Chłopi (Czechow)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Chłopi
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wydania 1905
Druk Drukarnia »Czasu«
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Мужики
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

CHŁOPI
I.

Lokaj w moskiewskim hotelu »Słowiański Bazar«, Mikołaj Czykildiejew, zachorował. Zdrętwiały mu nogi, zmienił się jego chód, tak że pewnego razu, idąc przez korytarz, potknął się i upadł razem z tacą, na której była szynka z groszkiem. Musiał opuścić miejsce. Jakkolwiek posiadał pieniądze, czy swoje, czy żony, wydał wszystkie na kuracyę, nie było już zaco się żywić, przykrzyło mu się bez roboty i zdecydował się wyjechać do swoich na wieś. W domu u siebie lżej chorować i życie tańsze; przytem nie napróżno mówią: w domu i ściany pomagają.
Przyjechał do Żukowa przed wieczorem. We wspomnieniach lat dziecinnych rodzinne gniazdo przedstawiało mu się jasnem, wygodnem; teraz, kiedy wszedł do chaty, przestraszył się, tak było ciemno, ciasno i brudno. Z nim razem przybyły żona jego Olga i córka, Sasza. Obie spoglądały ze ździwieniem na wielki, brudny piec, zajmujący prawie pół chałupy, czarny od sadzy i od much. Ile much! Piec skrzywił się cokolwiek, belki w ścianach też leżały krzywo i zdawało się, że za chwilę cała chata się rozpadnie. W jednym z kątów, obok wizerunków świętych ponaklejane były etykietki z flaszek i skrawki gazet, to zamiast obrazów. Bieda, bieda! Z dorosłych nie było nikogo w domu, wszyscy żęli. Na piecu siedziała ośmioletnia dziewczynka, z białymi jak len włosami, niemyta, obojętna, nie spojrzała nawet na wchodzących. Na dole ocierał się o piec biały kot.
— Kci, kci! — wabiła go Sasza. — Kci!
— On nie słyszy — odezwała się dziewczynka. — Ogłuchł.
— Z czego?
— Tak. Zbili go.
Mikołaj i Olga zrozumieli odrazu, jakie tu jest życie, ale nic nie powiedzieli; milcząc złożyli węzełki i wyszli na dwór. Chałupa ich była trzecią z brzegu i wydawała się najbiedniejszą, najstarszą ze wszystkich; druga, nie lepiej wyglądała, zato w ostatniej dach był kryty blachą i w oknach wisiały firanki. Chata ta, nieogrodzona stała oddzielnie, była w niej oberża. Wszystkie chaty stawiane były pod rząd i cała ta wioska, cicha i smutna, z wyglądającemi z podwórza wierzbami, bzem i jarzębiną, przyjemne robiła wrażenie.
Za włościańskimi folwarkami, zaczynał się spadek do rzeki krętej i rwącej, tak że w glinie, tu i owdzie poodkrywały się olbrzymie kamienie. Na pochyłości, obok tych kamieni i jam wykopanych przez garncarzy, wiły się ścieżyny, nawalone były całe stosy skorup z potłuczonych naczyń, to burych to czerwonych a tam, na dole rozciągała się szeroka, gładka, jasno-zielona, już skoszona łąka, na której obecnie pasło się włościańskie stado. Rzeka na jaką wiorstę od wsi, była bardzo krętą, brzegi jej były cudowne, nierówne; dalej znów widać było łąkę, stado, długie szeregi białych gęsi, potem, tak jak i na tym brzegu grunt wznosił się, a na górze leżała wieś z cerkwią o pięciu kopułach, nieco dalej dwór.
— Ładnie tu u was! — rzekła Olga, żegnając się przed cerkwią. — Co za rozkosz, o Boże!
W tej samej chwili zadzwonili na nabożeństwo (była to Wielka Sobota). Dwie małe dziewczynki, niosące wiadro z wodą, spojrzały na cerkiew, słuchając dzwonu.
— O tej porze w »Słowiańskim Bazarze« obiady... — rzekł zamyślony Mikołaj.
Siedząc na brzegu urwiska, Mikołaj i Olga widzieli, jak zachodziło słońce, jak niebo złote i czerwone odbijało się w rzece, w oknach cerkwi i w całem powietrzu, miłem, spokojnem, niewypowiedzianie czystem, jakiego nigdy nie bywa w Moskwie. A kiedy słońce zaszło, przeszło stado z bekiem i z rykiem, przeleciały na tę stronę gęsi, i wszystko ucichło, łagodne światło zgasło w powietrzu i zwolna zapadał zmierzch wieczoru.
Tymczasem wrócili starzy rodzice Mikołaja, wychudzeni, zgarbieni, bezzębni, oboje tego samego wzrostu. Przyszły i kobiety — synowe, Marya i Tekla, pracowały u obywatela za rzeką. Marya, żona brata Kirjaka, miała sześcioro dzieci. Tekla, żona brata Dienisa, który służył w wojsku — dwoje; i kiedy Mikołaj, wchodząc do chaty, zobaczył całą tę rodzinę, wszystkie te duże i małe ciała, poruszające się pod pułapem, i w kołyskach i we wszystkich kątach i kiedy zobaczył jak łapczywie starzy i dzieci jedli chleb razowy, maczając go w wodzie, zrozumiał, że napróżno przyjechał tu chory, bez pieniędzy i z rodziną — naprożno!
— A gdzie brat Kirjak? — zapytał po przywitaniu.
— Służy jako stróż u kupca — odpowiedział ojciec — w lesie. Niczego chłop, ale upija się łatwo.
— Niczego nie wniesie, najwyżej wyniesie — rzekła stara płaczliwym głosem.
— Chłopi nasi są smutni, ale przynoszą do domu, z domu nie wynoszą. I Kirjak pije i stary pije, niema co grzechu ukrywać, znają oni drogę do karczmy. Rozgniewała się na nas Królowa Niebieska.
Chcąc uczcić gości, nastawili samowar. Herbatę czuć było rybą, cukier był poobgryzany i szary, po chlebie i po statkach chodziły karaluchy; przykro było pić i rozmowa była przykra — ciągle o nędzy i o chorobach. Nie zdążyli wypić jednej szklanki, kiedy na dworze rozległ się donośny, przeciągły, pijany krzyk:
— Ma-aryo!
— Widać Kirjak idzie — rzekł stary.
Wszyscy ucichli. Po chwili dał się słyszeć ponownie ten sam krzyk głośny, przeciągły, jak gdyby pochodził z pod ziemi:
— Ma-aryo!
Marya, starsza synowa, zbladła, przytuliła się do pieca i dziwne wrażenie robił na twarzy tej barczystej, silnej i nieładnej kobiety wyraz przestrachu i grozy. Córka jej, owa dziewczynka, która siedząc na piecu, wydawała się obojętną, głośno nagle zapłakała.
— A ty czego, cholero? — krzyknęła na nią Tekla, czerwona baba, równie silna i barczysta. — Nie bój się, nie zabije cię.
Mikołaj dowiedział się od starego, że Marya bała się mieszkać z Kirjakiem w lesie i że on, za każdym razem kiedy się upił, przychodził po nią, hałasował i bił ją bez litości.
— Ma-aryo! — rozległ się krzyk pod drzwiami.
— Wejdźcie, rodzoniuteńki — zaszczebiotała Marya, oddychając tak, jakby ją zanurzali w bardzo zimnej wodzie — wejdźcie, rodzoniuteńki...
Rozpłakały się wszystkie dzieci ile ich było w chacie, a patrząc na nie Sasza również płakać zaczęła. Dał się słyszeć pijany kaszel i wszedł do chaty wysoki chłop z czarną brodą, w zimowej czapce, a ponieważ przy bladem świetle lampki nie było widać jego twarzy — wydał się strasznym. Był to Kirjak. Podchodząc do żony, zamierzył się i trzasnął ją pięścią w twarz, a ona nie wydała ani jednego dźwięku, oszołomiona ciosem, przysiadła tylko i z nosa jej polała się krew.
— Co za wstyd, co za wstyd — mruczał stary, włażąc na piec: — i przy gościach. Przecież to grzech.
Stara siedziała milcząca, zgarbiona i zamyślona; Tekla poruszała kołyskę... Kirjak, uznając się widocznie za dosyć strasznego i zadowolony z tego, schwycił Maryę za rękę, przyciągnął ją do drzwi i zaryczał jak zwierzę, żeby ją jeszcze więcej przerazić, ale w tej samej chwili zobaczył nagle gości i zatrzymał się.
— A przyjechaliście... — rzekł puszczając żonę. — Brat z rodziną...
Pomodlił się przed obrazem, chwiejąc się, otwierając szeroko swoje pijackie, czerwone oczy i mówił dalej:
— Brat przyjechał z rodziną do domu rodzicielskiego... zatem z Moskwy. Najdawniejszy, stołeczny gród Moskwa, matka miast wszystkich... Przepraszam...
Usiadł na ławie obok samowara i zaczął pić herbatę, połykając ją głośno ze spodka podczas ogólnego milczenia. Wypił dziesięć filiżanek, potem powalił się na ławę i głośno zachrapał.
Zaczęli się układać do snu. Mikołaja, jako chorego ułożyli na piecu obok starego, Sasza położyła się na ziemi, a Olga poszła z babami do szopy.
— I-i — mówiła, kładąc się na sianie przy Maryi — łzy nie pomogą na nieszczęście! Cierp. W Piśmie świętem stoi: jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, to nadstaw mu lewy... I-i!
Później, półgłosem opowiadała o Moskwie, o swojem życiu, o tem jak służyła za pokojówkę w umeblowanych pokojach.
— O, w Moskwie domy są duże, murowane — mówiła — cerkwi dużo, dużo, czterdzieści razy po czterdzieści, a w domach mieszkają sami panowie, tacy piękni, tacy grzeczni!
Marya powiedziała, że nie była nigdy nietylko w Moskwie, ale nawet w swojem powiatowym mieście; nie umiała czytać, ani pisać, nie umiała żadnych modlitw, nawet »Ojcze nasz«. Obie one, Marya i Tekla, która teraz usiadła opodal i słuchała, były bardzo nierozwinięte, niczego nie mogły zrozumieć. Obie nie lubiły swych mężów; Marya bała się Kirjaka i kiedy zostawała z nim sama, trzęsła się ze strachu. A Tekla, na pytanie, czy jej nie smutno bez męża, odpowiedziała ze złością:
— A niech go tam!
Porozmawiały jeszcze i ucichły.
Było bardzo chłodno i przy samej szopie piał bezustannie kogut, nie dając spać. Kiedy niebieskawe światło zaczęło się wdzierać przez wszystkie szczeliny, Tekla pocichutku wstała i wyszła, a potem słychać było, jak gdzieś pobiegła, uderzając o ziemię bosemi nogami.


