Chata wuja Tomasza/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Harriet Beecher Stowe
Tytuł Chata wuja Tomasza
Podtytuł Powieść z życia Murzynów w Stanach Północnej Ameryki
Wydawca Spółka Wydawnicza K. Miarka
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Mikołów
Tłumacz anonimowy
Ilustrator J. H. Gallard
Tytuł orygin. Uncle Tom’s Cabin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
Ucieczka matki.

Kto się wstawi w położenie biednej Elżbiety w chwili, gdy opuszczała chatę wuja Tomasza, zrozumie choć w części jej boleść, jej obawę, jej osamotnienie. Do obawy o los męża, który tak ciężkie przechodził próby, i dziecięcia przyłączyło się uczucie niepewności dnia jutrzejszego. Opuściła zakątek rodzinny, poza którym nie znała innego świata: drzewa, w których cieni się bawiła, lasek, w którym w dniach szczęśliwych wieczorami z ukochanym mężem się przechadzała. To wszystko wśród nocy gwiazdzistej zdawało się ją pytać: „czemu opuszczasz rodzinne strony i dokąd się udajesz?“ Ale głośniej nad wszystko przemawiała miłość macierzyńska, która wzrastała w miarę zbliżającego się niebezpieczeństwa. Syn jej był już w tym wieku, że mógł sam chodzić, i w innych okolicznościach prowadziłaby go za rękę, ale teraz, sama myśl wypuszczenia go ze swych objęć, krew jej ścinała. Konwulsyjnie przyciskała dziecię do piersi i przyspieszała kroku.
Zmarznięta ziemia chrupała pod jej nogami, a każdy szmer nawet przejmował ją drżeniem. Najmniejszy szelest liści, cień przelotny, wszystko napawało ją niezmiernym strachem; krew napływała jej gwałtownie do serca; dziecię, które niosła, zdawało jej się lekkiem jak piórko, jakieś nowe wstępowały w nią siły, przyspieszała kroku — a blade usta szeptały: Boże zlituj się! Panie ratuj!
Matki, które będziecie czytać te karty, wstawcie się w to samo położenie; wyobraźcie sobie, że wasze jedyne dziecię mają jutro oddać nieokrzesanemu handlarzowi, że warunki sprzedaży już ukończone i podpisane... wyobraźcie sobie, że ze świtem wszystko się skończy, i że tylko noc może nas ratować, a pojmiecie, co to jest uciekać z drogim skarbem... pojmiecie, ile to mil można zrobić w kilka godzin z tym słodkim ciężarem na ręku, gdy tymczasem mała jego główka spoczywa uśpiona na waszem ramieniu, a drobne rączki z całem zaufaniem objęły waszą szyję...
Chłopczyk spał. Strach i nowość położenia z początku niepokoiły go. Oględna matka wstrzymuje oddech, trwożna, by najmniejszy szelest nie przyspieszył pogoni, zapewniała małego Henrysia, że go uratuje, byle tylko się spokojnie zachowywał. Dziecię przytuliło się do piersi matczynej i posłusznie zapytało:
— Mamo, czy mogę zasnąć?
— Śpij, mój aniołku.
— Ale, matuniu, ty mnie jemu nie oddasz, jak zasnę?
— Nie! nie! — odrzekła matka, a twarz jej jeszcze bardziej pobladła, a oczy świeciły dziwnym blaskiem.
— Ale czy tylko na pewno mnie nie oddasz, matulu?
— Z pewnością nie! — przemówiła matka głosem, którego się sama przelękła; zdawało jej się, że wyraz ten wyrwał się z jej ust mimo jej woli, za jakiemś wyższem natchnieniem. Chłopczyk pochylił zmęczoną główkę na ramię matki i wkrótce zasnął. Czuła przy swych piersiach dziecię, dziecię jedyne, czuła jego czysty oddech, ogrzewał twarz jej i dodawał jej odwagi. Za każdem poruszeniem dziecięcia jakiś dziwny prąd elektryczny przebiegał po całem ciele matki. Minęła granicę, farmy, gaje i lasy i szła wciąż dalej a dalej, tracąc z oczu znajome jej okolice. Nie zatrzymywała się ani na chwilę, nie odpoczywała nigdzie, a gdy zorza poranna wschód nieba zarumieniła, znajdowała się na prostej drodze, dalekie mile oddalona od wszystkiego, co ją dotąd otaczało.
