Chata wuja Tomasza/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Harriet Beecher Stowe
Tytuł Chata wuja Tomasza
Podtytuł Powieść z życia Murzynów w Stanach Północnej Ameryki
Wydawca Spółka Wydawnicza K. Miarka
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Mikołów
Tłumacz anonimowy
Ilustrator J. H. Gallard
Tytuł orygin. Uncle Tom’s Cabin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.
Prześladowcy Elżbiety.

Już zmierzchało, gdy Elżbieta, rozpaczą wiedziona, cudownym sposobem przeprawiła się przez rzekę Ohio. Mgły wieczorne, wznoszące się ponad rzeką, zakrywały ją w miarę tego, jak się oddalała od brzegu. Bystry prąd i nagromadzone masy lodu ubezpieczyły ją przed natychmiastową pogonią jej prześladowców.
Haley, rozgniewany niepomyślnym skutkiem pościgu, wracał powoli do tawerny, by się tam namyślić, co dalej przedsięwziąć. Gospodyni otworzyła mu drzwi i wprowadziła do niewielkiego pokoju, zasłanego brudnym dywanem; w pośrodku pokoju stał stół pokryty ceratą, dokoła stołu krzesła z wysokiemi poręczami, a nad kominem kilka figurek gipsowych, jaskrawo malowanych; przy ścianie stała ławka, na której zasiadł Haley, by tam rozmyślać o zmiennych losu kolejach i niestałości ludzkiego szczęścia.
— I poco mi pędzić za tą dziewką? — mówił sam do siebie. — Czyż to warto zachodu? — I dając folgę wezbranemu gniewowi, rzucił kilka klątw na siebie i całą ludzkość. Przez wzgląd na naszych szanownych Czytelników, nie będziemy ich tutaj powtarzali.
W tej chwili zbudził go z zamyślenia głos silny, lecz nieprzyjemny nowego gościa, który zajechał przed gospodę i zsiadał z konia.
Haley pobiegł ku oknu.
— Słowo honoru, to nieoledwie „tak zwana“ opatrzność... wszystko da się jeszcze naprawić... toć to Tomasz Loker! — zawołał i wybiegł spiesznie z izby. Przy bufecie stał barczysty mężczyzna, około sześciu stóp wysoki, odziany w kaftan z skóry bawolej, sierścią na zewnątrz obróconej. Twarz jego zdradzała wyuzdanie i okrucieństwo, niezwykły kostjum, jaki miał na sobie, dodawały jeszcze więcej twarzy jego wyraz zwierzęcości. Wyobraź sobie, czytelniku, buldoga ubranego w strój ludzki, a będziesz miał obraz owego człowieka. Obok stał nieodstępny jego towarzysz, stanowiący żyjące przeciwieństwo co do figury i budowy ciała. Była to mała, sucha postać z czarnemi ruchliwemi oczami, z rysami twarzy ostremi, z nosem ostrym, ciekawie naprzód wysuniętym.
Wszystkie jego ruchy i wyraz twarzy zdradzały spryt, przebiegłość i oględność.
Olbrzym pochwycił za ogromną szklenicę, do połowy napełnioną, i wychylił ją od razu. Malutki człowiek zaś podniósł się na palcach, spojrzał po butelkach, jakby chciał zwietrzyć, co zawierają a później piskliwym głosem poprosił o wodę z sokiem owocowym.
Skoro mu podano, obejrzał szklankę z zadowoleniem i zaczął popijać.
— Jak się masz, Loker? Co cię sprowadziło w te strony — zawołał Haley, wyciągając rękę.
— A ciebie skąd djabli tu dotąd przynieśli — odrzekł Loker.
Mały człowieczek, który się nazywał Marks, przestał pić i podniósłszy głowę, przypatrywał się ciekawie przybyłemu, zupełnie z taką samą ciekawością, z jaką przypatruje się kot poruszającemu się listkowi.
— To szczęście, żem ciebie spotkał. Wpadłem w matnię, musisz mnie ratować.
— Oho! — mruknął olbrzym. — Łatwo się domyśleć, dlaczego tak się ucieszyłeś, gdyś mnie zobaczył. No i cóż się stało?
— Jesteś tu z przyjacielem? — zapytał Haley, patrząc z niedowierzaniem na Marksa. — Może to twój spólnik?
