Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj! |
| Pochodzenie | Modlitwa Pańska |
| Wydawca | Polskie Towarzystwo Nakładowe |
| Data wyd. | 1905 |
| Druk | Drukarnia Narodowa w Krakowie |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
DAJ NAM DZISIAJ!
Wielka Sobota.
Już, już zadźwięczą rezurekcyjne dzwony.
Rozkołyszą się nad miastem poważnie, a zarazem jakoś radośnie.
Po wiosennem powietrzu popłynie to w dal, jak harmonia jakaś niebieska, i ponad dachy, ponad szczyty wież kościelnych rozsnuwać się będzie nad przedmieściami, jak błękitna, przezrocza, a od niepokoju chroniąca anielska szata rezurekcyjnego, u grobu straż trzymającego archanioła.
Z bram domów na ulice wychodzą odświętnie już przystrojeni ludzie. Na twarzach kobiet znać wyczerpanie i trudy, ale już spokój i zadowolenie przeważa. Jutro dzień odpoczynku i święta, dziś już nawet, gdy rozkołyszą się dzwony — święto się zacznie, święto Zmartwychwstania, życzeń, woni hyacyntów świeżo rozkwitłych i dla gości nagromadzonego pieczywa.
Ten »chleb powszedni« — w to święto Paschy zamienia się w stertę łakoci i wykwintnych przypraw. Każdy myśli o nasyceniu się do woli. W masarniach, na wystawach, w zieloności bukszpanu i leciuchnych jak koronka traw — toną olbrzymie szynki natykane goździkami, drżą galarety złociste, purpurą prześliczną krwawią się auszpiki, a wielka głowa dzika z przymkniętemi oczyma, tragiczna i groźna, zajmuje honorowe miejsce. Obok niej prosięta nadziane ruladą, całe w secesyjnych gzygzakach różowym szmalcem — melancholijnie oczekują kupna. Ponad tym przepychem wieńce kiełbas spadają całymi festonami w starannych girlandach, przetykane wesołą barwą róż papierowych.
I wszędzie, wszędzie, tryumfalne, białe i różowe Alleluja!... zwiastujące to, co rozniosą za chwilę drżące już w powietrzu dzwony, rozniosą ponad miastem, nad szczytami wież kościelnych, nad dachami przedmiejskich domków.
Z cukierni na pryncypalnej ulicy wybiegło kilku małych chłopców w białych kurteczkach. Na progu jeszcze upomina ich zmęczony subjekt:
— Nieście uważnie — szczególnie torty!...
Malce nie słuchają.
Zaaferowani pędzą wśród tłumu przechodniów. Tłumy usuwają się z respektem. Tace są pełne, wspaniałe, imponujące. Baby wysokie, ubrane bogato maczkiem, lukrem, kolorowanemi różami. Placki aż rozlewają się po brzegi, tak konfitury w nich bogato są nakładane. Mazurki różowe, białe, czekoladowe, strojne w płaskorzeźby ze smarzonego tataraku i wiśni, wzbudzają rozrzewniające uwielbienie. Jeden malec dźwiga ogromny tort wysoki, cały świecący w słońcu karmelowemi fontannami. Na szczycie anioł w lila spódniczce i wieńcu róż trzyma z gracyą białą, sztywną wstęgę.
I znów »Alleluja!« radosne, tryumfalne, jak tam na mięsach rozłożonych za taflami masarskich wystaw. »Alleluja« na przekładańcach, na sernikach, na makownikach, na mazurkach kruchych, marcepanach, jajecznikach, kołaczach, babach, na tortach ponczowych, hiszpańskich, tatarskich, nugatach — słowem, wszędzie, jakby pozbierane z powietrza owo tryumfalne słowo, biegnące w przestrzeń wesoło i ochoczo.
Chłopcy z cukierni mijają się z chłopcami z winiarni i handlów korzennych. Ci dźwigają kosze, wypełnione butelkami owiniętemi w kolorowe papiery. Tłum poważnieje i okiem znawców śledzi zawartość koszów.
Niektóre z nich wyglądają imponująco. Za koszami biegnie często silnie zarumieniony, dostatnio odziany mężczyzna.
To pan domu. Ojciec rodziny. Sam wybierał! Wybiera tak w handelku od rana. Boże drogi! Cóż wielkiego!... Wiadomo — Wielki Piątek, Wielka Sobota!... Dni, w których dostatnio odziani panowie i ojcowie rodzin od rana do nocy »wybierają« wina w handelkach.
W tem niema nic nadzwyczajnego.
To już taka tradycya.