II.


Olga poszła do cerkwi, i zabrała ze sobą Maryę. Idąc po ścieżce na łąkę obie były wesołe. Oldze podobała się cisza wiejska, a Marya czuła w bratowej kogoś blizkiego. Wschodziło słońce. Nad łąką ospale latał jastrząb, rzeka była ciemna, tu i ówdzie wznosiła się mgła, ale na górze widniał pas światła, cerkiew błyszczała i w dworskim ogrodzie wściekle krzyczały gawrony.
— Stary niczego sobie — opowiadała Marya — ale baba sroga, drze się bezustannie. — Swego chleba starczyło do zapust, kupujemy mąkę w karczmie, a ona gniewa się: dużo, mówi, jecie.
— I-i, co tam! Cierp i kwita. Powiedziane jest przyjdźcie wszyscy, którzy strudzeni i obciążeni jesteście.
Olga mówiła wolno, a chód miała pątniczki, prędki i niespokojny. Czytała codziennie ewangielię, czytała głośno jak śpiewak kościelny, niewiele rozumiała, ale święte słowa wzruszały ją do łez, wymawiała je ze słodkiem omdlewaniem serca. Wierzyła w Boga, w Matkę Boską, w Świętych Pańskich; wierzyła, że nikogo na świecie obrażać nie można, ani ludzi prostych, ani niemców, ani cyganów, ani żydów, ani nawet tych, którzy są niedobrymi dla zwierząt; wierzyła, że tak jest napisane w Piśmie świętym i dlatego też, kiedy przytaczała słowa Ewangielii, chociaż dla niej niezrozumiałe, twarz jej robiła się żałosną, miłą i jasną.
— A ty skąd rodem? — zapytała Marya.
— Z Włodzimierza. Do Moskwy przyjechałem niedawno, osiem lat temu.
Zbliżyły się do rzeki. Na brzegu stała jakaś kobieta i rozbierała się.
— To nasza Tekla — rzekła Marya — chodziła za rzekę do dworu. Do urzędników. Zuchwała i obelżywa, aż strach!
Tekla, czarnobrewa, z rozpuszczonymi włosami, młoda jeszcze i silna, jak dziewczynka, skoczyła z brzegu i uderzyła po wodzie nogami, tak, że na wszystkie strony rozpłynęły się fale.
— Zuchwała, aż strach! — powtórzyła Marya.
Przez rzekę były rzucone chwiejne mosty z belek, a pod nimi w czystej, przeźroczystej wodzie brodziły stada szerokołbych głowaczy. Na zielonych krzakach, pochylonych nad wodą, lśniły się krople rosy. Wionęło ciepło, zrobiło się radośnie. Co za przecudny poranek! I, doprawdy, jakże wspaniałem byłoby życie na ziemi, gdyby nie nędza, straszna, bez wyjścia, przed którą schronić się nie można!
Ale wystarczyło jedno spojrzenie rzucone w stronę wsi, a w tej chwili żywo stanął w pamięci dzień wczorajszy, i uczucie szczęścia, jakie oczarowało obie kobiety, znikło w jednej chwili.
Przyszły do kościoła, Marya zatrzymała się u wejścia i nieśmiała iść dalej. I usiąść nie śmiała, chociaż na mszę świętą dzwonić dopiero mieli o dziewiątej.
Kiedy czytali Ewangielię, naród poruszył się nagle, dając wolne przejście obywatelskiej rodzinie; weszły dwie dziewczynki w białych sukniach, w ogromnych kapeluszach, a z niemi tłuściutki różowy chłopaczek w marynarskiem ubrańku. Ich widok wzruszył Olgę; doszła do przekonania od pierwszego wejrzenia, że to ludzie porządni, wykształceni i piękni. Marya zaś patrzała na nich zpodełba, ponuro, smutnie, jakby to nie wchodzili ludzie, tylko potwory, które mogłyby ją rozgnieść, gdyby się na bok nie usunęła.
A kiedy dyakon czytał coś donośnym basem, zdawało jej się za każdym razem, że słyszy krzyk ochrypły: »Ma-aryo!« i wtedy trzęsła się jak w febrze.


III.


We wsi dowiedzieli się o przybyciu gości i zaraz po mszy w chacie nagromadziło się pełno ludzi. Przyszli Leoniczowie, Matwiejczowie i Pliczowie dowiedzieć się czego o krewniakach, mieszkających w Moskwie. Wszystkie dzieci żukowskie, umiejące czytać i pisać, odwozili do Moskwy i oddawali ich do służby za posługaczy (z drugiej części wsi oddawali tylko do piekarzy) i tak było od dawna jeszcze za czasów poddaństwa, kiedy to niejaki Łukasz Iwanycz, chłop żukowski, który teraz zrobił się już legendową postacią, służył jako bufetowy w pewnym moskiewskim klubie i przyjmował do siebie na służbę tylko samych swojaków, a ci dochodząc do znaczenia wybierali krewnych i przeznaczali ich do znajomych restauracyi; od tego więc czasu sąsiedzi nie nazywali inaczej wsi Żukowo, jak Chamska, lub Chołujewka. Mikołaja odwieźli do Moskwy, kiedy miał lat jedenaście, stręczył mu miejsce Jan Makarycz, z rodziny Matwiejczewych, który w tym czasie służył jako posługacz teatralny w »Ermitażu«. Dlatego to teraz, zwracając się z wdzięcznością do Matwiejczewych, Mikołaj rzekł:
— Jan Dymitrycz to mój dobrodziej i powinienem dzień i noc modlić się za nim do Boga, bo za jego pomocą stałem się porządnym człowiekiem.
— Batiuszka ty mój — odezwała się płaczliwym głosem wysoka kobieta, siostra Jana Makarycza — czy nic o nim, gołąbku moim, nie słyszałeś?
— Przez zimę służył u Omona, a teraz, gadali, że jest gdzieś pod miastem, w ogrodach... Zestarzał się! Dawniej zdarzało się, że podczas letnich robót przynosił do domu i po dziesięć rubli dziennie, teraz niema nigdzie roboty i stary zmęczony.
Wszyscy patrzali na nogi Mikołaja, w wojłokowych butach i na jego bladą twarz i mówili ze smutkiem:
— Nie wniesiesz i ty do domu, Mikołaju Osipowiczu, nie wniesiesz! Gdzie tam!
I wszyscy pieścili Saszę. Miała już dziesięć lat, ale była mała, bardzo chuda, i patrząc na nią nie można jej było dać więcej lat, niż osiem. Pośród innych dziewczynek, opalonych, źle ostrzyżonych, ubranych w długie, spłowiałe koszule, ona bielutka, z wielkiemi, ciemnemi oczami, z czerwoną wstążeczką we włosach, zabawnie wyglądała, robiła wrażenie zwierzątka złapanego w polu i przyniesionego do chaty.
— Ona i czytać umie! — pochwaliła się Olga, czule patrząc na córkę. — Poczytaj, dziecko! — rzekła, biorąc z kąta ewangielię. — Poczytaj, a prawosławni posłuchają.
Ewangielia była stara, ciężka, w skórzanej oprawie, z podartemi brzegami i rozszedł się od niej tak silny zapach, jak gdyby do chaty weszli popi, Sasza podniosła brwi i zaczęła głośno czytać.
... We śnie zjawił się Anioł Józefowi, mówiąc: Wstań, weź Dziecko i Matkę Jego...
...I Matkę Jego... — powtórzyła Olga i zaczerwieniła się ze wzruszenia. Po chwili nie wytrzymała i rozpłakała się. Patrząc na nią, rozszlochała się i Marya, a potem i siostra Jana Makarycza. Stary zakaszlał i zaczął się kręcić, szukając podarunku dla Saszy, ale nic nie znalazł i tylko machnął ręką. Po skończonem czytaniu, sąsiedzi rozeszli się do domów, wzruszeni i bardzo zadowoleni z Olgi i z Saszy.
Ponieważ był to dzień świąteczny, rodzina cały dzień została w domu. Stara, którą i mąż i synowie i wnuki, wszyscy nazywali babką, starała się sama wszystkiem zajmować, paliła w piecu i nastawiała samowar, chodziła nawet do roboty, a potem narzekała, że ją zamęczają pracą. Niepokoiła się bezustannie tem, czy stary i synowie nie siedzą bez roboty. To jej się zdawało, że gęsi karczmarza wchodzą do jej ogrodu, wybiegała z chaty z długim kijem i potem przez pół godziny przeraźliwie krzyczała przy kapuście, równie zwiędniętej i chudej jak i ona sama; to jej się przewidziało, że wrona zakrada się do piskląt i wymyślając, na czem świat stoi, rzucała się na wronę. Złościła się i zrzędziła od rana do wieczora, nieraz nawet krzyczała tak przenikliwie, że na drodze zatrzymywali się przechodnie.
Ze swoim starym nie obchodziła się zbyt grzecznie, przezywała go próżniakiem, cholerą.
Był to człowiek, któremu nie można było zaufać i być może, że gdyby go ona bezustannie nie przynaglała, nie pracowałby wcale, przesiedziałby na piecu cały dzień, rozmawiając. Opowiadał synowi drobiazgowo o jakichś swoich wrogach, skarżył się na krzywdy, które jakoby codzień znosił od sąsiadów, nudno było go słuchać.
— Tak — opowiadał, trzymając się za boki. — Tak... Po święcie Podniesienia Krzyża św. sprzedałem w ciągu tygodnia siano po trzydzieści kopiejek za pud, dobrowolnie sprzedałem... Tak... Dobrze... Zatem, znaczy się, wiozę rano dobrowolnie siano, nikogo nie poruszam; patrzę, w nieszczęśliwą godzinę, a tu wychodzi z karczmy starosta Antip Siedielnikow. »Gdzie wieziesz, ty taki, owaki?« i targa mnie za uszy.
Kirjaka strasznie bolała od picia głowa i wstydził się brata.
— Co to wódka zrobi. Ach, Boże mój! — mruczał, trzęsąc głową. — Już wy bracie i siostro, przebaczcie mi na miłość Boską, ja sam nie jestem z tego rad.
Kupili w oberży śledzia i gotowali polewkę ze śledziowego łebka. W południe zasiedli wszyscy do herbaty i pili ją długo, bardzo długo, zdawało się, że nabrzmieli od herbaty, a potem wzięli się do polewki, jedząc wszyscy z jednego garnka. Śledzia babka schowała.
Wieczorem garncarz lepił garnki na urwisku. Niżej na łące dziewczęta tańczyły i śpiewały. Grali na harmonii. Za rzeką paliło się ognisko i również śpiewały dziewczyny, a zdaleka śpiew ich wydawał się harmonijnym i miłym. W karczmie i dokoła niej hałasowali chłopi; śpiewali pijanymi głosami, każdy sobie, i wymyślali tak, że Olga drżała i mówiła:
— Ach, batiuszki!...
Dziwiło ją to, że bez przerwy słychać było sprzeczki i że najgłośniej i najwięcej kłócili się starzy, którym już czas umierać. Dzieci i dziewczęta słuchały tych zwad i widać było, że przywykły do nich od kołyski.
Minęła północ, pogasili ognie po obu stronach rzeki, a na dole na łące i w karczmie nie przestawali się bawić. Stary i Kirjak, pijani, trzymając się pod ręce i podpierając ramionami jeden drugiego, podeszli do szopy, gdzie Marya i Olga leżały.
— Daj spokój — starał się go przekonać stary — daj spokój... To spokojna baba... Grzech...
— Ma-aryo! — krzyknął Kirjak.
— Daj spokój... Grzech... Niczego sobie baba.
Postali chwilę pod szopą i poszli.
— Lu-bię kwiaty polne-e! — zaśpiewał nagle stary, wysokim przenikliwym tenorem. — Lu-bię zbierać je na łące!
Potem splunął, brzydko zaklął i poszedł do domu.


