Chata wuja Tomasza/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Harriet Beecher Stowe
Tytuł Chata wuja Tomasza
Podtytuł Powieść z życia Murzynów w Stanach Północnej Ameryki
Wydawca Spółka Wydawnicza K. Miarka
Data wyd. 1922
Miejsce wyd. Mikołów
Tłumacz anonimowy
Ilustrator J. H. Gallard
Tytuł orygin. Uncle Tom’s Cabin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIX.
Opuszczeni.

Niema na świecie istoty więcej opuszczonej, godniejszej litości, pozbawionej opieki, wszelkiej protekcji jak niewolnik, który stracił dobrego pana.
Dziecię po stracie ojca ma jeszcze przyjaciół i krewnych, zawsze coś znaczy, ma pewne prawa: niewolnikowi zaś po śmierci dobrego pana nic nie pozostaje. W oczach prawa jest on li tylko własnością i niczem więcej. Jako człowiek z duszą nieśmiertelną, mógł zaspokajać te tylko potrzeby, które wola właściciela uznawała za konieczne i prawne; ale ze śmiercią pana i to ustaje.
Mała tylko liczba ludzi używa sprawiedliwie i wspaniałomyślnie władzy, którą im prawo przyznaje; lecz iluż jest, którzy jej nadużywają! Niewolnik wie dobrze, że na jednego dobrego, sprawiedliwego pana jest dziesięciu okrutnych tyranów; żal więc po stracie dobrego pana, który był jedynym jego opiekunem, musi być szczery, głęboki.
Skoro tylko pan Saint-Clare zamknął powieki, smutek i rozpacz owładnęły wszystkimi jego murzynami; salony, galerje, cały dom rozlegał płaczem, krzykiem boleści i rozpaczy; los odebrał im opiekuna w kwiecie wieku, pełnego jeszcze męskiej siły.
Marja, osłabiona, zdenerwowana, przygnębiona tym ciosem, mdlała nieustannie. Widziała ostatnie chwile człowieka, który był z nią połączony węzłem świętym, a który ją opuścił na wieki bez słowa pożegnania.
Panna Ofelja, obdarzona energją i nadzwyczajną siłą woli, została aż do ostatniej chwili, robiąc co tylko było w jej mocy, a gdy zabiegi jej były już niepotrzebne, z całą swą szlachetną duszą przyłączyła się do serdecznych, gorących modłów biednego Tomasza, który stracił tak dobrego pana.
Oddając mu ostatnią przysługę, znaleźli na piersiach jego medaljon ze sprężyną; był w nim portret prześlicznej, szlachetnej twarzy kobiecej, a na drugiej stronie pukiel czarnych włosów. Zawinęli te smutne relikwje przeszłości i położyli na tej samej piersi, która dla nich niegdyś przepełniona była miłością, a dziś zastygła na zawsze.
Szlachetny Tomasz, cały zajęty wiecznością swego pana, wobec martwych jego zwłok nie ośmielił się pomyśleć, że ten okropny cios może na wieki zapieczętował jego niewolę. On nie rozpaczał, ponieważ w tej uroczystej chwili, kiedy słał gorące modły przed tron Przedwiecznego za duszę swego pana, czuł zupełny spokój i jakieś wewnętrzne przekonanie, że modły jego wysłuchane zostały. Przejęty do głębi serca szlachetnemi uczuciami, pojmował całą pełnię, całą wzniosłość miłości chrześcijańskiej. Tomasz wierzył, miał zupełną nadzieję, był więc spokojnym.
Po pogrzebie, któremu towarzyszyły gorące modły i szczery żal pozostałych, wszystko wróciło do dawniejszego trybu życia — ale tylko pozornie. Nasunęło się pytanie: cóż teraz będzie?

Panno Ofeljo, ratuj mnie! pani każe mnie obić!

