Cień ponurego Wschodu/Czarne cienie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Czarne cienie
Pochodzenie Cień ponurego Wschodu
Data wydania ok. 1923
Wydawnictwo Książki Ciekawe
Druk Zakłady Graficzne Zygmunt Sakierski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Czarne cienie.

Rosja — ten kraj olbrzymi, to mrowisko ludzkie, liczące 150.000.000 mieszkańców, ten chaos polityczny, który tu panował, ta stała reakcja rządu i protestujący w sposób gwałtowny rewolucjonizm, ta ciemnota i mglistość umysłów rosyjskich i rozbieżność psychologji klas inteligentnych — wytworzyły doskonały teren dla działalności najciemniejszych i najniemoralniejszych elementów bądź to z obozu reakcyjnego, bądź to — z rewolucyjnego.
Postępowanie tych obozów było różne w metodzie, jednakowe w rezultatach.
Obóz reakcyjny posługiwał się systemem spodlenia ludzi prowokacją, obozy rewolucyjne zaś — burzeniem podwalin państwowości, demagogicznem rozbudzeniem namiętności dziczy rosyjskiej, oraz terorem. Rezultaty były jednakowe: pogarda dla prawa i zupełne zdemoralizowanie mas narodowych.
Na tak świetnie przygotowanej glebie wspaniale rozkwitły takie straszliwe, mroczne cienie jak Pobiedenoscew, Kurłow i takie echa średniowiecza, jak Griszka, Rasputin, biskup Pimen, mnich Heliodor. To — z obozu reakcyjnego, z obozu zaś rewolucyjnego — Azef, Marja Spiridonowa, Borys Sawinkow, Kierenskij, Malinowskij i inni.
Znany rewolucyjny publicysta Burcew, zakończywszy swoje sekretne dochodzenia śledcze o wewnętrznym stanie partyj rewolucyjnych, zamieścił w prasie rosyjskiej i francuskiej cały szereg artykułów, dowodzących, że partje te były przegniłe zupełnie, zarażone agentami rządu, którzy, udając członków partji, szpiegowali, denuncjowali, rozbijali partje, wprowadzając do nich zupełną demoralizację.
Już wspominałem o byłym ober-prokuratorze Synodu, Konstantym Pobiedonoscewie. Był to zły, czarny genjusz Rosji, człowiek, który prowadził biurokratyczną myśl rządu po drodze najskrajniejszej reakcji, w kierunku utrzymania narodu w ciemności umysłowej pod jarzmem pokory przed carem, kościołem i urzędnikiem.
Pobiedonoscew zadusił wiele przejawów zdrowej, światłej państwowej myśli, doprowadził do zguby wielu wybitniejszych ludzi, wydał dekret Synodu o odłączeniu Tołstoja od kościoła prawosławnego i zmusił kilku najświetniejszych uczonych do porzucenia ojczyzny.
Pobiedonoscewa nazwano bardzo trafnie „Wielkim Inkwizytorem“.
Przed tym ober-prokuratorem Synodu drżeli metropolici, biskupi i przeorzy klasztorów. On potrafił zmienić kościół prawosławny w kancelarję policji tajnej, on też zgubił wpływ kościoła w Rosji i zwrócił gniew narodu przeciwko kościołowi i duchownym.
Obok tego ponurego czarnego „Wielkiego Inkwizytora“ muszę wspomnieć inną straszliwą postać — generała Kurłowa.
Szef korpusu żandarmów wice minister spraw wewnętrznych, gen. Kurłow był kierownikiem tajnej policji politycznej, t. zw. „Ochrany“.
Przekupywanie członków rewolucyjnych partyj i werbowanie ich do szeregów agentów „ochrany“: inscenizowanie zamachów terorystycznych na tych dygnitarzy, którzy hołdowali liberalnym prądom w polityce; torturowanie więźniów politycznych, liczne wyroki śmierci; organizacja pogromów Polaków, Łotyszów, Finów i żydów; prześladowanie nacjonalistycznych przywódców narodów, wchodzących w skład Rosji, szpiegostwo, ucisk, duszenie prasy i oświaty, — to jest krótki spis czynów szefa żandarmów, generała Kurłowa.