IV.


Babka umieściła Saszę przy swoim ogrodzie i kazała jej pilnować, żeby nie wpadały gęsi. Był gorący sierpniowy dzień. Gęsi karczmarza mogły się z tyłu przedostać do ogrodu, ale w danej chwili były zajęte wykradaniem owsa i tylko gęsior podniósł wysoko swoją głowę, jakby chciał zbadać, czy nie idzie stara z kijem; inne gęsi pasły się daleko za rzeką, rozłożywszy się na łące w długim, białym łańcuchu. Sasza postała chwilkę; znudziła się i widząc, że gęsi nie idą zeszła na urwisko.
Spostrzegła tam starszą córkę Maryi, Motkę, która stojąc nieruchomie na ogromnym kamieniu, wpatrywała się w cerkiew. Marya miała trzynaścioro dzieci, ale zostało jej tylko sześcioro i to, same dziewczynki, ani jednego chłopca; najstarsza miała osiem lat. Motka stała bosa, w długiej koszuli, słońce paliło jej głowę, ale nie zauważyła tego i jakby skamieniała. Sasza stanęła obok niej i rzekła, patrząc na cerkiew:
— W cerkwi mieszka Pan Bóg. U ludzi palą się lampy i świece, a u Boga lampeczki czerwoniutkie, zieloniutkie, niebieskie, jak oczki. W nocy Bóg chodzi po cerkwi, a z nim Przenajświętsza Bogarodzica i Mikołaj święty... tup, tup, tup. A stróżowi straszno, straszno! I-i — dodała, naśladując swoją matkę. — A gdy nadejdzie koniec świata, to wszystkie cerkwie wzniosą się do nieba. — Czy z dzwo-na-mi? — zapytała Motka basem, przeciągając każdą zgłoskę.
— Z dzwonami. A gdy będzie koniec świata, dobrzy pójdą do raju, a źli palić się będą w ogniu wiecznym i nieugaszonym. Mojej mamie i Maryi Bóg powie: nikogo nie obraziłyście, idźcie więc na prawo do raju; a Kirjakowi i babce powie: a wy idźcie na lewo, w ogień wieczysty. Ten, który postu nie zachowywał, również pójdzie w ogień wieczny.
Spojrzała w górę na niebo, otworzyła szeroko oczy i powiedziała:
— Patrz na niebo, nie mrugaj oczami — aniołów widać.
Motka zwróciła oczy do nieba i nastała chwila milczenia.
— Czy widzisz? — zapytała Sasza.
— Nie widać — odpowiedziała Motka.
— A ja widzę. Maleńkie aniołki latają po niebie i skrzydełkami... mielk, mielk, jak komary.
Motka zamyśliła się głęboko, spuściła oczy ku ziemi i zapytała:
— I babka palić się będzie?
— Będzie.
Od kamienia na dół ciągnęła się równa pochyła spadzistość, pokryta miękką, zieloną trawą, którą się chciało lekko poruszać ręką, lub poleżeć na niej. Sasza położyła się i stoczyła się na dół. Motka z poważną surową twarzą, silnie oddychając, położyła się również na pochyłości i stoczyła się, a przytem koszula zadarła jej się do ramion.
— Jak mnie to bawi! — rzekła Susza z zachwytem.
Poszły obie na wzgórze, żeby się stoczyć po raz drugi, ale w tej samej chwili rozległ się dobrze im znany, piskliwy głos. O, jakie to straszne! Babka bezzębna, koścista, garbata, z krótkimi, siwymi włosami, które się na powietrzu rozwiały, z długim kijem w ręku odpędzała gęsi od ogrodu i krzyczała:
— Całą kapustę zniszczyły, przeklęte, żeby was dyabli wzięli, żeby was morowe powietrze dotknęło, niema na was zaguby!
Spostrzegła dziewczynki, rzuciła kij, podniosła suchą gałązkę i schwyciwszy Saszę za kark suchymi i twardymi jak orzechy palcami, zaczęła ją smagać rózgą. Sasza płakała ze strachu i z bólu, a jednocześnie, gęsior, przechylający się to na jedną, to na drugą stronę, wyciągnął szyję, podszedł do starej i zasyczał jej coś nad uchem, a gdy wrócił do stada, wszystkie gęsi pochwaliły go: gę-gę-gę! Potem babka zaczęła bić Motkę. Zrozpaczona, głośno płacząc, Sasza poszła do chałupy, poskarżyć się; za nią szła Motka, również płacząca ale basem, nie obcierając łez, to też twarz jej była tak mokrą, jak gdyby ją umaczała w wodzie.
— Boże! — zdumiała się Olga, gdy dziewczynki weszły do chaty. — Królowo Niebieska!
Sasza zaczęła opowiadać, a w tej samej chwili z przeraźliwym krzykiem i z wymyślaniem weszła babka, rozzłościła się Tekla i w chacie powstał hałas.
— Nic, nic! — uspokajała Olga, blada, rozstrojona, gładząc Saszę po głowie. — Ona, babunia, to grzech gniewać się na nią. Nic, dziecino, nic.
Mikołaj, który był zmęczony bezustannym krzykiem, głodem, swędem, zaduchem, pogardzał biedą i nienawidził jej, który wstydził się przed żoną i przed córką za swoją matkę i za ojca... teraz spuścił nogi z pieca i odezwał się głosem rozdrażnionym, płaczliwym, zwracając się do matki:
— Wy jej nie bijcie! Nie macie prawa jej bić!
— No, zdychasz tam na piecu, ty ladaco! — krzyknęła na niego Tekla ze złością. — Dyabli was tu przynieśli, darmozjadów!
Sasza, Motka i wszystkie dziewczynki, ile ich było, wtłoczyły się na piec w kąt za plecy Mikołaja, stąd słuchały wszystkiego w milczeniu, ze strachem, i słychać było, jak biły ich maleńkie serca. Gdy w rodzinie jest ktoś, kto choruje długo i bez nadziei wyzdrowienia, to zdarzają się tak ciężkie chwile, że wszyscy blizcy nieśmiało, skrycie, w głębi duszy pragną jego śmierci; i tylko dzieci boją się śmierci krewniaka i na samą myśl o niej odczuwają bojaźń wielką. I teraz dziewczynki, wstrzymując oddech, z wyrazem smutku na twarzy, patrzały na Mikołaja i myślały o tem, że on niedługo umrze, na płacz im się zbierało, chciały mu powiedzieć coś miłego, chciały ulitować się nad nim.
On zaś przytulił się do Olgi, jakby szukając u niej ratunku i mówił cicho, drżącym głosem:
— Ola, moja najmilsza, ja już tu dłużej być nie mogę. Nie mam sił. Na miłość Boską, na Rany Chrystusowe proszę cię, napisz do twojej siostry, Klaudyny Abramowny, niech ona sprzeda i zastawi wszystko, co ma i niech nam przyśle pieniądze, wyjedziemy stąd. O, Boże — mówił dalej ze smutkiem — żeby módz choćby jednem okiem na Moskwę spojrzeć! Żebym choć we śnie mógł ją zobaczyć, matuszkę!
Kiedy nadszedł wieczór i w chacie zrobiło się ciemno, tak było smutno, że jednego słowa nie można było wymówić. Babka namoczyła w misce kilka skórek żytniego chleba i ssała je długo, przez całą godzinę. Marya, wydoiwszy krowę, przyniosła wiadro z mlekiem i postawiła je na ławce; potem babka przelewała z wiadra do dzbanków, również wolno, nie spiesząc się, widocznie zadowolona, że teraz w wilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nikt nie będzie pił mleka i że zostanie nienaruszonem. I tylko troszeczkę, aby-aby odlała na spodek dla dziecka Tekli. Podczas gdy obie z Maryą odnosiły dzbanki, Motka otrząsnęła się, ześlizgnęła się z pieca i podszedłszy do ławki, na której stała drewniana miseczka ze skórkami, nalała do niej mleko ze spodka.
Babka, powróciwszy do chaty, wzięła się znów do swych skórek, a Sasza i Motka, siedząc na piecu, patrzały na nią i cieszyły się, że złamała post i że pójdzie do piekła. Uspokoiły się i ułożyły do snu, a Sasza zasypiając myślała o strasznym sądzie: paliło się w wielkim piecu, w rodzaju garncarskich pieców i zły duch z rogami, jak u krowy, cały czarny, wpędzał babkę w ogień długim kijem, tak jak ona przedtem wypędzała gęsi.


