Cesarz i Proletarjusz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mihail Eminescu
Tytuł Cesarz i Proletarjusz
Pochodzenie Wybór poezyj i poematów
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wydania 1933
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Impărat si Proletar
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CESARZ I PROLETARJUSZ

Na deskach zczerniałych, w karczmie — pod stropem niskim —
przed którą stanął dzień w zbłoconych szyb pomroczy,
obsiadła długi stół ponurem, zwartem koliskiem
gromada włóczęgów z wszech dróg z posępnym w źrenicach błyskiem —
nędzarze, bezbożny tłum, dziadowski lud roboczy.

Mówicie ( — jeden z nich rzekł — ), że człowiek chadza w jasności
na tym goryczy i łez, znoju i nędzy padole — ? —
a przecież niema w nim skry szczerości i rzetelności
i jak ten ilasty glob żyje w bezpromienności —
chciwy bezmiernych władz — tyranem uczynił swą wolę.

Czemże jest sprawiedliwość? — toć spójrzcie — oto wielmoże
dla bogactw swoich obrony stworzyli ochronne prawo
i konspirują — dostatni — w złodziejskim ostrożnym zborze
przeciw tym, których ongi zakuli w poddańcze obroże,
którym całego żywota zysk kradną, mordęgę krwawą.

Na ustawicznych hulankach życie swe marne trawią,
weselem dni wypełniają, godziny głośnemi śmiechami,
w szklenicach ich wino i ambra, — zimą w zieleni się pław.
w skwar letni w cieniu lodowców w Alpach śnieżystych się pławią,
noce zmieniają w dni — dni wypełniają snami.



Cnota to dla nich dźwięk pusty, — jednakże ją głoszą,
bo na niej budują swą moc, — potrzebne im męstwo
w państwach, które nad naród — groźne i straszne — wynoszą,
potrzebne dla wojen zażartych, których konieczność wam głoszą —
— gdy wy w kurzawie krwi mrzecie — im daje potęgę zwycięstwo.

Wszystkie te armje buńczuczne, te dzielne, żelazne floty,
owe na głowach królewskich majestatyczne korony,
miljardy zebrane w bankach, ten przepych barwny i złoty
otaczający bogaczów — toćże to ciężar biedoty,
to haracz, który swym potem wypłaca naród okpiony.

Religja? czemże jest ona — ? — w ich ustach tylko frazesem
aby was wszystkich do jarzma twardego zaprząc pospołu;
gdybyście zwątpili, że kiedyś za życia waszego kresem
znajdziecie dobrą nagrodę znojnego, tępego mozołu —
czyżbyście znieśli te męki bitego u pługa wołu — ? —

Nieistniejącem mamidłem pozasłaniali wam oczy,
nadzieje wam jakieś wmówili, nagrodę w was jakąś wparli...
To kłamstwa! — Śmierć wszelką świadomość zniszczy i stoczy;
— temu co tylko tu cierpiał — tam w wiekuistej pomroczy
żadne się szczęście nie zdarzy! — Umarli to tylko umarli...

Frazesem przeto i kłamstwem są fundamenty państwa;
przyrody cele są inne; — a jakież państw zamierzenie?
abyś im ziemię obrobił, mienia przysporzył z poddaństwa,
abyś broń chwycił do garści i runął w szale zaprzaństwa
w odmęt walk bratobójczych na siebie samego zniszczenie.


Czemuż złowróżbnych miljonów jesteście niewolnikami
wy, których zyskiem utrudzeń wieczyste jest głodowanie — ? —
czemuż się stowarzyszacie ze śmiercią i z chorobami —
podczas gdy oni przeżarci bogactwem i rozpustami —
w wiecznych uciechach — czasu nie mają na własne konanie.

A jest w was mnogość i siła! zapominacie o tem — ? —
toć między siebie rozdzielić możecie łasy i pola —
więc nie budujecież im gmachów, które dziś pełnią złotem,
a w które jutro was zamkną, gdy krzykiem i łoskotem
zbudzi was z pohańbienia życia wolnego wola!

A oni rozkoszą się poją — bezpieczni — pod prawa obroną
i wysysają zachłannie najsłodsze soki ziemi —
w piekielnej, szalonej orgji, gdy chucią pijaną zapłoną
w nałożne każą wejść łoże i córkom waszym i żonom,
— pastwią się starcy lubieżni nad niemi — pohańbionemi.

Wzamian jakiż plon dla was —? — nic jeno tęsknota,
trud — który tylko dla nich korzystną potrzebą —
łzy, czarny okruch chleba, niewola, robota,
nędza żon pohańbionych, cór waszych sromota...
— nic dla was — dla nich wszystko — wam męka im... niebo.

