Chmura na czole/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Chmura na czole
Wydawca Biblioteka „Ateneum“
Data wydania 1938
Drukarz B-cia Drapczyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

STEFAN NAPIERSKI
CHMURA
NA CZOLE
Bywałem ja od Boga nagrodzonym
Rzeczą mniej wielką...“
(C. Norwid)
WARSZAWA
BIBLIOTEKA „ATENEUM“ NR 3.
SKŁAD GŁÓWNY: „NASZA KSIĘGARNIA“, UL. ŚWIĘTO-KRZYSKA 18




Druk B-ci Drapczyńskich, Warszawa. ul. Piusa XI Nr. 15
Odbito
250 numerowanych egzemplarzy
206

ZGODA

Gdy wśród rzeczy bezmiaru zmierzchem zwątpię w siebie,
pióro na biurku płaskiem znów ogarniam wzrokiem,
jakbym planetę śledził wschodzącą na niebie:
prosty, przed sprawiedliwym korzę się wyrokiem.

Oręż spraw niewidzialnych już zaciskam w dłoni
i w bladem sercu muskam chwiejącą się strzałę,
aby przygwoździć niebo ostrzem kruchej broni,
by stworzyć słowo: Zgoda — w kształcie doskonałe.

Pośród przedmioty głuche idę i pomiędzy
głazy, które ma warga ku brzmieniom wyłamie
— żądzę zrównawszy śmierci, wszelkie szczęście nędzy,
usta podam obłokom i wyciągam ramię.



UŚMIECH

Kiedy wszystkim przedmiotom wmówię własną duszę,
lampa zaświeci, zegar cykać nie przestanie,
znów czekać będę na tej chwili zmartwychwstanie,
która wstrzyma sprężyny; lecz się nie poruszę,

gdy pustka skrzydłem nocy czoło me owionie,
nie wzdrygnę się, oddechu warg nic już nie zbudzi
— od luster zapomniany, księżyców i ludzi,
śpiący z uśmiechem, ramię przełożę pod skronie.



POWRÓT O KSIĘŻYCU

Gdy na zawsze minęło, nigdy nie powróci,
pozwól, że cię tej nocy raz jeszcze przypomnę;
to cię chyba z daleka nie boli ni smuci,
że nad ranem, zwlekając, jednak przyjdziesz do mnie?

W blasku białym, bezsenni, przez zamarzłe szyby
czarnych drzew oglądamy na tym śniegu pręgi;
nie słuchaj westchnień wiatru, tych naszych: „ach, gdyby!“
nie patrz! cienie złamane dręczą jak przysięgi.

O, skryj mnie przed księżycem! mam w oczach przytomne,
gdy usypiam, twe oczy, zamiast gwiazd, i razem
oddychamy pod niebem, jak pod grobu głazem.
Przytul się do mnie we śnie. Łatwiej cię zapomnę.



POTĘPIENIE

Wracając przez wspomnienia, zamglone pokoje,
Lekko, z przebiegłym lękiem, rozchylam kotary:
Widzę tę piękną ziemię. I nic nie jest moje,
Gdy dłonią, od snu ciepłą, nakręcam zegary.

Po bezbłędnym poranku, dniu pełnym mitręgi,
Wieczorze, co dogasa jak popiół nadziei,
Opadam w sen, jak nurek w napowietrzne kręgi,
Gdzie czeka ciche piekło pod skrzydłem zawiei.

Tam witają umarli. Znów oglądam twarze
Tych, co odeszli wcześnie, których porzuciłem.
Wiem już, liczy się wszystko. Wiem, grzechy się karze:
Gniew, lenistwo, lubieżność, pychę i bezsiłę.

Obco gadają wargi i wielkim bełkotem
Pragną wybłagać łaskę, pojednać zwaśnionych.
— Widzę, jak maskę, kruchem powleczoną złotem,
Własne oblicze martwe pośród potępionych.



ZŁOTA MASKA

Wszystko to znam na pamięć, ratunku nie pragnę,
Noc chwieje się za oknem, bezmierna i pusta
— Tylko o świcie czuję czyjeś ramię smagłe,
Ciepłe wargi, co z lekka muskają mi usta.

Wtedy wzdrygam się, szepcę, niezbudzony brzaskiem.
I w głębszą czerń zapadam, kiedy jutrznia widna
Moje oczy zapadłe drąży szarym blaskiem,
Bym z uśmiechem do piersi znów przygarniał widma.

I tak przetrwał jak posąg, któremu wyżarły
Źrenice deszcze boskie, piorunów oklaski
Wawrzyn z czoła zerwały, że śni jak umarły,
Z którego twarzy złotej nie odjęto maski.



DO SIOSTRY

O, tak, swobodny jestem! Zwolna noc uchodzi.
Rozdzielonym na zawsze jedna gwiazda płonie.
Jako w celi, zamieram w strzeżonym ogrodzie.
Wspominam oczy proste, nieulękłe dłonie.

Pomyśl, światami błądzę. Mrocznych szum gałęzi
Wyrok na ciemnych szybach na nas dwoje pisze.
Nie słuchałaś mnie, siostro. Ciebie miłość więzi.
Może wreszcie usłyszysz. I przebijesz ciszę.

Widzę ciebie, zwycięską, choć od tego ginę,
Bezlitośnie pokorna! w gruzów łunie śniadej.
Jak tonący, przerzucam po omacku linę.
Przysiągłem, że ocalę. Nie ma w tobie zdrady.

Może wreszcie usłyszysz w pożarów szeleście
I odpowiesz milczeniem, co przebija głuszę.
Spójrz! błądząc w zachwyceniu po nieprawem mieście,
Twoją kratę stalową srebrną dłonią kruszę.



KSIĘGOZBIÓR

Chodzę długo — chodzę wzdłuż
ustawionej równo biblioteki;
muskam grzbiety, patrzę w okno — cóż? —
moja miła! żegnam cię na wieki.

Poprzez lampy ściemnionej krąg
złoto liter — strasznie poszarzałe:
nie wyciągam okrutnych rąk
za twem ciałem — jeszcze żywem ciałem.

Patrzę czujnie — nie w oczy — w zmierzch
popielaty — nad balustrady:
każde słowo — jak ostrze; wiersz:
to puginał jadowicie blady!

Ponad szumem gasnących miast
księżycowy wzbijam się, nieczuły;
wybłyskują, jak srebro gwiazd,
ach! tytuły — daremne tytuły.



