Ciężka droga

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ciężka droga
Podtytuł (z Afryki Południowej)
Pochodzenie Afryka
Data wydania 1934
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Druk. Br. Swięcki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
CIĘŻKA DROGA.
(Z AFRYKI POŁUDNIOWEJ).

Roman Skalski stał oparty o barjerę pokładu statku angielskiego, twardym wzrokiem patrząc na znikający woddali Przylądek Dobrej Nadziei i płaskie szczyty Gór Stołowych.
Marynarze wciągali na maszt banderę brytyjską i wymachiwali czapkami.
Było to pożegnanie lądu, ponieważ parowiec przepływał w pobliżu latarni morskiej, ostatniej przed Cape Town, skąd Skalski wyruszył do Europy.
On nie żegnał tu nikogo i niczego nie żałował.
Oddawszy temu obcemu krajowi dwadzieścia pięć lat życia i ogromny wysiłek w ciężkiej pracy, uważał, że spłacił wszelkie długi i nie poczuwał się do wdzięczności za te kilkanaście tysięcy złotych, na jakie wystawiono mu czek w banku.
Gdy brzegi Afryki znikły i naokoło rozparła się pustynia Atlantyku, Skalski usiadł na trzcinowem krześle i przymknął oczy.
Nie drzemał jednak. Myśl jego pracowała w jakimś niezwykłym pośpiechu.
Przypomniał sobie długie lata, spędzone na terytorjum tak zwanej Unji Południowej Afryki — posiadłości brytyjskich, do których należą: kraj Przylądku Dobrej Nadziei, Natal, Transwaal i Oranje.
Cóż go aż tu zagnało?
Złożyły się na to przyczyny, zwykłe w owych smutnych czasach.
Roman Skalski, syn gospodarza wiejskiego z pod Chełmna, mając lat siedemnaście, nie mógł ścierpieć brutalnego zachowania się urzędnika pruskiego i, nie namyślając się długo, walnął go pięścią w twarz. Musiał uciekać czem prędzej. Dostał się do Anglji. Przepracowawszy dwa miesiące na kopalniach węgla, dowiedział się, że jakieś biuro emigracyjne werbuje rolników dla Południowej Afryki.
Przybywszy do Cape Townu, odrazu znalazł dla siebie pracę pastucha na fermie niejakiego Zudwaasta, Boera. Człowiek ten na pograniczu pustyni Kalahari założył hodowlę kóz angorskich i strusi. Skalski, uzbrojony w karabin i lasso do chwytania ptaków, nie schodził z siodła. Każdej chwili gotów był do obrony stada. Nieraz się zdarzało, że jakaś zwarjowana banda murzynów — Buszmenów czyniła nocne napady, aby powyrywać strusiom drogocenne pióra i zniknąć w piaskach i głębokich wąwozach pustyni. W pewnej potyczce zabłąkany tu polski chłop dostał postrzał w piersi, długo potem chorował, lecz wylizał się jednak. Leżąc w szpitalu, nie wiedział, że Boerowi padły niemal wszystkie kozy, dostawszy śliniaka. Zudwaast zbankrutował i Skalski nigdy go już nie spotkał. Schorowany i słaby, bo trapiła go febra, której się nabawił w gorącym klimacie na północy kraju, przerzucał się z miasta do miasta. Szukał możliwej, niezbyt uciążliwej pracy w Cape Townie, Durbanie i Pretorji, aż, machnąwszy ręką na swoje zdrowie, stał się znów górnikiem.
Pracował w kopalni węgla w okolicach Johannesburga, w przedsiębiorstwie, mającem swoje szyby i fabryki w różnych częściach kraju. Dyrekcja przerzucała robotników z miejsca na miejsce i ta okoliczność dała możność Skalskiemu poznać Unję doskonale. Przebywał długo na zachodzie — w górach Omatako, gdzie wydobywano rudę miedzianą i przetapiano ją na mosiądz, wywożony do Anglji, na południu — w Wielkich Górach Czarnych (Groote Zwartebergen) pracował w głębokich szybach węglowych; spróbował wreszcie w Smoczych Górach prażyć się przy elektrycznych piecach, w których przerabiano rudę na srebro, aż powrócił znów do Johannesburga.
Przywiózł tu ze sobą pewne doświadczenie.
Zrozumiał ostatecznie, że praca jego w Afryce Południowej może go wyżywić, lecz nie da mu nigdy możliwości powrotu do ojczyzny. Umierać zaś w Afryce nie miał żadnego zamiaru, więc rozglądał się za lepszym i pewniejszym zarobkiem.
Wiedział dokładnie, gdzie i co się produkuje w tym kraju i jakie tam istnieją warunki pracy.
Anglicy i Boerowie, korzystając z ciemnoty Kafrów, Hotentotów i Buszmenów, przyjmowali na farmy i plantacje kukurydzy, pszenicy, owsa, bawełny, ziemniaków, tytoniu, wina, kawy, herbaty i trzciny cukrowej wyłącznie tych czarnych robotników, wyzyskując ich i niezmiernie nisko oceniając ich pracę.
To samo niemal działo się w ranczach, gdzie uprawiano hodowlę bydła rogatego, owiec i kóz. Skalski nie szukał tam zajęcia, bo nie było zyskowne; zresztą utkwiła mu na zawsze w pamięci jego karjera pastucha. Niby na jawie widział przed sobą biedne strusie, oskubane docna przez niegodziwych Buszmenów z Kalahari.
