Cisza (Junosza, 1896)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Cisza
Pochodzenie Wnuczek i inne nowelle i obrazki
Wydawca Emil Skiwski
Data wydania 1896
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CISZA.



Kochana Józia! Tak serdecznie zaprasza. Wysiliła się biedaczka na list, zawierający tyle przekonywających argumentów, że niktby się im oprzeć nie był w stanie, a cóż dopiero wujaszek, ten wujaszek, który ją nosił na rękach, uczył mówić, zachwycał się jej dziecinnym szczebiotem...
Napisała list, a w jej wieku, z jej temperamentem żywym to nie łatwe zadanie. Myśli cisną się do głowy tłumnie, gonią się jak jaskółki, lub jak motyle barwne, jedna drugą prześciga, wyprzedza — a tymczasem pióro wlecze się po papierze powoli, czasem nawet zatrzymuje się zupełnie i — ani rusz! Myśl uciekła jak spłoszona, wyraz, który zdaje się, że wisiał na końcu pióra, zniknął, podział się gdzieś — przepadł... I wtenczas gładkie czoło dziewczęcia marszczy się, na różowych ustach usiada grymas.
Ech! kto to pisanie wymyślił! Dobre ono może dla starych panów, powolnych, ciężkich, mogących siedzieć na jednem miejscu, choćby przez cały dzień, jak kamienie...
Wielka prawda Józiu, wujaszek cię rozumie; wie, że o wiele łatwiej byłoby ci myśli twoje wyszczebiotać, wyśpiewać... padałyby one z ust twoich jak białe kwiatki czeremchy, kiedy je wiatr strąca, a szczebiotliwym słowom przyszedłby jeszcze z pomocą — uśmiech, dołeczki na twarzy, wejrzenie modrych oczu, ruch, gestykulacya białych rączek, wybuch srebrzystego śmiechu, westchnienie. Masz słuszność dziewczyno, żywe słowo, z taką pełną życia illustracyą — to zupełnie co innego, zupełnie... Pióro takie wymowne nie jest... ale trudno, czasem trzeba je wziąć do ręki... trzeba kreślić wyraz po wyrazie, zdanie po zdaniu, z namysłem, trzeba pamiętać o przecinkach, średnikach...
Trudno...
Wujaszek wyobraża sobie swoją siostrzenicę, jak pochylona nad stolikiem pracuje; od czasu do czasu podnosi modre oczy w górę, marszczy czoło, gniewa się, lub uśmiecha, parę zdań skreśli i znów robotę przerywa... Bo też nagle coś przeszkadza... pies szczeka na dziedzińcu, trzeba więc wyjrzeć oknem czy kto nie jedzie... to znów należy przerzucić przez ramię gruby warkocz, który nie wiadomo na co, jak wąż złocisty zsunął się na stolik i przeszkadza..., trzeba zbadać dlaczego stado wróbli tak świergocze zawzięcie i przekonać się, czy ta biała róża, która miała wczoraj trzy ogromne pąki, rozwinęła się już, czy też nie jeszcze...
W takich warunkach trudno jest pisać, ale od czegóż silna wola? Trzeba przełamać trudności, trzeba zwyciężyć... Józia je też zwycięża, drobne literki stają w równych szeregach, biała karta papieru zapełnia się niemi, jeszcze tylko podpis, jeszcze mały przypisek, jeden, drugi, trzeci, adres na kopercie — i już!
Ach, nareszcie!
Zadanie spełnione. Teraz już można pobiedz do ogrodu, dowiedzieć się o losie pąków różanych, pomódz matce w zatrudnieniach domowych, zagrać, zaśpiewać, książkę przeczytać, zadumać się, zamyśleć przez chwilę, i coraz pobiegnąć do okna, zobaczyć czy kto nie jedzie...
Tymczasem list poszedł, powędrował.
Jasiek odwiózł go do miasteczka na pocztę, pocztylion do stacyi kolejowej, kolej do Warszawy i na drugi dzień szanowny wujaszek już go ma, już go czyta, uśmiecha się, a coraz rzuca okiem na fotografię swej siostrzenicy... Fotografia znajduje się na biurku, na honorowem miejscu, otoczona ramą pluszową.
List brzmi mniej więcej tak:
„Kochany, najdroższy wujaszku, przyjeżdżaj... Lato jest w całej pełni, na łąkach koszą siano, trawę, zapach przecudowny... łany zboża falują kołysane przez wiatr, w lesie od poziomek aż czerwono, — a nasz ogród! Nie, kochany wujaszku, ja opisać tego nie potrafię, trzeba przyjechać i zobaczyć własnemi oczyma.
„Trzeba, trzeba koniecznie, ojciec prosi, mama również, a ja nie proszę, ale błagam, zbliża się albowiem taki moment, że... ale to sekret, aż do osobistego zobaczenia się; pokój dla wujaszka przygotowany, ten na górze, od ogrodu, z balkonem. W oknach są drewniane żaluzye. Mama kazała je zrobić umyślnie dla wujaszka, aby mu słońce nie dokuczało. Towarzystwo będzie, będzie też jeden pan, ale nie powiem kto, jak wujaszek przyjedzie to go pozna...
