Ciche, samotne rzędy wierzb

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Dzwonki sanek Nie zgasłaś, pieśni • XIII. Ciche, samotne rzędy wierzb • Jan Kasprowicz Fragment
Dzwonki sanek Nie zgasłaś, pieśni
XIII. Ciche, samotne rzędy wierzb
Jan Kasprowicz
Fragment
ze zbioru Dzieła poetyckie Tom 4

XIII.

CICHE, SAMOTNE RZĘDY WIERZB.

Ciche, samotne rzędy wierzb nad rzeką!
W godzinach zmierzchu, w dni, okryte szronem,
Gdy z pustej izby uchodzi w daleką
Przestrzeń ma dusza i broczy w czerwonem
Morzu promieni, które sennie cieką
W głębinę śmierci, melodyjnym tonem
Tak ją przynęca ten wasz smętek mnogi,
Że choć ma Raj przed sobą, staje wpół swej drogi...

Staje i wzrok swój, ze wzruszeń pobladła,
Szle na rozległy obszar pól, przecięty
Strugą srebrzystą, nad którą widziadła
Pni waszych starych wypuszczają pręty
Błękitnych tęsknic, i, łaknąca jadła
Wspomnień wiośnianych, zrywa ledwie wszczęty
Sen o zaświatach, by, łzami rzewnemi
Zalana, z bolem dziecka tulić się do — ziemi...

Ciche, samotne rzędy wierzb! Niewiele
Wchłonęła ona uciechy w tej kaźni
Ludzkiego życia; lecz, jeśli wesele
Możnaby twórczym rylcem wyobraźni
Wykuć w kosztownem, marmurowem dziele,

Jak na posągach ci wodzowie głaźni,
Błogosławiący zwycięskiej potrzebie,
To w wasze-li wspomnienie wrzeźbiłaby siebie...

Tak! Nie wiedziała ma dusza i nie wie,
Co znaczy spokój. Cisza przenajświętsza,
Drzemiąca w mroków świątynnych zalewie,
Była jej obcą!... Precz od swego wnętrza
Mknęła, jak z gniazda na bezlistnem drzewie
Ucieka ptactwo, gdy się nad niem spiętrza
Zwał chmur, nasycon strawą burz, a przed nią
Biegł goniec z nowych szarpań gorzką przepowiednią.

Jak ten wędrowiec, któremu się spieszy
Wyjść z ciemnych gąszczy, albowiem ostatni
Gaśnie już odblask promienistej rzeszy
Ogni wieczornych, zabłąkanych w matni
Głuchego lasu, tak ona, pieleszy
Syta ojczystych, syta ciżby bratniéj,
Chwiejne, bywało, skrzydła rozprzestrzenia
Ku krajom cudzoziemskim, ku strefom wytchnienia.

Szła, gdzie przedziwne huczą wodogrzmoty,
Spływając szumną, kroplistą kurzawą
Po alabastrach gładkich ścian na złoty
Piasek przydrożny; szła z swą raną krwawą
Ku tym powiewom ukojnej pieszczoty,
W których, za wiatru łagodnego sprawą,
Drżą przerozkosznie eukaliptów wierzchy,
W bajeczne, w czarodziejskie zapatrzone zmierzchy.

U lodowcowych spoczywając zboczy,
Głos swojej skargi, nie słyszan przez ludzi,
Słała ku szczytów śnieżystej przezroczy,
Zali współczucia w ich wnętrzu nie zbudzi:
I wraz się echo rozlewne potoczy
Głębią przestworów i takiem ją złudzi

Brzmieniem organnem, jakby głąb daleka
Zmieniła w wielkie szczęście wielki ból człowieka.

Albo się pięła na skalne urwiska,
Wzrokiem rozległe obejmując kręgi,
W mżach zatopione błękitnych i, blizka
Zmilkłej, tajemnej niebiosów potęgi,
Która wokoło chłodne światło ciska
Na fale świerków, na drzemiące łęgi,
Precz usuwała granice pomiędzy
Władaniem zbawczej śmierci i żywota nędzy.