Jeżdżąc z panią w odwiedziny do sąsiadów, poznała drogę do wybrzeży rzeki Ohio. Powzięła więc myśl przeprawić się przez rzekę do krainy zupełnie jej nieznanej, ale Elżbieta ufała w Bogu, że krokami jej pokieruje. Gdy się już ruch zaczął na drodze, Elżbieta zrozumiała, że przyspieszony jej chód i widoczny niepokój, mogą zwrócić uwagę i obudzić podejrzenie przechodniów; postawiła dziecię na nogi, a poprawiwszy odzież i włosy, postępowała dalej, ale o wiele wolniej. W małym woreczku chowała zapas jabłek i pierniczków, których używała do zachęcenia i podniesienia sił zmęczonego chłopca; od czasu do czasu kulała jabłko po drodze, a Henryś, zapominając o zmęczeniu, gonił za niem, — przy pomocy tego wybiegu uszła jeszcze kilka mil. Wkrótce zbliżyli się do strumienia, który w tem miejscu drogę przerzynał, przedzierając się wśród zarośli. Chłopczyk skarżył się na głód i pragnienie. Zawróciła z wielkiej drogi w zarośle, usiadła na urwistym brzegu strumienia poza kamieniem, i wyjęła z woreczka śniadanie dla swego jedynaka, który się bardzo dziwił i smucił, że matka nic jeść nie chciała. Objąwszy ją jedną rączką za szyję, drugą gwałtem chciał jej włożyć kawałek bułki do ust.
— Nie, mój drogi Henrysiu, twoja mama jeść nie będzie, pókiś ty w niebezpieczeństwie. Nam trzeba iść ciągle dalej i dalej, aż do brzegu rzeki. — Powiedziawszy to, wybiegła z pospiechem na drogę, gdzie już zwolniła kroku, aby nie zwrócić na siebie uwagi przechodniów.
Wszystkie miejsca więcej znajome zostawiła już daleko poza sobą; a jeżeliby kto ze znajomych ją spotkał, liczyła na to, że względy, jakich doznawała w domu swoich państwa, ochronią ją od wszelkich podejrzeń.
Oprócz tego krzepiła się nadzieją, że tylko po długiem wpatrzeniu się można było dostrzec na twarzy jej i syna ślady ich pochodzenia, że zdoła ujść, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Przeto postanowiła zatrzymać się na chwilę w jednej z farm, aby się nieco pożywić i odpocząć, bo w miarę, jak się oddalała od miejsca zamieszkania, zmniejszało się niebezpieczeństwo pościgu, a wstępowała w nią większa otucha i pewność siebie, — i głód zaczął jej dokuczać.
Gospodyni, dobra i rozmowna kobiecina, bardzo się ucieszyła z przybycia Elżbiety, bo mogła się dowoli nagadać.
Odpocząwszy nieco, oświadczyła Elżbieta, iż udaje się na pewien czas do krewnych i pożegnała gościnną gospodynię.
Na godzinę przed zachodem słońca, przyszła Elżbieta do wioski nad brzegiem Ohio położonej, a chociaż odwaga i siły moralne jej nie opuściły, wątłe ciało nie mogło sprostać duchowi; nogi jej popuchły, tak że się ledwo wlokła, a na jej twarzy widoczne było znużenie.

A ukrywszy twarz w dłoniach, jęczał urywanym głosem...

Był to początek wiosny; rzeka wezbrała, a rozhukane jej fale pędziły z szumem ogromne bryły lodu. W miejscu, gdzie od strony stanu Kentucky brzeg klinem się wbijał w jej wody, utworzył się z zbitych kier jakoby rodzaj grobli, łączący obydwa brzegi rzeki Ohio.
Elżbieta zatrzymała się przez chwilę na brzegu i przypatrywała się z przestrachem miejscowości, która nie wiele otuchy wlewała w zbolałe jej serce; przepłynąć bowiem na drugą stronę było niepodobieństwem. Nie wiedząc, co czynić, udała się do najbliższej gospody, by tam zasięgnąć rady.
