Cień (Orzeszkowa)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Cień
Pochodzenie Przędze
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

CIEŃ

PL Maria Konopnicka-Poezye w nowym układzie III Pieśni i piosenki 013.png


W izbie czeladnej, czyli w tak zwanej piekarni, kilkanaście osób różnej płci wieczerzało przy długim stole, na który spływał obfity blask palącego się w piecowisku ognia.

Gospodyni, czerstwa i silna kobieta, w granatowym spencerze, z misą pełną dymiącej się strawy i sporym kawałkiem chleba w ręku, stanęła w pełnem świetle płomienia i ku jednemu z ciemnych kątów izby zawołała:
— Niemko, na! nieś babie i sam jedz!
Bo, jakkolwiek ogień rozlewał po izbie światło obfite, kąty jej zalegała ciemność, wśród której majaczyły kształty stojących na ziemi i wiszących po ścianach narzędzi i naczyń gospodarskich. Majaczyło to tam liniami krótkiemi, długiemi, okrągłemi i ostremi, a czasem, pod zabłąkanym na żelazo lub mosiądz blaskiem ognia, świeciło nietrwałymi błyskami.
Z pomiędzy tych linii widmowych i błysków błędnych, na wołanie gospodyni, podniosło się w kącie coś tak wysokiego i cienkiego, że można byłoby przypuścić, iż to jedna z żerdzi, do grodzenia płotu przygotowanych, nagle dostała życia i posunęła się na środek izby.
W pełnym blasku ognia okazało się, że był to człowiek niezmiernie wątły i tak sztywno się trzymający, jakby istotnie na żerdź był wetknięty. Długa siermięga, u dołu wystrzępiona, wisiała na nim, jak na żerdzi, a gdy znalazł się po środku izby, wypukle, na jaskrawem tle płomienia, oderznęła się mała jego głowa, z blado-złotymi włosami i brwiami, z bladym i delikatnym profilem, z mnóstwem zmarszczek, skupionych nad oczyma, których bardzo błękitne źrenice lękliwie patrzały z pod długich, blado-złotych rzęs.
Z misą pełną jadła w jednej ręce, a z chlebem w drugiej, uszedł kilka kroków tak sztywno, jakby nie był człowiekiem żyjącym, ale lalką woskową na sprężynach, poczem, na ławę pod piecem umieszczoną wstąpiwszy, wydał krótki, gardłowy okrzyk. Wtedy u szczytu pieca, prawie pod samym sufitem, z głębokiego zmroku wysunęły się dwie ręce ludzkie, małe, ciemne, z wykrzywionymi palcami i, po chwilowem błądzeniu w powietrzu, ująwszy z obu stron misę, razem z nią w głębokim zmroku znikły, a cienki, wysoki, sztywny człowiek ruchem niezmiernie zwinnym wdrapał się na piec i także zniknął. Pomiędzy zaś szczytem pieca i okopconą belką sufitu widać było tylko mętne zarysy dwóch postaci, raczej dwóch niewyraźnych cieniów i iść stamtąd poczęły odgłosy przełykania płynnej strawy i przeżuwania twardego chleba.
Niedawno jeszcze, przed kilku laty, kiedy większość siedzącej teraz dokoła stołu czeladzi była świeżo do dworu tego przybyłą, to codzienne zanoszenie na piec przez Niemka strawy dla siebie i ślepej babki stanowiło ucieszne widowisko publiczne.
Bawił ludzi ten ruch wiewiórczy, kręty i zwinny, jakim się on na wysoki wierzch pieca dostawał, bawiły też niekiedy szemrzące i chrypiące pod sufitem gadaniny starej jego babki. Podaniem stało się tu, z ust do ust przechodzącem, że kiedy chce, to cudnie o różnych rzeczach opowiadać ona umie, szkoda zaś wielka, że od pewnego czasu nigdy już opowiadać nie chciała. Bardzo stara, daleko więcej stękała i wzdychała, niż mówiła, i tylko czasem, gdy wnuk, na piec wlazłszy, siedział czy leżał przy niej, o czemś jemu szeptała i szeptała.
Bóg święty wie, o czem ta ślepa baba temu niememu chłopcu do późnej nocy niekiedy mówić mogła! Zdarzało się też, gdy ogień w piecowisku świecił już tylko kupą czerwonych węgli, a ludzie po ławach drzemali, albo i spali, ten i ów przysłuchiwał się temu szeptowi, który pod sufitem szeleścił, jak suche liście, jesienią wiatrem gnane. Lecz nikt nic wyraźnego usłyszeć nie mógł, ponieważ baba miała mowę szepleniącą i niewyraźną. Czasem zdawało się, że pacierz odmawia, a czasem, że napomina, czy lamentuje, o jakimś ojcu ciągle wspominając. Westchnie, bywało, i głośniej zaszepce: «idź do ojca», albo «poproś ojca», albo «poskarż się ojcu».
Tak samo i teraz.
W izbie czeladnej ciemno jest, ale niezupełnie, bo w głębi piecowiska wielka kupa rozżarzonych węgli czerwono świeci i przez cztery spore okna zaglądają gwiazdy pogodnej nocy. Ludzie rozeszli się i tylko kilka osób, wyciągniętych na ławach śpi, a w kącie stary Grzegorz, stróż nocny, siedzi pod ścianą i fajkę pali. Gdy wypali, położy się i zaśnie także, bo dziś nie na niego, ale na Niemka przychodzi kolej nocnego stróżowania. W ciemności zaś u szczytu izby, pod sufitem, jakby suche liście jesienne, wiatrem gnane, po przymarzniętej ziemi sunęły. Widać też tam, na tle gęstego zmroku, dwa czarne cienie, a gdy w piecowisku niedopalona głownia buchnie sinawym płomykiem, rozeznać można, że cienie te leżą obok siebie na piecu, z twarzami ku sobie obróconemi i że jeden z nich wciąż szepce, a drugi milczy i może słucha. Potem szelest suchych liści ustał, szept umilkł i jak raz w tej samej chwili głownia w piecowisku strzeliła obfitem światłem, które przedostało się aż pod sufit i ukazało, że pomiędzy jedną z belek jego a wierzchołkiem pieca jeden z cieni podniósł rękę i począł nią głaskać drugiego.
Jednocześnie ozwał się w ciemnym kącie głos starego Grzegorza:
— Niemko! A pora ci już na dwór wyjść! Pamiętaj tylko drzewa narąbać tyle, żeby mnie jutro nie było potrzeba...
Natychmiast, bez jednej sekundy zwłoki, długi, cienki cień wiewiórczym ruchem zsunął się z pieca na ziemię, a na piecu suche liście znowu zaszeleściły:
— Oj! Ojcze przenajświętszy! Oj! taki mróz, taki mróz tęgi na dworze! Oj, Ojcze niebieski!