— Tak, to Marks, z którym miałem spółkę w Naczez.
— Bardzo mi przyjemnie poznać, — rzekł Marks, wyciągając długą, kościstą rękę, bardzo podobną do wroniej nogi. — Pan Haley, jeżeli się nie mylę.
— Tak jest, — odrzekł Haley. — Ponieważ szczęśliwy traf nas tu sprowadził, prosiłbym o chwilę cierpliwości: chciałbym pomówić z wami o dość ważnym interesie... Hej, stary! — zawołał zwracając się do człowieka, stojącego za bufetem — daj gorącej wody, cukru, cygar i butelkę esencji, ale dobrej, czystej.
Zapalono świecę, ogień buchnął na kominie, a trzej wspólnicy zasiedli około stołu, na którym postawiono wazę ponczu.
Haley zaczął rozrzewniające opowiadanie o swoich niepowodzeniach. Loker zacisnął usta i słuchał w ponurem milczeniu. Marks, pracujący nad przyrządzeniem sobie ponczu wedle swego gustu, od czasu do czasu przerywał swe zajęcie. Poglądał na Haleya i kiwał potakująco głową. Widocznie najbardziej zajmowało go zakończenie tej historji, ruszał ramionami, potrząsał głową, a na wąskich ustach przebiegł uśmiech wewnętrznego zadowolenia.
— No, niema co mówić! — zauważył; — hi, hi, hi,! a toś pan wpadł.
— Handel dziećmi przynosi zwykle więcej kłopotu niż korzyści, — zauważył smutnie Haley.
— A co myślicie, gdyby nam się udało wychować takie dziewki, coby nie dbały o swe potomstwo... to byłby niezrównany wynalazek — rzekł Marks, śmiejąc się z zadowoleniem z swego dowcipu.
Dziwne to i pojąć tego nie mogę. Toć matki mają tylko kłopot i biedę z wychowaniem dzieciaków. Sądzićby można, że powinny być zadowolone, gdy się ich pozbędą... ale gdzież tam! Nim więcej z nimi mają kłopotów i udręczeń, tem więcej się do nich przyzwyczajają.
— Tam do wszystkich lichów! — zawołał Loker — wy nie umiecie się wziąć do rzeczy. U mnie kobiety na takie komedje się nie puszczają; ręczę wam za to.
— Doprawdy? A jak sobie radzisz? — zapytał spiesznie Marks.
— Jak radzę? A oto tak: skoro kupię kobietę z dzieckiem, które mi sprzedać wypada, podchodzę wprost do niej, pokazuję jej pięść i powiadam: „patrzaj, czy widzisz co to jest? Jak się odezwiesz, zetrę cię w proch! Nie waż mi się ani pisnąć, — słyszysz? Ten dzieciak do mnie należy, ty do niego nie masz prawa, przy pierwszej okoliczności sprzedam go... a tobie nie radzę się rozrzewniać, bo pożałujesz, żeś na świat przyszła“. I to je przekonywa; wiedzą, że żartów nie lubię, nie odzywa się żadna... milczą jak ryby. — A niechnoby tylko zaczęła skomleć, to... — I Loker uderzył pięścią o stół, że aż szklanki podskoczyły.
— To mi przekonywający argument! — rzekł Marks i szturchnął z lekka Haleya, śmiejąc się ukradkiem. — Dziwny z ciebie człowiek... hi, hi, hi! Potrafisz od razu przekonać te baranie głowy. Sądzę, że zawsze zrozumieją, czego chcesz. Loker, jeżeli nie jesteś djabłem, to co najmniej jego rodzonym bratem.
Loker przyjął kompliment ten z skromnością i z pewnem zadowoleniem, które wywołało uśmiech na jego twarzy, o ile natura jego do uśmiechu była zdolna.
Haley, porządnie sobie podpiwszy, uczuł w sobie budzącą się nagle moralność, co u ludzi o stałym charakterze, w podobnych okolicznościach, nie byłoby nic nadzwyczajnem.
— No bratku, — rzekł — przesadzasz trochę. Ja ci zawsze mówiłem, — pamiętasz, jakeśmy rozprawiali w Naczez? — zawsze ci dowodziłem, że trzeba się z nimi obchodzić łagodniej, że na takiem postępowaniu wyjdziemy lepiej a i na tamtym świecie lżej nam będzie... a przecież i o tem warto pomyśleć... kto wie, może i wnet umrzeć przyjdzie?