NIEWIARA

Jeśli szczęście[1] jest uścisk, nagły skurcz miłosny,
to znam je nadto dobrze: ów gest przyzwolenia,
by drzewa obojętnie w noc bezsenną rosły,
a żądzy tej nie było nigdzie nasycenia;

lecz jeżeli to słowo spokój serca znaczy
i prawo nad planetą, które nas przerasta?
— jak w czeluść potępiony powracam w mrok miasta
i wiem, że tej niewiary nikt mi nie wybaczy.



ELEGIA

Najpiękniejsze wiersze Leopardiego,
najsmutniejsze, najbardziej prawdziwe,
przyjaciela wspominają dawnego,
zbiegłe lata, uczucia nieżywe.

Jakby niebem głębokiego lata
w dawnym dreszczu, pełnym nadziei,
przepłynęły chmury popielate,
białe ptaki sinej zawiei.

Ach, wspominam twój głos wzruszony,
o, zbyt prosty w wyszarzałej kurtce,
usta zwarte, zaciśnięte dłonie!
— Nie zobaczymy się wkrótce.



EPITAFIUM

Nie ujrzę cię już, przyjacielu.
Do końca walczyłeś z aniołem.
Posyłałem listy i książki.
— Teraz jesteś szczęśliwym popiołem.

Na zielone patrzę pąki,
Lepkie, żywe, kwietniowe.
— I wiem, że czerwie drążą
Obnażoną twą głowę.

Jesteśmy jakby razem,
Zrównani i zapomnieni.
— Ja na ziemi chłodnej, ty pode mną
U gorących, wytrwałych korzeni.

Pamięci J. L.




∗             ∗

Nawet za kim potęsknić nie ma
W te czasy,
Dyszy gleba ruda, a ziemia
Gnie rdzawe lasy.

Jeno słuchał z mrocznego brzega
Rzeczułki,
Jak po wodzie głos się rozlega
Smętnej kukułki.

Jeno patrzeć uparcie trzeba
W mdłe szyby —
Niech pochmurne uczą się nieba,
Jakem cierpliwy.




∗             ∗

Sosny nie szumią, słońce przygrzewa
W sennem powietrzu.
Spójrz: nieruchomo stanęły drzewa
I nie ma deszczu.

Rynny już suche, pną się ponad nie
Dachówki z cegły,
Listek się kręci, dokąd upadnie,
Bardzo przebiegły?

O zmierzchu ciepłym, gdy kora płonie,
Podmuch szeleści,
O, Hegezjaszu! znów na balkonie
Trwam w bezboleści.

Annie Iwaszkiewiczowej



ROMANTIQUE

Armandzie! gdybym zdołał wstrzymać cię na chwilę
muzyczną, co z jesienią tak czysto nas jedna...
Wiem: silnem jesteś widmem, a ja słabo żyję,
wargi twoje zuchwałe, a moje ze srebra.

Widzę cię... nie oddalaj się... walisz szpicrutą
wśród borów rudych gniewnie klaczkę karo-gniadą.
Nad wiarołomną schylasz się twarzą pobladłą,
wisi nad wami księżyc, jak bezradne dłuto.

Zbyt wyraźnie oglądam... o, kopio Musseta,
jak stąpasz, ostrogami szmer wzniecając liści...
Wargi krzywi triumfu śmiech czy nienawiści,
gdy przemijasz żałobnie w szronach z fioletu?

I znów posłyszysz złote gołębi gruchanie,
które ziębi do szpiku, aż do dna mych kości,
i znów zanurzysz rękę w krwawej serca ranie,
niewierny, zagubiony w otchłaniach miłości.



AMSTERDAM

Cóż gorycz z warg ściętych ściera,
Prócz kwadransów, dźwięczących srebrnie?
W tem mieście nurt zamiera
Żałobnie i podniebnie.
Nad dachem spadzisto-zielonym
Wśród ostrołuków wróble
Krzyczą między drzewami;
Pluszczą kanały i groble,
Które chmura brunatna plami.
Spójrz, upojony i młody
Wędrowcze! od ciebie się uczę,
Jak do głębokiej wody
Muzyczne rzucać klucze.



APOSTROFA

O, mądry, grasz na fagocie
Melodie dla mnie,
Namawiasz ku prostocie
— Nie patrz ty na mnie.

Wyniosłej nie dotknę skroni,
Nie musnę włosa,
Skarg pełne ku czołu skłoni
Żal mój — niebiosa.

Hoplity profil, twe imię,
I rylca zgrzyty,
W tym ciemnym zakuję rymie,
Jak medal bity.



HEROICA

Rozchwiana! burzy bura aureola,
gromów trzaskanie w malachit wypukły
murawy, jak w zwierciadło, złocone przez pożar:
śniade ramię w podrzucie, z mroku płomień smukły.

Orszak paniczny nimf między brzóz kolumnadą
białą, czyli postrzegasz i sceniczne blaski,
cętkujące w jeziorze czarnem twarz mą bladą,
o, młodzieńczy pływaku w twych sandałach płaskich?



PRZEDWIOŚNIE

Oszukującym siebie, by ziemię oszukać,
wciąż zda się, że z nas ludzkie przemawiają głosy,
a to czerw, co nas pożarł, nie przestaje pukać;

przebija się przez wapno pod chmurne niebiosy,
na wietrze przedwiosennym wciąż wyżej zawodzi,
i dyszkantem przedrzeźnia, aby kosić kłosy;

gdy ja puste rozcieram, przedwczesny jak złodziej.




∗             ∗

O, pozwól... Obrośnięty ganek,
Liść winogradu jeszcze żywy,
Dymią w miesiącu sponad niwy
Ciepłe zapachy macierzanek.

Nadążysz, Muzo! Cynę śniadą,
Wywary drętwe, grząskie gusła,
Przez niedomknięte wlejesz usta,
Chlupiące srebrem i zagładą.

Pozwól, niech usnę! Chwila jeszcze,
Nim zmagać pocznę się z aniołem,
Z lwem, orłem i skrzydlatym wołem,
Miotany magnetycznym dreszczem!



OCZEKIWANIE

W mojego domu białych ścianach
staromodne firanki, zielone żaluzje.
W każdem oknie staję na czatach:
szyby patrzą, wylękłe i groźne.

Na parapecie ustawiłem bukiet,
wymalowałem chmurne framugi.
Słyszę: stukają wróble, biją drobne dzioby,
żalą się stwory w jęku długim szarugi.

Ale on nie nadchodzi. Dźwięczą fontanny
i smak ołowiu podpływa pod wargi —
czesze włosy księżyc zaranny,
rzuca grzebień w studnię bez dna.

