go na myśl, że je utracić może. Stary dwór, każdy pokój, każde drzewo w parku — stanęło mu przed oczyma; nigdy nie będzie się czuł szczęśliwym, gdy je utraci. Siedzieć nad książką podczas, gdy gniazdo ukochane może się wymknąć z rąk jego! Coraz większe wzburzenie wzbierało w nim, krew waliła w skronie, jak w gorączce.
Opanowała go rozpacz; — gdyby to mieć skrzypce i grać, grać aż do utraty pamięci. — Ten Olin doprowadzi mnie do szaleństwa! opowiada takie nowiny i zabiera mi skrzypce! muszę mieć smyczek w dłoni podczas godzin wesela, a tem bardziej smutku. Pragnę i ja się czegoś dobić, zarobić dużo pieniędzy, owszem — lecz w tej chwili nie mam ani jednej myśli w głowie, czyż ja mogę myśleć bez smyczka w ręku?
Nie mógł zagłuszyć w sobie uczucia, że go pozbawiono swobody. Zdawało mu się, że Olin działał podstępnie, zły był na niego do tego stopnia, że gotów byt obić go, gdyby się w tej chwili zjawił. Naturalnie, że grałby teraz, gdyby mu nie zabrał skrzypiec, — właśnie powinien teraz grać.


∗             ∗

Gdy tęsknota Gunnara za muzyką dosięgła najwyższego napięcia, na podwórzu, pod jego oknem rozległ się piskliwy brzęk strun skrzypcowych.
Stary, ślepy grajek wędrowny, grał fałszując i bez wyrazu, lecz Gunnar tak był zaskoczony tem zjawiskiem, że ze łzami w oczach stanął w oknie i z najwyższem skupieniem słuchał prostej piosenki wędrownego artysty.
Po chwili nagłym ruchem otworzył okno i czepiając się łozy winogradu spuścił się na podwórze.
Przyszła jego przyjaciółka serdeczna, aby go pocieszyć w nieszczęściu. Ruchem błagalnym wyciągnął ręce, prosząc ślepca o pożyczenie nędznych skrzypiec. Towarzysząca ślepemu mała dziewczynka spojrzała na Gunnara przenikliwie i wyjąwszy skrzypce z rąk grajka podała mu je, mówiąc:
— Proszę zagrać „Brata myśliwego“.
Gunnar spełnił jej życzenie. Obojętne było, co miał grać, aby tylko czuć smyczek w dłoni. Struny wraz do niego przemówiły: „Jestem tylko tanią nędzną skrzypeczką, pomimo to jestem pociechą i podporą ślepca. Jestem światłem, kolorem i blaskiem w jego życiu, starości, biedzie i ślepocie“. Dusza Gunnara poczęta się dźwigać z pod ciężącego nad nią brzemienia.
„Jesteś młody i silny, śpiewały struny, możesz walczyć; dążyć naprzód. Nie wolno ci upadać na duchu, miej nadzieję, że zwyciężysz trudności. Nie smuć się!“
Otucha wstąpiła do duszy Gustawa, podniósł oczy dotąd opuszczone, i — ujrzał się otoczony gromadką dzieci i przechodniów, których zwabiła jego gra. Obok niego stał pajac w trykotach naszytych blaszkami. Pajac był już niemłody i wynędzniały, ale miał ogniste oczy i zapał bił z jego spojrzenia.
Jego żona, mała okrągła kobiecina, również już nie pierwszej młodości, stała obok niego uśmiechnięta wesoło, zręczna w swojej gazowej, oszytej falbanami sukience. Pierwsze takty walca obudziły ich czujność. Wzięli się za ręce i poczęli tańczyć na małym dywaniku rozpostartym na bruku podwórza.
Gunnar zauważył ich dopiero, podczas ekwilibrystycznych ćwiczeń, które nastąpiły po przetańczonym walcu. Pracował tylko mąż, a żona uśmiechając się zbierała datki od publiczności. Mało to interesowało naszego studenta. Smyczek szybko biegł po strunach i opowiadał o szczęściu, które znaleźć można w walce zwycięskiej. Gunnar czuł się w swoim żywiole. Grał dla siebie, nie myśląc o otoczeniu. Naraz zrobiło się małe zamięszanie. Pajac zaprzestał koziołków, jego żona już się nie uśmiechała. Objęli się i kołysali w takt granego przez Gunnara walca.