— Oklepana piosnka! — odburknął Loker, — zmiłuj się, nie bredź takich głupstw, bo gotów jestem z rozczulenia rozchorować się.
Mówiąc to, wychylił do dna szklankę wódki.
— A ja ci zawsze powtarzać będę — dowodził dalej Haley, rozwalając się na krześle i robiąc znaczące giesty, — że choć najważniejszem jest zarobić jak można najwięcej pieniędzy, to jednak pamiętać trzeba, że pieniądze nie wszystkiem na świecie, mamy przecież duszę: nie wstydzę się do tego przyznać, trzeba i o niej choć trochę pomyśleć. Jestem człowiekiem religijnym — i tak, proszę wierzyć, niech się mi tylko uda ukończyć interesy, na serjo zajmę się swojem zbawieniem. A zresztą, powiedz mi, poco więcej broić złego, niż potrzeba? To zła rachuba.
— Chcesz myśleć o swojej duszy! — powtórzył Loker tonem pogardliwym. — Tobyś mógł długo szukać, niż byś w sobie duszę znalazł; dałbyś lepiej spokój. A djabeł też w tobie duszy nie znajdzie, choćby cię przesiał przez włósiany przetak.
— Tylko nie bądź tak ordynarny! Czemu się gniewasz, gdy mówię tylko dla twego dobra?
— Ruszaj mi do djabła ze swoją duszą! obejdę się bez niej! — zawołał Loker gniewnie. — Takie pobożne, głupie gadaniny mogą mnie doprowadzić do rozpaczy!... Jakaż jest różnica między tobą a mną? Udajesz jakieś współczucie, ale to jest tylko nikczemność z twej strony: chcesz djabła oszukać, aby ochronić własną skórę. Przejrzałem was i całą waszą tak zwaną religję. Zadłużyłeś się u djabła po same uszy, a gdy przyjdzie dzień zapłacenia rachunku, tobyś chciał zemknąć! To jest podłe!
— Uciszcie się, panowie! Nie o to nam chodzi, — odezwał się Marks. — Na każdą sprawę można się zapatrywać z rozmaitego stanowiska, o tem przecie każdy wie dobrze. Pan Haley, bardzo zacny człowiek, ma swoje przekonania i zasady. Ty, Loker, idź swoją drogą. — Poco się kłócicie? Do czego to prowadzi? Wróćmy do rzeczy. A zatem, panie Haley, pan potrzebujesz naszej pomocy do odszukania owej dziewki?
— Ale gdzież tam! To własność pana Szelby; mnie chodzi o jej syna, którego kupiłem niewiedzieć na co i po co... postąpiłem jak głupiec!
— Boś zawsze głupcem był i będziesz nim, — przerwał gniewnie Loker.
— Przestań, Loker, — uspokajał Marks. — Czyż nie widzisz, że pan Haley porucza nam piękny interes? Nie lękaj się, mam ja trochę wprawy w podobnych interesach. — A więc, panie Haley, jak wygląda ta dziewczyna?
— Biała, piękna i dobrze wychowana. Dawałem za nią ośmset dukatów, a żebym dał i tysiąc, tobym jeszcze dobrze wyszedł na tym interesie.
— Biała, piękna i dobrze wychowana! — powtórzył Marks i cała jego twarz ożywiła się na tę wiadomość. — A ty co na to, Loker? Początek świetny. Załatwimy ten interes na własną rękę. Złapimy dziewkę i chłopca; panu Haley oddamy chłopca, a dziewczynę zawiedziemy do Nowego Orleanu i tam sprzedamy. Co, może zły projekt?
Loker, który przez cały czas rozmowy słuchał z otwartą gębą, raptem zacisnął zęby, jak pies, co pochwycił kość.
