Chleb i woda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Mirandola
Tytuł Chleb i woda
Pochodzenie Tropy
Wydawca Czasopismo „Maski“
Data wydania 1919
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


CHLEB I WODA.

Stali nad brzegiem i klęli.
— Znowu zabiera, znowu jucha zabiera. Ot tyle zagrodzone było łońskiego roku na wiosnę. A teraz o jakie trzy sążnie podeszło spodem, że ani przystąp... A tu... o i tu zrysowana ziemia. Wciórności!! Żniwa nadchodzą, kłos twardy, żółci się już na dobre słoma... a ty teraz broń się przed złodziejem... ratuj...
Klęli i bili w brzeg grube, wierzbowe kloce.
Wielkie wybrane doły na pół zalane wodą czerniły się rzędem. Długie, śmigłe wikliny zwaliły się ścianą pochyłą... czekały schnąc i dumając o swym losie.
Bracia wielkimi babami drewnianymi walili po głowicach kloców wierzbowych.
Każdy uderzył raz i stęknął...
A kloc, obsunął się trochę wgłąb i chlupnął wodą.
Co chwila przerywali pracę... ocierali pot z czoła rękawami koszuli... to jednym to drugim i klęli.
Wielka kiść żółkniejącego żyta zwisała smutnie z wysokiej szkarpy brzegu. Kłosy walały się w błocie rozrobionem stopam i pracujących.
Górą widniał dach chaty i kawał białej ściany...
— Dość tego! — powiedział starszy i cisnął babę o ziem.
Młodszy nie rzekł nic, usiadł na skrawku ziemi pokrytym trawą i zwiesił głowę.
— Chodź jeść! — rzekł starszy.
— Idź sam! — odrzekł siedzący. — Zmordowałem się... przyjdę.
Został sam.
Wpatrzył się w nurt wartko płynący.
Na drugim brzegu połogo się ścielącym i zasutym żwirem i namułem, stały chaty.
Stały, a raczej siedziały na ziemi szeroko rozkraczone.
Ściany się dołem rozlazły, rozszerzyły, jakby puściły korzenie w grunt.
Przybudówkami, chlewkami, niby rozstawionemi dłońmi objąć się starały największą przestrzeń.
Zdawało się iż mówią ziemi:
— Ha! Mojaś jest... nie puszczę, nie puszczę... mojaś jest! A woda płynęła i zdawała się mówić do zadumanego chłopca:
— Ach! Nikt mnie nie rozumie... nikt mnie nie rozumie.
Zdumiał się.
I nagle zebrawszy śliny... chciał plunąć we wodę.
Ale na czas wspomniał, że to nie dobrze...
— A widzisz! — rzekła mu woda. — A widzisz! Nie pluj we wodę, nie bluźnij wodzie... nie bluźnij wodzie... szanuj wodę... szanuj... a lepiej jeszcze staraj się zrozumieć, kto ja jestem... ja WODA.
— Ty jesteś złodziej! — powiedział.
I zdumiał się sam dźwiękiem swego głosu i tem, że mówi do wody, jak do żywej istoty.
— Nie prawda... nie prawda... mówisz jak cię nauczyła ta stara chałupa rozkraczona... jak cię nauczyła wieś... jak cię nauczył rozum ludzki... To wszystko nie prawda!
Tak mówiła woda z szumem.
— Mówię, jak naucza rozum... ba, a jakże mam mówić?
— A wiesz, kto tego rozumu nauczył ludzi i tę chatę i wieś całą... Wiesz kto nauczył ich tego rozumu?
— Nie... nie wiem... — odparł. I już się nie dziwił, że mówi do wody, jak do żywej istoty.
— Nauczył ich tego mój brat, CHLEB.
— Twój brat?
— Mój brat, który żyć bezemnie nie może... jak i ja nie mogę... z tęsknoty kiedy go niema koło mnie.
Rozległo się wołanie od strony chaty:
— Jasieeek! Jaaasiek!
— Słyszysz! — powiedziała woda do Jaśka — Mój brat, CHLEB woła cię... idźże, idź...
Zerwał się żwawo. Oprzytomniał. Przetarł dłonią czoło.
— A tom się zdrzemnął... — mruknął i poszedł ku chacie nie spojrzawszy już na wartki nurt z szumem płynący.
Długo nie było nikogo na brzegu. Panowała cisza południowa. Słońce stało w samym niemal zenicie i piekło, słoma zżółkła, szypułki kłosów otwierały się powoli i wyzierały ciekawe główki ziaren. Trawa przygnieciona ciężarem Jaśka powstawała lękliwie, powoli, a konik polny wystraszony ze swego osiedla w zielonej kępce namyślał się czy można wrócić. Odarte z kory, biedne kloce wierzbowe tkwiły w błocie i żaliły się niebu wznosząc w górę biedne udręczone głowy, zaś skryte w głębi ziemi małe strumyczki posłane przez rzekę, ryły się przez pulchną, gorącą glebę, jak krety.
Woda płynęła wartko. Nie mówiła nic. Czasem tylko jakaś fala rzuciła, na brzegu przeciwnym rozsiędzionej chacie pogardliwie pod nogi garść namułu.
— Naści masz... naści weź...
— Dobra nasza! dobra nasza!.. — śmiała się chałupa i łyskała do słońca oczami okien.
— Naści kamień...
— Dobre i to... panie Kmito... — rechotała.
— Naści drewno zbutwiałe...
— W piecu zetleje całe... ha, ha, ha...
— Naści i zdechłą mysz...
— Przyda się tyż... przyda się tyż...
— I kwiat zerwany gdzieś...
— Tylko nieś... tylko nieś...
A chałupa Jaśkowa wytrzeszczała oczy, zazierała ponad brzeżek, by dojrzeć czy woda czego nie skradła. Blada i zielona była ze złości. Zdawało się, że zgrzyta zębami i że włosy, że strzecha staje jej dęba na głowie z oburzenia.
Po południu wrócił Jasiek sam jeden do pracy.
Maciek poszedł z koniem holować łódź proboszcza, którą woda wczoraj jeszcze zniosła daleko i osadziła o parę stajań, naprost dworskiego ogrodu.
Stanął na brzegu i z podełba spojrzał na wodę.
— Widzisz! — zaczęła odrazu, jak do znajomego. — Posłałam Maćka z koniem, by nam nie przeszkadzał. Siadaj!
Nagle ogarnęła go pasya, pasya istoty żywej i pana gruntu i chałupy w dodatku...
— Wciórności... psiakrew jedna!... Chciał kląć, ale się splątał, bo nie wiedział, jak kląć wodę, która gada. Więc napluł tylko w garść, porwał ze ziemi babę dębową, zamachnął się i palnął z całej siły w głowicę nieszczęsnej, umęczonej wierzby, aż jękła.
Ale czy zamach był za wielki, czy kloc uchylił głowy przed ciosem, dość, że baba się ześliznęła i potrąciła Jaśka dosyć silnie w nogę...
— A niech to wszyscy dyabli!... — jęknął boleśnie chwytając się za nogę...
Musiał usiąść, bo go aż zesłabiło.
— A nie mówiłam ci, żebyś se usiadł? — rzekła woda i zaśmiała się.
— Ty nieczysty duchu... ja ci... — wrzasnął ostro.
Nagle włosy mu stanęły dębem ze strachu na głowie.
— Boże ratuj! Toż ja tu pogawędki toczę z jakąś mocą piekielną...
Zerwał się, by uciec, ale nim krok postąpił, woda rzekła:
— Przy chrzcie świętym nalano mnie na twoje czoło!
— Prawda! — przyznał Jasiek.
— Tedy siadaj.
— Ale ja mam robotę. Niemam teraz czasu słuchać kazania.
— To nie będzie kazanie. A cała ta robota niepotrzebna.
