Chata wuja Tomasza/Rozdział XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Harriet Beecher Stowe
Tytuł Chata wuja Tomasza
Podtytuł Powieść z życia Murzynów w Stanach Północnej Ameryki
Wydawca Spółka Wydawnicza K. Miarka
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Mikołów
Tłumacz anonimowy
Ilustrator J. H. Gallard
Tytuł orygin. Uncle Tom’s Cabin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXV.
Przypomnienie.

Salon w mieszkaniu pana Legris był bardzo obszerny, z dużym, szerokim kominkiem. Drogie, prześliczne kiedyś obicia, pokrywające ściany, dziś wypłowiałe, zbutwiałe, wisiały kawałami, odkrywając wilgotne plamy. Powietrze cuchnące, niezdrowe, pomieszane z wilgocią, kurzem i zgnilizną, właściwe starym opuszczonym przez długi czas, zamkniętym domom, napełniało całą salę. Na obiciach pełno plam od piwa i wina; a między innemi widać było na nich różne cyfry, jakby się ktoś uczył rachunków. Na ognisku stało naczynie z rozpalonemi węglami, bo pomimo ciepłej pory lata, w tej obszernej komnacie wieczory były wilgotne i chłodne a prócz tego pan Legris potrzebował ognia dla zapalenia cygara i dla zagotowania wody na poncz. Różowe światło nadawało smutnego ponurego widoku sali zawalonej od góry do dołu stosem siodeł, czapraków, różnych form biczów, surdutów i innego zużytego odzienia, a na stosie tych starych rupieci leżały buldogi, najwygodniej się wyciągając.
Legris, przyrządzając sobie poncz, dolewał nieustannie araku, mrucząc przez zęby:
— O gdyby zaraza wzięła tego przeklętego Sambo! skąd jemu przyszło rozzłościć mię na nowoprzybyłych? Teraz ten głupiec nie będzie mógł pracować przynajmniej jaki tydzień, a tyle jest naglącej w polu pracy!
— Postępowanie godne ciebie! — zawołał głos z za krzesła. Była to Kassy, która podsłuchała jego monolog.
— A to ty, przeklęta kobieto, wścibiasz znowu swój nos, i poco powracasz?
— Tak, wracam! — odpowiedziała — robię tak, jak mi się podoba.
— Łżesz, czarownico! Ja dotrzymam słowa. Postępuj więc, jak się należy, albo ruszaj do chałup pracować i jeść razem ze stadem.
— O! tysiąc razy wolę żyć tam, w najobrzydliwszej dziurze, jak być tutaj ciągle w twych szponach! — odpowiedziała Kassy.
— Lecz ty i tam będziesz w moich szponach. Usiądź więc, moja ślicznotko u mnie na kolanach, posłuchaj głosu rozsądku. — I żelazną swą ręką chwycił ją za ramię.
— Ostrożnie, Szymonie Legris! — zawołała kobieta i jej oczy błysnęły tak dziko, groźnie, wzrok tak był przeszywający, obłąkany — straszną była w tej chwili.
— Lękasz się mnie, Szymonie? — mówiła dalej kobieta głosem stanowczym i wyniosłym. — Lękasz się i słusznie! Bądź ostrożny! mam w sobie djabła, on mną rządzi! — Ostatnie wyrazy wymówiła mu nad samem uchem.
— Precz! na honor, masz go w sobie! precz ode mnie, opętana! — i popchnąwszy ją daleko od siebie, patrzał na nią z przerażeniem.
— Jednak, powiedz mi, Kassy, dlaczego nie jesteśmy dobrymi przyjaciołmi, jak dawniej?
— Jak dawniej! — powtórzyła z goryczą, zatrzymując się na chwilę; uczucia gwałtownie cisnące się do jej piersi, zatamowały jej oddech i nie dozwoliły dokończyć zdania.