Pod domami przeciska się młoda panienka, strojna, uśmiechnięta, świeża. Ubrana w wiosenny żakiecik, w nowy kapelusik, biegnie z gracyą, wesoła, rada z siebie, ze świata, ze słońca, z wiosny, z tych Świąt Wielkanocnych.
Za nią posłaniec niesie w płaskim koszyku kilkanaście doniczek hyacyntów. Posłano Niunię, aby wybrała hyacynty. Niunia nigdy sama na ulicę nie wychodzi, ale tak bardzo wszyscy w domu są zajęci, a tu koniecznie potrzeba hyacyntów, aby zapachem swoim zagłuszyły zapach mięsiwa. Więc Niunia pobiegła, wybrała hyacynty, kupiła sobie bukiecik fiołków i teraz, cała zarumieniona z tej niespodzianie uzyskanej wolności, wraca do domu, dumna z tak wspaniałej samoistnej wyprawy.
W tłumie nikt się na Niunię nie ogląda. Dziś nikogo nie zajmuje jej piękność, ani poezya jej młodości. Dziś wszyscy z szacunkiem i zachwytem patrzą na zgromadzone zapasy spożywcze, i to jadło, tak tryumfalnie obnoszone po ulicach, dziś jest głównym motorem rozmów, starań i ludzkich dążeń.
Pomiędzy tłumem biegają jeszcze księża, otuleni płaszczami, i co chwila znikają w jakiejś bramie. Już przed bramą czyhają zaczerwienione i umęczone sługi. Należy jadło poświęcić. I stopniowo gwar wzrasta. W kościołach szeroko otwarte drzwi. Z daleka dostrzedz można migotanie świateł. Ale tłum wchodzi i wychodzi ze świątyń zaaferowany, oczekujący ciągle jakiegoś sygnału. Wygłodniałe ludzkie plemię, udręczone postem, rozdraźniło się nie na żarty widokiem wspaniałej uczty, jaką im Alleluja przyniesie. I widać, że nic już w tej chwili nie zajmuje umysłu. Ponad duchową stroną ludzkiej istoty zwycięsko zaciężyło ciało. I to ciało czeka nie pokrzepienia duchowego w tryumfalnym dźwięku rezurekcyjnych dzwonów, lecz czeka pozwolenia rzucenia się na te zapasy jadła, pokrywające obecnie wszystko — Piękno, Ideę, Uczucie, słowem to, co człowieka nad zwierzę wynosi.
Już, już, rezurekcyjne dzwony mają zadrżeć w powietrzu. Ludzie biegną po resztki jadła z wystaw masarskich i cukierniczych stołów. Alkohol truciznę swą rozlał szerokiem korytem. Chleb powszedni zmieniono w ucztę Sardanapala. Zwierzęta padły tysiącami pod nożem oprawców. Najuboższy zastawia pościel dziecka, aby zatumanić się w zbytku jadła i upajających trunków.
I wszystko to dzieje się w pamiątkę dnia, w którym rezurekcyjne dzwony obwieszczą hen — w dal, pod wiosenne słońca, iż Ten, który był samą Ideą, Duchem, z martwych powstał i odtąd żyć powinien wiecznie w duszach ludzkich, budząc w nich życie duszy, nie zaś życie ciała, życie ślepe, związane ze zwierzęcem zadowoleniem.
Tymczasem ludzie czekają, czekają zgłodniali i radzi, kiedy zadźwięczą rezurekcyjne dzwony.
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Przed gmachem policyi stoi policyant, stoi spokojnie, trochę leniwie, jakby go poprostu sen morzył.
Cicho tu, hałasu niema, tłum się tędy nie snuje, cały Lwów wyległ na inne ulice i tam czeka na rezurekcyę. Słońce zachodzące ukośne kładzie promienie aż do stóp policyanta, który filozoficznie oparł się o ścianę i z rezygnacyą przed siebie patrzy. I on nadsłuchuje — i on czeka na rezurekcyjne dzwony.
Cicho, zaułkami od Krakowskiej ulicy, sunie do policyjnego gmachu kobieta.
Jest to raczej cień kobiety, taka szara i nikła w tem wiosennem oświetleniu.
Na głowie chustka wystrzępiona i dziurawa. Od pasa zwiesza się spódnica nieokreślonej barwy. Na nogach męskie kamasze. Na wyschłej szyi jakiś włóczkowy, podarty szalik.
To jej strój. Bezbarwny mundur nędzarzy. Ale kto opisze bladość twarzy, cerę tak straszną, iż trup zda się tej cery mieć nie może. To już rozkład za życia. Ta żółtość, o zielonawych na skroniach i skrzydłach nosa odcieniach, przeraża. Oczy zaciągnięte jakby bielmem i zapadłe w głąb. Ust nie znać prawie. Jakaś szrama zaciśnięta boleśnie. Ręce kościste, powleczone żółtą skórą, paznogcie prawie niebieskie.