Powstało ono naprzód w myśli Marji. Ubrana w ranny szlafroczek otoczona smutnemi twarzami służących, siedziała w wygodnem krześle przeglądając materje żałobne. Panna Ofelja wybierała się w myśli w drogę na Północ z powrotem do domu rodzicielskiego. Ale niepokój ogarniał całą służbę, znającą doskonale tyrańską nieczułość swojej pani, wiedzącą, że za łaskawe, ludzkie ich traktowanie byli jedynie obowiązani swemu panu i po części pannie Ofelji. A dzisiaj, kiedy jedynego obrońcy już niema, któż ich osłoni od despotycznych kaprysów i samowoli ich pani, na której doznane nieszczęścia musiały zapewne wywrzeć wpływ silny — a szkodliwy?
We dwa tygodnie po śmierci pana Saint-Clare, panna Ofelja siedziała w swoim pokoju głęboko zamyślona, może nad znikomością świata, nad kruchą budową planów ludzkich. Lekkie pukanie wyrwało ją z zamyślenia, otworzyła drzwi... weszła Róża, śliczna panna pokojowa, mulatka, z włosami rozpuszczonemi, z zapuchłemi od płaczu oczami.
— O panno Ofeljo! — zawołała, padając przed nią na kolana i chwytając ją za suknię. — Panno Ofeljo! zmiłuj się nade mną!... wstaw się za mną u pani, aby mi przebaczyła, posyła mnie, aby mnie osieczono — oto papier...
Był to rozkaz do rządcy domu wyliczenia piętnastu plag temu, kto przyniesie bilecik, napisany ślicznym drobnym pismem Marji.
— I cóżeś uczyniła? — spytała panna Ofelja.
— Pani wiesz, że jestem dość prędka; wiem, że to źle. Przymierzyłam suknię pani Marji, a ona mię uderzyła w twarz; na to odpowiedziałam dość zuchwale i pani powiedziała, cała drżąc od gniewu, że mnie nauczy rozumu, że odzwyczai mnie od przyjmowania tonów księżniczki, jak było dotychczas. Napisała ten list i kazała mi go odnieść... o! wolałabym, aby mię na miejscu zabiła!
Panna Ofelja stała czas jakiś w zamyśleniu, trzymając papier w ręku.
— O panno Ofeljo, ja nie tak się lękam plag, wytrzymałabym je; ale z ręki takiego człowieka, tak okropnego człowieka! umrę ze wstydu!
Panna Ofelja wiedziała dobrze, że istnieje zwyczaj posyłania nieszczęśliwych kobiet, młodych dziewczyn do domu kary, gdzie nie zważając na żadną przyzwoitość, na żaden wstyd, wyliczają im plagi mężczyźni, dość podli już tem samem, że się poświęcili temu rzemiosłu; wiedziała to dobrze, ale całą okropność tego barbarzyńskiego zwyczaju pojęła dopiero teraz, gdy ujrzała młodą, ładną dziewczynę z załamanemi rękoma, tarzającą się u jej nóg. Szlachetna krew wstydliwej kobiety, krew wolnej i dumnej córki Nowej-Anglji uderzyła jej do twarzy. Ale przyzywając na pomoc rozsądek i zwykłą sobie moc charakteru, potrafiła zapanować nad pierwszym oburzeniem i drżącym głosem rzekła do biednej Róży:
— Usiądź, moje dziecię, i zaczekaj tutaj, pójdę, pomówię z panią Saint-Clare.
— Ach, jakież to okropne, niegodne barbarzyństwo! — mówiła Ofelja sama do siebie, przechodząc przez salon.
Znalazła Marję siedzącą w wygodnem krześle; Mami, stojąca z tyłu, czesała ją; Janina siedziała na podłodze i nacierała jej nogi.
— Jakże zdrowie? — spytała panna Ofelja.
Marja ciężko westchnęła, zamknęła oczy i nie rzekła ani słowa. Po niejakim czasie się odezwała.
— W istocie, nie wiem, co mam odpowiedzieć, kuzynko; zdaje się, jak zwykle — i otarła oczy batystową chustką z szeroką czarną koronką.
— Przyszłam — rzekła panna Ofelja — poprzedzając swe słowa krótkim kaszlem, który to zwyczajnie u wielu osób jest oznaką, iż mają ważną sprawę do załatwienia — przyszłam do ciebie w interesie biednej Róży.