Kassy, jak zwyczajnie energiczna, namiętna kobieta, miała zawsze pewien rodzaj wpływu na dziki, nieuprawny umysł Legrisa. Lecz od niejakiego czasu stała się dziwnie złą; wszystko ją gniewało i nieznośne jarzmo niewoli coraz ją silniej, widoczniej niecierpliwiło i często rozdraźnienie jej dochodziło prawie do obłąkania. Legris, który miał przesądną, zwyczajną ludziom umysłu grubego i nieoświeconego bojaźń dla warjatów, bał się jej niewymownie. Za przybyciem Eweliny na plantację, obrażone uczucie kobiece, tajone boleści, wybuchły z gwałtownością i Kassy wzięła stronę młodej dziewczyny, co ściągnęło zażartą walkę między nią i p. Legris. On poprzysiągł w milczeniu, że jeżeli się nie zachowa spokojnie, pośle ją na pola razem z niewolnikami zbierać bawełnę; dumna kobieta odrzekła, że pójdzie i dla okazania pogardy podobnym pogróżkom, poszła, i doskonale wypełniła wyznaczoną sobie pracę.
Cały ten dzień Legris przemęczył się najokropniej, niemogąc się pozbyć przeważnego wpływu Kassy. Spodziewał się, że po takiej lekcji przyniesie swój koszyk z pokorą; chcąc się więc pojednać z nią, odezwał się tonem wpół pojednawczym, wpół rozkazującym; lecz Kassy odpowiedziała mu bolesną wzgardą.
Nikczemne pastwienie się jego nad Tomaszem jeszcze ją więcej rozdraźniło. I poszła do Legris z zamiarem wyrzucenia mu podłego jego tyraństwa.
— Radzę, ci, Kassy — rzekł Legris — postępuj trochę z większem umiarkowaniem.
— I ty mówisz o umiarkowaniu po tem, coś uczynił? Ty, który nie masz nawet tyle władzy nad sobą, aby się powstrzymać, nie rzucać się z zajadłością, godną twego djabelskiego charakteru, na jednego z najlepszych twych robotników, w tak roboczym czasie.
— Prawda! byłem głupi — odpowiedział Legris — że się tak uniosłem; ale kiedy ten nikczemnik śmiał się sprzeciwić, trzebaż go było ugiąć.
— A ja upewniam, że on ci nie ulegnie — rzekła Kassy.
— Co! nie ulegnie? — krzyknął nagle Legris, zrywając się z krzesła. — Zobaczymy! To pierwszy negr, który mi się odważa sprzeciwić, ja mu połamię wszystkie kości, i musi nakoniec ulec!
W tej chwili otworzyły się drzwi i zjawił się Sambo. Nieśmiało, z głębokiem uszanowaniem przechodząc, podał coś w papierze.
— Co to jest, psie? — spytał pan.
— To czary, panie — odpowiedział pokornie niewolnik.
— Co, co takiego? — spytał powtórnie Legris.
— To rzecz, którą czarownicy dają negrom, aby nie czuli, kiedy ich biją! On miał to na swej szyi na czarnej wstążce.
Legris, jak wielu okrutnych, bezbożnych ludzi, był przesądny; wziąwszy więc papier niechętnie, z pewnym rodzajem bojaźni go rozwinął.
Był w nim srebrny medalik i długi, lśniący pukiel blond włosów, który, jakby żywy, okręcił się około palców Legris’a.
— Przeklęte! — krzyknął z wściekłością, uderzając nogą w podłogę i zrywając z gwałtownością włosy, jakby mu palce piekły. — Skąd to? bierzcie je, rzućcie w ogień! spalić je, spalić!
Krzyczał, przeklinał, targał pukiel, zerwawszy go nakoniec wrzucił w ogień, wołając:
— I dlaczego, ty djable, mi to przyniosłeś?
Przestraszony Sambo stał z gębą otwartą nieporuszenie; Kassy chciała już wyjść, lecz się zatrzymała, spoglądając ze zdziwieniem na nikczemnego służalca.
— Ha, ty! przeklęty psie, nie ośmielaj się przynosić mi drugi raz djabelskich waszych czarów! — zawołał Legris, grożąc pięścią niewolnikowi, pospiesznie cofającemu się ku drzwiom, a wziąwszy medalik, rzucił go przez okno; szyba głośno zadźwięczała, — Sambo umknął co prędzej.
Po jego wyjściu poczuł Legris wstyd, że się dał owładnąć przestrachowi; usiadł na krześle zły, niezadowolony i powoli zaczął popijać poncz.
Kassy, wymknąwszy się niepostrzeżenie z salonu, korzystając z czasu, pobiegła do Tomasza.
