Chodzik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Chodzik
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1898
Druk Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Chodzik.


Czy warto dla ludzi pisać? — powtórzył swoim spokojnym, bezbarwnym nieco głosem, moje porywcze pytanie i strząsał zwolna popiół z cygara, milcząc długą chwilę.
— Ha, no! — rzekł wreszcie. Ja ci tam tego dowodzić nie będę! Zadużo gadano już o tem. Ale ci opowiem fakt jeden, drobny fakt z życia, wiesz... Ot, głupstwo, jedno z drugiem, ale ci opowiem. W Genewie wtedy byłem i stałem u Jeża. No, mógłbym ci i o tem powiedzieć niejedno, ale co tam! Machnął ręką, pokiwał głową i westchnął. Po chwili mówił dalej:
— Wiosna była, pamiętam, południe, siedliśmy tylko co do stołu. Naraz wywołują mnie. Ktoś w sieniach czeka, pyta o mnie. Wychodzę, patrzę: chłop. Zwyczajny, najzwyczajniejszy chłop polski: w kamizeli, w płótniance, szarawary w buty, węzełek na plecach, kapelusz na głowie. Zdjął go, gdym wyszedł, i przemówił: Pochwalony... Grzmotnęło mi coś w piersiach, ale nic. Patrzę, co z tego. A jużeśmy tam różnych chodzików mieli do sytości. Jeden za drugim, jak procesya szli, a każdy o te drzwi opierał, każdy goły. Ot, żeby jeszcze wszystkim pomódz można, ale cóż! Myślałem, że i ten... Rękę tedy do kieszeni wsadzam, a mój chłop stoi, patrzy mi w oczy i uśmiecha się, trochę jakby wzruszony, trochę onieśmielony.
— Mnie tu do pana... pokazali... — rzecze.
Nie było to dla mnie żadną niespodzianką. Jak zły grosz, znałem to „pokazywanie” do cudzej kieszeni.
Dobyłem trochę monety; obiad stygnął, chciałem skończyć. Ale chłop usunął rękę.
— I... nie! Nie potrza, panie! Ja ino wedle książki... wedle słownika, coby francuski był...
Spojrzałem bystro.
— Słownik?... Francuski słownik?
— A ino...
— Na cóż to? Dla kogo?
— Niby dla mnie...
Spuścił nagle oczy, twarz mu pociemniała, obrócił kapelusz w ręku i dodał ciszej:
— Bo to ja... proszę łaski pana... po oświatę idę...
Myślałem, żem się przesłyszał.
— Po co? — zapytałem, przystępując bliżej.
— Dyć... po oświatę...
Podniósł na mnie oczy poważne i żywe. Zdawało mu się widać dziwnem, żem nie zrozumiał odrazu.
We mnie dziw rósł.
— Jakto po oświatę? — rzekłem — gdzie?
— A na zachód...
— Do szkoły?
I... ni... Na zachód. Toć ta w książkach stoi opisane, co oświata na zachodzie je... takem się po nią i wybrał.
Zamilkł, jakby zawstydzony czegoś...
Chwyciłem go za rękę i do pokoju wciągnąłem.
Wszedł, przerzekł „pochwalony,” pokłonił się kapeluszem ku ziemi, i na wezwanie, za stołem siadł wprost Jeża. Poszeptałem z gospodarzem, a on tymczasem, łyżką talerz przed sobą przeżegnawszy, jadł. Jedząc, podnosił od czasu do czasu oczy i uśmiechał się do nas, patrząc nam w twarze wdzięcznie i przyjaźnie.
Zaczęła się rozmowa, a nadewszystko pytania. Chłop prawił, wyrażał się jasno, a mówił tym prastarym językiem, który względnie do naszego bezpolnym nazwaćby można, gdyby nie to, że kwieciem polnem pachnie...
Dowiedzieliśmy się tedy, że nasz chodzik nazywa się Józef Strzyboń, że idzie z Wielkopolski, że ze wsi wyszedł po kopaniu, na twardej jesieni, że zimą po drodze tu owdzie najmował się do robót w domach do posługi, choć tu szwabom i nie honor służyć, że wiosną teraz po ogrodach kopał, i tak sobie coś niecoś uzbierawszy, na zachód idzie. Jakiby to był ten zachód, nie zdawał się jasno pojmować.
O ile sądzić mogłem, wyobrażał on sobie ten „zachód,” jako miejsce błogosławione i światła pełne, do którego po długiej i dalekiej drodze dojść można i wziąć ztamtąd tyle „oświaty,” ile jej kto nabrać zdoła. Coś jakby skarbów z zaklętej jamy... wiesz... w bajkach...
Na to, że zaszedłszy do Genewy już jest „na zachodzie,” nie przystawał jakoś i głową kręcił. Jemu „powiadali, co tam je Francya. Ale jemu ta o Francyę nie tyla, ino coby prędzej po tę ta oświatę...”
A kiedy to mówił, kiedy zwłaszcza wymawiał ten wyraz „oświata,” ciemniało mu spojrzenie głębokim ogniem, a w głosie miał żarliwe akcenty wyznawcy.
Raz i drugi spojrzałem na Jeża. Drgały mu powieki i wąsy, ale oczu od talerza nie podnosił; przeczuwałem w nich łzy, z tych łez, które — nie bolą.
— A co? A co? — rzekł do mnie nagle i bystrem, siwem okiem dopowiadał resztę. Podobny był mi do Symeona, który oglądał zbawienie Pańskie.