— Jakto? Więc ma wszystko podmulić... ej gadanie...
— Nie podmula temu, kto ma przymierze z wodą. I prawo wolności od chleba uzyska... ale to trudne...
— Moiściewy kochani! — wmieszała się do rozmowy Jaśkowa chałupa... — Moiściewy... powiedzcież mi też... Więc ta czarownica... ot tam ta na drugim brzegu... ma przymierze z wodą?
— A mam! A mam! — wrzasnęła z drugiego brzegu sąsiadka.
— Moja wodo jedyna, powiedzże nam prawdę... mnie i Jaśkowi... — prosiła chałupa Jaśkowa.
— Czy powiedzieć? — spytała woda chałupy z przeciwka.
Ale stara jakoś nagle przycichła, zawarła oczy swych okien, przyczerniała na ścianach, zgarbiła się niby pod ziemię kuląc... Nie odpowiadała wcale.
— Stójcie sobie spokojnie, nie przeszkadzajcie! — nakazała ostro woda chałupom.
Jasiek zobaczył, że obydwa domostwa zmartwiały nagle, i tak i jakiś inny mają wygląd, niż przedtem. Ot chaty. Ale i woda stała się zwykłą wodą, co płynie niewiadomo skąd i w jaki kraj. Szemrała, pieniła się na kamiennych progach rzucała fale o brzegi... nie odzywała się głosem zrozumiałym.
Czekał cierpliwie sądząc, że się namyśla.
Siedział i czekał, a słońce szło po niebie nieustannie.
Nareszcie wstał, machnął ręką i podjął leżącą na ziemi dębową babę.
Za chwilę tętniły już uderzenia mocne, wytrwałe, uporczywe. Pot mu zalewał oczy... nie zważał... pracował zażarcie.
— A toby też było, gdyby się tak rozniesło po wsi! Rety! Pośpiewując pracował do zmierzchu. Zaciągnął trzy nowe kloce. Gdy się zmierzchło i miał iść do domu, schylił się, podjął ciężki kamień i cisnął z rozmachem w rzekę.
— Masz nagrodę za twoje bajdy!
Roześmiał się. Naciągnął kaftan i sięgnął po paczkę z tytoniem do bocznej kieszeni. Skręcił papierosa, zapalił i ruszył przed się.
— A możeś ciekawy... — doleciało go od wody.
Splunął z pasyą i poszedł nie odwracając się już wcale. W domu zastał już brata siedzącego przy stole. Bratowa stawiała przed mężem miskę klusek.
— A dalibyście się ta czego napić matka! — powiedział Maciek do żony. — Zmordowaliśmy się dziś pono obaj! — dodał spoglądając z zadowoleniem na brata.
Wypili po razu i po drugim wcale niemałe sztakaniki wódki, potem jedli w milczeniu kluski, póki starczyło. Gdy skończyli zapytał starszy:
— Dużoś zrobił?
— Ta cośem tam zrobił! — odparł niepewnie, bo mu żal się zrobiło straconego nad wodą czasu.
— A to bestya podmywa... — rzekł Maciek — Ciekawość czemu akuratnie nasze pole.
— Akuratnie psiamać nasze!
— Andrzejowego, to ani tknie... jakby...
— Jakby co?
— Jakby bestya, pijanica miał jakie tajemne przymierze z wodą.
— Przymierze! — wrzasnął i zerwał się z ławy.
Maciek spojrzał na brata zdumiony wielce.
— Nie wiele popiłeś, ale jakoś ci się sprzeciwiło...
Nie odpowiedział nic, ale wstał i wyszedł przed dom. Księżyca nie było, ale gwiazdy jasno świeciły. Szum zalatywał od rzeki. Jasiek czuł, wiedział dobrze, że teraz trzebaby tam pójść... tam... do niej... bo ona teraz właśnie powiedziałaby niejedno...
— Nieciekawym!... — uparł się — Wcalem nie ciekawy!
I poszedł do karczmy.