Z rosnącym zapałem grał Gunnar. Po „Bracie myśliwym“ zaczął grać stary szwedzki taniec „Nekkens Polska“, ulubiony taniec na zabawach ludowych. A pajace tańczyli. I jak tańczyli! nie schodząc z małego dywanika, opasywali go małemi, eleganckiemi kręgami. Nagłe zwroty i różne pas wykonane były z precyzją i zręcznością wyjątkową. A lica ich jaśniały szczęściem, ożyła miłość i zapał minionej młodości.
Tłum był zachwycony. Mała dziewczyna z poważną buzią również się uśmiechała, a Gunnar także był wzruszony.
— Oto, jak działa jego smyczek, — niesie ludziom cenny dar — zapomnienie wszelkich trosk. W jego rękach siła ogromna. W każdej chwili, gdy zechce może wstąpić w to swoje państwo. Gdyby mógł popracować przez lat kilka pod kierunkiem dobrych profesorów zagranicą, objechałby następnie cały świat i grą swoją zdobyłby i sławę, i majątek.
Dziś, ci nędzni akrobaci zjawili się tylko po to, aby mu odkryć jego właściwe powołanie. Oto droga, po której iść powinien — ona doprowadzi go do świetnej przyszłości. Chcę być artystą-muzykiem i będę nim. Będę czarował muzyką, i zdobędę nią potrzebne na wykupienie rodzinnego gniazda pieniądze. Uniwersytet mi tego nie da.
Urwała się pieśń. Gunnar przestał grać. Tancerka podeszła do niego ze słowami uwielbienia dla jego pięknej gry. Podszedł mąż jej i przedstawił się: nazywa się Blomgren, ale występuje pod przybranem nazwiskiem. Pracował dawniej w cyrku, pani Blomgren także znaną była pod imieniem Violi. Pomimo, że wystąpili z cyrku, pozostali artystami z duszy i ciała, i dlatego nie mogli oprzeć się urokowi jego gry.
Gunnar z akrobatami pozostał jeszcze kilka godzin. Nie mógł się rozstać ze skrzypcami i zapał akrobatów dodawał mu energji.
— Muszę się przekonać, czy jest we mnie materiał na prawdziwego artystę, zobaczę, czy uda mi się porwać tłum, czy on za mną pójdzie.
Przechodząc z podwórza na podwórze Blomgren narzucał na ramiona stary, podbity wiatrem płaszcz, a pani Blomgrenowa otulała się zniszczoną bronzową, sukienną peleryną i szła obok Gunnara, papląc bezustannie. Pan Blomgren miał niewyczerpany zapas opowieści o laurach, zbieranych przez niego w czasie gdy występowali w cyrku.
Dyrektor cyrku uwolnił jego żonę pod pretekstem, że zbyt już ociężała, jemu nie dano dymisji, sam podziękował. Czyż mógł pracować u dyrektora, który nie cenił jego żony!
Pani Blomgrenowa kochała swoją sztukę i dla niej jej mąż zdecydował się prowadzić życie wędrownego artysty. Zimą, gdy mróz nie pozwala na produkcje na świeżem powietrzu, dają przedstawienia w szopach. Mają na ten cel zupełnie inny repertuar: pantominy, sztuki magiczne.
Porzucili cyrk, ale nie sztukę, służą jej wiernie i służyć będą aż do śmierci.
Milcząc słuchał ich Gunnar. Myśli jego krążyły z przedmiotu na przedmiot. Wierzył, że bywają spotkania, jakby drogowskazy, należy iść za nimi. Przygoda jego dzisiejsza ma zapewne tajemne jakieś znaczenie. Należy odcyfrować tajemnicze znaki i iść za ich wskazówkami.
Blomgren zwrócił uwagę Gunnara na dziewczynkę, prowadzącą ślepca.
— Czy widział pan podobne oczy? niezawodnie takie oczy nie są dane dziewczynie bez przyczyny. Takie oczy może mieć tylko istota przeznaczona do dokonania czegoś wielkiego.
Gunnar przystanął i spojrzał na mizerne dziecko.