V.


W święto Wniebowzięcia, o jedenastej wieczorem, dziewczęta i chłopcy spacerujący po łąkach, podnieśli nagle krzyk i wrzask i pobiegli w stronę wsi; ci, którzy siedzieli na górze na brzegu urwiska w pierwszej chwili nie mogli zrozumieć co się stało.
— Pożar! Gore! — rozległ się na dole rozpaczliwy krzyk. — Palimy się!
Siedzący na górze obejrzeli się i oczom ich przedstawił się straszny, niezwykły obraz. Z jednej z chat podniósł się ze słomianej strzechy ognisty słup wysokości sążnia, kłębił się i sypał na wszystkie strony iskry, jak gdyby fontanny. W jednej chwili cały dach zajął się żywym płomieniem i rozległo się przeraźliwe trzeszczenie ognia.
Przyćmiło się światło księżyca i już cała wieś była zalana czerwonem, drżącem światłem; po ziemi pełzały czarne cienie, czuć było spaleniznę. Ci, którzy biegli z góry, zadyszali się, nie mogli mówić, pchali się, przewracali i nieprzyzwyczajeni do jasności, nie poznawali się nawzajem. Strasznie było. Strasznem było zwłaszcza to, że nad ogniem, w dymie, latały gołębie, a w karczmie, gdzie jeszcze nie wiedzieli o pożarze, dalej śpiewali i grali na harmonii, jak gdyby nic nie było zaszło.
— Wuj Siemion pali się! — krzyknął ktoś na cały głos.
Marya rzucała się około swej chaty, płacząc, załamując ręce, zgrzytając zębami, chociaż pożar był jeszcze daleko, na drugiej stronie wsi; wyszedł Mikołaj w pilśniowych butach, wybiegły dzieci w koszulkach. Przy chacie dziesiętnika uderzyli w żelazną deskę. Bem, bem, bem... rozległo się w powietrzu, a od tego niezmordowanego, niespokojnego dzwonu ciężko się robiło na sercu. Stare baby trzymały obrazy. Wypędzali z podwórza na drogę owce, cielęta i krowy, wynosili kufry, kożuchy, kadzie. Kary źrebak, którego nie dopuszczali do stada, gdyż wierzgał i ranił konie, wypuszczony na wolność, ze rżeniem, przebiegł całą wieś raz i drugi, potem nagle zatrzymał się obok wozu chłopskiego i zaczął go kopać tylnemi nogami.
Zadzwonili i z tej strony, w cerkwi.
Dokoła palącej się chaty było gorąco i tak jasno, że na ziemi dokładnie widać było każde źdźbło trawy. Na jednym z kufrów, który zdążyli wyciągnąć, siedział Siemion, rudy chłop z długim nosem, w czapce nasuniętej aż do uszów, w surducie; żona jego leżała zemdlona, twarzą ku ziemi i jęczała. Jakiś osiemdziesięcioletni staruszek, niziutki, z długą brodą, podobny do Gnoma, nie tutejszy, ale widocznie zajęty pożarem, chodził dokoła bez czapki, z białym węzełkiem w ręku; na łysinie jego odbijał się ogień. Starosta Antip Siedielnikow, smagły i czarnowłosy, jak cygan, podszedł do chaty z siekierą i wybił wszystkie szyby jedne po drugiej, niewiadomo poco, potem zaczął rąbać ganek.
— Baby, wody! — krzyczał. — Maszynę podawa-aj! Ruszaj się!
Chłopi, którzy dopiero co bawili się w oberży, ciągnęli teraz ze sobą sikawkę. Wszyscy byli pijani, potykali się i upadali, wszyscy mieli bezradny wyraz twarzy i łzy w oczach.
— Dziewki, wody! — krzyczał starosta, również pijany. — Ruszajcie się, dziewki!
Baby i dziewczęta biegały na dół, gdzie była studnia i wciągały na górę pełne wiadra i cebry, a po wylaniu wody do sikawki, znów biegły. Nosiły wodę i Olga, i Marya, i Sasza i Motka. Pompowały kobiety i chłopcy, kiszka syczała, a starosta, skierowując ją to w drzwi, to w okna, przytrzymywał palcem strumień od czego jeszcze bardziej syczała.
— Zuch, Antip! — dawały się słyszeć pochwalne głosy. — Starajcie się!
A Antip właził do sieni w sam ogień i stamtąd krzyczał:
— Pompuj! Pofatygujcie się prawosławni, wobec tak smutnego zajścia!
Chłopi stali tłumnie opodal, nic nie robiąc i patrzali na ogień. Nikt nie wiedział zaco się wziąć, nikt nic nie umiał, a dokoła stały sterty zboża, siano, śpichlerze, kupy suchego chrustu. Stał tutaj i Kirjak, i stary Osip, jego ojciec, obaj podchmieleni. I, jakby się chcąc usprawiedliwić z bezczynności, stary mówił, zwracając się do kobiety, leżącej na ziemi:
— Czego się kumo frasujecie! Chata zaasekurowana, czegoż wam!
Siemion, rozmawiając to z tym, to z owym, opowiadał z czego powstał ogień:
— Ów staruszek z węzełkiem w ręku, to sługa generała Żukowa... Kucharzem był u naszego ś. p. generała. Przychodzi wieczorem: »pozwól, mówi, przenocować u ciebie«... No, wypiliśmy, rozumie się, po szklaneczce... Baba zajęła się samowarem, chciała starego poczęstować herbatą, ale w nieszczęśliwą godzinę nastawiła w sieni samowar, ogień poszedł z kominka wprost na dach, na słomę i kwita. O mało my sami nie zgorzeli. Spaliła się i czapka starego.
A w żelazną deskę bili bez przerwy, często też dzwonili w cerkwi za rzeką. Olga zadyszana, patrząc z przestrachem na czerwone owce i na różowe gołębie, latające w dymie, biegała to na dół, to na górę. Zdawało jej się, że dźwięki dzwonu jak ciernie wdarły się do jej duszy, że pożar nigdy się nie skończy, że zaginęła Sasza... A kiedy w chacie z trzaskiem runął sufit, wtedy na myśl, że teraz niezawodnie spali się wieś cała, osłabła nagle i już nie mogła nosić wody, a usiadła na urwisku, postawiwszy wiadra przy sobie; obok niej i niżej siedziały baby i śpiewały głośno jak przy nieboszczyku.
Ale oto z drugiej strony, z osady podmiejskiej przyjechali na dwóch bryczkach strażnicy i przywieźli ze sobą sikawkę. Przyjechał też konno młodziutki student w białym, rozpiętym kitlu. Uderzyli toporami, oparli o wręb dachu drabinę i weszło po niej pięciu ludzi, a na ich czele, student. Był on zarumieniony i krzyczał silnym, zachrypniętym głosem i takim tonem, jak gdyby gaszenie pożarów było dla niego zwykłem zajęciem. — Rozwalali chałupę, rozebrali chlew i płot i rozrzucili stóg.
— Nie dawajcie rozwalać! — dały się słyszeć surowe głosy. — Nie dawaj!
Kirjak skierował się w stronę chaty z miną stanowczą, jakby chcąc przeszkodzić w rozwalaniu, ale jeden ze strażników odepchnął go i uderzył go w kark. Rozległ się śmiech, strażnik uderzył go po raz drugi, Kirjak upadł i na czworakach wlazł nazad w tłum.
Przyszły dwie śliczne dziewczynki w kapeluszach, zapewne siostry studenta. Stanęły w pobliżu i patrzały na pożar. Porozciągane w różne strony belki nie paliły się już, lecz tylko silnie dymiły; student, pracujący przy sikawce, kierował strumień to na owe belki, to na chłopów, to na baby, przynoszące wodę.
— Żorż!— krzyczały dziewczynki z trwogą. — Żorż!
Pożar się skończył. I tylko kiedy się rozchodzić zaczęli, zauważyli, że już dnieje, że wszyscy są bladzi, trochę smagli; zawsze się tak wydaje wczesnym rankiem, kiedy na niebie gasną ostatnie gwiazdy. Rozchodząc się, chłopi śmieli się i żartowali z kucharza generała Żukowa i z czapki, która się spaliła; już mieli ochotę obrócić w żart, przykro im jakoby było, że pożar tak prędko się skończył.
— Pan dobrze gasił — rzekła Olga do studenta. — Pan by powinien do nas, do Moskwy: tam, to co dzień pożar.
— A czy wy z Moskwy? — zapytała ciekawie jedna z panienek.
— Tak jest. Mąż mój służył w »Słowiańskim Bazarze«. A to moja córka — wskazała na Saszę, która zmarzła i przytuliła się do niej. — Też moskiewka.
Obie panienki powiedziały coś po francusku do studenta, który podał Saszy dwadzieścia kopiejek. Widział to stary Osip i na twarzy jego zabłysła nagle nadzieja.
— Chwalić Pana Boga, jaśnie wielmożny panie, wiatru nie było — rzekł, zwracając się do studenta. — A to by z dymem poszli w przeciągu jednej godziny. Jaśnie wielmożny panie, pan jesteś dobry — dodał zmieszany, nieco ciszej — tak zimno, człowiek radby się rozgrzać... gdyby tak z łaski pańskiej choć na pół buteleczki.
Nic mu nie dali, burknął coś i polazł do domu. Olga stanęła na brzegu urwiska i patrzała, jak obie bryczki przejeżdżały rzekę wbród i jak państwo szli przez łąkę; tam czekał na nich powóz. Kiedy przyszła do chaty, z zachwytem opowiadała mężowi:
— A tacy piękni! Tacy dobrzy! A panienki... jak cherubinki.
— Żeby ich dyabli wzięli! — odezwała się Tekla ze złością.