„Kiedy przysłać konie na stacyę? proszę o wiadomość telegraficzną, gdyż list wlecze się całą dobę. Widzę, że wujaszek kochany się krzywi, wzrusza ramionami i powtarza zwykłą swoją piosenkę „nie mam czasu,” ale te wykręty nic nie pomogą, u nas bywa codzień akurat tyle czasu co i w Warszawie, i nikt wujaszkowi nie zabroni oddawać się pracy, choćby w altanie, gdzie tak spokojnie, chłodno, przyjemnie... Po warszawskim zgiełku i turkocie takie ustronie wyda się wujaszkowi rajem, boć ja przecież znam Warszawę i wiem co się tam dzieje... U nas niema bruku, wozy i dorożki nie trajkoczą od świtu aż do późnej nocy, dziady nie śpiewają na podwórkach, gromady dzieci nie krzyczą, niema też w bezpośredniem sąsiedztwie panienek rozbijających fortepiany. Najbliższe od nas instrumenty znajdują się w Zagórowie, w Białce i w Brzozówce, ale dźwięki ich do nas nie dochodzą; wprawdzie ja posiadam fortepian, który niekiedy psuję, lecz ze względu na obecność wujaszka zamknę go i klucz rzucę w morze, a raczej z powodu braku morza w staw...
„Niechże więc wujaszek przyjedzie koniecznie, błagam, proszę, zaklinam. Wykupię wszystkie pióra w najbliższych miasteczkach, sprowadzę wagon papieru, beczkę atramentu i co tylko wujaszek rozkaże... Całem sercem i zawsze przywiązana Józia.
„P. S. Jeżeli wujaszek lubi rybołówstwo, to niech przywiezie z sobą haczyki... Uprawiać będziemy ten sport we troje, to jest wujaszek, ja i jeszcze jeden pan, ale to sekret...
„P. S. S. Jeszcze jedno... Czy też wujaszek zna pana Stefana Toporczyka? Jeżeli nie, to go wujaszek u nas pozna. Bardzo miły człowiek.
„P. S. S. S. Niech wujaszek przyjedzie koniecznie, ponieważ za tydzień odbędą się u nas zaręczyny. Nie donoszę czyje, ponieważ jest to do czasu tajemnica... Dodam tylko, że ją wujaszek zna...”

II.

Jest więc list i trzy przypiski, jest tajemnica przezroczysta jak szkło, jest zaproszenie ponętne. Obietnica znalezienia bezwzględnej ciszy i spokoju... Za silna pokusa, oprzeć jej się trudno... Więc wujaszek wysyła depeszę, wrzuca trochę ubrania i kilka książek do walizki, śpieszy na dworzec kolejowy, i w kilka godzin później znajduje się daleko poza murami Warszawy... Pociąg po gładkich szynach pędzi całą siłą pary, a przez otwarte okna wagonu napływa świeże, czyste, zdrowe powietrze, to znowu gryzący dym z komina parowozu. Natura darzy pierwszem, cywilizacya przypomina się drugiem.
Migają szybko przed oczami podróżnika pola pokryte bujnym zbożem, łąki, lasy, rzeczułki i strumienie, polne grusze co się rozsiadły na miedzach, wioski w zielonych wieńcach ogrodów, dwory, kościołki, miasteczka; pociąg w szalonym pędzie przecina przestrzeń — słońce zniża się — zachodzi, zapada mrok, po nim noc gwiaździsta a nad wagonami wije się wąż ognisty z milionów czerwonych iskier złożony. Wreszcie jest upragniona stacya wśród lasu, konie czekają, jeszcze dwie godziny, a piękna siostrzenica wybiegnie na przywitanie wujaszka.
Z daleka widać dworek, widać go pomimo ciemności nocnych, gdyż we wszystkich oknach jaśnieje światło i rzuca blade smugi na krzaki bzów i jaśminów, tworzące klomby na dziedzińcu.
Wojciech zwraca konie w aleję lipową, zręcznie objeżdża gazon obłożony białymi kamieniami i zatrzymuje konie przed gankiem. Powitaniom niema końca, wreszcie gość wprowadzony zostaje do pokoju... Józia szczebiocze wesoło; ojciec jej o nowiny polityczne pyta, matka ciekawa co się w Warszawie dzieje.
Blady świt przerywa miłą gawędkę...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

O ósmej rano Józia przynosi ogromny bukiet, składa on się z rezedy, lewkonij, róż, ma kształt piramidy i pachnie prześlicznie.
— To dla wujaszka — mówi. — Ach jak to dobrze, że wujaszek przyjechał, jak to dobrze.
— Spełniłem twoje życzenie — odpowiada wujaszek — żądałaś abym przyjechał koniecznie, więc jestem, obiecałaś ciszę, radbym jej zakosztować... miałaś mi dać poznać jakiegoś pana, bardzo miłego człowieka...
— Ech wujaszku... on nie jest taki miły... przeciwnie...