— Zważcie tylko, że na każdym punkcie wybrzeża, — ciągnął dalej Marks — mamy sędziów pokoju, właśnie takich nam potrzeba; oni nam pomogą do załatwienia tej sprawy. Tom bierze na się kwestję siły, a ja zjawię się do sądu dla przysięgi, że się rzecz tak działa, a nie inaczej. Zjawię się wystrojony, w lakierowanych butach, aż miło będzie spojrzeć. Zobaczycie, — mówił Marks, puszczając cugle swej wymowie — jak im zaimponuję! Dziś nazywam się panem Tik z Nowego Orleanu; jutro się zjawiam jako plantator z nad rzeki Perłowej, na której u mnie pracuje siedmset murzynów, a później uchodzę za krewniaka Henryka Kleem. Każdy z nas ma wyłączną jaką zdolność. Loker naprzykład umie doskonale się bić, ale wyłgać się nie potrafi, już to nie w jego naturze. Boże miłościwy, chciałbym spotkać drugiego, coby tak jak ja umiał zręcznie gadać pod przysięgą, właśnie to, co potrzeba do interesu, coby z taką pobożnie ułożoną fizjognomią plótł niestworzone historje i nigdy się nie zaciął, i nie splątał w świadectwach. Chodźcie o zakład, że oszukam najzręczniejszych sędziów i potrafię się wywinąć z najbardziej zaplątanej sprawy. Czasami aż wstyd mieć do czynienia z takimi prostakami! Toć to się marnuje tylko talent napróżno, bo człowiek niema gdzie zastosować swoich świetnych pomysłów.
Tomasz Loker, którego czytelnicy poznali jako człowieka myślącego powoli i ociężałego, niełatwo dającego się przekonać, przerwał niespodziewanie Marksowi i uderzając potężną swą pięścią w stół, krzyknął:
— Dobrze! zrobimy.
— Na Boga, człowieku, szklanek dlatego tłuc nie potrzebujesz — zawołał Marks. — Zachowaj pięście swoje na później, łatwo się przydać mogą.
— Chwilkę panowie — przerwał Haley — czy i ja będę miał udział w zysku?
— Czy ci tego mało, że ci oddamy chłopca? — huknął Loker. — Czegoż więcej chcesz?
— Skoro nastręczam wam interes, to także coś warte; musicie mi dać przynajmniej dziesięć procent od czystego zysku.
— Czy tak? — zaryczał Loker, a zakląwszy straszliwie, uderzył znowu pięścią w stół. — Chciałbyś nas wywieść w pole co? Sądzisz może, że z Marksem będziemy gonili niewolników dla przyjaźni ludzi takich jak ty, a sami wychodzili z gołemi rękoma. Ani mi się śni. Dziewka, jak ją złapimy, będzie nasza, a ty stul gębę, bo weźmiemy obydwojga, któż nam może przeszkodzić? Czyś nam nie wskazał drogi? A polować możemy tak samo, jak ty. Gdyby który z was, Szelby albo ty, chciał nam zwierzynę z przed nosa sprzątnąć, to jeno pilnujcie dawniejszych kuropatewek, żebyście nie potrzebowali daremnie ich szukać — ich, albo nas...
— No mniejsza o to, zgoda — odpowiedział Haley, widząc, że sprawa niepomyślny bierze dlań obrót. — Odszukajcie tylko chłopca i dziewkę — to już wasza rzecz! Przecież nie pierwszy raz załatwiamy z sobą interesy. Loker! wiesz przecie, że zawsze wierzyłem ci na słowo.
— Prawda, bo też nie znam waszych wykrętów, w rachunkach nie okpiłbym nawet djabła, wszakże tak jest, Haley? Gdy co obiecuję, to umiem słowa dotrzymać... No i cóż?...
— Tak, tak, — odrzekł Haley — jeżeli mi oddasz za tydzień chłopca w pewnem przez ciebie oznaczonym miejscu, nie będę miał do ciebie żadnej pretensji.

— Ale to nie wszystko — przerwał Loker. — Nie sądź, że pracując z tobą razem w Naczez, niczego się nie nauczyłem. Jeżeli mi nie
Spostrzegłszy przejeżdżających jeźdźców, cofnęła się przerażona...
odliczysz tu na tym stole pięćdziesiąt dolarów, nie zobaczysz chłopca; zbyt dobrze cię znam, żebym mógł postąpić inaczej. — Wiem, jak należy przytrzymać węgorza, żeby się nie wyślizgnął i jak go odrzeć ze skóry.

— Co?! To ja ci stręczę interes, na którym możecie zarobić tysiąc do tysiąc ośmset talarów, a tego ci jeszcze mało? Zdzierca z ciebie.