A on zęby szczerzy, w gałązkach krąży,
w dach wali rudy, w rynnach się sroży,
z Zachodu na Wschód burzyciel dąży,
w drzewach, nie we mnie, miota się dech boży!

Feliksowi Konopce




∗             ∗

Jeśli myślałem, że trzeba do dzieła
cokolwiek więcej prócz godzin samotnych,
to opłakuję dzisiaj błąd stokrotny:
tak mija miłość; tak młodość minęła.

I wiem, że westchnień moich nikt nie liczy.
Znów noc żałobna czarnem drzewem chwieje,
a gdy usypiam, już za oknem dnieje,
bym nie odróżnił szczęścia od goryczy.

Jednej zaprzedał się tylko rozkoszy,
tej, co podaje wtór, na wszystko głucha,
i współbrzmi wtedy, kiedy głazów słucha,
a ptaków śpiewu o świcie nie płoszy.

I liście płoche nęci i kamienie,
jak kręgi, toczy, gałęzi szelestem
raz po raz gada: nie ma mnie, nie jestem,
a ty mnie szukasz przez rdzawe jesienie;

a ty mnie śledzisz, wskrzeszony przez skargi,
w chłodach wilgotnych i w zieleni błogiej
— a jam spłynęła wodą obok drogi,
uśmiechem ścięte rozchylając wargi.

Julianowi Tuwimowi




∗             ∗

Podałaś mi twój trunek, nocy,
I popłynąłem Letą niepamięci;
Jeden się listek na rzece kręci,
Jak pływak, który darmo wzywa pomocy.

Na tym brzegu kamiennym przystaję.
W gałęziach ptaki krzyczą: dźwięczne dziwy.
Opary blasku otulają niwy,
Jakież drzewa lśniące, jakie gaje!

A kiedy wracam, zmierzch za mną płynie.
Tak szybko stopą bosą przebiegły hory,
I nie wiem, czy drzemałem do tak późnej pory,
Czy się zbudziłem w zbyt wczesnej godzinie?



POD NOC

Na wiatru strumień kładę strzałę, tę łupinę.
Patrz! śladem bezcielesnym w kręgi się rozpływa.
Dygoce warga moja, jak zdarta cięciwa,
I, złocony po brzegach, jako obłok ginę.

Wtedy podchodzisz, nocy, patrzysz, niewidząca,
Jak z dłoni wyprężonych znów płynie muzyka.
W gładkich piersiach zadrżała? Czyj grot palce trąca?
— Już źrenice odrębne oglądają Muzy.

Mam czoło odrzucone i twarz śnieżno-białą.
Nad głową rozłupaną cień świecy przyklęka.
Przez przeguby napięte cudze gada ciało,
Gdy grot drga nieruchomy, ku plejadom pęka.



LOT

Gdy znów o szybę dźwięknie powiew, co się wznosi,
Na gałązkach w dygocie biegnie aż do czuba —
U progu zostawiają sandały. I, bosi,
Nagle szybują stromo, jak skrzydło Cheruba.

Wyjść na ganek, odetchnąć. Wysłanniku rączy,
Chwieję się w wielkim szumie i pióro rozpiąłem,
Jak śnieżno-biały bandaż, w który krew się sączy:
Patrz! odblask aureoli nad stygnącem czołem.



MUSZLA

Nim ślady się roztopią,
Skrzydlaty się uniosę
Nad bielą, niedotkniętą zaśnieżoną stopą,
Jak nad uśpioną wargą, rozchyloną głosem.

Na odrętwiałej fali,
W domkniętym błogo śpiewie —
Ramiona kruche śniegu, źrenice ze stali,
Kołujący na pustym, jak muszla, powiewie.



OBRAZ

Podmuch od okna firanki porusza,
Jak bogowie po blankach przez sen stąpam w chmurze,
W ulice, niewidzialny, ponad skrajem dachu.
Z blachy źrenice płytkie, w palcach ścięte róże.
Przez wargi z sykiem ulatuje dusza.

Lot unosi nas znany stromo nad cysternę,
Do jedliny wydrwionej wplata ziemi ciernie,
Ponad gościńcem w bieli, siwiejącym głazem,
Kolebany — i patrzą jasne gwiazdozbiory;
Błogo zastygłe strugi dotykiem rozwiewa,
Ukłonem go witają przelęknione hory,
Wyją pręty i milczą, w blasku rosną drzewa.
Patrzcie pilnie, śmiertelni; już pnie się po murze:
Łeb sępi Ozyrysa i profil krogulczy,
Garść zaciśnięta, oczy uśpione zabójcy
— Stoję, spokojny, nad własnym obrazem.



DIALOG
Ja Nie zapomnij, o, Wyniosły, o mnie.
On Grzechy! Słabości! Pokus głąb!
Róży popiół, w iskrach krzemienie,
I wrzawa przeraźliwa trąb,
Jako wężowe ukąszenie!
Ja Kto się, ziemio, za tobą upomni?
On Liście zetlałe, gromów sąd,
Ciemności podmuch, nurty wściekłe,
Łamany błyskawicą ląd
I stopa bosa ponad piekłem!
Ja Gdy w gałązce wołasz mnie dnem,
Bym w zieleni oglądał siebie,
Miłosierny, ukołysz nas snem,
Jako w ziemi, tak i na niebie...


SŁOWNIK

Przez poetów równany do czystego ducha,
kot biały; przyjaciele: im się nie dowierza;
muzyka dla dystrakcji wybrednego ucha;
chleb i wino na obiad i sałata świeża;

a przed oknem: elegia bzów; rzędy półek,
dobranych ksiąg; ach! ganku drzwi Sława odmyka
i naiwnym wieczorem szczebioty jaskółek
wpuszcza... Szczęście wykreślam z dawnego słownika.

Kazimierzowi Wierzyńskiemu



GAŁĄZKA GOŁA

Widzisz? na glebę opadł szron,
Brunatne bieleją drzewa,
W dłoni drążonej ukryj skroń,
Nasłuchuj: ledwo ptak śpiewa.

Dotknąłeś szyby? w oknoś rzekł
Nieopatrzne słowa skargi?
To nie krew na dłoniach, nie ćwiek,
Gałąź muska gorzkie wargi!

To nie świt, nad murami brzask,
Ni szelest skrzydeł nie woła;
Drąży rylcem wzrok szary blask:
Nie Anioł, gałązka goła...



