Charitas/Część pierwsza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Żeromski
Tytuł Charitas
Pochodzenie Pisma Stefana Żeromskiego
cykl Walka z szatanem
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Mortkowicza
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Ulica, wzdłuż której kolejka elektryczna dąży z Florencji ku Fiesole, przy stacji San Gervasio rozwidla się we dwa szlaki. Pierwszy z nich pnie się pod górę aż do jej szczytu, — drugi biegnie u samego podnóża garbów, podpierających łańcuch przełęczy subapeninu, zmierzając w kierunku starych will Montalto i Salviatino. Aleja dębów i platanów osłania tę szeroką, obmurowaną, podmiejską drogę. Tu i owdzie odcina się od białości jej wyschniętego pyłu nowe villino, połyskując stopniami i prostokątem odrzwi z marmuru, niezmatowaną jeszcze politurą bramy i jaskrawą zielonością zewnętrznych okienic, zamkniętych stale dla obrony przed upałem. Dalej od viale, właśnie na garbach podgórza wznoszących się ku Fiesole, kłębią się obfite kępy i zwoje rozrosłych drzew wewnątrz murów ogrodowych, któremi zdawna otoczyły się stare pałace. Pomiędzy owemi wysokiemi ogrodzeniami przeciskają się tam i sam ustronne drogi, prowadzące do bramy, osłoniętej girlandami róż, glicynij i kwitnącego przypołudnika. Obok jednej z takich bram, której ozdobne, w żelazie kute kraty odległe przypominały czasy, przybito w ostatnich latach (poprzedzających wybuch wielkiej wojny), nową, skromną, lecz wytworną w swej skromności tabliczkę z marmuru o wyzłoconym napisie: „Villa de Granno“. Willa, o której mowa, inne przedtem nosiła nazwisko. Przezwał ją po swojemu nowonabywca, pan Witold de Granno Granowski.
Ryszard Nienaski, zamordowany przez spiskowców „Mścicieli“ i żona jego Xenia, z domu Granowska, zmarła na tyfus wkrótce po śmierci męża, nie pozostawili potomstwa. Ani jedno, ani drugie z tego stadła nie posiadało bliższej rodziny. Ryszard Nienaski był jedynakiem, a Xenia, jego żona, jedynaczką. Wielomilionowy majątek, który, wskutek zapisu przemysłowca Ogrodyńca, przypadł był Ryszardowi Nienaskiemu, — stał się dziedzictwem jego wdowy. Gdy ta zmarła, — przeszedł na wyłączną własność jedynego jej krewnego, ojca, Witolda de Granno Granowskiego. Dziedziczenie to prawnie zatwierdzone zostało przez ustawodawstwo austryackie. Pan Granowski, otrzymawszy tak wielki spadek, pospieszył się ze zgrupowaniem go w kapitały łatwo rozporządzalne. W tym celu sprzedał niezwłocznie tereny węglowe między Krakowem i Oświęcimem oraz wszystkie nowo otwarte i w ruch puszczone kopalnie, z wyjątkiem jednej, największej, noszącej nazwę „Xenia“. Tę w ręku swych zatrzymał przez pietyzm dla pamięci córki. Ponieważ niepodobna było wówczas żadną miarą oddać tych przedsiębiorstw nabywcom Polakom, gdyż ani jedna para rąk polskich po nie się nie wyciągała, pan Granowski odstąpił na świetnych warunkach owe skarby przyrodzone tym, którzy je nabyć gorąco pragnęli, to znaczy centrali kapitalistów z Berlina. Już po tak krótkiem posiadaniu bogactw węglowych podkrakowskich udało się osiągnąć zysk ogromny, w stosunku do kapitałów, wyłożonych przez Ryszarda Nienaskiego na kupno ziemi i eksploatacyę jej wnętrza. Pan Granowski miał w ręku około ośmiu milionów. Nie znajdując dla tych sum odpowiedniej w kraju lokaty, — przynaglony przez pewne względy, a nie chcąc wracać do Francyi dla innych znowu powodów, — spadkobierca przesunął stopniowo i częściami niemal cały kapitał do banków włoskich i, odkładając zyskowne zużytkowanie go do stosowniejszej chwili, tam wszystek na razie, bez względu na nicość stopy procentowej, w kilku najsolidniejszych instytucyach umieścił. Wkrótce też sam opuścił kraj i zamieszkał we Florencyi.
Początkowo koczował w wielkich hotelach na Lungarno. Żył w osamotnieniu pośród zmieniającej się, wielojęzycznej rzeszy bogaczów. Lecz przy wspólnym stole trudno było nie zawiązać znajomości, choćby przygodnych. Jedną z pierwszych tego rodzaju był stosunek z rodziną Oscalai. Signor Fulco Oscalai był zastępcą dyrektora, a w istocie rzeczy pierwszym kierownikiem florenckiego oddziału jednego z najgłówniejszych banków włoskich. Ożeniony z Angielką, córką bankiera Horacego Crumba, miał z nią czworo dzieci: — dwunastoletnią córkę Celide, dziesięcioletnią — Beatrice, ośmioletniego syna, imieniem Aubrey i czteroletnią — Maryę. Rodzina ta zasiadała do stołu w Grand Hotelu, ilekroć zjawiał się we Florencyi patryarcha rodu, ów bankier Horacy Crumb, rezydujący przeważnie w Medyolanie, lecz zajęty interesami w najrozmaitszych miastach Anglii, Włoch i Francyi. Ponieważ pan Granowski część swych pieniędzy miał na składzie również w owym banku włoskim, którego kierownikiem był Oscalai, więc o znajomość z jego rodziną nie było trudno. Dzieci państwa Oscalai — był to istny bukiet kwiatów. Połączenie krwi włoskiej z angielską wydało szczególne typy fizyczne i nadzwyczaj interesujące charaktery. Pan Granowski z żywem zaciekawieniem obserwował we dwu starszych jasnowłosych panienkach jak gdyby walkę rasy anglo-saskiej o przewagę nad ognistością południa. W chłopcu, mimo jego angielskiego imienia, pod ciemną skórą palił się temperament Włocha. Najmłodsza, — Marya, — była najczystszym okazem angielskiego baby. Rodzina ta mieszkała nieco za miastem, pod Fiesole, właśnie w willi, należącej do Horacego Crumba, teścia Fulcona Oscalai. Pan Granowski, zaproszony pewnego dnia przez dzieci, odwiedził nowopoznaną rodzinę w owem zamiejskiem zaciszu. Miejsce to bardzo mu do smaku przypadło. A że stary bankier kupił był ową willę tylko z musu od jednego z niewypłacalnych klientów i miał ją na dogodnych warunkach do sprzedania, więc pan Granowski skwapliwie nabył dom z ogrodem. Ponieważ willa była dwupiętrowa i dość obszerna, zgodził się na to, iż rodzina Oscalai pozostała nadal na parterze, gdzie się mieściła poprzednio, sam zaś zajął pierwsze piętro, pozostawiając sobie drugie, mansardowe, pustkami stojące, do dyspozycyi. Był to dom stary, ani zbyt wspaniały, ani pospolity, lecz dostatnio niegdyś wyposażony, choć nie zawierał nic szczególnie godnego uwagi. Wysokie mury ze wszech stron otaczały piękny ogród. Mały strumyczek, zdążający z pod szczytu górskiego łańcucha ku Mugione, przemykał się popod murem i wybiegał zeń w drugim końcu w parów, który się tuż za ogrodzeniem otwierał. Ujęto ów potoczek w basen, wyciosany z marmuru, który czas poszczerbił i ponadgryzał. Dookoła zbiornika wody rozrosła się najstarsza i najbujniejsza roślinność. Wznosiły się tam, tworząc zwartą kępę, ogromne igławy, zwane araukaryami. Ich poziome, ociężałe gałęzie zwisały ku ziemi, a szczytowe zdawały się omdlewać i upadać ze znużenia, tworząc rozwidlone czuby, pełne szczególnej piękności. W jednym kącie ogrodu, od strony parowu, stały szeregiem latyńskie aesculus’y, dęby wiecznie zielone. Długa ulica, starannie wygrodzona bukszpanem, prowadziła ku górze do trzech cyprysów wielkiej grubości, które chwiały się wyniośle w wiecznem prawdziwie odosobnieniu, na pustej łączce ogrodu. Bliżej domu stały istne gaje kamelij białych i czerwonych, — gąszcze różane — i ciemniki, osłonięte zwojami glicynij. Na przypiaskowym wzgórku przyciągała do siebie każde spojrzenie rozrośnięta kępa czarnych bambusów. Ich nagie, dęte, lśniące źdźbła hebanowe, poprzedzielane w kolanach przegrodami, odbijając dziwacznie od zwisłych, jasnozielonych liści, budziły myśl o niewiadomych lądach za oceanami, o ludach nieznanych i mowach niepojętych. Ruch ich kępiastych łodyg, suchy szelest kresowanych ostrokończystych liści w zaświaty wyobraźnię pociągał.
Wnętrze willi uderzało przepychem tych tylko szczegółów urządzenia, które nie mogły być poruszone z miejsca i usunięte na zewnątrz. Były tam więc piękne, szerokie, marmurowe schody, pełne wdzięku kominki z zielonego, florenckiego, — odrzwia w jednych pokojach z ciemnego, w innych z sienneńskiego marmuru, — belkowania artystycznie kolorowane, — we dwu salonach dawne, jedwabne obicia na ramach. Meble i przedmioty zbytkowniejsze zostały przetrzebione w czasie zmian właścicieli domu. Znać było, że tę siedzibę przetrząsały od góry do dołu ręce dorobkiewiczowskie, a handlarskie zdarły ze ścian, gzemsów, a nawet podłóg, co się tylko dało na targu spieniężyć.
Z okien pierwszego piętra roztaczał się czarujący widok na miasto, leżące w dole. Widać je było całe, jak na dłoni, — od kościółka San Gervasio, niemal już wiejskiego, który wobec tylu murowanych przepychów w prostocie swej dochodził do prostactwa, — od wielkiego pola ćwiczeń wojskowych aż do pozamiejskich i zarzecznych wzgórz z mgłami drzew, osłaniających Monte Olivetto, Viale dei Colli, San Miniato i Torre del Galio. Tonęło w istnym koszu ogrodów, od spacerów w Cascine, aż do gajów oliwnych i kasztanowych na drodze do Settignano. Poza miastem, na złotem tle zachodniego nieba rysowały się wiecznie błękitne garby i łańcuchy gór lukkańskich, po których, niby szeregi czarnych mnichów zdają się wędrować procesye cyprysów.
Pan Granowski lubił, zasiadłszy przy otwartem oknie swego gabinetu, wpatrywać się w miasto, jak w rozłożoną księgę, — w tę ściśniętą na małej przestrzeni siedzibę człowieczą, która była w przeszłości zwierciadłem niemal wszystkiego, co życie zbiorowe wydać może. Przepadał był za Florencyą, zawsze i najchętniej wyrywał się do niej z wirów i przewrotów swego życia, żeby odpoczywać, choć przez dni parę niby na łożu kwiatowem. Teraz, gdy wiry życia, jak bestya pokonana i wierna z musu, ułożyły się u jego stóp, nasycał się ulubionem miastem dowoli. Oczy jego z przyjemnością i niemal z patryotycznem uwielbieniem spoczywały na rozmaitości zewnętrznej formy budynków, tworzących całość tyle harmonijną. Błądziły po masach marmuru Duomo, po kopułach Bruneleschi’ego, wieżach Giotta i Amolfa da Cambio, po szlaku złotego Arno i miękkich szlakach ogrodów Boboli. Z odległości dochodził do jego uszu tłumiony a ciągły szum, melodya gwałtu życia, którego zawsze tak namiętnie pożądał. Suchy różowawy pył zdawał się przesycać błękitne powietrze nad kopułami i powietrznemi wieżami.
W ciągu dni wolnych od upału pan Granowski puszczał się na odległe, samotne przechadzki w górę, powyżej od swej posiadłości, drogami zrazu obmurowanemi, jak forteczne bastyony, powstałemi prawdopodobnie wówczas jeszcze, kiedy to miasto było siedliskiem bankierów, optymatów i arystokracyi, wytwarzającej przemysły, sławne na świat cały, — kiedy niezmierne dochody czerpało z produkcyi lamy złotej i srebrnej, adamaszku, rzeźb z drzewa i intarsyi, arabesek w marmurze lub piaskowcu, figur portretowych z wosku, — kiedy prym trzymało w złotnictwie i jubilerstwie, — a wszystkie zyski wkładało w nieskończone zdobienie Firenze la Bella. Docierał do cyklopicznych podmurowań fiesolańskich i przypatrywał się tym zabytkom pracy Etrusków z odrobiną dekawości. Dumał od niechcenia o tem, co wyczytał o swej okolicy, iż wałęsa się oto po miejscach, które były warownem obozowiskiem zbuntowanego Catiliny. Myślał przelotnie o owym herszcie wszelakich Zborowskich świata, Sergiuszu Catilinie. Kiedyindziej usiłował wytropić pole bitwy zwycięskiej Stylichona z Gallami, jakiegoś Stylichona z jakiemiś Gallami... Przypatrywał się z ciekawością nowszym murom na Fiesole, ostatniemu siedlisku Cadolingów, hrabiów Settimo. Uprzytomniał sobie ów ród rycerzy, którzy rozbijali na wielkiej drodze lukkańskiej, wypadając ze swego zamczyska na szczycie gór, z Monte Orlandi, a gdy go stamtąd w całym zespole wytępiła florencka i pizańska demokracya, w Fiesole szukał schronienia i miejsca rycerskiego po łup wypadu. Ze współczuciem myślał o tem, jak, wzięci głodem, musieli ci niełacni panowie zstępować na dół, florencką drogą, z powrozami na szyjach, między zgrają łyków tryumfujących i upojonych rozkoszą. Znał przecie to wszystko. Wszystkie te dzieje miał w sobie, w innej, oczywista, przeżyte formie, istniejące w myśli i wspomnieniu, a przecie już tak doskonale zapomniane, jak tamte bajdy o przeszłości. Śniło mu się, że na miejscu, które przemierza krokiem zleniwiałym, stał może namiot Henryka IV, gdy oblegał papieską Florencyę, albo namiot Castruccia Castracani... Nasuwały się przed oczy figury Medyceuszów, którzy z za lady bankierskiej wysforowali się misternemi ścieżkami przebiegłości na tron Toskanii. Rozkoszną wzgardę, najmilszą z form ironii, budziło w nim wspomnienie fresku Benozza Gozzoli’ego na ścianie kaplicy Akademii „della Crusca“, gdzie w długim korowodzie ukazywali się ciż łyczkowie florenccy ukoronowani, z wyanielonemi obliczami przez rękę ucznia Fra Angelica z Fiesole. Pan Granowski widział swe życie, swe dawne czyny i obecne postanowienia dziwnie splątane z Florencyą i jej przeszłością. Catilina, hrabiowie Settimo, Medyceusze... Znajdował potwierdzenie siebie w zbiorowem życiu Florencyi, uplastycznionem przez sztukę nieśmiertelną, w życiu tej szlachty ludzkości, która z piekieł istnienia wyrywała purpurę i gronostaje przepychu swego dostojeństwa.


Sąsiadowanie z rodziną Oscalai nie nastręczało przykrości, a zaopatrzyło dom i ogród w odgłosy życia. Zabawy, śpiewy i wesoły gwar dzieci, — ich sprzeczki, uniesienia i wszelkie sprawy były dla pana Granowskiego przyjemną rozrywką. Lubił w majowy zmrok, po dniu upalnym, zanim nieznośne zanzary swój cichy brzęk wydawać poczęły, zasiąść w głębi pokoju, opodal od okna, wpatrywać się w melodyjne krążenie lucciolów i słuchać, jak między staremi drzewami rozlega się nieprzerwany gwar, coś jakby gędziolenie synogarlic i krzykliwy gwar papug. Usta dziewczynek domowych i ich koleżanek powtarzały wciąż imię głównego sprawcy wszelakich figlów, imię „Aubrey“, modelowane na tony najrozmaitsze. Słychać było naprzemiany język angielski i włoski, najczęściej zaś mieszaninę wyrazów obudwu. Słuchacz wchłaniał w siebie te dźwięki, jak gdyby rozgwar ptaków w lesie dziewiczym, w kraju dalekim, w ziemi niewiadomej. Starsze dzieci państwa Oscalai chodziły do szkół. Najmłodsza Marya zostawała pod opieką bony. Nigdy tedy za dnia nie było nadmiaru objawów młodocianego zgiełku. Państwo Oscalai prowadzili życie skromne i ciche. Bardzo rzadko przyjmowali gości, a pobyt ich w tym domu był jakby niepostrzeżony. Czasami pan Granowski pukał do drzwi gabinetu pana Oscalai, ażeby wspólnie wypalić poobiednie cygaro, — albo zapraszał do siebie sąsiada z dołu na filiżankę czarnej kawy. W czasie jednej z takich wizyt rozmowa zeszła na temat operacyj pieniężnych. Od niechcenia pan Granowski zapytał, czy też nie nastręcza się jakaś godna lokata pieniędzy. Oscalai wymienił kilka perspektyw, — jak budowa domów robotniczych w Medyolanie, — burzenie całych dzielnic w Genui, a wskrzeszanie na ich miejscu nowych ulic i ogromnych gmachów, — udział w fabrykach amunicyi, — wreszcie napomknął o pewnem przedsięwzięciu dobroczynnem i narysował szkicowy plan nadzwyczajnego interesu. Pan Granowski słuchał z żywem zaciekawieniem. Instytucya była stowarzyszeniem prywatnem, zorganizowanem w celu niesienia pomocy i ulgi cierpiącej ludzkości w czasie pokoju, a nadewszystko czasu wojny. Dla uzyskania niezbędnych funduszów towarzystwo inicyatorów zwróciło się do wielkich banków i około dziesięciu firm najsolidniejszych przystało na udzielenie owemu towarzystwu pożyczki w sumie jakichś dwudziestu milionów lirów. Dla pokrycia tego długu zespół bankierów otrzymał prawo, (wyjednane przez towarzystwo dobroczyńców), wypuszczenia na świat dwu milionów biletów loteryjnych w cenie trzydziestu lirów za los, wygrywających w głównej wygranej pięćkroć sto tysięcy, — a w drugorzędnych — pięćdziesiąt, dwadzieścia pięć, — wreszcie po dziesięć tysięcy lirów. W razie sprzedaży dwu milionów losów, bankierzy osiągali sześćdziesiąt milionów lirów, czysty zaś zysk, po odtrąceniu wszystkich wydatków, jakie miała pochłonąć loterya, powinien był dać co najmniej dwadzieścia milionów, czyli sto procent. Ten interes dobroczynny, przedsięwzięty w celu niesienia pomocy i ulgi cierpiącej ludzkości, był jasny, jak słońce. Teść pana Oscalai, bankier Horacy Crumb, był jednym z najsolidniejszych promotorów przedsięwzięcia i włożył w tę sprawę niemal cały swój majątek, co jego zięć udowodnił panu Granowskiemu oczywistemi dokumentami. Kapitalista polski wziął pod rozwagę tę aferę i coraz częściej toczył o niej rozmowy z kierownikiem banku. Niepostrzeżenie ulegać począł radom i wskazówkom doświadczonego finansisty. Oscalai był ociężały w ruchach, spokojny i chłodny. Jego grzeczność i subtelna wytworność była jak gdyby przymusem leniwca, któremu z konieczności ulegał. Nie narzucał się magnatowi z północy, ani go do udziału w przedsięwzięciach zachęcał. Z odcieniem raczej niechęci i znużenia, niż jakiegokolwiek innego afektu, wdawał się w dyskusye o zyskownych lokatach pieniędzy. Stało się jednak, że pan Granowski tak postępował w tych sprawach, jak Oscalai zalecił. Po pewnym czasie bardzo grube sumy ze spadku po Ryszardzie Nienaskim umieszczone zostały w szeregu pozycyj instytutu dobroczynnego.
Po objęciu w posiadanie willi de Granno, właściciel jej poprzestawał na usłudze jednego lokaja. Był to człowiek starszy, rutynowany w swym zawodzie, wytrawny i spokojny, imieniem Catone. Imię tak szczodrze osnute wierszami Martialisa, Manitiusa, Owidyusza, Lukana i Wergilego, było cokolwiek za obszerne dla zasobu cnót, które się ujawniły w uczynkach głównej podpory willi de Granno podczas paru miesięcy współżycia zimowego z jej posiadaczem. Catone był służącym rozważnym i oszczędzającym swe siły. Obowiązki zawodu wykonywał z niezachwianą powagą i niewzruszonym majestatem. Nic go nie mogło odwieść od wykonywania funkcyj tak, jak to stało zapisane w jakowymś kanonie, którego nawet pan Granowski nie znał w zupełności. Nieporuszony, jak posąg, Catone stał przy drzwiach w czasie śniadania pana, z olimpijską obserwując powagą, jak ten popija kawę, chrupie bułki i zajada smaczny florencki pane bianco. Włoskie, mądre, głębokie oczy lokaja nie odbiegały ani na sekundę od oblicza i osoby pana w czasie obiadu, spożywanego w klubie, lub gabinecie restauracji, a uśmiech posłuszeństwa i łaskawości był echem każdego ruchu i gestu „padrona“. Surowa powaga, wyraz skupienia i pojmowania głębokości dostojeństwa dokonywujących się wydarzeń malowały się na twarzy Catona w czasie rannego wdziewania ubrań i wieczornego ich zdejmowania. Z nadejściem wiosny Catone miał zająć się również nadzorowaniem ogrodniczka, do którego obowiązków należało utrzymanie ogrodu w czystości i porządku. Stołowanie się na mieście, to tu, to owdzie w klubie arystokratycznym, lub najdroższych restauracjach hotelowych, nie było dogodne. Catone czynił miny i usiłował wywrzeć wrażenie, iż nie może podołać ogromowi pracy przy sprzątaniu całego piętra, oraz przy zastawie śniadania, które przyrządzała żona szofera. Skoro nadeszła konieczność zajęcia się ogrodem, zwrócił swemu panu uwagę, czyby nie należało przyjąć pokojowej, zwłaszcza wobec faktu, że na drugiem piętrze stało pustką ze siedm pokojów, były nieczynne dwie kuchnie, pełne naczynia, śpiżarnie, składy i wiele innych „ubikacyj“. Pan Granowski niechętnie myślał o powiększeniu sztabu służby i o wydatkach, które to za sobą pociągnie. Obawiał się hałasu na górze, nadmiaru ludzi w domu, nieuniknionego podkradania rzeczy, tudzież pieniędzy, — wiedział jednak, że Catone tego wymaga, a Catone ze swemi wielkoświatowemi manierami i zasobem wiadomości potrosze rządził już poglądami pana Granowskiego. W sprawie urządzenia stopy życia na wzór wielkoświatowy, we florenckiem znaczeniu tej wielkoświatowości, patron musiał wbrew woli polegać na opiniach służącego. Nie chcąc jednak zdać się w kwestyi wyboru pokojowej bezwzględnie na łaskę Catona, z obawy, iż ten wprowadzi do domu swą kochankę lub wspólniczkę w jakim zamachu, pan Granowski zwrócił się z prośbą o radę i wskazówkę do pani Oscalai. Praktyczna Angielka znała życie włoskie lepiej może, niż rodowita florentynka. Z jej to porady i rekomendacyi stawiła się przed obliczem pana Granowskiego młoda dziewczyna, nazwiskiem Isolina Donati, jako aspirantka do objęcia posady cameriery w willi de Granno. Pani Oscalai poznała ową Isolinę, jako niańkę w jednym z domów angielskich, gdzie oddawano tej małej pochwały za pracowitość i pieczołowitość względem dziecka. Później pani Oscalai poznała całą rodzinę Donati i przychodziła jej poniekąd z pomocą, rekomendując Isolinę, jako camerierę do znajomych domów angielskich, czasowo goszczących we Florencji, a dla brata jej wynajdując posady. Rodzina Isoliny składała się z ojca Umberto, roznosiciela gazet, — matki sprzedającej czasopisma i wydawnictwa zeszytowe w maleńkim sklepiku na jednej z najruchliwszych uliczek starej Florencyi, — z wyrostka imieniem Cesare, urwisa z pod ciemnej gwiazdy, — i dwu niedorosłych dziewczyn — Inez i Yole. Isolina była właściwie główną podporą tej rodziny, aczkolwiek powinien był spełniać tę rolę nicpoń Cesare, starszy od niej o lat kilka. Isolina miała najwyżej lat szesnaście i mogła służyć za typ, czy wzór pięknej włoskiej dziewczyny z ludu. Włosy jej były krucze, wpadające w odcień niebieski, i wiły się w puklach i skrętach, jak u Mulatki, czy Arabki. Czarne oczy, osłonione długiemi rzęsami, wielkie, zmysłowe, marzące od dzieciństwa miały połysk jak gdyby żywego srebra, przelewający się w ich głębokiej, iście nocnej ciemności. Zarys nosa, jak gdyby rzeźbionego w niezniszczalnym onyksie, zakrój karminowych ust, ucho i szyja, kształt drobnej postaci i powabne ruchy — wszystko było w niej niby wykwitem przedwiecznej, etruskiej, czy rzymskiej, rasy plemienia. Szczególnie uderzający był jej uśmiech dziecięcy i radosny, a zarazem po ludowemu wzgardliwy i niedowierzający, obecny w twarzy nawet wówczas, gdy wielkie oczy patrzyły z trwogą w oblicze pana de Granno, — czy ją też aby przyjmie do służby. Pana Granowskiego niepokoiła piękność tego dziecka. Przewidywał tajemne skradanie się w ogrodzie i po schodach jakichś amantów. Nadto czuł i w sobie samym pewne jak gdyby upokorzenie, czy poniżenie, bezsilny niesmak i utajony, zamaskowany żal na widok oczu, jak nocne gwiazdy, i ust, jak rozkwitające róże. Wolałby był służącą o bardziej pospolitej powierzchowności. Nie wypadało przecież sprzeciwiać się wyborowi pani Oscalai i lekceważyć jej polecenia. Isolina przyjęta została do służby i zamieszkała na górze gmachu, w jednym z pokojów, który sobie wybrała. Wytrawny, podstarzały wyga Catone, ojciec kilku synów dorastających, dawał jej zbawienne i nieomylne wskazówki, zmierzające stale w tym kierunku, ażeby, jeśli nie całą, to przynajmniej trzy czwarte roboty, zwalić na piękne ramiona młodej dyablicy. Pan Granowski postanowił dokładnie zlustrować rodzinkę pięknej Isoliny. Wybrał się więc na zwiady, żeby przedewszystkiem zobaczyć główne źródło zarobkowe rodu: sklep z gazetami. Z tamtej strony rzeki, za Ponte Vecchio, w jednym z najruchliwszych zaułków trafił, według wskazówek pani Oscalai, na zakręt uliczny, gdzie wirował wiekuisty ruch ubogich i pracujących ludzi. W głębokiej wnęce starego, narożnego gmachu, w ciasnej framudze, która niegdyś służyć musiała za ostoję jakiegoś posągu, czy może figury świętego patrona dzielnicy, zobaczył ów sklepik z czasopismami, czyli rodzinne Donatich il banco. Cała framuga była szczelnie wytapetowana w głębi i na zewnątrz gazetami codziennemi i tygodnikami. Na maleńkiej ladzie sklepiku, urządzonej z paczki po mydle czy szuwaksie, a obracającej się na blaszanych zawiaskach, przyczepionych do muru, rozłożone były dla zachęty przechodniów wydawnictwa najpoczytniejsze w tej okolicy, a więc: — Żywot Świętego Franciszka z Assyżu, — Żywot świętego Miniasa, umęczonego w trzecim wieku na górze San Miniato, — Quo vadis w zeszytach, — sennik nieomylny Il sonnio, — oraz, rozchwytywane przez służące i wyrobnice, wysoce nieprzystojne czasopisma — Amore illustrato, Il tempietto di Venere, z pornograficznemi anegdotami o zakonnikach i zakonnicach, Piccolo soldato, — zeszytami podawane pamiętniki wisusa Casanowy — i tym podobne. Te drukowane smakołyki sprzedawała matka Isoliny, wieśniaczka z gór w Apeninach, nie umiejąca ani czytać, ani pisać. Przywędrowawszy niegdyś z rodzinnej wioski na zarobek do magazynu futer, wyszła wnet za mąż za swego Berto, roznosiciela gazet, i nigdy już nie miała zobaczyć miejsc rodzinnych, wepchnięta i ustawiona raz na zawsze, — jak dawniej kamienny posąg, — we wnęce banco. Nic nie rozumiejąc, patrzyła na drukowane tytuły Fieramosca, Il Mattino, Corriere, a umiała je odróżniać po szczególnych oznakach, które jej uczone dzieci zdołały wbić w głowę. Ani jeden z klientów żądnych czytania nie domyślał się, że oto kompletna analfabetka administruje tą obfitością druku i trafnie każdemu wydziela pisma żądane. Czasem zastępowała matkę siedmioletnia Inez. Żołnierze, nabywający Piccolo soldato i zanoszący się śmiechem, który przypominał końskie rżenie i świńskie kwiki, z konceptów na głos wyczytywanych, byli pierwszymi nauczycielami życia małej Inezy.
Najciekawszymi osobnikami w tym rodzie był ojciec Berto i syn — Cesare. Z życiorysami obudwu zaznajomiła pana Granowskiego signora Oscalai tak szczegółowo i wszechstronnie, iż obadwaj byli dlań w zupełności wiadomi, zanim ich zobaczył. Sama pani Oscalai zbadała to życie w długich z Isoliną rozmowach, w plotkarsko-uczuciowych wynurzeniach, jakie jedynie kobieta kobiecie powierzyć zdoła.
Ojciec Berto strawił całe życie we Florencyi na roznoszeniu gazet. Jego to właśnie chrapliwy, jakby naszczekujący głos pan Granowski słyszał był oddawna, rozlegający się zawsze w ulicach, — wrzask nieznośny, jednotonny, złożony z początkowych sylab tytułów gazet najbardziej poczytnych — Corriere della sera, Giornale d’Italia, Fieramosca, Il Mattino, Tribuna, Avanti, — które utworzyły zlepek: Co-gio-fie-ma-tri-vanti“... Długą pracą, ciężkiemi oszczędnościami, pożyczkami Berto zdobył po wielu latach rower i na nim, po otrzymaniu z agencyi dzienników, obiegał przedmieścia, wydając przed bramami will i na odległych drogach swój okrzyk przeraźliwy, ochrypły i żałosny. Był to symboliczny wyraz, zwiastujący o bieżących dziejach rodu ludzkiego, bezmyślny i niemal obłąkany, skłócony w sobie a zrośnięty w jedno ze sprzecznych pierwiastków, — jak te dzieje. Berto codziennie wstawał przed świtem, ażeby w lecie prażyć groch, a zimą kasztany na ruszcie, — rozdzielać porcye w papierowe torebki, sklejone przez Yolę i Inez z pism wybrakowanych, — czekać przy czołowej skarpie mostu Ponte alle Grazie na wyrobników, spieszących do pracy, i wtykać każdemu torebkę za solda. Przy naftowym kaganku w dżdżyste ranki styczniowe stał zawsze w tem samem miejscu skulony Berto, mrucząc jak gdyby pacierz poranny swego życia, nim zaczął codzienną pieśń w ulicach:
— Torebka za solda! Torebka za solda, towarzysze!
Między tą poranną czynnością a chwilą rozdawania gazet miał pustą przestrzeń czasu, trwającą jakieś dwie godziny. Ażeby się nie spóźnić do głównej agencyi, nie wracał już do domu, lecz te bezczynne dwie godziny przesypiał na kamiennej ławie Logii dei Lanzi, jeżeli była pogoda, lub w wielkiej sieni Palazzo Vecchio w czasie deszczu i wiatru. Drzemka na kamiennych ławach tych właśnie miejsc miała na widoku cel podwójny pilnowania terminu dystrybucyi dzienników i dozoru nad synem Cesare. Ten to Cesare, jedyny i pierworodny, był zakałą i klęską rodziny. Wychowany na chodnikach i obok ścieków Florencyi, w jej najbiedniejszych zaułkach, gdzie się gniazdo rodzinne tuliło, znający od dzieciństwa wszelkie jej sekrety, — jako wyrostek stał się urwisem i nicponiem najzawołańszym w tem mieście. Oddawany do najrozmaitszych terminów, każdy z nich kończył skandalem, bójką z pryncypałem lub czeladnikami, wracał w domowe pielesze pożgany nożem, z rozkwaszonym nosem, a w najlepszym razie z podbitemi oczami. Jako chłopiec sklepowy obszedł przeróżne magazyny, zakłady i bottegi, — zewsząd sromotnie wyrzucany. Dobre posady, — jak w ogromnym magazynie powszechnym, od ceny każdego przedmiotu, wynoszącej czterdzieści ośm centesimów, zwanym Quarant’otto, — niweczył sobie najfatalniej wskutek malwersacyj i przywłaszczeń kwot małych, a dla niego niezbędnych na sobotnią hulatykę z puttanami. W innym znowu narzuconym sobie zawodzie coś zwędził, fatalnie coś zepsuł, nawszczynał intryg, a wreszcie zasadniczo i konsekwentnie nie chciał nic robić. Niektóre z „posad“ Cesarego kończyły się przesłuchiwaniem przez komisarza śledczego, pociągały za sobą wypłaty odszkodowań, a jedna znalazła nawet swój epilog w sądzie i kilkomiesięcznej kozie. Cała rodzina drżała wobec postępków tego spadkobiercy nazwiska. Raz wraz padała straszna wieść, że w dniu, gdy powinien był siedzieć za jakąś ladą, pilnie biegać w jakimś interesie, widziano go przejeżdżającego się parokonnym fiakrem w towarzystwie wyfiokowanej przyjaciółki po Viale dei colli, albo w Cascine. Wówczas Berto, wytrwały w swej surowej cnocie i nieubłagany na punkcie czystości obyczajów, uzbrajał się w grubą trzcinę o ciężkiej gałce i zaczynał szukać syna. Znajdował go zazwyczaj pijaniuteńkiego w jakimś barłogu równych mu frantów, albo wyciągał za bujną czuprynę z łóżka przygodnej uwodzicielki. Stary Berto zachodził w głowę, jaki to mistrz zepsucia wyuczył jego jedynaka fenomenalnych wybryków rozpusty, niewiarygodnych łajdactw i bestyalskich wymysłów używania, na których widok jego prostactwo, pełne cichej, wewnętrznej pobożności, stawało oniemiałe i osłupiałe. Miłość dla urwisa nie chciała poddać się oczywistości prawdy, iż Cesare był najzupełniejszym w zakresie sztuki miłosnej samoukiem, wynalazcą i odkrywcą przysmaków nikomu nieznanych. To też wywiązywały się między ojcem i synalem zawzięte walki. Nieraz ciężka gała trzciny odbiła łobuzerskie mięso od gnatów, nie szczędząc całości goleni i czaszki, nie żałując pięknych, umiłowanych oczu i zgrabnego nosa. Straszne cierpienia ojcowskie, ślepe podniety, niestrzymane wybuchy gniewu i niespodziane wypady bezbrzeżnej litości, głucha nienawiść, przerośnięta szaloną miłością, pasye, trwogi, marzenia, dziwaczne zabobony, jak harpie, wirowały wciąż, między jedną z takich egzekucyj a drugą, w duszy starego roznosiciela gazet. Dzięki protekcyi dobrej pani Oscalai, Cesare, osławiony we florenckim świecie pracy, notowany w policyi na najczarniejszej liście, dostał miejsce przy tramwajach. Naprost Mercato Nuovo, na rogu Via delle Lane, gdzie tramwaje po postoju na Piazza Signoria zawracały na Via Calzaioli, Cesare dawał falom ludzkim znać za pomocą nieustannego sygnału, żeby się mieć w tym najruchliwszym punkcie florenckim na baczności, gdyż wóz nadjeżdża. Od godziny szóstej rano, gdy ruch tramwajowy rozpoczynał się w mieście, Berto z logii Orcagnii, lub z sieni Amolfa da Cambio pilnował, czy nygus jest na miejscu. Serce jego radowało się pociechą wielką, gdy słyszał głos trąbki, wrzaskliwie a regularnie rozlegający się przed nadejściem każdego tramwajowego wozu. Puszczał już mimo uszu tysiące błazeństw, bezecnych dowcipów, zaczepek nieprzystojnych, skierowanych pod adresem pokojówek, dążących na Mercato Nuovo, wyskoków niesmacznych i pajacowskich gestów, na jakie sobie ten obwieś pozwalał podczas pełnienia tak ważnego i odpowiedzialnego urzędu, — byleby tylko upilnować nicponia i przyuczyć do pracy. Z niektórych zresztą błazeństw draba sam pękał od śmiechu, pod największym wszakże przed sobą samym sekretem. Nadzór nad konduitą Cesarego mógł trwać do godziny siódmej. O tej porze głos Berta poczynał rozbrzmiewać w ulicach śródmieścia. Zdaleka, zdaleka słyszały go córki i żona, rozlegający się to tu, to tam. Wówczas same stawały do pracy w banco, dając sobie znać o tej jego misyi, mówiąc w pośpiechu, z nabożnym pietyzmem, z głęboką czcią, iż to tata już porykuje:
Ecco-lo! Babbo gia urlá!
Zupełne przeciwieństwo Cesarego stanowiła jego młodsza siostra, Isolina. Była ona najżywszą pociechą i osłodą życia ojca Berto. Część, i to najznamienniejszą, swoich zarobków, które stale, własnym przemysłem zdobywała, przynosiła rodzinie. Wzięła oddawna w opiekę dwie najmłodsze dziewczyny, ubierając je w swą bieliznę i swe sukienki, umiejętnie przerabiane po nocach, sama zaś odzież i pożywienie zdobywała dla siebie prawie od niemowlęctwa. W najtrudniejszych okolicznościach dawała dobrą radę i spieszyła ze skuteczną pomocą. Ona to zawsze umiała znaleźć jakoweś szczęśliwe wyjście z labiryntu awantur Cesarego, — ona jedna ważyła się stawać do oczu rozjuszonym jego pryncypałom, tłómaczyć go i wypraszać, oraz wyjednywać łaskę nowych protekcyj u pani Oscalai, gdy już sam ojciec nie śmiałby polecić go komukolwiek. Isolina była niejako rozumem rodziny. Między ojcem i nią istniało religijne porozumienie. Razem chodzili do dalekiego kościółka świętej Moniki i odprawiali tam swe własne, wspólnie poczęte i umówione modły, czynili wspólne śluby na intencyę Cesarego, zachowywali posty i pełnili ciężkie pokuty, o których, prócz nich, wiedzieli jedynie władcy i pośrednicy zaświatowi, dla ich wierzących dusz bardziej realnie bytujący i czynnie pomocni, niż zimni, okrutni ludzie, przeciwko nim we wrogą złączeni masę władcy tej ziemi. Ale i to zdrowe jabłko robak toczył. Uroda Isoliny przerażała ojca Berto. Spostrzegał coraz wyraźniej w jej oczach, wyrazie ust, w ruchach, uśmiechach, smutkach, zadumach, nagłych rumieńcach, nerwowych drżeniach jej małych, spracowanych rąk to, o czem wiedział, że przyjdzie. Trząsł się ze strachu na myśl, że okrutne coś, jak chichot dyabła leżące dotąd w uśpieniu, ocknie się któregoś dnia w ciele tej pięknej, młodej dziewczyny, rozlegnie się nad jego głową, zniweczy wszystko piękne i porwie wszystko dobre. Zabierze mu Isolinę, tę, tak jeszcze niedawno dziewczynkę małą, niewinną jak kwiat irysu w ogrodzie Santa Croce! Narodzi się zmysłowość kobieca, żądza cielesna, tajemnicze złe w tym bycie dobrym, w sercu niewinnem, jak wełna świętego baranka. Ile razy po kilku dniach niewidzenia spotykał się z córką, rzucał na nią z podełba badawcze spojrzenie starego znawcy zmysłów, czy się jakim znakiem klęska nie zapowiada. Gdy otrzymała tak dobre miejsce za miastem, u podstarzałego cudzoziemca, poważnego bogacza, a w tym samym domu, gdzie przebywała błogosławiona opiekunka, signora Oscalai, — ucieszył się nadzwyczajnie i szczególnie długo modlił pod chórem u świętej Moniki za pomyślność tej sprawy. Kombinował swoim starym rozumem, że dziewczyna będzie zdala od wiru miejskiego, od pokus, łajdactwa i zaczepek pięknych urwipołciów. Pan Granowski poczynił Isolinie zastrzeżenia w tym duchu, ażeby nikt z rodziny, nikt z żadnych „braci“, żadnych „kuzynków“ i znajomych, — a, uchowaj Boże! — istotnych amantów nie pokazywał się nigdy w willi. Płacił dobrze za pracę, dawał doskonałe pożywienie, pokój do mieszkania, wymagał ściśle posłuszeństwa, porządku, obyczajności, ale nie chciał znać żadnych figur, ani spraw, związanych z osobą pokojówki. Isolina zabrała się do roboty z nadzwyczajnym zapałem na obudwu górnych piętrach. Catone więcej już teraz gderaniem, doradczemi gestami, niż czynem, dopomagał w sprzątaniu, woskowaniu podłóg, czyszczeniu mebli i sprawowaniu porządków wszelkiego rodzaju. Pilnował również, żeby się ta młoda pracownica nie wkradła zbytecznie w łaski „padrona“, to też co pewien czas podpuszczał pewną ilość umiarkowanych denuncyacyj, zełganych szkalowań i podejrzeń na nową „camerierę“. Podkradał kredensowe smakołyki i zwalał na nią, niszczył nawet dokonane wzorowo porządki i oskarżał niewinną o niedbalstwo. Mimo to wszystko „ekscelencja“ był naogół zadowolony z protegowanej pani Oscalai.
Po skończeniu pracy, w swym pokoju na górze, którego okno wychodziło na prześliczny ogród willi, Isolina doświadczała rajskich rozkoszy. Przyzwyczajona do sypiania we wspólnem, rodzinnem łóżku z siostrami i matką, do brudu, zaduchu, zimna, ciasnoty, do wiekuistego prania i gotowania w izbie, do zgiełku i swaru ubóstwa, rozwalała się teraz na morzu czystej pościeli ogromnego, metalowego łóżka, w którem jej drobne ciało ginęło pod niezmiernemi kołdrami. Błądziła po tanim dywanie, śniąc, że jest wielką damą. Przeglądała się w dużem lustrze i codzień inaczej przestawiała swe „własne“ meble. Wieczorami, gdy zapachy biły z ogrodu w otwarte jaj okno, gdy rozkoszny śmiech dzieci napełniał go gwarem, niewzywana do żadnej posługi, siedziała przy oknie, nurzając się w marzeniu, że jest zaklętą księżniczką, — przymusowo wtrąconą do klasztoru wielką panią, albo inną romantyczną heroiną, o czem się przecie niemało naczytała, wertując przez całe dzieciństwo i wczesną młodość wszystkie sensacyjne romanse, jakie tylko zawierało na składzie rodzinne „il banco“.