Gospodyni, zajęta przygotowaniem wieczerzy, posłyszawszy łagodny a zarazem rzewny głos Elżbiety, obejrzała się z zadziwieniem.
— Czy nie mogłabym się dowiedzieć, gdzie tu jest do wynajęcia łódź, którąbym mogła się przeprawić na tamtą stronę rzeki?
— To daremne, obecnie nikt na to się nie odważy.
Zbolała i skłopotana postać Elżbiety, zrobiła pewne wrażenie, obudzając zarazem ciekawość gospodyni.
— A czy to pani tak pilno na tamtą stronę? Czy kto chory, że jesteś tak przestraszona?
— Dziecię zachorowało mi niebezpiecznie, dowiedziałam się o tem wczoraj w nocy, spieszyłam przez cały dzień i chciałabym dziś jeszcze się przeprawić.
— Ach, to bardzo przykro! — odrzekła gospodyni, w której piersi odezwało się uczucie macierzyńskie. — Jak mi Bóg miły, bardzo mi pani żal... Salomon! — zawołała, wyglądając przez okno, wychodzące na dziedziniec...
We drzwiach pokazała się postać w skórzanym fartuchu.
— Powiedz mi, Sel, czy sąsiad nasz, bednarz, będzie dzisiaj przewoził beczki na drugą stronę rzeki?
— Mówił, że popróbuje.
— Na dole jest tu kupiec, co chce wieczorem, jeżeli będzie można, przetransportować na tamtę stronę towary; to się z nim zabierzecie, a tymczasem proszę usiąść i odpocząć... A jaki to ładny chłopczyk! — dodała gospodyni, częstując go ciasteczkiem.
Ale mały Henryś, znużony drogą, zaczął płakać.
— Biedne dziecko — odezwała się Elżbieta — nieprzyzwyczajony do takich wędrówek, a mnie tak pilno.
— W takim razie zaprowadź go do tego pokoju, niech spocznie — rzekła gospodyni, otwierając drzwi do malutkiej sypialni. Elżbieta ułożyła dziecię i trzymała je za rączki, póki nie zasnęło. Odpocząć jednak sama nie mogła; myśl o tem, że ją ścigają, nie dawała jej pokoju.
Smutnem okiem spoglądała na szumiące fale rzeki, co ją oddzielały od krainy, gdzie ją czekała wolność.
Tu musimy pożegnać ją na chwilę i wrócić do jej prześladowców.
Mimo, że pani Szelby oświadczyła panu Haley, że obiad już podano i posłała z jakie półtuzina chłopaków do ciotki Klotyldy, aby stół nakrywała, okazało się, że nie starczy tylko rozkazywać, ale trzebaby też samemu zrobić.
Ciotka Klotylda, otrzymawszy rozkaz, aby nakrywała stół, bąkła zaledwie coś pod nosem i zwolna, jak nigdy dotąd, jakby od niechcenia, wzięła się do spełnienia woli swej pani.
Nie wiedzieć, jakim sposobem cała służba się domyśliła, że pani wcale o pospiech nie chodzi i że za zwłokę nie bardzo się gniewa; to też przeszkody i przypadki nieszczęśliwe zjawiły się jak grzyby po deszczu. Chłopak rozlał sos, i trzeba go było na nowo zrobić. A gdy poseł za posłem przychodził z żądaniem, by się spieszono, ciotka Klotylda odpowiadała zawsze jedno i to samo, że nie myśli podać niedogotowanych potraw, dlatego tylko, że tam komuś pilno polować na ludzi. Jeden z kuchcików, biorąc wodę, zawadził o coś nogą, upadł i zalał całą kuchnię, trzeba było sprzątać i wycierać; drugi upuścił masło, inny znowu rozbił garnek, odsuwając go od ognia! Od czasu do czasu dolatywały do kuchni wieści, że pan Haley bardzo się gniewa i nie może usiedzieć na miejscu, że chodzi po pokoju, wyglądając wciąż to za drzwi, to przez okna.
— A dobrze mu tak! — zauważyła z oburzeniem ciotka Klotylda. — I nad nim przecież jest Pan Bóg, tam wysoko w niebie... Zobaczymy, jak będzie śpiewał, gdy go zawezwie...