— A to dlaczego? Tak szybko zmieniasz zdanie...
— Miał wczoraj przyjechać i nie przyjechał, przysłał tylko bilecik z zawiadomieniem, że jakaś ważna sprawa zatrzymuje go w domu. Znam ja się na tych ważnych sprawach, ale zresztą cóż mnie to obchodzi?
— Nie obchodzi cię?
— Nic a nic; a jeżeli on sobie co myśli, to się myli bardzo. Wyprowadzę go z błędu przy pierwszej sposobności...
— A na ryby wybierzemy się we troje; bo ja haczyki przywiozłem?
— Jeżeli wujaszkowi moje towarzystwo nie wystarczy, to zaprosimy... kogóżby? Nie wiem jeszcze, ale może pana Lucyana...
— Któż jest pan Lucyan?
— Jest to dziadek Zosi z Zagórowa, bawi u nich chwilowo. Były nauczyciel, bardzo przyjemny staruszek... może ksiądz wikary przyjedzie.
— A ten miły pan, o którym pisałaś?
— Jak mu się podoba. Może przyjeżdżać, może nie przyjeżdżać... wolałabym nawet, żeby sobie oszczędził fatygi.
— Zawzięta jesteś...
— Broń Boże, nie znoszę tylko niesłowności i nie lubię oczekiwać...
— Nie tracę nadziei że się pogodzicie.
— Nic mi na tem nie zależy...
— Przypuśćmy... powiedz-no szczerze, czy ty go bardzo kochasz?
— Ja? skąd takie pytanie. Czy wujaszek co wie?
— Oczywiście, że wiem.
— Jakim sposobem?
— Z twego listu...
— Przecież ja ani słowa nie wspomniałam.
— Przeciwnie wspomniałaś aż trzy razy, a zresztą powiedzieli mi twoi rodzice. No, nie rób takiej miny, nie do twarzy ci z nią...
— Ale bo...
— Przyjedzie dziś na pewno.
— Nie pokażę się...
— Zrobisz jak zechcesz, a teraz spełnij obietnicę... Miałem mieć ciszę...
— Przed śniadaniem?!
— Czyż ona bywa tylko po śniadaniu?...
— Bywa zawsze, lecz mama czeka; właśnie przysłała mnie, abym poprosiła wujaszka na dół. No, proszę, pomogę zejść ze schodów.
Skończyło się śniadanie. Ojciec poszedł w pole, matka do swoich zatrudnień, Józia zaś zaprowadziła wujaszka do altanki.
— Oto — rzekła — jest, to ciche schronienie, jest stół, fotel, papier, atrament, pióra, wszystko przygotowałam. Dzikie wino nie dopuszcza słońca i daje upragniony chłód, a teraz niech wujaszek siada i pisze ile tylko chce i o czem chce.
— Dobrze kochanie, napiszę...
— Co?
— „Historyę pary zagniewanej.”
— O nie, nie.
— A więc obrazek pod tytułem: „Pogodzeni.”
— To jeszcze niewiadomo. Nie trzeba łowić ryb przed niewodem.
— A więc, ale to już stanowczo: „O Józi kapryśnicy ksiąg siedmioro, z prologiem i epilogiem”.
— Po co straszyć, kiedy wujaszek tego nie zrobi...
— Takaś pewna?
— Jak najpewniejsza, do widzenia wujaszku, uciekam, nie przeszkadzam. Obiad za trzy godziny, przyjdę po wujaszka. Czy przez trzy godziny można dużo napisać?.
— Jak czasem.
— W takiej ciszy, to chyba bardzo dużo. Do widzenia, do widzenia.
Altanka rzeczywiście była bardzo przyjemna. Gęste festony dzikiego wina dawały cień i chłód, wietrzyk trącał je zlekka — głos żaden nie dochodził i zdawało się, że panuje w niej bezwzględna cisza, w której można skupić myśli, zagłębić się w nie i snuć z nich przędzę słowa spokojnie, bez przeszkody.
Cisza! rozkoszny wyraz; cisza — marzenie piszących — jest nareszcie.
Wujaszek uszczęśliwiony zapalił cygaro i pochylił się nad papierem. Żeby to mieć taką altankę w mieście.
Napisał kilka zdań. Wtem nagle zdało mu się, że u samego wejścia do altanki, gałązka drzewa poruszyła się i że ktoś go woła. Podniósł głowę i patrzy. Drobny szary ptaszek usiadł na gałązce, buja się na niej, przekrzywia główkę, przygląda się jednem czarnem oczkiem i świergocze, jak gdyby chciał zapytać: — Co ty tam robisz człowieku, dlaczego pochylasz głowę nad stołem, czego szukasz, co cię zajmuje? Dlaczego ukrywasz się w cieniu, wówczas kiedy słońce świeci, kiedy „cały świat” śpiewa, goni się, weseli, znosi pożywienie do gniazd dla maleńkich piskląt?.
Masz racyę, ptaszyno, twój „cały świat” śpiewa i weseli się... buja w jasnem przestworzu, kąpie się w słonecznych promieniach... masz słuszność, mały ptaszku.