Pewnego dnia, po ulewnym deszczu, który na krótki czas przesycił wilgocią pyły spalonej ulicy, pan Granowski powziął zamiar udać się piechotą do przystanku tramwajowego San Gervasio, tam wsiąść w kolejkę elektryczną i jechać do miasta. Przedpołudniowy upał zaczął rozżarzać na nowo zwilgotniałą ziemię, lecz jeszcze powietrze było miękkie i pełne niezrównanych aromatów, bijących z wielkich ogrodów. Oczekując na odgłos kolejki, zjeżdżającej z góry Fiesole, który się przydługo nie rozlegał, kapitalista przechadzał się w cieniu ogromnych platanów i z roztargnieniem spoglądał to w górę, to ku miastu. Ulica była pusta najzupełniej, — to też każdy przechodzień wpadał w oczy. Od małej trattorii, która mieściła się naprzeciwko przystanku, ociężałymi kroki szedł w kierunku Salviatino młody człowiek. Spiekota dokuczyła mu, widać, w czasie wędrówki pod górę, gdyż zdjętą z ramion kurtkę niósł przewieszoną na ręce, a wielki fontaż krawata rozwiązał pod szyją i raz wraz wachlował się szerokiemi skrzydłami kapelusza. Pan Granowski doznał bardzo przykrego wrażenia, ujrzawszy tego przechodnia. Gdyby nie to, że tamten już go dostrzegł i poznał, byłby niepostrzeżenie umknął w obmurowaną fiesolańską ulicę. Lecz było już za późno. Wypadło przybrać najserdeczniejszy uśmiech na wargi skrzywione od odrazy. Był to rodak. Pan Granowski zasadniczo i bezwzględnie unikał właśnie rodaków wszelkiego rodzaju. Z tym tedy naprędce sfabrykowanym uśmiechem przyjemnego zdumienia pan Granowski wyciągnął do przechodnia obie ręce, mówiąc:
— Kogóż to widzę?! Pan Śnica!
— Upadam do nóg! Moje najniższe... — mówił tamten, niemal po ziemi wywijając swym kapeluszem o wielkiem rondzie.
— Jakież to losy zapędziły kochanego pana aż tutaj, za San Gervasio?... — pytał pan Granowski.
— Smutny małżeński przymus, niedola, o jakiej prawdziwie lepiej jest nie mieć pojęcia.
— Doprawdy? Cóż takiego?
— Żona moja odbywa połóg w zakładzie operacyjnym w Salviatino, przy końcu tej ulicy... — mówił pan Śnica, wskazując na daleki wylot zadrzewionego szlaku.
— Czy podobna? W Salviatino! Nie wiedziałem.
— Od tygodni defiluję już tędy dzień w dzień. Odwiedzam ją, gdyż mieszkać tam byłoby dla mnie za kosztownie.
— Pewno, pewno... — potwierdzał pan Granowski, namyślając się, jakimby frazesem odczepić się od tego młodzieńca.
Nasłuchiwał podstępnie, czy nie rozlega się zgrzyt nadjeżdżającego pociągu. Lecz, jak na złość, cisza była zupełna. Patrząc teraz z pod oka na twarz owego Śnicy, przypomniał sobie zdarzenia z przed roku. Śmierć córki Xenii w domu zdrowia, w Krakowie... To ten przecie człowiek, malarz Śnica, siadywał tam zawsze w poczekalni sanatorjum... Tego samego dostrzegł w korytarzu, gdy dano znać, że na progu swej izby umarła... To ten trzymał na kolanach głowę Xenii i patrzał z wyrazem wściekłego, rozszalałego żalu w jej oczy na poły przymknięte, gdy tam za późno przybył, on, ojciec... Żal poruszył się na nowo w piersiach pana Gronowskiego i źgnął swem ostrzem przyschniętą ranę. Mściwość za wszystko, nieuzasadniona i bez przyczyny względem tego człowieka, wzniosła się z głębin bólu i strzeliła w nieprzyjaznem spojrzeniu.
— A szanowny pan wciąż tutaj w swem „De Granno?“ — zapytał ów Śnica w sposób tak subtelnie szyderczy, że pan Granowski doznał dziwnego otrzeźwienia ze swych wzruszeń.
— Tak, mieszkam tutaj na uboczu. Dla ciszy...
— Ciszę musi pan mieć tutaj, Bóg łaskaw, idealną. Pozwalam sobie codzień, wracając ze Salviatino, podkradać bezprawnie cudne zapachy kwiatów pańskiego ogrodu, podpatrywać nieopisane piękno pańskich róż.
— Alboż pan wie, który to ogród? — pytał bogacz, zmieszany tą wiadomością.
— Czyżbym śmiał nie wiedzieć tego? — cedził malarz z bestyalskim półuśmiechem. — Do bogacza, jak do źródła! Wiedzą chudopachołkowie sąsiedzi, gdzie siedzi magnat-rodak w tej Fiorenzy. Nie tak wielu przecie na obczyźnie mamy na oku naszych panów, którzy mogą pędzić żywot miększy od runa baranka, żywot Feaków, byśmy, polska hałastra, wiedzieć o tem nie mieli.
— A pan gdzie mieszka? — przerwał magnat.
— Na via Ghibellina... — szepnął malarz niemal ze skruchą, jakby wyznawał sprawkę niezbyt czystą.
— Czemu pan do mnie nigdy nie zaszedł?
— Bałem się przeszkodzić. Pragnąłem, a nie śmiałem...
— Co za facecye!
— Zaglądałem nieraz przez mur, przez kraty bramy żelaznej i cieszyłem się, że panu za tym murem i za tą kratą tak dobrze. To mi sprawiało dziką przyjemność i, jak dotąd, wystarczało.
— Dawno pan już żonaty?
— Od roku, panie.
— To... w Krakowie?
— W Krakowie, panie.
— Cieszę się bardzo, że miałem sposobność odnowienia tak przyjemnej znajomości. Liczę, że teraz nie poprzestanie pan na zaglądaniu przez kratę bramy, lecz zechce próg przestąpić i odwiedzi mię. Teraz muszę spieszyć... Właśnie tramwaj nadchodzi...
— Skorzystam z łaskawości pańskiej, skoro tylko ułożą się moje sprawy. Bo, po prawdzie, wybierałem się... Właściwie... Pragnąłem tylko parę słów...
— Proszę pana. Czekam więc... Gdyby mię pan nie zastał w domu, proszę zostawić służącemu karteczkę, kiedy mam czekać.
— Żałuję, że pan w tej chwili nie może mi udzielić chwili czasu, bo sprawa, o którą mi idzie, nie wymaga, prawdę powiedziawszy, tak wielkiego zachodu. Pocóż to miałbym niepokoić szanownego pana, kiedy to wprost — dwa słowa...
— Tramwaj już słychać, lecz jeszcze daleko... Więc — dwa słowa? — pytał pan Granowski z uprzejmością, która ledwie osłaniała coraz widoczniejszą wyniosłość.
— Zastanawiałem się nieraz, — mówił Śnica, kreśląc laską znaki na białym pyle, — jak też stoi sprawa zrealizowania marzeń tej nieszczęśliwej pani Xenii, o których do mnie tyle razy mówiła...
— Jakich marzeń?
— At! Była już wtedy chora. Brała mię na „świadka“...
Śnica parsknął krótkim śmiechem. Po chwili wpatrzył się w pana Granowskiego sępiemi oczyma i wnet te spojrzenia, jak sępie szpony, zapuścił w jego duszę.
— Świadka? Do czego? Jakiego świadka?
— Świadka do tego przecie „testamentu“ nieboszczyka Nienaskiego. Że to Nienaski caluteńki swój majątek, do ostatniego halerzyka, zapisał krajowi, czy też swoim robotnikom, czy tam swoim fantastycznym ideom, na koszta jakowychś przyszłych budowli „narodowych“, — albo ja tam wiem? — a ona niby ma to wypełnić, co było postanowione w najostatniejszej chwili przed jego zgonem... Ja niby także, między innymi, miałem pilnować, żeby się to wykonaniem pełniło, co zostało zapisane węglem w kominie. Te właśnie dzieciństwa...
Pan Granowski przypatrzył się z pod oka malarzowi Śnicy i powziął od tego rzutu jasną wiadomość, że tęgą będzie miał z tym bandytą biedę. Drżenie go trąciło pod kolanami. Zimno przeniknęło. Wiedział, że to zimno będzie długo trwało. Może nawet przylgnie na stałe. Przeklął chwilę spotkania z tym człowiekiem. Śnił pod sekretem, żeby go tak niespodzianą napaścią porwać za gardziel, ścisnąć aż do skutku, przegiąć za obmurowanie drogi i pchnąć w głęboką fosę, pełną grząskiej wilgoci. Nikogo na drodze nie było... Błysnęła w myśli jasna pokusa... Tymczasem, jako człowiek istotnie mądry nie mówił nic, aż tamten głupi przestanie.
Śnica jak gdyby widział jego myśli i tajne zachcenia. Stał w oczekiwaniu. Podniósł oczy nieustraszone, oczy wroga, który nie ustąpi, nie przelęknie się niczego, który uderzy nie dziś to jutro, — i rzekł cicho:
— Otóż i zaspokojona moja ciekawość. Biedne było dziecko z tej pani Xenii. Umarło biedactwo, ściskając kurczowo w srebrnym worku ów żałośliwy testament męża. Proszę mi wierzyć, że zawsze mi jej szczerze żal...
— Dziękuję panu za współczucie.
— O, ja przecie bezinteresownie! Tylko, jako ów świadek, chciałem zdać sprawę jej cieniowi, gdyby mię przypadkiem nawiedził i pozwał, że niby moje świadczenie...
— Niechże pan źle nie zaświadczy przed tym cieniem... — rzekł łagodnie pan Granowski.
— Doprawdy, nie wiem, coby rzec należało...
— Wszystko, czego moja córka pragnęła, zrobi się w swoim czasie, we właściwej formie... — ciągnął stanowczo a tajemniczo, jak prezes ministrów.
— No, człowiek się tam potrosze informował w swoim czasie — rzekł Śnica skromnie. — To samo i tutaj... Boże drogi! „W swoim czasie, we właściwej formie“...
Znowu zaśmiał się po swojemu i mruknął:
— Już jeżeli być świadkiem, to takim, co przecie wie choć cokolwiek — no nie? Albo nie być wcale — no nie?
— Mnie się wydaje, że w tym wypadku lepiejby było nie być świadkiem wcale... — z dobrotliwym uśmiechem rzekł pan Granowski.
— Szanowny pan tak mniema?
— Oczywiście. Prawda rozmysłów nie potrzebuje.
— Ani świadków.
— Zresztą będziemy mogli o tem wszystkiem pogwarzyć swobodnie, gdy mię szanowny pan odwiedzi. Tutaj gorąco. Nieprawdaż? Upał dziś, upał! Zdawało się, że po deszczu zelżeje, a tu tymczasem już teraz tchu brak. Mój pociąg już wnet tu stanie... A więc, może jutro, o godzinie dwunastej w południe? Czy dobrze?
— O godzinie dwunastej... Dobrze, — rzekł Śnica w zamyśleniu.
— No, to do zobaczyska!
Malarz ukłonił się zuchwałem drgnieniem głowy, wykręcił na pięcie i odszedł w swoją stronę. Pan Granowski długo patrzał, gdy się rękawy kolorowej koszuli zuchwalca przesuwały na tle białej drogi, zielonych, na głucho zamkniętych, okienic i rudych drzwi. Tramwaj nadjechał i na chwilę wstrzymał się u wystawy małej kawiarenki. Pan Granowski zgrabnym ruchem wsunął się do otwartego przedziału, który był niemal pusty. Wóz ruszył w drogę i począł chwiać kadłub pasażera. Głowa kołysząca się bezwładnie wiedziała, że niebezpieczeństwo jest na nowo, niebezpieczeństwo żywe i czuwające w głębi, jak dawniej, za dni „interesów“, za dni długiego więzienia w Paryżu, za dni straszliwych upadków i ohydnych wzlotów. Rozum widział je istniejące nietylko na zewnątrz, lecz patrzał z czujnością, jak leży w duszy, tajne a takie samo oddawna, podobne do zewnętrznego, maleńkie, jak plazma, a olbrzymie, jak wszystko, z czego się życie składa. W chwili wytchnienia, pomyślnej kolei rzeczy i cielesnego dobrobytu któżby o niem myślał, — i poco? Któż myśli o plazmie? Chyba uczony, który ją bada. Można było nad niem panować, przechodzić obok niego i nad niem do swej pracy i do swych celów, rozumując: — gdyby nawet było w istocie na zewnątrz i w głębi, będę robił to i tamto. Będę działał, nasycał się używaniem, będę rozmyślał, czerpał rozkosz ze sztuki, będę czytał. Wytwarzała się i rosła nowa satysfakcja przyswajania nieziszczalnie doskonałych i pięknych dzieł przeszłości, tęsknota do nieznanych jeszcze, podobna do niewysłowionej rozkoszy czytania mądrej i pięknej książki, do niepoznanych jeszcze jej stronic. Ale oto w pospolitej rozmowie, w rozmowie głupio przygodnej, beztreściwej i nudnej padło słowo bez sensu, nieznaczne, nikłe, a jednak zarodcze, plemnik straszliwy, z którego wyrośnie twór niewiadomego porządku. — „Świadek Xenii...“ — Oto przeszedł drogą, tamtą aleją, żywy świadek Xenii. Nie cień, jak ona, lecz żywy człowiek. Ten człowiek ją widział, znał, uwielbiał. Ma w oczach jej postać. Przysłała go, żeby zapytał, co się stało z wykonaniem zapisu. Ona — tego przechodnia — do ojca. Tak zapłodniona została niewiadoma plazma w głębinie. Rosnąć teraz będzie wewnętrzny twór, nieposkromiony mściciel, który we dnie i w nocy rozdzierać zechce spokojną całość na połowy, — połowy na nowe połowy, — targać każdy strzęp, deptać i rozgniatać stopą każdą ułudę dosytu. Nie będzie pociechy! Biada każdemu wspomnieniu! Biada samej tęsknocie! Nic się nie ostanie przed uderzeniem! Rozumowania odbywały się, myśli kojarzyły, lecz uczucia wynikały nie na trwałej powierzchni życia, lecz nad ruchomą, niejako, podłogą, nakrywającą bezdenny otwór, która się poczęła nachylać i stawać wspak, pionowo do niezgłębionej czeluści, jak w starych, zbójeckich zanikach, w jakowemś Monte Orlandi Cadolingh’ów hrabiów Settimo.
Pan Granowski minął plac Cavour i jechał długą ulicą tegoż nazwiska, aż do placu Duomo. Tam wysiadł. Poprawiając raz wraz swój nieodstępny monokl, szedł ulicą Calzaioli wśród żywego gwaru ludzkiego. Ten gwar zdawał się przemawiać do jego duszy zrozumiałą oddawna, umiłowaną mową życia, potwierdzać mądrą koncepcyę walki. Wszystek ogrom ludzki, jak wielka masa wód przesuwający się dokądś, zdawał się wołać tysiącem głosów; — nie daj się! To też pan Granowski uśmiechnął się po swojemu do samego siebie i nakazał samemu sobie: — Nasze dzieło nie potrzebuje i nie ma przyjaciela! Zdławimy i tego posła! — Wiedział, jak straszliwą będzie ta walka, nawet nie z sobą, lecz z wiotkiem wspomnieniem, z omdlewającym zapachem bukiecika fijołków, który leżał na piersiach córeczki Xenii, gdy spała w swej czarnej trumnie. Trzeba będzie jeszcze raz skrzywdzić córeczkę Xenię! Jeszcze raz ją rzucić, jak niegdyś, jak tyle razy w przeszłości! Jak tylekroć w przeszłości, trzeba będzie porazić ją nieulękłym kosturem, podeptać jej pamięć, jak była podeptana jej wola! Pamiętał, jeszcze pamiętał... Tak samo co do joty. Ta noc w Paryżu, gdy przelatywał z dworca na dworzec w świszczącym automobilu, a ją płaczącą opuszczał. Jeszcze stoi w uszach ów świst i drapie w gardle zapach benzyny. Taki sam wtedy ludzki tłum. Miliony świateł, wrzawa, gwałt, pośpiech na dworcu Paris-Lyon. Łoskot pociągów. Tak samo serce zamiera i ustaje, ni to gołąb, strzęsiony od zabójczego strachu w jastrzębich szponach. I tak samo pożąda szybowania w swojem powietrzu. Tak samo, jak wtedy, wola szatańska chłosta plecy knutem niepokonanym: do roboty, do dzieła, do zwycięstwa, naprzód, do szczytu! Och, odchyliła się jama najniższa, „piwnica“ duszy, gdy pragnął śmierci córeczki Xenii, aby posiąść jej skarby! Wspomnienie, gdy patrzał na jej czarujący gardziołek w śmiertelnej chorobie i podstępnie marzył, żeby ustało w nim pulsowanie gorączki...
Za cenę tych wspomnień odkopanych pan Granowski postanawiał załatwić się z posłem. Ten za to zapłaci!
Poszedł w poprzeczną, gwarną, jak piekło, ulicę Borgo do gmachu telegrafu. Tam nadał depeszę do swego adwokata, mecenasa Naremskiego w Krakowie, z rozkazem, ażeby dążyć do sprzedania kopalni „Xenia“ pod Krakowem każdemu, kto ją kupić zechce, byle na zyskownych warunkach.