Ustawy — ? — cóż ich obchodzą — ? — Łatwo ten żyje cnotliwy
komu niczego nie trzeba... Dla was są wszystkie ustawy,
dla was niewolne prawa i wymiar kary dotkliwej —
— a ty gdy rękę wyciągniesz po jeden moment szczęśliwy —
szybko, niebaczny, ją cofniesz — — lecz jako łachman krwawy.


Ten straszny, niesłuszny porządek, rozwalcie bracia, raz przecie —
co przepaść kopie pomiędzy nędzarzem a między bogatym — —
bo skoro niema zapłaty po śmierci — (o tem już wiecie) —
walczcie by każdy dział równy posiadał tutaj na — świecie,
byśmy w sprawiedliwości żyli jak żyje brat z bratem.

Pokruszcie młotami twardemi goliznę Wenus antycznej,
popalcie w muzeach płótna nagości nęcące czarem —:
one to są omamieniem, majakiem jakiejś prześlicznej
doskonałości człowieczej, — one przyczyną tragicznej
doli cór waszych; — z nich handel żywym towarem.

Pokruszcie wszystko co zbrodnią się puszy i chwali,
zburzcie pałace i tumy, w których się gnieździ złe plemię —
niech gniew wasz lawą wytryska, tyranów pomniki niech zwali,
ostatnie ślady niewoli niech z ulic i bruków wypali!
oby się ci co was gnębią zapadli na wieki pod ziemię.

Pokruszcie wszystko co tchnie bogactwem, obłudą i butą,
wyzwólcie życie z niewoli, z tych granitowych obramień,
w które was nędzą i brudem jak w dyby hańbiące zakuto!
Nie dajcie się mamić snom, któremi myśl waszą zasnuto,
że to zło ciągle ma trwać jak wbity w ziemię kamień.

Na pobojowiskach i zgliszczach postawcie obeliski
owe memento mori na zwrotnej karcie historji —
dopiero w tym wielkim momencie zluźnią się wasze uciski
i już was nie zwiodą cielska, rozśmiane pyski —
lecz chodzić będziecie w wieczności i glorji!


Potop! Potop! — wołajcie — na wszystko! — świat na tem jeno skorzysta;
zbyt długo czekaliście — wiecie — czem dobroć jest świata —:
niczem! — Miejsce hieny zajmuje szantażysta,
miejsce dawnej tyranji łotr szczwany, aferzysta —
treść pozostała tasama, zmieniła się — szata.

Wówczas dopiero powróci era przebrzmiała złota,
która was w wielu powieściach mitologicznych zachwyca;
porówny dział radości każda mieć będzie istota,
a nawet śmierć zdmuchująca kaganek pełnego żywota —
stanic wśród was jasnowłosa, — życzliwa wam anielica.

Tak tedy będzie ci lekka — odejdziesz niezgoryczony —
takie jako ty miałeś i syn mieć będzie przebycie —
nie będą nad tobą huczeć śmiertelne, śpiżowe dzwony,
zaginiesz, losom posłuszny, w wieczności niezmierzonej —
— pocóż-bo opłakiwać kogoś kto spełnił swe życie?!

Ustaną wszelkie choroby i nędza ustanie niegodna
zrodzona z krzywdzących bogactw — miną troski co ludzkość kłopocą;
każdemu będzie znaczona rozrostu siła pogodna —
— póki się puhar nie strzaska — pić będziesz z niego do dna
dopiero wtedy zgon przyjdzie, gdy żyć już nie będzie poco.



W karocy pozłocistej nad brzegiem Sekwany
jedzie Cezar z ciężarem bladym zamyślenia —
— poszum fal ociężałych, turkot niewstrzymany
wozów... jedzie — nie słucha, myślami owiany —
— własny naród pokory żąda odeń i milczenia.

Wzrok jego, który tajnie w duszy ludzkiej czyta
sprzeczkę wiedzie o uśmiech z wargami drżącemi —
a ręka, losy świata dzierżąca, — już wita
gromadę obszarpańców, co wzdłuż ulic zbita
stoi. — Wszak wielkość jego związana jest z niemi...

Wszakże dzieli świadomość z tą podwładnych zgrają —
( — samotny, nielubiany — ), że zło ma przewagę,
że kłamstwo i bezprawie świat w ryzach trzymają,
że się ludzkości dzieje wiecznie powtarzają —
— o czem niejedną przecież słyszeliśmy sagę.

I on, głowa satrapów i ciemiężycieli
schyla czoło przed wami, obrońcy!, w ukłonie;
bo gdyby was zabrakło, gdybyście zginęli —
wy — niemi, coście władzę nad sobą dźwignęli —
on, Cezar, w prochby runął — sam Cezar na tronie!