Na dworze mróz był, ale nie tęgi, kilkostopniowy tylko; noc zimowa prześliczna, cicha, mnóstwem gwiazd wyiskrzonych patrzała na śnieg niepokalany i marzący. Z pozamykanemi oczami drzwi i okien spały we dworze domy, w ścianach zamkniętych budynków spały zwierzęta, wśród obielonych lekkim szronem drzew ogrodowych, spały wiatry na pościelach z puchów śniegowych.
Za stodołą, daleko od zamkniętych domów, rozlegać się poczęły wśród powszechnego uśpienia miarowe stukania siekiery, które kędyś, za węgłem budynku, powtarzało echo. W ciszy bezbrzeżnej co kilka sekund dawało się słyszeć głuche stuknięcie i wnet potem, nie wiedzieć w którym punkcie mroźnego przestworza, cichsze i przeciąglejsze jego powtórzenie. Wkrótce echo powtarzać zaczęło, razem ze stukaniem siekiery o drzewo uderzającej, stękanie, wychodzące z piersi ludzkiej. Cień, który pod długą ścianą stodoły rytmicznym ruchem podnosił i opuszczał rękę, wydawać począł z piersi stękania, z których każde, jak odpowiedź po zapytaniu, następowało po uderzeniu siekiery. Echo powtarzało je razem ze stukami, kędyś, nad śniegiem. Potem stuki, westchnienia i echa umilkły, a cień człowieka zaczął chodzić pomiędzy uśpionymi domami, pozamykanymi budynkami, wśród ubielonych drzew.
Po kobiercu śnieżnym, pod baldachimem wyhaftowanym w gwiazdy, stąpając powoli i zupełnie cicho, wchodził do starego, rozległego ogrodu i pomiędzy dwoma rzędami drzew nagich szedł ku wznoszącej się u ich końca kaplicy. Tu, na wschodach małej budowy, klęczał i, splecione ręce do piersi przyciskając, wzrok podnosił ku gwiazdom. Usta jego były nieruchome, ale postawa błagająca i pokorna. Zapewne, posłuszny szeleszczącym napomnieniom starej babki: «idź do Ojca! proś Ojca!» — odmawiał jakieś wewnętrzne, nikomu nieznane pacierze.
Po chwili, niekiedy dość długiej, wstawał z klęczek i znowu to tu, to owdzie przesuwając się po śniegu, kiedy niekiedy przybliżał do ust gwizdawkę, której dźwięk przenikliwy, jak ostra szpilka tkaninę, przerzynał powietrze. To gwizdanie było jego nocną mową, oznajmiał nią, że czuwa, a gdy we dnie stawała się niepotrzebną, pozostawał bez żadnej.
Nie od urodzenia był niemy; słuch posiadał i tylko mowa mu przepadła, a ponieważ rzeczą jest dość ciekawą, jakim sposobem człowiekowi mowa przepaść może, gospodyni izby czeladnej temu i owemu niekiedy opowiadała, że stało się to od ojczymowego bicia. Dziecko było małe i raz, kiedy ojczym, taki wielki, często napiły drab, porwał się, aby je wybić, zlękło się, ze strachu oczy wytrzeszczało, dech straciło i — już! Na wieki zaniemiał! Tyle co do niemoty; a teraz, dlaczego on taki chuderlawy, cienki, bez żadnego ruchu, albo życia w ciele, i wiecznie wyprostowany, jak gdyby żerdź w nim tkwiła?
Tu już stary Grzegorz głos zabierał. Długo on żył na świecie, wiele pamiętał i widział; pamiętał też, jak matka niemowy z dalekich stron w te okolice przyszła, starą matkę swoją z sobą przyprowadzając i malutkie dziecko na ręku niosąc. Za robotą przyszła, a męża znalazła, drugiego męża, którego też niebawem odumarła, poczem ten ojczym w świat kędyś powlókł się, a babka wprędce oślepła i ot, dlaczego on jest sierotą i — nikogo na świecie swego, oprócz tej ślepej babki, nie ma. Może gdzie i ma, ale nie wiadomo, bo z dalekich jakichś stron pochodzi. A co do tej chuderlawości, to kiedy jeszcze niedorosły był, chłopcy, łowiący rybę w stawie, do wody go wrzucili, nie dlatego, broń Boże, aby utopić, ale dla żartów, aby z niemowy pośmiać się.
Było to cościś w parę tygodni po Różańcowej, kiedy woda w stawie robi się już bardzo zimna; tedy on, po tej kąpieli, długo chorzał i, choć potem niby ozdrowiał, ale na zawsze już taki nikczemny pozostał. A byłby może i duży chłop, bo w dłużynę urósł, tylko już w szerokość to za nic brać nie chciało i tak w nim cościś siadło, że wiecznie jest taki prosty, jakby żerdź połknął. Może go tam co we środku przy poruszeniach boli? Nie wiadomo. Kto może wiedzieć cokolwiek o człowieku, który mowy nie ma? Tak jak zwierzę: żeby je nie wiedzieć co bolało, nie powie, bo nieme jest.
Tak tedy ciemnota, sieroctwo i chuderlawość jego były wytłómaczonemi, ale nikt już zupełnie wytłómaczyć ani mógł, ani próbował tej grupki zmarszczek, które zbiegły się w jedno miejsce i legły na czole, nad samemi oczyma, ładnie ocienionemi przez gęste, blado-złote brwi. Nie miał snadź więcej nad lat dwadzieścia parę, a drobne rysy jego, bladą skórą powleczone, miały w sobie delikatność prawie dziecięcą. Więc to zbiegowisko zmarszczek nad twarzą, prawie dziecinnie drobną i delikatną, wyglądało jak znak zapytania, lub jak zagadka...
Dziecinną twarz mając, niedawno jeszcze doświadczał czasem napadów wesołości dziecinnej i z dziećmi po łące na wyprzódki biegał. Bo była tam, tuż za tym dworem, łąka piękna, wiecznie zielona, wązkim pasem ciągnąca się wzdłuż lasu, aż do cmentarza, który gromadę krzyżów wysokości różnej wznosił pod gęstą ścianą dębów i olsz. Ale w dzień letni krzyże cmentarne zupełnie prawie kryły się w gęstej zieleni drzew i była tam tylko łąka niezmiernie rozkwiecona, światłem słonecznem oblana, wesoła od świergotu niezmiernego mnóstwa leśnych ptasząt.
Z hałasem i śmiechami, w poranki niedzielne, wypadały dzieci z piekarni i biegły na tę łąkę, a Niemko, z pod ściany oficyny, patrząc na ich rozwiewające się włosy i migocące nad trawą stopy bose, poczynał uśmiechać się, poruszać rękoma, brwiami, nogami, aż puszczał się za niemi w pogoń. W szare płótno od stóp do głowy przyodziany, bosy, u skraju łąki stawał jak wryty i z coraz rozszerzającym się na twarzy uśmiechem patrzał. Złoto, kolorowo, jasno, wesoło...