Nazajutrz, nieco po dwunastej godzinie, Catone zaanonsował gościa, zwłoska wymawiając jego nazwisko:
Signor Snica.
Pan Granowski kazał prosić malarza do salonu. Przez moment dosyć długi zmusił go do czekania na audyencyę. Wieczorem poprzedniego dnia, w ciągu nocy i rano rozmyślając o nowym problemacie, zdecydował nieodwołalnie, że trzeba będzie mieć tego człowieka wciąż na oku, bez przerwy w ręku; — że trzeba go osaczyć niepostrzeżenie, oplątać niby to dobrodziejstwem, — a właściwie opłacać sowicie, — w ten sposób niwecząc grube z jego strony zamysły szantażu. Konieczność ciągłego obcowania ze Śnicą i rozpostarcia w ten sposób nad nim dozoru, aczkolwiek wstrętna nie do zniesienia, wynikła logicznie z nieodzownej potrzeby wywiadu, co on właściwie o zapisie może wiedzieć, — w jakiej formie od Xenii o nim słyszał i jakie są wogóle jego szantażowe walory. Należało to wszystko w ciągłym kontakcie osobistym wyśledzić aż do ostatniej niteczki, dotrzeć do prawdopodobnej, lecz dopiero na mocy dowodów i badania niewątpliwej bezpodstawności uroszczeń, i wówczas, jako bezsilnego szantażystę, zniszczyć bez miłosierdzia, zgładzić, jak plugawego a natrętnego szczeniaka.
Malarz wprowadzony został z salonu do gabinetu pana Granowskiego. Chwila oczekiwania była celowo przedłużona, ażeby przybysz mógł nabrać respektu dla wspaniałości urządzenia. Minąwszy próg gabinetu, Śnica poślizgnął się na lśniącym parkiecie, co właścicielowi willi sprawiło niemałą przyjemność. Gdyby się był zwalił na ziemię, ta przyjemność byłaby podwójną. Był to dobry prognostyk i oznaka materyalna pewnej słabości franta. Pan Granowski miękkim gestem, łaskawym ruchem ręki wskazał malarzowi fotel naprost okna, a sam cofnął się za swe wspaniałe biuro. Okno było otwarte i w niem, jak obraz, widniała Florencya. Pole marsowe dzieliło od niej widza w ten sposób, iż wznosiła się na tle jasno-zielonem. Wieża Giotta zdała się być utkaną z aksamitu, a radość kopuł pokryła miękka łagodność mgły oddalenia. Śnica rzucił okiem w to okno i odwrócił krzesło tyłem do widoku.
— Myślałem, że panu taki obraz zrobi przyjemność... — rzekł pan Granowski.
— Nie, — krótko odpalił młody człowiek.
— Znudziło pana, widać, to miasto.
— Czy ja tam wiem... Wszystko mi jedno, gdzie mieszkam. Widziałem już sto tysięcy razy tę wieżę tego Giotta i te tam inne cudeńki. To dla Anglików i Angielek, dla Niemców i Niemek, nie dla mnie. Knajpa Lapi, Giuberosse, Dungamo... Nienawidzę Włochów.
— No, tutaj jesteśmy poza miastem.
— Tak jest.
— Pańska żona dawno już przebywa w sanatoryum?
— Dawno. Jeżeli to zliczyć na liry, to będzie jakieś jezioro, morze, a nawet ocean.
— Ma pan syna, czy córkę?
— Syna do usług.
— Ileż on sobie liczy, jeżeli nie rachować na liry, lecz na dnie?
— Około miesiąca.
— A czy żona pańska z synkiem długo jeszcze tam pozostanie?
— Aż do czasu wy... tego... Gdyby mogła chodzić żwawo, zwialibyśmy, oczywiście, bez tkliwszego pożegnania, ale w tych warunkach, w stanie leżenia i ledwo łażeń... O czemże tu mówić?
— I jakże pan zamierza z tego wybrnąć?
— Wcale nic nie zamierzam. Nawet wybrnąć nie zamierzam. Z Wirgiliusza zapamiętałem sobie przepis: Una salus victis nullam sperare salutem.
Pan Granowski śmiał się pobłażliwie, rozumiejąc dobrze, do czego zmierza ta gadanina. Czekał, w jaki to sposób artysta zacznie domagać się „pożyczki“. Nie miał przecie zamiaru ułatwiać mu sytuacyi. Śnica rozejrzał się po gabinecie z uwagą, okiem znawcy, krytyka świadomego, ścisłego i zawziętego. Pogardliwie zlustrował przedmioty zbytkowne, tu i owdzie rzucające się w oczy. Podniósł głowę i zapytał:
— Wracając do kwestji zapisu pani Nienaskiej, chciałbym zapytać, jak szanowny pan zapatruje się na sprawę testamentu?
— Mówiłem już panu wczoraj, że jestem w tem, ażeby wszystko co do joty stało się po myśli mej córki.
— Nasz język posiada niezrównane terminy, że tak powiem ścisłej niejasności. Naprzykład, wyrażenie: — „jestem w tem“. To coś, jakby określenie „rzeczy samej w sobie“.
— Doprawdy? Nie przypuszczałem.
— Barwy, któremi ja operuję, nie są przecie własnościami ciał, zawartych w moich tubach malarskich, lecz jedynie zmianami w zmyśle wzroku. Światło działa na te zmiany w pewien sposób właściwy. Tak samo ma się rzecz ze smakiem marsali. To we mnie, w panu i w każdym dwunogim biboszu istnieje tylko szczególna własność tego napoju, której on sam w sobie prawdopodobnie nie posiada. Jak się rzecz ma w istocie z przedmiotami samymi w sobie, tego przecie wcale nie wiemy. Podobnie ja oto nie wiem zgoła, jak się ma sprawa z rzeczą samą w sobie, zawartą przez pana w określeniu „jestem w tem“. Ścisłe to, wierzę, jak tabliczka mnożenia, a niejasne, jak łamigłówka.
— Bo i poco miałby sobie pan łamać głowę nad rozwiązywaniem takich rebusów?
— Obowiązek! Przyrzekłem to córce pańskiej na jej łożu śmiertelnem! Kazała mi przysiąc, — zaklęła mię, zaklęła! — że będę pilnował tej sprawy. Muszę!
— Majaczyła, biedactwo, w chorobie.
— Była ścisła metoda i konsekwentna ciągłość w tem majaczeniu. Boć przecie istnieje testament Nienaskiego.
— Istnieje? Czy tak? Pan go widział?
— Widziałem. Był w srebrnym worku pani Xenii, w worku, z którym się nie rozstawała.
— Czytałeś pan ów testament? — pytał pan Granowski z uśmiechem, cicho, patrząc spokojnie w twarz Śnicy wyblakłemi oczyma.
— Oczywiście, że znam treść zapisu... — odrzekł malarz stanowczo a wymijająco.
— Właśnie to jest cała bieda... — westchnął pan Granowski, — że ani ja, ani nikt dokładnie nie zgłębił treści owego aktu. Nikt nawet ściśle nie wie, jak wyglądał tak zwany „testament“. Kogo tylko o to indaguję, każdy zna rzecz ze słyszenia. Nikt samego papieru nie przejrzał trzeźwemi oczyma. A tymczasem trzeba, drogi panie, nieszczęścia, że ów srebrny worek z zawartym w nim papierem ktoś skradł w chwili śmierci Xenii. Kto go skradł? Czy baby, które przyszły na śmierć ją ubierać, — czy kto ze służby domu zdrowia, — czy kto z gapiów, których tam było pełno, gdym ja na skutek alarmowego telefonu przybiegł, — czy wreszcie kto ze znajomych, z przyjaciół, z gości?
— Doprawdy? Któżby mógł skraść papier taki? — pytał Śnica w zamyśleniu.
— Szukałem ci ja tego worka z testamentem wszelkimi sposoby, na jakie stać człowieka, nająłem detektywa, przetrząsałem kuferki owych bab kościelnych. Napróżno, drogi panie! Worek przepadł, jak kamień w wodzie.
Śnica kiwał głową, potakując, i patrzał uważnie w oczy milionera. Po pewnym czasie rzekł:
— To musiał zrobić ktoś, komu na tem zależało, żeby testamentu nie było. Is fecit cui prodest. Nieprawdaż?
— Na pamięć oto muszę konstruować sobie ów zapis mego zięcia, — ciągnął pan Granowski, nie zwracając na ostatnią sentencję uwagi. — Na pamięć, panie, z majaczeń mej Xenii w chorobie buduję całość planu i w taki to sposób „jestem w tem“, ażeby go odtworzyć i odbudować.
Śnica milczał.
— Czy mam zdać panu rachunek z tego, co i jak przedsiębiorę? — spytał ironicznie właściciel willi.
— Zobaczymy... — rzekł malarz, odsłaniając dwa szeregi zębów prześlicznych i, jak ser, białych.
— Nad czemże pan teraz pracuje?
— Mam robotę przy restauracyi starych fresków w Palazzo Vecchio i w innych budach.
— To przyjemne zajęcie?
— Nie wiem, czy to przyjemnie wisieć na wznak w leżaku i mazać według czyichś pomysłów kulfony na mokrym murze. Mało zarabiam i to jest bezwzględnie nieprzyjemne.
— Razi mię w panu pewna zgorzkniałość, pewien nie zdrowy pesymizm, tak często zresztą spotykany u naszych artystów. Ja w swej młodości sto razy byłem bogaty i sto razy bez fenia. Zawsze, — ciągnął pan Granowski, — byłem dobrej myśli i pogodnego ducha, zawsze wierzyłem święcie w pomyślny wynik.
— A ja wprost przeciwnie. Bogaty nie byłem nigdy, szczęścia zupełnie nie mam i w pomyślny wynik nie wierzę. Ostrożnie muszę nawet nos ucierać, ażeby palca nie wywichnąć. Bieda mię zagryza.
— To są rzeczy zewnętrzne.
— Apetyt jest sprawą wewnętrzną, a i głód również, niemniej jak brak „feniów“. Ostatni dezorganizuje ducha najściślej wewnętrznego. Ja, panie, nie mam gdzie iść! Literalnie drogi nie mam pod stopami. Nadto — nie mam ani jednej myśli w głowie. Powiem krótko i ściśle: niema rzeczy, o której mógłbym myśleć. Jest to wierny obraz mego wnętrza.
— Głód! Głód jest to wyrażenie patetyczne, deklamacyjne. Europejczyk — i głód? To contradictio in adjecto na terenie naszej części świata...
— Jeżeli ja mam nieopłaconą od roku „pracownię“, gdzie śpię, tkwię i pitraszę na płótnie lub papierze stany mej duszy nikomu na nic niepotrzebne, — jeżeli dziki i plugawy pomiot etruski zastępuje mi codzień na schodach drogę z pytaniem, kiedy mu za ten rok miniony zapłacę, — słyszał kto coś podobnego? — a oknem przecie z czwartego piętra na ulicę „wyspacerowywać“ nie mogę... Jeżeli drugi współpsubrat tamtego Włocha indaguje mię w drugim końcu miasta, i to dzień w dzień, kiedy mu zapłacę za połóg żony, za operację, za jakieś tam jej utrzymanie w sanatorjum od sześciu tygodni... Sumy sobie powypisywali na papierach — i do mnie! Codzień któryś z tych nikczemnych bandytów włoskich czegoś chce ode mnie! a dziś, a dopiero jutro? Dziecko, pieluchy, flaszki mleka, niańki...
— W życiu malarzy zawsze małe dochody trzymają się uparcie wielkich wydatków. To jest zrośnięte z naturą fachu. Czy to możliwe, żeby malarz regularnie wyładowywał czynsz za pracownię, płacił w terminie długi? Ale odwróćmy sprawę!...
— Owszem, odwróćmy!... A nawet przewróćmy ją do góry nogami!
Śnica miał oczy półprzymknięte. W twarzy z natury wesołej — wyraz statecznej, choć stałej i spokojnej furyi. Nie był w stanie przezwyciężyć zgnębienia i ukryć troski, która go pożerała, widać, bez przerwy. Drżenie, nad którem nie mógł zapanować, przebiegało wokół jego pięknych oczu i ust. Coś w sobie bezwzględnego ważył, na coś decydował się wewnętrznie. Starszy pan, obserwując pilnie swego gościa, przezierał nawskroś, co się w tamtym dzieje. Łagodny uśmiech, kryjąc się pod jego przyciętymi wąsami, zdawał się czuwać zawzięcie nad kolejnością emocyi malarza. Pan Granowski, trzymając w kieszeni nabity browning z odsuniętym bezpiecznikiem, rzekł wyraźnie i dobitnie:
— Człowiek mądry powinien myśleć o sobie i przedsiębrać wszystko dla siebie. Nieprawdaż, panie?
— Ehe...
— Przecie, jeżeli robić coś ważkiego, zasadniczego, dobrego, to przedewszystkiem na korzyść tego celu, który, co do wartości, znamy najlepiej, — mogę powiedzieć, znamy jedynie, — który nas zawieść nie może, jak, niestety! zawodzi wszystko na tym padole, to jest dla siebie samych. Nieprawdaż?
Śnica patrzał mu w oczy, usiłując zgadnąć myśl, kryjącą się w powyższych słowach.
— Cóż pan, pańska żona, pański syn na tem zyska, jeżeli ja, w genjalnem, przypuśćmy, jasnowidzeniu, odgadnę „testament“ Nienaskiego w zupełności i wypełnię wszystkie co do joty jego paragrafy? Cudze licząc pieniądze, pan się przecie nie zbogacisz!
— Ja znam treść testamentu... — mruknął Śnica wyniośle, chrapliwym głosem, z wewnętrzną wściekłością. — Nie o mnie tu chodzi. Nie liczę cudzych pieniędzy i nie myślę się zbogacać. Nie pragnę wcale pieniędzy Nienaskiego, a więc mogę powiedzieć, że je posiadam. Czy nie? Pan się pomyliłeś...
— Będę panu wdzięczny, jeżeli mi kiedyś wyłożyć raczysz swe wiadomości o zapisie... — rzekł pan Granowski z pewną rozterką. — Teraz chciałbym zapytać, czy nie mógłbym poznać pańskiej żony i synka?
(Pan Granowski domyślał się, że opowiastki o żonie i synu są wymysłem i ordynarną blagą artystycznego bandyty.)
— Poznać moją żonę? — rzekł Śnica, wyrwany przez to pytanie z nurtu swych myśli. — Owszem, proszę...
— Więc to w tutejszym szpitalu, w Salviatino?
— Tak, tutaj w pobliżu.
— A czy pani nie zrobiłaby przykrości nasza wizyta?
— Broń Boże!
— Czy moglibyśmy pójść tam teraz?
— Proszę pana. Możemy pójść.
— Jestem gotów.
Śnica powstał ze swego krzesła. Rozmyślał. Po jego twarzy miotała się rozpaczliwa myśl, że oto nic nie załatwił, nie wydusił z tego „dziedzica“ ani grosza i bez grosza ma iść teraz do Salviatino. Błyski piorunującej wściekłości migotały w jego oczach. Pan Granowski doskonale widział to wszystko. Ileż to razy był w życiu swojem takim petentem! Ileż to razy stał przed kimś, mocując się z wichrami wewnętrznych pasyj! Mając w sobie tę świadomość i te refleksye, uprzejmie gwarzył o Florencyi. Nacisnął guzik dzwonka i kazał Catonowi, który się we drzwiach, jak cień, ukazał, podać kapelusz i laskę. Za chwilę szedł ze Śnicą przez ogród czarodziejsko piękny w kierunku bramy. Tuż za nią, na stromem zboczu urwiska rósł dojrzały o tej porze, w drugiej połowie maja, wysoki, złoty jęczmień. Pan Granowski wskazywał uprzejmie to pólko towarzyszowi, zwracając jego uwagę na dojrzałość kłosów i podkreślając, że to przecie połowa maja. Upał był nadzwyczajny, tamujący oddech, to też obadwaj panowie kryli się w cieniu murów i drzew. Lecz cień murów był skąpy, krótki i przylegający wąskiemi liniami do budynków. Poza obrębem drzew człowiek uczuwał w całym organizmie istne porażenie, w piersiach duszność i ból w głowie. Na pustej, białej przestrzeni gościńca wlókł się jedynie stary człowiek, prowadząc ręką rower, na którym była przytwierdzona paka gazet. Człowieczyna ten był niskiego wzrostu w koszuli kolorowej, rozpiętej na piersiach. Co pewien czas z jego skrzywionych ust wybiegał okrzyk dziwaczny:
Co-gio-fie-ma-tri-vanti!
Kiedy ów krzykacz się zbliżył, pan Granowski wyciągnął rękę po dziennik. Wówczas Berto, roznosiciel gazet, zdjął słomiany kapelusz z wyrazem najniższej pokory i podał Giornale niemal na klęczkach. Oczy jego wpatrywały się w twarz pana Granowskiego, jak w obraz cudowny, a zczerniałe wargi szeptały jakieś uniżone wyrazy. Kapitalista skinął głową i podał solda ojcu Isoliny. Ten zgiął się jeszcze niżej i ośmielił wyrzec:
Eccelenza!
— A co?
— Jestem ojcem cameriery Isoliny. Czy aby wasza ekscelencya jest zadowolony? Przepraszam za śmiałość...
— A — to Berto... — łaskawie raczył odpowiedzieć „ekscelencya“.
— Tak jest, panie.
— Owszem. Dobry zrobiłem wybór, idąc za radą pani Oscalai. Zdaje się, że Isolina jest dobrą dziewczyną i pilną służącą. Czy tak będzie nadal, jak dotąd, — zobaczymy.
— Będę czuwał, wasza ekscelencyo, będę zalecał!
— Zobaczymy! Do widzenia, ojcze Berto! Proszę przyjść kiedy w odwiedziny do córki.
Prawie religijna wdzięczność zajaśniała w głębokich, czarnych, smutnych oczach roznosiciela. Ukłonił się nisko i cofnął w tył ze swym rowerem, czyniąc szerokie miejsce dla przejścia panów. Pan Granowski, wiedząc dobrze, iż towarzyska gawęda o rzeczach wewnętrznych dokucza rozmówcy, z lubością podejmował taki właśnie dyalog. Mówił rozwlekle o florenckiem gorącu pięciomiesięcznem, ześrodkowanem w obrębie wzgórz, przytaczał doskonałe w tym przedmiocie zdanie Alfieri’ego w rozmowie z rabinem Salomonem z mniemanych dyalogów Waltera Landora, — cytował nadewszystko opinię o Florencji swego lokaja Catona, który scharakteryzował to miasto, jako citta qui bruccia, miasto spalające... Śnica kroczył środkiem ulicy, jakby w poprzek ognistego pieca. W sklepiku narożnym, obok mostu nad strumieniem, sączącym się na dnie parowu, kupił torebkę czereśni i zwilżał niemi swe wargi zeschnięte. Za mostem opiekali się na słońcu dwaj celnicy, którzy tu trawili żywot w nieopisanem próżniactwie. Na lewo stała otworem brama domu zdrowia. Trzeba było przebyć duży, nowozałożony ogród, a właściwie dziedziniec, zarośnięty krzakami bukszpanu i oliwy. Pan Granowski nie czuł w sobie po prostu sił do przebycia tej przestrzeni, — wynurzenia się z pod wielkich drzew przy gościńcu na rozpaloną ścieżkę. Należało jednak brnąć po gorącym żwirze, jeszcze niewdeptanym w twardy grunt. Dwupiętrowy budynek szpitalny z okienicami szczelnie pozamykanemi zdala ział karbolem. Jego nowoczesność raziła wśród starych will magnackich a celowość i użyteczność, jakby wydmuchnięta z iłu niedawnego pustkowia, odpychała wobec przepychu na nic nikomu nieprzydatnych ogrodów za olbrzymimi murami Montalto. Zbliżając się do samego już gmachu, pan Granowski zauważył, że Śnica przyspiesza kroku i zdąża nie we drzwi pawilonu, lecz na prawo od niego. Była tam altana szczelnie okryta liśćmi pachnącego wina i kwiatami glicynij, które zwojem ogromnym tworzyły nieprzenikniony dach nad skrytką. W głębi tej kwietnej i pachnącej drzew niszy stał leżak trzcinowy, a na nim spoczywała prześliczna kobieta. W nogach jej zajmowało brzeżek posłania niemowlę, skrępowane powijakami na sposób starowłoski, taki sam, jaki obserwować można na majolikach Łukasza della Robbia, zdobiących fronton domu „Innocenti“. Młoda kobieta podniosła głowę z trzcinowego wezgłowia i zwróciła ją w stronę przybyszów. Wtedy pan Granowski mógł zobaczyć dokładnie twarz bladą po przebytej słabości, otoczoną włosami w nieładzie, koloru jasnego z odcieniem rudawym. Nadewszystko zwróciły uwagę starego znawcy piękności — oczy tej osoby. Były to wielkie, błękitne oczy o kolorze tak szczególnym, iż nie dawał się do żadnej barwy przyrównać, a takiej piękności i wyrazu, że odurzały, jak niewiarygodne zjawisko. Szlafrok pięknej położnicy był cokolwieczek biały, brudnawy zdecydowanie u dołu, a pantofle, wychylające się z pod tego okrycia strudzonych kształtów były zaprzeczeniem wszelkiej formy, przypominającej obuwie.
— Lino... — rzekł śnica, — pan mecenas Granowski był łaskaw...
Bogacz zastanowił się przedewszystkiem, dla czego obwieś nazywa go „mecenasem“, — później złożył pięknej pani wytworny ukłon. Ona uniewinniała się z naturalnością w tonie głosu i uroczem zakłopotaniem z tego, że wstać nie może, i prosiła, żeby spoczął na żelaznem krzesełku. Niemowlę spało pod tiulową zasłoną dla zabezpieczenia go od natarczywości upału i dla ochrony wzroku od grozy porażenia słonecznego. Lecz młoda matka nie mogła powstrzymać się od rozkoszy pokazania przygodnemu gościowi swego pierworodnego. Odsłoniła nakrycie i pan Granowski mógł obłudnie admirować głowinę czerwoną z odcieniem pomarańczowym, zmarszczoną i łysiuteńką, jak u zgrzybiałego staruszka. W przelocie zauważył uszy tej stwory śmiesznie maleńkie, a przecież z niesłychaną dokładnością pasujące do dziwacznej czaszki. Oczy nowego obywatela świata były zamknięte, więc nie można było ich zobaczyć i chwalić. Kolor tych źrenic, według zapewnienia matki, — „najzupełniej bezstronnego“, — miał być jakiś extra-fenomenalny. W owej chwili z pagórków fiesolańskich szeroką a wysoko obmurowaną drogą zjeżdżał wóz ciężarowy, „biga“ na dwu wysokich kołach, zaprzężony w szereg mułów i osłów, obwieszonych dzwonkami i brzękadłami. Woźnica, idący obok sprzężaju, trzaskał raz wraz siarczyście z bata i popędzał zwierzęta, śpiewając wśród hałasu przeciągłą, piękną melodyę toskańską. Ta pieśń, wybiegająca z tumanów białego kurzu, stukot wozu, trzaskanie bata, pobrzęk chomąt, dzwonków, łańcuchów — tworzyły razem jedyny w swoim rodzaju głos wesela, wyraz piękna pracy, siły i radości życia. Dziecko otworzyło oczy, a po chwili usta. Miało krzyczeć, lecz dźwięk zamarł w jego gardziołku. Wylękłe, głęboko zdumione zasłuchało się ów głos, lecący z gościńca. Jego nieruchome, fijołkowe, jak u matki, istotnie niezwykłej piękności źrenice zdawały się przypatrywać lekkim białym puchom obłoków, sunącym po lazurowem niebie. Pan Granowski doświadczył nieoczekiwanie wrażenia żałości, nie istniejącej już, zdawało się, w jego zrównoważonym i zdrowo zimnym organizmie. Przypomniała się jakowaś lotna chwila z życia dawnego — tak zamarła, — że nie było z niej we wspomnieniu ani cienia obrazu. Nic, tylko żałość goła, jałowa, leżąca sama w sobie. Tak niegdyś, przed niezliczonym szeregiem dni, spało w trzcinowej kołyseczce i jego dzieciątko nowonarodzone, zwane Xenią. Było — i niema. Wrośnięte w nie uczucia, pasye, gniewy, bóle, tęsknoty, wycie z męczarni i obłędne radości, modlitwy dziękczynne i modlitwy błagalne — wszystko, chłopską łopatą w głębokiej zakopane ziemi. Przerżnął się wskróś całego jestestwa krótki, niewidzialny, wewnętrzny szloch, — ni to szpic noża, prujący od dołu do góry, od ścierpłych znagła palców, aż do korzeni włosów. Od bólu zjeżyła się szczecina na grzbiecie wewnętrznego zwierzęcia i zakłańcała w jego paszczy żądza zemsty. Gdy starszy pan mówił pięknej matce zdawkowe komunały o oczach jej synaczka, nie domyślała się, jaka w tych słowach zamyka się treść. Wtedy to chętka zrazu przemieniła się w jego głowie na plan doskonały, na matematyczną niemal formułę wyjścia z trudnej sytuacyi. Zapytał położnicy z wytwornością nieposzlakowanego galanta:
— Sądzę, że pani już dobrze się czuje, skoro może opuszczać pokój?...
Zarumieniła się naprzód, a potem skromnie odpowiedziała:
— Tak, już znacznie jestem lepiej.
— Sama pani przyszła do tej altany, nieprawdaż?
— Tak.
— Dalej jednak, niż do tego miejsca, nie próbowała pani jeszcze się wydalać?
— O, nie! Dopiero drugi raz jestem tutaj. Ale tak mi się już uprzykrzyło leżenie w numerze za zamkniętemi okienkami!
— Czy mają państwo zamiar ulokowania się z maleństwem w mieście? Nieprawdaż?
— Oczywiście... — bąknął Śnica.
— Proszę pani... — zwrócił się pan Granowski do młodej matki w taki sposób, jakby ona jedynie o wszystkiem decydowała, a „mąż“, sterczący w pobliżu leżaka, był tu czemś w rodzaju posługacza, albo garsona, — proszę pani, mam pewną prośbę...
— Prośbę? — zdziwiła się pani Śnicowa.
— Gdyby pani była łaskawa do niej się przychylić, bardzoby to była dla mnie pochlebna i przyjemna decyzja.
— Słucham pana!
— Mieszkam niedaleko stąd, — oto tam, na tem wzgórzu za drzewami. Powietrze tam jest bardzo zdrowe na stokach Fiesole, widok rozległy. Dom mam dosyć obszerny, za obszerny, jak na moją samotność. Obok domu jest miły ogród. Czyby pani nie była łaskawa przenieść się z synkiem do tej willi „De Granno“?
Uśmiech zrazu niedowierzania, potem zdumienia, a wreszcie skończonego szczęścia przebiegał po twarzy pani Śnicowej, a dłonie jej kurczowo ścisnęły jedna drugą. Pan Granowski mówił dalej z dystyngowanym spokojem:
— Projekt, który szanownej pani przedkładam do łaskawego uwzględnienia, ma jednę złą stronę. Oto pokoje, które mam na względzie, mieszczą się na piętrze willi. Szczególniej pierwsze wejście mogłoby być dla pani uciążliwe. Lecz jest na to rada. Po prostu, — mówił z wesołym uśmiechem, — wniesiemy tam panią na tymże leżaku. Mam tam silnych ludzi. Trudno, trzeba będzie poddać się. Jest natomiast jedna pomyślna okoliczność. Na tem samem piętrze będzie mogła być stale do usługi pokojowa, młoda dziewczyna, zdaje się, pracowita i usłuchana. Odkomenderujemy ją do boku młodego florentyńczyka..
Pani Śnicowa bladła i oblewała się ponsem. Łzy połyskiwały w jej oczach i uśmiech radosny zjawiał się na ustach.
— Ach, panie! Ja nie wiem... Lechu! — zwróciła się do męża.
Pan Granowski nie przywiązywał wagi do tej apostrofy i ciągnął:
— Co się tycze stołu, to raczy pani przyjąć — czem chata bogata. Ja w samotności swej stołuję się, gdzie los zdarzy. Czasami jadam na mieście, rzadziej w domu. Ale mam tam za kucharkę żonę szofera, która wszystko nieźle przyrządza. Teraz, dzięki pani, moglibyśmy postawić własną kuchnię na właściwej stopie. Czy mogę liczyć na przyzwolenie?
— Panie! Dziękuję! Dziękuję! Oczywiście, ależ tak! Lechu, czy słyszysz, co pan powiedział?
— Szanowny pan wyświadcza nam tak fenomenalną łaskę... — cedził malarz, patrząc na przyszwy butów pana Granowskiego.
Ten ledwie rzucił na niego okiem. Milczał przez chwilę, a później dodał:
— Niestety, pokoju na malarską pracownię w całem znaczeniu tego wyrazu nie znajdziemy na tem piętrze. Ale może który nada się choć poniekąd, choć w przybliżeniu. Zresztą, sam pan to oceni, zamieszkawszy tam z rodziną.
— Dobroć pana... — krztusiła się rozpromieniona pani Śnicowa.
— Będzie to dla mnie prawdziwa łaska, prawdziwa przyjemność. Więc kiedyż będę miał możność przysłać po panią auto?
— Czy ja wiem? Lechu! Kiedy?
— Kiedy? — pytał tamten, wlepiając w uszczęśliwione oczy żony szydercze i rozjuszone spojrzenie.
„Mecenas“ dobrze rozumiał, o czem myślą małżonkowie. Zwrócił się do młodej:
— Może byłoby najstosowniej, żeby o tej sprawie zadecydował sam lekarz, dyrektor instytucyi. Czy pozwoliłaby mi pani zapytać go o to? Znam go potrosze, jako sąsiada.
— Ależ naturalnie!
— A więc to rzecz między nami umówiona, — rzekł pan Granowski, ujmując rękę pani Śnicowej i składając na tej ręce wytworny pocałunek. — Idę do dyrektora i za chwilę wracam, — mam nadzieję, z dokładnem oznaczeniem terminu przenosin.
Wziął swą laskę, kapelusz i spokojnym krokiem przebył odległość, dzielącą altanę od gmachu. Gdy otwarł ciężkie wejściowe drzwi, powiał z głębi budynku aż na dziedziniec zapach karbolu, rozpływający się w czystości upału.
— Lechu! Leszeczku! Słyszałeś?! — szeptała uszczęśliwiona kobieta, chwytając rękę męża i okrywając ją pocałunkami. — Słyszysz?! Skąd to przyszło? Co w tem jest? Co to wszystko znaczy?
— Leż spokojnie! — odburknął Śnica.
— Mój drogi!
— Zobaczymy, z czem on tu wróci.
Zaległa cisza. Młoda kobieta odchyliła w tył swą piękną głowę i szczęśliwemi oczyma patrzała w niebo. Ciało jej wzdrygało się od radosnego bicia serca. Nie mogła mówić, ani nawet myśleć. Tonęła w bezmiarze niepojętej rozkoszy.
Upał doszedł do najwyższej granicy. Ani powiewu wiatru, ani jednego ruchu liścia. Zdawało się, że stopnie z białego marmuru, iskrzące się mnóstwem gwiazdek, roztopią się, jak tłuszcz, — kamyki na ścieżce zatlą, a drewniane listwy altanki spłoną w ognistym żarze powietrza. Małe jaszczurki, o kolorze tak jaskrawo zielonym, jak młoda trawa, i tak upodabniającym się do barwy roślin, iż same wydawały się być liśćmi lub gałązkami, wypełzały na żwirowaną ścieżkę i ciężko, szybko, gwałtownie dyszały jasnozielonymi bokami. Główki ich zwracały się w prawo i w lewo, jakby szukając ratunku i ujścia przed niestrzymanem słońcem.
Śnica, podparłszy głowę pięściami, patrzał na jednę z nich i rozważał, czy ma przyjąć propozycję, czy odrzucić? Zgodzić się na to, co podsunął, czy zażądać czegoś nieskończenie donioślejszego? Już to przecie było znakiem strachu i słabości ze strony dziadygi, jeżeli nieproszony dawał tyle. Gdyby był pewny swego, czyżby zapraszał do wspaniałego pałacu chorą kobietę, malarza z ulicy i dziecko, wywrzaskujące po nocach? Dobroczyńca! Dobrodziej! Gościnny amfitryon! Zupełnie, jak gdyby ociemniałemu żebrakowi z wielkiej tkliwości dawał fałszywy pieniądz, który mu w kieszeni zawadzał, a nigdzie go wziąć nie chcieli. Bo przecie takiemu optymatowi nie wypada wynajmować w willi piętra... Ale odrzucić? A nuż się dziad zatnie i na nic innego nie zgodzi? Czemże wtedy zapłacić za chorobę żony, pobyt w sanatoryum, za co wyjechać, a choćby uciekać, czem zapłacić za izbę na via Ghibellina? Trzeba przyjąć! — myślał posępnie. To zły początek, zły pierwszy krok. Ma to pozór odczepnego, wprowadza, zamiast stanowczości, idyotyczną ugrzecznioność i bezmyślną wdzięczność. Poczekaj, drabie! Wezmę ja się dalej do ciebie, obejmę ja cię teraz rączkami!
Młoda pani nie znała biegu myśli swego męża. Oddawała się wciąż bezmyślnej wewnętrznej radości. Wyjedzie już z tego szpitala, gdzie leżała na łasce dozorczyń, lustrujących braki w jej bieliźnie i odzieży! Pozbędzie się nieznośnego zapachu karbolu i jęków, dochodzących z sąsiednich separatek. Nie będzie już skazana na straszliwe, szpitalne jadło z nieświeżego mięsa i niedogotowanych jarzyn. Nie będzie już bezsilnie znosić niepotrzebnych wizyt ginekologa z miasta, który wpada do zakładu, kiedy ma czas i chęć po temu, odrzuca z położnicy kołdrę i łapami żółtemi od jodyny ugniata ją i klepie, jak mu tam „nauka“ dyktuje, ażeby wypaść za drzwi z okrzykiem dla wyższej elegancyi, według jego mniemania, francuskim:
Bonne nuite, madame!
Poprzez liście i zwoje kwiatów altany widziała w oddali willę na wzgórzu, jakby czarujące marzenie, jakby obraz wymarzonej, niewiarygodnej rozkoszy. Drżała z trwogi, że ten sen skończy się, a obraz rozwieje. Umyślnie, przemocą wracała wyobraźnią do swego numeru, ażeby zbyt nie cierpieć, gdy się to wszystko nie powiedzie. Modliła się wewnątrz siebie tak żarliwie, jak nigdy jeszcze w życiu. Powtarzała, leżąc bez ruchu po stokroć i po tysiąckroć imię Zbawiciela, jakby tłukła głową u Jego drzwi.
Posłyszała, że wierzeja wejściowa zgrzyta, i zobaczyła pana Granowskiego, który w weselu zstępował ze stopni marmurowych. Istny anioł pocieszyciel! Za nim szedł naczelny lekarz w swym białym kitlu. Lekarz był rozpromieniony i coś opowiadał, wywijając rękami. Obadwaj zbliżyli się do altany. Pan Granowski, stanąwszy u wejścia, skłonił się pani Śnicowej i mówił napoły do niej, napoły do doktora płynnie po włosku:
— Pan profesor zgadza się na wszystko. Za pięć dni oczekuję szanownej pani. Automobil zajedzie o dwunastej w południe. Przez ten czas przygotujemy mieszkanie.
Śnica podniósł głowę i z uwagą patrzał na doktora. Ten uśmiechał się doń serdecznie i kiwał głową z gruntu inaczej, niż onegdaj i wczoraj. Złowrogi wyraz jego oczu znikł bezpowrotnie. Śnica domyślił się, iż Granowski zapłacił całkowity rachunek za połóg żony i utrzymanie jej od tygodni. Chcąc się jednak upewnić, wstał i familiarnie ujął lekarza pod ramię. Wyprowadził go z altany i tam zcicha rzekł po włosku:
— Prosiłem mego rodaka i przyjaciela, hrabiego Granowskiego, o uregulowanie mego rachunku. Czy jesteśmy w porządku?
Dyrektor uśmiechnął się dobrotliwie i ścisnął go za łokieć, jak dobrego przyjaciela. Mówił z pośpiechem:
— Ależ tak, panie! Aż do godziny dwunastej w sobotę wszystko jest uregulowane. Co do grosza! Co do grosza!