VI.


Marya czuła się nieszczęśliwą i mówiła, że chce umierać; Tekli zaś podobało się to życie i bieda i brud i nieustanne wymysły. Jadła, co jej dawali, nie zastanawiając się; spała gdzie i na czem popadło; pomyje wylewała pod samym gankiem, chlusnęła z progu i przechodziła przez kałużę bosemi nogami. I ona też od dnia pierwszego znienawidziła Olgę i Mikołaja właśnie zato, że im nie podobało się to życie.
— Zobaczę, co wy tu jeść będziecie, szlachcice moskiewscy! — mówiła złośliwie. — Zobaczę!
Pewnego razu, rano — było to na początku września — Tekla przyniosła z dołu dwa wiadra wody, różowa od zimna, zdrowa, piękna; Marya i Olga siedziały przy stole i piły herbatę.
— Herbata, cukier! — powiedziała Tekla szyderczo. — Co za panie — dodała, ustawiając wiadra — uważają, że to modne pić codziennie herbatę. Uważajcie też dobrze, żebyście się nie roztyły — mówiła, patrząc z nienawiścią na Olgę.
Zamierzyła się i uderzyła ją w ramię tak silnie, że obie bratowe z przestrachem klasnęły w ręce i powiedziały:
— Ach! Boże!
Potem Tekla poszła prać w rzece bieliznę, a przez całą drogę wymyślała tak głośno, że aż w chacie było ją słychać.
Upłynął jeden dzień. Nadszedł długi, jesienny wieczór. W chałupie nawijali jedwab na motowidła; nawijali wszyscy, oprócz Tekli, która poszła za rzekę. Jedwab brali z sąsiedniej fabryki i cała rodzina zarabiała na nim niewiele... dwadzieścia kopiejek na tydzień.
— U państwa lepiej było — mówił stary, nawijając jedwab. — Pracowałeś i jadłeś i spałeś, wszystko szło po kolei. Na obiad miałeś zupę i kaszę, na kolacyę również zupę i kaszę. Ogórków i kapusty miałeś do woli; jadłeś ile chciałeś. Ale surowiej było. Każdy z nas o tem pamięta.
Paliła się jedna tylko lampka, świeciła niejasno i kopciła. Jeśli zaś ktokolwiek zasłonił lampkę i wielki cień padał na okno, widać było światło księżyca. Stary Osip opowiadał wolno, nie spiesząc się, o tem, jak dawniej dobrze żyli, jak na tych samych miejscach, gdzie teraz tak biednie i nudno, polowali z ogarami, na rączych koniach, a podczas takich polowań chłopów poili wódką; jak do Moskwy chodziły całe transporty zabitego ptactwa dla młodych państwa, jak złych karali rózgami, lub wysyłali ich do Twiorskich dóbr, a dobrych wynagradzali. Babka też coś niecoś opowiadała. Pamiętała wszystko, wszystko bez wyjątku. Opowiadała o swojej pani, dobrej, bogobojnej kobiecie, której mąż był pijakiem i hulaką, a wszystkie jej córki powychodziły za mąż Bóg wie jak: jedna wyszła za pijaka, druga — za mieszczanina, trzecią — wywieźli w wielkiej tajemnicy (babka sama, która była wtedy młodą dziewczyną, pomagała w wywożeniu jej), i wszystkie one wkrótce umarły ze zmartwienia, tak jak i ich matka. Przypominając sobie to, rozpłakała się stara.
Nagle ktoś zastukał do drzwi i wszyscy drgnęli.
— Dziadzia Osip, przenocujcie mnie!
Wszedł maleńki, łysy staruszek, kucharz generała Żukowa, ten sam, któremu spaliła się czapka. Przysiadł się, posłuchał i również zaczął opowiadać różne historye. Mikołaj, siedząc na piecu, ze zwieszonemi nogami, słuchał, pytał o przeróżne potrawy, jakie u państwa gotowali. Mówili o wołowych kotletach, o zupach, sosach, i kucharz, który też wszystko dobrze pamiętał, przypominał potrawy, jakich się teraz nie widuje; była naprzykład jedna potrawa, przyrządzona z wołowych oczów, którą nazywali »rano się przebudzimy«.
— A czy robili przy was kotlety mareszal? — zapytał Mikołaj.
— Nie.
Mikołaj spojrzał, jakby z żalem i rzekł:
— Ech wy, kucharzu.
Dziewczynki siedząc i leżąc na piecu, patrzały na dół nieruchomie, wydawało się, że ich jest tam bardzo dużo — jakby cherubinów w niebie. Opowiadania podobały im się bardzo; wzdychały, trzęsły się i bladły, to z zachwytu, to ze strachu, a babki, która najładniej ze wszystkich opowiadała, słuchały nie oddychając prawie.
W milczeniu ułożyli się do snu; starzy zatrwożeni opowieściami, wzburzeni, myśleli o tem, jak miła jest młodość, z której, jakąkolwiekbądź ona była, zostaje we wspomnieniach coś żywego, radosnego, wzruszającego, a jak strasznie zimną jest śmierć, która nie jest za górami... e, lepiej o niej nie myśleć! Lampka zgasła. I ciemności i dwa okienka, żywo oświetlone księżycem, i cisza i skrzyp kołyski mówiły tylko o tem, że życie już przeszło, że w żaden sposób powrócić go nie można... Zdrzemniesz się, uśniesz, a nagle ktoś dotyka twego ramienia, dmucha ci w twarz... i już po śnie, ciało cię boli, jak gdybyś je odleżał i tłoczą się do głowy myśli o śmierci, ale po głowie chodzą stare, smutne, nudne myśli o nędzy, o strawie, o tem, że mąka podrożała, a chwilę później znów przypominasz sobie, że życie już przeszło, nie powrócisz go...
— O Boże! — westchnął kucharz.
Ktoś cicho, cicho zastukał do okna. Widocznie Tekla wróciła. Olga wstała ziewając, szepcząc pacierz, otworzyła drzwi, potem w sieni wyciągnęła zasuwę. Ale nikt nie wchodził, tylko ze dworu wiało i nagle zrobiło się jasno do księżyca. Z otwartych drzwi widać było drogę cichą, pustą i księżyc świecący na niebie.
— Kto tu jest? — zawołała Olga.
— Ja — dała się słyszeć odpowiedź. — To ja.
Przy drzwiach, przytulona do ściany, stała Tekla, zupełnie naga. Trzęsła się z zimna, zgrzytała zębami, a przy jasnem świetle księżyca wydała się bardzo bladą, piękną i dziwną. Cienie przesuwające się po niej i blask księżyca na skórze jakoś niezwykle ostro rzucały się w oczy i dokładnie uwydatniały jej ciemne brwi i młodą, jędrną pierś.
— Zuchwalcy, rozebrali mnie, puścili tak — rzekła. — Szłam do domu bez ubrania... tak jak mnie matka rodziła. Przynieś mi coś, to się odzieję.
— Idźżeż do chaty! — odpowiedziała cicho Olga, również zaczynając się trząść.
— Jeszcze mnie starzy zobaczą.
I rzeczywiście babka zaczęła się niepokoić i gderać, a stary zapytywał: »Kto tam?« Olga przyniosła swoją koszulę i spódnicę, ubrała Teklę i potem obie cicho, starając się nie stukać drzwiami, weszły do chałupy.
— Ach, to ty? — zamruczała gniewnie babka, domyślając się, kto to wchodzi.
— Och żeby cię raz, wiecznie po nocach się włóczysz... czy niema na ciebie zagłady?...
— Nic to, nic — szeptała Olga, otulając z czułością Teklę. — Nic to.
Znów zrobiło się cicho. W chacie zawsze źle spali; każdemu dokuczało coś natrętnego, zuchwałego: staremu — ból w krzyżu, babce — kłopoty i złość, Maryi — strach, dzieciom — krosty i głód. I teraz jakoś niespokojnie spali: przewracali się z boku na bok, majaczyli, wstawali, aby się napić wody.
Nagle Tekla zaszlochała głośno, ale natychmiast zapanowała nad sobą, i tylko od czasu do czasu załkała, coraz ciszej i spokojniej, aż w końcu usnęła. Słychać było z poza rzeki bicie zegara; ale zegar ten bił jakoś dziwnie, wydzwonił piątą, potem trzecią.
— O Boże — wzdychał kucharz.
Patrząc w okno, trudno było zrozumieć: czy wciąż jeszcze świeci księżyc, czy też to już dnieje. Marya wstała, wyszła i słychać było, jak doiła krowę na podwórzu i wołała: »Stó-ój«. Wyszła i babka. W chacie było jeszcze ciemno, ale można było rozróżnić niektóre przedmioty. Mikołaj, który całą noc nie spał, zlazł z pieca. Wyjął swój frak z zielonego kufra, ubrał się i podszedłszy do okna, potarł rękawy, rozprasował ręką fałdy, i uśmiechnął się. Potem zdjął ostrożnie frak, schował go do kufra i znów się położył.
Marya wróciła i zaczęła palić w piecu. Ona widocznie nie zupełnie się jeszcze rozbudziła, dopiero teraz, wracając ze dworu. Być może, że jej się coś śniło, może też przypomniały jej się wczorajsze opowieści, gdyż nagle wolno przeciągnęła się przed piecem i rzekła:
— Nie, wolność lepsza.