— Cóż to ci się zdaje, że my nie mamy innych zajęć, które nam zajmą cały miesiąc czasu? Przypuśćmy, że będziemy musieli ich zaniechać, aby gonić za twoim chłopakiem; a jeśli dziewki nie złapimy, bo one często noszą djabła w sobie, czy dasz nam choćby centa? — Toby ci się podobało. No dalej... kładź pieniądze na stół; gdy interes się uda, to ci je wrócimy; a nie uda się, to przynajmniej będzie za fatygę. Dosyć tanio podejmujemy się roboty, bo nie, Marks?
— Z pewnością, z pewnością! — odrzekł Marks pojednawczo. — To tylko mała zaliczka na koszta... hi, hi, hi, robimy jak adwokaci. Musimy tylko postępować w porozumieniu, zgodnie. Loker dostarczy ci chłopca, gdzie zechcesz. Wszakże prawda?
— Gdy go złapię, to zawiozę go do Cincinnati i zostawię go u matki Belczerowej niedaleko portu, — odrzekł Loker.
Marks wyjął z kieszeni zatłuszczoną książeczkę i przysunąwszy się do światła, czytał, mrucząc pod nosem: „Barnes, hrabstwo Szelby, chłopiec Jim, trzysta dolarów, żywego albo umarłego; Edwars, Dik i Łucja, mąż i żona, pięćset dolarów; dziewka Paulina i dwoje dzieci, tyleż za nią lub za jej głowę“. Umyślnie przeglądam nasze interesy, chcąc się przekonać, czy możemy tego komisu się podjąć... Loker! — dodał po chwili milczenia, — trzeba będzie poruszyć te interesy Adamsowi i Szyryngierowi, póki jeszcze są jakie takie ślady... od dawna ich sobie zanotowałem.
— Czy nie za drogo będzie to kosztować?
— Ugodzę się z nimi... To jeszcze ludzie młodzi, nie powinni przeto żądać wielkich zysków. — I znowu zaczął przeglądać książeczkę. Z trzema pierwszymi sprawa krótka: albo będzie trzeba ich zastrzelić, albo przysiądz, że się to stało. Rozumie się, za taką usługę nie mogą wiele wymagać. Z innymi później damy sobie radę; można jeszcze poczekać. — Mówiąc to, złożył rejestr. — Teraz przejdźmy do sprawy obecnej. — Pan, panie Haley, widziałeś rzeczywiście, jak wychodziła na brzeg?
— Jak was obecnie widzę.
— I człowieka, co jej pomógł?
— I człowieka widziałem.
— Może ją gdzie przenocował. Ale gdzie? to najważniejsza!... Co ty na to, Loker?
— Dziś w nocy musimy się przeprawić za rzekę — odrzekł zagadnięty.
— Ale skąd wziąść łódź? — zawołał Marks. — Kra idzie straszna, to trochę... niebezpiecznie.
— A cóż to szkodzi? Dzisiaj musimy się przeprawić.

— Miły Boże! — zapiszczał cienkim głosem Marks, podchodząc ku oknu, — toć ciemno, choć oko wykol.
Z wytężeniem wszystkich sił przeskakiwała z kry na krę...
— Stchórzyłeś, Marks! No, ale mniejsza o to! Czy zechcesz, czy nie zechcesz, musisz przepłynąć. Jeśli tu przesiedzim dzień lub dwa, to dziewkę przewiozą do Sandusky[1], zanim ty...

— Ja się wcale nie lękam! — przerwał Marks, — tylko...
— Tylko co? — zapytał Loker.
— Tylko, że niema łodzi, jak się tu przeprawić?
— Gospodyni mówiła mi, że dziś wieczorem jakiś kupiec przeprawi się na drugą stronę rzeki: rad, czy nierad, będzie musiał nas zabrać.
— Czy dobre macie psy? — zapytał Haley.

Pędzili więc dalej co koń wyskoczy...

— Na całym świecie lepszych nie znajdziesz, — odrzekł Marks. — Ale na cóż one przydać się mogą, jeśli dziewka nic nie pozostawiła?
— Owszem, pozostawiła, — zawołał Haley z triumfującą miną. — Oto chustka, którą w pospiechu zapomniała zabrać, a oto jej kapelusz!
— A to szczęście! — dodał Loker. — Daj mi te przedmioty!