PO DESZCZU

Powracając po deszczu, samotnością trzeba
Upić się, jak gryzącą wódką i westchnienia
Słać wysoko, w obłoki, gdzie wiszące nieba,
Pełne wiatrów grających, czułości i cienia.

Po omacku dotykać, jak daleko płoty
Oślizgłe wzdłuż pachnącej o zmroku alei;
Z dachów przyćmionych zwisa sierp jak dawniej złoty.
Drzewa szumią z oddali. I nie ma nadziei.




∗             ∗

Deszczowy sen, ów smętek mgławy,
Czarne nad lustrem wód modrzewie,
Skrzypienie wozów, sielskie sprawy,
Po latach jakim witasz śpiewem?

Kół turkot, krzywe koleiny,
Gdzie szałwia wzrosła i rumianek,
Wokół ścian białych jarzębiny,
Pokusy wonne, ciemny ganek —

Młodości w chmurach elegijna,
Zmierzchy gwiaździste, mokre mięty:
Za uchyloną szybą wilga
Srebrem przeszywa firmamenty!

Powracać dokąd? lub wspominać?
Snuje się zmrok po nieboskłonie —
Krzewom w podmuchu się uginać,
Trzeba i tobie skłonić skronie.



DAWNA IDYLLA

Pragnąć. — Altana w zielonkawych plamach
Poranka, cieniem punktowana drobnym,
Ławka, żywicą wonną rozgrzana — ta sama,
Zbryzganych, rozchylonych kwiatów zapach chłodny.

Słuchać. — Skrzypienie piasku pod kroki ostrożne...
Powieki, ciężkie od farby żaluzje,
Południe woskiem skleja. Z westchnieniem-by można
Wystrzelić w samo serce śrutem z fuzji.

Wśród brzóz bladych staw wabi, jak lustro wieczoru,
Na mostku bielejącym żółtawe skry cygar.
Fujarek melodyjnych pod księżycem stara
Muzyka z jękiem ginie u czarnego boru.

Jeszcze czółnem podpłynąć aż do wodopoju,
Niechętnie w toni mętnej łowić mgliste rysy.
Krowy lśniący nurzają pysk, rozparte stoją.
Pnącze śliskie, jak dłonie, które spleść się boją,
Dygocą trwożnym kołysem.



WRZESIEŃ

Pierwsze liście opadają z drzew,
Przewiały szumy letnie,
Czarna gałąź, sterczący krzew,
Kiedyż niebiosa przetnie?

Na zmierzchowo oddalony świat
Źrenice patrzą pustsze,
Nikły profil u szyby zbladł,
Jak w popielatem lustrze.

Nie wyciągaj daremnie rąk
Ku rozpostartej dłoni:
Srebrna nić z pokoszonych łąk
U szczupłej igra skroni!




∗             ∗

Codziennie widzieć, jak krew się zieleni
Bezbarwną mgiełką. To umarli nasi
Z siedliska zwolna powracają cieni.

Blask przedwiosenny zwiewne widma śledzi,
Deszcz szarzejący jakby palcem gasi
I kreśli zarys szmaragdu i śniedzi.

Oni, zbyt widni, na wietrze się ważą
Nieufnie, lotnie, nieprzywykli jeszcze,
I śród gałązek przeświecają twarzą

Bez zmarszczek, z smugą na skroni siwizny,
Jak z pajęczyny nicią; senne deszcze
Ponad rozłogi niosą ich ojczyzny

Tak dziwnie młodych, nad odpominaną,
Jak się ogląda przez zmętniałe szyby,
O zmierzchu, łąkę snopami usłaną.

Nie mogąc usnąć. A liście, jak struny,
Ledwo trącane, ciemne ciche ryby,
Suną przez mroki ku kałużom luny,

Nie trwóż ich. Tleją rozdarte całuny.



NOC

Na jasne nie każ patrzeć dzisiaj gwiazdozbiory;
Stracisz wiarę i miłość, pogrzebiesz nadzieję;
Lotny podmuch nicości powoje owieje.
Powróćmy na pokoje i zapuśćmy story.

Długo czytać wypadnie. Tam świeca goreje
Nad uśpionym, nim Diana wzejdzie dookolna.
Wionie chłodem w policzki i srebro rozleje.
Idźmy pod gwiazdy we śnie. Czuwa północ polna.



NARCYZ

Do nasłuchującego ucha
Promień skroplony szepce płynnie,
U dłoni przeźroczego ducha
Kroczący zwiewnie i niewinnie,

Poeto płochy! liście z miedzi
Zielenią budzą zgłuchłe struny,
A wodotryski w odpowiedzi
Tęczową tonią toczą łuny;

Piołunem wargi natrzyj senne,
Narcyzie, strugą kolebany,
By rosy gorzkie i wiosenne
Fiołkowe przechyliły dzbany.



PIÓRO

Wysłańcze wielkooki, prószą pióra białe,
Sypiesz mak, by bezsennym zakleić powieki.
Nie widzą cię źrenice. Są niedoskonałe.
Roją miesiąc, plejady, planetarne rzeki.

Tam przestwór nieskalany zna przelot anioła,
Wysoki ton harmonii, który blaskiem budzi.
— Wtedy stajemy w oknach. Nocą nikt nie woła.
Patrzymy w płomień świecy, podobni do ludzi.

Tak mijasz wzrok uśpiony. I w czyste przestrzenie
Opadasz, gdzie ogłuchły ostatnie klawisze.
Odtrącasz wpółocknionych. Niech trwa zapatrzenie.
— Spójrz na pióro, Serafie, którym zwolna piszę.



WYSŁAŃCY

Widziadła sine, cumulusy,
Cheruby, Trony i Potęgi,
I Archanioły burz, stratusy,
Obłoczne zataczają kręgi.

O, widnokręgu nagłe struny,
Wymiatające ptaki z drzewa,
Wargi przestworu! Wy, zwiastuny!
Obłędna lira, która śpiewa!

Ulewo srebra! Niechby rosły
Skrami fioletu w punkt, co pryska,
Źrenice, zaświatowe posły,
W posoce blasku nad zwaliska.

Tam biel, jak bandaż ponad ranę,
Nim pokalana krwią się zbroczy
— Gromy nawałnic zwiastowane
Łagodnie wypalają oczy.



GOŁĘBIE

Głazom, ziołom i zjawom porozdajesz skrzydła,
Ludzi błahych zapomnisz. Oto ptaki wieszczą.
Anioł, co potłukł szybę, już ustawia sidła:
We wnyki łowi srebro, jak ptasznik na deszczu.