O szarym przedświcie majowego dnia ojciec Berto, przycupnąwszy na ławie kamiennej w sieni Palazzo Vecchio od strony placu Signoria, drzemał w oczekiwaniu na nadejście godziny zaczęcia roznosicielskiej swej pracy. Deszcz zmoczył był w nocy miasto, a o tej porze łagodna, błękitnawa mgła wypełniła ulice i place. W wąskich zaułkach, w szczelinach międzygmachowych, jak ów za portykiem łuczników, leżała jeszcze ciemna noc, lecz na kopułach i wieżach bielał już blask słońca, rozbłyskującego kędyś za etruskiemi górami. Berto pogrążony był w półsen-półmarzenie, we właściwe jego duszy rozważania bez udziału woli, wciąż przerywane przez modlitwę i jak gdyby w niej tonące. Życie starego roznosiciela stało się do cna smutne, obarczone nadmiernym ciężarem trosk, tak dalece pełne poczucia niedoli, tak zupełnie złem przesiąknięte, iż, zaiste, tylko złe samo zawierało dlań w sobie. Często, niemal bez przerwy, powtarzane modlitwy z żarliwością, która przeistaczała się w zaciekły wewnętrzny szloch, w namiętny krzyk, niweczyły ów straszliwy obraz życia, jako siedliska złego, gniazda mocy szatana. Głębokość wiary bez granic rozsiewała smugi pociechy niepojętej, jakoby promienie poranne w tem morzu ciemności. Okrutne myśli, jeśli nie ulegały przemianie, to obumierały od modlitw, a przytłoczone uczucia unosiły się ku czemuś czującemu i czuwającemu wiekuiście, które wszystko wie i pamięta, — mocne jest ukazać najohydniejsze formy złego, jako błędy myśli i złudzenia głupoty człowieczej. Nic to nie znaczyło, że złe dnia powszedniego, — gdzie na biedaka wszędy kapie, — przynosiło przed oczy jednakie wciąż zaprzeczenie, uderzające w samo serce, z wydarciem zbójeckiem, bez miłosierdzia, ostatniej złudnej nadziei.
Była to dola zrośnięta z ciałem, jak nędzna odzież. Lecz Bóg mocen był i z doli tej uczynić kwiat radości i zapach szczęścia, jeśli w Nim położyć wszystkę ufność i wszystkę nadzieję, na jaką stać błędnego ducha.
Berto w półśnie, którego nie mógł pozbawić się, ażeby nie stracić siły, niezbędnej do pracy, rozważał, przywołując niejako Boga na świadka i sędziego, mocą modlitwy sprowadzając Go tak blisko siebie, iż czuł niewysłowionę łaskę i bezgranicznę ulgę Jego opieki, — wszystkie troski swego żywota. Rozpatrywał wszelkie więzy i pętle, postronki i naszelniki, które dzień dnia trzymały go pod nieszczędnym batem. Ukazywał miłościwej Wszechmocy, jak dalece nie jest w stanie iść naprzód, ani w tył, w bok, ani naprzełaj, jak nie może sam się odprządz, wyrwać z chomąta, ani odejść, ani nawet upaść. Wiedział i czuł, że należałoby zerwać się i ucieczką ratować resztę życia od niemiłosiernej zagłady. Wiedział, że przybliża się niejasne, dawniej nieznane wcale wyobraźni, straszliwem zimnem przejmujące zakończenie wyczerpujących się sił, — że trzeba działać stokroć szybciej, niż dawniej, chcąc nasycić się dobrem życia. Lecz wiedział również, że takiego zamachu wykonać nie zdoła, gdyż miał świadomość o utajonych w jestestwie, choć w danej chwili bezczynnych i pozornie wygasłych, wszechpotężnych uczuciach. Trzymały go sznury i węzły tysiąckroć mocniejsze, niż pokusy i żądze, — bo miłość do dzieci. O, jakże straszliwą była jej moc niepojęta! Jakże niezgładzone, nieznane cierpienie było w jej głębi, i jaka zarazem rozkosz naga i prosta! Dzieci, każda z istot, oznaczonych imionami — Cesare, Isolina, Inez, Yole — były to części jego fizycznej natury i odszczepy jego duszy, — wewnętrzne boleści i choroby, a zarazem coś jak gdyby wyrzeźbiona muzyka szeregu śpiewających wyrostków Łukasza della Robbia, na którą raz przypadkiem zdarzyło mu się patrzeć a patrzeć w zadumaniu nienasyconem.
Berto czuł w gardzieli, w tem miejscu, z którego wydobywał swój powszedni, wrzaskliwy okrzyk, stały, a wciąż wzmagający się ból, jakby tam formował się guz i narastał wrzód. Wiedział, iż ów bolesny trzpień, nieubłagany, cichy wróg, począł się i rośnie z krzyku w ulicach, — że tym krzykiem żywi się i od niego rozrasta. I wiedział również, że za jakąś godzinę trzeba będzie rozpocząć na nowo tenże krzyk, trwający cały dzień, wrzask — zarobek, tem donioślejszy, im bardziej trzeba pokonywać głosy współzawodników i rywalów. Patrzał w konieczność swego losu, w szatańską śmieszność przeciwności swego zawodu, przypatrywał się nieustraszoną źrenicą tragicznym głupstwom, figlikom i podrygom szatana. Rozumiał, że musi skazywać się na ból, rosnący w gardzieli, codzień głębiej i ostrzej dotkliwy, — dla miłości Cesarego, Isoliny, Inez i Yoli. Taki był los! Lecz, — o wszechmogący Boże! — nie wołać już w ulicach Florencyi! Zamilknąć! Zamilknąć, jak inni, szczęśliwi ludzie! Gdy myślał o takiem szczęściu, wszystek zamieniał się w westchnienie, w jęk modlitewny i, jako proch, leżał u stopy Boga.
Gdyby Cesare był inny!... — marzył Berto. — Gdyby cokolwiek rozumiał! Gdyby miał w sobie choć okruch serca Isoliny! Gdyby przynosił do domu jakikolwiek zarobek i choć trochę dawał na życie! Ale gdzież! Trzeba było drzeć się całemi dniami, żeby jego odziewać i karmić, zachowywać grosz gotowy na wykupywanie go z kryminałów, na łapówki i kaucye, — trzeba było ugłaskiwać go podarunkami, zaliczkami, sprawianiem ubrań i bielizny, żeby raczył choć trochę statkować i nie niszczyć bytu rodziny. Gniew nieposkromiony, istny niszczący ogień w podmuchach mściwości, buchał w duszy ojca i rozszarpywał jego istotę. Ręka drżała, miotając się wściekle do bicia, do katowania na śmierć tego łotra, który nic nie czuł i o niczem nie chciał wiedzieć. Długie mijały chwile, nim uciszyła się wewnętrzna furya i nastał pozorny spokój. Serce pędziło, jak kamień, zepchnięty z wysokiej góry. Lecz oto dawał się słyszeć głos trąbki Cesarego, dający znać, że pierwsze tramwaje nadchodzą. Ze swej kryjówki Berto dostrzegał w istocie, jak lśniące wozy jeden po drugim wytaczają się z ciemnej ulicy Calzaioli na plac, tu na krótko przystają, a potem szybko nikną w małym zakręcie na Tomambuoni. Chrapliwy w ciszy głos owej trąbki spływał na serce ojca, jak niewysłowiona pociecha.
Jednakże jest przy pracy, — myślał roznosiciel o synu, — myślał z niewypowiedzianą pociechą i wśród dziękczynień dla miłosierdzia, które tę ulgę zesłało. Nagła fala cudnego zapachu miłości wlewała się do jego czarnej duszy. To nagłe uczucie dla pierworodnego, dla dziwnej drugiej postaci samego siebie, dla skarbu nad skarby — było skryte i niejasne, zależne nie od woli, nie podlegające sile perswazyi rozumu, ani nawet ślepej namiętności cielesnego gniewu. Była to cienka wewnętrzna nić związku z Bogiem, a raczej nić rzucona przez Boga, za Jego pośrednictwem. Możnaby powiedzieć, że nie była to miłość, lecz jakowaś sprawiedliwość, erupcya wyrzutów sumienia, tak współczująca przewinieniom, iż ani rozum, ani honor za przewinienia ich nie uznawał. Było to zniżenie się do błota grzechów, popełnianych przez tamtego, i uznanie ich za właściwości swojej własnej w żyłach krwi. Było to pojmowanie tamtej istoty i wszystkich jej praw w całości, ogromie i potędze. Były to troski i zachwycenia się innemi pasyami i innemi myślami, niż wszystkie, które były w nim samym, przeżytym człowieku, byłym mężczyźnie. Stamtąd padało owo spojrzenie z wysoka, z jakiegoś krzesła zrozumienia. Była w tem niedosięgła rozkosz poznania tego, co się zdrowemi myślami poznać nie daje.
— Cóż ja? — mówił do siebie stary Berto. — Alboż ja jestem? Byłem. Mnie już niema. Byłem, a tego, co jest, już nie chciałbym nigdy widzieć we wspomnieniu. Ale po prawdzie, czemże ja byłem? Czem jestem?
Wspomnienie wbrew woli, niepotrzebne i samo dla siebie, wciskające się między myśli, ni to dziecko lekkomyślne między rozumnych dorosłych, poniosło go w lata minione. Ukazała się jak gdyby opowieść, gadka o kimś niegdyś znajomym, o młodym chłopcu, który był. Łańcuchy wzgórz obnażone z lasów biegną w dal, zniżają się w rozdół i schodzą aż do błot Vady. Pieni się u stóp stromych skał fijołkowe, gorące, pełne iskier livomeńskie morze. Śnią w jego dalach, w bezbrzeżnych smugach, połyskujących płaszczyznach i matowych polach, jakoby obłoki siwe, wiecznie w tych samych miejscach znieruchomiałe i na zawsze w tychże okręgach morza utopione — Gorgona, Korsyka, Kapraja, Elba. Dymią się w gorącem słońcu, poprzez szerokość niziny, rozpostarte błota maremmy. Wyziew ich nie dosięga tej urodzajnej wyżyny, gdzie z suchym szelestem kołysze się dorodny, wielkoziarnisty jęczmień, — szarzeją stare oliwy i wygrzewa w upale grubopienna, wieloletnia winnica. Z rykiem idą w stronę domu wielkie gospodarskie krowy, popędzane przez małego pastuszka, przybłędę Berto. Leniwie, oślinionemi żuchwami mimlą strawę, przymykając swe przecudne, ogromne oczy. Kędyś w górze, między zaroślami, skrzypi niewidzialna, ciężka biga i słychać głos poganiacza z Rosignano, z tego gniazda na skale, co wiecznie jednako lśni i wiecznie ciągnie ku sobie rozciekawione spojrzenie małego pastucha. Długa gliniasta droga, powydzierana przez wody, biegnie w dolinę, w jałową fałdę między dwiema nagiemi górami, gdzie każdy krzew grubości męskiej ręki wycina chłopska siekiera. Cichy strumień sączy się w tę samą dolinę. Słychać w głębi głowy przytajony syk, niemowny głos tego strumienia, jakoby wołanie sekretne, pozew ziemią idący. Onaci jedna wiedziała, — tamta dolinka, — o czem sam ze sobą bredził, chodząc za bydłem, pastuszek włóczęga, ona jedna była pilną powiernicą tych wszystkich wielkich głupstw, które mu wtedy przez pustą przepływały głowę, jak obłoki przez niebo. Podaje teraz oto z głębi swego ciemnego łona jakowyś tajemny znak, przypomina dawne, dziecięce banialuki. Płacz niestrzymany drga w głębi duszy. Skarga długa zanosi się przez ów głos zagasły w duszy. Z chaosu uczuć nierozsądnych wyłania się i przybliża barwa gliniastej, tłustej, jednostajnej ziemi tamtej doliny. Podsuwa się do oczu, do ust, do gardła. Ciężko się kładzie grubemi warstwami na piersiach. Serce ich nie może udźwignąć. Dech ustaje. Z odrazą niewypowiedzianą i z ciekawością pierwiastkową, jak u dziecka, zatapiają się struchlałe źrenice w tę nieprzebraną, nigdy nieprzekopaną ziemię. Głębina jej cuchnąca, która w żadną stronę nie popuszcza, rozwiera się i pochłania, zamyka i nawala z wierzchu. Przestrach cichy, jednostajny, nieodmienny, wieczny przenika serce. Już to nie ta sama ziemia, którą ongi stopą, lekką, jak obłok, chyżą, jak wiatr, potrącało się w biegu! To przyczajona lichwiarka, nadchodząca zdaleka, żeby się pomścić ze śmiechem straszliwym za każde lekkomyślne po niej stąpnięcie. Ukazuje się teraz w strasznej nagości, której ślepe oczy nie widziały były, pcha się w usta, w żyły, w kości i wsysa w siebie żywą krew.
Bezmyślne z bólu oczy błąkają się po nagich ścianach wielkiego przedsionka starego pałacu. Precz, zabójcza glino! Tam i sam, wmurowane w nagi, z czerniały mur bieleją tablice z marmuru, zawierające wersety Dantego. Przy blasku wkraczającego dnia oczy prostaka chwytają i składają do kupy litery:
La tua città, che di colui è pianta
Che pria volse le spalle al suo Fattore
E di cui è la invidia tanto pianta,
Produce e spande il maladetto fiore
C’ha disviate le pecore e gli agni
Però che fatto ha lupo del pastore“.
Dziwne, niezrozumiałe słowa o fundatorze Florencyi, szatanie, — o rodzie jej, który wydał ze siebie i rozsiewa florena, pieniądz florencki, il maladetto fiore“, uwodzący zwierzęta i aniołów, odmieniający pasterza na wilka, — dziwnie przypadają do duszy ubogiego roznosiciela dzienników. Nie ta myśl, jaka zawarta jest w wersecie, lecz pewna pokrewna, zbliżona do tamtej, (— jak jest z każdem ludzkiem zaczerpniętem na własność skądkolwiek uczuciowem powzięciem), — spłynęła do smutnej duszy. Śmieją się do tego wiersza oczy. Klaskają ręce. Wargi powtarzają te słowa przedwiekowe, jakoby skargę najbardziej własną, jako formułę gniewu, płonącego wewnątrz piersi od tylu lat. Oto napisał całą prawdę ów Dante! Ten wiedział! O, miasto! O, gniazdo nienawiści! Co robią tutaj ci wszyscy ludzie, wydzierający sobie we wściekłej walce il maladetto fiore“? Co on tu robi sam przez tyle, tyle lat? Co zawiera się w szmatach papieru, które roznosi przez całe niemal życie? Co on właściwie czyni, wrzeszcząc wśród kamienic? Patrzał skostniałemi oczyma na wielkie gmachy, otaczające sławny plac — Piazza publica, — Piazza del Gran Duca, — Piazza Signoria? Kto mieszka tam wysoko, za lustrzanemi szybami? Kto tam mieszka i co się tam dzieje? Tam mieszkają — panowie. Co oni tam robią? Zajęci są tem wszystkiem o czem piszą gazety, czemś niepojętem, czemś, co przewyższa możność objęcia przez rozum prostaczy. Panowie! Oni to rozszerzają w tem zbiorowisku kamieni nienawiść straszliwą, ludzie ludzi skazują na życie zwierzęce wśród nędzy, niedoli, brudu. Oni to rozszerzyli wśród ludzi złodziejstwo, nadużycie, oszustwo, morderstwo, tyranię, przemoc, egoizm, fałsz, pogardę, podstęp i wstręt do życia.
Na drugiej marmurowej tablicy, którą światło dnia z mroku wydobyło, Berto napotkał oczyma i pierwszy raz przeczytał tę najzjadliwszą z inwektyw Dantego przeciwko Florencyi:
Molti han giustizia in cor, ma tardi scocca,
Per non venir senza consiglo all’arco;
Ma il popol tuo l’ha in sommo della bocca!
Molti rifiutan to commune incarco,
Ma il popol tuo sollecito risponde
Senza chciamare, e grida: Io mi sobbarco!“
Or ti fa’ lieta, chè tu fai ben onde
Tu ricca, tu con pace, tu eon sènno“.
Och, uciec! Uciec z tego zbiorowiska wiecznych przeciwieństw, gdzie, unikając jednej klęski, popada się w drugą stokroć gorszą! Raz jeszcze westchnąć w tamtej dolince, posłuchać, co szemrze młodzieńczy strumień, raz jeszcze odnaleźć samego siebie! Być przez jeden jedyny dzień sobą samym! Dolino, dolino... — marzył stary człowiek, ująwszy głowę w dłonie i kołysząc ją w prawo i w lewo. Wiedział, iż to marzenie nie może się ziścić, że nie można wyjść z zaprzęgu swego, że uczuć swoich nie można rozwiązać wbrew sobie i zdjąć ich ze swego ducha. Sam tylko Bóg mógłby je rozwiązać i unicestwić zaprząg życia. Ażeby to uczynić samemu, trzebaby być katem względem własnych dzieci, opuścić je w szalonym wirze tego miasta, podnieść rękę z siekierą na coś świętszego, niż życie, na swoje własne, tajne uczucie. Nie miał na tyle siły. Lecz modlitwa jego stała się głęboka i żarliwa, wysoka i strzelista. Podniósł oczy z prochu ziemi i szukał Boga. On jeden mógł rzucić światło w tę jego noc nieprzerwaną. On jeden mógł go uwolnić od pańszczyzny krzyku w ulicach i uleczyć wrzód w gardle. On jeden mógł podać rękę i poprowadzić go do cichej doliny w rodzonych górach. Jeżeli zechce... On jeden, który umie sprowadzić błogosławioną łaskę twardego snu na ciało drgające w mękach po barłogu wpośród wieczności bezsennej nocy, — On, co rzuca lub odwraca straszliwe tajemnice chorób w ciała umiłowanych dzieci, lub je odmienia w kwitnące zdrowie, — On jeden, widzący jasno wewnątrz ociemniałych czynów człowieka, — On, przezierca myśli waryata, uśmierzyciel straszliwości gniewu ojca na syna i ogromu żalu syna względem niesprawiedliwości ojca, — który kierować jest w stanie wściekłością chuci ludzi zezwierzęconych, — złe na dobro wykręcać w nieświadomych niczego pasyach młodej dziewczyny i w pożądaniach miłosnych młodego chłopca.


