Chrystus/Chrystus w Nazarecie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

II.
 
CHRYSTUS W NAZARECIE.

Oto Panna pocznie i porodzi syna, a nazwie imię jego Immanuel.
Jezajasz. VII. 14.

A ty, dzieciątko, prorokiem Najwyższego nazwane będziesz.
Ś-ty Łukasz. I. 76.

A dzieciątko ono rosło i umacniało się w Duchu, pełne będąc mądrości.
Ś-ty Łukasz. II. 40.

A gdy się modlił, stał się inakszy kształt oblicza jego.
Ś-ty Łukasz. IX. 29.

Albowiem sprawiedliwość będzie pasem biódr jego, a prawda przepasaniem nerek jego.
Jezajasz. IX. 5.

A oto w nędzy, pośród wyrobniki,
Chował się boski Odkupiciel świata,
Którego imię poniosą języki

Na krańce ziemi — tam, gdzie bluszcz oplata
Bogatych zamków błyszczące marmury,
I tam, gdzie drzemie w zmrokach chłopska chata.


I ani berła i ani purpury
Nie miał ten mocarz, ten król nad wiekami,
A tylko duchem sięgał niebios góry.

O Nazarecie! Pomiędzy miastami
Władniesz, jak prorok między rzeszą tłumną,
Choć prorok w szmatach, a tłum lśni blaskami

Złocistej szaty i postawą dumną.
O, ty się równasz, nędzny Nazarecie,
Lichym na pozór, ale pełnym gumnom...

I tak się działo, że niezwykłe dziecię
Wyrasta w mistrza w ubogiej mieścinie,
Co miała zostać najbogatszą w świecie!

A czas, jak potok, płynie rączo — płynie
W warsztacie ojca, to u stóp Taboru,
Albo w zielonej, jordańskiej dolinie:

Gdyż często, porwan melodyą choru,
W który się łączy wszystek płód Przyrody,
Do cedrowego biegł nad Jordan boru.

I tutaj dumał ten marzyciel młody,
Wszystką swą duszą wsłuchany w poszumy
Lasu, w śpiew ptaków i w szelesty wody.

I w takich chwilach, śród takiej zadumy,
Rychło się cały w swym duchu przemienił,
Rychło rósł, wzrastał nad zwykłe rozumy:

Ten ptak, co nucił; las, co się zielenił;
Jordan, co jęczał sercem smętnej fali;
Kwiat, co się w blaskach słonecznych rumienił;


Tabor i Sulem, co w niebieskiej dali
Gubiły szczyt swój, jemu braćmi byli;
Z niemi się cieszy i z niemi się żali

W chwili radości i w boleści chwili,
I z niemi strzela nad ziemię, w niebiosy...
A gdy się dzionek do upadku chyli

I na błoń kwietną występują rosy,
Wraca znów w miasto, tam, gdzie jego uszy
Rażą zawiści rozkłócone głosy.

I nie mógł pojąć w swej natchnionej duszy,
Dlaczego braćmi nie czują się ludzie,
Gdy on był bratem nawet leśnej głuszy...

I patrzał na to, jak w powszednim trudzie
Łamią się serca; jak ich blask promienny
Gasł, zamiast w rajskiej spotężnieć ułudzie.

I patrzał na to, jak o chleb codzienny
Toczą się walki, a narzędziem boju
Duch, w nizką chciwość i zawiść brzemienny.

I zdało mu się, że na rany znoju
I ziemskiej troski potrzeba balsamu
Niebieskiej ciszy, rajskiego spokoju.

I myślał prawdę wnieść na miejsce kłamu;
I słowo boże stawić w miejsce chleba;
I ludzi powieść do boskiego chramu.

Nie w imię ziemi, ale w imię nieba,
Co nań tak patrzy pogodnemi oczy,
I w Jego imię złączyć ludzi trzeba.


A On mu nie był bogiem, co się mroczy
Chmurą ołowiu i grzmi gromem gniewu,
Że się aż ziemia w swych posadach toczy:

On był mu dźwiękiem słowiczego śpiewu;
On był mu lasu łagodnym szelestem;
On był mu szmerem rzecznego przelewu...

On był mu słońcem, co promiennym gestem
Każe tym kwiatom, aby kwitły z nowa,
Aż kwiat mu każdy odpowie: patrz! jestem!

A chociaż przed nim lali inne słowa
Uczeni w Piśmie, gdy za próg jasziwy
Chodził w sabaty, daremna ich mowa:

Do serca głos ich nie płynął zdradliwy —
Pyszni, szeptali, odchodząc pobici:
Skarż »syna krnąbrnych«, ty Boże Gniewliwy!...

I tak przed duszą codziennie mu świéci
Ten promyk boży, aż się w dzień przemieni,
Przed którym zadrżą nietoperze skryci...

I tak codziennie z tajemniczych cieni
Gorących marzeń zarysy wychodzą
Mistrza, proroka i blaskiem promieni

W serce mu godzą i w ducha mu godzą,
Aż serce rwie się, aż rwie duch się cały...
I Pisma słowa potężne wnet zrodzą

Nowe nadzieje i nowe zapały:
Sam się wczytywał, lub słuchał, podróże
Czyniąc na Syon, w ten gród Pańskiej chwały.


I zadrżał nieraz, gdy świątyni stróże,
Starce zsiwiali i o chwiejnym głosie,
Śmierzyli ludu rozpłakane burze:

»Słuchajcie, młodzi i wy w białym włosie!
Miejcie nadzieję; za chwilę swe czoła
W górę wzniesiecie, jak kwiaty po rosie...

Bo czas już idzie, gdzie w mury kościoła
Wejdzie król nowy, arcykapłan nowy,
I będzie radość i szczęście dokoła.

I spocznie na nim święty duch Jehowy,
Ten duch mądrości, duch siły i rady —
I, wielki, wstąpi na tron Dawidowy.

I w nim nie będzie fałszu ani zdrady,
Gdyż sprawiedliwość będzie biódr mu pasem,
A prawda mieczem... Zniknie czas zagłady!...

Na świętej górze zdrój krwi owym czasem
Już nie popłynie... I nikt już nie będzie
Chełpił się biczem i krwawym zapasem...

I będzie wielki ten wódz w wodzów rzędzie...
I równą miarą narodom wymierzy,
»Którym go dałem«, mówi Pan, »na sędzię...«

Wstrząśnijcie serca, niechaj serce wierzy,
Że Panna pocznie i porodzi syna:
W nim wasze szczęście i zbawienie leży...«

Tak za godziną płynie mu godzina
Nieraz... On słucha i marzy i słucha:
Zostać tym zbawcą, myśl jego jedyna.


Wszak czuje w sobie tę potęgę ducha,
Wszak codzień rwie się za owem weselem...
Nawet — rzecz dziwna, o nakłońcie ucha! —

Matką mu panna... I rozkoszy zielem
Duch mu się stroił, gdy mu w bożym domu
Jakiś głos szeptał: tyś tym zbawicielem...


LUCYFER.

On zbawicielem?... Zbawicielem? komu?



Grafika na koniec utworu.jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.