Patrz! tam twarze zadarli, w ślepych odblask płonie
Chłodu, krok jeden, a runą w przerębel:
Suną gładko po lodzie, podlatują dłonie —
Jeszcze wyżej dygocą zdziwione gołębie.



ŚNIEGI

Na chodnikach dygocą wilgotne odblaski,
Jak kąpanej w manganie, wpółobeschłej kliszy;
Wielki ptasznik ma mroku rozpina potrzaski,
Umykajcie, o, ptaki! i strzeżcie się ciszy.

Po nocy wybiegamy, jak posąg, z którego
Powijaki opadły i gwiazdy go strzegą.
Nagość nic nie pomaga, ni skrzydeł wybiegi:
Wargi drętwe i w rtęci. A na kliszy śniegi.



Północ pod gwiazdami,
Jak napięta struna,
Blachy dachów plami
Zielonkawa luna.

Blask: cyrklem promienia
Zakreślone koło,
Ku pustce ramienia
Przechylone czoło.

Patrz! przymknięte oczy,
Łzy jak grube grady,
Znów dno kręgiem toczy
Okropne plejady.

Srebrne pióro ptaka,
Oś Wielkiego Woza —
Tam: miłość jednaka,
Ach! ta sama groza.




∗             ∗

Niebaczny na przestrogi, uległy pokusom,
Opadam zwolna w czeluść, jako płomień płynny,
Ważę się w niepewności, okropnie niewinny,
Poddany woli ziemi i wyższym przymusom,
Nad drzewami, co dymią w ofiarniczych stosach.

Duszny miód wypalanej w cieniu buków smoły,
Aromat bursztynowy i balsam żywicy,
Wznoszą podmuchem nagłym tętno błyskawicy,
Bezgłośny, w widny ranek, spływam na parowy,
I trwam, jak zatrzymany skurcz wonnej tętnicy.

A tam wesoło krzyczą. Spocone anioły,
W koszuli rozchełstanej brodzą przez popioły,
Odwinąwszy rękawy, wypalają szczeble,
Pnę się śladem przez łęgi jak drwale wesoły,
By stąpać górskim jarem, w mozole i biegle.

Pogoda wreszcie czeka. Obłok się rozchmurza,
Wieją kaliny, przestwór dzban przezroczy poda,
I, jak pasterz, ma klęczkach piję, kędy woda
Kryniczna wargi poi i włosy rozburza.
Wtedy powracam w ciemnie. Gromami tnie burza.



PRZED WIEKIEM

O, rzeko rzewna, płyniesz z bliska,
Szemrząc zielono przez opary,
I na pomoście stopa śliska
Potrąca tonie i szuwary;

Szelestem czajka pióro nurza,
W odbite kryjąc się wikliny,
Nurt popielaty się nachmurza
Między okami wodnej trzciny;

Palą ognisko na ostrowiu,
Pieśni pastusze podmuch goni,
Sitowiem dawny miesiąc w nowiu
Zmierzchowo pełga w mglistej woni;

Przed wiekiem wino chłodne piłem,
W oknie o zmroku płacząc serio,
I w gwiazdach kubek utopiłem.
O, romantyczna ma austerio!




∗             ∗

Ułam gałązkę. Ledwo się zieleni,
Wilgotna jeszcze, już o ciebie pyta...
Czy popielaty zarys nie odmieni
Źrenicy blasku? Urna czy rozbita?

Szeleszczą źródła... Ku zwierciadłom chłodu
Przybliż pragnące i nieśpiewne wargi;
Niechaj bluźniercze nie ozwą się skargi.
Gdy gniewna zieleń przez korę rozkwita.




∗             ∗

Przestałeś błądzić ziemią i osądzać ludzi,
Poznanych nazbyt dobrze. Patrz, usnąłeś wreszcie.
O, samotny, poranek ciebie nie przebudzi,
Zapatrzony w obłoki, słyszysz: szumią deszcze.

Tam, drzewo wieje jeszcze. Tam, łąka się trudzi,
Ledwo otwarte okno, szyby rozchylone,
I skrapiają je krople, jak struny zielone.
Pochyl głowę, podobny do zbawionych ludzi.



GAŁĄZKA GUSTAWA

Drążone jak rylcem skronie
Na pół przegiętemu w oknie
Wietrzyk skrapia — listek moknie
I, zwilżony, trąca o nie.

O, struno! na pustym stole
Gałązko Gustawa drżąca;
Na wybladłem z dawna czole
W złoty cień wyrastająca!

Rdzawe przerasta głębiny,
Nad głuchym basenem zwisa —
Aż pręgę wąską, aż rysę
Na piersi — zawrze wawrzynem.



MIESIĄC POETY

O! przedwiosenne, widne dni,
Rozdygotane długim dreszczem,
Gdy mokra ziemia zwierza ci:
Zabijam, kiedy pieszczę...

Z żałoby bielejącej zim
Znów rozszerzone dziś źrenice
Kominów rozedrgany dym
W płoche łowi pętlice.

Na wardze zwartej drgnęła krew,
Wzburzona, elektryczna, słona,
Jednem z beztrosko-lotnych drzew
Nagie wzbijasz ramiona.

Otulasz się febrycznie w płaszcz,
Rozprostowane kości trzeszczą,
Uśmiechem wykrzywioną twarz
Kryjesz w fałdach złowieszczą.

O, dorzuć do kominka drew:
Wieczór — z kobaltu, a noc — z sepii,
Już zmarszczkę gniewu gładzi śpiew
I ptaków nagły trzepot.

Tam: w bury przechylone cień,
Zaułki w mrok padają miękki,
Gwiazdy: jak jęk, tłumiony w dzień,
Ust twych ściętych i prędkich.

Wietrzyk igrając, chmury drąc,
Złociste toczy już pioruny,
Gdy, blady, palcem trącasz, drżąc,
Rdzawe dźwięczące struny.

Anieli



ZAPROSZENIE DO PODRÓŻY

Na zenicie z żalem świegoce,
Niżej rzewnie odpowiada,
Gałąź rozchwiana, jak Dryada,
Więziona przez widne noce.

Fiołków woń w mchach mokrych durzy,
Jak wargi, rozwartej nagle;
Nad pniami fiołkowe żagle,
Obłoki gorzkiej podróży.

Ach! łąka do spoczynku wzywa,
Na łęgu zabrzękła struna,
Kołysze się obłoczna Luna.
Martwa bogini, szczęśliwa!

Po rosie świta zmierzch obłocznie.
Zmilkło. Wiosna ziemi kona,
Jak srebrne zwłoki Endymiona,
Gdy z lękiem w murawie spocznie.