To znowuż żółta wilga usiadła na wiśni, dziobie soczyste owoce, pewna, że jej to ujdzie bezkarnie, świszcze, wabi swego towarzysza, żeby przyleciał na ucztę co prędzej. Kukułka usiadła na wysokiej topoli, przekomarza się z drugą, woła „ku ku”, a potem odzywa się krótkim urywanym śmiechem... szydzi zapewne z małych ptasząt, które muszą wychowywać i karmić jej podrzutka.
Nie, nie można powiedzieć, żeby w tym cichym ogrodzie była cisza.
Na rozłożony papier, z góry, ze zwojów dzikiego wina, spada gruba, tłusta liszka, długa, żółtawa, kosmata, wije się i ciągnie swoje ciężkie niekształtne cielsko, nie wiedząc jak ocalić zagrożone swoje istnienie. A tak dobrze zaczęło się jej życie, tak świetnie przeszedł pierwszy okres... obżarstwa; spasła się na soczystych liściach i już była gotowa wejść w drugą fazę... próżniactwa, aby znów po niejakim czasie, już jako motyl, rozpocząć okres rozkoszny; tymczasem wiatr wstrząsnął gałęzią i oto tłuścioch spada na stół, a stamtąd strącony na ziemię, padnie pastwą żarłocznego jakiego ptaszka.
Iluż to ludzi...
— I na co ta refleksya — myśli wujaszek, pocierając czoło i znów bierze pióro do ręki, lecz nieproszeni goście wciąż się schodzą. Małe muszki krążą koło głowy, ciekawe zbadać co się tu dzieje, coraz przed samem wejściem do altanki mignie się niestrudzona jaskółka, w zawrotnym locie, szybkim jak błyskawica, jak myśl, prawie że muska ziemię aksamitnem skrzydłem i znika i za chwilę znów cichutko płynie w powietrzu i znów nagłym zwrotem rzuca się na bok jak kula. Oto znów do altanki wpada barwny motyl, usiadł na krawędzi stołu, skrzydełkami rusza, odpoczywa. Dość się natańczył koło róż i zapewne odetchnienia teraz pragnie, ten najniestalszy z niestałych, ten donżuanik pól, łąk i ogrodów.
Motyl odpoczął i poleciał dalej, a z ziemi po nogach stołu, po ubraniu piszącego, dostają się na papier żuki różne. Przychodzi czarny tracz wąsaty i szuka coby mógł pociąć, ładna biedronka, Bożą krówką nazwana, o czerwonych plamach na skrzydłach, nie lęka się człowieka. Maszeruje po nim jak po ziemi, nie obawiając się, żeby jej jaką krzywdę wyrządził. Może wie o przywilejach swoich, może je przeczuwa.
Coś upadło przed samem wejściem do altanki. To gruby, niezdarny chrabąszcz, nie dość silnie uczepił się liścia, śpioch jeden, i wiatr go strącił na ziemię. Upadł na grzbiet, grzebie nóżkami, stula i rozkłada wachlarzowate wąsy, chce koniecznie stanąć na nogach, podnieść twarde pokrywy skrzydeł i z brzękiem pofrunąć na drzewo, ale mu to idzie niezgrabnie — traci czas, a w walce o byt czas jest niezmiernie drogi. Zanim ospały chrabąszcz zdążył się przewrócić i frunąć, już z świergotaniem zajadłem spadają na niego trzy wróble, istne zbiry. Tłuką go twardymi krótkimi dziobami, rwą na sztuki, walczą o każdy kawałek. Nie upłynęło dwóch minut, już z ospałego chrabąszcza niema ani śladu, a jego mordercy, nasyceni chwilowo, weseli, siedzą na gałęzi i ocierają dzioby o jej chropowatą korę.
Istny dramat...
Józia zostawiła na stole kilka róż świeżo zerwanych... i oto do altanki wpadają trzy pszczoły. Już usiadły na nich, już zbierają skrzętnie drobniutki, okiem niedostrzeżony pyłek, już ładują go na siebie i obciążone łupem zabierają się do odlotu; gdy oto śmiertelna ich nieprzyjaciółka wysmukła osa wpada i zaczyna się bój w powietrzu, bój niebezpieczny dla człowieka. To też wujaszek zrywa się z krzesła, macha chustką, okulary spadają mu z nosa...
Komiczny jest człowiek w walce z takim drobiazgiem, jak mała pszczółka, lub osa ale walczyć musi, jeżeli chce nos od bólu i spuchnięcia ocalić.
Uf! zwyciężył nareszcie, plac boju przy nim pozostał. Może teraz obetrzeć spocone czoło — i pisać dalej... o czem? Ano, choćby o wielkiej sile i potędze człowieka, który przywłaszczył sobie tytuł króla stworzenia. Pod stołem coś brzęczy. To wielki, gruby szerszeń, kosmaty, jaśniejący złotemi pręgami na tle czarnem, groźny... no, przecież pofrunął sobie!