Nie idzie, raczej wlecze się pod samemi ścianami domów, lękliwie i z wielkim wysiłkiem. Chwilami przystaje i ściera pot z czoła końcem chustki. Oczy jej wtedy jakby z utęsknieniem zwracają się w stronę policyjnego gmachu. Zdaje się, że to jest port, do którego ona zmierza.
Wreszcie z trudem wydostaje się na środek ulicy, przed gmach, przed główną bramę. Ukośne promienie słoneczne jeszcze drgają na flizach trotuaru. Gdy kobieta wchodzi w tę jasną strugę, nędza jej występuje w całej pełni. Strzępy łachmanów wiszą dokoła, zrudziałe olbrzymie buty wykręcają się na jej drżących stopach.
Ona chwilę zatrzymuje się, jakby dla nabrania sił, jakby dla dodania sobie odwagi. Przymyka oczy i tak pozostaje parę sekund, nieruchoma i straszna.
Jakiś tragizm wieje z tej całej postaci. Coś jakby przekleństwo wlecze się z nią i za nią. Słońce nie rozprasza tego wrażenia. Potęguje je raczej.
Kobieta otwiera oczy, stoi jeszcze chwilę wyczerpana i jakby niezdecydowana, wreszcie — przemawia cicho:
— Panie żołnierz!...
Policyant nie słyszy, pogrążony w cichej zadumie o jutrzejszem święcie.
— Panie żołnierz!...
Są sami we dwoje na tym pustym placyku, i tylko z daleka od ludnych ulic dobiega skłębiony gwar ludzkich głosów i turkotu śpieszących do domu dorożek.
— Panie żołnierz!...
Wreszcie policyant usłyszał ten głos cichy i drżący.
Odwraca się niechętnie.
— A!... to ty?... znów?...
Kobieta próbuje się uśmiechnąć.
— A ja!... jakżeby!... przyszłam na Święta!
Policyant wzrusza ramionami.
— Wynoś się!...
Chwila milczenia. Wreszcie znów słychać cichy głos kobiecy:
— Panie żołnierz!...
— Czego?
— Niech mnie pan zaaresztuje!
Policyant odwraca się z gniewem:
— Wściekłaś się, babo? przecież cię pozawczoraj wypuścili! Co ty myślisz, że u nas niema innej roboty, tylko ciebie aresztować i potem wypuszczać?...
Ale kobieta znów pokornie prawie i błagalnie powtarza!
— Niech mnie pan zaaresztuje!...
— Wynoś się!...
Gwar od strony miasta się wzmaga. Coraz silniejszy. Ostateczne przygotowania coraz bardziej gorączkowe i rosnące. Policyant mimowoli zaczyna wsłuchiwać się w ten szum radosny i pełen nęcących obietnic.
— To pan mnie nie zaaresztuje?
— Idź do dyabła!...
A potem jakby do siebie dodaje:
— Niezadługo będzie rezurekcya!
Kobieta mętnemi oczyma spogląda na niego.
— I naprawdę? Pan mnie nie zaaresztuje?
Niema odpowiedzi.
Kobieta wzdycha ciężko, jakby zabierała się do jakiejś bardzo męczącej pracy.
Z całą energią, z całą forsą chwyta obiema rękoma brzegi wystrzępionej spódnicy i nagle przeraźliwym, krzykliwym, jęczącym głosem śpiewać zaczyna:
»Z Łyczakowa stara Anna,
Mała, brzydka, zezowata,
Strach na wróble taka panna,
Bo do tego jest garbata...«
Śpiewając, przytupuje do taktu, obraca się z wysiłkiem. Jej twarz w tej chwili wystawia straszną mieszaninę bólu fizycznego i walki moralnej. Otwór ust szeroko rozwarty, oczy tragicznie bolesne. Chustka zsunęła się z jej głowy. Widać trochę włosów, po których czepiają się źdźbła słomy. Przez te pasma mizerne i nieokreślonej barwy przebija się błękitnawej barwy skóra.
»Nic nie pii,
Nie tańcui,
Ino w karczmie zawadui,
Zawadui furt!«
Śpiewa kobieta, i chwilami zdaje się, że głos ten musi urwać się, złamać, tak mało ma siły żywotnej i racyi odzywania się w to słoneczne popołudnie.
Policyant brwi marszczy zły i gniewny.
— Milczeć! — krzyczy zdenerwowany, — wynoś mi się stąd!... tu nie miejsce na twoje tańce!... Precz!...