W dniu oznaczonym pan Granowski nadesłał samochód przed zakład leczniczy. Pani Śnicowa ze swym synkiem i skąpym zasobem manatków, zwłaszcza ulegających częstotliwemu praniu, przewieziona została do willi de Granno. Pierwszy raz w życiu jechała wspaniałym automobilem, to też, mimo wstrząśnień, nieuniknionych na obmurowaniach ścieków bocznej ulicy, miała złudzenie, iż uległa porwaniu do nieba. Na drugiem piętrze willi wszystko było na jej przyjęcie gotowe. Nie zapomniano nawet o kołysce dla małego Stasia. Była to średniowieczna florencka culla, wisząca na stalowym obłąku, zasłana różowym atłasem. W starożytnej, italskiej, a z nowożytnym przepychem zasłanej kołysce błękitnooki słowianin spał odrazu, jak zabity. Nad jego życiem, oprócz matki, roztoczyła teraz baczną opiekę pokojówka Isolina. Mimo lat bardzo młodych miała ona już w sobie instynkt macierzyństwa silnie rozbudzony. Nadto mały słowianin śmiał się do niej odrazu czarującemi oczyma, więc popadła w latyński szał dla tej tajemniczej figury. Kąpała pokrakę z taką rozkoszą, jakby to było jej własne dziecko, — wstawała doń w nocy, ilekroć się przebudził, nosiła go po alejach i zakątkach ogrodu, woziła w wózeczku i śpiewała mu najpiękniejsze florenckie piosenki. Pani Śnicowa miała do dyspozycji w willi De Granno dwa gustownie urządzone pokoje, które łączyły się z izbą Isoliny. Znalazła w młodej służącej wyręczycielkę we wszystkiem. Odrazu się zaprzyjaźniły, mimo, niby to, różnicy stanowisk społecznych. Wyznały sobie wszystko, co tylko dało się wypowiedzieć ustami z rzeczy zarówno rzeczywiście istotnych, jak dających się bez trudu dokomponować. Dla pana Śnicy znalazł się na wyższem piętrze duży pokój, który zamieniono na pracownię. Tam przeniesiono jego blejtramy, płótna, palety, farby i różne malarskie gałgany. Szło się do tego pokoju temiż schodami, co na drugie piętro willi, lecz trzeba było potem minąć korytarz poprzeczny i wstąpić na jedne jeszcze schodki boczne.
Stary Catone przypatrywał się z podełba całej kompanii gdy się wkwaterowywała na piętro, dotąd puste. Obejrzał rzeczy tych cudzoziemców pod ich nieobecność chwilową i dziwnie długo świstał przez jeden ze swych wypróchniałych zębów. Przypatrywał się również uważnie ekstazom i zapalczywym pracom Isoliny, jakie roztaczała dokoła dzieciaka tych ludzi. Przestał się tem zajmować. Przyszedł do wniosku, że roboty wprawdzie przybędzie, lecz jej nadwyżkę da się przesunąć na karb tej dziewuchy. Nadto, zdecydował, że jeżeliby przypadkiem coś w willi, — czego Boże broń! — cenniejszego zginęło, to wobec tylu ludzi i o takich zasobach materjalnych, da się podejrzenie na sprawcę rozszczepić w wielu kierunkach.
Leszek Śnica nie mógł się wyprowadzić ze swej poprzedniej pracowali na via Ghibellina bez opłacenia komornego za czas bardzo długi. To też po prostu nie wrócił do owej pracowni. Nosił jednak przy sobie klucz od niej. Z tym kluczem pojechał pewnego pięknego poranku stary Berto i przywiózł fiakrem obrazy i efekty malarza do willi De Granno. Wszystko to załatwiła właściwie Isolina z wiedzą pana Granowskiego, a niby to bez wiedzy Śnicy. Przynajmniej ostatni nie dopytywał się, jakim to się stało sposobem, że owe malowidła, gołe płótna, zwitki i pędzle, farby i flaszki wydano dobrotliwie ojcu Isoliny. Właściciel dawnej pracowni przybiegł nawet pewnego popołudnia do willi, chciał się widzieć z signorem Śnica, ale audyencyi nie uzyskał i oddalił się bez szemrania. Na tem stanęło. Malarz nie był ciekawy, dla czego ów kamienicznik tak fenomenalnie skruszał i zmiękł. Co go to, „jako artystę“, mogło obchodzić? Wystarczyło mu stwierdzenie faktu dokonanego. Pokój, przeznaczony teraz na pracownię malarską, nie miał w intencyi architekta, który dom budował, takiego przeznaczenia. Lecz ta obszerna izba posiadała duże okno, zwrócone w stronę Fiesole i ogrodów, piętrzących się w górę, poprzedzielanych wielkiemi murami klasztoru Dominikanów i willi Mozzi. Stała przed tem oknem jak gdyby wielobarwna kaskada drzew i kwiatów, spływająca z etruskiej góry, uwieńczona cyprysami Santa Maria Primerana.
Mając przed oczyma nieustannie ten widok falisty, pełen miękkości i kolorów, Leszek Śnica zajęty był sprawą pokonania w malarstwie właśnie impresyonistycznych barw, plam, głębokości oddalenia i powłóczystości światłocieniów. Zadanie jego polegało na skierowaniu, niejako, ekspansyi malarskiej w inną stronę. Chodziło nie o odtwarzanie pejzażów, o uprzytomnianie dobrze trafionych figur ludzkich lub zwierzęcych, defilujących po ziemi, martwej czy żywej natury, boć to dla oczu ludzkich po tylu eksperymentach w ciągu tylu wieków małpowania natury chyba winno było być mniej już pociągające i ciekawie.
Malarz Śnica, odrzucając odtwarzanie barwności plam i zagłębienia w przestrzeń, usiłował pochwycić samą istotę rzeczy lub uczuć. Wszystko mu było jedno, czy tej istocie rzeczy lub uczuć nada się formy, zapożyczone z geometryi lub architektury, — czy się je niejako przybliży do widza, prawie wysunie z ram, nie w głąb, lecz właśnie naprzód; — wszystko mu było jedno, czy się wskutek tych usiłowań popadnie w pewien styl twórczości, który wchłonienie w dzieło sztuki ogromu zjawisk cielesnych lub duchowych umożliwi i, poniekąd (dla żyjącego pokolenia widzów), ułatwi. Praca jego polegała na czem innem, — na poszukiwaniu własnej formy malarskiej. Nie zadawalniały go koncepcye poprzedników, usiłujących wyrazić swe dusze za pomocą kształtów, złożonych z abstrakcyjnych sześcianów, walców, kul i wszelakich brył geometrycznych. Nudziły go również złudzenia futurystów, iż odtwarzają, dajmy na to, ruch, jeżeli nakładają jakąś figurę, zastygłą w pewnym momencie czasu, na inną i rzecz na rzecz w ruchu. Wszystko to było nieudolną starzyzną, macaniem w ciemności. Jego dusza, opętana wciąż teraz stałemi pasyami, przypadającemi nań ze świata zewnętrznego, wytryskującemi z tych samych ciągle faktów, rzeczy, przedmiotów, zawierających w sobie, jak symbole, tysiące zjawisk, — poszukiwała, ażeby się uciszyć, czy na nowo podnieść, formy malarskiej, któraby, na podobieństwo lustra, odzwierciadliła tamte fenomeny i widma ducha. Śnica opanowany był żądzą wyjścia niejako ze siebie, erupcyi całej wewnętrznej iścizny, przewyższenia siebie o dwakroć, trzykroć, dziesięćkroć, pokazania w jednym znaku wszystkiej swej furyi. Dusiła go rzeczywistość. Czas mu uciekał, jak woda z pękniętej konwi. Ziemia pod stopami paliła się i drżała. Rozjuszały go nagromadzone dzieła sztuki i wielkie żądze, które te dzieła zawierają w sobie. Pogardził Florencyą, tem zbiorowiskiem obrazów, nienawidził starych pacykarzy, dawnych „mistrzów”. Palił się w nim dyabelskiemi ogniami do ostatniej granicy wysubtelniony bandytyzm, czyli artystyczna finezya. Ileż to razy stał przed drzwiami Ghiberti’ego lub freskami Masaccia, lżąc tych robotników przeszłości ostatniemi słowami. — Ileż to razy błąkał się w Bargello lub Uffizi’ach, lżąc siebie i wyzywając ostatniemi słowami! Nie chciał być niczyim naśladowcą, uczuciem, potomkiem, wykonawcą czyjegoś malarskiego wynalazku. Pochłaniał każdą metodę, każdy sposób, przyswajał sobie każdy rodzaj i natychmiast go precz odrzucał, idąc dalej. Szukał swej własnej formy, swego logarytmu, któryby zamknął ogrom wewnętrznego pożądania i udręczenia. Alboż Masaccio malował Adama i Ewę, wygnanych z raju, w Santa Maria del Carmine, a Fra Angelico obraz Zbawiciela na krzyżu z celi Savonaroli, w San Marco — dla trafnego oddania Adama i Ewy lub Zbawiciela? Odtwarzali oni w swej sztuce, podówczas nowej, w figurach takich lub innych swe uczucia, swe żądze wewnętrzne, pasye swych dusz.
Śnica przeżył Xenię Nienaską. Patrzał na jej twarz, z oczyma zastygłemi i trzymał na kolanach martwą głowę, omotaną splotami czarodziejskich włosów. Wówczas przeżył najstraszliwszą chwilę życia. Słyszał nad uchem szczekający radośnie śmiech szatana. W istocie umarła! Miljony i ta kobieta! A w gruncie rzeczy nic! Nic a nic! Tęsknił za nią. Ciemnemi nocami na swem wyrku malarskiem wył w brudną poduszkę ze wściekłej za nią tęsknoty, gdy już gniła dawno w czarnej ziemi. Było w tej kobiecie coś szczególnego, jedynego, o czem nie był w stanie myśleć bez męczarni. Uśmiech, słowo, spojrzenie, pewne niepochwytne poruszenia, a nadewszystko coś wyższego, z pańska, jakaś mądrość, czy też delikatność czucia, subtelność widzenia, kobiecość i łagodność decyzyi, która musi być prawem królowej, albowiem jest niem w istocie. Żeby w sobie zabić tamto widmo, przyżenił się do rodziny urzędniczej, pojął w małżeństwo prześliczną blondynkę bez posagu. Wybrał najładniejszą, jaka tylko była w Galicyi i Lodomeryi wraz z Wielkiem Księstwem Krakowskiem. Koledzy odradzali, perswadowali. Zrobił to na złość sobie i im. Nadewszystko na złość tej pannie Celinie, obecnej małżonce. Podobała mu się, czyniła zadość jego estetycznym wymaganiom. Musiała, oczywiście, skrobać za to kartofle, prać brudne łachy, a nawet rąbać i nosić drwa, tudzież węgiel, — to trudno. Była żoną artysty. Wyjechali do Włoch. Przyszło dziecko. Bieda straszliwa na obczyźnie. Zanim nauczyli się mówić płynnie po włosku, w pierwszych tygodniach pobytu we Florencyi wypadło poświęcić ostatnie liry na telegram z zapłaconą odpowiedzią i zapytaniem do jednego z kolegów, znawcy Włoch, — siedzącego w Krakowie, — gdzie, u dyabła! w tejże Florencyi, w której murach właśnie przebywali, mieści się lombard? Na której ulicy? Odpowiedź nadeszła i jakoweś familijne „precyoza“ pani Śnicowej spoczęły na zawsze w owej toskańskiej instytucyi. W czasie ciąży i połogu żony Śnica duchowo „wrócił do siebie“. Stał się sobą z przed doby ślubu. Ta żona była obok niego, żyła z nim, krzątała się i posługiwała, ale nie ona to przebywała z jego myślami i czuciem. Zawsze tamta. Stracone miljony i stracona tamta! Czemżeby był, gdyby był z tamtą! Z tamtą to przechadzał się pod wielkiemi drzewami. Viale dei colli, wśród kwiatów ogrodu Boboli, — z tamtą rozmawiał w ciemnych głębiach kościołów i w salach starych pałaców, przed nieśmiertelnemi malowidłami Giotta i rzeźbami Verocchia. Byłby synem królewskim, twórcą, panem, rozkazodawcą, weselnym w duszy artystą! Teraz został ponurym oberwańcem, malarzem bez przyszłości, poszukiwaczem sposobu nie do znalezienia, „tym Śnicą“. Ale trzeba trafu, że w takim stanie ducha kiedyś na ulicy spostrzegł pana Granowskiego, jadącego w automobilu. Na tym panu spoczęły jego wilcze oczy, jako na uzurpatorze jednej części tego, czem mógłby być „ten Śnica“. W złą się to stało godzinę. Coś wtedy zapaliło się strzelistym płomykiem...
Tematy malarskie Śnicy były to kształty pewnych przedmiotów fizycznych, zamykające w sobie wszystek żar ogniów piekła. Srebrny worek Xenii z zawartym w nim testamentem; testament, pisany w gzygzaki, przypieczętowany wielkiemi kroplami krwi, kapiącej z nosa człowieka, który kona; wiekuisty, wiecznotrwały, tkwiący w mrokach nieskończoności uśmieszek Xenii, której głowa dawno już dawno stała się gołą czaszką, a której usta dawno już dawno zżarło robactwo. Opętany przez te pomysły Leszek Śnica zarysowywał i zamalowywał liczne płótna i kartony w swej pracowni na górze willi De Granno.
Pan Granowski miał w tem pewną rozrywkę, że na piętrze gnieżdżą się ludzie. Nie było w domu tak pusto i głucho. Nie widywał i nie słyszał tej biedoty, gdyż pani Śnicowa z synem mieściła się niebezpośrednio nad jego pokojami. Nad głową swego pana Catone stąpał po dywanie w miękkich pantoflach. Czereda przybłędów dostawała się na swe piętro schodami od ogrodu, na które „ekscelencya” rzadko zaglądał, gdyż i do ogrodu miał wyjście własne. Nadewszystko jednak, — tak sądził, — trzymał Śnicę w ten sposób, niby na smyczy. Pewnego razu, w dzień zielonych świąt, pan Granowski postanowił zstąpić nawet jeszcze niżej. Zawołał w przeddzień Isolinę i polecił jej, żeby nazajutrz zaprosiła, jeśli zechce, do willi całą swoją familię na przyjęcie świąteczne. Dał również zlecenie Catonowi, żeby przyprowadził, jeśli mu się to podoba, swych synów. Wszyscy mieli prawo korzystać przez kilka godzin z jadalni, bawić się i ucztować na koszt pana. Chodziło o to, żeby pokazać malarzowi, iż łaska pańska, jemu wyświadczona nie jest jakowąś przed nim trwogą lub ustępstwem specyalnem, lecz taką samą magnacką fantazyą, jak to właśnie przyjęcie dla domowej czeladzi. Nieoczekiwanie na tę recepcyę służby zaprosiła się pani Oscalai z dziećmi. Proszono tedy i panią Śnicową z synem, — a wreszcie i wielkiego malarza. Wobec takiego obrotu rzeczy „padrone“ musiał osobiście czynić honory domu. Poprowadził to z gładkością i wprawą wielkiego pana, któremu wszystko przystoi. Goście boczyli się na siebie, rozbici na kilka grup, zanim zasiedli do stołu obficie zastawionego. Ale pani Oscalai, umiejąca doskonale mówić po włosku, wnet zdołała tchnąć ożywienie i swobodę w obcowanie tego dziwnego towarzystwa. Pan Granowski niemal osobiście zapraszał gości bez względu na ich stanowisko społeczne. Catone szczodrze rozlewał marsalę. Dwaj jego synowie, jeden subjekt z drogeryi, a drugi niższy urzędniczek pocztowy, z godnością odpowiadali na pytania pana Granowskiego, mówili zdaniami okrągłemi i utartemi słowy, które wszędzie muszą być dobrze widziane, gdyż są w powszechnym obiegu, jak bilon drobnej monety. Isolina była w swoim żywiole. Pozwalała sobie nawet na swobodę żarcików. Pochlebiała jej łaskawość pani Oscalai i, niejako, zażyłość z panią Śnicową. Cieszyła ją możność pokazania wszystkim, iż biedna rodzina ojca Berto nie jest tak znowu beznadziejnie ostatnią, skoro zasiada do stołu z osobami takiego dostojeństwa i bogactwa. Śnica był ironiczny. Nudził się i niecierpliwił. Jadł dużo, jak w restauracyi. Kazał podawać potrawy co najlepsze, smakołyki, owoce, przebierał w gatunkach win, kaprysił co do rodzajów już wybranych. Pokazywał temu Granowskiemu i tej tam pani Oscalai, a nadewszystko Catonowi, że było się przecie w Paryżu, widziało się nie takie uczty i nie takie pijało wina, (aczkolwiek, po prawdzie, widziało się co najwyżej Lilasy na Montparnasie i Leduc’a na Raspailu). Najbezczelniej zachowywał się mały Śnica, bez zwrócenia uwagi na czyjekolwiek dostojeństwo lub kapitały. Najskromniej znowu tkwił za tym pańskim stołem stary Berto, ubrany w paradną marynarkę i czystą, wymaglowaną bieliznę. Siedział na brzeżeczku krzesła, jadł mało, pił jeszcze mniej i bacznie patrzał, czy aby dzieci zachowują się poprawnie podczas tak wielkiej chwili. Pierworodny syn Cesare, pod surowemi spojrzeniami ojca, siedział również, jak na szydłach. Jadł tylko takie okruszynki ciasta, że i kanarek nie pożywiłby się niemi, krajał mięso na najdrobniejsze skraweczki i dziobał je jednym zębem widelca. Widelec ów trzymał we dwu palcach, a resztę palców rozczapierzał ozdobnie w górę. Pił wino minimalnemi kroplami. Poczytywał to, widać, za najwłaściwszy rodzaj elegancyi i przystojności towarzyskiej. Natomiast dwie jego młodsze siostrzyce, Inez i Yole, przy tej uczcie znalazły dopiero właściwe źródło a zarazem ujście dla swych apetytów. Ściągały pośpiesznie, garściami, na nic nie bacząc, orzechy, cukierki, łakocie, owoce, oraz wszystko, co tylko było w pobliżu. Nie kazały prosić się dwa razy Catonowi, gdy obnosił półmiski, ani zwracały uwagi na Isolinę, gdy im dawała znaki, żeby nie tak łapczywie opróżniać kieliszki drogiego wina. Cesare, siedzący obok, kopał nadaremnie i wielekroć to jedną, to drugą pod stołem. Ojciec napróżno, ze straszliwością groźby wytrzeszczał na nie oczy. Gdy poczęły zapamiętale gryźć zębami orzechy, z ciapaniem wysysać pomarańcze, a łupiny i skóry ciskać za siebie na ścianę, Cesare nie wytrzymał i w najgłębszym, jak mu się zdawało, sekrecie wystrzelał po twarzy Inezę raz i drugi, a Yoli wypalił jeden, ale siarczysty policzek. Nieszczęście chciało, że odgłos tej czynnej admonicyi rozległ się w chwilowej ciszy i zwrócił powszechną uwagę. Babbo był do gruntu unieszczęśliwiony. Postanowił zaraz po uczcie sprać zarówno Cesarego, jak Inezę i Yolę.
Pan Granowski bawił się w jednakiej mierze widokiem biesiady, jak owemi odgłosami. Za jego pańskim uśmiechem, tak dobrotliwie wyniosłym i tak cierpliwie wyrozumiałym, jak za maską, kryła się myśl: — gdybyż ci ludzie wiedzieli... Gdyby wiedzieli, w jakiem towarzystwie, w jakiem to gronie, on, dostojny ich amfitryon, spędzał w Paryżu jedne i drugie święta zielone... Gdyby mogli widzieć twarze ojcobójców, morderców, bandytów, zbójów, oszustów, złodziei, zielonolicych zwierzaków w ludzkiej postaci, którzy ramię w ramię z nim, obecnym „panem“, ucztowali w tym dniu... Był ich wspólnikiem i naśladowcą. Był jednym z nich. Tamte twarze przesuwały się przed jego półprzymkniętemi oczyma, — dzieje ich długie i przeraźliwe, dzieje każdego poszczególnie i dzieje wszystkich wraz płynęły w krótkiem widzeniu wskroś jego pamięci, jak nieraz w śnie przemyka się w jednej minucie olbrzymia wieczność trwania chaosu wydarzeń i obłąkany nieład przypadków. Ten to sen pamięci, przeoblókłszy się w myśl, zrodził twierdzenie: pieniądze wyniosły mię stamtąd aż tutaj. Dobrem bez granic są pieniądze. Złoty orzeł wszędzie dolata. Za nic pieniędzy nie oddam! Choćby przyszło z czartem gryźć orzechy!


Moda latorośl rodu Śniców budziła się codzień o świcie i zaczynała rozdzierać powietrze nieposkromionymi krzykami. Pani Śnicowa, która była zmuszona wstawać kilkakroć do syna, wydawała go wówczas w ręce Isoliny, nadbiegającej do drzwi jej pokoju. Młodociany krzykacz uciszał się dopiero w obszernej kuchni, pustej i nieużywanej, — skąd zresztą jego głos nie dochodził już do nikogo w całym domu. Isolina z jednaką zawsze pieczołowitością i niewyczerpanem weselem młodocianego zdrowia zabierała dziecko we władanie. Tam kładła je na wielkim stole w środku obszernej izby, rozpowijała z ciasnych florenckich faschi’ów i przenosiła woniejące amoniakiem na suche i wygrzane poduszki. Gdy ona tego puzzano i gran pischione przemywała z mniemaną odrazą, on wywijał zgrabnie i żwawo rękoma i nogami, skrzeczał radośnie i coś samemu sobie rozpowiadał monosylabami, podobnemi do kumkania żab na wiosnę. Cameriera, codzień jednako nim zachwycona, wciąż sekretnie żałująca, iż nie może go karmić własnemi piersiami, nie posiadającemi, niestety, nic, coby mogło młodego żarłoka nasycić, przemawiała doń włoskiemi pieszczotkami, wśród których zdrobniale nazwy — bellino, carino, piccinino, bereghino — tworzyły czarowne odmiany i refreny istnych piosneczek oryginalnych, żywych, własnych, wciąż tryskających radosną czułością, jak wieczne źródło krynicznej wody. Błękitne oczy — questi occhioni! — pięćdziesięciodniowego kawalera spoczywały wciąż w czarnych, jak noc, oczach toskańskiej dziewicy. Czy je widziały, — któż zgadnie? Skoro tylko jego usteczka rozdziawiały się, co mogło oznaczać podobiznę zarówno płaczu, śmiechu, jak ziewania, Isolina poczynała zasypywać go nowemi pochwałami, istnymi kwiatami słów pieściwej mowy toskańskiej. Zresztą w przyrządzie Soxheleta już wówczas dogotowywało się słodkie śniadanie małego Śnicy. Wnet gumowe poppatoio trafiało do jego ust, a pełna flaszka ciepłego mleka, podtrzymywana ręką Isoliny, stawała się pierwszą własnością nowego na ziemi proletaryusza. Szeroko rozwarte okno wprowadzało z ogrodu do izby upał czerwcowego dnia florenckiego, upał nie do wytrzymania w południe, lecz o świcie pełen przedziwnej podniety dla ciała i rozkoszy dla zdrowych jego nerwów. Ptaki, których bezpieczeństwo w obrębie ogrodu od strzału miejskich nemrodów zabezpieczały tabliczki ze srogimi napisy — vietata caccia! — zanosiły się od śpiewu. Mnóstwo much, bąków, os i pszczół wpadało do stancyi i wybiegało na zewnątrz, a nagi promień, który przez szczyty subapeninu przełamać się zdołał, strzelał w środek ceglanej posadzki. Zapach tysięcy kwiatów dźwigał się z ziemi ogrodu i wpływał do wnętrza. Pielęgniarka rozpuszczała sznur lampki elektrycznej, umieszczonej nad stołem, i amplę jej zniżała nad głową chłopczyka. Łagodną popychana ręką, lampka zaczynała nad nim lekko się kołysać. Słońce czepiało się okrągłej powierzchni szkła, a oczy dziecka chwytały blask i szły za nim, gdy odbiegał, lub nadchodził. Cichutki jakiś pomruk, swoisty bełkocik zupełnie tajemniczego języka wymykał się z za smoczka, a usta ze zdwojonym zapałem wysysały zawartość flachy. Isolina w swoim własnym dziewczyńskim języku zachęcała pupila:
Oh, angioletto! Pij! Nie żałuj! Ssij! Mlaskaj głośno! O, tak! Jeszcze, jeszcze raz! Jeszcze raz tak samo!
Tak to co ranka, gdy pani Śnicowa w kamienny sen zapadała, jej syn ucztował w ramionach młodej opiekunki.
Pewnego dnia, o świcie, Śnica, który sypiał zdala od żony w swej pracowni na górze, wczas się obudził, zeszedł po cichu bez butów, ażeby z nagłej a niespodziewanej czułości zobaczyć, co też się dzieje z jego synem. Drzwi do kuchni były otwarte. Wszedł znienacka, gdy Isolina karmiła małego. Nie spodziewając się, żeby o tej porze ktokolwiek mógł ją widzieć, gdyż codzień sama się tam tylko krzątała, Isolina była niemal naga. Miała na sobie tylko panieńską koszulę, powystrzyganą u góry, — włosy rozpuszczone i gołe nogi. Śnica oparł się łokciami na stole i, nie zwracając na nią uwagi, zaczął gadać do syna, pieścić się z nim czułemi słowami. Służąca nie wiedziała co począć. Chciała wręczyć ojcu flaszkę i uciec do swej izby, ale on nie brał z jej rąk tej flaszki. Nie spostrzegał jej obecności, więc czekała na chwilę stosowną, — a bała się, oddając mu butlę, zwrócić na siebie uwagę. Zresztą był to przecie „pan“, a ona była służącą. Quasi-pan, zajęty synem i coraz bardziej nim zachwycony, oczarowany tem, iż mały wyraźnie wodził oczyma za rozkołysaną lampką, począł zwierzać Isolinie swe spostrzeżenia, pytać ją o zdanie, — czy dziecko widzi tę lampkę, czy to tylko przypadkowy ruch jego oczu. Oparci o stół łokciami, wpół leżąc na jego tafli, zapatrzeni w dzieciątko, rozmawiali o niem przyjaźnie, w zapomnieniu o sobie i świecie. Mały pochłonął z kretesem ich uwagę i na tak długo, aż wyciągnął z flaszki wszystko mleko do ostatniej kropli. Ale oto Śnica rzucił przypadkowo okiem na stronę i zobaczył nagie ramię dziewczyny, przezierające z pod pasem jej włosów. Te włosy czarne, granatowe z wierzchu, a na zgięciach świetliste, z przedziwnym połyskiem czarnej wody w noc ciemną, wody muskanej przez światło księżyca, — rozdzielały się na okrągłości ramienia i spływały na piersi. Lekki zapach jakiejś perfumy podrażnił nozdrza młodego malarza, a suchy, gorący żar ciała dziewczyny nawskroś go przeniknął. Śnica, nie zmieniając pozycyi, lewą ręką objął wpół Isolinę, jak przyjaciel przyjaciela, i w dalszym ciągu patrzał na syna. Rozmawiali wciąż o tem samem, śmiali się serdecznie, gdy malec w prostacki sposób odrzucił buzią nadmiar wypitego żarłocznie mleka, a potem wykrzywiał się, jak opilca po bachanalii. Isolina udawała, że mówi spokojnie tym samym wesołym tonem, lecz wewnątrz drżała wszystka. Serce jej łomotało gwałtownie w przyduszonej piersi. Nie wiedziała, co ma począć, jak odmienić tę przyjacielską pozę. Bała się każdego ruchu i gestu, nie wiedząc, jak tu wybrnąć z tak dziwnej pozycyi. Wreszcie zerwała się z miejsca, mówiąc, że trzeba małego na nowo zawiązać, gdyż zaraz spać zechce. Ale Śnica przytrzymał ją mocno ramieniem, prosząc, żeby golaskowi pozwoliła leżeć jeszcze na stole. Nie chciała na to przystać. Wołała, że on później będzie długo płakał, jeśli go w porę nie uśpić. Wtedy malarz wolno usunął ociężałą rękę z jej pleców i zajął się wyłącznie synem. Isolina skokiem pomknęła do swej izby i w mig wróciła ogarnięta, w spódnicy i bluzce. Od tego ranka Śnica wstawał codziennie, o tej samej porze, do syna. Szedł do kuchni bez obuwia, na palcach, i asystował przy karmieniu. Nie można twierdzić, żeby go do tej pieczołowitości pobudzała chęć widzenia rozebranej dziewczyny, bo przecie dla niego, artysty malarza, naga kobieta była tylko „aktem“, ale nie można również utrzymywać, żeby jedynie miłość ojcowska była bodźcem zrywania się przedwczesnego z pościeli. W tej kuchni było mu rozkosznie. Jakieś bestyalskie, niemoralne, artystyczne złudzenie kazało mu tam doświadczać marzenia, że śliczne dziecię, bawiące się na stole, jest to syn jego i tej niedorosłej włoszeczki. Isolina nie doznawała wprawdzie takich sensacyj, ale również z bezmyślną przyjemnością czekała codzień na przyjście „pana“. Razem gotowali mleko dla „żarłoka“, wodę do kąpieli dla „brudasa“, rozpowijali go i poddawali prędkiemu obmyciu, zanim miał prawo rozwalać się po stole i przypatrywać kołysaniu lampki. Isolina nie przychodziła już teraz tak po cywilnemu, jak dawniej, ale nieraz wypadło jej przy robocie ściągnąć z ramion cenną bluzkę i uwijać się w koszuli i spódnicy. Śnica lubił przypatrywać się niezrównanej linii młodocianych, niemal dziecinnych ramion tego rozmamanego „aktu“. Mówił nawet „aktowi“ o piękności jego ramion. Prosił także naiwnie i z prosta, bez żadnej tam złej i ubocznej myśli, — jako artysta, znający się na rzeczy, żeby odsłoniła koszulę i pokazała, jakie też ma piersi, bo wierzyć się nie chciało, że już je ma, a przez koszulę nie było widać. Odprawiała go szorstko z kwitkiem, twierdząc, że nie ma czasu na głupstwa, i krzątała się tem skwapliwiej dokoła małego. Ale te prośby artysty nie były jej przykre. Przeciwnie, rozpalała ją dziwnie podniecająca pycha, że taki mistrz zwrócił uwagę na jej piękne ręce, plecy i piersi. Myła się wciąż pachnącemi mydłami, nie wiedząc wcale, poco to robi, bo przecie ani jej było w głowie pokazywać się temu panu, żeby tam nie wiedzieć jak prosił. Miała również zamiar o tych jego prośbach donieść pani Śnicowej, żeby wiedział, iż z zacną dziewczyną ma do czynienia. Odkładała termin wystosowania tego donosu z tego jedynie względu, żeby więcej materyału oskarżającego mieć na dowód jego winy, i że, bądź co bądź, nieprzyjemnie było o tem zaczynać rozmowę. Palił ją język, żeby powiedzieć komuś, komukolwiek, o takim bądź co bądź panieńskim tryumfie. Na razie nie miała komu, poza osobą pani Śnicowej. Czekała z dnia na dzień, od poranku do poranku, na szczegóły, — co też dalej będzie. Była strasznie ciekawa. Przebudziwszy się w nocy, wielekroć zadawała sobie pytanie, coby się stało, gdyby przystała na odsłonienie rąbka koszuli. Może to tak koniecznie trzeba z artystami? Coś o tem słyszała. Coby było dalej? Coby powiedział? Marzyła o tem, błądząc w świecie zupełnie nieznanym, coby było, gdyby przystała na takie głupstwo? Nadewszystko było jej nad wyraz przyjemnie, gdy po długiej nocy nadeszło wreszcie gorące rano. Gdy muchy zaczynały brzęczeć, a pierwsze ptaki uderzały w swe gromadne pieśni, zrywała się z pościeli, jak oszalała, żeby biedź po małego. Prócz tego — lubiła obecność przy sobie Śnicy. Jeżeli przypadkiem odszedł z kuchni, albo się spóźnił, nie mogła wytrzymać. Sprawiały jej przyjemność jego ruchy, gesty, pomruki do syna, cmokania i jakieś polskie słowa. Nie rozumiała tych słów, ale jej się nad wszelkie inne podobały. Naśladowała ich brzmienie i lubiła słuchać, jak się śmiał. Twierdził, że ona nie może mówić po polsku, że się nie nauczy nigdy, gdyż jest zbyt wielka i czysto włoska oślica. Gdy zaś pewnego pięknego poranku nie przyszedł, targnęła ją istna furya niecierpliwości. Coś w niej drżało i prosiło się wewnątrz, żeby przecie przyszedł koniecznie... Wtedy to szybko postanowiła, że gdyby tego dnia zażądał rozebrania się całkowitego, toby przystała. Bo może jużby nigdy odtąd przyjść nie zaniedbał.
W istocie następnego dnia Śnica od niechcenia ponowił swą prośbę. Zdziwił się, gdy Isolina, zarumieniona na całem ciele, pozwoliła mu obejrzeć nietylko barki i piersi. Nie pieścił jej, ani całował. Uwolnił słabą z omdlałych rąk i zajął się synem. Prosił grzecznie, czyby nie chciała pozować mu nago do obrazu, który właśnie zamyśla malować. Isolina zauważyła, że gdy się o tem wszyscy dowiedzą, pan Granowski ją wypędzi. Śnica odburknął, iż on tak zrobi, że nikt a nikt o tem nie będzie wiedział, żywa dusza się nie domyśli. Isolina nic nie odrzekła. Wiedziona naturalnym instynktem plotkarstwa, Isolina, podobnie jak pani Śnicowej, rozpowiadała malarzowi w czasie tych rannych sam na sam przy malcu wszelkie swe tajemnice domowe, zmartwienia i troski starego Berto. Dała całkowity wykład przewinień Cesarego, wyolbrzymiając, oczywiście, przejaskrawiając i malując na czarno rozmaite jego chłopczyńskie szelmostwa. Śnica słuchał arcy uważnie. Szczególnie co do tego Cesarego rozpytywał się o wszystko troskliwie, prowadził istne badania co do każdej sprawki, rozważał usposobienie urwisa, wchodząc szczegółowo w najdrobniejsze cechy przewinień, w każdą okoliczność, towarzyszącą kradzieży lub malwersacyi. Isolina nie żałowała brata, a mając tak doskonałą sposobność, rozpuściła język. Tym sposobem Śnica miał możność poznania życiorysu młodocianego recydywisty z dokładnością, niemal wykluczającą jakiekolwiek opuszczenie. Pewnego popołudnia, gdy „ekscelencya“ wyjechał automobilem dokądś na miasto w towarzystwie Catona, — pani Śnicowa powiozła syna w wózeczku na dłuższy spacer w stronę Settignano, a na piętrze nie było nikogo z domowników, — Śnica uśmiechem i łagodnem skinieniem głowy zaprosił Isolinę, niby to przypadkiem spotkaną na korytarzu, do swej pracowni. Ogarnęły ją istne płomienie. Doznała wrażenia, jakby jej suknie paliły się w językach ognia. Nie wiedząc, jakim się to dzieje sposobem, poszła leniwie, niesiona przez niestrzymany łoskot serca, wąskiemi schodami na piętro. Śnica zamknął na klucz drzwi pracowni, prosząc łagodnie i dobrotliwie, żeby się nie bała, nie trwożyła. Nic jej przecie złego nie zrobi. Chce tylko malować pewien obraz. Potrzebuje wykonać szereg szkiców. Jeśliby to było dla niej bardzo przykre, toć można zaniechać. Ale to się robi dla przyjaciół. Isolina poczuła bohaterski wstyd swej głupoty. To się robi dla przyjaciół! Przecie słyszała, że się pozuje malarzom. Głupia jest, po prostu, włoska oślica, myśląc o czem innem. Tłómaczyła jednak malarzowi, że to przecie wstyd zdejmować suknie... Była jednak w zupełności przygotowana. Myła się i kąpała codzień, od tygodnia. Artysta jeszcze nalegał, wciąż z łagodnym i poważnym uśmiechem. Zwyciężona przez ten właśnie uśmiech, weszła za rozstawione w kącie stalugi, szybko zrzuciła suknię i bieliznę. Śnica, nie patrząc na jej nagość, wyprowadził ją w pewien oświetlony punkt pokoju, kazał oprzeć się o brzeg szafy, a sam zasiadł na małej sofie i począł żarliwie rysować na twardych kartonach niewielkim pędzlem, maczanym w tuszu. Młoda panna doznała wielkiej ulgi i dziwnej rozkoszy. Obnażenie się nie sprawiało jej teraz wcale przykrości. Przeciwnie, stało się źródłem szczególnie ekscytującej pychy, wyniośle beztroskliwej fanfaronady, jakiejś grandezzy i pewności siebie, poczucia piękności swego „aktu“. Nie opierała się, gdy malarz prosił o zmianę pozycyi, to tak, to owak, o odsłanianie się coraz bezwzględniejsze. Gdy wreszcie przestał rysować, prosiła koniecznie, żeby mogła zobaczyć, co zrobił. Zbliżył się z zeszytem kartonów i pokazywał świetne swoje szkice. Był pierwszorzędnym mistrzem rysunku. Isolina zdumiała się nad podobieństwem swem, chwyconem tak niezrównanie. Patrzyła z zachwytem i szczególniejszą dumą na doskonałość swych form, uwiecznioną ręką takiego artysty. Stała obok tego mistrza naga i teraz znowu drżąca, jak w ciężkim ataku febry. Serce jej leciało, w skroniach biły tętna. Śnica podniósł na nią swe przezroczyste, jastrzębie źrenice. Uśmiech dziwny osiadł na jego wargach. Smutek, pełen żałości, przepłynął wskroś pięknej twarzy, jak przepływa cień chmury przez dorodne zboże. Złożył zeszyt i cicho rzekł:
— Dziękuję ci, dziecko...
Isolina poskoczyła do swych sukienek, teraz dopiero pełna najbardziej panieńskiego wstydu. Śnica patrzył na nią z podełba. Od wielu miesięcy żył w zupełnym celibacie wskutek żoninej ciąży. Musiał na siebie nałożyć istne pęta, żeby odemknąć zcicha drzwi i wypuścić modelkę z pracowni. Chodził teraz tam i sam po izbie. Nie miał zamiaru deprawować tej dziewczyny, rozpoczynać ordynarnego romansu i uwiedzenia jednej z wielu głupich dzierlatek. Chciał przedewszystkiem nasycać się długo tym niedojrzałym owocem, który w jego ręku rumianych barw nabierał. Nie myślał brać na się niemiłych skutków uwiedzenia niewinnej. Niech kto inny wykona tę ordynarną operacyę! Będzie po temu czas, żeby mieć z niej na długo uroczą kochankę. Chciał natomiast mieć z Isoliny instrument do wykonania subtelnego planu, trudnego zamysłu, który tylko przed uwiedzeniem można było wykonać.


