Capreä i Roma/Księga I-sza/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała księga Isza
Pobierz jako: Pobierz Cała księga Isza jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała księga Isza jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XIX.

Gdy w Caprei, wciąż na świat zagniewany siedzi samotnie Tyberyusz, objawiając Senatowi blizkie swe przybycie a lękając się ruszyć z téj twierdzy obwarowanéj morzem, w Rzymie z trudnością Senatowi mysli[1] jego i wolę odgadnąć przychodzi; — strach milczący ogarnia wszystkich.
Niepokojący się wszystkiém, zdziwaczały starzec, lęka się przepowiedni przyszłości, męczy go myśl, że wieszczba jakaś i jemu czém zagrozić może. W wężu zjedzonym przez mrówki widzi siebie pożartego od plebs rzymskiéj; obawia się, by potajemnie pytający wieszczków co złego o nim dowiedziéć się nie chcieli, i zakazuje się radzić ich skrycie; wyrocznie chce zamknąć, aby przeciwko niemu co nie rzekły [2]. W ostatku lęka się już i nowych ksiąg Sybilińskich, które Senat, nie wiele myśląc, przyjął na wniosek Caminiusa Galla, quindecemvira, w skutek zgodzenia się Quintiliana, Trybuna ludu. Tak mało bowiem wówczas zastanawiano się nad religijnemi rzeczami [3], że nowa księga Sybilli obojętnie w poczet uświęconych wciągnioną została bez rozpatrzenia. Tyberyusz surowo zgromił Caminiusa, zwłaszcza za to, że bez wiedzy collegium kapłanów i starszyzny księgę przyjął. Kazano ją na nowo przeglądać, dla przekonania się o jéj autentyczności.
Strach, który panował nad Rzymem, odbijał się w sercu Cezara, obawiającego się ludzi, Bogów, w których chwilami tylko wierzył, wyroczni, tłumu. Uczucie to w istocie jest piętnem epoki i bodźcem wszelkich czynności, a kto wie co za podłość i znikczemnienie bojaźń wyrodzić może, pojmie łatwo, czém ta chwila dziejowa być musiała.
Po chwili wytchnienia, rozpoczęły się znowu delacye i wyroki: padli ofiarą Geminius, Celsus i Pompejus. Piérwszy z nich, rozpustnik, był przyjacielem Sejana; Celsus trybun, oskarżony udusił się łańcuchem, do którego był przykuty [4]. Proculus skazany w chwili gdy urodziny swe obchodził, umarł w rocznicę swoją; Sancyi, jego siostrze, ognia i wody wzbroniono; Pompeję Macrinę wygnano. Dziksze jeszcze było obejście się z Sex. Mariusem, którego córka miała nieszczęście wpaść w oko ohydnemu starcowi i oparła się jego chuci: oskarżono ją o występek niegodny i z ojcem wraz umrzéć musiała. Wszystkie swe stare nienawiści tak mścił teraz Tyberyusz z kolei, z izby zamkniętéj wydając wyroki, których krew nową i coraz większą krwi żądzę zdawała się obudzać.
Razem teraz wszyscy przyjaciele Sejana, dotąd wstrzymywani w więzieniu, padli ofiarą. — »Nic nie zrówna, pisze Tacyt, okropności tych ofiar nagromadzonych, wszelkiéj płci, wieku, stanu, patrycyuszów, plebejów, rozproszonych, skupionych...
»Odpychano zbliżających się przyjaciół, krewnych, zakazywano łez, nawet wejrzeń zbyt ciekawych; straże otaczały to pole rzezi, szpiegując boleść każdego, nie odstępując ciał zgniłych aż w chwili, gdy je do Tybru wciągniono. Tam pływających po wodzie, wyrzuconych na brzegi, nikt nie śmiał ani palić, ani nawet dotykać. Siła strachu nie dozwalała się objawić uczuciom człowieka i im barbarzyństwo było bardziéj oburzające, tém mniéj wzbudzało litości.«
Jak rzezi i mordu, tak wesela i radości wydawane rozkazy z willi Jowisza szły do Rzymu, wszechwładnie panując stolicy...