Od różowych smółek, żółtych srebrników i czerwonego szczawiu, od błękitnego nieba, złotego słońca i zielonego lasu, od śpiewu ptaków i zapachu kwiatów, rozlewało się po niebie, po powietrzu i ziemi morze radości.
Świetną, wolną, gorącą tę radość uczuwały w krwi i małych móżdżkach dzieci, wrzaskliwie uganiające się po łące jedne za drugiemi, albo za motylami, albo za niczem; uczuwał je też Niemko i zrazu, do szarego słupka u skraju łąki sterczącego podobny, puszczał się w pogoń za dziećmi, chwytał je na ręce, podnosił wysoko, puszczał, chwytał znowu, okręcał się, rozwierał szeroko ramiona, podskakiwał — szalał.
Wtedy pod blado-złotemi brwiami oczy stawały się podobnemi do turkusów rozżarzonych, na zapadłe policzki występowały rumieńce i wargi zczerwienione rozwierał szeroki uśmiech.
Ale trwało to zazwyczaj krótko. Spadało nań niebawem coś podobnego do szczypców, gaszących świecę. Gasł, ramiona opuszczał i z zamkniętemi usty od gromadki dzieci w swawoli nieukróconych odchodził. Ale do domu nie powracał.
Niedziela. Do lasu wchodził i przez czas jakiś widać było wśród zieloności leśnej błądzący, szary cień. Od drzewa do drzewa mknął, czasem znikał za pniem rozłożystego dębu i znowu ukazywał się w smudze słonecznej.
Po co tak błąkał się i wałęsał w ogłuszającym świergocie ptactwa leśnego? — nie wiadomo; zdawać się mogło niekiedy, że przypatruje się drzewom, bo z podniesioną głową długo stawał nieruchomy, a niekiedy pochylał się i coś zrywał: jagody, czy kwiaty. Potem znikał w głębiach lasu i do domu powracał, gdy słońce zachodziło i ślepa babka, w stare płachty owinięta, siedziała pod ścianą piekarni na ławie.
Ktoś litościwy na dzień boży ją wyprowadził, w cieple słońca posadził i tak już do wieczora przesiedziała sama jedna, bo ludzie w dzień niedzielny rozchodzą się zawsze w różne strony. Więc gdy zamiast słońca nad lasem stawała czerwona zorza wieczorna, a na trawy, drzewa i budynki opadał zmrok, oni we dwoje tylko obok siebie na ławie siedzieli. W zmroku głowa ślepej babki, żółtą chustą obwiązana, wyglądała z dala jak przylepiony do ściany kwiat słonecznika.
Milczeli.
Świerszcze ćwierkały w trawach, nietoperz czasem krętym lotem prześmignął w powietrzu, od ogrodu dworskiego, od bramy otwartej na szeroką drogę, od stajen, obór, dochodziły głosy zwierząt, turkoty kół, ludzkie rozmowy i śmiechy.
— A co to tak zapachniało? czomber, czy co? — szepleniącym szeptem zapytywała ślepa babka.
Niemko głową trząsł w zmroku i, sięgając za koszulę, poczynał sypać na jej kolana garście kwitnących ziół leśnych, od których biły zapachy silne i w których wilgotną świeżość zatapiać się wnet zaczynały dwie drobne, wyschłe, trzęsące się ręce.
Mdła plama, od żółtej chustki pochodząca, zgasła już w zmroku. Stali się oboje podobnymi do czarnych cieniów na tle szarej ściany i milczeli.
Ostatniej wiosny przecież Niemko nie biegał już z dziećmi po łące. Nie wiadomo dlaczego, ale do krzykliwej i ruchliwej zabawy nie wmieszał się ani razu i tylko kiedy niekiedy, w niedzielne poranki czy południa, stawał u skraju łąki i całymi kwadransami tkwił tam nieruchomie, jak wkopany w ziemię słupek. Patrzał na złote, kolorowe, jasne, rozśpiewane święto natury, na biegające dzieci, latające motyle, przepływające w górze obłoki, a potem, do lasu wszedłszy, pomiędzy drzewami i zaroślami błądził, aż w głębokie cienie zanurzał się i znikał na długo... Lecz gdy powracał, ślepej babki pod szarą ścianą piekarni już nie znajdował.
Od czasu pewnego nigdy już z izby czeladnej nie wychodziła i nawet nie złaziła z pieca. On do niej tam szedł i na okrywające ją stare płachty rzucał przyniesione z lasu garście pomiętych za koszulą łodyg i kwiatów leśnych, poczem rozpoczynały się pomiędzy belką sufitu a wierzchołkiem pieca szepty, jak suche liście szeleszczące, stękania i kaszlania, długiemi ciszami przerywane, coraz dłuższemi, bo u końca zimy ślepa babka szeptała coraz rzadziej i krócej. Ustawały wieczne opowiadania jej, czy też może użalania się, lub napomnienia, których on do późnych nocy nieraz słuchał, aż ustały zupełnie i przez kilka tygodni ślepa babka, jak niema, leżała na piecu...
Zapytywali ją czasem litościwi ludzie: dlaczego nic nie je i nie chce na majowe słońce wyjść? albo: czy śmierć już blizko siebie czuje i czy prędko umrze?
Ale ona nie odpowiadała. Może myślała, że z odpowiadania żadnego pożytku nikomu nie będzie, może już siły do mówienia nie miała, albo przed śmiercią zgłupiała zupełnie? Nie wiadomo. Jak kłoda w grube płachty owinięta, leżała na piecu nieruchoma i niema, a twarzy jej pod belką sufitu wcale widać nie było.
Czy, leżąc tak, myślała dniami i nocami o czemkolwiek, o życiu, naprzykład, o śmierci, o tem, co było w życiu i co będzie po śmierci? nie wiadomo, ale jeżeli myślała, to — o Jezu!
Aż przyszła nakoniec taka minuta, że głośno krzyknęła:
— O, Jezu!
A potem, zaczęła na całą piekarnię wołać:
— Antoś! Antoś!
Nikt przypuścićby-by nie mógł, aby do tak głośnego wołania dość siły jeszcze miała w sobie, to też ludzie, którzy, tylko co powieczerzawszy, przy stole jeszcze siedzieli, wszyscy ku wierzchołkowi pieca popodnosili głowy, a Niemko jednym skokiem z kąta izby do pieca przypadł i, jak wiewiórka, w mgnieniu oka na nim się znalazł.
Antoni tedy na imię mu było? Nikt o tem nie wiedział, a jeżeli ktokolwiek ze starszych i wiedział, to zapomniał. Niemową był, więc Niemkiem go ludzie przezwali, a po imieniu nikt go oprócz tej ślepej baby nie nazywał i po niej nazywać nie miał.