W tej cichej altance niema ciszy. Brzęk w dole, brzęk w górze, pierwszy jakby zwycięzki, tryumfujący, brzęk szerszenia, drugi smutny, pełen rozpaczliwej trwogi. To mucha uwikłała się w uczepioną do gałązki wina sieć pajęczą. Szarpie się, chce zerwać więzy, ale nadaremnie. Im większe wysiłki, tem bardziej zacieśniają się koło niej cieniuchne nitki, oplątują jej nogi, skrzydła, uniemożliwiają wszystkie ruchy. A pająk cierpliwy jest, siedzi z daleka, oczekuje. Ma czas i pewność, że zdobycz nie wymknie się z pęt, nie ucieknie. On czeka, nie ma zwinności jaskółki, ani zuchowatego temperamentu wróbla, ale posiada natomiast spokojność i wyrachowanie.
Nie, w tej altance stanowczo niema ciszy; przeciwnie jest w niej wrzawa, zgiełk, silny jarmark. Oto sześć srok plotkarek przyleciało z lasu, usiadły na drzewie i opowiadają sobie o najnowszym skandalu. Skrzeczą nieznośnie, jedna drugą chce przekrzyczeć, zagłuszyć.
— Wujaszku, dużo też wujaszek napisał? — zapytuje Józia, zaglądając do altanki.
— Dwa wiersze, które zaraz przekreślę.
— To będzie tak jakby nic?
— Prawie że tak, moje dziecko.
— Dlaczego? przecież tu taka cisza...
— Cisza!
— Alboż nie?... Ach mój Boże, pewnie ogrodniczek śpiewał, a zakazałam mu, żeby się nie ważył. Już ja mu sprawię!
— Nic mu nie sprawiaj, bo nie śpiewał wcale, posłuszny był twoim rozkazom. Dawno ten pan przyjechał?.
— To wujaszek już wie?
— Wiem, i to wiem, żeście się pogodzili... wybaczyłaś mu wspaniałomyślnie.
— Mój Boże, cóż miałam robić. Taki był smutny, tak prosił, więc podałam mu rękę. My zawsze jesteśmy lepsze. Ale mój wujaszku, kto wujaszkowi o tem powiedział?
— Twoje oczy, twój uśmiech, rumieńce jakie masz na twarzy.
— To okropna rzecz!
— Co?
— A te nieznośne rumieńce! te, jak je mój ojczulek nazywa „raki.” Nieraz i mama myśli, że ja co myślę, a ja wcale nie myślę, tylko gorąco mi jest, więc... Doprawdy zazdroszczę wszystkim bladym dziewczynom, które nie mają w sobie ani jednej kropli krwi.
— Takich niema wcale, a bladym nie zazdrość, ciesz się że masz zdrowie i niech ci ono na długie lata wystarczy. Ale jakże z tym panem Stefanem? Opowiedzno mi szczerze. Kochasz go bardzo?
— Albo ja wiem...
— To nie odpowiedź. Powiedz raczej od razu, że go nie kochasz, że jest ci niemiły, nieznośny, że ulegasz tylko woli rodziców, przyznaj się szczerze, a wujaszek się w tę sprawę wda, ocali cię od nieszczęścia i będziesz wolna...
— Co wujaszek mówi?
— Skoro go nie kochasz.
— Ależ...
— Żebyś kochała, tobyś chyba wiedziała o tem, a ponieważ nie wiesz, więc oczywiście go nie kochasz.
— Wprost przeciwnie i ponieważ mówię, że nie wiem więc... kocham, tylko widzi wujaszek, że nie wypada o tem głośno mówić.
— Tak... któż cię tego nauczył?
— Ja sama.
— A jemu powiedziałaś, że kochasz?
— O nie! jeszcze czego, niech się domyśla... Gdybym mu wyznała, że tak jest, to on myślałby, że bardzo, a ja wcale nie bardzo, tylko trochę, tak sobie... Niech wujaszek rzuci to szkaradne pisanie i pójdzie do mieszkania. Wypada go poznać... wujaszek zobaczy, czy mam dobry gust, czy nie. Jeżeli nie, to wujaszek niech nic nie mówi, a jeżeli dobry, to proszę kiwnąć głową.
— A jeżeli bardzo dobry?
— To dwa razy.
— Zgoda.
Podczas obiadu, wujaszek bardzo często kiwał głową, a za każdym razem Józia rumieniła się, jak dojrzewająca wisienka... Szczęśliwe dziecko...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zdaje się, że tam na drugiej stronie stawu, w cieniu drzew powinna być cisza... przecież to tylko woda, a nad nią niebo jasne, czyste, oblane blaskami słońca...
Tak twierdzi Józia i namawia wujaszka, aby wszedł w czółno i wprost przez całą szerokość stawu popłynął tam, gdzie woda jak gdyby klinem w ląd się wrzyna, tworzy małą zatokę i nabiera ciemnej, prawie czarnej barwy, od cienia wielkich olch, które się nad brzegiem rozsiadły. Tam jest bardzo spokojnie, tam nie dochodzi żaden głos ludzki, chyba wieczorem, ale to tylko na jesieni oddalone echo ligawki.