VII.


Przyjechał pan — tak nazywali we wsi naczelnika ziemskiego. O tem, kiedy i poco on przyjedzie wiadomem było od tygodnia. W Żukowie było tylko czterdzieści chat, ale zaległości, rządowej i ziemskiej nagromadziło się więcej, niż dwa tysiące.
Naczelnik stanął w karczmie; wypił dwie szklanki herbaty, a potem udał się pieszo do chaty starosty, dokoła której zebrała się już gromada ludzi, spóźnionych z wypłatą. Starosta, Antip Siedielnikow, pomimo swej młodości — miał niewiele więcej nad trzydzieści lat — bardzo był surowy, trzymał zawsze z władzą, chociaż sam był biedny i nieporządnie płacił podatki. Widocznie bawiło go to, że był starostą: podobało mu się uznanie jego władzy, której nie umiał objawić inaczej jak surowością. Na zebraniu gromadzkiem bali go się i słuchali; zdarzało się, że wpadł na drodze, albo przy karczmie na pijanego, wtedy wiązał mu ręce i prowadził do aresztu: raz zaprowadził nawet babkę do izby aresztanckiej zato, że przyszedłszy na zebranie zamiast Osipa, kłócić się zaczęła; przetrzymał ją przez dwadzieścia cztery godzin. W mieście nigdy nie mieszkał i książek nigdy nie czytał, ale niewiadomo gdzie nauczył się różnych mądrych wyrażeń i lubił je używać w rozmowie, zaco go też szanowali, chociaż często nic nie rozumieli.
Gdy Osip ze swą czynszową książką wszedł do chaty starosty, naczelnik, chudy staruszek z długimi, siwymi faworytami, w szarym tużurku, siedział przy stole i zapisywał coś. W chałupie było czysto, wszystkie ściany pstrzyły się od obrazów wyciętych z gazet, a na najwidoczniejszem miejscu obok ikon wisiał portret Battenberga, byłego bułgarskiego księcia. Przy stole stał ze skrzyżowanemi rękami Antip Siedielnikow.
— On, jaśnie wielmożny panie, sto dziewiętnaście rubli — rzekł, gdy nadeszła kolej na Osipa. — Przed Wielkim Tygodniem dał rubla, a odtąd ani kopiejki.
Naczelnik wzniósł oczy na Osipa i zapytał:
— Dlaczego to, bracie?
— O! Niech nam jaśnie wielmożny pan objawi łaskę Boską — zaczął Osip, gwałtownie wzburzony — niech pan pozwoli mówić; zeszłego lata pan Lutorecki mówi: »Osip, sprzedaj siano... Sprzedaj, mówi, sprzedaj«... Dlaczegoż? Miałem przecież sto pudów na sprzedaż, baby skusiły... No, ułożyliśmy się... Wszystko dobrze, ładnie...
Skarżył się na starostę i co chwila obracał się w stronę chłopów, jak gdyby ich wzywał na świadków; twarz jego zaczerwieniała się i oblała się potem, oczy zrobiły się ostre, złe.
— Nie rozumiem, poco ty to wszystko mówisz — rzekł naczelnik. — Pytam ciebie... pytam cię, dlaczego nie płacisz zaległej należności? Wy wszyscy nie płacicie, a ja za was odpowiadam.
— Niema sposobu.
— Słowa te bez rezultatu, jaśnie wielmożny panie — rzekł starosta. — Rzeczywiście, Czykildiejewy biedni, ale niech pan zechce zapytać innych, przyczyna wszystkiego... wódka i wszyscy są zuchwali. Bez najmniejszego zrozumienia.
Naczelnik zapisał coś i powiedział Osipowi spokojnie, równym głosem, jak gdyby prosił o szklankę wody:
— Idź precz.
Wkrótce odjechał; gdy wsiadł do taniego tarantasu i kaszlał, widać było po jego długiej twarzy, że już nie pamięta ani o Osipie, ani o staroście, ani o żukowskich zaległościach, a myśli o czemś zupełnie innem. Nie zdążył jeszcze ujechać jednej wiorsty, gdy Antip Siedielnikow wynosił z chaty Czykildiejewych samowar, a za nim szła babka i krzyczała przeraźliwie, wytężając pierś:
— Nie oddam! Nie oddam ci tego, przeklęty!
Szedł prędko, stawiając duże kroki, a ona biegła za nim, zdyszana, przewracając się prawie, wściekła; chustka zsunęła jej się z ramion, siwe, z zielonkawym odcieniem włosy rozwiały jej się zupełnie. Zatrzymała się nagle i zaczęła się bić pięścią w piersi, krzycząc jeszcze głośniej, jakby szlochając:
— Prawosławni, kto w Boga wierzy! Skrzywdzili mnie! Rodzeni moi, znieważyli mnie! Oj, oj, gołąbki, wstawcie się za mnie.
— Babko, babko — rzekł surowo wójt — miejże rozum w głowie!
Bez samowara w chacie Czykildiejewych zrobiło się zupełnie smutno. Było w tym braku coś poniżającego, obrażającego, jak gdyby zabrali z chaty jej honor. Już byłoby lepiej, gdyby wójt zabrał i wyniósł stół, wszystkie ławki, wszystkie garnki, nie byłoby tak pusto. Babka krzyczała, Marya płakała, również jak i wszystkie dziewczynki. Stary czując się winnym, siedział w kącie i milczał. Babka lubiła Mikołaja i żałowała go, ale teraz zapomniała o żalu, rzuciła się na niego z wymyślaniem, z wymówkami, wtykając mu pięści pod samą twarz. Krzyczała, że to on tak mało przysyłał, kiedy się sam w listach chwalił, że w »Słowiańskim Bazarze« zarabia pięćdziesiąt rubli miesięcznie? Poco on tu przyjechał i to jeszcze z rodziną? Jeśli umrze, to za jakie pieniądze go pochowają?... Przykro było patrzeć na Mikołaja, na Olgę i na Saszę.
Stary mruknął coś, wziął czapkę i poszedł do wójta. Mrok zapadał. Antip Siedielnikow lutował coś pod piecem; strasznie było gorąco. Dzieci wychudzone, nieumyte, równie nędzne, jak u Czykildiejewych, walały się po podłodze; nieładna, piegowata kobieta, z dużym brzuchem, nawijała jedwab na motowidła. Była to nieszczęśliwa, uboga rodzina, jeden tylko Antip wyglądał młodo i zuchowato. Na ławce stało rzędem pięć samowarów. Stary pomodlił się i rzekł:
— Antip, objaw łaskę Boską, oddaj samowar!
— Przynieś trzy ruble, dostaniesz samowar.
— To nie w mojej mocy.
Antip wydymał policzki, ogień syczał, odbijając się w samowarach. Stary gniotąc w ręku czapkę, rzekł:
— Oddaj!
Smagły wójt wydawał się teraz zupełnie czarnym i podobnym był do czarownika; zwrócił się do Osipa i rzekł surowo i prędko:
— Wszystko zależy od komisarza. Na posiedzeniu administracyjnem dwudziestego szóstego b. m. możesz ustnie, lub też pisemnie podać swoje żądania.
Osip nic nie zrozumiał, ale zadowolnił się tem i poszedł do domu.
W dziesięć dni później przyjechał naczelnik, posiedział z godzinę i odjechał. Od kilku dni pogoda była wietrzna, chłodna; rzeka oddawna zamarzła, a śniegu jeszcze nie było i ludzie zamęczali się złemi drogami. Raz, w jakieś święto, przed wieczorem, sąsiedzi zaszli do Osipa na pogawędkę. Rozmawiali po ciemku, ponieważ pracować byłoby grzechem i światła też nie zapalali. Sporo było nowości, dosyć co prawda nieprzyjemnych. I tak, w dwóch, czy trzech domach zabrali drób za zaległości i odstawili go do zarządu włościańskiego, gdzie zdechł, ponieważ nikt go nie karmił; zabrali owce i kiedy wieźli je powiązane, przekładając z fury na furę, jedna z nich zdechła. Zastanawiali się teraz nad pytaniem: kto jest winny?
— Ziemstwo! — mówił Osip. — Któż!
— Naturalnie, ziemstwo.
Obwiniali ziemstwo za wszystko, i za zaległości i za ucisk i za nieurodzaj, chociaż żaden z nich nie wiedział, co to właściwie jest: ziemstwo. Pochodziło to z tych czasów, kiedy bogaci chłopi, posiadający własne fabryki, sklepy i karczmy, byli jakiś czas radnymi w ziemstwie, byli niezadowoleni i odtąd zaczęli wymyślać na ziemstwo w swoich karczmach i traktyerniach. Porozmawiali o tem, że Bóg nie daje śniegu; trzebaby wozić drwa, a tu ani przejść, ani przejechać nie można. Przedtem, przed piętnastu i przed dwudziestu laty, rozmowy w Żukowie bardziej były zajmujące. Wtedy każdy stary człowiek wyglądał tak, jak gdyby ukrywał jakąś tajemnicę, jakby coś wiedział, czegoś się spodziewał; mówili o edykcie ze złotą pieczęcią, o podziałach, o nowych ziemiach, o skarbach, dawali coś do zrozumienia; teraz Żukowiacy nie mieli żadnych tajemnic; całe ich życie było jak na dłoni, znali je wszyscy, a rozmawiać mogli tylko o nędzy, o strawie, o tem że niema śniegu...
Pomilczeli chwilę. I znów przypomnieli sobie o kurach i o owcach i zaczęli się zastanawiać nad tem, kto jest winnym.
— Ziemstwo — rzekł smutnie Osip. — Któż!