Był on „nieśmiertelnym“, gdyż zmiany gabinetów oraz wewnętrznych kierunków polityki, nigdy nie dotknęły Kurłowa. Zawsze stał on na czele korpusu żandarmów, który był największą potęgą w Rosji, gdyż mógł obalić każdego ministra. W kancelarji „Ochrany“ był specjalny oddział gdzie sprawowano ścisły nadzór nad słowami i czynami ministrów i innych dygnitarzy, a nawet nad wielkimi książętami. Niełaska, w którą popadła rodzina słynnego poety i prezydenta Akademji Nauk, liberalnego, wielkiego księcia Konstantego Konstantynowicza, oraz wybitny historyk, wielki książe Mikołaj Michajłowicz — była dziełem rąk Kurłowa i jego tajnej policji.
Kurłow dokonał szatańskiego planu rozbicia rewolucyjnych grup i organizacji za pomocą przekupionych przez siebie wybitnych członków partji. Potrafił zniewolić ich do wydania mu kompromitujących ich dokumentów, i od tej chwili ci ludzie stawali się igraszką w jego ręku. Taki zdrajca już nigdy nie mógł wydostać się z rąk Kurłowa, z każdym rokiem dokonywał coraz nowych i straszniejszych zdrad i zbrodni, wiedząc, że w razie, gdyby jego czyny stały się wiadomymi partji, niechybnie zostanie zabity na mocy sądu rewolucyjnego.
Dyrektor departamentu policji Łopuchin kilka razy usiłował przekonać Kurłowa, że ta polityka prowokacji jest zgubną, gdyż demoralizuje cały system rządowy i nie daje pewności, że sama policja nie będzie przekupiona przez wrogi obóz. Obawiał się też, o rewelacje z czynności tajnej policji, które, gdyby się przedostały do prasy zagranicznej, wywarłyby jaknajgorsze wrażenie śród sprzymierzeńców i wrogów, co musiałoby się odbić na ogólno-politycznych sprawach Rosji.
Szczególnie protestował Łopuchin przeciwko stosunkom Kurłowa z niejakim Azefem, który, służąc jako agent „Ochrany“, był jednocześnie wybitnym i wpływowym działaczem w rosyjskich i zakordonowych organizacjach rewolucyjnych. Pod tym względem Łopuchin obawiał się powikłań międzynarodowych, gdyż działalność Azefa wkraczała w obręb zagranicznych spraw politycznych. Łopuchin dostał dymisję, a wkrótce potem znany publicysta W. L. Burcew w prasie francuskiej i rosyjskiej zakordonowej poczynił szereg rewelacyj, zrywając maskę między innymi z Azefa. Skandal był oszałamiający, lecz wybuchnął zapóźno. Partje rewolucyjne faktycznie były rozbite do szczętu zarówno przez areszty, dokonane na skutek wskazówek Azefa, jak też z powodu panującej nieufności, podejrzliwości i demoralizacji, które niszczyły wszelkie organizacje rewolucyjne, faktycznie przedtem kierowane przez Azefa.
Wtedy to właśnie wyłonił się rewolucyjny, socjalistyczny odłam, który zmienił wewnętrzną organizację, a w kilka lat później wypłynął na widownię światową pod nazwą narazie bolszewizmu, a później komunizmu.
Słynny wódz robotników w okresie rewolucji 1905 r. pop Gapon był także narzędziem tajnej policji politycznej i on to podprowadził rozentuzjazmowany tłum, błagający cara o konstytucję, pod sztachety pałacu Zimowego w Petersburgu, gdzie pułki generała Trepowa rozgromiły go.
Pop Gapon, ten uduchowiony kaznodzieja, socjalista, bożyszcze robotniczych warstw, był agentem Kurłowa i za judaszowe srebrniki wydał na śmierć wierzące mu setki bezbronnych robotników. „Ochrana“ pomogła mu ukryć się w Finlandji, lecz rewolucyjny sąd wytropił go tam, i inżynier Rutenberg powiesił go w samotnym domku w Terjokach.