Dlaczegóż nie zobaczyć.
Cicho sunie się łódź po fali tak gładkiej, jak zwierciadło, równej nie zmąconej... ale naraz ta gładka powierzchnia drgnęła, zmarszczyła się... i zaczęły się na niej robić owe koła, coraz szersze, szersze — to ryba rzuciła się, mignęła srebrną łuską i zapadła w głębię napowrót. Wśród trzcin przybrzeżnych zaczynają się odzywać głosy dzikich kaczek, kurek wodnych, nur ukazał się na powierzchni wody i zniknął, ujrzawszy łódkę, łyska trwożna zapadła w tatarak, a w górze ważą się rybitwy, migocą w słońcu białemi skrzydłami, coraz to która spada na wodę jak kula, chwyta nieostrożną rybkę, co zbyt ciekawie wychylała z wody pyszczek ku słońcu — i znika... Jastrząb goni uciekającego gołębia, czapla z cierpliwością przedziwną wyczekuje na zdobycz przy brzegu... wśród drzew turkawki się wabią, ostrożny grzywacz grucha w oddaleniu.
Niema i tutaj ciszy, a w owej zatoczce, pod olchami jeszcze żwawszem tętnem kipi życie, bo na mniejszej przestrzeni skupione, w ciaśniejsze ramki ujęte; ptaszki odbywają narady w nadbrzeżnych krzakach i trzcinie, pająk wodny, jak sztukmistrz na powierzchni wody chodzi, jętki uwijają się w powietrzu, prześliczna łątka panna o aksamitnych skrzydłach, chwieje się na tataraku, roje komarów, muszek i różnych owadów, z tych co ledwie przez kilka godzin żyją, unoszą się nad wodą... Rybki na nie polują, obrzydliwy szczur wodny za rybkami znów goni, a po dnie piaszczystem, przez czystą wodę widać raki, jak nie śpiesząc, łażą, szukają szczątków.
— Nie, kochana Józiu, i w tej zachwalanej zatoczce, i na zwierciadlanej szybie stawu, i ponad stawem, w czystem, słonecznymi blaskami ogrzanem i oświetlonem powietrzu, także niema jej.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— To już ja wiem.
— I cóż wiesz kochane dziecko?
— Wujaszek jest nocny Marek. Słyszałam ja o takich panach, którzy obalają odwieczny porządek, robiąc z dnia noc, a z nocy dzień, którzy na utrapienie żon oszczędnych psują bezpotrzebnie massę nafty, świec, lub gazu, jak gdyby nie można korzystać z jasności słonecznej... prawda wujaszku, wujaszek należy do takich.
— Jak czasem, jak wypadnie.
— Niechże będzie i tak; obiecałam ciszę, będzie cisza. Jak on odjedzie, jak wszyscy pójdą spać, kiedy wydzwoni północ, ja wezmę dużą lampę, zaniosę do altanki i niech wujaszek używa ciszy, jeżeli się strachów nie boi. Nie boi się wujaszek?
— Co znowuż.
— Więc dobrze, zgoda?
— I owszem.
— Ale dopiero jak on odjedzie, potem niech wujaszek pisze choćby do świtu...
— Dobrze.
Miło jest patrzeć na obraz rodzinnego szczęścia. Dwoje ludzi, już blizkich zachodu, o posiwiałych skroniach, z czułością i dumą zarazem spogląda na swoją jedynaczkę, która niedługo już, niby ptaszę z gniazda z pod rodzicielskich skrzydeł wyleci i własne sobie gniazdko uwije. Może przykro będzie, z początku zwłaszcza, pogodzić się z tą myślą, ale przecież Józia będzie szczęśliwa, dostaje dobrego towarzysza. Z jednej i tej samej sfery pochodzą, jednakową bardzo małą skalę wymagań mają, nie żywią w sercach niemożliwych do urzeczywistnienia pożądań — kochają się — więc są blizcy szczęścia. To też ci starsi, u zachodu życia będący, z otuchą spoglądają na młodych, którym słońce życia wschodzić dopiero zaczyna, a wszyscy czworo stanowią wdzięczny temat do rodzajowego obrazka, trzymanego w łagodnych ciepłych tonach.
Północ uderza, młody człowiek zabiera się do odjazdu. Józia posmutniała.
Pojechał.
— Nie martw się, dziecko, powróci jutro, będzie po jutrze, i na trzeci dzień, i za tydzień, a po kwartale odjedziecie oboje razem do siebie.
— Ja wiem.
— A więc czemuż się smucisz?
— Bo widzi wujaszek, miałam mu coś powiedzieć ważnego, nadzwyczaj ważnego i zapomniałam na śmierć...
— To przypomnisz sobie i powiesz mu jutro.
— Tak to się wujaszkowi zdaje... ale chodźmy, odprowadzę wujaszka do altanki.
— Po co się masz trudzić, moje dziecko, pójdę sam.
— A nie, odprowadzę, życzyć będę dobrej nocy i pomyślnej pracy.
— Dziękuję serdecznie.
