Cedr

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Cedr
Pochodzenie Antologia poetów obcych
Data wydania 1882
Wydawnictwo H. Altenberg
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Deotyma
Źródło Skany na Commons
Inne Cała antologia
Pobierz jako: Pobierz Cała antologia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała antologia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
CEDR.
(Z WIKTORA HUGO.)

Omer, islamski Szeik, mąż w nowym zakonie
Jakim Prorok dopełnił Issowego prawa,
Szeik Omer po świecie chodzi i przystawa,
Czasem na długim kiju, o splecione dłonie
Oprze brodę jak pasterz. Tak błędnemi kroki
Dążąc ku świętéj Dżedździe, zszedł ku wód głębinie,

Gdzie przez Czerwone morze, jak przez sen głęboki
Prześwieca Bóg. Aż weszedł na ową pustynię
Ciemnicami groźnego nieba zaczernioną,
Gdzie Mojżesz się pod tajną przesuwał zasłoną.

Myśl surowa od puszczy na pielgrzyma wieje,
Nią pędzony, przemierzył Egipt i Judeję,
Aż na Patmos, u stoku obnażonéj góry,
Wśród piasków, spostrzegł Jana śpiącego na ziemi.

Bo nie umarł Jan święty, samotnik ponury.
Jak Enoch sprawiedliwy, jak Eljasz w ognistém
Zachwyceniu, Jan został pomiędzy żywemi.
Bóg trzyma ich w odwodzie do walk z Antychrystem.

Spał Jan, przez sen wpatrzony w ten ocean życia,
Gdzie flota światów krążąc pędzi do rozbicia.
Sen mroczył tę źrenicę światłem nabijaną,
Jedyną w pośród żywych, jakiéj było dano
Podpatrzéć przez rozprutą szczelinę otchłani,
Jak w zbrojach skrzących siarką wojują szatani,
Jak w pył lecą Babele, padają Syjony,
Jak z czasem blaknie każde, najczystsze widzenie,
Znieważone religje śmieją się szalenie,
I bluźnierstwa latają na burzy czerwonéj.

Jan spał, a skwar odkrytą rozpalał mu głowę.

Omer, co jak prorocy znał żywiołów mowę,
Przy drodze, tuż nad morzem, dostrzegł że pod murem
Samotnego santonu, rósł z liściem ponurem
Cedr odwieczny. — I wzniosła się ręka kapłana
Ku północy, gdzie żyją drapieżni orłowie,
Wskazał morze Egiejskie świecące zdaleka,
A daléj na Patmosie uśpionego Jana,
Pnia się dotknął, i rozkaz w takiém dał mu słowie:

— „Idź cedrze! Idź i ocień mi tego człowieka.“

Widmo z soli co patrzy ku zgliszczom Sodomy,
Nie tak nad gorzką wodą nieruchomie czeka,
Jak cedr na głos Omera został nieruchomy.

— „Idź-że!“ Powtórzył szeik, i dźgnął go kosturem.

Cedr, od muła krnąbrniejszy, pozostał pod murem,
Ani mu żadnym szmerem nie zadrgnęły liście.

Wtedy kapłan się zwrócił ku niewidzialnemu,
I podnosząc prawicę wyrzekł uroczyście:
— „Idź cedrze, w imię Boga żyjącego!“

— „Czemu
Nie wezwałeś go wcześniéj?“ Spytał głos od drzewa.

I oto, dreszcz niém wstrząsnął jak trzciną zachwiewa.
Strzaskując żywą skałę, konary długiemi
Wywijając, jak okręt masztami zjeżony,
Wypruwając koleją z objęć matki ziemi,
Powkręcane korzenie, zewsząd wpite szpony,
Cedr, niby ptak posępny wyleciał ku niebu.

Minął Gur, skałę ciemną jak korzec włożony
Na ogień, który palą kowacze Erebu.
Minął Egipt z bezkształtnym jego panteonem,
I Nil który w Edenie Adam zwał Gehonem,
Teby, Jericho, Gosnę okrążył półkolem,
Ur, gniazdo Abrahama, Betsad, co na łonie
Wypiastowała Piotra, — przemknął się nad polem
Galgali, toporami z krzemienia nasianem,
Aż przebywszy pustynię co wszech klęski zionie,
Przez Borceos i Arsak zwisł nad Chanaanem.

Tu znowu spotkał morze pyszne a ponure:
Zanurzył lot w tę globu przepaścistą chmurę,
Jak nurek się przez wrogie przerzynał otchłanie,
Aż opadł na Patmosie, przy uśpionym Janie.

Ten zbudził się, zadziwił, skąd mu cień u głowy?
I pogodny, lecz nawet w pogodzie surowy,
Rzekł: — „Cedrze, co tu robisz? Zkąd się tobie wzięło
Kiełkować, zazielenić i urość w godzinie?


Pan chce w swojéj mądrości, by zwolna szło dzieło,
By cedr na krzepkich stopach utwierdzał się w glinie.
Po co ci ta troskliwość dla opoki mojéj?
Taki pośpiech w odwiecznym porządku nie stoi.
Nim drzewo się odchowa, iluż ludzi zginie!
Deszcz mu jest wiernym sługą, włóknami korzenia
Do najmniejszej gałązki łaknącéj dopłynie,
I zaledwie wypity, w sok życia się zmienia.
Bóg ziemią twór ten karmi, a tak wykarmiwszy,
Chce by codzień był twardszy i codzień cierpliwszy.
Aby pod szorstką łuską co mu pień osłania,
Mógł stać prosto i śmiać się z wichrów biczowania.
By umiał jak oślica ciężko objuczona,
Ogromy czasu dźwignąć na giętkie ramiona,
I aby można kiedyś, gdy go tknie siekiera,
Z obrączek rdzenia zliczyć lat jego pokłady.
Cedr nie na to stworzony by wszedł jak sen blady.
Co godzina buduje, to chwila zaciera.“

Z drzewa powiał głos: — „Po co oskarżać mię? Janie,
Jeśli przy tobie jestem, to na rozkazanie
Człowieka.“
— Tu brew ściągnął ów straszny poeta
Którego nikt nie nazwie bez trzęsienia ducha,
I spytał: — „Któż on człowiek, kogo wszystko słucha?“

— „Kto?“ Rzecze drzewo: — „Omer, kapłan Mahometa.
Jam przy Dżedździe spokojnie rósł od lat bez końca,
On mi tu przybyć kazał, bronić cię od słońca.“

Ten, którego wśród żywych zapomniał Jehowa,
Wstał wonczas, i na wyspę, i na wielką wodę,
I na świat, rzucił wichrom południa te słowa:
— „Przybylcy! Pozostawcież w spokoju przyrodę!“

Deotyma.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: Jadwiga Łuszczewska.