Parna, duszna, podniecająca, iście florencka noc okrywała wzgórza i doliny. Z głębi kwiecistego miasta dymiły się zapachy róż, gardenij, goździków i narcyzów. Każdy z ogrodów, objętych pasem wysokiego muru, był źródłem czarującej woni, istnym bukietem różanym. Leszek Śnica błąkał się po ścieżkach willi De Granno. Postać jego ginęła w mroku. Tylko żarzący się krążek cygara wskazywał, że w ciemnych korytarzach między zwartemi drzewami przesuwna się człowiek. Rojowisko marzeń oblegało głowę malarza, unosząc się niejako na zapachu róż, dążąc z tego ogrodu na podbój całego wszechświata. Siły nie do zdławienia, prężące się, skurczone w sobie samych, gotowe do wybuchu, do skoku w przestwór, zdawały się rozsadzać jego tętnice i wyginać kości. Było mu nieznośnie z tęsknoty za czynem wielkiej wagi, za walką na śmierć i pokonaniem aż do nicości. Przed oczyma swemi miał świat nowy, dzieło rąk swoich, ogromne państwo stworzone własnemi dłońmi z jałowej gliny nędzy codziennej. Patrzał na dom swój, który w myśli odbudował w rodzinnem miejscu, gdzie ojciec był ekonomem na folwarku, własności wielkich panów. Tam właśnie w radosnych rozłogach dzieciństwa nabędzie „pałac“, źródło wieczne ekonomskich pożądań, — ogrody, oranżerye, — posiądzie stawy, strumienie, pamiętne drogi, aleje czarodziejsko szumiące, — stajnie, gospodarskie budynki i domy dla „służby“. Sto tysięcy razy rozważył to wszystko z dokładnością najszczegółowszą. Cokolwiek zamyślił, musi być, i musi być tak, jak zamyślił. Tamten świat istniał najzupełniej rzeczywiście, jak ów w przeszłości dworek ekonomski o dwu izdebkach niemal chłopskich. Rysował się przed oczyma z żywością niewymowną pałac murowany, podobny do pewnej willi w Chaville pod Paryżem. Dwa skrzydła piętrowego domu. Wielkie szklane drzwi do ogrodu. Ten ogród w głębi, otoczony murem. Mur z wierzchu szczelnie wysypany tłuczonem szkłem... Połysk stawów w blasku księżyca... Zapach sitowia... Widzenie wróciło teraz znowu, sto tysięcy razy wystudyowane, — widzenie natrętne, plastycznie dokładne, niemal zaciekłe w swej dokładności. Zacząć! Zacząć nareszcie! Przestać, — do dyabła! — tylko marzyć. Iść ku ziszczeniu palącej pokusy!
Już niby zaczął był, lecz bez żadnego skutku. Wypuścił we wrota Granowskiego czarną strzałę. Oplątał ową ładną włoszeczkę, Isolinę, — rozkochał ją w sobie aż do szaleństwa. Gdy gotowa była oddać się bez protestu, począł jej unikać. Nie otwierał, gdy stukała do drzwi, uciekał z domu i wracał późno w nocy. Skoro, wskutek tych manewrów, zupełnie skruszała, zbladła i wychudła, zawołał ją do siebie na „pozowanie“. Lecz zamiast pozowania, jął zwierzać się jej z ciężkiego zmartwienia.
Nakłamał, iż „padrone“ De Granno jest jego krewnym, iż zagarnął majątek, który w części należy się i jemu, Śnicy. Dlatego to stary oszust zaprosił i gości całą rodzinę ubogiego malarza. Ubogiego z jego winy! Sumienie go gryzie. Chciałby się wykręcić byle czem! Isolina skamieniała ze zdumienia. Zakazał jej mówić komukolwiek o tych rewelacyach, musiała przysiąc, że, jak grób, milczeć o tem będzie. Wtedy powierzył jej sekret drugi. Oto istnieje papier, który świadczy o tem, że stary Granowski jest przywłaszczycielem znacznej części majątku. Dośćby było mieć w ręku ów papier, a wszystko zaraz byłoby inaczej.
Oto Śnica otrzymałby połowę co najmniej bogactw starego. Isolina poczęła dopytywać się, gdzie jest ów papier, z gwałtownością właściwą jej naturze i rasie. Śnica rozłożył ręce z rezygnacyą. Papier był w biurku „padrona“, zamknięty w srebrnym woreczku kobiecym. Należałoby właśnie radzić, jakimby sposobem dostać ten dokument. Isolina milczała. Ogniste jej oczy świeciły się, jak gwiazdy, usta były karminowe, płomienny rumieniec palił policzki. Nie wiedziała, coby począć...
Snica zapytał jej od niechcenia, czy nie wdziała gdzie takiego worka między rzeczami „padrona“. Zaprzeczyła ruchem głowy. Wtedy, po długiem milczeniu, bąknął, niby z rozpaczą, czyby podczas sprzątania nie mogła zobaczyć, azali tam gdzie niema owego worka srebrnego. Zrazu, z powodu tej jego prośby, uległa fenomenalnemu ogłupieniu. Potem niemal zgodziła się na to, że będzie patrzeć między rzeczami, a wreszcie, jak warytka, upadła na kolana z błaganiem, żeby jej tego nie kazał robić. Przysięgła była ojcu, że nigdy, przenigdy!... Przysięgła w kościele świętej Moniki, przed ołtarzem, że nigdy niczyjego nie ruszy!... Zaklęta była najstraszniejszą przysięgą, którą ojciec sam wymyślił... Patrząc na jej twarz rozpaloną, bezmyślnie wzniosłą, zamazaną od łez, piękną i głupią z uniesienia, Śnica przyszedł do wniosku, że w istocie nie będzie pociechy z tej wykonawczyni. Oświadczył tedy, że nie żąda od niej wcale żadnej ofiary. Myślał był, że nie weźmie tego głupstwa tak tragicznie. Chodziło o rzucenie okiem, czy niema gdzie na wierzchu takiego grata. Od tego zależał los tylu osób. Ale skoro przysięgi, płacze, opery, dramaty... Isolina była przybita i zrozpaczona. Drżała. Mimo łagodnych słów nie mogła nie czytać w przenikliwych oczach Śnicy zatajonego gniewu. Bała się teraz tego gniewu najbardziej na świecie. Och, jakże tęskniła za łaskawem „pana“ spojrzeniem! Jakże darło się w niej wszystko na strzępy, gdy mijały godziny długie, jak lata, dnie bez jednego słowa, tygodnie bez rozmowy! Płakała rozpaczliwie, męcząc się aż do śmierci, nie będąc w możności wykonać nic ani w tę, ani w tę stronę. Śnica odsunął się i zamilkł. Spytała wtedy, po długim namyśle, czy nie mogłaby mu jakoś inaczej pomóc w tej sprawie. Wzruszył ramionami. Po długiem wahaniu mruknął:
— Czy ja wiem? Możeby Cesare nie był tak skrupulatny, jak ty?..
Żachnęła się i skoczyła, jak postrzelone zwierzę. Chwyciła się rękoma za piersi. Upadła na krzesło i jęczała. Malarz skrzywił się wówczas i powiedział, że nie chce już wcale o tej sprawie z nią rozmawiać. Do tego trzeba mężczyzny. No i... przyjaźni...
Ta próba sił toczyła się przed dwoma tygodniami. Od tego czasu nie widywał prawie dziewczęcia. Jeżeli rozmawiał rano, lub w pokoju żony, to tylko o dziecku i przedmiotach obojętnych. Stokroć błagała go oczyma o łaskę, darowanie winy, przebaczenie. Zawsze na darmo.
Teraz z głębi ciemnej alei widział okno Isoliny oświetlone słabo małą lampką elektryczną, przyćmioną abażurem. Co chwila w otworze okiennym zjawiała się jej głowa i postać. Był pewny, najzupełniej pewny jej szaleństwa, jej czci dla siebie, jej obłąkanej niewiedzy. Pierwsza to przecie miłość...
Ta niewątpliwość posiadania cudzej męczarni, uczuć szalonych, dawała mu rozkosz subtelną, jak potężna woń upajających kwiatów ogrodu De Granno.
Ignis, thalassa atque mulier — haec mala sunt tria... — mruknął do siebie przez zęby.
Kiedyniekiedy wychylał się z ciemnej pod drzewami jaskini i zaciągał dymem cygara, wiedząc, że wówczas rozkochana dziewczyna wlepia oczy w to miejsce, gdzie krążek ognia na końcu cygara różowieje. Na małym placyku między cyprysami, u wylotu alei, przechadzał się tam i nazad, otrząsając popiół z cygara. Na zielonkawem tle nocnego nieba zarysowywał się ogromny szczyt wielkiej igławy, opadający w omdleniu, jakby zwarzony przez te duszne czady zapachów mocnych i gorzkich, które z ogrodu płynęły dookoła jego pnia i wyciągniętych gałęzi. Prastare pinie spłaszczonemi wierzchołami czerniały nieruchomo w seledynowym przestworze. Wielki, samotny cyprys w głębi ogrodu sam jeden, niemy strażnik, kołysał najwyższe pędy łagodnym ruchem, pląsem niedostrzegalnym prawie dla oka, zależnym od powiewu wietrzyków, które tam w górze przepływały, widać, nad gorącą ziemią.
Śnica kombinował szczegóły, z których składało się jego życie obecne i jasne formy marzenia, płynące ponad rzeczywistością, jak owe w górze powiewy. Stosunek jednych do drugich zawierał w formy dziwnych postanowień, decyzyj nieodwołalnych, które były czemś absolutnie nowem, wynalazkiem niepostrzeżenie pochwyconym z nicości. Wiedział, naprzykład, że Isolina musi mu być powolną i to w taki sposób, jaki on za właściwy uzna. Działał w duchu na pewniaka. Widział z coraz ściślejszą dokładnością zajścia, które nastąpić muszą. Tymczasem młoda dziewczyna w pokoju na piętrze nie wiedziała nic a nic. Jej ciało, dusza, rozum, pamięć, zdolność do codziennej pracy i uczciwa staranność, — wszystko, czem dotąd żyła, — zostało poszarpane, niby obcęgami kata. Coś wewnątrz niej, jak zwierz, rzuciło się na nową treść, na jakowąś nową rzecz, o której istnieniu rozum dotychczas nic nie wiedział. Całe jej uczucie spragnione było jakichś bezpośrednich czynów. Coś musiała zrobić, żeby wewnątrz siebie zabić natychmiast wybuchy nieposkromionego uczuwania. Gotowa była rzucić się z okna na głowę, albo podpalić włosy i suknie na sobie, porozbijać zwierciadła, lub zejść na dół i, pod nieobecność pana De Granno, otworzyć skrytki jego biura, — zsunąć się po schodach do ogrodu i paść do nóg Leszka Śnicy, jej właściciela, dobrodzieja i kata, — leżeć u tych nóg godzinami, aż się zmiłuje i zechce ją pogłaskać po głowie, lub kopnąć nogą. Wszystko było jedno, co zrobić, byleby tylko znaleźć środek na poskromienie tajemniczej nawałnicy wewnętrznej, — nieszczęścia podskórnego, — rany, która nie wiedzieć, gdzie jest, — wybuchu, który skądś się wyładowuje, dusząc piersi i rozsadzając serce. Ze wszystkich sposobów wzięła pierwszy z brzegu, najłatwiejszy, czy najskuteczniejszy. Sama nie wiedziała, dlaczego wybiera ten właśnie z pośród setki innych, leżących w granicach ducha. Mglista, przepojona żałością półpewność, że to właśnie będzie najtrafniejsze, — instynkt biednego człowieczego zwierzęcia, — zdecydował o postanowieniu. Isolina szybko zrzuciła ze siebie suknie i bieliznę. Zdjęła również różową zasłonkę z lampy elektrycznej i obnażona zupełnie zbliżyła się do okna. Rozpuściła włosy i poczęła czesać je starannie dużym grzebieniem. Czyniła to z pedanteryą, lecz furya wewnętrzna rzucała nią po dawnemu. Jeżeli się i na tem zawiedzie, — cóż wówczas uczyni? Jak tę noc straszną przepędzi? Wszakże nie zdoła zwyciężyć swej podłej duszy, duszy czarnej, pełnej grzechu i cuchnącej żądzy. Modliła się, stojąc tak u okna i czesząc włosy, — modliła się z głębi swej istoty o zesłanie na nią śmierci, lub wewnętrznego uciszenia.
Śnica zobaczył ją odrazu. Zaciągnął się znowu dymem cygara, dymem, sięgającym, zdawało się, do szpiku kości. Nikły połysk ognia słabo rozjarzył się w ogrodzie, niby uśmiech, przenikający noc, niby sygnał dyabelskiej mocy.
— Musisz, sobako, musisz! — mówił Śnica bez wydania głosu do pięknej w oknie dziewczyny.
Ona oddalała się i ginęła w głębi pokoju, by znowu wrócić na dawne miejsce. Gdy się zbliżyła do łóżka, za każdym razem padała na ziemię i, krzyżem leżąc, modliła się do Boga wszystką ekstazą duszy, z krzykiem, wyciem wewnętrznem, ażeby się skończyła jej męka, ażeby znikło to życie, jeśli udręczenie nie ma się skończyć. Śnica nie wiedział o tych modłach szczególnego rodzaju i w dalszym ciągu błądził po ogrodzie. W pewnej chwili zgasił cygaro i wszedł do domu. Na palcach wkroczył w korytarz i stanął przed drzwiami Isoliny. Zastukał tak cicho, że tylko ona usłyszała ten odgłos. Bała się otworzyć, żeby nie ucichło jej szczęście spełnione. Stała przyczajona za drzwiami, trzęsąc się ze wzruszenia. Śnica uchylił drzwi i wszedł do pokoju. Isolina chwyciła jego rękę i przytuliła do ust, całując ją w szaleństwie miłości. Szepnął:
— Isolina! Muszę koniecznie rozmówić się z Cesarem. Ty wiesz, czego chcę. Zrób to dla mnie!
Signore! — wytchnęła z głębi piersi.
— Zrobisz to?
— Nie gniewaj się!
— Zrobisz to?
— Zrobię.
— Powiesz mu, czego chcę?
— Ach! Panie!
— Więc jak?
— Powiem.


Pan Granowski, pochłonięty, jak się zdawało, przez umiejętność trawienia swego bogactwa, w gruncie rzeczy bacznie pilnował swych lokatorów. Czujność ta była niemal dawną pracą konkwistadora. Z za żaluzyj i firanek przypatrywał się niepostrzeżony, gdy przebywali w ogrodzie, słuchał, co mówią i brał na spytki Catona, ażeby wiedzieć, czem się zajmują. Mimo iż nie mógł przecie dociec wszystkiego, miał zadowolenie wewnętrzne człowieka, trwającego w pogotowiu do obrony. Przezorne czuwanie i lisia baczność na wszystko — były to od dzieciństwa stałe cechy charakteru pana de Granno. Teraz wszakże, gdy wiek przyprószył siwizną jego włosy i gdy bogactwo zmuszało do bezczynności i nieprzerwanej prawie siesty, a dolą życiową stała się zupełna samotność, zdarzały mu się chwile jakgdyby omdlenia z trzeźwości. Zatapiał się i zapuszczał w organizm niepostrzeżony czynnik pewnego stałego jadu i paraliżował wiecznie czynną przebiegłość. Coś obcego naturze dotychczasowej nudziło i ssało pod sercem. Snując się w gorące wieczory po grubych kobiercach i śliskim parkiecie salonów, pan Granowski znieczulał i usiłował zniweczyć te nowe w sobie objawy duchowego upośledzenia. W jego gabinecie wisiała fotografia córki Xenii. Był to pigmentowy portret, przez świetnego majstra wykonane powiększenie z małej fotografii panieńskiej. Xenia była na tej fotografii taka, jak wówczas, gdy ją samą porzucił w Warszawie. W dużym, czarnym kapeluszu, futrzanym paltociku, z rękoma ukrytemi w drogiej, eleganckiej mufce, którą jej był w przystępie ojcowskiej czułości darował, patrzyła przepysznemi, zaiste boskiemi oczyma i uśmiechała się swą czarującą, przemądrzałą drwinką. Pan Granowski, błądząc po salonach, zawsze do tego wracał portretu. Wznosił nań oczy i zahaczał pasma wewnętrznych myśli o ten przytwierdzony do papieru uśmieszek. Ale nie zstępowało doń z tego lśnienia piękności, jak niegdyś, dumne podsycenie, lecz wiecznie ten sam cios boleści, nigdy nie gasnąca prawda wieści o klęsce. Zmora uczucia nicości ogarniała go w posiadanie. Wciąż na nowo i wciąż od samego początku żałował Xenii. Krwawiąca się rana nieszczęścia, przeklęte rozdarcie, wytworzone przez jej śmierć, zabliźniło się niby to od działania żywej krwi, zagoiło, przyschło i zarosło. Zgryzota zasadnicza jak gdyby ustała. Dobrotliwa ekonomia natury zgasiła nawet ogień męczarni same w sobie i dała możność fizycznego życia przez systematyczne ujmowanie z dnia na dzień boleści. Lecz zostało coś, co już zmniejszyć się nie dało żadnym sposobem, ani lekiem, — pewna suma stała i zrośnięta z bytem fizycznym, jednolita i niezmienna, należąca już do składu czynników organizmu. Ten zasób mały zdawał się jednak być przed wszystkiem i po wszystkiem. Sama rozkosz żywota, czuwanie i obrona, zwycięstwo, spożycie i trawienie dóbr doczesnych było, — nie, jak dawniej, wszystkiem, — lecz tylko poniekąd okresem ulgi między dwiema otchłaniami, które się kędyś w głębi niejasnej łączyły ze sobą. W tęsknocie tkwiła zatrata duszy i jej jedyna istotna radość. Bo stała się jednocześnie rzecz inna. Oto martwe, nieprzeniknione, obmierzłe zapomnienie wydzierało z pamięci pana De Granno jego samego, obrazy własnych jego rozkoszy, uciech, używań, zadowoleń, dokładność smaku i zupełność woni rzeczy, które był zdobył i posiadł, — a nie było w stanie wytracić nic takiego, co było z Xenii. Pan Granowski wszystko za nią na tym świecie czuł i pamiętał. Co gorsza, — wskutek spoglądania na portret, — pamiętał coraz wyraźniej. Coś-ci go niosło w przeszłość coraz dalszą, do najodleglejszych chwil jej dzieciństwa, do pierwszych jej uczuwań. Widział łzy na jej dwuletniej twarzyczce i wiedział pełnią serca, skąd te łzy wypłynęły, o co się polały. Miał w sobie radosne szały jej dziecięcych zabaw. A czemże była ta Xenia dziewica, panna, mężatka? Alboż wiedział? Stawał przed jej obrazem i zadawał pytanie. Nie jej, lecz sobie: — czemużem ja ciebie nie znał? Zatapiał się teraz w jej dnie samotne w Warszawie, w straszliwe jej noce w Paryżu. Począł rozumieć, i, co gorsza, czuć jej głęboką miłość dla tamtego... Miał oto w ręku swych czarodziejski, tajemniczy byt, odrębną postać samego siebie, jak gdyby wizerunek duszy swej w jej piękności, który w rozkoszy stworzył i, wskutek niepojętej głupoty, odrzucił od siebie... Ktoś inny podjął tę duszę czującą, ktoś inny zabrał i uniósł w ramionach bezcenny skarb. A teraz ze wszystkiego tylko nicość została, zatrzaśnięta na zamek wieczny, od którego klucz trzyma w ręku śmierć.
Czemże była ta wędrownica przedziwna, którą miał przed oczyma na ulubionym portrecie? Czyliż nie była za człowieka, w niewieście ciało i kobiece szaty przebranym aniołem, który dla zapalenia umysłów ludzi, dla rozżarzenia ich dusz wcielił się przez pewien czas w kształty człowiecze? Można było za pomocą metod, które rozżarzenie ducha byłoby wskazało, wykryć anioła w ludzkiem Xenii ciele, odtworzyć ją w istocie anielskiej. Tymczasem czyniło się wszystko, ażeby jej ziemię zohydzić, a ludzi podać w obrzydzenie. Sen boży, w postać kobiecy przyobleczony, rozwiał się wskutek zaniedbań. Wskutek zaniedbań — kogóż nadewszystko? Oto jego — ojca. Tego, który kochał tę Xenię najbardziej. Lecz cóż jest warta miłość sama, jałowe czucie bez czynu? Dano jej nie taką rozkosz i nie takie cierpienie, jakie się jej należały. Stała się sobą: — własnem swem światłem i własną nicością. Odeszła. Rozkosz, wesołość i szał innego porządku należały się jej, a dano jej tylko grzech, zgryzotę i wstręt. Z ram portretu wysuwała się mgła postaci i bezszelestnemi krokami szła z kąta w kąt mieszkania. Nie była to zresztą postać, lecz żal wieczny, zamknięty w kształt ukochany. Och, — każdy przedmiot od dotknięć tego cienia nabierał innej wartości, tracił własną i zdobywał ujemną, przeklętą, z dna duszy wyrywającą łzy. Ciemna mgła zawlekała pokoje. Pan Granowski zbliżał się leniwemi kroki do swego biurka, otwierał wiadomą szufladę i wydobywał srebrny worek Xenii, jedyną pamiątkę, na której spoczywały jej ręce aż do ostatniej chwili, — którą ściskały nawet martwe jej dłonie. Łagodnem naciśnięciem palców otwierał zameczek worka i wsłuchiwał się w suchy trzask maleńkiego rygla. Był to głos, który tylekroć chwytało ucho Xenii. W cichym trzasku było coś z niej. Otwierało się wnętrze worka i oczy ojca padały w głąb, w to miejsce, które tylekroć zawierało w sobie spojrzenie Xenii. W tej ciemnej głębi było coś z niej. Oto jedyne miejsce na kuli ziemskiej, które trzymało zawarte w sobie jej spojrzenie. Stary człowiek podnosił pamiątkę do ust i pocałunek nienasycony składał na próżni wewnętrznej woreczka, jakby na oczach umarłej córki, zawartych przez śmierć. Usta jego dotykały wówczas zżółkłego papieru... „testamentu“... Uśmiech gorzki przewijał się po wargach. Między ustami ojca i oczyma Xenii zawsze był tamten, Nienaski. Przeszywała serce niewysłowiona i nigdy nieprzecierpiana ojcowska niedola.
Lecz oto wśród męczarni przelatywał błysk nie pociechy, nie ulgi, nie ukojenia, — bo to nie zjawiało się już nigdy, — lecz błysk szczególniejszej antytezy. Myśl przejmująca, jasna i zimna jak szczęk niezłomnej stalowej sprężyny wśród ciszy, stawała wśród cierpień z oświadczeniem:
— Gdyby Xenia nie była umarła, czemżebyś był?
Pan Granowski to wiedział, że o zgonie Xenii może mówić tak i temi słowy — jedynie szatan. Nie wątpił też, że to w istocie szatan w nim mówi. Słuchał uważnie wywodów tej mocy, która usiłowała rządzić wszechwładnie i wszechmocnie w jego najtajniejszych myślach, — roiła się w nich, jak gruźlica w tkankach zdrowych płuc, jak syfilis we krwi żył młodocianych, w sposób naturalny i potędze swej właściwy. Patrzał na plan życia, rozsnuwany szeroko ręką mistrzowską. Straszliwy obcy gospodarz rządził wewnętrznemi sprawami ducha. Niestety, — tak! Gdyby Xenia nie była umarła, czemżeby był? Szują na łasce ludzkiej, popychadłem drabów, obdarowanych bezprzykładnie! Nędznem zerem, które się toleruje przez wzgląd na miłość dziecięcą! Niczem, ze wściekłością wewnętrznej wiedzy! Toć przecie nie co innego, tylko śmierć Xenii dała do rąk bogactwo niezmierne, a nadewszystko tę wielką łaskę, którą jednostce ofiarowują pieniądze: — zupełną swobodę. Pan Granowski wpatrywał się w sumę szczęścia, które mu dały pieniądze odziedziczone. Widział wszystko: własny spokój, powszechną radość, piękno, oddane na własność posłuszeństwo ludzkie, ukłony, rozkosze wszelkiego gatunku i najlepszego stempla, gotowe zbliżyć się na każde skinienie, możność czynienia dobrze, praktykowania wielkości i zażywania cnót, jak doskonałego wina i wyborowych cukrów. Widział rozkwit duszy swej dzięki bogactwu, udoskonalenie jej zarówno w tem, co ludzie zowią dobrem, jak w tem, co nazywają złem.
Przyznawał, musiał to przyznać tamtemu. Niestety, — tak!
Koniecznością była śmierć Xenii. Dobrze się stało, że umarła tak, jak umarła, — zostawiając sprawę w niejasnem zawieszeniu, umożliwiając doskonałe oszustwo. Śmierć Xenii stała się stopniem ku podźwignięciu jej ojca. Alboż nie tak było być powinno? On jej dał życie, a ona mu — majątek. Sprawiła to miłość, zachodząca tajemniczo między ojcem i córką. Najwyższa, tajemnicza sprawiedliwość w biegu wszechrzeczy przejawiła się tutaj wyraźnie. Xenia wiedziała nie swym doczesnym, tutejszoludzkim rozumem, który spaczyły doktryny przybłąkane, lecz wiedzą innego porządku, geniuszem kobiecym i miłością córki, że za wszystkie dawne cierpienia to należało się jej ojcu, co otrzymał z jej ręki. Tak trzeba było, jak się stało. To sprawa między ojcem i córką. To pocałunek, — to samo, co pocałunek ojcowskich i dziecięcych ust. Akt niedocieczonej sprawiedliwości nosił na sobie pieczęć tajemniczą, wyciśniętą przez sygnet przeznaczenia. Dwoje obłąkanych przez doktryny byłoby strwoniło olbrzymi majątek, rzuciło go szalenie i bezużytecznie między motłoch. Wielkie fortuny tułają się po świecie, włóczą się między ludźmi to tu, to tam, jak obłoki między górami. Los, podmuch wiatru, przypchnął do ich rąk dobro olbrzymie. Oni w głupocie swej chcieli to dobro odepchnąć. Śmierć obojga naprawiła bezczelny nonsens. A więc dobrem była ta śmierć.
— Luli, córeczko, luli... — szeptał w rozczuleniu tryumfujący ojciec, błądząc po kobiercu swego salonu, — dopóki czucia poprzednie, inne, tamte nie zerwały się w nim i nie rzuciły na wywody rozumu. Ale wywody te dobrze były wrośnięte w czucia naturalne, — ni to więzy w mięśnie, — spojone w głębiach, jak serce z płucami. Poczynała się wewnętrzna walka, straszliwa i odrażająca, z którą w ohydzie nic na ziemi zrównane być nie może.