— Pójdzie do piekła, to pewno! — zauważył mały Jacuś.
— Z pewnością! — dodała z świętem oburzeniem ciotka Klotylda — Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy: i kara Boża nie ominie go.
Ciotkę Klotyldę poważali wszyscy, i dlatego słuchali jej z uwagą. Ponieważ już stół był nakryty, cała więc gawiedź kuchenna miała dosyć czasu pogwarzyć sobie trochę i skorzystać z uwag ciotki Klotyldy.
— Tacy ludzie na tamtym świecie skazani są na ogień wieczny... wszak prawda? — zapytał Andrzej.
— Żeby to można ich tam zobaczyć, — zauważył Jacek.
— Dzieci! — odezwał się głos, który wszystkich przestraszył. Był to wuj Tomasz, który przed chwilą wszedł do kuchni i słyszał całą rozmowę. — Dzieci! mnie się zdaje, że wy nie wiecie sami, co mówicie. Wieczność, wielkie słowo. Strach o tem pomyśleć. Mąk wiecznych nie trzeba nikomu życzyć.
— To też my nikomu nie życzymy, oprócz tym, co dusze ludzkie sprzedają; — odrzekł Andrzej, — a cóż ich lepszego czeka, tych wcielonych djabłów?
— Łotry! — zawołała ciotka Klotylda. — Odrywają niemowlęta od piersi matek; gwałtem wydzierają nam dziatki, które drobnemi rączkami czepiają się sukien, płaczą i narzekają, — wloką je i sprzedają...
— Bezlitośni okrutnicy! rozłączają męża od żony; a choć widzą, że niweczą ich życie, są na to obojętni. Jedzą, piją i palą bez najmniejszego wyrzutu sumienia. — Ciotka Klotylda zakryła twarz rękoma i zalała się łzami. — Jeżeli djabli tych nie wezmą, to pocóż wogóle są?
— Modlić się winniśmy za naszych prześladowców — odezwał się wuj Tomasz.
— Modlić się za nich! — zawołała Klotylda. — O mój Boże! jakże to za nich się modlić? Nie, ja tego nie potrafię.
— Prawda — odrzekł Tomasz — ulegamy naturze naszej, silniejszej od nas; ale jeszcze silniejszą jest łaska Boża, która nas wspomaga. Zważcie tylko, w jak opłakanym stanie znajduje się dusza takiego nieszczęśliwego, który się takich dopuszcza występków. Kobieto, dziękuj Bogu, że nie jesteś im podobna. O, niech mię lepiej sprzedadzą po tysiąc kroć razy, niżbym miał grzechy jego przejąć na siebie.
— Niech nas Bóg od tego zachowa! — dodał Jacek. — Czyż nie prawda, Andrzeju?
Andrzej kiwnął głową na znak zgody.
— Bardzo się cieszę — odrzekł Tomasz — że nasz pan się namyślił i nie wyjechał dziś z rana; toby mię bardziej bolało, niż wiadomość, że mię sprzedał. Dla niego niema może znaczenia odjechać i nie pożegnać się ze mną; a mnie toby bardzo było przykro, znałem go jeszcze małem dzieckiem. Dzięki niech będą Bogu, widziałem już swojego pana i bez szemrania zgadzam się z losem. On musiał tak postąpić, bo inaczej trudno było poradzić; lękam się tylko, że beze mnie majątek poniesie jeszcze większe straty materjalne, że się zrujnuje. Gdzież mu tam samemu dojrzeć wszystkiego. A młodzi panicze, choć to i walni chłopcy, ale to roztrzepane, lekkomyślne. To mnie tylko smuci i niepokoi.
Właśnie w tej chwili dał się słyszeć dzwonek, Tomasza zawołano do pokoju.
— Tomaszu — rzekł doń pan łagodnym głosem — muszę ci powiedzieć, żem się zobowiązał zapłacić temu panu tysiąc dolarów kary, skoro nie stawiłbyś się tam, gdzie cię przeznaczy. Oddala się on za interesami; dzień dzisiejszy do ciebie należy — możesz sobie iść, gdzie ci się podoba.
— Dziękuję panu, — odrzekł Tomasz.