Nad jeziorami błądząc, na pół senna,
Śledząc radosne łodzie po lazurze,
Słonecznych pełne uśmiechów, lub z lenna
Zagasłej chwały, z ruin, jasne róże
Rwąc w zamyśleniu, albo bezimienna
W swych towarzyszek głośnym krocząc chórze
Po marmurowych willach, rozkosz świata
I smutek przenajgłębszy w jedną nicość splata.

A w tych wędrówkach, wzniosłą czy powszednią
Wlokła się drogą — czyż były godziny,
Ażeby naraz, jakby przepowiednią
Kary brzemienne przypomnienie winy
Nieopłaconej, nie ozwarł się przed nią
Mrocznych przepaści ten widnokrąg siny,
Za mgłą ukryty niezmierną, daleką,
Z samotnym, cichym rzędem starych wierzb nad rzeką?

Gdzież jej, tak biednej, a tak winnej duszy
Mdlejące żądze ukojeń nie wiodły?!
W katedr potężnych uroczystej głuszy
Stawała, nieme odprawiając modły;
Wsparta o filar, ani się nie ruszy,
Patrząc pokornie w ten półblask wychłodły,
Gdzie na ołtarzach, przystrojonych w zieleń,
Rozlewa się przedziwna tajemnica Wcieleń.


Pomiędzy kolumn bazaltowych rzędy,
Które się przed nią, niby żywe, snuły —
Strzelistych duchów wymowne legendy —,
Kroki swe niosła i swój umysł, czuły
Na gigantyczne gwary i rozpędy,
Rozgrane w ciszy stuleci, kopuły
Wypełniającej wielką ceremonią
Nabożeństw, co zagasły, a jednak się płonią...

Popod kamienne cisnęła się wnęki,
Okiem, rozwartem od nagłej zadumy,
W cudownych rzeźbach śledząc boskiej ręki
Ukryte piętna, czując, że rozumy
Ludzkie bez skutku odgadują męki
Twórczej rozkoszną tajemnicę, w szumy
Niebiańskich skrzydeł zaklętą, bez końca
Pchającą swych wybrańców do wiecznego słońca.

Pod grobowcami stając, prowadziła
Niemy rozhowor z tęsknicą rycerzy,
Wykutych w głazie: bo taka w nich siła,
Taki hart życia w ich spojrzeniu leży,
Iż porfirowa niejedna mogiła
Zda się nie grobem, ale jest jak świeży
Namiot śród pola i że świat z tej kuźni
Nowego bohaterstwa na czyn się nie spóźni...

Surowi święci, którym nieuchronny
Cień śmierci okno przysłonił w godzinie
Rannych przebudzeń, okno w nieboskłonny,
Bezmierny przestwór; chmurne prorokinie
I życiodajne, przejasne Madonny,
Ciała pokutnic, złorzeczących winie
Łzą i źrenicą, zwróconą ku wyży,
Skąd spływa odpuszczenie na ramionach krzyży —

Obrazy sądu, huczące surmami
Archanielskiemi swoich twórców imię;

Wizye zmartwychwstań, zespolonych z nami
W jakieś pragnienie barwne i olbrzymie,
A melodyjne, że my, zda się, sami,
Acz wychowani w mętach łez i w dymie
Złudnych nadziei, lecim mocą Łaski
W promienną, dźwięczną prawdę, w zmartwychwstanne blaski.

Tych wszystkich uciech drogocenną czaszę,
Cyzelowaną w złocie, chyli do dna,
Przy świętej uczcie korna, jako ptaszę,
A jednak dumna, górna i swobodna:
Wszystko to — mówi — zwiastowanie nasze!
Wszystko to ducha urodziła płodna
Moc na świadectwo, że jesteśmy z Boga,
Że k’Niemu przez te twory ludzkie idzie droga!

I ślubowania niewymowne czyni
I niewymowne szczęśliwości marzy:
Męczeńskie lilie zakwitają przy niéj,
Bicze jej niosą pustelnicy starzy;
Na odgłos kroków w bezludnej świątyni,
Odbijających się od snu witraży,
Całe procesye w jej oczach się rodzą
I kroczą pod wielkiego Tworzyciela wodzą.