Słyszał, że najlepszy zarobek znaleźć można na kopalniach złota, koło Johannesburga, i diamentów — w okolicach Kimberleyu. Tam jednak pracowali przeważnie przywiezieni z Azji Hindusi, z którymi obchodzono się jak z niewolnikami, i nieznaczna zaledwie ilość ludzi białych. Ci znowu mieli tak dobry zarobek, że nigdy nie porzucali pracy. Roman Skalski próżno więc usiłował dostać się na te kopalnie.
Tymczasem poważna rana, choć już zagojona, i co jakiś czas napadająca go febra tropikalna dawały mu się we znaki. Zdrowie Polaka było poważnie nadwątlone. Lekarze, badający go co miesiąc, kiwali głowami i mówili do siebie jakieś niezrozumiałe słowa.
Skalski z wyrazu ich twarzy i z tonu głosu wywnioskował jednak, że jest z nim źle.
Po kilku latach pracy na kopalniach podziękował dyrekcji za służbę i, mając trochę uciułanego grosza, postanowił za wszelką cenę powrócić do Europy.
Dotarł koleją do Cape Townu i tu chodził po biurach okrętowych, chcąc wstąpić do załogi parowca, jako majtek lub palacz, aby za darmo dopłynąć do portu europejskiego.
Podczas tej włóczęgi poznał pewnego marynarza Irlandczyka i ten opowiedział mu, że wybiera się do Zatoki Wielorybów, położonej na zachodniem wybrzeżu Afryki, a odległej o 3 — 4 dni drogi morskiej od Przylądka Dobrej Nadziei.
— Jedźcie tam ze mną, kamracie! — zaproponował Irlandczyk. — Znajdzie się tam praca u norweskich sztormanów, trudniących się połowem wielorybów!
Skalski po długim namyśle postanowił spróbować szczęścia i po tygodniu pracował już na brzegu Atlantyku w zakładach, gdzie „oprawiano“ zdobyte potwory morskie.
Małe, lecz szybkie i zwinne kutry wypływały na ocean i szukały zdobyczy. Ujrzawszy wyrzucone przez wieloryby fontanny wody, pędziły ku nim, ścigały, a stojący na dziobie „kanonier“ strzelał do nich z armaty, nabitej zamiast zwykłego pocisku — harpunem. Przypominał on krótki oszczep, albo używaną do połowu ryb — ć. Była to gruba, żelazna sztaba, zakończona zadzierżystem ostrzem i przy wylocie z armaty ciągnąca za sobą mocną linkę stalową.
Trafiony harpunem wieloryb zdychał, a holowniki dostarczały zdobycz ku przystani przedsiębiorstwa.
Kadłub upolowanego ssaka wciągano na pomost i robotnicy obdzierali go ze skóry, poszukiwanej przez fabryki nieprzemakalnego obuwia dla majtków; specjalne maszyny usuwały z cielska grubą warstwę tłuszczu, przerabianego potem na smary, świece i mydło. Po wycięciu z paszczy rogowych fiszbinów — resztę kadłuba wraz z wnętrznościami i kośćmi przewożono do suszarni, poczem przechodziła przez walce i zamieniała się na drogi nawóz sztuczny, używany przez ogrodników.
W Zatoce Wielorybów Skalski pozostawał trzy lata i znakomicie wzmocnił się na zdrowiu. Chociaż w dzień panowały tu straszliwe podzwrotnikowe upały, lecz z oceanu zalatywał zawsze świeży podmuch, a wieczory i noce, o znacznie niższej niż w innych miejscach kolonji temperaturze, orzeźwiały strudzonych ludzi.
Pewnego razu zdarzył się wypadek, zmieniający do gruntu los polskiego robotnika.
Angielski komisarz rządowy, przybyły do fabryki norweskiej, przyglądał się wrącej tu pracy; właśnie oprawiano aż trzy wieloryby naraz.
Parowy dźwig, podnoszący jeden kadłub, zgrzytnął nagle i na chwilę się zatrzymał.
Pracujący wpobliżu Skalski posłyszał ten dźwięk. Wiedział, co to oznacza, bo kilka już razy był obecny przy podobnych wypadkach. Taki zgrzyt świadczył, iż łańcuch dźwiga ześlizgnął się z bloków i może pęknąć, z rozmachem uderzając o ziemię.
Robotnik szybko się obejrzał i spostrzegł natychmiast komisarza, stojącego tuż pod dźwigiem.
Skalski podbiegł i, szarpnąwszy Anglika za ramię, odciągnął go na stronę. W tej samej chwili ogniwo łańcucha się zerwało, a koniec jego ze świstem i brzękiem smagnął deski pomostu.
Anglik rzucił się do swego zbawcy i, potrząsając mu ręce, dziękował gorąco.
Ten to właśnie komisarz wyrobił Skalskiemu posadę na kopalniach złota pod Johannesburgiem, gdzie miał brata, inspektora górniczego.
Znowu więc powrócił Polak do Transwaalu i zamieszkał w osadzie Boksbury, w wąskiej dolinie, otoczonej zewsząd skalistemi zboczami gór Witwaters Rand.
Pracował teraz w niedawno założonej kopalni złota i miał pod swym dozorem stu Hindusów, którzy dynamitem i piroksyliną odrywali skały a odłamki ich wywozili na fabrykę, gdzie maszyny mełły je na proszek. W innych budynkach z tego proszku wyciągano złoto zapomocą trującego cjanku potasu.