Marja otworzyła szeroko oczy, żółta jej twarz oblała się rumieńcem i odpowiedziała tonem ostrym:
— A więc cóż chcesz mi powiedzieć?
— Ona bardzo żałuje nierozważnego swego postępku — rzekła panna Ofelja.
— W istocie? — odrzekła z przekąsem Marja. — Będzie go jeszcze bardziej żałowała... — Długom nosiła jej zuchwalstwo, lecz teraz chcę ją upokorzyć.
— Lecz czy nie możesz ukarać ją innym sposobem, mniej hańbiącym? — spytała panna Ofelja.
— Właśnie chcę ją shańbić! Przez całe życie chełpiła się swą pięknością, tak że zapomniała, czem jest w istocie! — rzekła Marja.
— Lecz pomyśl kuzynko, jeżeli zniszczysz wstyd, delikatność w młodej dziewczynie, zdemoralizujesz ją.
— Delikatność! — zawołała Marja z pogardą — wielkie słowo! bardzo stosowne dla niej i jej podobnym. Ja ją nauczę, że pomimo tych tonów, jakie sobie nadaje, wcale nie jest lepszą od ostatniej w łachmanach dziewczyny, włóczącej się po ulicach. W przyszłości nie odważy się nadawać sobie wobec mnie jakichkolwiek tonów.
— Odpowiesz przed Bogiem, kuzynko, za taką okropną srogość!
— Srogość?... Chciałabym wiedzieć, w czem widzisz srogość? Kazałam jej dać tylko piętnaście rózg i to nie mocno. Sądzę, że to wcale nie sroga kara!
— Jakto, ty nie widzisz w tem srogości? — zawołała z oburzeniem panna Ofelja. — O! bądź pewną, że każda młoda dziewczyna wolałaby sto razy umrzeć, jak ponieść taką karę!
— Bierzesz to z własnego punktu widzenia rzeczy, kuzynko. Lecz te istoty prędko przywykają do tego, to jedyny środek, jakim jeszcze można utrzymać je w posłuszeństwie. Pozwól im raz tylko mieć uczucie delikatności z jego następstwami, a ci wlezą natychmiast na kark, potrafią z tego korzystać ze szkodą swych panów, jak to było i z naszemi dziewczętami. Chcę je wprowadzić na drogę przyzwoitszą i mogą być pewne, że każę siec jedną po drugiej za najmniejsze przewinienie! — I Marja rzuciła naokoło wzrok mówiący, że dotrzyma postanowienia.
Janina spuściła głowę i bardziej się nagięła, bo się domyśliła, że słowa jej pani szczególniej do niej się odnosiły. Panna Ofelja zaledwie mogła powstrzymać swe oburzenie, ale wiedząc dobrze, że próżno byłoby się spierać z podobnym charakterem, zacisnąwszy usta, wyszła z pokoju.
Z boleścią wielką oznajmiła Róży, że prośba jej nie była wysłuchaną. Wkrótce przyszedł służący z rozkazem zaprowadzenia młodej mulatki do domu kary, i nie zważając na płacz, narzekanie i prośby, pociągnął za sobą biedną dziewczynę.
W kilka dni potem Adolf, niepocieszony po stracie swego pana, zbliżył się do Tomasza, stojącego w głębokiem zamyśleniu na balkonie, dla oznajmienia mu smutnej nowiny. Mulat wiedział dobrze o antypatji, jaką miała Marja do niego, ale za życia swego pana mało o nią dbał, lecz teraz był w wielkim strachu i drżał o swoją przyszłość. Marja po częstych konferencjach ze swoim rządcą i idąc za radą brata swego nieboszczyka męża, postanowiła sprzedać ziemię i niewolników, zatrzymując tych tylko, których otrzymała w posagu i z nimi miała wkrótce wrócić do majętności swego ojca.
— Czy wiesz, Tomaszu, że nas mają wszystkich sprzedać — spytał Adolf.
— Skąd słyszałeś o tem, Adolfie?