— Tylko nie zapomnij, — dorzucił handlarz, — że ja twemu panu nie daruję ani feniga, skoro cię nie znajdę na miejscu. Co do mnie, żadnemu z was nie ufam. Każdy murzyn podstępny jak wąż.
— Panie — odezwał się Tomasz głosem uroczystym. — Miałem wtenczas lat ośm, gdy stara pani przywołała mnie i pozwoliła mi wziąść was na ręce; pan liczyłeś zaledwie rok życia. Powiedziała mi: „to twój młody pan, pilnuj go i służ mu“. A teraz pozwól mi pan siebie zapytać, czy kiedy skłamałem? czy byłem nieposłuszny, mianowicie od czasu, jak zostałem chrześcijaninem?
Pan Szelby był wzruszony do łez.
— Mój zacny Tomaszu! Bóg widzi, że to święta prawda... Gdyby smutna konieczność mnie nie zmuszała, nigdybym cię za żadne skarby nie sprzedał.
— Bądź przekonany, Tomaszu, że cię wykupimy, — dodała pani Szelby. — To tak pewno, jak to, żem ja chrześcijanka... byleśmy tylko zebrali cokolwiek pieniędzy... Panie Haley, nie odmawiaj mi pan tego, chciej mnie zawiadomić, komu go sprzedasz.
— Z największą chęcią, za rok go przyprowadzę; skoro wam taki drogi, będziecie go mogli odkupić.
— Załatwimy interes tak, że pan na tem nie stracisz — dorzucił pan Szelby.
— Bardzo dobrze! — Mnie wszystko jedno, komu go sprzedam. Sprzedać, kupić, odprzedać... to moje rzemiosło, — byle tylko przy tej zamianie, pan to rozumie, była jakakolwiekbądź korzyść... Oto jedyny cel, do którego dążę.
Państwo Szelby zrozumieli, że poufały i chełpliwy ton mowy handlarza ujmował ich godności; ale widzieli konieczność przytłumienia na jakiś czas słusznego oburzenia, — tego wymagało ich położenie i okoliczności. W miarę jak się wykazywał we właściwem świetle nieludzki, bydlęcy charakter tego człowieka, pani Szelby coraz więcej drżała o los Elżbiety, i używała całej swojej zręczności, by go dłużej zatrzymać. Uśmiechała się doń, potakiwała mu, gawędziła, słowem robiła, co mogła, byle tylko jakoś czas zabić.
O godzinie drugiej Sam i Andrzej przyprowadzili konie, na pozór wypoczęte.
Sam był niesłychanie usłużny i nadskakujący; oczekując pana Haley, głosił chełpliwie przed Andrzejem, że przedsięwzięcie musi się udać.
— Wasz pan, jak sądzę, nie trzyma psów? — zapytał Haley, siadając na konia.
— U nas, panie, całe stado psów — odpowiedział Sam z wyrazem zadowolenia na twarzy. — Burek szczeka doskonale, a i każdy murzyn psa ma w domu.
— Przestań bredzić! Nie o takie psy pytam, ale o takie, których się używa do polowania na ludzi? Powiedz, kochanku, takich psów pewnie nie macie?
Sam od razu zrozumiał, o jakich psach mowa, ale udając, że nie rozumie, tak ciągnął dalej:
— Nasze psy mają węch doskonały. To pewnie tego samego gatunku, jak to pan mówił, ale nie mają tylko wprawy, nikt ich do tego nie używał. Walne psiska, niech się pan tylko przypatrzy. Burek, pójdź tu! — zawołał Sam, i ogromny pies neufundlandzki podbiegł i zaczął mu się łasić.
— Ruszaj do djabła ze swojem psiskiem! — burknął Haley, poprawiając się na siodle. — No, dalej! siadać i w drogę!
Sam dosiadł natychmiast wierzchowca, lecz zręcznym ruchem uderzył w bok Andrzeja, który wybuchł głośnym śmiechem. Haley nie posiadał się z gniewu.
— Wstydź się, Andrzej, tu niema się czego śmiać — odezwał się z komiczną powagą Sam — to sprawa bardzo ważna, a śmiechem panu Haley nic nie pomożesz.
— Pojadę wprost ku rzece, — rzekł Haley, gdy się zbliżyli do ostatnich krańców posiadłości pana Szelby; — w tę stronę prawdopodobnie uciekła.