Obok tych upiorów reakcji działały prawie w tych samych kołach inne osobistości, — agenci rewolucji. Było ich wielu, lecz wspomnę tylko tych, których za takich nie uważano i przyjmowano tam, gdzie właśnie knuto plany napadu na obóz rewolucyjny i dokąd czasami zaglądał sam „potężny“ Kurłow.
Jeden z nich był stary filozof-anarchista, sceptyk i cynik Sołncow. Figurował on w kilku powieściach rosyjskich beletrystów, gdzie przedstawiano go w bardzo sympatycznych kolorach. Sołncow nigdy nie bał się wypowiadać swoich skrajnych lewicowych przekonań, lecz czynił to w tak przesadnej formie, że brano go za dziwaka i nikt na niego nie zwracał żadnej uwagi, jako na polityczną osobistość.
Spotkałem Sołncewa parę razy na zebraniach u redaktora „Historycznego Gońca“ B. Glińskiego. Wygłaszał takie anarchistyczne poglądy, przejawiał tyle cynizmu w kwestjach społecznych i dotyczących religji, że nazwa „stary dziwak“, „Djogenes“ wydawała się być całkiem uzasadnioną.
Lecz jakież było zdziwienie wszystkich, gdy w dobie wybuchu rewolucji 1917 r. ten „Djogenes” ukazał się na czele doskonale zorganizowanej armji anarchistów-komunistów. Pod jego dowództwem zdobyto szturmem pałac Leuchtenbergów, pałac baletnicy Krzesińskiej, pałac Durnowo w Petersburgu, a policja i wojsko nic nie mogły wskórać przeciwko anarchistom. W grudniu zaś 1918 r. Sołncow ogłosił bolszewików zacofańcami i wypowiedział im wojnę. W Moskwie bojowe oddziały anarchistów, posiadające artylerję, w ciągu dwóch dni faktycznie tam panowały, lecz potem były zmuszone pójść na kompromis i dojść do pewnego porozumienia z Sowietami.
Prawdziwe nazwisko Sołncewa jest Blejchman.
Drugim nieznanym rzecznikiem bolszewizmu był bogaty, wykształcony wydawca książek z socjologii, historji i psychologji p. W. Boncz-Brujewicz. Brat tego rewolucjonisty, obecnego szefa głównej kancelarji rządu Sowietów, generał sztabu generalnego był pewien czas naczelnym wodzem armji rosyjskiej za pierwszych rządów rewolucyjnych.
Boncz-Brujewicz bywał mile widzianym gościem w najlepszym towarzystwie petersburskiem, w kołach wyższych oficerów w sferach najszczytniejszej inteligencji. Znał wszystkich, wiedział o wszystkiem, bo to był „swój“ człowiek, stary szlachcic, inteligent pełnej miary, ujmujący człowiek. W tym samym czasie był on tajnym kierownikiem skrajnych, wrogich państwowości odłamów socjalistycznych, graniczących z anarchizmem.
U niego to ukrywał się podczas rewolucji 1905 r. obecny dyktator Rosji, Leon Trockij-Bronsztein, gdy był vice-prezesem Rady robotniczych i żołnierskich deputatów, on to kierował, niewidzialny i tajemniczy, pracami Chrustalowa-Nosaria, prezesa tej Rady, już wtedy prowadząc ją w stronę maksymalizmu i już wtedy tworząc partję bolszewicką.
Opowiadano mi, że bywały takie wypadki w domu Boncz-Brujewicza: — Gospodarz w smokingu w swoim gabinecie, urządzonym z przepychem, częstował gości kawą, likierami i cygarami, a w dalszych pokojach — szara, mściwa rzesza przyszłych dyktatorów naradzała się nad systemem zburzenia Rosji carskiej, burżuazyjnej, a potem i socjalistycznej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.