VIII.


Parafialna cerkiew leżała w Kosogorowie, w odległości sześciu wiorst; chodzono tam tylko z konieczności, w razie chrztu, ślubu, lub pogrzebu. Na zwykłe nabożeństwo chodzono za rzekę. W święta, jeśli była pogoda, dziewczyny stroiły się i szły gromadnie na Mszę świętą; śliczny sprawiały widok, gdy szły przez łąkę, ubrane w czerwone, żółte i zielone suknie. Jeśli deszcz padał, wszyscy zostawali w domu. Spowiadali się w parafii. Od tych; którzy w Wielkim Poście nie zdążyli przystąpić do spowiedzi, pop, obchodząc parafię w Wielkim Tygodniu, pobierał po piętnaście kopiejek.
Stary nie wierzył w Boga, gdyż prawie nigdy nie myślał o Nim; uznawał istotę nadprzyrodzoną, co do reszty uważał, że to dobre dla bab, i gdy rozmawiano w jego obecności o religii, lub o cudach i jego cokolwiek zapytywano, odpowiadał niechętnie, drapiąc się w głowę:
— A kto go tam wie.
Babka wierzyła, ale jakoś niewyraźnie; wszystko poplątało się w jej głowie i z chwilą kiedy zaczynała myśleć o grzechach, o śmierci, o zbawieniu, nędza i troski nadawały inny kierunek jej myślom i odrazu zapominała o tem, co ją przedtem zajmowało. Modlitw nie pamiętała i zwykle wieczorem, kładąc się spać, stawała przed obrazami i szeptała:
— Kazańskiej Matce Boskiej, Smoleńskiej Matce Boskiej...
Marya i Tekla żegnały się, spowiadały się raz na rok, ale nic nie rozumiały. Nie uczono dzieci modlitw, nie mówiono im o Bogu, nie wpajano im żadnych zasad, zabraniano im tylko łamać post. W innych rodzinach było mniej więcej to samo: mało kto wierzył, mało kto rozumiał. Pomimo to wszyscy lubili Pismo święte, lubili je tkliwie, nabożnie, ale książek nie mieli, nie miał ich kto czytać, lub tłumaczyć, a zato, że Olga czytała czasem ewangielię, szanowali ją i wszyscy mówili jej i Saszy »wy«.
Olga chodziła często na nabożeństwo do sąsiedniej wsi i do powiatowego miasta, gdzie były dwa klasztory i dwadzieścia siedem cerkwi. Często była roztargniona i kiedy szła na pielgrzymkę, zapominała o rodzinie, a za powrotem spostrzegała z radością, że ma męża i córkę i mówiła uśmiechając się, rozpromieniona:
— Bóg miłościwy przysłał!
To, co się działo we wsi, wydawało jej się wstrętnem i zamęczało ją. Na Eljasza pili, na Wniebowzięcie pili, na Podwyższenie Krzyża pili. W dzień Opieki Matki Boskiej było święto parafialne i wtedy chłopi pili przez trzy dni; przepili pięćdziesiąt rubli z gminnych pieniędzy, a potem we wszystkich chatach zbierali jeszcze na wódkę. Pierwszego dnia u Czykildiejewych zarznęli barana i jedli go rano, w południe i wieczór, jedli dużo naraz i potem jeszcze w nocy dzieci wstawały i jadły. Kirjak był przez wszystkie trzy dni strasznie pijany, przepił wszystko, nawet czapkę i buty, i tak bił Maryę, że musieli ją cucić wodą. Potem wszyscy wstydzili się i było im nieswojo.
Poza tem i w Żukowie miała raz miejsce prawdziwa religijna uroczystość. Było to w sierpniu, kiedy po całym powiecie, ze wsi do wsi nosili Matkę Boską. Tego dnia, kiedy spodziewali jej się w Żukowie było cicho i spokojnie. Dziewczyny wyszły od samego rana naprzeciw świętej ikony, ubrane w odświętne suknie, i wieczorem wnosiły ją w procesyi, ze śpiewami, a jednocześnie za rzeką uderzono w dzwony. Olbrzymi tłum swoich i obcych tamował przejście; hałas, kurz, tłok... Wtedy i stary, i babka, i Kirjak — wszyscy wyciągali ręce do ikony, błagalnie patrzyli na nią i rozrzewnieni mówili z płaczem:
— Orędowniczko, Mateczko! Orędowniczko!
Wszyscy jakby nagle zrozumieli, że jest jakaś łączność między niebem a ziemią, że jeszcze nie wszystko zagarnęli bogaci i silni, że jest możność obrony od krzywd, od niewoli, od ciężkiej, nie do zniesienia nędzy, od strasznej wódki.
— Orędowniczko, Matko! — szlochała Marya. — Orędowniczko!
Odprawili nabożeństwo, zabrali święty obraz i dalej wszystko szło po staremu, i znów słychać było w karczmie ordynarne i pijane głosy.
Śmierci bali się tylko bogaci chłopi, którzy im bardziej się bogacili, tem mniej wierzyli w Boga i w zbawienie duszy i tylko z obawy przed ostatecznym swym końcem, chodzili na nabożeństwo i składali ofiary na światło. Biedniejsi chłopi nie bali się śmierci. Staremu i babce mówili wprost, że za długo żyją i że już im czas umierać. Nie wahali się mówić Tekli w obecności Mikołaja, że kiedy on umrze, mąż jej, Denis, będzie miał ulgę w wojsku i wróci do domu. Marya zaś, nietylko że wcale nie bała się śmierci, ale skarżyła się, że tak długo każe na siebie czekać, cieszyła się, kiedy jej umierały dzieci.
Śmierci się nie bali, ale zato wszystkie choroby przejmowały ich przesadnym strachem. Wystarczyło jakieś głupstwo, zepsuty żołądek, lekkie przeziębienie, a zaraz babka kładła się na piecu, otulała się i zaczynała jęczeć, głośno i bez przerwy krzycząc: »Umiera-am!« Stary biegł po księdza i natychmiast udzielali babce ostatnich sakramentów. Mówili bardzo często o dreszczach, o robakach, o gruczołach, które z brzucha dochodzą do serca. Najwięcej bali się przeziębienia i dlatego nawet w lecie ubierali się ciepło i kładli się na piecu. Babka lubiła się leczyć i jeździła często do szpitala, gdzie twierdziła że niema siedemdziesięciu, lecz tylko pięćdziesiąt lat; przypuszczała, że jeśli lekarz dowie się o istotnym jej wieku, nie będzie chciał jej leczyć i powie, że czas umierać, a nie leczyć się. Wyjeżdżała zwykle wcześnie, zabierała ze sobą dwie lub trzy dziewczynki, a wieczorem wracała głodna i zła, przywożąc dla siebie krople, a dla dzieci maści przeróżne. Raz zabrała i Mikołaja, który potem brał jakieś krople przez dwa tygodnie i mówił, że się czuje lepiej.
Babka znała wszystkich lekarzy, felczerów i znachorów na trzydzieści wiorst dokoła, lecz żaden jej się nie podobał. Na Wniebowzięcie, kiedy pop obchodził chaty z krzyżem w ręku, dyakon powiedział starej, że w mieście mieszka obok wieży jakiś staruszek, dawny felczer wojskowy, który bardzo dobrze leczy, i poradził jej, aby się do niego udała. Babka usłuchała. Po pierwszym zaraz śniegu pojechała do miasta i przywiozła staruszka, z długą brodą, przechrztę w ubraniu o długich połach, z twarzą pokrytą małemi, niebieskiemi żyłkami. W chacie pracowali wtedy najemnicy: stary krawiec w ogromnych okularach krajał kamizelkę z jakichś łachmanów, a dwóch młodych chłopców pracowało nad wojłokowymi butami; Kirjak, którego wypędzili za pijaństwo i który znów mieszkał w domu, siedział obok krawca i naprawiał chomąta. W chacie było ciasno i duszno. Przechrzta obejrzał Mikołaja i powiedział, że trzeba mu koniecznie postawić bańki.
Postawił bańki, a stary krawiec, Kirjak i dziewczynki stali opodal, przyglądali się i zdawało im się, że widzą jak choroba wychodzi z Mikołaja. Mikołaj też patrzał, jak bańki, wpijając się w pierś jego napełniały się zwolna czarną krwią, czuł, że rzeczywiście z niego coś wychodzi i uśmiechnął się z zadowoleniem.
— No, dobrze — mówił krawiec. — Daj Boże, aby wam było na pożytek.
Przechrzta postawił dwanaście baniek, potem jeszcze dwanaście, napił się herbaty i wyjechał. Mikołaj dostał dreszczy, twarz mu się ściągnęła, palce zsiniały. Zawijał się, otulał, ale było mu coraz zimniej. Wieczorem był coraz smutniejszy; prosił aby go położyli na podłodze, aby krawiec przestał palić; potem ucichł, przykrył się jeszcze cieplej i nad ranem umarł.