Chociaż zarobki Skalskiego znacznie wzrosły, jednak nie czuł się on dobrze w Boksbury.
Nie mógł się Polak pogodzić z brutalnem traktowaniem cichych, milczących Hindusów przez dumnych i bezwzględnych Anglików.
Biali policjanci, dozorcy, sztygarzy, mechanicy i inżynierowie — każdy, kto chciał, nazywał bezbronnych, bronzowych ludzi, „wstrętnemi psami“, kopał ich i bił grubemi kijami bambusowemi. Skalski słyszał też coś niecoś o tem, że Hindusów oszukiwano przy wypłacie zarobionych przez nich pieniędzy, nie dotrzymywano umów, a skargi, zanoszone przez nich sędziemu, zostawały bez odpowiedzi i rozpatrzenia. Jeżeli któryś z nich, oburzony i zrozpaczony do reszty, chciał odejść, podrzucano mu do tłomoka szczyptę złota, oskarżano o kradzież i proponowano więzienie, albo pozostanie na kopalni za mniejszą zapłatą. Takiemi to wybiegami Anglicy pozbawiali Hindusów możności wyzwolenia się z rąk wyzyskiwaczy i czynili z nich bezprawnych niewolników.
Patrząc na złote sztaby, składane w skarbcu, Skalski myślał zawsze, że każda z nich przepojona jest łzami i krwią nieszczęsnych Hindusów i że niema nikogo na świecie, kto mógłby ująć się za nimi.
Szczególnie pastwił się nad kolorowymi robotnikami pewien młody inżynier, Stewart. Nielitościwy ten i brutalny człowiek nietylko bił Hindusów i murzynów, pracujących pod jego kierownictwem, lecz szczuł ich swoim psem. Zwierzę to stało się postrachem kopalni. Pies, pochodzący z gatunku buldogów, skakał na skinienie swego pana na robotników i szarpał ich. Sporo ludzi pokaleczył straszny pies, więc robotnicy unikali spotkania z nim i nienawidzili go równie gorąco, jak i jego pana, młodego, złośliwie uśmiechającego się inżyniera Stewarta.
Anglik oddawał się sportom — jeździł konno, grał w tennisa, lecz szczególnie lubił polowania.
Unja Południowej Afryki uważana jest za prawdziwy raj dla myśliwych.
Poza górami Witwaters Rand, na równinie, przeciętej rzeką Limpopo, pasły się niezliczone stada antylop i zebr, a w zaroślach nadbrzeżnych żerowały dziki i czaiły się płowe lwy. W wąwozach górskich jękliwie zawodziły nocami płochliwe szakale i wyły, jakgdyby się śmiały, hieny.
Co sobota, po południu Stewart wyruszał na polowanie, biorąc ze sobą psa, z którym nie rozstawał się nigdy.
Pewnej niedzieli Skalski powracał od swego znajomego Boera, mieszkającego w górach, gdzie miał małą farmę i hodował rasowe kozy angorskie.
Było już późno. Księżyc przebiegł znaczną część swej drogi. Gwiazdozbiór Krzyża Południowego połyskiwał w całej swej okazałości. Gdzieś w dalekim wąwozie śmiała się urywanem szczekaniem hiena. Pokrzykiwały jakieś ptaszki, zaczajone w krzakach. Z cichym szmerem cięły powietrze rude nietoperze, cykając przenikliwemi głosami.
Uszu Skalskiego doszedł nagle stłumiony, żałosny jęk. Przystanął i nasłuchiwał. Jęk powtórzył się po chwili, jeszcze słabszy, jeszcze żałośniejszy.
— Hej! Kto tam woła? — krzyknął Skalski, lecz nikt mu nie odpowiedział.
Roman począł szukać wśród drzew, rosnących na skraju drogi, i bielejącą w mroku ścieżką zagłębił się do lasu. Nagle potknął się i omal nie upadł. Pochylił się i ujrzał strasznego buldoga, należącego do Stewarta. Pies leżał w kałuży krwi z głową, roztrzaskaną kamieniem.
Skalski zrozumiał już wszystko, więc zaczął wołać:
Mister Stewart! Mister Stewart!
Wkrótce posłyszał słaby, drżący głos inżyniera. Odnalazł go w gąszczu krzaków. Stewart siedział na koniu. Ręce miał skrępowane za plecami, usta zakneblowane, a na szyi zarzucony stryczek rzemienny, przymocowany drugim końcem do grubej gałęzi drzewa.
Skalski zwolnił Anglika od nałożonych mu więzów, pomógł mu zejść z konia i spoglądał na inżyniera pytającym wzrokiem.
Drżąc na całem ciele, Stewart opowiedział mu, że jacyś ludzie napadli go, związali i, zarzuciwszy pętlę na szyję, zostawili go pod drzewem.
— Zginąłbym, gdyby nie pomoc pana! — zakończył swoją straszną opowieść. — Zawisnąłbym na gałęzi, bo już goniłem resztkami sił, wstrzymując konia nogami. Niecierpliwił się coraz bardziej i wkońcu wyrwałby mi się, pozostawiając mnie wiszącym na rzemieniu...
Skalski westchnął i cichym głosem powiedział, surowo patrząc na Anglika:
— Zasłużył pan na taką naukę za swoje okrucieństwo i znęcanie się nad ludźmi! Jeżeli miłe panu życie, to należy zmienić swe postępowanie z robotnikami.