Była bardzo cicha noc letnia, taka spokojna, że ani jeden listek nie drgał na gałęzi... Na niebie jaśniał księżyc i mrugały jasne gwiazdki... Józia szła, niosąc wielką lampę w ręku, światło padało wprost na jej twarzyczkę, która też na tle nocy rysowała się, jak kamea.
— Oczywiście wujaszku, jutro rano nie kazać budzić.
— Dlaczego?
— Nocne Marki długo lubią sypiać.
— A czyż ty nie jesteś nocnym Markiem, mała?
— Ja?
— Naturalnie.
— Ciekawam dlaczego?
— Teraz północ, zanim się położysz będzie pierwsza...
— O nie wujaszku, będzie blizko druga...
— A cóż ty będziesz robiła tak długo?
— To sekret, ale wujaszkowi powiem, mam bardzo ważne zatrudnienie...
— Na przykład? Cóż takiego?
— Zawijam loki...
— Moje dziecko, pobiłaś mnie tym argumentem zupełnie. Ja, gdybym chciał zawinąć sobie loki, musiałbym pracować ze siedem lat...
— Aż siedem?
— Naturalnie, jeżeli ktoś jest łysy...
— Ach po cóż się do tego przyznawać.
— No jesteśmy w altance, dobranoc Józiu, śpij spokojnie, a gdy on ci się przyśni, to nie kłóć się z nim, dobry to chłopiec i mnie się bardzo podobał.
— Dziękuję wujaszkowi.
— Za co?
— Za nic, tak sobie tylko, dobranoc.
Rzuciła to „dobranoc,” postawiła lampę na stole i zniknęła w ogrodzie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Papier leży na tem samem miejscu, na którem był zostawiony, stoi kałamarz, leżą pióra rozrzucone w nieładzie... ale był tu jakiś pomocnik, pokreślił bowiem papier zielonymi znakami, pewnie jaka liszka, wydzielająca z siebie lepki płyn. Jest noc zdaje się zupełnie cicha i spokojna.
Nie bardzo... spokojna, na sąsiedniej łące odzywają się derkacze, słychać jakieś świstania, huczenie, a z okolicznych bagien dolatuje z początku miarowy, powolny, a potem wrzaskliwy, w przyśpieszonem tempie idący chór żab... Ten wzmaga się, rośnie, potęguje, zamienia się we wrzask.
Na kościelnej wieży płacze puszczyk, w powietrzu cichym lotem krążą nietoperze, sowa, ptak mądrości, ugania się za myszami, zające biegają po polach, lisy myszkują, drobni rozbójnicy nocni: kuny, tchórze, łasice wychodzą na żer. Tylko taktyka tych zbójców nocnych nie tak szlachetna, jeżeli się można wyrazić w ten sposób jak dziennych. Ci uderzają wprost, jawnie, przy pełnem świetle, śmiało — nocni to skrytobójcy, działający podstępem, pod osłoną ciemności... Ptak nocny ma lot cichy, zwierz nocny skrada się zdradziecko, strzegąc się najmniejszego szelestu.
Biały Filuś, śliczny kotek, pieszczoszek, ulubieniec panienek, wypieszczony na przysmaczkach, wymyka się nocą do ogrodu i tam zbójeckim swym instynktom folgę daje, polując na ptaszęta, czając się zdradziecko po krzakach, wśród gałęzi.
A tam w oddaleniu nad małą rzeczułką młyn turkocze, koła wozów po twardej drodze dudnią, psy stróże wiosek szczekają, kogut drze się, jak opętany, za nim drugi, trzeci, dziesiąty podają sobie hasła, jak czatujący na wałach żołnierze, chcą przekonać wszystkich, że pilnują czasu i porządku, dają znak złym duchom, aby swych psot dyabelskich przestali, że budzą ludzi, aby wcześnie wstali do pracy.
A w tej altance, przy jasno płonącej lampie, cóż się dzieje! Istny jarmark, muszki, komary, drobne ćmy, wszelkie motyle nocne, wszystkie te owady, skazane na pastwę nietoperzy i życie w ciemnościach, ujrzawszy światło biegną do niego, biegną do płomienia, uderzają się o gorące szkło, opalają sobie wąsy i skrzydła i okaleczone, zbolałe, ostatkiem sił zrywają się znowuż po to, aby wpaść w płomień i od jego ognistego pocałunku życie zakończyć.
„Ucz się od komara miłości, co zakochany we świetle płomienia, w nim przepada i ginie...” mówi perski poeta Saadi. Jaka miłość ciągnie do ognia te owady, jaka siła zmusza ich do samobójstwa, do wydania się na auto da fe? Któż odgadnie, dość że tłumnie, gromadami rzucają się na to całopalenie, setkami padają na papier, trupy ich coraz grubszą warstwą kładą się na stole. Dość tej hekatomby — trzeba zabrać światło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— Prawda wujaszku, że była cisza?
— Nieprawda, kochana Józiu, nie było jej wcale.
— Nawet w nocy?!
— Tak, moja mała, nawet w nocy.
— I cóż wujaszek zrobił?