IX.


O, jakżeż ostrą, jakże długą była ta zima! Już od Bożego Narodzenia nie mieli swego chleba i kupowali mąkę. Kirjak, który mieszkał teraz w domu, hałasował do późnej nocy, przerażał wszystkich swym krzykiem, a rano męczył go ból głowy i wstyd, że aż przykro było na niego patrzeć.
W oborze słychać było dzień i noc przeraźliwy ryk głodnej krowy, a głos jej rozdzierał serce babki i Maryi. I jakby umyślnie, mrozy były coraz silniejsze, potworzyły się wielkie zaspy, zima zapowiadała się długa: na Zwiastowanie była straszna zamieć, a w Wielkim Tygodniu padał śnieg.
Nakoniec zima miała się ku końcowi. W początkach kwietnia nastały ciepłe dni i mroźne noce i wreszcie po jednym takim ciepłym dniu znów zaczęły płynąć rzeki i znów zaśpiewały ptaki. Całą łąkę i krzaki dokoła rzeki zatopiła powierzchnia wód, cała przestrzeń między Żukowem i tą stroną wsi została zalaną, a gdzieniegdzie wzlatywały dzikie kaczki całemi stadami. Wiosenny zachód słońca, płomienny wśród obłoków wspaniałych przedstawiał co wieczór jakiś widok nowy, niezwykły, nieprawdopodobny, taki, w jaki się wierzyć nie chce, jeśli go nam farby na obrazie oddają.
Żórawie latały prędko, prędko, krzycząc żałośnie, jak gdyby kogoś za sobą nawoływały. Stojąc na brzegu urwiska, Olga patrzała długo na rozlane wody, na słońce, na jasną, jakby odmłodzoną cerkiew, łzy spłynęły po jej twarzy, z trudem oddychała, gdyż tak namiętnie pragnęła odejść dokądkolwiek, gdzie oczy poniosą, choćby na koniec świata. Już postanowiono, że wróci do Moskwy, obejmie służbę, a z nią pojedzie Kirjak szukać miejsca stróża. Ach, byle prędzej stąd odejść.
Kiedy trochę podeschło i zrobiło się cieplej, wybrali się w drogę. Olga i Sasza z węzełkami na plecach, obie w łapciach z łyka, wyszły skoro świt; wyszła i Marya, aby je odprowadzić. Kirjak był niezdrów i zatrzymał się jeszcze przez tydzień w domu. Olga po raz ostatni pomodliła się w cerkwi, myśląc o mężu, ale nie zapłakała, a tylko twarz jej się ściągnęła i zrobiła się nagle zupełnie brzydką. Przez zimę schudła, zbrzydła, posiwiała trochę i nie miała już poprzedniego miłego wyrazu i łagodnego uśmiechu, znać było na niej przeżytą zgryzotę, zrobiła się smutną, pokorną, a w oczach miała coś tępego, nieruchomego, jakby nie słyszała, co się do niej mówi. Przykro jej było rozstawać się ze wsią i z chłopami. Przypominała sobie, jak nieśli Mikołaja, w każdej chacie zamawiali egzekwie i wszyscy płakali, współczując jej boleści. Bywały nieraz takie dni, że zdawało się, że ci ludzie żyją gorzej od bydląt, ciężko było żyć z nimi; ordynarni, nieuczciwi, brudni, nietrzeźwi, żyją w niezgodzie, kłócą się bezustannie, bo nie szanują się wzajemnie, boją się i podejrzywają jeden drugiego. Kto utrzymuje karczmę i upija ludzi? Chłop. Kto traci i przepija gminne, szkolne i cerkiewne pieniądze? Chłop. Kto okradł sąsiada, podpalił, fałszywie przysiągł w sądzie za marną butelkę wódki? Kto na zebraniach gminnych pierwszy przemawia przeciw chłopom? Chłop. Tak, straszne jest życie z nimi, ale bądź co bądź przecież to ludzie, oni cierpią i płaczą jak ludzie, i niema w ich życiu nic takiego, czego by wyrozumieć nie można. Ciężka praca, po której boli całe ciało, srogie zimy, nędzne urodzaje, ciasnota, a pomocy niema i znikąd spodziewać się jej nie można. Bogatsi i silniejsi pomódz nie mogą, bo są sami ordynarni, nieuczciwi, nie trzeźwi i sami kłócą się między sobą w straszny sposób; najniższy urzędniczyna obchodzi się z chłopami, jak z włóczęgami, nawet wójtom i starostom mówi »ty« i zdaje mu się, że ma do tego prawo. Zresztą czy może być jakakolwiek pomoc, lub dobry przykład od ludzi, chciwych na zysk, niemoralnych, leniwych, którzy przyjeżdżają tylko po to, aby znieważyć, obedrzeć, przestraszyć. Olga przypomniała sobie jak żałosny wyraz twarzy mieli starzy, kiedy w zimie karano Kirjaka rózgami... I teraz żal jej było wszystkich tych ludzi i całą drogę oglądała się na chaty.
Odprowadziwszy je kawał drogi, Marya pożegnała się, potem upadła na kolana i zawołała rzucając się twarzą na ziemię:
— I znów sama zostałam, oj biedna moja głowa, biedna ja nieszczęśliwa...
I tak długo jeszcze mówiła, długo jeszcze Olga i Sasza widziały, jak klęcząc ciągle się komuś kłaniała, trzymając się obiema rękami za głowę, a nad nią latały gawrony.
Słońce podniosło się wysoko, zrobiło się gorąco. Żukowo zostało daleko z tyłu. Olga i Sasza prędko zapomniały i o wsi i o Maryi, było im wesoło i wszystko je bawiło. To kurhan, to rząd słupów telegraficznych, które idą jeden za drugim niewiadomo dokąd, niknąc na widnokręgu, a druty brzęczą tajemniczo; to znów widać w oddali folwark, cały wśród zieleni, rozchodzi się od niego zapach świeżych konopi i wydaje się, niewiadomo dlaczego, że tu muszą mieszkać szczęśliwi ludzie; to znów widać szkielet koński, bielejący na polu. A skowronki niezmordowanie wywodzą swe trele, nawołują się przepiórki, a chróściel krzyczy tak, jak gdyby ktoś istotnie szarpał za żelazną klamkę.
W południe Olga i Sasza weszły do ogromnej wsi. Tu, na szerokiej ulicy spotkały kucharza generała Żukowa. Było mu bardzo gorąco i spocona czerwona jego łysina świeciła się w słońcu. Nie poznali się z Olgą na razie, potem obejrzeli się jednocześnie, poznali się i nie mówiąc ani słowa, poszli każde w swoją stronę. Zatrzymawszy się przed chatą, która wydała się bogatszą i nowszą, Olga stanęła przed otwartemi oknami, skłoniła się nizko i rzekła głośno cienkim, śpiewnym głosem:
— Prawosławni, chrześcijanie, dajcie jałmużnę na miłość Boską was proszę, dajcie co łaska, a Bóg da wieczny spokój rodzicom waszym, da wam królestwo niebieskie.
— Prawosławni, chrześcijanie — zaśpiewała Sasza — dajcie na miłość Boską co łaska, królestwo niebieskie...

Antoni Czechow - Nowele page345.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.