Inżynier porzucił wkrótce Boksbury i przeniósł się na kopalnie w Kimberley, bogatem mieście w Oranie.
Most wiszący na rzece.

Powstało ono w bezwodnej, pustynnej miejscowości w r. 1870, lecz szybko się rozbudowało i rozrosło, ponieważ odkryto tam bogate pokłady diamentów.
Inżynier Stewart zmienił się do niepoznania i znacznie łagodniej obchodził się teraz z robotnikami rządzonej przez siebie kopalni, gdzie dwa tysiące czarnych robotników oskardami, kilofami i wybuchowym materjałem burzyło górę, w której ukryte były drogocenne diamenty.
W parę miesięcy po odjeździe inżyniera z Boksbury, Skalski otrzymał od niego list.
Stewart proponował mu posadę starszego dozorcy na robotach w ortach, czyli w poziomo idących szybach, skąd wydobywano zawierający drogie kamienie piasek.
Przypadek więc zrządził, że polski emigrant dostał się do wymarzonej przez tysiące robotników kopalni diamentów. Wymagano tu bezwzględnej uczciwości, uwagi i pracy, lecz zato płacono hojnie i ustalono wysokie premje od zdobytych skarbów, ukrytych pod powierzchnią ziemi.

Rok po roku zwiększały się oszczędności Skalskiego, składane w banku, lecz długo jeszcze zapewne musiałby pracować w Kimberley, gdyby nie uśmiechnął mu się los.
Praca w kopalni nie była łatwa, gdyż na Skalskim ciążyła duża odpowiedzialność; obowiązkiem jego było bowiem ścisłe wykonanie zadania, polegającego na wydobyciu wyznaczonej ilości piasku i przewiezieniu go na maszynę, gdzie dokonywano przemywania i wyławiania diamentów.
Lwy afrykańskie.