Isolina wypatrzyła przez szczelinę od klucza dokładne miejsce ukrycia srebrnego woreczka. Pod nieobecność pana de Granno, sprzątając jego gabinet, próbowała niejednokrotnie otworzyć wiadomą jej dokładnie skrytkę biura. Ale to się nie udało. Nie umiała zabrać się do takiego dzieła. A przyszedł na nią, na jej duszę wzburzoną i zmąconą do dna, taki mus posłuszeństwa względem życzenia malarza, iż czuła konieczność dokonania jak najprędzej, już nie dla zaspokojenia rozkazu, lecz dla własnej satysfakcyi. Nie było więc rady: musiała zwrócić się o pomoc do Cesarego. Było to tak zwykła i codzienna rzecz: pokojówka miała sekretnie wprowadzić do domu pracodawcy swego braciszka, złodzieja, dla wykonania kradzieży. A jednak leżała w granicach tego faktu głęboka i straszliwa tragedya. Isolina miała teraz od jednego ciosu zburzyć własnym zamysłem i rękoma to, co tak mozolnie, w pośród modłów i ślubów, budowała. Onaż to sama miała podjudzić Cesarego, ująć go za rękę i na palcach wprowadzić do gabinetu pana de Granno, który ich wszystkich podratował przez udzielenie jej samej dobrej posady? Chwilami, decydując się na ten krok, słaniała się na nogach i już nie jęk, lecz bezgłośny ryk wydzierał się z jej piersi. Nie pomagały teraz ślepe, szalone, ekstatyczne modlitwy. Bóg stał się głuchy, nieczuły, groźny, w straszliwej ciekawości wyczekujący. W upalne dnie, w parne noce miotała się po swym pokoju, jak dzikie zwierzę, importowane z innego kraju, z obcego dla tych miejsc świata. Nadeszła wreszcie ostatnia chwila, moment wskazany w próżni, złowieszcza gwiazda w mrokach. Musiała działać tego a tego dnia, o godzinie, którą podszepnęły ogniste wargi namiętności. Była to decyzya, jakby się trzeba było z okna rzucić na bruk ulicy. Poszła szybko pod Mercato Nuovo i w chwili przerwy między przejazdem tramwajów przywołała Cesarego władczem skinieniem. Zbliżył się do niej zły, skwaszony, pewien, że z poręki siostrzyczki nowe go czekają cięgi za coś świeżo przeskrobanego. Isolina z oczami wlepionemi w jego oczy powiedziała mu w paru zdaniach, czego chce. Kazała wyniośle, żeby się starał o dobre wytrychy i rozmaite klucze, gdyż ma zrobić tak i tak, bez zostawienia najlżejszego znaku około zamku biura pana De Granno. Przymrużył lewe oko, parsknął śmiechem i poklepał ją po ramieniu. Przekonany był, że to jakiś nowy kawał, głupi podstęp dwojga „świętych“, starego i tej bigotki, ażeby go na próbę wystawić. Lecz gdy powtórzyła rozkaz, zastanowiły go oczy ragazzy“. Od niechcenia począł rozpytywać się, co to znowu znaczy. Ze wzgardą, drwinami i setką wyzwisk dowiadywał się o to i owo w tym interesie. Kazała mu przedewszystkiem milczeć o tem przed ojcem, — i to mu wiele dało do myślenia. Musiał przysiąc na Madonnę, że będzie milczał, jak wieprz przed Mercato Nuovo. Z kpinami przysięgał, z kpinami potakiwał, iż będzie czekał na dany znak. Wzruszył wreszcie ramionami i, śmiejąc się, przyrzekł, iż zdobędzie potrzebne klucze i wytrychy. Ponieważ tramwaje nagromadziły się już na placu, kiwnął jej głową i odszedł, gwiżdżąc ponad gwar zgiełkowego zaułka. Isolina uciekła stamtąd. Zmieszana z tłumem mknęła do domu, płacząc bez przerwy. W głębi tego wszystkiego, co się z nią teraz przytrafiło, słyszała wyraz tylekroć bezmyślnie wymawiany, — wyraz: śmierć. To jest właśnie — śmierć, — powtarzała samej sobie wargami białemi. Śmierć w sobie, zanim życie ustało, zanim ciało umarło. Śmierć, gdy jeszcze życie trwa. Serce nieszczęsne miotało się wśród widzeń przeraźliwych, wśród kształtów mglistych boleści i wśród obrazów tego pana, tego władcy, — mężczyzny straszliwej piękności. Pożądała tylko jednego, żeby za wszystko, za samą tę śmierć, on się uśmiechnął! Żeby na nią spojrzał łaskawemi oczyma, przezroczystemi źrenicami dzikiego, wolnego ptaka, z zadowoleniem i podzięką. Przeczuwała ten uśmiech, marzyła o nim, biegła w jego stronę co tchu. Patrzyła przez mrok wewnętrzny na radość, która rozbłyśnie w jego oczach. Wiedziała, że jedynie ta ofiara, którą teraz na ołtarzu złożyła, stworzy, obudzi, wywoła i ukaże w jego oczach łaskę. To jedno, co uczyniła, to właśnie jedyne, skruszy i zmiękczy jego serce z kamienia. Nic innego, tylko to. Nie mogła znieść jego gniewu. Nie była w stanie żyć dłużej w niełasce. Jakże miała zapomnieć o pewnych jego słowach, o spojrzeniach surowych i strasznych, lub niespodzianie, bezbrzeżnie łagodnych, takie dających uczucie szczęścia, jak miłosierdzie rodzonej matki. Nie było rady na wspomnienie jego niezrównanych żartów, — jego śmiechu tak serdecznego, jak u nikogo innego z ludzi, tak jedynego w swem jestestwie, iż trzeba było śmiać się tym samym śmiechem w głębi nocy, a nawet we śnie. Wszystko w nim było ładne i niezrównane, — każdy zwrot mowy i sposób zaciągania się cygarem, — wstępowanie na schody i leniwe kroki w ogrodzie, — gaworzenie z dzieciątkiem w obcym, szeleszczącym, miłym, dziwacznym języku, — i tajemnica sztuki malowania niepojętych, kolorowych obrazów, do których po ich dostrzeżeniu przywierało wszystko uczucie. Nie było rady!...
Głucha i ślepa od swych pasyj mijała długą a ruchliwą ulicę Cavour. Zatopiona w otchłani mąk i raz wraz porywana do niebios rozkoszy marzenia, że już spełniła, — nagle usłyszała... W wąskiej poprzecznicy, łączącej ulicę Cavour z ulicą Ricasoli, rozległ się raz, — potem drugi raz żałosny, — żałosny roztłuczony o wysokie mury i rozbity o kamienie klangor ojca, jak gdyby krzyk anioła mściciela, straszny śpiew z tamtego świata, wyrok śmiertelny i pożegnanie z głębiny serca, wołające z pomiędzy rumowia nieprzeliczonych gmachów Florencyi:
Co-gio-fie-ma-tri-vanti!
Isolina przeraziła się. Upadła na duszy i biegła dalej zgarbiona. Smrodliwy strach obleciał ją, jak fetor zgniłego mięsa. Cwałem, cwałem biegła przed siebie co tchu w piersiach, szepcąc w znikczemnieniu i głupocie:
— Ojcze, ach, ojcze! Babbo!
Lecz rozerwały się już niepojęte, tajemnicze gązwy dwu istnień, spajające w jednę całość ojca i dziecko. Rozdarty został anielski hymen duszy dziewiczej przez zewnętrzny a niezwalczony wdzięk płci męskiej.


Upały florenckie uniemożliwiły panu Granowskiemu pobyt w mieście o tej porze. Zapadło postanowienie wyjazdu nad morze w okolice Viareggio. Pewnego dnia „ekscelencya“ ruszył automobilem w towarzystwie Catona, ażeby szukać odpowiedniej willi, lub hotelu. Ponieważ obawiał się zostawić na lato swych gości samych w willi De Granno, zaproponował pani Śnicowej, żeby również wyjechała. Tłómaczył jej iż pobyt w nieznośnych upałach Florencyi może być szkodliwy dla jej synka, a morze doskonale mu posłuży. Oczywiście, matka zgodziła się skwapliwie, a Śnica postanowił również jechać „dla studyów morskich“. Isolina otrzymała zawiadomienie, iż jedzie z panem na lato. Dzień nieobecności pana Granowskiego i Catona w domu nastręczył się Isolinie, jako termin czynu. Dała znać Cesaremu. Ten przyszedł w biały dzień, uzyskawszy na parę godzin zastępstwo swych czynności tramwajowych. Wpuszczony przez siostrę do gabinetu pana de Granno, zaczął póty majstrować przy zamku biura, aż go otworzył. W szufladzie jednak nic nie było. Dopiero naciśnięcie jednej ze ścianek otwarło drugą, wewnętrzną skrytkę, gdzie leżał srebrny worek. Isolina, która przy drzwiach gabinetu stała na czatach, porwała worek i wskok znalazła się w pracowni Śnicy. Malarz spokojnie otworzył zameczek i znalazł wewnątrz papier upragniony. Natychmiast rozprostował arkusz, ustawił go przed aparatem fotograficznym, zdawna w tym celu wypożyczonym od zamożnego kolegi — malarza. Po dwustronnem zdjęciu dokumentu śnica zabrał się do jego dokładnej, barwnej kopii. Na przygotowanym kartonie odtwarzał kreska po kresce, laska po lasce, pismo Nienaskiego. Barwnemi zapuszczeniami kopiował krople krwi zastygłe na papierze i ledwie dostrzegalne ślady zabrudzenia od palców, rozmazujących łzy. Nie upłynęła godzina czasu od chwili otwarcia biurka, a już testament był skopiowany dwukrotnie z dokładnością niemal absolutną, — obustronnie sfotografowany, wymierzony najskrupulatniej i zbadany co do jakości, grubości i gatunku papieru. Gdy to wszystko zostało załatwione, testament włożono z powrotem do worka, a sam worek odniesiono na miejsce. Cesare umieścił go we właściwej skrytce i szufladę zamknął z powrotem, bez naruszenia i bez jakiegokolwiek zarysowania politury dookoła zamka. Śnica przezornie nie widział się wcale z Cesarem, a Isolinie zakazał wszelkich objaśnień, dla kogo worek wydobyto i w jakim celu. Cesare, domagający się od Isoliny wyjaśnienia celu tak głupiego postępowania, otrzymał mgliste tłómaczenie, że to dla pewnej fabryki srebrnych saczków chciano skopiować sposób wiązania ogniwek srebrnych nici, który był w tym worku fenomenalnie misterny. Cesare parsknął śmiechem i wystawił wielkie, palisandrowe oko, ażeby pokazać, że nie jego brać na takie dykteryjki. Otrzymał od Isoliny za robotę dziesięć lirów i, podśpiewując, odszedł na miejsce służby. Isolina, po najtroskliwszem obejrzeniu zamka biura swego pana, gdzie nie dostrzegła najlżejszej rysy, ani znaku operowania wytrychem, — po wytarciu politury aż da stanu absolutnego lśnienia, — wyfroterowaniu parkietu dookoła mebla, — wpadła w stan jak gdyby radosnego natchnienia. Była szczęśliwa, iż afera się powiodła i że to była rzecz tak prosta, jasna i niewinna. Śnica wygrzeczniał i mówił do niej cichym, wesołym głosem słowa łaskawe, które jej rozkosz sprawiały. Śmiała się ze swych trwóg i wzruszeń z racyi tak pospolitej i głupiej sztuczki. Tej nocy spała twardo i spokojnie w cichości szczęsnych uczuć.


W kilka dni później, bardzo wczesnym rankiem, malarz obudzony został przez głos dzwonka u wejścia do willi, niezwykły o tej porze. Nie wstając ze swego posłania, znajdującego się tuż przy drzwiach do pracowni, nastawił ucha, żeby usłyszeć, kto to dzwonił. Wnet odróżnił szybkie kroki Isoliny, zbiegającej na dół po schodach. Domyślił się, że zaszło coś niezwykłego, bo natychmiast cofnęła się na górę, jęcząc i szlochając. Gdy dobrze przystosował ucho, pochwycił jej rozpaczliwą modlitwę z głębi piersi, z przepaści nieszczęścia:
O, Dio! O, Dio! O, Dio!
Spać mu się jeszcze chciało, lecz ciekawość przemogła. Zwlókł się z łóżka i, stojąc we drzwiach, z udanem współczuciem spytał na odległość wyżyny schodów, prowadzących do pracowni:
— Co się stało?
Sunąc się wzdłuż ściany i czepiając jej rękoma, żeby nie upaść na ziemię, wlokła za sobą na pół zapiętą spódnicę. Drżącym głosem wyszeptała bezmyślnie, w przerażeniu:
— Yole przybiegła...
— I cóż?
— Ojciec umiera!
— Gdzie?
— W szpitalu.
— A cóż mu takiego?
— Nie wiem!
— Idziesz tam?
— Idę!
Wnet pobiegła na dół, jak gdyby runęła ze schodów. Śnica zaklął przez zęby. Nawrócił i rzucił się w łóżko. Okrył kołdrą głowę i twardo zasnął posilnym snem rannym.


W jakieś dziesięć dni później cały dwór pana Granowskiego wyjechał nad morze, w okolice Livorna. W niepozornej miejscowości, między dwiema morskiemi stacyami, znaleziono wygodny hotel, którego całe pierwsze piętro najął pan de Granno. Na drugiem piętrze gnieździło się istne mrowisko jakichś Niemców. Ekscelencya miał dla siebie trzy frontowe pokoje, państwo Śnicowie musieli się umieścić w jednym, a Catone i Isolina otrzymali po niewielkiej izdebce w pobliżu ich pana. Cameriera, aczkolwiek spełniała, jak dawniej pilnie, swe obowiązki, była teraz napół przytomna. Ojciec jej umarł. Pewnego dnia, gdy krzyczał w ulicach podczas roznoszenia dzienników, głosu mu zabrakło, a natomiast pokazała się w gardle i ustach obfita fala krwi. Przeniesiony do szpitala, szybko skończył życie. W jednem z czasopism brukowych, którego nazwę przez całe życie, dzień w dzień, popularyzował w zaułkach pięknej Florencyi znalazła się dwuwierszowa, reporterska notatka petitem, podająca imię i nazwisko ojca Berto, jako „ofiary zawodu“, — zapewne ku pociesze współzawodników tegoż zawodu. Głos jego przestał rozlegać się, a człowiek oddany został ziemi Trespiano, która już tyle pochłonęła. Rodzina z konieczności musiała przekształcić swój ustrój, dość szybko zapominając o twardej zwierzchności patrymoniatu.
Nie mogło zapomnieć ojca Berto tylko jedno serce, — serce Isoliny. Popadła ona w pewien rodzaj duchowego letargu, w natrętną tęsknicę. Mogła robić forsownie, rozmawiać, śmiać się, nawet żartować, a mimo to miała serce wciąż zmiażdżone, mózg pełen jakiegoś kopciu, czy dymu. Ona jedna wiedziała, dlaczego to ojciec umarł. Nadaremnie ją wtedy wołał od strony ulicy Ricasoli! Nie dowołał się. Nie posłuchała. Więc umarł! Jakże to on tam umierał, wiedząc o tem wszystkiem, co zrobiła, — od Boga? Co to on wtedy czuł w sercu! Jakaż mogła być za taki grzech ekspijacya? Gdzie było przebaczenie? Jakże było odkupić tę winę? Chciała zrobić jedno jedyne, szukając dla siebie i dla Cesarego ratunku. Poszła do brata. Znalazła go i wyprowadziła za miasto. Tam, w zaroślach Monte Olivetto, padła mu do nóg, wyznając wszystko. Błagała Cesarego, żeby na pamięć ojca zaprzysiągł, iż ten grzech popełnili raz jeden z jej własnej winy i że już nigdy, przenigdy więcej! Całowała jego nogi i oblewała je łzami tak szczodremi, iż kamień byłby od nich skruszył się i rozpadł. Zaklinała brata tak długo, jak tylko bezsilne dziecko ludu zaklinać jest w stanie. Lecz inne to już były czasy! Cesare już nie czuł poza sobą i poza nią przemocy ojca. Nie bał się już jego kija. Co więcej, jego to teraz nastała władza. Mógł się na siostrze pomścić za wszystko, za jej dawniejsze donosy przed ojcem i namawianie do poprawy. Wysłuchał wszystkiego, co tam bajała, kopcąc cygaretkę, napasł się jej prośbami i opił bekiem, a potem kopnął ją w piersi, wydrwił i zekpał najsroższemi, najbardziej zelżywemi wyzwiskami. Oświadczył, że tak jest, to prawda, że to ona zabiła starego. Utłukła go swą zbrodnią. Stary wyszperał w kruchcie, na klęczkach wiadomość o wszystkiem. Zawsze tak umiał wymodlić wiadomość o każdej sprawce. To jest pewne. Ale teraz on, Cesare, inne zacznie życie. Sprzykrzyło mu się grać i grać na trąbce przed ryjem bronzowej świni. Są przecie na świecie ciekawsze i weselsze, a zwłaszcza droższe roboty. Sama mu przecie wskazała, wetknęła do ręki wytrychy. Od niej się dowiedział, że tak można. Jeśli za takie figle ma się spotkać z panem, co siedzi i czeka na gości w prefekturze policyi, to przecie niech będzie o czem z nim gadać! Dotąd nie wiedzieli, Cesare i ten piękny pan, o czem gruchać ze sobą. Wnet potem, cisnąwszy w krzaki papierosa, wstał z miejsca i nie obejrzał się poza siebie. Poszedł na dół. I już go więcej nie widziała. Na dawnem miejscu przy tramwajach nie siedział, do domu nie zaglądał. Przepadł. — Klęski, których niepodobna zgrupować w istotną historyę, ani nawet wyliczyć, poczęły splatać się dokoła niej w dziwnie zajadłe zespoły, jakby w hufce liczne i zawzięcie prześladujące. Biły ją wciąż te same coraz wścieklej, albo zamieniały się jedne na drugie, jak gdyby przebierając się w coraz to odmienniejsze postacie. Uczucia poczęły gęstnieć i ciemnieć, jak chmury, które pcha burza, lecąca ze swego tajnego miejsca pobytu za widnokręgiem. Nie wiedziała, co się dzieje w niej i dokoła. Czuła wciąż straszliwy żal. Modlitwy najżarliwsze nie uśmierzały boleści, lecz czyniły serce coraz bardziej subtelnem, iż jasnowidziało grzech dokonany i cnotę porzuconą. Nie było ratunku nigdzie na ziemi.
Gdy się znalazła nad morzem, siadała w oknie swej izby nocami, patrząc w to dalekie, bezbrzeżne widziadło. Było bez dna i bez końca, jak jej boleść. Zdarzenia, wśród których chodziła, były, jak brzeg wąski i znikomy. Czasami w pustyni tego morza przemykał się żagiel łodzi, jak złudzenie pociechy przemierzało czasem jej wielką niedolę. Kiedyniekiedy stała nad niem cicha pogoda, jak staje nad sercem złowieszcza i zdradziecka cisza, za którą kryje się straszliwa klęska burzy rozpasanej. Czasami po wąskim pasku ziemi nad morzem przechadzał się pan Śnica. Zamykała wówczas oczy i modliła się przed obliczem zmarłego ojca, błagając go po milionkroć o odpuszczenie winy. Lecz serce od tych modlitw było puste. Boleść stawała się podwójną, ofiara dwukrotną, wyrzeczenie się pełne zjadliwego cierpienia. Ponury, lecz godziwy żal stawał się jak gdyby cuchnącym grzechem, nową zbrodnią i najokrutniejszą z win. Rwała wtedy swe cudne włosy i ostrem, kuchennem żelazem rozdzierała czarujące, dziewicze piersi, nie mogąc sobie poradzić. Ciało jej samo przestało być ludzkiem ciałem i przeistoczyło się w cierpiącą duszę. To jedyne i wyjątkowe w swej istocie zjawisko transubstancyacyi człowieka na ducha było wyłamaniem niejako wszystkiego ludzkiego z sustawów, — wykręceniem w dół, do góry, lub na nice. Wszystko jedno, dokąd pójść, gdzie przebywać i co robić na tej ziemi. Nie było miejsca, ni czasu. Rzeczy wokół martwe, obce i na nic niepotrzebne. Samo czucie wszystkiego, tak ostre i głębokie, stało się dla martwego oka nie więcej, jak śladem stopy na miałkim i rozpylonym piasku, który morze wieczyście zmywa. Gdyby Isolina otrzymała w owym czasie wielki majątek, albo została mianowana księżniczką Genui, nie dałoby to jej w istocie ani minuty pocieszenia. Gdyby nawet piękny pan, cudzoziemski malarz, przycisnął ją do serca, nie uśmierzyłaby się jej zgryzota. Nieraz napastowała ją pokusa, żeby panu De Granno wszystko wyznać. Lecz trwoga znowu przed czemś niepojętem, trwoga szczególna, jak przeszycie tajemniczej trucizny, paraliżowało sam pomysł. Opasana bowiem była, mimo wszystko, jak gdyby atmosferą, z której zakresu uderzały w nią nieprzeliczone impulsy, czucia niepojęte i nieznane, tajne, kryjące się ze swą istotą i rodzajem, zarówno przed światłem rozumu, jak przed wolą. Nadaremnie jej ręce, ramiona, plecy, piersi i nogi odtrącały od siebie tę władzę zewnętrzną. Nie pomagało nic, — krukowi mydło. Ohyda grzechu niewidzialna, jak ciemność, przesiąkała do głębiny jej oczu, rządziła, ni to władza samodzierżąca, cudacznymi snami i nieskończenie krążyła w żyłach cielesnych razem ze krwią. Wśród najgłębszej boleści błyskały, jak świetlisty piorun, najrozkoszniejsze obrazy, tworząc poczucie boleści sto tysięcy razy bardziej nieznośnem. Tak to, wskutek wielkiej mocy cierpienia, ciało jej stało się nieprzystępne. Nie był to dawny, przyrodzony organizm spożywający, trawiący i rozrodczy, lecz przetwór ducha, — pełne mocy i przemocy ciało duchowe.