Znowu szeptała i niektórzy ludzie bardzo już pilnie wieczora tego przysłuchiwali się jej szeptowi, bo wiedzieli, że był przedśmiertnym, a wszelkie rzeczy ze śmiercią związek mające zaciekawiają, jak przepaść, w której czarny otwór spoglądając, człowiek musi zapytywać: co tam na dnie? Ale cóż, skoro dogorywająca baba tak szepleniła, że kiedy niekiedy tylko słowo jakie, albo kilka słów, uchem pochwycić było można?
Zdaje się, że porównywała ludzi do paciorków, które ręka Boska na ziemię sypie i które padają rozmaicie: na jasne pagórki, albo w ciemne parowy, na kwiaty, albo na kamienie... i nie wiadomo, co z tymi paciorkami było dalej, tylko jeszcze potem coś o jakiejś Krystynie szeptała, a stary Grzegorz przypomniał sobie, że było to imię jej córki. Pewnie prosiła, aby ją obok Krystyny pogrześć, gdyż coś o mogiłce wspominała i już może potem w nieprzytomności przedśmiertnej bredzić zaczęła o jakichś sinych płomyczkach.
— Płomyczki sine! W nockę ciemną płomyczki sine... pod lasem... oddechy zmarłych... idź, popatrz... pacierz zmów... i mój tam zaraz będzie... płomyczek siny... w nockę ciemną...
Gospodyni głową trzęsła i do ludzi zaszeptała, że to ona o tych płomykach sinych, co to w niektóre noce nad cmentarzem...
— Aha! — zgodzili się ludzie i głowami kiwali, bo wszyscy nieraz widzieli te płomyki i rozmaicie o nich mniemali, że to dusze zmarłych, albo oddechy zmarłych, albo pełgania złota w ziemię zakopanego.
A tu stara na piecu jak nie zajęczy, to aż mrowie po wszystkich poszło.
— Biedaku ty! — jęczała — oj, biedaku ty mój serdeczny! wnuku ty mój rodzony! robaku mizerny... Paciorko w ciemny dół zatoczona. Stworzenie ty Boże...
Nagle przestała jęczeć. Może już zmarła? Nie, bo, po chwilowem uciszeniu się, zaszeptała znowu.
— Ojcze niebieski! Ojcze wszechmogący! Ojcze miłosierny! Antoś! Antoś! do Ojca idź! Ojca proś!
Poczem umilkła znowu, a ludzie, widząc, że nie zaraz jeszcze zbierze się jej na ostatnie konanie, posnęli i nie wiadomo, co potem przez całą noc działo się na piecu.
Ale nazajutrz koło południa, pod ścianą izby czeladnej, na ławie, leżała, w szmaty kraciaste owinięta, figurka mała, wyschła, sztywna, jakby z wosku ulepiona, bo kolor jej drobnej twarzy i małych rąk, u piersi splecionych, nie różnił się prawie od żółtej chustki, którą głowa była obwiązana. Trochę tylko błyszczących, jak srebro, włosów wydostawało się z pod tej chustki i nad oczyma, tak głęboko zapadłemi, że wyglądały jak proste jamy, srebrne brwi odrzynały się od żółtego czoła.
Obok tego nikłego, suchego, w powijaki z kraciastych szmat owiniętego trupka, Niemko siedział na stołku, cienki, sztywny, plecami do izby obrócony i wielką gałęzią zieloną szeroko powiewał. Muchy odpędzał, które brzęczącymi rojami napełniały izbę. Trwało to już od kilku godzin. Bo zrazu, gdy wnet po powstaniu ze snu ludzie spostrzegli, że baba na piecu nieżywa już leży, powstała tu zawierucha wielka. Chcieli, wedle zwyczaju, ubierać ją do trumny, ale z Niemkiem stało się coś nadzwyczajnego.
Nie płakał, nie lamentował, rąk nie załamywał, ale tylko nikogo do zmarłej dopuścić nie chciał. Na piecu siedząc, zasłaniał ją sobą i gdy tylko ktokolwiek zbliżał się, zaczynał robić łokciami, grozić pięściami i wydawać z gardła chrapliwe, ostre krzyki. Oczy przytem, w których żadna łza nie postała, iskrzyły się mu i zataczały po białkach, jak u oszalałego.
Nikt przedtem nie przypuszczał, aby mogło w nim być tyle złości. Wyglądał tak, jakby gotów był wszystkich zbliżających się pogryźć i pozabijać. Więc dali mu pokój ludzie i usunęli się, ciekawi, co dalej będzie. Lecz nie stało się dalej nic osobliwego; to tylko, że Niemko sam, własnemi rękoma, babkę do podróży wiekuistej ubrał.
Wiedział dobrze, gdzie i jakie były wszystkie jej szmaty, więc biegał po nie do skrzynki, jak wiewiórka zeskakując z pieca i znowu na piec wskakując.
Włosy jej czesał i w malutką koskę splatał; kraciastym kilimkiem, jak powijakiem, ją owinął, głowę owiązał żółtą chustką, na sztywne stopy trzewiki wciągnął; poczem, ciężar nieduży na ręce wziąwszy, z pieca go zniósł i na ławie położył. Przytem wszystkiem oczy miał wciąż suche, błyszczące, a zwykła kupka zmarszczek stała mu na czole, nad złotemi brwiami, nieruchomo. I na nikogo zupełnie nie patrzał, tylko, gdy ktokolwiek zbliżyć się próbował, łokciami poruszać zaczynał, chrapliwie krzyczał i oczy rozżarzały się mu, jak płonące węgle.
Ludzie też, wziąwszy ze dworu rozporządzenia co do pogrzebu i po wszystko, co było potrzebne, rozesławszy, a widząc, że nic do robienia i nikogo do pocieszania tu nie było, poszli każdy do swojej roboty. Izba została pustą i zapanowała w niej cisza; tylko przez pootwierane okna wlatywały szczebioty wróble, pianie kogucie i oddalone turkoty wozów.
Niemko siedział, plecami obrócony do okien, i zieloną gałęzią lipy w jedną stronę i w drugą szeroko w powietrzu kołysał. Odpędzane muchy brzęczącą chmurą unosiły się mu nad głową, a po twarzy ciekły jedna za drugą łzy obfite.
Prawie rytmicznie poruszała się w powietrzu zielona gałąź nad małym kraciastym trupkiem; prawie rytmicznie też ciężkie łzy, staczając się z policzków, padały na szare płótno koszuli. Muchy brzęczały i koguty za oknami piały jeden po drugim przeciągle.
W niewiele dni potem Niemko począł znowu chodzić na łąkę, ciągnącą się od dworu aż prawie po kraniec lasu, lecz nie czynił tego z rana, ani w południe, tylko wieczorem późnym, gdy wszystkie roboty swoje pokończył, a kolej nocnego stróżowania nie na niego przypadała.