I ona idzie z niemi: Panie! Panie!
Wesoła śpiewam przed Twą świętą arką!
Żadnego bolu szpon mnie nie dostanie
I żaden ciężar nie będzie mym barkom
Silnym za ciężki!... I anielskie granie,
Urągające doczesnym jarmarkom,
Wtórzy jej hymnom — wspaniała muzyka,
Co duszę żądzą wzlotów nadziemskich przenika.

Z ołtarnych płócien, z ścian, co chwałę wieszczą
Twórczej wszechmocy kolorów wymową,
Schodzą Madonny i słodko ją pieszczą;
I Chrystus rękę swą mozaikową

Wyciąga ku niej; i ona tym dreszczom
Cała się podda i, z wzniesioną głową,
Snać skamieniawszy w przeźroczym zachwycie,
Jednę li widzi przestrzeń: nieśmiertelne życie!

Melodye płyną do jej wnętrza — pieśni,
Które z mistycznej swobody wysnuli
Mistrze, dławiący się w więziennej cieśni
Tej gwiazd wpółzgasłych pobratymczej kuli;
A ona, płonąc ogniami, jak trześni
Dojrzały owoc, w te dźwięki się wtuli
I, snać dojrzała pragnieniem wieczności,
Już czeka, aby w rajskie zaniosły ją włości.

A gdzieś z oddali, do stóp jej się ciśnie
Sinawa smuga — to błyska, to gaśnie,
To się podnosi, to dołem zawiśnie
Jak na moczarach owe błędne jaśnie,
Które wędrowcom, jak gdyby rozmyślnie,
Rzucają w serce niepewności waśnie
I, na bagniste zawiódłszy rozdroże,
W sitowiach ostateczne ścielą dla nich łoże.

I, jak różańca rozrzucone ziarna,
Sypią się na nią pytania: Ach! czyja
Dłoń tutaj władnie, tak można, iż czarna
Wstęga trzęsawisk tłumi i zabija
Światłość nadziemską? Że chwyta, bezkarna,
W swoje zarośla wątłą duszę?... Żmija
Rani nas żądłem swojem mniej zjadliwie,
Niż smutek, który wyrósł na tej mgławej niwie.

O niezgłębione, nieskończone morze!
Ty biczujące swoje fale własne
Z takim pomrukiem, jakgdybyś w przestworze
Władło-li jedno, jakbyś gwiazdy jasne
I wszystkie lądy, ich słońca i zorze
Do ustąpienia znagliło, za ciasne

Bojąc się znaleźć łożysko dla siły,
Z jaką się twoje wszystkie głębie rozpieniły!

Przysłuchiwała się dusza twym głosom,
Kuląc się w sobie z lęku i zdumienia,
Albowiem czuła, że szum ten niebiosom
Wyrwałoś gniewnym wówczas, gdy stworzenia
Były raz pierwszy porzucone losom
Na żer haniebny! I tak się rozplenia
Od owej chwili, tak swe ślady znaczy
Po świecie ślepa dola samotnych tułaczy.

Ale nie zawsze byłoś tak wszechmożnie,
Majestatycznie bezlitosne! Mewy
Słałoś jej srebrne, skrzydłami ostrożnie
Zakłócające sennej piany śpiewy —:
Zjawiska łodzi z bielą żagli, zbożnie
Płomieniejących śród żarnej ulewy
Blasków zachodu i wschodu, szły do niéj
Z błękitnej, horyzontem zamkniętej ustroni.

I otwierała ku nim swe ramiona
Ta błędna dusza — zali nie wysłańce
Idą z dziedziny, gdzie cierpienie kona
I gdzie tułactwa znajdują się krańce...
Lecz kiedy znowu fala rozburzona
Poczęła fale chwytać w dzikie tańce,
Wnet z wierzb obrazem, co nagle z pomroku
Wychylał się, w świat dalszy przyspieszała kroku...

Ciche, samotne rzędy wierzb — — — — —



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.