— Ale psy mogą dziewkę pogryźć, gdy ją napadną znienacka, — zauważył Haley.
— Prawda, i to się zdarzyć może. Niedawno psy nasze rozerwały na kawały jednego murzyna w Mobilu, zanim zdołaliśmy przybyć.
— Zważcie więc, że psy wasze nie bardzo są przydatne w przedsiębiorstwach, gdzie wartość towaru leży w jego piękności.
— Masz słuszność, — dorzucił Marks. — Zresztą na niewiele się przydadzą, jeśli dziewka ukryła się w czyimkolwiek domu. w północnych stanach są psy mało przydatne, bo tu pomagają uciekającym murzynom, a co gorsza, przewożą ich na koniach. Psy są nieocenione na plantacjach, gdzie, jeśli murzyn ucieka, to tylko pieszo.
— A więc w drogę! — odezwał się Loker, który wyszedł przed chwilą do szynkowni, aby tam zasięgnąć języka. — Człowiek, mający nas przewieźć, już przyszedł. A więc ruszajmy, Marks!
Szanowny pan Marks obejrzał się z żalem po pokoju, który musiał opuścić; niechętnie wypełniał rozkaz i dlatego powoli wybierał się w drogę. — Haley po kilku słowach rozmowy, z widocznem nieukontentowaniem, wyliczył na dłoń Lokerowi pięćdziesiąt dolarów; poczem dostojni wspólnicy pożegnali się i rozeszli.
Podczas kiedy w gospodzie odbywała się codopiero opisana scena, Sam i Andrzej wracali do domu w nader wesołem usposobieniu. Mianowicie Sam nie mógł ukryć swego zadowolenia.
Wesołość Sama nie miała granic, — to wykrzykiwał z nadmiaru radości, to wywijał rękoma i z głośnem hura! przerzucał się na koniu, to twarzą do łba końskiego, to do ogona. Czasami poważniał i zaczął tłómaczyć Andrzejowi miejsca z Pisma św., ale wybuchy radości brały górę, których, jako dziecko natury, nie umiał ukryć. Pędzili więc dalej co koń wyskoczy, a Sam krzykał wesoło, a odwieczne lasy odpowiadały mu również radosnem echem. Niedługo zatętniły kopyta końskie na żwirówce, wiodącej do domu państwa Szelby.
— To ty, Sam? — zapytała pani Szelby, wybiegłszy na balkon. — A gdzie oni?
— Pan Haley został w gospodzie, bardzo się zmęczył, więc odpoczywa...
— A Elżbieta?
— Przeszła za Jordan i można powiedzieć, że jest w ziemi Chanaan.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytała pani Szelby, drżąca od strachu, nie mogąc zrozumieć rzeczywistego znaczenia odpowiedzi Sama.
— Bóg przyszedł w pomoc nieszczęśliwej: Elżbieta przeszła przez Ohio tak cudownym sposobem, jakby ją Pańscy Anieli na skrzydłach przenieśli.
Sam, rozmawiając z panią, udawał zwykle pobożnego i używał zwrotów biblijnych.
— Chodź do pokoju, Sam — odezwał się pan Szelby, który wyszedł w tej chwili na werandę; — opowiesz o wszystkiem, o co cię pani pytać będzie... Chodźmy Emiljo, — dodał, obejmując w pas małżonkę. — Drżysz cała, możesz się przeziębić; czemu, mój aniele, bierzesz tak wszystko sobie do serca?
— Czemu? Przecież jestem kobietą, jestem matką... Kiedyś powoła nas Bóg do odpowiedzialności za niedolę tej nieszczęśliwej... Miłosierny Boże, racz nam grzech ten przebaczyć.
— Jaki grzech, Emiljo? Zrobiliśmy, co było koniecznem... zważ sama...
— A jednak tłoczy mnie ciężar winy. Trudno, abym mówiła co innego, skoro czuję...
— Hej, Andrzej, żwawiej murzynku! — zawołał Sam. — Odprowadź konia do stajni. Cóż, nie słyszysz, że pan wołał?
Po chwili wszedł Sam do pokoju, trzymając w ręku palmowy kapelusz.
— No Sam, opowiedz nam wszystko, jak było — odezwał się pan Szelby — a najprzód, czy wiesz, gdzie jest Elżbieta?