W głębokiej ciszy gwiaździstego wieczora, kiedy, z rzadka tylko, w krzakach na łące rosnących odzywało się ćwierknięcie świerszcza, lub senne zatrzepotanie skrzydeł ptasich, widać było cień człowieka powoli posuwający się pod lasem i zanurzający się w zmrok olsz i dębów, wśród których niewyraźnie w nocy majaczyły linie wyższych i niższych krzyży.
Pomiędzy drzewami i krzyżami ziemia zbałwanioną tam była w mnóstwo malutkich pagórków, z których na jednym chłopi, drogą poblizką wozami jadący, spostrzegali czasem nieruchomo siedzący, wysoki, cienki cień. Spostrzegłszy go, żegnali go i konia przynaglali do pośpiechu tem pilniej, że z nad pagórków, nakształt jaskrawych motyli nocnych, wzlatywały czasem języczki sinego ognia, o których nikt nic na pewno powiedzieć nie mógł, oprócz tego, że były ponurą mową cmentarza, nocy i tajemniczych wnętrzności ziemi.
A cień siedział dalej na małym pagórku, pod szeleszczącą z cicha olchą, ze stopami w zroszonej trawie. Głowę czasem opierał o pień olchy, przymykał powieki i drzemał.
Ale najczęściej oczy jego szeroko były otwarte na ciemność nocną i na wyrywające się z pod ziemi sine płomyki. Podleci czasem płomyk taki z nad blizkiego pagórka, chwiejąc się i migocąc pobłąka się nieco w gęstym mroku i nad samą głową jego gaśnie; a tu, natomiast, dwa inne wzlatują znowu i jeden za czarnym pniem drzewa migoce, a drugi na przestrzeni wolniejszej pała sinym ogniem, wzbija się wysoko i kędyś, w gęstych konarach dębu, gaśnie, gdy u brzegów cmentarza wybłyskują i po ziemi pełzają, lub w krzakach błyskają coraz inne...
Niekiedy, w mdłym blasku tych napowietrznych świec nocnych, widać parę oczu ludzkich, powolnem spojrzeniem loty ich ścigającą, albo wodzącą po trawach mokrych od rosy, zbałwanionych od pagórków i jak mdłemi gwiazdami usianych baldachami wielkich białych kwiatów. Gdy nie drzemał i nie spał, o czem w te długie godziny nocne, wśród płomyków i ziół cmentarnych, myślał? i czy zresztą o czemkolwiek myślał? Nie wiadomo. Do dworu przed samym świtem powracał i, co prędzej chwyciwszy na ramiona drąg z uwiązanemi po obu końcach wiadrami, mokry od rosy nocnej, oczepiony we włosach i na siermiędze liśćmi i ziołami, błękitne światło brzasku długą i cienką pręgą przerzynając, szedł do studni po wodę.
Przyszedł jednak taki dzień, w którym olśnił go i wrzątkiem w żyły jego wpłynął blask złotego słońca.
Było to w czerwcu. Nad światem panował dzień długi, pogodny, błękitny, kwiecisty. Słońce, zniżając się ku zachodowi, zatapiało w zwierciadlanej szybie stawu pasma złotych, drgających swych włosów. Z tą szybą stawu, z rosochatemi nad nim wierzbami, z miliardem kwiatów rozsianych wszędzie i drugim miliardem dźwięków owadzich, ptasich, zwierzęcych, krajobraz stał pod błękitną kopułą nieba świetny, lśniący, wrzał jeszcze życiem dziennem i już zapadał w marzenie wieczorne. Na tle zaś krajobrazu kolorowo i wypukle odrzynała się postać kobieca, zwolna brzegiem stawu po wodzie krocząca.
Była to duża i silna, kształtna i piękna dziewczyna wiejska, która brzegiem stawu, jakby cudem szła po błękitnej wodzie. Ale cudu nie było w tem żadnego, ponieważ u brzegu staw miał wodę płytką i tylko gdzieniegdzie znajdowały się w niej miejsca niebezpieczne. Jedną ręką przyciskając do piersi zwój świeżo upranych płócien, dziewczyna trzymała w drugiej wysoką żerdź, którą gruntowała przed sobą wodę, szukając zapewne miejsca, na którem mogłaby jak najlepiej ukończyć robotę prania. A tymczasem wyglądała, jak królowa wód. Wysoka, silna, prosta, oczy miała z topazów, a usta z koralu; żerdź jej pobłyskiwała u szczytu złotą iskrą. Wśród kolorowych paciorków, które opływały piersi, błyszczały srebrne krzyżyki i medaliki.
Jaskrawa i połyskująca szła w łagodnych światłach nadchodzącego wieczora i nogami, do kolan tylko okrytemi czerwoną spódnicą, a jakby z pozłacanego bronzu wytoczonemi, roztrącała błękit wód w tysiąc srebrnych fontann.
Nagle spojrzeniem spotkała się z czemś, co usta jej otworzyło szerokim uśmiechem. Spotkała się spojrzeniem z cienką postacią Niemka i z wlepionemi w nią jego oczyma.
Stał u brzegu stawu, chudą szyję w kierunku jej wyciągał, a wlepione w nią oczy miały w sobie tyle zachwycenia i podziwu, takie były rozżarzone i razem załzawione, że ta najpiękniejsza w całej wsi dziewczyna aż zaśmiała się głośno.
Od śmiechu tego Niemko poruszył się i ramiona mu, jak skrzydła ptasie, u boków zatrzepotały. Zaśmiał się także ochrypłym, gardłowym śmiechem i tak pochylił się naprzód, jakby chciał rzucić się na wodę i czołgać się po niej ku jej stopom. A ona zbliżała się wciąż z podniesioną twarzą, z oczyma błyszczącemi, jak ciemne topazy, ukazując perłowe zęby w koralach warg uśmiechnionych. Wtem zniknęła.
Jak widmo, czy sen, w jednem mgnieniu oka zniknęła i tylko w tem miejscu, gdzie wznosiły się przedtem jej wypukłe, potężne, jaskrawe kształty, woda kotłowała i rozbiegała się w szerokie kręgi.
Zapatrzona w oczy, które ją wielbiły, rozśmieszona nędzną postacią, od której bił ku niej ten hołd namiętny, nie zgruntowała żerdzią wody i, grunt pod nogami nagle straciwszy, opuściła się w głębinę. Lecz w temże samem prawie mgnieniu oka na brzegu rozległ się krzyk przeraźliwy i Niemko również zniknął w wodzie.
Krótką chwilę trwała walka, aż ze wzburzonych nurtów wyraźnie wychyliły się migocące w nich przedtem kształty i dwoje ludzi zziajanych, ociekających wodą, z oczyma obłąkanemi przestrachem, stanęło na gęstej murawie wybrzeża.
