Cień z obozu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Krzysztof Kamil Baczyński
Tytuł Cień z obozu
Pochodzenie 1942-1943-1944
z rękopisu autora
Data wydania 1942-1944
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Cień z obozu


Przychodził do niej we śnie długi cień,
chłód wiał, w błękitne szkło przemieniał dłonie,
słyszała codzień kroki. Wiała mokra sień
i pory roku, deszcze jak spienione konie
porywały za sobą drzewa i niebiosa
pochmurne to znów białe. Śnieżyce na włosach
zostawiały jej płatki cichym rylcem żłobiąc.
Zamieniała się w pomnik powoli, nieznacznie
nocą czekając dnia, który ją rzeźbić zacznie,
a dniem na noc czekając, na splątany kłąb
ciemnych organów ciszy, które wiały wgłąb,
jak wir lodowej rzeki. I huczała trwoga.
Przychodził do niej we śnie długi cień,
rozchylał płatki nocy, co pod jego ręką
rozwijały się szumiąc jak spalony kwiat
i nazywał imieniem pory ciemnych lat
i zamykał skinieniem sny jak morza lęku.

I przyszedł pierwszy raz, i nawiał obłok biały,
a chłodne bryły lodu tej nocy — w staw przemienił,
a na nim złote kręgi milczenia tak się chwiały
jak motyl, albo gwiazdy, brzęczący, pszczeli ślad.
„Matko” — powiedział — „powróć ze mną w daleki las,
gdzie kwiaty źródeł biją, żywica dymi ciepło.
Ognisty motyl żyje, dzieciństwo żyje w nas,
a tylko serce twoje jak czarna kra zakrzepło.”
A w oknach skośny wiatr nadymał śniegu ściany,
na sprzętach porastało niedźwiedzie, białe futro.
Więc on dotykał muru i z ciemnych pyłów smutku
wywodził lip aleje i sarny, i złocienie
i objął matkę wpół i razem szli w milczenie
jak kiedyś, jak w dzieciństwie szli w nieobjęty świat.
A rano świt nadymał ogromne, białe niebo,
na oknach szorstki puch i chłód trumienny szedł.

„O synku — o mój miły” — płakała — „ty bez chleba
drętwiejesz — o mój synku — w tobie zamarzła krew.
Jakeś ty do mnie przyszedł, jakeś ty czas ubłagał?
Ja wiem — to już nie kwiaty, ja widzę śnieżne pola
i bat nad tobą wężem i twoja postać naga
co biegnąc tak się zwolna zamienia w ludzki ślad.”

I przyszedł drugi raz, a z nim zielony blask,
a za oknami wtedy kasztany w ogniu stały.
Była wiosna. On dłońmi — w których mu płomyk gasł —
w powietrze światło wlewał, aż stało jak naczynie
pełne żywego ognia. I matkę w górę wiódł,
gdzie się przejrzyste stropy topiły niby lód.
„Matko” — mówił — „to w tobie się tylko zebrał cień,
nie płacz, matko, to źródła widzisz bijące życiem,
niedostrzegalne, matko, płomienne, boże wici,
co są nad trwogi — matko — nad grozę i nad śmierć.”
I dalej szli w milczenie, w obłoków drżące lilje,
w zielone zdroje światła, w drgające żyły drzew,
aż tylko ptak maleńki w fontannie bzów pozostał.
„Matko” — słyszała jeszcze — to ptak, co niesie śpiew
dla mnie tam, kiedy czasem umieram. On na sosnach
za drutem siada blisko i głos jak żywa krew
spływa we mnie. Niech da ci jeszcze ostatni znak.”
A rano kiedy oczy zlepione płatkiem bólu
otwarła — na kasztanie jak kryształowy flet
polał się głos i zamarł. Płakała — „synku mój
jakeś milczenie przemógł i wrócił kiedy wiem,
że krwawe sznury strzegą każdego twego snu.”

I przyszedł trzeci raz. I już nie czynił nic.
Było lato, w powietrzu pozostał lot jaskółek,
upał jak złoty miód w ziemię się wsączał czułą
i parowały ciężkie z otwartych czaszek sny.
Przyszedł zwykły, ucichły jak trzepot ptasich skrzydeł
i dłonie wiotkie tylko na włosy matki kładł.

I była ciemność. Cisza. A on jak wielki kwiat
na środku się kołysał, powoli w górę szedł.
„Matko” — powiedział jeszcze — „to nic, że ja daleko,
że nas rozdarła ciemność i ból co tkwi jak nóż.
Ja w tobie, a ty we mnie płyniemy strugą, rzeką
złocistą, drżącą strugą, gwiazdami lśniących róż.
Bo niema rozerwania, choć rozerwane słowa,
bo niema zapomnienia, choć życie nas zapomni;
z brzęczących kręgów nieba ja w ciebie, a ty do mnie
płyniemy.” Już tryskała obłoków dłoń różowa
i krzykiem świt przebudził na drzewie śpiący ptak.
„O Matko, kiedy wstaniesz i wyjrzysz w dzień to w oknie
zobaczysz mój ostatni, jak światło cichy — znak.”

Kiedy się znów otwarła po snu oplocie ciasnym
słońce nalane w ogród jak w wielką, płaską kadź
obrysowało drzewo, liście i korę jasną,
a na nim pył owoców. Na czasów złych rozstaju
drzewo ludzkich wyroków, dziwne drzewo rodzaju.
wiśniowe drzewo rosło, a słońce w kulki wisien
zamknęło krople pełne jego przelanej krwi,
którą tej nocy bat rozplusnął z jego ciała
i drżały tak jak ziemi bolesne, żywe łzy
nad zamyśleniem czasu, nad wirowaniem pyłu
i przenikaniem kręgów, które natchnęła miłość.

17. VIII. 43.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Krzysztof Kamil Baczyński.