PASTORALE

Blaski, deszcze za chmurą. Barwione obłoki
Uśmiechami po brzegach mrok na wełnę strzępi.
Murawa, rozrzucone Endymiona zwłoki
I loki z sepii.

Wiosło, czółno, ostrowy z niebieskawej śniedzi
I ruiny Cytery. Ktoś zagląda w karty.
Zdmuchnij, wietrze nieczuły, anielski sąsiedzie,
Te smutne żarty.



CHMURA NA CZOLE

Gałąź smukła o szyby w przelocie
Zapukała już na ukos.
Pierwsze ptaki, zatrzymane w locie,
Oglądają się w kałuży, nie widząc.

Znów żałobne pól rozlewiska
Na gnijącej tej roli otwartej,
Sine kiełki — rychłe pastwiska
Dla krów chudych, ciężko dyszących.

Och, i chmury! — dawne widziadła,
Położone na źrenice oślepłe,
Z których nawałnica wybladła
Runie, srebrnym krając piorunem.

I zmierzch jeszcze — z gajowej fletni
Zrodzony w rozjękach śpiewnych.
Zmrok łagodny — prawie letni.
Oderwij palce od oczu!

Ponad ziemię patrz — noc ze złota,
Na tę ziemię spójrz — noc wokół czarna.
Tu i tam wicher tobą miota
Bez nadziei, nijakiej nadziei...

K. A. Jaworskiemu



NAUKA

Ryże bruzdy, z fioletu gruda:
Boże! spokój już się nie uda,
W dawne lata koszono trawę...
Spojrzyj raz! łęgi, łąka ruda,
Na źrenice suną liście skrawe.

Ugór gęsty, za mgłami palą,
Ogień na fali, w dymach muzyka;
Jadowitą rdzą, płynną stalą,
W gleby wargi gnicie przenika.

Wierzchołkami grają wichury,
Kto w szyby jednym palcem stuka?
Nie słuchaj! Lamentów chóry,
To cierpliwości długa nauka.

Pnie barwami wieją, czy po skroniach ręką
Z katuszą przesuwasz — zawsze ta sama
Natura: rozchwiane okienko,
W ramie nocy żółta plama.



RANEK JESIENNY

Zblakłe płatki róży
Na oczu oboje;
Dzionek się nachmurzy,
Jak źrenice twoje.

Po zaklęsłem niebie,
W oba brzegi niecki
Żagiel się kolebie,
Chmurny i niebieski.

Po murawy rosie,
Pobladłą glazurą,
Miotasz się, o, głosie,
Ku szarym lazurom.

Rola rankiem śniada
— Pasma i paździerze —
Rudo przepowiada
Pradawne pacierze.



JESIENIĄ

Nad niwą z mroku i złota,
Jak koncha zasłuchana,
Drążona podchmurnie grota,
Przez nimfy malowana.

Lazurom wystarczą liście,
By zabrzęczały struny,
Wzleciały w mosiądzu świście
Rdzą dziergane całuny.

Melodie wioną i płoszą
Poukładane sennie,
Upite winną rozkoszą,
Krajobrazy jesienne.

Na strudze marszczona smuga,
Jarzębiną barwiona —
Ach! srebrna przewionie struga,
Jak śpiew i płaszcz pocztyliona.



ELEGIA

Berberys się rumieni,
Jesion jesienią wzywa,
W nachmurzonej zieleni
Kobaltem nuci lira.

Elegia w chłodzie rosy
Wygina się łodygą,
Aż po ptasie niebiosy
Blask, szczebioty i dygot.

W znaku krwawym Skorpiona,
W popiele skrzy się rdzawa,
Ściele się rdzą strzępiona
Pod pasmo sierpu trawa.

Murawa czółno długo
Więzi lazurem śniedzi,
Aż się odezwą smugą
Dwie strugi w odpowiedzi.

Ługi niebieskie pieści,
Pleśnią przymrozku ścina,
Gdzie pieni kropla pieśni
Obłoczną ciemność wina.




∗             ∗

Barwy przebiegłym palcem powiedz:
Mroczno-zielony bluszcz, potoki,
Wiejący jar, brunatne stoki,
Znieruchomiałe stada owiec.

Wreszcie ucieczkę. Łzy się leją,
Gdy bezpowrotne szumią deszcze,
O zmierzchu witam się z nadzieją.
Z mosiądzu szorstkie struny pieszczę;

By na spienionych oceanach,
O, samotności, w jęku mewy
Słyszeć: pasterskie ciągną śpiewy
Nad rudziejące kopce siana.




∗             ∗

W poranki darmo chmury liczę
Z uśmiechem sennej nienawiści,
Zgubne nadzieje i słodycze
Ziemi, wstającej w szumie liści;

Jak bóstwo w zielonkawym tumie,
Ulatujące z konchy chłodu,
Na fali popielatej szumie
Więdnące błogą barwą miodu;

Aż sploty, blaskiem oszronione,
Palce w dygocie i niemocy,
Ukażą brzegi spopielone
Pod nieśmiertelną pustką nocy!




∗             ∗

Rdzewieją liście i siwizny
Przybywa u toczonej skroni,
Gdy blask się ołowiany kłoni
Na brąz ugoru, na ojczyznę;

Malachitowe w szronie zioła,
Jałowca fiolet u topieli,
I wyprysk srebrniejącej skrzeli,
I sine dymy ponad sioła;

Zwlekając, brzask wymiata puchy
Na spopielony pustką obraz,
Duchy motają w mgłę krajobraz
— Rozplatasz dłonie. Nikt nie woła.




∗             ∗

Ku ocknionemu mgła siwieje,
I śliwy, rosą obryzgane,
W pajęcze nici omotane,
Zwołują duchy i nadzieję.

Przez oszronione malachity
Jagody toczą się murawą
I w zmierzchu przebłyskują rdzawo,
Jak nakrapiane aksamity.

Poczem szlichtady. Siność chlusta,
Z przerębli bulgot szemrze błogo,
I parującą zwilża trwogą,
Korynno! niedomknięte usta.

Wandzie Telakowskiej




∗             ∗

Opierzchłe w wichrze wargi bolą
I, opłukane, jak u hermy,
Goryczą nieśmiertelną, solą,
Żywioł zdradliwy i niewierny

Łowią: rozpękłe z głazu usta
Łzy oceanów, siną pianę —
Bóstwo z marmuru rozłupane,
Wznoszą nad kryształ, który chlusta;

By, powleczone siwym jodem,
Szronem uśmiechu, ściętą stalą,
Bogini! w locie ponad falą
Lśnić, jak gołębie, trwożnym chłodem.