Waszym cieniom niewiernym, kpiącym z uczciwości,
waszym uśmiechom chłodnym wyzbytym współczucia,
waszym rozumom drwiącym ze sprawiedliwości —
— tak tylko waszym cieniom, potęgom nicości
zawdzięczacie te carskie jarzma i okucia!



Paryż plonie! — Burza się w nim przewala i górze!
zamki jak czarne pochodnie — ognia żywego łup — —
dymy jak wybuch wulkanu, łuny jak sadzą zasnute zorze —
płyną ryki i szczęki jak rzeka w rozgrzane morze — —
Stulecia umarły! — Paryż stuleci grób!

Bruk ulic krwią pożogi nieustannie broczy,
barykady wysokie sypie ludzki rój —
z pieśnią rewolucyjną kroczy lud roboczy,
kwitną frygyjskie czapki, błyszczą stalą oczy —
dzwony ochrypłe huczą: na alarm! na bój!

Biały, zimny, aż martwy — jak głuche marmury —
lasem czerwonych ogni idzie niewiast krąg —
z bronią w ręku, miast włosów rozwiane wichury
na głowach, piersiach, plecach — — a w oczach ponury
krzyk grozy, nienawiści, rozpaczy i mąk.

O walczcie, wy okryte wężami warkoczy,
każde dziecko zdeptane zbliża jutra dni —
niech się czerwony sztandar nad wami roztoczy,
niech was rozgrzeszy jutra głos proroczy —
ci, co was sprzedawali winni — lecz nie wy!



Bruzdami się wygrzywia w łagodnem świetle morze,
łuszczą się fale ciche w kształt kryształowych płyt
— a tam nad halnem zboczem — przez wyrąb w starym borze
spogląda duży księżyc — płynie przez nieb przestworze
i srebrzy ciche morze i szumny leśny szczyt — —

Na zleniwionych falach — okręty się kołyszą —
drewniane ich szkielety w widmowy płyną szlak —
jak skrzydła zmordowane u masztów żagle wiszą —
noc w nie znieruchomiała samotną dyszy ciszą —
w górze księżyca kula lśni jak proroczy znak.

Na skalnym, mokrym brzegu — ponad zwierciadłem morza
u przechylonej wierzby mchem brodatego pnia
samotny Cezar czuwa — wsłuchany w pieśń przestworza,
co w plusku lśniących fal, z bezbrzeżnych wód podłoża
na drżących strunach wiatru symfonje nocne gra.

I ujrzał, że w powietrzu pod nocą tą zgwieżdżoną
idzie przez szczyty borów, przez fal zmierzwionych wir
on starzec siwobrody — z brwią gęstą, nasrożoną,
chrzęszczący fantastycznie wyschniętych traw koroną:
Król Lir.


Zdumiony patrzał Cezar na śródobłoczne zjawienie
— drżały w przestrzeniach gwiazdy w nieogarnionej bezliczy — —
i nagle pojął ten symbol, zrozumiał obrazu znaczenie — —
Ach! więc to przepych jest życia?! — — — zamglone ludów cienie
szeptały głosem wymownym o wszechczłowieczej goryczy.

Każdego człowieka na ziemi życie doświadcza nanowo,
stary Demiurg się silił by było inaczej — daremnie!
W każdym umyśle człowieczym tajnia przemawia tą mową:
„ — skąd idziesz i dokąd — Tak oto jawi się słowo
pełne tajemnych zamierzeń idące przez otchłań i ciemnie.

A cała treść wszechświata, jego moc i pragnienie
w sercu każdego człowieka żyje ukryta i — włada —
jakoby wieczysty hazard, jakoby owo kwitnienie
drzewa co w każdym kwiecie zaklina swoje istnienie
— a jednak ileż to kwiatów nim się zeziarni — opada?! — —

Tak też i owoc człowieczy — na drodze swoich uznojeń —
wyrasta w możnego cesarza lub staje się niewolnikiem
i najuboższe swe życie otula całunem urojeń
i szuka dla swojej nędzy codziennie jakichś ukojeń
chociaż dla wszystkich porówno nicość jedynym pewnikiem.

Odwiecznie te same dążenia i tylko forma się zmienia —
odwiecznie jeden jest człowiek w całej globowej rodzinie.
Twarda zagadka życia stukształtnie się spromienia,
wszystkich jednako łudzi, przed nikim nie zrzuca odzienia —
— nieprzeliczone pragnienia w najlichszej skupia drobinie.


Cokolwiekbyś począł — wszystko po tobie jak było zostanie —
— wszak wiesz, że cały sen życia ze śmiercią w bezkresy ulata;
cokolwiekbyś pragnął poprawić — — odczujesz tylko znękanie,
znużenie wieczną gonitwą... aż cię przynęci poznanie:
że snem wieczystej nicości jest życie całego świata.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Mihail Eminescu i tłumacza: Emil Zegadłowicz.