Pięknej dziewczynie nic złego się nie stało, skąpała się tylko i napiła trochę wody, a teraz, westchnąwszy głęboko i rękoma powiódłszy po mokrych włosach, które ciężką, bronzową falą okryły ją do pasa, rozpaczliwym ruchem ramiona wyciągnęła nad wodą i w głos zalamentowała:
— O Jezu! o Jezu! Jezu!
Płachty jej świeżo uprane pływały po wodzie. Twarz z wykrzywionemi od żałości ustami ku Niemkowi obróciła.
— Pozbierajcie! Zlitujcie się, pozbierajcie!
Ciężko dysząc, ostatka sił dobywając, brnął po wodzie, miejscami płynął i zbierał, zbierane przedmioty wynosił na brzeg i u stóp jej na trawie składał. Ona pochylała się i brała na ramię podniesione z trawy płótna. Gdy ostatnie przyniósł i, wyprostowując się, podnosił ku niej twarz oblaną wyrazem bezdennej pokory, uśmiechnęła się znowu i jedną ręką mokre płótna do piersi przyciskając, drugą po czole i policzkach głaskać go poczęła. Czyniąc to, nie mówiła nic, tylko uśmiechała się ciągle koralowo i perłowo, a w źrenicach jej migotała zalotna figlarność.
Wtedy z nim stało się coś nadzwyczajnego.
Chuda, blada, biedna twarz, ociekająca wodą, stanęła mu cała w płomieniach i promieniach, upadł na trawę i, objąwszy nogi jej, począł lgnąć do nich głową, piersią, ustami. Wydawał przytem krzyki, do żałośliwego skomlenia psa podobne.
Czy dziewczyna zlękła się tego kalekiego głosu, albo może wstrętem przejęły ją dotknięcia czoła i ust jego, dość, że cofnęła się i z brwią zmarszczoną, z zagniewanemi ustami odeszła.
On został chwilę na ziemi i w przykucniętej postawie wiódł za oddalającą się spojrzeniem błędnem, żałosnem, a potem podniósł się i, dygocąc z zimna, poszedł za nią.
Ramiona przyciskał do piersi i trzęsące się z zimna ręce przykładał do ust zsiniałych; kupka zmarszczek stała mu nieruchomo nad blado-złotemi brwiami, z pod których oczy nie przestawały ścigać odchodzącej dziewczyny.
Tak za nią, idącą w płaszczu mokrych włosów, szedł brzegiem stawu i tak, jedno za drugiem, staw okrążywszy, szli ku wsi, niedaleko w różowym pyle szarzejącej.
Od tego wieczora Niemko nie chodził już wcale na cmentarz, nad którym wzlatywały nocami sine płomyki.
Zaświeciło mu przed oczyma to słońce ogromne, w którego światło i gorąco motylimi rojami wlatuje wszystko, co żyje. Spojrzał w samą twarz rozkwitłemu latu. Padła na niego kropla zdroju, w którym warzą się miody ziemi. Co czuł i czy jakiekolwiek imię uczuciu swemu nadawał, czy radował się czemkolwiek, albo spodziewał się czego i czy znane mu były imiona nadziei i radości, nie wiadomo; ale zimnej rosy cmentarnej i sinych oddechów umarłych już nie chciał.
Ilekroć drzewa nie rąbał i wody nie nosił, do wsi poblizkiej szedł, tam do chaty Nastki Harbarówny cichutko się wsuwał i u jakichś drzwi, czy u jakiej ławy na ziemi przykucnąwszy, oczyma za nią, rzeźko po chacie krzątającą się, wodził, albo, gdy opuszczała chatę, o kilka kroków za nią wlókł się. Lecz cokolwiek robiła i gdziekolwiek znajdował się z nią razem, w izbie, na obejściu, na polu, nad stawem, zawsze i wszędzie, oczy jego zdawały się oczekiwać, czatować, czyhać na oddanie jej jakiejkolwiek przysługi.
Sposobności do tego zdarzały się rzadko; dziewczyna była silna, pracowita i pomocy nie wzywała nigdy, lecz on uprzedzał jej żądania, a gdy nic już lepszego uczynić nie mógł, to drogę jej niekiedy zabiegał i z pod stóp odrzucał na stronę suchą gałąź lub kamyk. A ilekroć to czynił, zawsze podnosił ku niej wzrok gorejący, albo przygasły i smutny, tak, jakby nim prosił ją o coś, lub o czemś jej przypominał.
Czy ogniem i słodyczą na zawsze zapadło w niego wspomnienie przelotnej jej pieszczoty i usiłował zasłużyć na podobną znowu? czy pragnął i jak pragnął, aby raz jeszcze przybliżyła mu rękę do twarzy i pogłaskała nią jego czoło i policzki, nie wiadomo; ale wkrótce wieś cała zaczęła go nazywać cieniem Nastki Harbarówny i śmiać się z niej, że zdobyła sobie takiego wielbiciela, czy konkurenta.
Było to zupełnie tak samo, jak gdyby kominiarz rozkochał się w królewnie. Ludzie drwili z obojga, a królewnie nie w smak poszło pośmiewisko ludzkie. Przedtem, pamiętając zapewne, że życie jej, to jej kwitnące i siłą wezbrane życie, uratował, kiedy niekiedy przemówiła do niego żartobliwie lub życzliwie, podziękowała za coś przyjaznem skinieniem głowy, a raz nawet podała mu do zjedzenia misę strawy, i innym razem rzuciła w niego, jak purpurową kulę, zmiętą w ręku georginię. Wtedy wielki, zmięty kwiat, ugodziwszy go w sam środek piersi, upadł na ziemię, a on, śpiesznie go podnosząc, śmiał się tak, jak przedtem nigdy się nie śmiał, z piersią drżącą od rozkoszy i oczyma pełnemi srebrnych mgieł. Kiedy więc teraz na widok jego marszczyła brwi i wzgardliwie wydymała wargi, a czasem to i wprost mówiła, żeby szedł sobie precz i dokuczać jej przestał, wszystkie ruchy i rysy jego wyrażać poczęły niezmierne zadziwienie i zlęknienie.
Za co? dlaczego? Czy podobna? mówić zdawały się wątłe plecy jego, pokornie do ściany przyciśnięte, chuda szyja, wyciągnięta naprzód, błędne ręce, szukające dla siebie miejsca i nigdzie go znaleźć nie mogące, kupka zmarszczek, poruszająca się nad blado-złotemi brwiami, które, podniesione wysoko, dziwiły się bez granic: za co? dlaczego? czy podobna? Było to przecież tak dalece podobnem, że raz zmuszony został wyjść z chaty Naścinej i nigdy już do niej nie powrócić.
Pewnego dnia, gdy nad wieczór wsunął się do Harbarowej izby, dużej i widnej, znalazł tam, oprócz Nastki, młodego i przystojnego parobka, który, u okna siedząc, wesoło rozmawiał z krzątającą się dokoła pieca dziewczyną. Więcej nikogo w izbie nie było; matka tylko tuż za oknem grzędę pełła i dzieci hałaśliwie bawiły się na podwórku.