— Byłem ukryty za zasłoną, kiedy pani rozmawiała ze swoim rządcą; za kilka dni mają nas wszystkich wyprowadzić na sprzedaż — rzekł Adolf.
— Niech się stanie wola Boża! — zawołał Tomasz, składając ręce, i ciężko westchnął.
— Nie znajdziemy już nigdy pana tak dobrego, jakim był nasz — zawołał Adolf niespokojnie — lecz wolę być sprzedany i popróbować losu, jak zostać pod jednym dachem z naszą panią.
Tomasz odwrócił się z sercem przepełnionem boleścią. Nadzieja wolności, myśl uściśnienia żony, dzieci, stanęły przed duszą jego, jak błyszczące krzyże na kościołku, jak dachy rodzinnego miasta z poza spienionych fal morza, gotowych na pochłonięcie biednego marynarza, który ginąc z wzrokiem w nie utkwionym, przesyła ostatnie pożegnanie! Biedny Tomasz miał dziwny, niewytłómaczony pociąg do wolności; Bóg go ciężko dotknął, ciężko doświadczył! Biedny, zacisnął konwulsyjnie ręce, połknął gorzkie łzy, gwałtem tłoczące się do oczu, i zmusił siebie do modlitwy; lecz im częściej powtarzał „niech się stanie wola Twoja, Panie“, tem silniej czuł swe nieszczęście. Smutny wszedł do pokoju panny Ofelji, która od śmierci Ewy traktowała go bardzo łaskawie, a nawet z pewnym rodzajem szacunku.
— Czy wie pani, panno Ofeljo — rzekł — że pan Saint-Clare obiecał mi wolność, i zaczął nawet starać się o to? Może pani będzie łaskawa pomówić o tem z panią; ona zapewne zechce wypełnić wolę męża swego.
— Dobrze, Tomaszu, pomówię — odpowiedziała panna Ofelja — zrobię co się da; ale jeżeli to zależy od pani Saint-Clare, nie mam wielkiej nadziei... jednak popróbuję.
Było to zaraz po wydarzeniu z Różą, i panna Ofelja już się wybierała do wyjazdu. Zamyśliła się głęboko, a wyrzucając sobie, że może działała zbyt pospiesznie w pierwszej sprawie, postanowiła tym razem czynić z większem zastanowieniem i oględnością. Ze zwykłą swą robótką w rękach, z postawą pokorną, weszła do pokoju pani Marji z mocnem postanowieniem użycia całej dyplomacji w interesie Tomasza.
Pani Saint-Clare, wyciągnięta na kanapie, wsparta na poduszkach, przeglądała stos czarnych materyj, które Janina przyniosła z różnych magazynów.
— Ta mi się podoba, — rzekła Marja, wskazujcie jedną sztukę — tylko nie jestem pewną, czy to dość żałobne.
— Prześliczne... — przemówiła Janina — pani generałowa Derbennon właśnie miała taką samą suknię przeszłego lata, po śmierci swego męża generała, i wyglądała bardzo ładnie.
— Jak myślisz, kuzynko? — spytała Marja panny Ofelji.
— To zależy od zwyczaju — odpowiedziała Ofelja. — Ty znasz się na tem lepiej, niż ja.
— Nie mam żadnej porządnej sukni; a ponieważ chcę wyjechać w przyszłym tygodniu, muszę więc koniecznie się oporządzić.
— Czyż tak prędko myślisz wyjechać? — spytała Ofelja.
— Tak, brat Saint-Clare pisał, że podziela zupełnie zdanie mego rzadcy; radzi mi, abym sprzedała niewolników i ruchomości, a dom powierzyła jakiemu biegłemu prawnikowi do sprzedania później.
— Chciałabym pomówić z tobą — rzekła panna Ofelja. — Augustyn przyrzekł Tomaszowi dać wolność, a nawet rozpoczął kroki pewne w tym celu; mam nadzieję, że zechcesz wypełnić wolę męża?