Czarni robotnicy nie odznaczali się bynajmniej pracowitością, lecz zato wytężali cały swój spryt na to, aby wypatrzeć w piasku połyskujący skarb, ukryć go i sprzedać z wolnej ręki Syryjczykom i Arabom, uprawiającym ten zakazany handel.
Teren kopalni był otoczony murem i wysokiem ogrodzeniem z kolczastego drutu, przez który przebiegał silny prąd elektryczny. Każdy, kto dotknął tego drutu, padał śmiertelnie rażony. Przywłaszczone diamenty można było wynieść z kopalni tylko podczas dni wychodnych. Zdarzały się one jednak bardzo rzadko, bo zaledwie raz na miesiąc. Robotników przedtem poddawano surowej, obrzydliwej rewizji; specjalni dozorcy badali wszelkie miejsca, gdzie można było ukryć drogie kamienie, rewizje te odbywały się też w dni robocze, znienacka. Jako ogólny przepis dla wszystkich pracujących, stosowano zażywanie środków przeczyszczających, a to z tego powodu, że murzyni chętnie łykali skradzione w szybach diamenty i w ten sposób wynosili je za bramę przedsiębiorstwa.
Gdy ten sposób stał się już bezużyteczny, Buszmeni uciekli się do innego, a mianowicie zaczęli podcinać sobie skórę pod pachami, na głowie i w pachwinie, robiąc we własnem ciele niewidoczną na zewnątrz kieszeń, w której ukrywali diamenty.
Tem się objaśniały panujące tu ohydne, poniżające człowieka obyczaje, jak używanie oleju rycynowego, nieustanne rewizje osobiste, przebywanie na zamkniętej zawsze przestrzeni i niemal całkowite pozbawienie wolności.
Takie życie obmierzło do reszty Polakowi. Wszystko się burzyło w nim i buntowało przeciwko takiemu istnieniu. Nieraz zadawał sobie pytanie, co jest lepsze — ciężka, źle opłacana praca w kopalniach węgla lub dozorowanie strusi, czy też dobry zarobek w Kimberley i ciągłe uczucie wstydu i poniżenia?
Niewiadomo, jak długo wytrzymałby Skalski w tem diamentowem więzieniu, opasanem śmiercionośnem ogrodzeniem, a rządzonem przez dozorców z rewolwerami w ręku i felczerów, przemocą wlewających każdemu miarkę rycyny. Cała ta sprawa rozstrzygnęła się raptownie i ostatecznie.
Pewnego razu Skalski stał i liczył toczące się przed nim wózki z piaskiem. Wzrok jego padł nagle na jakiś błyszczący odłamek kamienia, poplamionego żółtą gliną.
Dogonił wózek i porwał kamyk. Położył go na dłoni i rozglądał uważnie.
Oczom swoim nie wierzył, ucieszony niezmiernie i zachwycony. Nie wątpił, że w kupie ziemi, żwiru i piasku znalazł duży, jak jajko, diament.

— A może to zwykły kryształ? — pomyślał.
Chaty i wojownicy murzyńscy

Podbiegłszy do kadzi z wodą, opuścił do niej dłoń ze znalezionym kryształem i kilkoma innemi przezroczystemi kamykami.
Kamienie odrazu straciły swój blask, pogrążony zaś w wodzie kryształ rozbłysnął jeszcze wspanialej.
Roman Skalski wykrył diament tak wysokiej wartości, że, gdy złożył swój skarb w biurze, — otrzymane przez niego premjum wyniosło tysiąc funtów szterlingów.
— Dość tego! — zadecydował tedy bez namysłu. — Powracam do domu... Chociaż stary już jestem i znękany, a jednak... w Polsce na coś się przydam jeszcze, a za moje ciężko zapracowane pieniądze coś tam nowego powstanie!


∗                              ∗

O tem właśnie myślał Roman Skalski, siedząc na trzcinowem krześle angielskiego parowca.
Zapomniał wkrótce o ciężkiej i dalekiej drodze, która biegła od Kalahari i Johannesburga poprzez Zatokę Wielorybów i Kimberley do ojczyzny — nad wszystko umiłowanej — wolnej, niepodległej Polski, gdzie nie było drutów kolczastych i dozorców, znęcających się nad pracującym ludem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.