— Prawda, prawda, — zauważył Sam, — zgadłeś pan, tu tędy musiała uciekać... Tylko tu mamy przed sobą dwie drogi; jedną starą, zawaloną, drugą równą jak po stole, którą pan wybierze?
Andrzej spoglądał z uśmiechem na Sama, dziwiąc się, skąd mu przyszedł do głowy taki nowy pomysł; ale choć nie pojmował zamiarów, przytakiwał mu.
— Według mego zdania, — rzekł Sam — Eliza poszła starą drogą, którą mało kto chodzi.
Pan Haley, chociaż szczwany lis i z natury podejrzliwy, nie mógł zaprzeczyć słuszności tej uwagi.
— Szkoda tylko, żeście obaj bezczelni łgarze! — rzekł, wstrzymując konia.
Zakłopotanie pana Haley cieszyło widocznie bardzo Andrzeja; rozparł się na siodle z wyrazem zadowolenia w twarzy, a zakrywszy twarz liśćmi palmowemi, które mu służyły za czapkę, śmiał się serdecznie. Samuel był chmurny i zachowywał powagę.
— Cóż u licha, mnie co do tego! — zawołał Sam, — niech pan postąpi, jak uważa za słuszne, jedź pan szeroką drogą, nam wszystko jedno, i mnie się samemu zdaje, że nowa droga zawsze lepsza, lepiej się jedzie.
— Bez wątpienia wybrała starą drogę, kędy nikt nie chodzi — krzyknął Haley, nie zwracając uwagi na słowa Sama.
— Któż to wie? — odrzekł Sam. — Kobiety przecież, to nie ludzie; one zawsze muszą coś nie tak jak wszyscy inni zrobić. Już to leży w ich naturze; — choć źle, byle na przekór. Skoro się panu zdaje, że musiała wybrać tę drogę, jedź pan po drugiej, a pewno ją spotkasz... Zdaje mi się, że powinna była pójść starą drogą, i dlatego trzeba pędzić za nią nowym gościńcem.
Głęboki ten pogląd na naturę kobiecą nie bardzo przekonał pana Haley, i dlatego wybrał starą drogę; a równocześnie zapytał, czy jeszcze do niej daleko?
— Trochę dalej — odrzekł Sam, mrugając jednem okiem znacząco na Andrzeja — ale radzę jechać tędy, mam w tem doświadczenie. A wreszcie nigdy nie jeździłem drogą starą, już może zarosła krzewami, i jeszcze, czego nie dopuść Boże, można zbłądzić i nie wiedzieć gdzie zajechać.
— Mniejsza o to, w każdym razie pojedziemy starą drogą!
— Słyszałem, że ją zagrodzili, w kilku miejscach są płoty i parkany przyległych farm; nie prawdaż Andrzeju?
Andrzej nie znał drogi, tylko z opowiadania, nigdy tam nie był, więc nic nie odpowiedział.
Haley, przyzwyczajony do odszukiwania wątku prawdy w najfałszywszych opowiadaniach, przychylał się na stronę starej drogi. Jemu się zdawało, że Sam wspomniał o niej z początku niechcący, a później niezgrabnie starał się go odwieść od powziętego zamiaru. Od samego bowiem początku podejrzywał, iż nie ma szczerych zwolenników swej sprawy i dlatego towarzyszom swoim nie ufał; zwrócił więc konia na starą drogę, Sam i Andrzej jechali w ślad za nim.
Rzeczywiście droga była od wielu lat opuszczona, to jest od czasu, jak poprowadzono nowy gościniec do rzeki... Jechali mniej więcej godzinę bez jakiejkolwiek przeszkody, dopiero teraz napotkali na pola i płoty, zagradzające dalszą drogę. Sam wiedział o tem dobrze, ale Andrzej nigdy o drodze tej nawet nie słyszał, i dlatego jechał z zupełnem się poddaniem. Od czasu do czasu wzdychał i stękał, że jego Jerry pokaleczy sobie nogi.
— Znam was, ptaszki! — odezwał się Haley, — ale mimo waszych szeptów nie dam się odwieść od tej drogi, — milczcie więc!