»Nic nie pii
Nie tańcui!...«
Brzmi dalej śpiewka i tupot olbrzymich butów rozlega się dokoła. Teraz już kobieta wpada w jakiś rozpaczliwy szał. Drżą jej usta. Szczęka dolna osunęła się, trochę piany zjawiło się w kątach ust. Kosmyki włosów powiewają dokoła. Głowa jej lata do taktu. Tylko oczy zapadły jeszcze głębiej.
»Tylko w karczmie zawadui,
Zawadui furt!«
Na pierwszem piętrze otwiera się okno. Głowa komisarza pokazuje się szybko.
— Co się tam dzieje?
Policyant zdaje raport.
— To, proszę pana komisarza, ta waryatka, co to przychodzi śpiewać przed policyą!
— Odpędź ją!
— Niema nijakiego sposobu. Kazałem jej iść precz!... nie chce!...
Komisarz sam próbuje swej władzy.
— Hej ty! wynoś się stąd!...
— »Ani pii, ni tańcui,
Tylko w karczmie zawadui!
Furt!...
Kobieta zdaje się dobywać ostatniego tchnienia. W strudze słonecznej rozwiewa swe łachmany. Wyrasta na zjawisko tragiczne i groźne.
A tu lada chwila zadrżą w powietrzu rezurekcyjne, tryumfalne tony.
Nie, ona tu być nie może, tu być nie powinna. To widmo, ten trup pół zgniły, kręcący się w dzień, gdy wszystko brzmi od Alleluja radosnego, unoszącego się w atmosferze hyacyntów i nagromadzonego wykwintnego jadła.
I pada krótki rozkaz.
— Aresztuj ją!
Jakby na to czekała kobieta, z całem natężeniem, w lansadach i podskokach, wpada do bramy policyjnego gmachu.
— Chodź ty, dyablico!...
I otwierają się przed nią drzwi aresztu.
— No!... siedź-że tu w Wielką Niedzielę, kiedy tak ci dobrze!
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Drzwi się zamknęły.
Cela, ot... pokój z oknem zakratowanem, zaśmiecony, zanieczyszczony, z podłogą brudną i zabłoconą, chociaż przecież na świecie pogoda i sucho.
Chłód piwniczny.
Pod ścianą rodzaj drewnianego tapczana.
Na nim siennik bez słomy i jakiś brudny łachman.
W ścianach dziury, w nich całe gniazda robactwa.
Kobieta staje na środku izby — nasuwa na głowę chustkę i stoi teraz, oddychając ciężko.
Wygląda jak ktoś, który po bardzo długiej i wyczerpującej podróży znalazł się wreszcie u siebie w domu.
Bo »domem« dla niej ten areszt. Powraca do niego co dni kilka. Co ma począć? Była sługą. Zachorowała. Pokazało się, że chorobą jest rak. A więc nieuleczalna. To proste. W szpitalu trzymać nie mogą. U nieuleczalnych miejsca niema, przytem ona nie lwowska: niech idzie do gminy! A ta gmina gdzieś na Podkarpaciu. Jakże się dowlec? Już i tak niedługo! I oto raz na święta za włóczęgostwo znalazła w tym areszcie przytułek i chleba kawałek. O! nie dużo! Tyle, ile trzeba, aby nie umrzeć z głodu. Ona więcej nie żąda! Ona już nic więcej nie żąda, prócz tego kawałka suchego chleba codzień. Ona wie, że nie dla niej to, co życie znośnem czyni. A więc teraz, gdy już zanadto głód jej dokuczy, a w lesie, na Pohulance, spać nie podobna, wlecze się przed gmach policyjny i tam śpiewa, hałasuje, póki jej nie wtrącą do tej nory. I gdy ją tu wtrącą, uspokaja się, oddycha. Ma dach nad głową i choćby tylko chleb!...
| · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · | · |
Ale czy tylko nie zapomną!
Troska rwie jej serce.
Na święta, wiadomo, wszyscy mają czem innem głowę zajętą. Czy kto się będzie troszczył o to, aby ona miała kawałek chleba?
Z sinych warg zaczyna wybiegać modlitwa i jaka? Modlitwa Pańska. Ojcze nasz... — bo cóż innego ona mówić może?
— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj! — powtarza dwukrotnie, a jej bielmem zaciągnięte oczy z niepokojem błądzą wśród ścian.
W tej chwili harmonia rozkołysanych dzwonów napełnia powietrze. Rezurekcyjne tony płyną daleko, aż do przedmieść. Jakaś radość, jakaś błogość rozlewa się w przestrzeni wiosennej.
Aleluja! Aleluja!... — przebiega nad rozradowanem miastem.
Kobieta gorąco szepce zwiędłemi usty:
— Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!
I czeka.