Chleba naszego powszedniego...
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Chleba naszego powszedniego... |
| Pochodzenie | Nieśmiertelniki |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Wydanie | pośmiertne |
| Data wyd. | 1923 |
| Druk | Drukarnia A. Gojawiczyńskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Szary wygląd ma sala sądowa w czasie rozprawy o rozruchy głodowe. Duszna, ciężka atmosfera nędzy i moralnego upadku. Na ławach oskarżonych siedzi cała grupa ludzi, których zniszczone ubrania, zgarbione plecy, całą falangą zalewają miejsce przed trybuną sędziów. Ciekawy to proces, stokroć ciekawszy niż niejedna „sensacyjna“ zbrodnia, której drastyczne szczegóły podniecają niezdrową ciekawość publiczności. A przecież mimo to na ławach pusto i nie widać owych dam, które z taką pasją śledziły przebieg morderstwa przy ul. Sakramentek lub morderstwo Bekierskiego. Ale co tam! tu się rozchodzi w kwestję społeczną... Możeby co wpadło w umysł, w serce. Może z jednej intonacji głosu takiego 12 letniego chłopaka, który gubi się wśród łachmanów oskarżonych, możnaby zrozumieć dużo, wyczuć wiele... I wloką się zeznania straszne, smutne, upokarzające. Tłum, gdy nie jest tłumem, maleje, niknie, rozprasza swą energję. Pojedynczo wzięta każda część tego tłumu, jest trwożliwa, cicha i zalękniona wobec imponującej togi prokuratora, wobec całego wyniosłego sędziowskiego aparatu. I widać, jak taka kupa łachmanów pada przed sądem na twarz, drży całym grzbietem, ręce wyciąga i woła wielkim głosem: „To nie ja! ja nic nie winien!“ Inni bełkoczą coś na swe usprawiedliwienie. Robią wrażenie liści, które oderwały się od olbrzymiej całości drzewa i teraz drżą, miotane wichrem, przed bagnem więziennem, w które zapaść mogą. Szara, smutna, bezimienna armja! W ciszy słychać słowa: „kobiałka, bułka, wołał chleba, śmiał się, świstał...“ Agent, modnie ubrany, zeznaje, że ktoś w jasnej zarzutce rozsypał kobiałkę z bułkami. „Czy wziął bułkę?“ „Nie, uciekł!“
I takie to wszystko biedne, takie smutne, takie nic wobec ogromu świata, wobec majestatu śmierci i zagadki ludzkiego istnienia!... Wspaniałe togi, biedne zielone od śniegu i zużycia łachmany, czaszki kretynów, albo szczęki naprzód zwierzęco wysunięte na cienkich szyjach i potem ten wzrok ukośny ściganego zwierza, oto co się unosi w tej sali, w której sądzą cząsteczkę winy — jeśli to winą już się nazywać musi. Cząsteczkę mówię, bo tych kilkunastu, złowionych przypadkowo, jak w sieci, może właśnie jest najmniej winnych. Tu był cały tłum, było ich kilka tysięcy — a wiadomo, czem jest suggestja w tłumie. Jeden krzyk, bezmyślnie wydany: oto tłum się zakołysał i działa pod wpływem tego krzyku.
To, co w tej chwili tłoczy się na ławach pod wyniosłym sufitem sali sądowej w obramowaniu liljowych kołnierzy strażników — to nie „winowajcy“ — to ślepe narzędzie losu i tragicznego szeregu wad społecznego ustroju.
A ponad tem wszystkiem — do nich właśnie zwrócony, na krzyżu, wśród dwóch gwiazd słabo płonących świec, wyciąga swe ręce Ten, który w codzienny pacierz tych ludzi włożył te proste, serdeczne słowa:
„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj!...“
Płomień świec kołysze się wśród promieni słońca, na zapytania sądu słychać lękliwe odpowiedzi, w sali, na ławce widzów, płacze jakieś dziecko, gromadka kobiet ubogich, smutnych patrzy z trwogą na sędziów — a z krzyża płyną dalej słowa Chrystusowej modlitwy:
„I odpuść nam nasze winy!...“