Na obecność gościa Niemko żadnej uwagi nie zwrócił, chociaż Nastka, śmiejąc się i uwijając, często ku niemu błyszczącemi oczyma strzelała. Czy nie rozumiał, że gość ten był miłym dziewczynie? Czy nie wiedział, że był to syn najbogatszego we wsi gospodarza i mógł ją sobie zabrać na zawsze? Nie wiadomo, ale zwyczajem swoim, pod ścianą stanąwszy, na dziewczynę tylko patrzał i wszystkie zmiany, które w twarzy jej zachodziły, jak w wiernych echach powtarzały się w jego rysach. Gdy śmiała się — śmiał się, gdy dziwiła się czemuś, co przystojny chłopiec mówił — ze zdziwieniem brwi podnosił, gdy wstydliwość, czy radość wzmagały jej rumieńce — zapalały się i gorzały mu od nich oczy.
Wtem Nastka, parę grubych polan z ziemi podniósłszy, zaczęła je do okopconego piecowiska wkładać. Wieczerzę zamierzała gotować i ogień musiała rozniecić.
Młody chłop, z fantazyą na ławie rozparty, ani drgnął, ale Niemko swoim zwyczajem do drzewa przyskoczył, chcąc wyręczyć dziewczynę, jak to nieraz już przedtem czynił, gdy ona tymczasem po wodę, albo i tak sobie, nic nie robiąc, na ławie siadała.
Ale tym razem, w obecności miłego konkurenta, usłużność Niemka zawstydziła, czy zniecierpliwiła Nastkę.
— A idź-że sobie raz ode mnie! — chmurnie brwi marszcząc, zawołała, a gdy on na wykrzyk ten nie zważając, z gardłowymi krzykami, usłużny, natarczywy, próbował jeszcze polana z rąk jej odbierać, uderzyła go ściśniętą pięścią tak, że aż się pod ścianę potoczył.
Nic osobliwego, że taka tęga, silna dziewczyna aż pod ścianę takiego mizeraka odepchnęła. Ale on nie czuł obrazy, może nawet nie wiedział, co to takiego obraza, i odepchnięty, wnet znowu do niej przystąpił, obie ręce pod brodę kurcząc, bardzo zmartwiony, wlepionemi w nią oczyma pytając z gwałtem i smutkiem: za co? dlaczego?
A ją ogarnęła ostateczna już niecierpliwość i z oczyma, jak rozżarzone topazy błyszczącemi, krzyknęła:
— A czy nie pójdziesz ty choć raz ode mnie, utrapieńcze! Jak przyczepił się, tak i rady już żadnej na niego nie ma! Krzyczeć nie krzyczeć, bić nie bić, wszystko mu jedno, jak psu!
Tak była rozgniewana, że aż płacz drgał jej w głosie.
Wtedy parobczak, jak młody dąb wysoki, wysmukły, zgrabny, wstał z ławy i, drocząc się z dziewczyną, śmiejąc się, żartując, bez cienia gniewu, niedbale, jakby źdźbło słomy z ziemi podejmując, wziął Niemka za kołnierz siermięgi i, nie patrząc nawet na niego, za próg go wypchnął.
Potem drzwi chaty Nastkowej zamknęły się ze stukiem i wybuchnęły za niemi rozmowy i śmiechy dwóch wesołych głosów. Niemko zaś, nie oglądając się i głosu z siebie nie wydając, powoli przesunął się przez wieś, przez kawałek pola, okrążył staw i, jak wkopany w ziemię słupek cienki i szary, stanął w tem jego miejscu, na którem Nastkę od utonięcia wyratował. Łzy ciekły mu po twarzy to rzadkie, to rzęsiste; ręce splecione do ust przyłożył i, patrząc w wodę, dumał. Zmrok zapadł zupełny i wieczór był już późny, a on stał ciągle nad wodą i, płacząc to rzadkiemi, to rzęsistemi łzami, głęboko dumał.
O czem? Nie wiadomo.
Ale do chaty Nastki nie poszedł już ani razu i wogóle nigdzie nie chodził, tylko, na piecu w piekarni leżąc, ciężko chorzał. Lekarza nawet dobrzy ludzie parę razy do niego przyprowadzali, ale lekarz nic pomódz nie mógł.
Ciężka choroba siedziała w nim już od dawna, ale była łagodna, a rozsrożyła się dopiero od tej zimnej kąpieli, którą wziął przy ratowaniu Nastki, od tych długich, to rzadkich, to rzęsistych łez. Jakkolwiekbądź Niemko z piekarnianego pieca już nietylko po dawnemu, jak wiewiórka, nie zeskakiwał, ale nawet wcale nie złaził, kaszląc, chrapliwie oddychając, nic prawie nie jedząc i nocami nie śpiąc.
Dość ciekawą byłoby rzeczą wiedzieć, co on mógł myśleć i czuć w te bezsenne noce, gdy za drobnemi szybami piekarni świeciły na ciemnem niebie gwiazdy, lub gdy deszczyki letnie uderzały o nie ze słodkim, monotonnym szmerem. Czy tęsknił wówczas do starej babki, która niegdyś, na tym piecu i o takiej nocnej porze, szeptała mu różne opowieści, upomnienia, modlitwy? Czy myślał o tem, że wkrótce znajdzie się tam, gdzie ona teraz była i zacznie z pod mogiłki sinym płomykiem oddychać? Czy w gorączkowych rojeniach widywał przed sobą Nastkę w paciorkach czerwonych i błękitnych, idącą po wodzie stawu, z błyszczącą u szczytu żerdzią w ręku? Czy wreszcie zrozumiał, że ten silny, zgrabny, piękny parobek, który, jak źdźbło słomy, wyrzucił go za drzwi jej chaty, to przyszły jej mąż, który ją weźmie sobie na całkowitą i wiekuistą własność?
Pewna to, że, samotny zupełnie w długie szeregi godzin nocnych i dziennych, musiał coś czuć — myśleć i wspominać.
Trwało tak kilka tygodni, aż raz, niewiele przed wieczorem, do zupełnie pustej piekarni przypłynęły z dala przez otwarte okna nuty chórem śpiewanej pieśni.
Zmierzch był przepyszny: po błękitnej kopule nieba snuły się obłoki kolorowe i błyszczące, w zaróżowionem od zachodnich świateł powietrzu stało parne nieco ciepło i latały orzeźwiające wietrzyki, szerokie rżyska za dworem leżały w złotym blasku i rumianych smugach. Drogą pomiędzy rżyskami, wśród rzędów wierzb i topoli, posuwała się ku bramie dworu duża gromada kobiet wiejskich i na tle drzew zielonych, pałając od czerwieni i szafiru strojów, pobłyskując w rękach lub na ramionach stalą sierpów, śpiewała:

Plon niesiemy, plon!