— Jak się panu zda! — odpowiedział Sam, mrugając znacząco na Andrzeja, który o mało znowu na głos się nie rozśmiał.
Sam był w doskonałym humorze. Udawał, jakoby śledził dokoła okolicę, to że na wierzchołku dalekiego wzgórza spostrzegł postać niewieścią, to znowu kazał patrzeć Andrzejowi w dolinę, że widzi migocący kapelusz kobiety; to znowu, gdy przejeżdżali koło gęstwin leśnych, zwracał uwagę, że Elżbieta mogła tutaj się ukryć.
Uwagi te wypowiadał zwykle w miejscach, gdzie były największe chęchy i grudy. I tak utrzymywał pana Haley’a w ciągłem rozdraźnieniu.
Po godzinie jazdy, kompanja nasza dojechała do niewielkiej polany, na której wznosiły się budowle farmy, pustej w obecnej chwili, bo wszystko, co żyło, pracowało w polu.
Jechać dalej było niepodobna.
— A co, panie, czy nie miałem słuszności? — zapytał Sam tonem obrażonej niewinności. — Pan tu przyjezdny i chce lepiej znać drogi od nas, którzyśmy się tu rodzili i tu wyrośli.
— Łotrze! — krzyknął Haley, — tyś wiedział na pewno!
— Przecież panu mówiłem, a pan nie chciałeś wierzyć, że droga zagrodzona i że niepodobna będzie przejechać... Andrzej świadkiem.
Samuel mówił prawdę, trudno mu było zaprzeczyć. Nieszczęśliwy handlarz, pomimo całej wściekłości, musiał ją zgłuszyć w sobie, a zawróciwszy konia, powrócić na gościniec.
Elżbieta miała już czas ułożyć do snu swego małego Henrysia, gdy trzej jej prześladowcy podjeżdżali ku wiosce. Samuel jechał przodem, jego bystre oko dojrzało Elżbietę stojącą przy oknie i patrzącą zupełnie w inną stronę, Haley i Andrzej pozostali trochę w tyle. W tak krytycznej chwili, Sam zrzucił z głowy kapelusz, i udając, że wiatr mu go zerwał, krzyknął przeraźliwie i zwrócił tym sposobem uwagę Elżbiety na siebie.
Elżbieta, spostrzegłszy jeźdźców, cofnęła się przerażona.
Jeźdźcy przejechali tuż pod oknem i zatrzymali się u drzwi tawerny. Elżbieta ujrzała Haleya. Wiszące nad nią niebezpieczeństwo dodało jej nowych sił, pochwyciła dziecię i przez boczne drzwiczki zbiegła ze schodów, wiodących ku rzece. Haley, spostrzegłszy uciekającą, zeskoczył z konia, zawołał na towarzyszy i popędził w ślad za nią, jak pies gończy. W okropnej tej chwili zdawało jej się, że dostała skrzydeł, już dobiegła do brzegu. Prześladowcy jej byli tuż, tuż za nią. Ożywiona duchem, jakiego Bóg udziela będącym blisko rozpaczy, z przeraźliwym krzykiem skoczyła z wysokiego brzegu na jednę z kier. Sam i Andrzej widząc to, mimowoli stanęli przerażeni i wznieśli ręce w górę.
Kra zachwiała się i pękła pod jej ciężarem; lecz Elżbieta nie zatrzymała się ani chwili, lecz z rozpaczliwym krzykiem i dobywając wszystkich sił, przeskakiwała z jednej kry na drugą — niebezpieczeństwo dodawało jej siły. Okropnym był widok tej nieszczęśliwej kobiety, idącej w zapasy z rozhukaną naturą; obuwie jej zdarło się, każdy krok krwią swą znaczyła, a jednak przezwyciężyła wszystkie trudności.

Przycisnęła dziecię do piersi i przyspieszyła kroku...

Nie czuła bólu, ani zmęczenia, lecz biegła dalej, aż ujrzała jakby półsenna przeciwległy brzeg rzeki Ohio i jakiegoś człowieka, który podał jej rękę i pomógł wdrapać się na również stromy brzeg, jak ten, z którego zeskoczyła.