Pewnej nocy, z 28 na 29 lipca, zapanował na drugiem piętrze, obsadzonem przez niemieckich kąpielowiczów, ruch niezwyczajny. Biegano tam już nie w miękkich pantoflach, lecz w ciężkich butach i nie lżejszych trzewikach, gadano głośno na schodach i w korytarzach, znoszono pakunki i kufry. Dopiero o świcie ten nagły ruch ustał i mieszkańcy pierwszego piętra mogli spokojnie usnąć. Nazajutrz około południa cameriery z drugiego piętra, zapytane, czemu to w nocy tak hałasowano, dały ze śmiechem dziwaczną odpowiedź, iż z owego piętra wszyscy Niemcy wraz z Niemkami wyjechali, jak jeden człowiek, gdyż któryś z nich dostał depeszę, jakoby wojna wybuchła. Pan Granowski naśmiał się zdrowo z tej relacyi. Przeżył już niejedną kampanię takiego jednonocnego alarmu. Śmieszyła go również karność teutońska wobec pierwszej z brzegu pogłoski. Jednakże czasopisma rozwiały jego drwiący nastrój. Około południa zastukał do jego gabinetu sam pan Śnica i, ledwie siadł na stołku, złożył lodowate oświadczenie, iż, jako rezerwowy oficer austryacki, otrzymał z ambasady zawiadomienie, ażeby niezwłocznie stawił się w kraju. Pan Granowski w pierwszej chwili głęboko, acz sekretnie, odetchnął na myśl, że może ta jakaś mityczna wojna, wybuchająca tak niespodziewanie, zrobi jedną przynajmniej rzecz godziwą zmiecenia z powierzchni globu artysty Leszka Śnicy. Tymczasem artysta, jak gdyby domyślając się biegu i sensu myśli pana De Granno, zaczął wyłuszczać w sposób nadzwyczaj grzeczny i uniżony, że musi zaraz jechać dla stawienia się przed obliczem komendy swego pułku. Lecz pytał samego siebie, za co tu jechać, gdy się nie ma grosza przy duszy. Milioner uczynił znany gest wielkopański. To jednak nie załatwiło sprawy. Rezerwista westchnął, iż „z żalem“ musi ze względu na ów wyjazd, powrócić do nieznośnej i nudnej kwestyi...
— Znowu? — uśmiechnął się pobłażliwie pan de Granno.
— Któż wie? — mówił Śnica ze smutkiem, — może zginę na owej wojnie z Serbami, czy, pono, Moskalami! Wonczas spotkam się oko w oko ze zmarłymi. Cóż powiem, ja, świadek ostatni z tej ziemi.
— Czy żona pańska zostaje tutaj? — ominął te głupstwa pan Granowski wyniosłem pytaniem.
— Ależ co znowu! Jedzie ze mną.
Tiens! A jeśli pan w rzeczy samej przejdziesz na tej wojnie do większości, co będzie z żoną i dzieckiem?
— Zaopiekuje się niemi państwo, nasza Austrya, w której obronie będę piersi nadstawiał.
— No, to sprawa jest załatwiona... — odtrącił tę kwestyę „mecenas“.
— Tak, ta sprawa. Lecz testament...
— Skończ-no pan łaskawie z tym...
— Jakże mam skończyć...
— Z tym szantażem! — mruknął milioner z niekłamanem męstwem.
— Ach, z „szantażem“... — powtórzył Śnica, teraz dopiero odzyskawszy swój własny głos i ton mowy.
Leniwym ruchem dostał zniszczony pugilares i w tajemnej jego przegródce wyszperał pognieciony papier. Otrząsając popiół ze swego nieodstępnego cygara na dywan gabinetu, rzekł z uprzejmością:
— Ja przecie posiadam testament Nienaskiego. Znam się na tych gzygzakach, kreskach i początkowych literach. Wiem, co każda oznacza, bo mi to pani Xenia tłómaczyła kilkadziesiąt razy.
Mówił to wszystko, rozkładając arkusz i pokazując plamy, kreski, litery na zmiętoszonym papierze.
Pan Granowski oniemiał. Wrzucił w oko monokl. Zgięty w pałąk przypatrywał się owemu dokumentowi. Na usta cisnął mu się okrzyk:
— Ależ, do dyabła! Ja mam u siebie w biurku autentyk! Dziś go miałem w garści. Przed chwilą! Nie wychodziłem z domu! Kiedyż ten łotr mógł go ukraść?
Nie chciał i nie mógł wydać swego sekretu, iż posiada dokument, i zdradzić się przed Śnicą, gdzie go posiada. Byłżeby na świecie w samej rzeczy drugi egzemplarz? W ręku tego łotrzyka?
Dreszcz go przeszył od stóp do głów na myśl, że w istocie Śnica ma go w swej mocy. Ale po chwili myśl, tyle razy ćwiczona w czujności, wróciła karnie na swoje miejsce.
— No, więc cóż z tego? Cóż być może? Proces? Voyons...
Rzekł ozięble:
— Co to mi pan tutaj demonstrujesz?
— Testament Ryszarda Nienaskiego.
— Jakaś szmata. Kpij pan zdrów!
— Zobaczymy, czy tak sądzić będą władze w Galicyi...
— I cóż władze w Galicyi?
— Gdy im tę szmatę przedłożę ze szczegółowem, pod przysięgą wyjaśnieniem...
— No, to zobaczymy!
— Panie Granowski! Inni zapracowali, a pan się z tego dobrze masz?
— Bez uwag, asindzieju! Skąd pan wziąłeś tę mazaninę.
— Z rąk pańskiej umierającej córki! — rzekł Śnica groźnie.
Przywłaszczyciel zadrżał w sobie po wtóre i po trzecie. To było gorsze! Któż wie? Może w istocie ręce Xenii trzymały ów świstek? Może Nienaski, umierając, dwa egzemplarze napisał, a jeden z nich trafił do rąk tego człowieka? Jak odebrać od niego tę szmatę? Wykupić? Drogo trzeba będzie zapłacić... Ale to mniejsza! Xenia...
I oto znowu trzeźwa i łagodna myśl:
— Po co? Jeżeli w mem posiadaniu jest dokument główny, jeżeli go mam w rzeczywistości, jeżeli go dobrze ukryję, to czyż tamta szmata może starczyć za dowód sądowy? Ktoż ją będzie śmiał poczytywać za testament?
Śnica siedział bez ruchu i wpatrywał się w znaki, rozprowadzone na arkuszu. „Padrone“ nachylił się raz jeszcze i obserwował uważnie. Nie mógł wątpić: był to Nienaskiego „testament“!
Rzekł obojętnie:
— Cóżbyś pan chciał za ten papier bez wartości? Kupiłbym go, bo tu są ślady krwi niewinnej, krwi męczeńskiej mego zięcia.
— Nie, panie! To nie jest antykwarski zabytek na sprzedaż. Są tu w istocie ślady krwi pańskiego zięcia, które wołają na pana z tego papieru!
— Bez wszelkich takich!
— To nie jest dla „szantażu“! Będzie pan łaskaw oddać wszystko według tego kodycylu. Ja to wyjaśnię, komu należy.
— A więc nie kupuję tego papieru, gdyby nawet były na nim ślady krwi mego zięcia.
— Co wilk raz porwie, ciężko wydrzeć... — rzekł Śnica.
— Zbrudzony jest ten papier przez dotknięcie rąk pańskich... — wyjaśnił Granowski. Po chwili dodał w gniewie:
— Skończyłem z panem!
Gdy to mówił i jeszcze stał zgięty, powziął niezłomną decyzyę: wszystkie fundusze z Włoch przesunąć niezwłocznie do Anglii.
Odszedł powoli, — siadł za swem biurkiem. Zapalił cygaro. Śnica nie wiedział, po prawdzie, co dalej czynić. Nie mógł przystać na sprzedaż, bo dokonałby tranzakcyi za byle co, a tak oto miał w ręku swój bez wartości fabrykat. Wstał tedy i wyszedł. Granowski szybko zerwał się z miejsca i przywarł za nim drzwi, przekręcając klucz dwukrotnie. Potem skoczył do biurka hotelowego, które zamykało się na doskonały zatrzask. W szufladzie znalazł woreczek Xenii, a w nim testament. Rozwinął go i patrzał.
W godzinę potem wydał Catonowi zlecenie, żeby samochód był gotów. Wnet pędził do Florencyi na spotkanie z bankierem Crumbem. W drodze układał plan wejścia w spółkę z tym finansistą, — co do czego był wielekroć przez Oscalai’ego informowany, — z tem jednak zastrzeżeniem, żeby wszystka gotówka była przeniesiona do Anglii i umieszczona w brytyjskich przedsiębiorstwach i bankach. Ani grosza nie zostawić we Włoszech! Ani grosza w Austryi lub Niemczech!


Gdy Granowski tak nagle i bez pożegnania wyjechał, Śnica wpadł w stan depresyi. Nie udał mu się zamysł, zupełnie, jak nędzny obraz. Jeżeli „jako twórca“, nie był w stanie namalować nurtujących go wewnętrznych idei barwnych, czuł taką właśnie w sobie pustkę. Skoro po wyładowaniu pewnego zespołu farb, nie wiedział, czy dokonane dzieło zamalować, jako kicz niezdarzony, czy też z wrzaskiem ogłosić między współwyznawcami za jedyny objaw „Sztuki“ przez wielkie S, tak się właśnie biedził i wahał. Mógł mieć w rękach pewną, prawdopodobnie nie ostatnią, sumę pieniędzy, ale byłby wówczas pospolitym szantażystą, gdyby się był zgodził wziąć to, co da uzurpator. Teraz nie miał nic, poza wijatykiem z ambasady, wydzielonym na koszta podróży. Szedł niby na wielką grę, a z górnych projektów nie miał nic zgoła. Jechać musiał co prędzej. Poza przymusem wojskowym tysiąc go ku temu skłaniało pobudek. Nad wszystkie zaś decydującą była — Isolina. Przedtem bał się, krótko mówiąc, skutków. Bał się własnej rozkoszy i zaplątania się na dobre w jakikolwiek obowiązek. Trzeba by było znowu łożyć na różnych doktorów... Teraz, gdy rzeczy miał spakowane i lada chwila trzeba było rzucić się w ową wojnę, nie chciał zaniedbać sposobności rozstania się czulszego z tak cudną dziewczyną. Piękność, jaką jej postać oblókł smutek, pociągała go nadewszystko. Marzył, żeby tchnąć uśmiech rozkoszy w zaciśnięte teraz usta, żeby zmusić oczy zgasłe do miotania włoskiego ognia. Nękała go bezwładność cielesna Isoliny, jej obojętność po tak żywych niedawno objawach miłości, głuche zgnębienie po jednostajnem przedtem uniesieniu. Mógłby się był dawniej nawet obejść bez tych objawów przywiązania. Gdy raz był ich twórcą niejako, czuł żal, skoro ich nie widział przed sobą.

Kiedy pan Granowski wjechał do Florencyi Śnica najbardziej był podjudzony od djabła szału. Wściekłość z racyi niepowodzenia trzeba było ukoić czemś dostojnem. Czatował na Isolinę to tu, to tam, w dzień i nad wieczorem. Im więcej znajdował przeszkód w spotkaniu z nią sam na sam, tem niecierpliwszą stawała się jego żądza. Wreszcie popadł w stan pasyi ślepej, niestrzymanej i na nic nie bacznej. Przemierzał korytarze i schody bezcelowemi krokami, zaglądał do mieszkania, lub wybiegał nad morze, pędzony przez jedno wciąż pragnienie. Nadeszła noc. Isolina zamknęła na klucz apartament pana Granowskiego i udała się do swego numeru, który leżał za wszystkiemi pokojami i stancyą Catona, w tej chwili pustą i zamkniętą. Śnica wypatrzył te okoliczności z bystrością napastnika. Pomógł żonie uśpić synka i zaczekał, aż pani Śnicowa sama usnęła, jak zwykle z wieczora. Wówczas pod pretekstem spaceru nad morzem ruszył na palcach przez długi korytarz do izdebki Isoliny. Gdy cicho zastukał, do jej drzwi, zrazu nie otrzymał żadnego znaku, że usłyszała. Nie czekając na odpowiedź, nacisnął klamkę i wszedł. Isolina była już prawie rozebrana. Zlekka krzyknęła, ujrzawszy malarza. Nakazał jej milczenie i wyjaśnił, iż ma powiedzieć kilka ważnych rzeczy i że dlatego przyszedł. Zarzuciła chustkę na obnażone barki i stanęła zdala. Śnica usiadł w fotelu, stojącym w pobliżu okna. Wieczór był niezmiernie gorący. Słaby, lecz szybki i jakby zdyszany plusk morza, kołyszącego się w dole, dochodził do uszu. Ów rytm jednostajny zdawał się być głosem krwi, bijącej w skronie. Isolina zbliżyła się do okna, żeby opuścić firankę, gdyż, w cnotliwości swej, chciała zapobiec temu, ażeby ktokolwiek z plaży widział mężczyznę w jej stancyjce. Śnica nie przeszkadzał jej w tym zabiegu. Lecz gdy wracała w kierunku drzwi, w celu odkręcenia światła elektrycznego, stłumionym głosem wycedził przez zęby, że nie trzeba światła zapalać. Spytała — czemu? Wtedy wyciągnął ręce i chwycił ją w ramiona. Jej ręce i nogi wyprężyły się, jak stalowe sprężyny, gdy go z całej mocy odtrącała. Ciało, jak łuk, się wygięło. Lecz Śnica był bezwzględny i mocny. Po chwili młoda Włoszka była w jego ręku, jakby w kłębek zwinięta. Jej szamotanie się stopniowo ustawało, a ręce były coraz bezwładniejsze. Bezsilna, zmęczona głowa dziewczęcia opadła na wszechwładne męskie ramię, a usta nie wiedzieć kiedy i jakiem prawem nawinęły się pod usta. Wpił się w nie wargami nienasyconemi na czas długi, jak ta cała płomienna noc. Lecz gdy wreszcie opity rozkoszą, oderwał na chwilę od tych ust usta, wycisnął z nich jęk tak przejmujący, że go to nawet w tej chwili zastanowiło. Już raz słyszał ów jęk z jej piersi, wówczas, gdy się dowiedziała, że ojciec umiera. Ten sam to był pogłos przerażenia, krzyk z głębokości niedoli:
O, Dio! O, Dio! O, Dio!
Lecz straszna suma cierpienia, zawarta w tem wołaniu, podnieciła go tysiąckroć bardziej. Zaczął okrywać rozpalającemi, ognistemi, rozjuszonemi pocałunkami ciało bezsilne, które obnażał. Upajał się niem, jak młodą różą, zerwaną z krzaka mokrego od nocnej rosy. Przyciągał i przytulał do siebie ten niewymowny cielesny cud, bielejący w półmroku izby. Doświadczał ślepej, nieopisanej rozkoszy dzikiego jastrzębia, księcia czystych, podniebnych przestworów, kiedy wśród świstu chyżych skrzydeł w zimnym lazurze, zatapia niezłomną siłę szponów swych, daną mu od natury, i waleczną przemoc, narzuconą mu z wyższa, w żywe, nietknięte sustawy schwyconej w locie i pokonanej gołębicy.


Gdy pan Granowski wrócił z Florencyi, załatwiwszy pomyślnie interes przeniesienia swych kapitałów do Anglii i umieszczenia ich na mniejszych procentach, lecz w pewniejszych, niż „dobroczynne“ konjunkturach, — już wojna Anglii, Francyi i Rosyi z państwami centralnemi była zdecydowana i wybuchła. Włochy ogłosiły swą neutralność w tej walce. Śnica, jeszcze raz, natarczywiej wezwany przez władze konsularne, wyjechał z rodziną z nad morza wprost do Krakowa. Przed wyjazdem miał jeszcze jednę rozmowę z panem Granowskim. Ale w owej chwili „ekscelencya“ miał już rzecz tak pewną, traktował pięknego malarza z góry i z pewną dobrotliwością oraz współczuciem. Śnica tedy dość grubijańsko zagroził mu wielkim skandalem publicznym — i odjechał. Po jego zniknieniu pan Granowski w ciągu kilkunastu godzin zastanawiał się nad sytuacyą, a wreszcie powziął wręcz dziwaczną i nieoględną decyzyę wyjazdu... także do Galicyi. Na to postanowienie wpłynęło wiele okoliczności. Pierwsza — to pewna ciekawość, jakby prawnicza, spekulacyjna, a nie pozbawiona tchórzliwości, czy Śnica zechce istotnie coś przeciwko niemu wszczynać i jak to zrobi. Druga — to konieczność obrony na miejscu, — osobistego zbadania, jakie też to władze wojna wyłoni do decydowania w takich sprawach, — czy jakie powoła, — i czy wszystko nie zostanie pochłonięte przez dobroczynne moratoryum, którego panowanie przewidywał. Trzecią przyczyną wyjazdu był żal, wynikający z miłości osiągniętego bogactwa i z wyhodowanego już skąpstwa. Panu Granowskiemu było bardzo żal dużej kopalni „Xenia“, — która, pomimo nalegań, sprzedana nie została, — oraz pewnych mniejszych sum, złożonych w Krakowie i Wiedniu. Wszystko to wojna mogła zaprzepaścić. Najważniejszą wszakże przyczyną, decydującą nieodwołalnie, dla której racye przedstawione wyżej były, szczerze mówiąc, tylko pretekstami, stała się tęsknota do grobu Xenii. Pan Granowski lękał się, iż wojna mogłaby go odciąć na bardzo długo, a, co gorsza, na zawsze od tej mogiły. Bankierzy, z którymi w ostatnich dniach omówił we Florencyi temat wojny, przewidywali wystąpienie Włoch przeciwko państwom centralnym. Tymczasem teraz dniami, nocami, w rozmowie i milczeniu, w poczuciu siły i nędzy, zawsze, — chciało mu się być na cmentarzu krakowskim, zobaczyć, patrzeć, czy pomnik Xenii nie rozpadł się w gruzy, — oprzeć ręce o żelazne sztaby grobu i płakać tam w samotności. Chciało mu się nadewszystko coś rzec własnemi ustami do niej w tym dole, do niej samej, coś uczynić, wykonać, zaprzeczyć, coś uskutecznić, coby odtrąciło od piersi pewien nieokreślony a natrętny i zjadliwy smętek, wstydliwie tchórzowski sentyment, wstyd sam w sobie, wałęsający się wokół od chwili rozmów z tym Śnicą, jej „świadkiem“. Suma tych wszystkich przyczyn i powodów złożyła się na fakt wyjazdu. Catone wobec decyzyi pana „z boleścią“ prosił o zwolnienie go ze służby, gdyż nie chciał z Włoch wyjeżdżać. Zaraz też, miotany ową boleścią, znalazł miejsce w jakimś bogatym domu w Viareggio. Pan Granowski zatrzymał Isolinę, której wierności i uczciwości, w złudzeniu swem, był pewny. Napisał list do państwa Oscalai z prośbą o zaopiekowanie się willą aż do powrotu właściciela. Z tym listem wyprawił Isolinę do Florencyi. Sam pojechał niezwłocznie automobilem do Medyolanu, ażeby stamtąd rzemiennym dyszlem udać się do Krakowa. W myśl otrzymanych poleceń Isolina spakowała swój kuferek i niezwłocznie ruszyła w drogę. W ciągu doby poprzedzającej wyjazd była chora wskutek przejść doznanych. Gdy państwo Śnicowie tak nagle odjechali, popadła w stan przygnębienia, daleko dotkliwszy, niż kiedykolwiek. Doświadczała wrażenia, iż ją ręka jakaś ciągnie na wyniosłość niezmierną, żeby stamtąd zepchnąć zgłupiałą i bezsilną. Nie mogła wytrzymać w tem miejscu i w tym domu ani godziny. Była wciąż jeszcze wszystka wtrącona w niebieskie oczy kochanka. Tylko te oczy widziała, tylko te dwie wszechwładne źrenice. Czuła wciąż jeszcze jego potężne ręce, oplecione dookoła swych żeber i radosny jego ciężar na łonie. Czuła wciąż jeszcze ten sam ból i tę samą rozkosz, którą poznała, śniąc w jego ramionach. W tem miejscu nadmorskiem uderzała na nią mocna i straszliwa pustka zniknienia szału szczęścia, który dopiero co był się zaczął. Ilekroć podniosła oczy na góry lukkańskie, ciemniejące w tej stronie, dokąd odjechał jej kochanek, doświadczała ustawania bicia serca i takiego braku tchu, iż miała się za bliską śmierci. Przedmioty, połyski, odgłosy, szum morza, szelest liści, śpiew ptaków, — wszystko, — raniło teraz i rozdzierało jej zmysły. Najcichszy świegot ptaka każdem swem drżeniem i dźwięku sylabą przeszywał serce i wyciskał łzy. Nie był to świegot ptaka, lecz wspominanie szczęścia przez klęskę. Motyl, fruwający nad kwietnikiem, nie był to motyl pomarańczowy, lecz znak i kształt żalu, albowiem za wielką otchłanią doby minionej tak samo unaszał się nad kielichami i został w oczach ongi szczęśliwych. Teraz był tylko pamiątką. Kwiat nie był to kwiat, lecz ściśnienie serca aż do ostatniej granicy, gdyż wówczas tę samą swoją wydawał woń. Mówiła sobie wciąż: — to a to było jeszcze wczoraj... I zaraz potem wśród ruiny wszystkiego, w niedoli bez granic: — a dziś!... Nie mogła zrozumieć przerażającej krzywdy, ażeby on mógł zrobić z nią to, co zrobił, — i natychmiast wyjechać. Wyjechać na koniec świata! I na wojnę! To niepojęte zdarzenie, kiedy wierność bez granic porażona została przez zdradę bez granic, stało się jedyną rzeczywistością tej ziemi, nastawioną, jak oszczep, przeciwko zemdlałemu sercu. W wątłe tkaniny przygodnych pociech, nawiane przez łaskę bożą, zatapiał się raz wraz oszczep przeszycia i rozdzierał pajęcze włókna złudzenia. Nie było nigdzie pociechy! Zimna wszędzie zemsta wypadków! Serce w kryjówce swej stało się, jako więzień wzgardzony przez świat, zapomniany na wieki wieków i przeklęty przez odpuszczające miłosierdzie. Zwolna-zwolna bagno głębokie zawłóczyło cudowny ogród kwiatów miłości. Wszystek okrąg widzialny stał się, jako forma niewoli, skamieniały kształt śmierci, cmentarz na wszystko obojętny. Poświęcenie, oddanie się, czułość, wierność, ofiara ze siebie, ufność, miłosna troskliwość i rzewne przywiązanie, — wszystko, co żywe, — stało się teraz w tym martwym kraju, jako ślady krwi z tętnic na jałowym, zdeptanym i ugnojonym kurzu gościńca. Same łzy nie darzyły pociechą, lecz otwierały nowe, nieznane aż dotąd okniska boleści. Zraszały obficie ranę, lecz po to jedynie, żeby ją uczynić bardziej dokuczliwą. Krótkie wśród bezsenności widzenia przynosiły obrazy nieznane, z tamtego sprowadzone świata, niewiarygodnie dziwne zdarzenia, twarze surowe i straszliwe głosy, zawierające myśli, które miotały śmiertelną trwogę. Łkała, tłukąc się po swej izbie. Biła głową o poręcze łoża boleści i rozkoszy tak niewiadomej, tajemniczej, ohydnej i wszechmocnej. Gdy przyszła na dworzec, patrzyła na żelazne szyny kolei, po których uciekł jej kochanek. Ach, i w nich nawet było coś z tej samej rozkoszy i tej samej męczarni, którą on ją napoił! Marzyła, żeby rzucić się pod pociąg. Nie cierpieć dłużej tej nieposkromionej w sobie chimery, która, jak obłok pełen wichru i gradu, rozrasta się wciąż w piersiach i huraganem szaleje w nieszczęsnej głowie. Zapomniała teraz o ojcu umarłym, o watce i siostrach, o okrucieństwie uczuć, które jej sprawiał brat Cesare. Zapomniała o wszystkiem i stopniowo nurzała się w ohydne i beznadziejne dogadywanie się, iż nie jest już sobą poprzednią, lecz jedną z milionów pospolitych kobiet, jedną z motłochu tych, co się splatają z mężczyznami. Nie była w stanie myśleć o niczem, tylko jedynie o tym problemacie, który się rozwarł przed nią owej nocy. Myśli jej zagłębiały się w tę noc z szaleńczym uporem, z przenikliwością, której żadna zapora wstrzymać nie mogła, i przypominały po miljonkroć tajemnicę. Chwilami zdawało się jej, że to był tylko jeden ze snów parnej nocy. Chwytała się złudzenia, iż jest jeszcze tą samą niewinną duszą, Isoliną, zamkniętą w ciało, pełne piękna, przez modlitwę bytującą w bliskości Boga, tej bliskości, która czyniła z niej nie kobietę, lecz ducha, pełnego powabnych tajemnic. Becz ból, rozdzierający jeszcze łono, zaprzeczał, jakoby to był sen. Wtedy oczy Isoliny stawały się pełne tumanu rozpaczy, tęsknoty oszalałej, a z piersi wydzierało się przekleństwo. Wsiadła do pociągu, jak pijana, pełna uczuć zerwanego kwiatu, jeśli jakie uczucia zerwany kwiat posiada. W miarę biegu wozu, który ją unosił coraz dalej a dalej od miejsca rozkoszy, osuwała się, wbrew poprzednim uczuciom, ze zdwojoną bezwładnością w kolisko miłości fizycznej, nienasyconej żądzy i bolesne pragnienie drapieżnego płomienia, którego pierwszy i jedyny język ją poraził. Wiedziała, że nie da sobie z tem rady, że nie zostanie nigdzie, że musi iść po tropach i śladach, szukać kochanka, musi co prędzej biec za nim w świat, w ten świat bez końca!... I w tajemniczą wojnę! Czyniła postanowienia nieodwołalne i widziała natychmiast, że nie będzie w stanie ich spełnić. Żałowała bez końca i bez skutku, iż nie mogła jechać z panem Granowskim, że go na kolanach nie uprosiła, by ją wziął ze sobą. Rozumiała, jak dalece było to niewykonalne, lecz mamiła się złudą pociechy, która tlała w tem złudzeniu. Oczy jej były zamącone, jak czysta woda, przez rybaka zbita tłukiem, — niewidzące, zasłonięte łzami. Twarz stała się piękna jak marzenie, wtedy mianowicie, gdy najbardziej serce kurczyło się i ściskało z bólu. Na tę twarzyczkę tak uroczą zwracali uwagę młodzi lowelasi, jadący pociągiem z Pizy i innych miast przydrożnych. Szczególnie jeden z nich, młody, piękny, jak tylko młody Włoch pięknym być może, wysmukły i elegancki. Zauważył Isolinę jeszcze w Pizie przez okno, gdy się po peronie przechadzał. Zniósł do trzeciej klasy z sypialnego wagonu, gdzie siedział, swą walizkę i ulokował eleganckie ciało, ręce i nogi w wyprasowanych kortach naprzeciwko biedaczki. Przypatrywał się jej z taką zawziętością, że go nareszcie spostrzegła. Ten wzrok otrzeźwił ją cokolwiek, a nawet do pewnego stopnia wzmocnił i ukoił. Kryła się przed oczyma i odwracała to tu, to tam. Lecz było to nadaremne. Piękny młody Włoch nie dawał się zbyć niczem. Lekki jego uśmiech, zarazem dobrotliwy i pełen dyabelstwa pokuszeń, wciąż się błąkał przed oczyma Isoliny. Łagodne, wytworne ruchy jego rąk opanowywało lekkie drżenie, gdy zasłaniał okno brudną firanką, żeby sąsiadkę uchronić od natarczywości słońca. Wreszcie Isolina usłyszała, że ten pan coś do niej mówi. Nie odpowiadała. Milczenie go nie zraziło. Zrazu usiłował zaczepić ją jakiemiś słowami obojętnemi i grzecznemi, na które trudno było nie odpowiedzieć. Coś tedy odpowiedziała. Bez sensu, ładu i składu. On znowu o coś pytał. Wtedy prosiła go, żeby ją zostawił w spokoju, gdyż jest bardzo nieszczęśliwa. Ale to był najgorszy ze środków odczepienia się od tego jegomościa. Bo oto zaczął tak gwałtownie i tak pięknemi słowami zaklinać, ażeby się zwierzyła, co jej jest, tak błagać i nalegać o pozwolenie udzielenia sobie przecie jakiegoś ratunku w tej niedoli, — iż znalazła ulgę w natarczywości próśb tego bliźniego. Rozmowa z nim odprowadzała boleść, jakby ją na chwilę odsuwała w ubocze, skąd zaraz wróci... To też Isolina jęła zagmatwanemi i skąpemi wyrazy rozmawiać, — zdala niejasnymi ogólnikami coś napomykać, o czemś nadmieniać. On tak współczuł, tak przyjmował do serca, tak w lot chwytał każde najlżejsze zwierzenie! I oto w trakcie tej nieoczekiwanej znajomości Isolina poczuła nagle jakby szept, jakby głos, zawierający się w tym ślicznym, kuszącym uśmiechu, który się błąkał na ustach pięknego pasażera:
— Nie będę płakała! Nie będę płakała! Nie będę płakała!
W tej samej chwili doświadczyła ulgi. Och, kochała malarza Śnicę śmiertelną pasyą, kochała go w tej chwili bardziej, niż kiedykolwiek! Lecz ścierpieć tego, co w niej wrzało, nie była w stanie. Rozmowa z nieznajomym był to lek na męczarnię, ujście z lochu udręczeń. Zaczęła rozmawiać. Im dłużej, tem większe czuła ukojenie. Wreszcie stanęła w jej ciele, w głębi łona najokrutniejsza pewność:
— Tylko tak mogłabym tamtego zapomnieć! Tak tylko!
Młody współpasażer, ledwie poznany, wydał jej się lepszym, niż matka. Na jednej stacyi przyniósł jej najprzedniejszych owoców, na innej pudełko doskonałych cukierków. Grzecznemi prośbami wmusił przyjęcie. Niepodobna było odmówić, tak naturalnie i szczerze ofiarowywał. Coś ciągle miłego, zabawnego, nad wyraz dowcipnego mówił, zgadywał myśli i niemal widział smutek wewnętrzny, tak przecie tajemniczy i niedosięgły. Właśnie wśród rozmowy z tym czuła, jak ohydnie, jak po szelmowsku skrzywdził ją tamten. Ach, — wyjechał! Coś podrywało się w piersiach od tej myśli i szerzyło wśród boleści, jak rozerwanie żyły krwionośnej. Gdy po wtóre i po trzecie nawracała ta świadomość o wyjeździe malarza, zjawiła się konieczność zemsty na tamtym. W tem uczuciu zemsty była zaiste słodka ulga. Zapomnieć! Och, zapomnieć! Podeptać go w sobie, w sercu swem, w ciele i we krwi! Rozszarpać go, zatłuc całusami innego, wdeptać w błoto! Unurzać go we wszystkiem, co najbrudniejszego, w ostatecznem szelmostwie! Wyrzucić ze siebie zmorę! Zniszczyć ją na zawsze w pamięci!
W takich już myślach zbliżała się do Florencyi. Gdy za oknem wagonu migały drzewa i zarośla Cascine, młody człowiek zapytał z najniewinniejszą minką, dokąd Isolina zmierza, gdzie mieszka. Gdy mu z domieszką śmiesznej pychy powiedziała, że w willi „De Granno“, z prostotą, uśmiechając się łagodnie i miło, w najniewinniejszej myśli zapytał, czyby nie zajechała najpierw do niego. Takby pragnął zapoznać się bliżej, w dłuższym, swobodnym rozhoworze poznać jej smutki wewnętrzne, lek na nie znaleźć, ciche ukojenie. Mieszka za miastem, w Settignano. Ma tam swój własny dom w ogrodzie. Nikt ich nie zobaczy, gdyż pojadą zamkniętym fiakrem aż na miejsce, aż do drzwi willi. A w samym domu, oprócz starego stróża, niema nikogo. Isolina w pierwszej chwili żachnęła się i nie chciała słuchać, lecz, nim pociąg stanął, zmieniła zdanie. I oto, wysiadłszy z pociągu każde oddzielnie, spotkali się na Piazza della Stazione i szybko wsiedli do zamkniętej karetki. Vetturino, trzaskając z bata, pędził przez wąskie ulice Florencyi. Isolina, wtulona w głąb pojazdu, nasłuchiwała. Czuła żywą radość na myśl, że nie jest samotna. Ach, nie stanie wobec pustego ogrodu willi De Granno! Westchnęła z ulgą, przypomniawszy sobie pewnik, że już nie usłyszy nawoływania ojcowskiego w wąskich uliczkach. Nie uderzy jej już bezlitosnym batem płacz nieszczęśliwej starości! Nie doleci już do głębiny serca straszny żal, zawarty w jego wiecznem wołaniu. Była szczęśliwa...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Żeromski.