— Jakże nie mam wiedzieć? Widziałem przecież na własne oczy, jak po krach skakała. To cud był widoczny! Na drugim brzegu jakiś człowiek dał jej pomoc, a później straciliśmy ją z oczu.
— Sam, ten cud zdaje mi się być wątpliwym, — przerwał pan Szelby, — przejść po krach nie tak łatwo.
— Z pewnością, że nie łatwo! Bez pomocy Bożej nikt tego nie potrafi. Ot opowiem, jak było: pan Haley, Andrzej i ja, podjechaliśmy do niewielkiej gospody, co to na samym brzegu Ohio... Ja jechałem przodem i trochę mi było, jak pan to wie, pilno złapać Elżbietę... Podjeżdżamy ku gospodzie, patrzę... a Elżbieta w oknie... aż tu jak na licho wiatr mi zerwał kapelusz z głowy... Nie mogłem powstrzymać się, krzyknąłem... Elżbieta posłyszała i odskoczyła od okna... Pan Haley nic nie widział. Elżbieta wybiegła przez inne drzwi i popędziła co sił do brzegu, pan Haley zawołał na nas, puściliśmy się w tropy za uciekającą. Woda wystąpiła na parę sążni z brzegów, a tam dalej kry jak wyspy, ot tak... i płyną, jedna drugą popychając. — Już, już mieliśmy ją schwytać, jabym głowę dał za to, że już ją trzymaliśmy w ręku, nie miała gdzie uciekać. Aż w tem, jak krzyknie! takiego krzyku jeszcze nie słyszałem, — jak skoczy! jednym susem stanęła na krze — a potem przeskakiwała z jednej kry na drugą... Kra się spiera, łamie, huczy, a ona, biedna, skacze jak kotka... Tak, panie, to był cud prawdziwy.
Pani Szelby siedziała zamyślona w milczeniu. — Twarz jej była blada od wzruszenia, wzbudzonego opowiadaniem Sama.
— Chwała Bogu, że żyje! Ale gdzie teraz być może?
— Pan Bóg nad nami! — odezwał się Sam, wznosząc oczy w górę, z wyrazem pobożności i pokory. — Wszystko od Jego woli świętej zależy, bez Niego włos nam z głowy nie spadnie, pani nas sama tego uczyła. Beze mnie sto razy byliby ją złapali. Czy nie rozpuściłem dzsiaj rano koni, a potem aż do południa za nimi się nie uganiałem? A dziś wieczorem udało mi się sprowadzić pana Haley z drogi i pięć mil przejechaliśmy napróżno. Bez tego nie byłaby Elżbieta zdołała uciec; dopędziłby ją, jak wilk owieczki. We wszystkiem jest opatrzność Boża.
— W przyszłości jednak nie radzę ci odgrywać roli opatrzności Boskiej — odezwał się pan Szelby z udanym gniewem. — Nie mogę na to pozwolić, aby w domu moim w ten sposób traktowano gości.
Wobec murzynów to tak jak wobec dzieci, nie łatwo udać, że się na nich gniewamy; potrafią instynktownie odgadnąć nasze rzeczywiste usposobienie, choćbyśmy starali się jak najlepiej gniew udać...
Dlatego też Sam nie zmartwił się, usłyszawszy gniewne słowa pana, ale udał zakłopotanie i spuścił smutnie głowę, jakby był rzeczywiście zawinił.
— Pan ma słuszność, najzupełniejszą słuszność... postąpiłem źle, bardzo źle, co tu i mówić, panowie nie mogą pochwalać takich postępków. Ja to dobrze rozumiem, ale biedny murzyn jest często narażony na nieprzezwyciężoną pokusę uczynienia czegoś niedobrego, mianowicie wobec takiego człowieka, jak pan Haley... nieokrzesanego, bez wykształcenia... Przecież i ja to widzę...
— Bardzo pięknie, Sam, żeś przyznał się do winy — odezwała się pani Szelby — a teraz idź do ciotki Klotyldy i poproś, żeby wam dała szynki; musieliście się porządnie wygłodzić.
— Dziękuję najpokorniej łaskawej pani — odpowiedział Sam i skłoniwszy się, wyszedł szybko z pokoju.




Przypisy

  1. Sandusky, miasto stołeczne hrabstwa Erie w stanie Ohio.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Harriet Beecher Stowe i tłumacza: anonimowy.