SERENADA

Podmuch jak tryton wargami dmucha
I liśćmi mąci jaskrawość wina
— Czary jesienne, rozlanie ducha,
I Wisła płynie, jak mandolina.

Emalię spełzłą opar powleka,
Tleją ogniska, siwieją bruzdy
— Nad szkliwem źrenic dymu powieka,
Rozchylonemi oddychasz usty.

Brzęczą gałązki i błędne struny
Malachitową smagają głębię
— Strzępią badyle, gołe piołuny,
Czary obłoczne, barwy gołębie.



EGZAMIN

Pożądliwości, boleści i skazy,
jak trąd się łuszczą i białe oblicze
jesień ku brudnym unosi obłokom;
sepią dymiące oglądam obrazy,
wspomnienia raju, jak ów, który leki
przyjął, we śnie się budzi, z mułu ziemi
wyprowadzony i cierpiący, póki,
jako egzamin ostatniej nauki,
zmierzch nie owionie go, powiernik śmierci.



KONIEC ZIMY

Szyby dźwięczące biało, dnie matowe,
Jak tafle szronu i fioletowe
Blaski, przesiane przez chmurne plejady:
Tam miesiąc śniady

Pod czapką lisią w żaglach aureoli;
Na wardze fala z blachy oraz soli,
Gdy Wenus srebrna z nurtu się wynurza,
Jak martwa róża.



SÓL NA WARDZE

Nie nachylaj się przez burtę:
Wenus w pianie się poczyna;
Tam, nad granatowym nurtem,
Wrzosy lila, jarzębina.

Tran i smoła, ostre wiewy,
Wonie nieśmiertelnej fali,
Jodu gorycz, okrzyk mewy,
Wicher w linach, posmak stali.

Zęby zagryź — sól na wardze,
Palce załam — nad odjazdem:
Nie podołasz ziemskiej skardze,
Wenus łowiąc, morską gwiazdę.

Wieczór szary: srebrem wspłonie
Dotykalna, wiekuista,
Ponad martwiejące skronie
Morzem wionie, pianą spryska.



BRUKSELA

Złe miasto, gdzie, ściągnąwszy brew,
Błądziłeś, czuły i szalony,
O, chłopcze! znów smakuję krew,
Na wargach nalot słony.

Opadał zdarty mściwie głos
I rudy kosmyk ponad czołem,
Jak struna rdzawa, plącząc włos
Z złym, kudłatym aniołem.

Wokoło skroni chudych bił
Płomyk, jak pyton metaliczny,
Z dymiących trzew, z rozdartych żył,
Piał twój jęk krystaliczny.

Gdy w podniebieniu tkwiący grot
Zeszywał zielonkawe chmury,
Nad Panteony wznosząc młot,
Targałeś tkliwe struny.

Ponury, w kułak zwarłszy pięść,
Kąsając wargi i wybladły,
Rozbłyskiem zębów rwałeś więź —
Patrz! rdzawe liście spadły...

Józefowi Czechowiczowi



Z PODRÓŻY

W Lizbonie wita sennych Chrystus z majoliki,
W Casablance różane ogrody szeryfa,
Wieją kiście nad nocą stygnące pomniki,
Szumią piachy czerwone, gleba kości chciwa.

Z pustyni się podnoszą wiry bezgraniczne,
Gdzie studnia sucha zionie, tam stąpają stopy,
Bez żalu opuściwszy trumnę Europy,
Skradają się w zaułki, w raje chaotyczne.

Tam: wielbłądy łagodne, ciągnące do wody,
I pęknięta skorupa glinianego dzbana,
Odpadki niewolników, wrzaskliwe narody,
Prawicą sprawiedliwą strącone przez Pana
Tam pycha samotności — kolumna strzaskana.

Sypią się rude mury ruiną stuleci,
Byś przez szczelinę dojrzał barbarzyńskie sioła,
Gruzy malachitowe, kędy nikt nie woła,
Podmuch żaru kołuje i zagarnia śmieci.

Obojętność bezmierna dla tego, co żywe,
Gdy nad lössem czerwonym obrzmiałe agawy
Porastają sczerniałą popielisk Niniwę
— Nad szyją zwisa miesiąc, jak jatagan rdzawy.




∗             ∗

W twoje szare powrócić, samotności, wody.
Długo patrzeć o zmierzchu: tam, gdzie listek młody
Na tle zieleni czarnej drga, czysty w rysunku,
Jak przełamany w strudze profil wizerunku.
Poczem storę rozchylić, przez szczelinę szyby
Wdychać powietrza wilgoć, pachnącą jak grzyby;
Tak przed spoczynkiem zwlekać; niechaj w sen nieżywy
Wedrze się chłodna szorstkość zmoczonej pokrzywy.
Berberys krwawo kwitnie, chwieją się derenie:
Zanim powróci senne szczęśliwe ocknienie,
A nad oko widzące dźwignie się powieka:
Szary blask czoło martwe posągu obleka.



O ZMIERZCHU

Przez niepojęte powietrze
Przechodzień krzewy muska,
Jak widma, tlące na wietrze.
Zielenią mroczone usta
Milkną w zwierciadle wody,
Jak u mrożonej szyby;
Ciągną o zmierzchu niewody
I srebnołuskie ryby.
Zbryzgujesz, poeto, stopy
Pianą odbitych wybrzeży;
Odcieleśnione stropy,
Niebiański podmuch świeży
Wabią od blasku ślepego,
Najada więziona zaprasza
W nurt widziadlany brzegu
Jak Anioł, wiodący Tobiasza.



OFELIA

Otawy łagodne, ługi,
Jak zielonkawy bronz,
Wpółwygięte u strugi,
Wierzby, olchy i wiąz;

W wiklinie wiąże się luna
Długim dygotem barw,
Nim piołunowa struna
Czysto odpowie z harf;

Nurt popielaty opluska
Liście, lilie i woń
— Uśmiech odemknie usta
I poszarzeje skroń.



DAFNE

Driady kora cierpka i cierpiące usta,
Pierś nacięta, spod której rosy zieleń chlusta,
Gałązki nad źrenicą oraz wodospady
Łez chwiejnych, jako blaski poprzez winogrady,
I krzewów dygot śniady w gonitwy powiewie,
Zmilknijcie. Niechaj luna w posrebrzanym śpiewie
Spływa strunami, trąca głuche, kona ścicha
Głos, jak warga, co we śnie nad milczeniem wzdycha;
Nad pieczary, strug tafle, w uśpione niebiosy
Dafne, wcielona w drzewo, rozpuściła włosy.