— Nie! nie zrobię nic podobnego — odrzekła Marja cierpko; — Tomasz jest właśnie jednym z niewolników, za którego najlepiej mogą mi zapłacić, nie możesz wymagać ode mnie podobnej ofiary. A zresztą, po co jemu wolność? czyż nie lepiej mu w tym stanie, w jakim się teraz znajduje?
— Przeciwnie, on bardzo pragnie wolności i Saint-Clare przyrzekł na pewno go uwolnić — odpowiedziała panna Ofelja ze znaczącym przyciskiem.
— Nie wątpię zresztą, że pragnąłby być wolnym — przerwała Marja. — Oniby wszyscy tego chcieli; bo ta banda niezadowolonych zawsze pragnie tego, czego niema. Lecz ja kieruję się zasadą nie uwalniać nikogo. Trzymajcie negra w grozie, to pół biedy jeszcze; ale uwolnijcie go tylko, a niezawodnie go zgubicie; nie będzie chciał pracować, rozpije się, rozhultai. Widziałam tysiączne tego przykłady. Nadając im wolność, wcale nie robimy im przez to przysługi.
— Ale Tomasz trzeźwy, pracowity, nabożny!
— Nie mów mi o tem — odpowiedziała Marja — znałam tysiące podobnych jemu. Jest on dobrym, póki czuje pilny dozór nad sobą.
— Lecz zastanów się dobrze! — rzekła panna Ofelja; — a jeżeli dostanie się w ręce złego pana?
— To bagatela! — zawołała Marja — bądź pewną, że może zaledwo jeden ze stu dobrych niewolników trafi na złego pana. Właściciele negrów, pomimo opinji jaka mają, po większej części są dobrzy ludzie. Wzrosłam na Południu i mogę zaręczyć, że nie widziałam ani jednego właściciela, któryby nie traktował swych niewolników po ludzku, przynajmniej o ile na to zasługują. Nie mam więc żadnej obawy pod tym względem!
— Dobrze więc! — zawołała panna Ofelja z energją — lecz ostatnia wola męża twego była, aby Tomasz był wolny; on to obiecał nawet umierającej drogiej Ewie; nie sądzę, abyś się odważyła niedopełnić ostatniej woli męża i córki.
Marja na wspomnienie męża i córki zakryła twarz chustką i we flakoniku z orzeźwiającym płynem szukała pokrzepienia sił.
— Wszyscy przeciw mnie! — zawołała głosem wzywającym litości. — Nikt niema najmniejszego względu na moje cierpienia! Nie spodziewałam się, abyś i ty w ten sposób przypominała mi moje nieszczęście; ale któż może pojąć, co ja czuję! Stracić jedyną córkę, którą tak kochałam, męża, który we wszystkiem ze mną się zgadzał. O! to okropnie! Trzeba mieć bardzo mało współczucia, aby mi to wszystko przypominać w taki sposób, z taką obojętnością. Wierzę, żeś mogła mieć najlepsze chęci, aleś postąpiła bez najmniejszego względu na mój stan i położenie.
I zaczęła gwałtownie płakać, konwulsyjnie oddychać, kazała Mami odemknąć okno, zmoczyć sobie głowę spirytusem kamforowym, rozpiąć suknię. Rozkaz po rozkazie wylatywał z ust Marji; a panna Ofelja korzystała z tego chaosu, wymknęła się do swego pokoju.
Przekonała się, że bezskuteczne byłyby wszelkie starania, bo Marja miała niesłychaną skłonność do ataków nerwowych, skoro widziała tego potrzebę; przyzywała je z niesłychaną łatwością, ile razy wspominali jej o ostatniej woli męża lub Ewy względem niewolników. Panna Ofelja napisała więc do pani Szelby list, przedstawiając jej nieszczęśliwe położenie Tomasza i wzywając ją, aby pospieszyła go wybawić.
Nazajutrz odesłano Tomasza, Adolfa i pół tuzina innych towarzyszów niewoli do magazynu niewolników, zostającego pod zarządem pewnego spekulanta, który chciał tylko dopełnić liczby, aby wystawić ich na publiczną sprzedaż.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Harriet Beecher Stowe i tłumacza: anonimowy.