— Zabrałem lampę z altanki, uciekłem do pokoju i położyłem się spać.
— Nic nie napisawszy.
— A tak...
— Ach, mój Boże, jak mi to przykro. To wszystko przeze mnie, wszystko... ja obiecałam wujaszkowi ciszę i cóż teraz będzie? Jeżeli robota pilna, terminowa...
— Powrócę do Warszawy i skończę.
— W tem piekle?!
— Naturalnie.
Pokręciła jasną główką i rzekła:
— Ja już tego zrozumieć nie mogę, więc tam jest owa pożądana cisza, a u nas jej niema?
— Jej niema nigdzie, moje dziecko... Nie szukaj jej nawet w piwnicach i podziemiach, bo i tam jest życie, a więc też i ruch nieustanny. I tam walczą o byt, mordują się szczury, robaki, gady różne i tam jedno na drugie czyha i tam są smutki, wesela, radości, tryumfy i rozpacz, i tam padają trupy i powstają nowe jestestwa...
— Ach niech wujaszek nie mówi o szczurach i gadach, to szkaradne.
— Wolisz ptaszki, motyle i kwiaty?
— Stokrotnie.
— Wiedz-że i o tem, moje dziecko, że niema nigdzie ciszy i spokoju, bo życie to ciągły gwar, ruch i walka, czy to w świecie pięknych ptasząt, czy brzydkich gadów, czy wreszcie w ludzkim świecie... wszystko jedno.
— A mnie się zdaje... Nie wiem tylko, czy mi to mówić wypada?...
— No cóż? mów.
— Otóż wujaszku mnie się zdaje, że cisza bywa czasem.
— W jakim wypadku?
— Oto wczoraj rozmawiałam z moim narzeczonym, mówiliśmy dość długo, a potem on umilkł, ja umilkłam, on wziął mnie za rękę i siedzieliśmy tak przez jakiś czas w milczeniu. Jak to długo było nie pamiętam. Może pięć minut... może godzinę i zdawało mi się wtedy...
— Cóż?
— Nie wiem jak to powiedzieć... Zdawało mi się, że niema wcale ani świata, ani ludzi, że niebo, ziemia, słońce, wszystko się gdzieś podziało, zniknęło, że niema nic, tylko nas dwoje i cisza, taka wielka, bezwzględna cisza...
— Cisza przed burzą!
— A wujaszku, to niegodziwie! Ja byłam szczera, a wujaszek to w żarty obraca. Wujaszek wyśmiewa się ze mnie, a ja... ja jestem blizka płaczu, są uczucia, z których szydzić nie wolno.
— Ja też nie szydziłem.
— A burza?
— To tak tylko, nie gniewaj się... a co do owej ciszy ja w nią wierzę, ona jest taka wewnętrzna cisza.. ona bywa. Jeżeli się oddasz jakiemu uczuciu, lub idei, jeżeli podejmiesz jaką pracę, czyn, w który włożysz cały zasób swoich sił, całą swoją duszę, wtenczas wytwarzasz w sobie ciszę wewnętrzną, stajesz się głuchą i ślepą na wszystko co cię otacza, widzisz jedynie swoją dróżkę i kroczysz prosto przed siebie. Ale zewnętrznej ciszy, moje dziecko, niema i łudzi się ten, kto sobie wyobraża, że ją w jakiem wiejskiem ustroniu znajdzie.
— O! więc wujaszek nigdy już do nas nie przyjedzie?
— Owszem przyjadę.
— A cisza?
— Z sobą ją przywieźć muszę.
— W walizce?
— Nie, w duszy. Tam ona może istnieć choć chwilowo, chociaż wiedz, że są dusze tak nieszczęśliwe, że nigdy ciszy i spokoju zaznać nie mogą.
— Biedne dusze, jakże mi ich żal.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A więc wujaszku, stanowczo piętnastego października, na świętą Jadwigę.
— Stanowczo.
— Proszę podkreślić ten dzień w kalendarzu czerwonym ołówkiem.
— Dobrze.
— Piętnastego i na cały tydzień, to znaczy do dwudziestego trzeciego.
— Aż tak długo?
— No widzi wujaszek, to się zdarza tylko raz w życiu, więc zabawa będzie porządna. Tu ze dwa dni, a potem u nas.
— Moja kochana, jakże ty zrozumiesz to „u nas” — tu, czy tam.
— Do piętnastego tu, od piętnastego tam, inaczej nie można.
— Zapewne.
— Ale wujaszek przyjeżdża bezwzględnie. Nie chcę słuchać o tem, że nie ma czasu, że jest robota. Wszelkie papiery idą w kąt, atrament może sobie wysychać, pióra rdzewieć. Zgoda?
— Dobrze.
— To mi nie wystarcza.
— A czegóż jeszcze żądasz?
— Słowa.
— Masz więc słowo.
— Dziękuję serdecznie, pokój dla wujaszka ten sam co zawsze.
— A cisza?
— Eh, wujaszek to znowuż za dużo wymaga. Jakże może być razem... wesele i cisza?!...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.