Tymczasem wdałem się z chodzikiem w bardziej szczegółową gawędę; pytałem, badałem trochę. Szło mi o przekonanie się, ile też ten chłop polski nabierze oświaty w połę tej swojej płótnianki, kiedy już „na zachód” zajdzie. Z gawędy tej okazało się, że czytał wiele i wiele rozumie. Znaczenie takich nawet wyrazów, jak: „paleontologia,” „kosmografia,” „astronomia,” „historya,” nie było mu obce. Tłómaczył on te rzeczy na swój sposób, swoim przepysznym językiem, ale zdawał z nich sobie sprawę zupełnie jasno i dokładnie. A lubo znać było, że brak tam wszelkiego porządku w tych nagromadzonych wiadomościach, zdumiony byłem, zkąd mój „Chodzik” tyle wie i to wie dobrze. Po obiedzie zabrałem go do mego pokoju. Ledwie na progu stanął, puścił z rąk kapelusz i, chwyciwszy się za głowę, zaczął się śmiać w najwyższem rozradowaniu.
— Lo Boga! Lo Boga! — powtarzał. Co tego! Co tego!
— Czego? — pytam.
— Dyć książków? Jużem ci ich siła widział, ależem tyla nie widział... Chyba w kramie... Będzie ze sto, panie?...
— Będzie więcej. Ze dwieście może.
— Reta!... Co tego!... I same kaznodzieje?
Nie rozumiałem dobrze.
— Jakto? — rzekę.
— Dyć mówię: kaznodzieje. Siła już kaznodziejów czytałem, alebym jeszcze chciał czytać dwóch: jednego Senekę, a drugiego Jadama. Ino że do nich ciężko.
Słuchałem milcząc zdumiony, kiedy wtem chodzik zobaczył na niższej półce „Historyę o prapradziadku i o praprawnuku” — i roześmiał się głośno z uciechy.
— Tegom też czytał! — rzekł. Tęgi kaznodzieja! Jeż mu rzeką. Tęgo pisze!
— A widziałeś go też ? — spytałem podstępnie.
— Cobym go ta widzieć miał. Pomarł dawno.
— Jakto? Siedziałeś dziś przy stole wprost niego.
— Co pan mówią? Ten maluśki, starzeńki, w tym szarym kubraku? Taki kaznodzieja, w takim kubraku?...
Nie mógł się opamiętać, poruszony był do głębi, do dna duszy prostej... Naraz się rozśmiał.
— A ino! — rzekł wesoło. Nie tędy do pola! Panisko sobie wyprowadza śmiech z chłopa a chłop nie taki głupi! — To jakże? To taki, co praprawnuka miał, i historyę o nim spisał, będzie panu jeszcze podczas żył?... A toćby on ze dwieście roków musiał mieć, żeby do tego dnia po światu chodził...
Nie dał sobie wyperswadować. Dla niego wszystko co napisane, musiało być też przeżyte, na własne uszy słyszane, na własne oczy widziane. Tak tylko pojmował historyczną prawdę i dokument życia.
— A ino! — dołożył wreszcie. Już mnie panisko nie zmani, ani z tej strony, ani z tej strony. To też choć i ksiądz na wsi, a ornaty po sobie rozpuszcza i w kolorach se różnych chodzi, a takiby w kubraku zaś miał?... A ino!...
Roześmiał się i pokiwał głową, jak człowiek, co się dobrze na żartach rozumie.
Nagle spojrzał na stolik. Na stoliku leżał siódmy tomik „Liry.” Wziął ją w rękę, odwrócił kartę i patrzył uważnie, namarszczywszy czoło.
— Znam! — rzekł, Gomulicki! Też tęgi kaznodzieja!
Teraz zacząłem pojmować szczególne to określenie.
— Wolicie Gomulickiego, niż innych? — spytałem, zadziwiony nieco.
— I... nie to! — odrzekł. Ale że tęższy od innych je, więcej poradzi. Inni to się to po dwóch, po trzech na oną „Lirę” składali; różnie, jak się ta kto przepomódz mógł... A ten sam poradził caluśkiej!
Co było mówić? I to argument.
Wyszukałem słownik i dałem mu. Nie pamiętam, żeby mi kto tak dziękował za co. Potokiem rzuciła mu się z piersi wymowa rzewna, gorąca, modlitwa niemal. Powiadam ci, zawstydził mnie, szarpnął mi sercem tak, żem aż zęby ścisnął, żeby nie wybuchnąć. Czem, pytasz? A ot, nie wiem. Jakimś żalem, jakąś skruchą, nie wiem sam...
Mój chodzik tymczasem do węzełka sięgnął, wyjął z niego niedobieloną koszulę lnianą, grubą, w której miał zawinięty kawał czerstwego chleba, książkę obok chleba umieścił, złożył razem i tobołek do drogi wiązać zaczął.
A kiedy to robił, łzy mu jasne, wielkie, kropliste na oną koszulę zgrzebną padały, a ręce trzymające książkę tak się trzęsły, jakby w nich klucze złote od onych śnionych skarbów miał.
Zaczem raz jeszcze dziękował, do rąk, do kolan się rzucił, na progu: „pochwalony” przerzekł, i jak stał, tak z miejsca ruszył: „Na zachód, po oświatę...”
Zadumał się mój towarzysz; milczeliśmy obaj.
— Hm! — przerwał milczenie po chwili. Czy warto dla ludu pisać?...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.