Lecz skąd taki przestrach, taka trwoga? Dlaczego prosty pukiel złotawych włosów tak przeraził tego wyrachowanego, oswojonego z wszelkiemi rodzajami okrucieństw barbarzyńcę? Zatwardziały, bezbożny ten człowiek był kiedyś kołysany na łonie matki, usypiał przy śpiewie pieśni pobożnych i modlitw; czoło jego dzisiaj z piętnem szatana, było kiedyś zlane wodą chrztu świętego. Gdy był dzieckiem, kobieta z jasnemi włosami na głos dzwonu wiodła go do przybytku Pańskiego dla oddania czci Panu Bogu. W odległej części Nowej Anglji, z anielską cierpliwością i serdeczną miłością wychowała swego jedynaka; lecz niewdzięczny, poszedł za przykładem ojca swego. Opuścił ją, pogardziwszy jej radami. Odtąd raz tylko się zjawił w domu matki, która z całem sercem jedynaka przyjęła; błagała, zaklinała na wszystko, aby porzucił życie występne, ściągające potępienie na jego duszę.
Był to dzień łaski, zesłany z nieba dla Legris’a, miłosierdzie Boskie wyciągało do niego rękę; zdawało się, że został nawrócony, serce jego rozczuliło się i rozpoczęła się w nim walka... lecz djabeł zwyciężył. Zagłuszył w sobie sumienie, zwyciężyła zła natura. Pił, przeklinał, stał się jeszcze dzikszym, jeszcze okrutniejszym. Pewnego wieczora, kiedy jego matka w największej rozpaczy rzuciła mu się do nóg, on ją odepchnął i nie zważając, że upadła bez zmysłów na podłogę, piekielnie złorzecząc, uciekł na okręt. Odtąd raz jeden tylko miał wiadomość o matce. Było to w nocy. Gdy bankietował ze swymi towarzyszami rozpusty, oddano mu list; otworzył go — długi pukiel jasnych włosów się rozwinął i otoczył palce jego. List oznajmował o śmierci jego matki, na łożu śmlertelnem przebaczyła, błogosławiła niewdzięcznego syna.
Magiczna, bezbożna potęga ukrywa się w występku, która najświętsze, najdroższe rzeczy zamienia w widziadła zgrozy i trwogi. Ta kochająca matka, z wybladłą twarzą, jej modlitwa, przebaczenie i błogosławieństwo, przesłane z łoża boleści nie zmiękczył go bynajmniej. Legris rzucił list i włosy w ogień; a widząc jak w ogniu się zwijały, kręciły, słysząc syczenie płomieni, zadrżał na myśl ognia wiecznego. Pił więc, ucztował dla zagłuszenia sumienia. Próżne usiłowania!
Często w nocy tajemnicza cisza wzywała grzeszną jego duszę przed jej własny trybunał i widział tę bladą, wychudłą twarz: czuł, jak sploty włosów obwijają mu palce, zimny pot występował na czoło jego i z przerażeniem wyskakiwał z pościeli jak w obłąkaniu.
— Przeklęty djabeł! — zawołał Legris, popijając poncz — i skąd on mógł to wziąść... To zupełnie takie same... Uf!... a sądziłem, żem zapomniał... Niech mię djabli porwą! jeżeli można coś zupełnie zapomnieć!... O przeklęta pamięć!... Lecz dlaczegóż jestem jeden jak puszczyk?... Zawołam Ewcię, — ona mnie nienawidzi, obrzydła małpa; lecz wszystko mi jedno, niech przyjdzie zabawić, rozweselić swego pana.
Legris wyszedł do obszernych sieni, które się łączyły z górnem piętrem zapomocą wspaniałych niegdyś, krętych schodów, dziś ciemnych, brudnych, zniszczonych, zawalonych różnego rodzaju gratami. Blade światło księżyca, przedzierając się przez stłuczone okienko ponad drzwiami, ponuro oświecało zimną, wilgotną sień. Legris zatrzymał się przed schodami i posłyszał śpiew, dziko, nienaturalnie rozlegający się w pustem, posępnem mieszkaniu; a może obudzone w nim uczucie zgrozy i trwogi zmieniało tak tony.
Głos melancholijny śpiewał hymn znany między niewolnikami:

Płacz wielki, płacz bolesny, płacz okrutny będzie,
Kiedy Pan na stolicy sąd czynić zasiędzie...

— Przeklęta dziewka! O, uduszę cię, żmijo! Ewelino, Ewelino! — wołał Legris tonem grubym, szorstkim, i echo murów starych echem mu odpowiedziało. Cichy, słodki głos śpiewał dalej:

Po sądzie ostatecznym na czas nieśmiertelny,
Brat z siostrą, ojciec z synem będzie rozdzielony!

I puste sale odpowiadały słowo w słowo:

Płacz wielki, płacz bolesny, płacz okrutny będzie,
Kiedy Pan na stolicy sąd czynić zasiędzie...

Legis zatrzymał się, wstydząc się wyznać przed sobą samym, że wielkie krople potu wystąpiły mu na czoło, że serce ze strachu, z przerażenia biło gwałtownie; widział białą postać, podnoszącą się w ciemnościach i przechodzącą mimo niego; zadrżał na myśl, że może zmarła jego matka przyszła z tamtego świata z zapowiedzią rychłego piekła.
— Wiem, co zrobię — rzekł i chwiejnym krokiem wszedł do salonu i rzucił się na krzesło. — Dam pokój temu piekielnemu negrowi! I co mnie do jego przeklętego papieru? Zdaje mi się, że djabeł mną włada, że jestem opętany! Od tego czasu cały potnieję, drżę! I skąd ma on te włosy? Czyż mogą być te same! Ja tamte spaliłem... tak, spaliłem!... jestem tego pewny... Byłoby zabawnie, gdyby włosy mogły być wskrzeszone!
Każdy włos tego jasnego pukla rzuca tajemniczą siłą przestrach na tego człowieka-potwora, obudza w nim wyrzuty sumienia; czemuż ci nie związały okrutnych rąk, abyś się nie pastwił nad słabymi i bezbronnymi!
— Ha! wy przynajmniej! — zawołał Legris i tupnąwszy nogą, świsnął na swe psy — wstawajcie, no, podtrzymajcie odwagą waszego pana! — Lecz i psy ledwo otworzyły zaspane oczy, spojrzały na niego i znowu usnęły.
— Zawołam Sambo i Kimbo, ich piekielne śpiewy i tańce wypędzą z mej głowy te okropne widziadła. — Włożył czapkę na głowę i wyszedł na werandę i zatrąbił na swych poganiaczy.
Kiedy bywał w dobrym humorze, przywoływał często godnych swych satelitów, i podochociwszy ich wódką, kazał im śpiewać, tańczyć, lub się mocować.
Było to około trzeciej po północy. Kassy, wracając od biednego Tomasza, słyszała dolatujące z salonu dzikie krzyki, wycia, śpiewy, szczekanie psów, coś w rodzaju piekielnej muzyki.
Weszła na wschody i zajrzała do sali. Legris i jego dwaj towarzysze rozbestwieni wódką, krzyczeli, śpiewali, wyli, wywracali stołki, krzesła, doskakiwali do siebie i wygrażali sobie — istne piekło.
Oparła o poręcz swą małą, delikatną rękę i pilnie im się przyglądała. Pogarda, tęsknota, boleść, dzika ironja malowały się w jej czarnych oczach.
— I czyż to grzech, oswobodzić świat od podobnego potwora? — spytała sama siebie, i prędko się odwróciwszy, poszła do ukrytych drzwi, przeszła wschody i zastukała do pokotu Eweliny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Harriet Beecher Stowe i tłumacza: anonimowy.