— Dzielna z ciebie dziewczyna, niema co mówić! — odezwał się nieznajomy. Elżbieta poznała po głosie znajomego sobie dzierżawcę farmy, który kiedyś mieszkał niedaleko od domu jej państwa.
— Panie Symmes! ratuj mnie pan, na miłość Boską, ukryj mnie! — błagała Elżbieta.
— Cóż się stało, na Boga? — zapytał pan Symmes, — ty byłaś u państwa Szelby...
— Moje dziecię... jedyne dziecię... sprzedał! Tam na brzegu stoi jego właściciel!... Ratuj mię pan! — wołała, wskazując z przerażeniem na drugi brzeg rzeki. — O panie Symmes! pan także masz syna?...
— Mam, mam! — rzekł Symmes, pomagając jej podejść po urwistym brzegu w górę. — No, niema co mówić, odważna z ciebie dziewczyna; lubię takich ludzi... dzielna dziewczyna.
Gdy się wdrapali na górę, pan Symmes zatrzymał się.
— Serdeczniebym pragnął ci pomóc, ale nie miałbym gdzie cię ukryć, mogę tylko służyć radą. Ruszaj tam! — mówiąc to, wskazał duży, biały dom, stojący przy głównej ulicy wioski, trochę opodal od innych zabudowań. — Idź, znajdziesz tam poczciwych ludzi, co zawsze gotowi pomóc bliźniemu.
— Niech wam Bóg nagrodzi! — z wdzięcznością odrzekła Elżbieta.
— Niema za co! — odpowiedział Symmes.
— Ale pan nikomu nic nie powiesz, wszakże prawda?...
— A do licha! za kogo to mnie masz? Cóż to, czy ja szpieg?... Tyś dzielna kobieta, zdobyłaś sobie prawo do wolności, i Bóg pozwoli ci ją znaleźć.
Elżbieta przycisnęła dziecię do piersi i poszła dalej prędkim, pewnym krokiem. Pan Symmes nie ruszając się z miejsca, patrzał w ślad za nią.
— Szelby może mi zarzucić, że tak dobrzy sąsiedzi nie postępują... Ale jakże tu inaczej uczynić? Toć i Szelby, gdyby spotkał moją niewolnicę w takich okolicznościach, nieinaczejby sobie postąpił... Nie mogę przecież patrzeć z zimną krwią na polowanie na ludzi... a oprócz tego, cóż ja mam za obowiązek łapać cudzych niewolników?
Haley przypatrywał się skonfudowany całej tej scenie, aż Elżbieta nie skryła się za wzgórkiem; wtedy odwrócił się i spojrzał badawczo na Sama i Andrzeja.
— To mi sztuka nie lada! — rzekł Sam.
— Chyba djabła ma ta dziewka w sobie! — odrzekł Haley. — Skakała po krach, jak dziki kot.
— Chyba nie będziesz pan żądał, żebyśmy gonili za nią; na to się nikt nie odważy — odezwał się Sam, tłumiąc w sobie śmiech.
— Ty się śmiejesz? — mruknął handlarz, patrząc groźnie Samuelowi w oczy.

— A niech Pan Bóg broni! — odrzekł Sam, który, nie mogąc dłużej wstrzymać śmiechu, wybuchnął na całe gardło. — Śmiesznie to tylko wyglądało, jak po lodzie skakała, a lód pod nią krach... krach... krach... A też to, jak mi Bóg miły — tęgo sadziła...
Sam i Andrzej śmiali się, aż im łzy potoczyły się po czarnych, błyszczących policzkach.
— Poczekajcie, zaraz wy mi inaczej zaśpiewacie! — zawołał Haley, zamierzając się batogiem; lecz murzyni się uchylili, cios chybił, i zanim Haley, goniąc za nimi, wdrapał się na górę, już dosiedli koni.
— Dobrej nocy, panie Haley! — rzekł Sam z powagą. — Nasza pani pewno niespokojna o Jerry. Wszakże my już panu niepotrzebni? A pani pewnie także nie życzyłaby sobie, żeby jej konie nocowały na lodzie... Dobrej nocy panu! — I szturchnąwszy Andrzeja kułakiem, puścił konia cwałem. Długo jeszcze można było słyszeć wesoły śmiech oddalających się murzynów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Harriet Beecher Stowe i tłumacza: anonimowy.