Były to dożynki.
Na spotkanie jaskrawego i śpiewającego chóru, który nadchodził, dziedziniec dworski wrzał ruchem i gwarem. Były i tu, dokoła stołów białemi płótnami okrytych i sutem jadłem zastawionych, stroje od tamtych różne, lecz barw i połysków pełne, głosy rozmawiające i śmiejące się, krzątanina, bieganie od ganku ku stodołom, po drogach od żółtego żwiru złotych, po trawie, dokoła kwiatów. Uciecha ta podążyła z pola, uciecha wychodziła na jej spotkanie z domu; górą szły z kominów dymy rumiane i złote: w dole stubarwne astry łanami kwitły i potokami lały się wonie lewkoniowe.
Nakoniec, jaskrawa i śpiewająca gromada w bramę dworu weszła i rozpoczęła tryumfalny, powolny pochód przez kolorowy, słoneczny, rozradowany i rozwoniony dziedziniec.

Plon niesiemy, plon!

Na przedzie, wyosobniona z tłumu, sama jedna, szła zwycięzczyni żniw tegorocznych, Nastka Harbarówna. Nietylko najpiękniejszą, ale też najpracowitszą była ze wszystkich dziewcząt swojej wioski; taką to już bogatą rosę darów posypało na nią niebo. Spódnicę miała w kolorowe kraty, na kształtnej piersi podwójną ilość paciorków i medalików, a nad czołem, pomimo letnich znojów białem i od radości promiennem, ogromny, strzępiasty wieniec z kłosów, przetykanych gronami jarzębin i kalin. Pod wieńcem tym oczy jej gorzały, jak rozpłomienione topazy, i policzki rumieniły się, jak stulistne róże. Tak w tryumfie swym szła przed gromadą, koralowe usta otwierając w śpiewie, wysoka, silna, płodami pola ukoronowana, jak wieszczka pól, lub jak wcielenie żyznego lata.
Jednocześnie z wejściem żniwiarek na dziedziniec, od tej jego strony, w której znajdowała się oficyna z piekarnią, iść poczęła po trawie postać wysoka i niezmiernie wątła, cała naprzód podana, w długiej siermiędze, z głową okrytą blado-złotymi włosami.
Był to Niemko.
Usłyszał na piecu zbliżającą się pieśń żniwiarek, wiedział, że to pieśń dożynkowa i może domyślił się, że Nastka przodownicą jest w tym roku, tak samo, jak była już w zeszłym. Czy raz jeszcze zapragnął ujrzeć dziewczynę? Nie wiadomo; dość, że szedł, ale nie trzymał się już tak sztywno, jakby żerdź w nim tkwiła, przeciwnie, pochylał się naprzód, całym sobą kłonił się ku ziemi, a na twarzy wychudłej miał wyraz niewymownego cierpienia. Szedł jednak i nawet kroku przyśpieszał, chcąc snadź w oddaleniu zrównać się z przodownicą i na nią spojrzeć.
Jakoż, choć nogi plątały się mu kilka razy tak, że o płot oprzeć się musiał, dosięgnął celu swego, znalazł się z przodownicą na jednej linii i począł iść zwolna z twarzą ku niej obróconą. Patrzał na nią z daleka, ale ciągle, a że przez to nie widział tego, co pod nogami było, więc wstąpił w klomb wysokich astrów i lewkonii, które go aż do pasa oblały powodzią różnobarwnych kwiatów.
Ale on kwiatów nie spostrzegał, wychylał z prześwieżej ich toni twarz oblaną rumieńcem gorączki, z kroplami potu na zmarszczonem czole, i z nad kwiecistej gęstwiny patrzał na nią, gdy, jak obraz bujnego lata, przed gankiem stanęła i gdy, pochylając się w głębokim ukłonie, pełnym siły i gracyi ruchem zdejmowała z głowy swój kłosisty, ogromny wieniec i do kogoś stojącego na ganku mówiąc, poruszała koralowemi wargami, a oczyma, jak roziskrzonemi topazami, świeciła. Aż przysłaniać ją zaczęła gromada cisnących się ku gankowi, rozgadanych i roześmianych kobiet, a równocześnie, u stołów, białem płótnem okrytych i jadłem zastawionych, ozwały się pierwsze pociągnięcia smyczkiem po strunach, pierwsze pohukiwanie basetli i dudnienie bębna. Już wkrótce, po zakosztowaniu biesiady, tańce dokoła stołów biesiadnych rozpocząć się miały.
Wtedy Niemko z trudem ogromnym wydobył się z klombu pełnego wysokich kwiatów i bardzo powoli, pod samemi sztachetami idąc i o sztachety wspierając się, wszedł do ogrodu.
Wielka aleja lipowa była pusta; cały ogród był pusty; wszystko, co w tym dworze żyło, znajdowało się na dziedzińcu. Tą aleją, którą tyle razy przebywał w noce zimowe, Niemko i teraz szedł, ale gwizdawki do ust, jak wówczas bywało, nie przykładał.
Szedł bardzo cicho i bardzo powoli, pod zwieszającemi się nizko, ciężkiemi od liścia gałęźmi lip, a za nim biegły od dziedzińca nuty skrzypiec i pohukiwania basetli i bębna. Za lipami zielonym szlakiem trawa rosła, a za trawą i sztachetami, leżało w cichej pogodzie, złote, milczące rżysko.
U końca alei kaplica stała milcząca także, z rubinami wysoko pałającymi w szybach okien.
Niemko chciał u drzwi jej przyklęknąć, ale nie zdołał. Zachwiał się, obie ręce oparł o ścianę i chwilę odpoczywał z głową zwieszoną, ciężko dysząc. Potem drżącą ręką popróbował klamki, z trudem otworzył drzwi i, do mrocznego wnętrza wszedłszy, cicho je za sobą zamknął.
Czy po umierającej głowie kręciło mu się upomnienie starej babki: «idź do Ojca»?




Nazajutrz z rana służba, przychodząca uprzątać kaplicę, spostrzegła w najciemniejszym jej kącie jakiś szary, skurczony cień.
Był to Niemko, od kilku godzin już nieżywy.
W najciemniejszym kącie kaplicy siedział skurczony, do ściany przyciśnięty, z brodą opartą na splecionych rękach i kupką zmarszczek nad wysoko podniesionemi brwiami. Tak zastygł.
Czy brwi podniosły mu się wysoko od grozy, od bólu, od jakiegoś ostatniego, zadziwionego pytania? Czy, gdy żył jeszcze i tak w kącie siedział, złote gwiazdy przez okna kaplicy patrzały na niego i czy on na nie patrzał? Czy dochodziły tu z dziedzińca dźwięki skocznej muzyki i czy on je słyszał? Czy lipy za oknami szeptały mu długie, wieczne dobranoc?
Nie wiadomo.



Przędze ornament 3.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.