Pan komisarz łapał ryby. Pan komisarz był na urlopie.
Urlop, rzecz dobra.
Oooj dobra!
Nic jakoś nie bierze dzisiaj, myślał patrząc na korek, o który, jakby był mocno we dno rzeki wbity, woda rozbija się z szumem.
Ooo! Urlop rzecz doskonała! Tylko nie łatwa.
Wszystko co dobre, trudne jest.
— A! Mam cię! — wrzasnął nagle z radością wprost dziką.
Ale to było złudzenie.
Ileż to razy choćby dzisiejszego dnia.
Urlop, rzecz wyborna, ale co dzień, to pechoważy wielce.
Pan komisarz począł myśleć.
Myśleć bowiem wiele można przy takiem ryb łowieniu.
Ale o czem.
O awansie, nie potrzeba. Właśnie zaawansował... i to... ach pewnie poraz ostatni w tem życiu.
A w życiu przyszłem?
Et! Pan komisarz był wolnomyślicielem, przeto...
Wolnomyślność rzecz doskonała. Rzecz jasna.
Dobrze jest tedy myśleć wolno i jasno.
A jak się trawi przytem, niam, niam!
A propos. Pono jest jakiś szczep NIAM, NIAM, gdzieś w Ameryce. Prawda?
Ale co to ma do trawienia?
Chyba, że to są ludożercy.
Pfuj! Na co człowiek schodzi, myśląc...
Korek zapchał się gdzieś we wiklinę, pan komisarz tego nawet nie spostrzegł.
Szum rzeki porywał go w jakieś fantazye, mieszał tok myśli, rzucał nią, jak kawałkiem drewna.
Pan komisarz myślał to wolno, to prędzej, ale nic się nie kleiło.
Zatracał się w tej mieszaninie, tonął w tym szumie, z którego coś jakby czasem wypływało, coś dziwnego, nieswojskiego, nie wolnomyślnego... a on nawet nie dziwił się... nie bronił.
Na powierzchni tej zjawiało się raz po raz jedno tylko jasne pojęcie: Urlop... urlop...
Ale i to zjawiało się coraz rzadziej i rzadziej.
Wreszcie zanikło. Pan komisarz przestał być komisarzem... niemal utracił rangę.. rzeka go pochłaniała... degradowała do rangi zwyczajnego człowieka... nie, jeszcze niżej... do poziomu poety...
Pan komisarz marzył na jawie.
W takich chwilach wszystko jest możliwe.
To też rzeka poczęła do niego mówić a on do rzeki.
— Ach! Nikt mnie nie rozumie... nikt mnie nie rozumie!
Tak mówiła rzeka.
Zdumiał się.
— Jakto niby? — spytał.
— Nikt nie wie, co to ja jestem... ja WODA.
— Ty... ty... ty jesteś oczywiście... no, w tobie są ryby i koniec.
Rzekł i jakby zdziwił się znowu, że przemawia do wody, jak do żywej istoty.
Ale zdziwienie nie było wielkie.
— Nieprawda, nieprawda! odparła woda. — Mówisz tak jak cię nauczył urlop... jak cię nauczył rozum zmętniały nad aktami wyzierający w lecie na świat boży...
To wszystko nieprawda!
Tak mówiła woda.
— A jakże mam mówić inaczej? — spytał.
— A wiesz kto tego rozumu nauczył ludzi twej sfery, skąd wzięły go, wszelkie urlopy od początku świata udzielane urzędnikom wszelkich ras i wieków?
— Nie wiem! — westchnął z pokorą, iście nie siódmej rangi.
— Nauczył ich tego mój brat CHLEB!
— Aaa! Wiem. Do tego nie trzeba wielkiej filozofii!
— Tak? A mnie się zdaje, że dużo większej, jak twoja.
— Phi! No naprzykład!
— CHLEB, jestto wszystko, co mówi: Stój! Milcz! Giń!
WODA, to wszystko, co mówi: Idź! Drżyj! Płacz! Czyń!
Czyś kiedy nad tem pomyślał... ty niewolniku mego brata... ty...
Nikt tak od czasów Amenhotepa Czwartego nie przemawiał do urzędnika siódmej rangi na urlopie.
Komisarz oprzytomniał. Wstał.
W pierwszym zapędzie chciał się rzucić na bezczelnika, ale wstrzymał się uczyniwszy krok jeden.
Splunął pogardliwie na ziemię i zaczął zabierać się do domu.
Mieszkał sielsko, anielsko w karczmie poblizkiej, gdzie Jasiek pijał wódkę i insze tronki.
Ale haczyk zaplątał się we wiklinę, sznurek mokry zaguził się niemożliwie.
Chcąc go wydobyć, musiał się położyć na brzegu i manipulować wychylony ponad wodę.
Dotykał jej niemal twarzą.
Męczył się, potniał. Czuł zawrót głowy.
— Tak! — powiedziała musnąwszy go falą. — Teraz ci jeszcze coś powiem.
I zaczęła szumieć w ten sposób, że uczepiony rękami do sznurka znieruchomiał.
Uległ ponownie hypnozie ruchu jednostajnego, bezlitośnego...
— Ja i on, jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą, jak brat za siostrą, siostra za bratem.
Cóż dziwnego... Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko... On mówi ciągle: Stój! Milcz! Giń! I niewolnicy jego stoją... stoją w miejscu, jak zaklęci i milczą i giną... A moi idą, mijają, przepadają gdzieś w dali śmierci i... zostają żywi na wieki... I nie wiedzą, że zostali. A tamci nie wiedzą, że zginęli.
Rozumiesz?
Nie odpowiadał.
— A ludzie... którym ustały kontrasty CHLEBA i WODY... ludzie tacy, którzy żywią się swym ruchem... swą falą... swojem przeznaczeniem... ludzie wolni, sprzymierzeni z WODĄ i sprzymierzeni z CHLEBEM... ach, tacy ludzie... Ale czy ty mnie rozumiesz?
Nie odpowiadał.
— Chłop... o nie! Ty... wy... nigdy, nigdy!
Mówiła teraz chyba do siebie, chyba do brata, chyba do wiatru, czy chmur nim pędzonych, krewnych sobie na niebie. Szumiała ciszej, jakby... sobie samej.
A z pod fali zaczęło coś śpiewać:

Oooooj rzeko, rzeko, rzeko...
Wzięłaś mnie daleko...

— Cicho bądź! — powiedziała temu niewidzialnemu.
I znowu szemrała do siebie:
— I któż rzuci CHLEB do WODY!... komu chleb wodą się stanie.. kto dokona przemiany... największej z przemian ziemi?
— Ooooj! Wodo, wodo, wodo...
Zabrałaś mnie młooodo! — zajękło śpiewem.
Rzuciła się niecierpliwie i odrzekła:

Nie zabrałam cię dziecko...
Leżysz niedalecko!
— Pod progiem leżę chaty...
Nie widzą mnie braty! — wypominał głos żalośliwy.
— No... cichaj chwilkę jeszcze...
Zaraz cię popieszczę... — uspokajała go.
— Eeeej! Trzeba było trzeba
W służbie pana CHLEBA... — narzekało coś.
— Spróbować chciałeś przecie
Tęsknoty na świecie...
Gdyś widział, że nurt toczy
Błyskały ci oczy.
— Eeej zażyłaś sposobu...
Ściągnęłaś do grobu... — odrzekł głos niecierpliwie.
Na skrzypcach zagrać chciałeś
Co we mnie słyszałeś — tłumaczyła woda.

Zamyśliła się, ucichła.
Czyż chciała ściągać do grobu? Ale wspomniawszy sobie swoje przykazanie rzekła:

— Co ujrzę, jaką duszę,
Każdą wołać muszę...

A chcąc pocieszyć biedne, umarłe dziecko, co nie miało sił iść w dal, powiedziała jeszcze pieszczotliwie:

— Wzruszona żalami twemi
Daję ojcom ziemi...
Za każdy jęk malutki
Przyrzucę im grudki...
Będą szerzej orali,
Ciebie wspominali...

Dziecko ucichło.
Woda osmutniała sama od dawanego pocieszenia.
Tak bywa... oj tak bywa!
I znowu spytał malec:

— A czy wiedzą ojcowie
Żeś ty ze mną w zmowie?
A czy wie grunt i chata,
Za co ta zapłata?

I nagle zawiedło krzyk głośny, tętniący daleko:

— Kochani!... Czy wy wicie,
Że to moje życie!...