ODPOWIEDŹ

Nadchodzą Muzy; patrz: tam gwiazdy giną,
Zdmuchnięte wargą ze stali i kości,
Źrenice gniewne, jak studnie białości,
Błogo widnokrąg zachwycą, nim spłyną.

Umilknąć głosom, by zrównać prostocie
Ich oczodołów, które blaskiem broczą;
Trwać oślepioną taflą i przeźroczą.
Jak widmo lustra, zasklepione w złocie.

Doskonałości błaha! któż na ćwierci
Jak marmur linię horyzontów gniecie?
— Nie zdołasz złamać Muz, muzyczny świecie,
Nie umiesz na nic odpowiedzieć, śmierci.



WALKA

Akwilon jasny i Auster pochmurny
Gonią plejady ponad tonią czasu:
Pastuchy trzody niebios, gwiazdy, pasą
— Jak głazy gładkie, toczą się do urny.

Podmuchy ciemne trącają cięciwę
I wypuszczono wszystkie wiatry z smyczy
— Wargę opływa posoka słodyczy,
Oczom oglądać obłoki nieżywe.

Odwróć źrenice, te lustra niebytu,
I trwaj, jak święty, przeszywany grotem.
Pod falą chłodu i blasku namiotem,
Aż dojrzysz ziemię siną w ranach świtu.



ŚWITY

Świty szumiące, pełne łaski,
Obłoków mijających chłód ...
I bicie werbli poprzez blaski,
Jak krzyki zrozpaczonych nut.

We włosach sny. Tam płyną chmury,
Szczeble niebytu, chwiejny krzew...
I porankowy gniew wichury,
Burzący elektryczną krew.

Brzegi jeziora... Tędy brodzę
Lekko tropami ptasich stóp
I na złoconej mijam drodze
Bóstwa, miotane lwom na łup.

Bogini! nad muzyczne głębie
Stąpam, serafów śledząc złych —
W kałuży kąpią się gołębie
I skrzydeł rozniecają skry.



WOLNOŚĆ

Dotykiem, po omacku, wyciągnąwszy dłonie,
Wyczuwam wonną chmurę, bezcielesną ziemię,
I nagły trzepot trwogi, o, senny Platonie:
Obłok, pióro, lot jego razem ze mną drzemie.

Przeciągnąć się raz jeszcze... Wiejąc, krzew zielony
Zwleka, nim muśnie białka wywróconych oczu.
Cherub ockniony wraca po zamglonem zboczu,
Zwraca źrenicę szarą, gdzie raj utracony.

Ukaż sztukę, jak prujesz biel, nie tępiąc pióra,
I błyskiem nożyc krajesz nieruchome cienie,
Skrzydeł dygotem czystość... Złóż w rulon przestrzenie,
Gdzie błogość, blask boleści, wolności wichura.



BRUKI

Któregoś dnia skończone. Oskardów brzęczenie,
Przebrzmiewające tępo, jak twe zamyślenie.
Odeszli czarni, nadzy, lub w niebieskich bluzach.
Z ramion naoliwionych podrywa się Muza,
Chlaszcze na wskos po twarzy swem pierzastem skrzydłem.
Poczem z okna się miota, niewidzialnem śmigłem
Poruszana, z warkotem, zataczając kółka,
Jak mechaniczna w pustce błękitu jaskółka.
Zostajesz sam, wydrwiony. W górze pióro chlasta,
Nad przedmieściem pochyla się gipsowa maska,
Z kurzu zlepiona, bruków bogini wspaniała,
Mieszkanka rzuconego na kamienie ciała.

Jerzemu Zagórskiemu



BRZMIENIE

O brzasku: cisza. Wielki żal,
Warg rozchylenie, płomyk gorzki,
Hurgoty wracających fal,
I śpiew syreni, pełen troski!

Zaleje wreszcie. Głową w dół,
Opadam w brzmienie, pływak żywy,
Bym poszum Oceanu czuł,
Nad głową gniew i gruz Niniwy!



POPIOŁY ZMIERZCHU

Gdy kaleczące włókna soli,
Z ugoru perz, wydarty z chwastem,
I krzemień pod palcami boli
Nad osypanym w prochy miastem;

Odblaskiem zgonu głownia pryska,
Zawiędły zagon, śliska gleba,
I kreskowane deszczem nieba:
Patrz! diorama trwa ojczysta;

Siwieją mchem puszystym drewka,
Gdy niedotlałe drzazgi syczą,
Nad parą ulatuje śpiewka,
Sycona duchem i goryczą.



STANCE

Odblask rudawy lunął przejrzyście,
Jak na przeźroczu,
I wielozmienne cieniują liście
Emalię oczu

Malachitowo więdnącej łuny
W szronie dosięga
Dłoń, muskająca brzęczące struny,
Jak rdzawa pręga.

Pióra bezbłędne i siwe gruzy
Nad czarną rolą;
Baczymy pilnie: błagają Muzy,
Mija Apollo.



MUZY

Nieczułe, Wenus, twoje dary,
Jak brzask, co muska ziemskie rzeczy,
Skorupy, zabarwione czary,
Szrom osypuje i kaleczy;

Członki, zagładą ubielone,
I malowane ciężkiem złotem,
Stopy, ramiona utrącone,
Palce, kruszące się z stukotem;

Amfory z gliny, w których bóstwa,
Gdy blask się pieni i bulgoce,
Półsenne odmykają usta,
By wracać w rozchylone noce,

W wiązania z stali, kapitele,
W stygijską słoność, sypkie gruzy
— Po kostki brodzą w ich popiele
Z podziemi wynurzone Muzy!



MIARA PŁÓTNA

Znów włócznię trąca podmuch, grot
Nad wyszczerbionem drzewcem brzęczy,
Posoka spływa aż po dno,
Gdzie smyczek gra i seraf klęczy.

Na siedem odmierzonych stóp
Zza czarnej chmury strzelił promień
I triumfalną pustką grób
Gnijących kości czeka w słomie.

Pod świsty struny zieleń łąk,
Jak jutrznia Raju, noc pokutna —
Co tobie, duszo? Nie łam rąk:
Na marach zdarta miara płótna.



Wiersze zawarte w tomie powstały w latach
1930 — 37.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; Najprawdopodobniej winno być szczęściem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.