Prawda! na bladziutkiej, chudej twarzyczce oczy świeciły, jak dwie gwiazdy promienne.
— Wie Pan Bóg, co robi, rzekła pani Blomgrenowa, zapewne była to jego wola, aby taki artysta, jak pan student grał na ulicy, jak zwyczajny grajek. Lecz jakie znaczenie mieć mogą oczy tej dziewczyny i ten dziwny jej uśmiech?
— A ja powiem, rzekł Blomgren, że pomimo tych oczu i śmiechu, nie ma ona żadnych zdolności artystycznych.
Słowa Blomgrena nie były przeznaczone wyłącznie dla Gunnara; dziewczynka, idąca za nim czuła, że i do niej były zwrócone.
— Ma dopiero 13 lat, a więc jeszcze nie zapóźno na naukę, cóż, kiedy niema ani iskry talentu. Ucz ją pan szyć, ale nie ucz jej stać na głowie.
Jej uśmiech ludziom głowy zawraca, dodała pani Blomgrenowa, są rodziny, które ją chcą adoptować — z racji jej oczu i uśmiechu. Mogłaby żyć w bogatym domu, gdyby się zdecydowała opuścić swego dziadka.
A pocóż jej te oczy i uśmiech czarujący, gdy nie chce wleźć na trapez, ani na grzbiet konia?
— Znamy artystów, rzekła pani Blomgren, którzy podejmują dzieci z ulicy, uczą swego rzemiosła i następnie korzystają z ich pracy. Niejednemu uda się wyhodować gwiazdę, i ciągnąć z niej duże dochody. My tego nie pragniemy bynajmniej, marzymy tylko o tem, aby dożyć czasu i zobaczyć jak Ingryda błyszcząc cekinami i klejnotami, skakać będzie przez obręcze, z konia na koń, a cyrk będzie drżeć od oklasków. To byłoby koroną naszego życia. Kochamy tę małą, żyć bez niej nie możemy. Dla niej tylko trzymamy jej dziadka, nie jest to artysta wcale, tylko dla niej, dajemy mu przytułek. A ona jest niewdzięczną; czyż nie powinna się wstydzić, że dotąd nie nauczyła się naszej sztuki.
Gunnar spojrzał na dziewczynę. Wyraz dojmującego cierpienia wykrzywił jej rysy; widocznie biedactwo wierzyło w to, że człowiek nie umiejący chodzić po linie, godzien jest najwyższej pogardy.
W tej chwili weszli na nowe podwórze, lecz, nim artystyczne małżeństwo rozpoczęło swoje produkcje, Gunnar siadł na przewróconą taczkę i przemówił do nich w obronie Ingrydy.
W imieniu bladej, małej dziewczynki błagał ich o nieoddawanie jej na pastwę ordynarnym widzom, którzy będą ją pieścili i bili brawo przez czas jakiś, a gdy się zestarzeje i straci zdrowie, skażą na żebraninę o chłodzie i głodzie.
I ten jest artystą, kto zdoła dać szczęście. Ingryda niech zachowa swe oczy i uśmiech dla jednego, a ten jej da opiekę i wdzięczny będzie za upiększenie mu życia. Łzy zamigotały w oczach Gunnara, mówił dla siebie, niewiele zwracając uwagi na otoczenie.
Zabłysły oczy dziewczynki, wdzięczność z nich biła dla obrońcy, — odczuła i zrozumiała powagę jego słów, — i wyprostowała się jej biedna, skurczona figurka, jakby to on jej przyznał prawo do życia.
Blomgrenowie również uważnie słuchali, a gdy Gunnar skończył — kolejno uścisnęli jego rękę i uroczyście obiecali, że nie będą już namawiać Ingrydy do gimnastycznych ćwiczeń. Niech idzie drogą, jaką jej los przeznaczy. Rozczulił ich pan student, oni — artyści, artyści ciałem i duszą, odczuwają i rozumieją znaczenie uczuć, o których pan student chciał mówić. Po kilkugodzinnej wędrówce Gunnar pożegnał towarzystwo i poszedł do domu.
Już nie szukał klucza tej dziwnej przygody. Był pewien, że miał do spełnienia misję: przekonać tę małą męczennicę, aby się przestała dręczyć brakiem zdolności do akrobatyki.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.