∗             ∗

— Jesteś dziś rozmarzony? Co? — pytała WODA.
— Jak zawsze... jak zawsze! wtrącił CHLEB i zaśmiał się.
Młody, 18-letni student leżał na skrawku trawy nad wodą. Nad nim kołysała się wiecha pszenicy.
Nie mówił nic.
Zapatrzony w to, co wszyscy zwą „rzeczami nieistniejącemi“, milczał.
A tymczasem te rzeczy wywoływały w nim ustawiczny, gorący, niemy krzyk:
— Cuda! Cuda! Cuda!
To nie świat mu się tak podobał.
— Cóż świat? Phii! To zachwycanie się... a dźbełkiem... a trawką... a mrówką... ha, ha, ha... My jesteśmy dzieci wieku, dzieci wieku. Zresztą to jest tam w książce, w literaturze... pełno tego. Teraz zaś mościdzieju: Są wakacye! Rozumiesz pan? Ha? A w środku wrzeszczało ciągle, a ciągle:
— Cuda! Cuda! Cuda!
Takie już głupie wrzeszczenie.
A tymczasem Chleb zapytał przymilnie:
— Trzaby na podwieczorek! Nie głodno osobie?
— Ha!... A co komu do tego! — krzyknął ze złością. — Zresztą... — dodał całkiem łagodnie i jakby tłumacząc się. — Zresztą wcale mi się nie chce iść.
— Aha! — rzekł CHLEB — Przepraszam, nie wiedziałem, że kolega niema w domu podwieczorku...
— Mam! Do kroćset tysięcy! Mam! Nie jestem proletaryusz. Kto to powiedział?
Usiadł. Rozejrzał się dokoła, ale nie było nikogo.
— Facecye! — rzekł do siebie. — Ktoś do mnie gada ciągle... a tu nic!
— Prawda? Niema nikogo! — rzekł znów CHLEB.
— Jestem do tego przyzwyczajony! — odparł z powagą i naciskiem i położył się znowu.
— Przyzwyczajony? No proszę, — rzekł CHLEB.
— Tak. Idzie tylko o to, by nikt nie słyszał. Nasz bowiem wiek jest trzeźwy i jasny... i tak dalej... proszę popatrzyć do jakiego dzieła.
— A więc — nastawał CHLEB — pozwolę sobie zaprezentować się. Jestem CHLEB, król świata trzeźwego i jasnego, a przeto król tu niżej leżącego osobnika, którym pan jesteś.
— Dobrze kromko, dobrze. A ja jestem... Ja!
— To genialne. Ale to słyszałem tysiące razy.
Tak mówi nawet ten, który nie jest wcale: Ja!
— Dobrze. Czerstwiej pan dalej, panie CHLEBIE.
— Słyszysz no siostro? — rzekł CHLEB do WODY — Jakoś mu nie imponuję.
— Może z niego coś być! — odparła woda.
— Może być! — powiedział student. — Kolega Fajferek zawsze mówi: „Był czas kiedy i mój papa był człowiekiem“.
— Pan jesteś niezmiernie, ale to niezmiernie inteligentny! — odciął się CHLEB.
— Być może! Teraz każdy cham jest inteligentny, nawet CHLEB, w postaci zdeptanej przez świnie pszenicy, sterczący nad kałużą.
— Czyli, że pan jesteś cham!
— Mniejszy, niż pan! Zapewniam!
— Ależ to jest kłótnia?
— Nie! To są nudy i brednie!
— Poddawali się i tacy! — krzyknął mu nad uchem.
— Tak jest, ale drwili przytem.
CHLEB umilkł.
A WODA powiedziała:
— Tak! Tak! Potęga jego leży w czci. Ona robi niewolników. Buntownik nie jest niewolnikiem, jest tylko jeńcem.
Student rzekł WODZIE:
— Ty jesteś jego wrogiem!
— Nie. J a jestem jego siostrą... kocham go.
— Jakże to?
— A on ciebie kocha... kocha cię.
— Nie rozumiem.
— Tylko trzeba umieć jeść CHLEB.
— Nie rozumiem.
— Wiesz, trzeba przemienić CHLEB w Chleb żywota...
— Bywasz czasem w kościele?
— Nie, bo ja tego nie rozumiem...
— A rozumiesz, czemu w tobie woła: Cuda! Cuda! Cuda!
— I to wiesz?
Wiem. Największe rzeczy są NIEPOZNAWALNE.
— Circulus vitiosus.
— Tak to nazywają ludzie.
— Naturalnie. Bo skądże wiedzieć mogę, czy są największe, skoro są niepoznawalne.
— Na to niema odpowiedzi, bo mnie nie idzie o twój rozum, ja nie będę cię pytała przy maturze.
— Oczywiście. I co dalej.
— Rzuć CHLEB do WODY.
— Aaa!
— CHLEB mówi: Stój! Milcz! Giń! WODA mówi: Idź! Drżyj! Płacz! Czyń! Czyś kiedy nad tem pomyślał? On i ja jesteśmy jednej krwi. I tęsknimy za sobą, jak brat za siostrą, siostra za bratem! Cóż dziwnego. Żyjemy ciągle razem, a ciągle daleko! Dzielą nas ludzie! W duszach ludzkich zmieścić się nie możemy razem. On mówi ciągle: Stój! Milcz! Giń! I niewolnicy jego stoją w miejscu, jak zaklęci, milczą i giną. A moi idą, mijają, przepadają, gdzieś w dali smutnej śmierci i... zostają żywi na wieki... Nie wiedzą że zostali. A tamci nie wiedzą, że już ich niema. Rzuć przeto CHLEB do WODY! Żyw się swoim ruchem i swoją falą... spiesz się... spiesz! Już czas, najwyższy czas dokonać tej WIELKIEJ PRZEMIANY, największej z przemian ziemi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Mirandola.