Dwie wnuczki Tyberyusza, Julię i Drusillę, kazano poślubić Cassiuszowi i Vinicyusowi, dwóm wybranym przez pana ludziom niewielkiego urodzenia i znaczenia, dla tego może, aby mniéj byli straszni.
Vinicyus, mówca i retor, człowiek łagodny, pochodził z prowincyi, ojciec jego i dziad byli to ludzie konsularni, rodzina rycerska. Cassius ze staréj plebejuszowskiéj familii, łagodnego charakteru, surowiéj nieco wychowany, nie tak umysłem jak obyczajów powolnością się odznaczał.
Wybrał ich wnuczkom starzec takich, jakich mu było potrzeba: — cichych, pokornych, posłusznych, władzy nie pragnących, bojaźliwych i skromnych.
Zawsze w strachu o następcę swojego i o ród cały, który do władzy mógł rękę wyciągnąć, stary powtarzał okrutne swe słowa, że najszczęśliwszy był Priam, który całą przeżył rodzinę.
Dziecię Germanika i Agrippiny, tak ukochanych ludowi rzymskiemu, Cajus, którego sam jakby na próbę ku sobie zbliżył, napełniał go także niepokojem. Śledził go i szpiegował, a nic odkryć nie mogąc, prócz okrucieństwa i chuci rozwiązłych, zawczasu wróżył w nim Pythona dla ludu rzymskiego, może rad jak August, że Caligula, po nim wzbudzi żal pośmiertny.
Cajus był w istocie niedocieczony, zamknięty w sobie, a jedno, co charakter jego malowało, to pragnienie nienasycone szalonéj zabawy, ubieganie się za widokami krwawemi dniem i nocą i nielitościwe szyderstwo. Zresztą Tyberyusz nie dostrzegał w nim najmniejszéj chęci pochwycenia władzy, a najpodlejsze uniżenie i naśladowanie obyczajów jego, posłuszeństwo ślepe, bojaźliwe milczenie, wzbudzały w nim szyderstwo i wzgardę.
Cezar kazał mu się był żenić z córką Marka Silana, Junią Claudią, i Cajus, nie odstępując swych obyczajów, pojął ją za żonę uległy.... Nie zmienił przeto wcale nawyknień, nie poprzestał wycieczek wieczornych i wszystkiego co go lekkim i płochym mogło okazać w obec Cezara, a zatém nie strasznym... Jego tylko i wiernego Macrona, nie posądzał może wreszcie schorzały starzec, choć obu jednak śledził tajemnie. Wesela nawet krewnych nie sprowadziły go do Rzymu, a życie w Caprei szło zawsze jednostajnym trybem.
Czasem tylko znudzony Tyberyusz wzywał na rozmowy Thrasylla lub Heliosa i zasiadłszy z nimi na tarasie willi, obu wypytywał o przyszłość, żyda badał zręcznie o swoje zdrowie i życie, powrót do sił i leki, jakichby radził mu użyć. Żyd, czy z przekonania, czy z obawy podejrzeń, żadnych mu dawać nie chciał; ta ostróżność może ocaliła mu życie. Unikał zresztą Cajusa, wiedząc, że każdy krok ich był donoszony panu, a z samym Macronem widywać się starał tylko przy świadkach.
Nie na rękę to było wodzowi pretoryanów, który Cajusa sobie zapewniwszy, marząc o przyszłéj władzy i wpływie, niecierpliwie ich skosztować pragnął, a za narzędzie występku chciał użyć żyda. Obawiał się wszakże piérwszy myśl swoją mu objawić.
Helios, widząc niebezpieczeństwo, wypraszał się z powrótem do Rzymu, ale na nie pozwolenia nie mógł otrzymać.
Tak prawie dwa lata upłynęły nie przyniosłszy żadnéj zmiany na wyspie która panowała światu, dwa lata jak dwa wieki długie.
Tyberyusz tylko powrócił do obyczajów swoich, a Priscusowi znów trzeba było, szukając dlań nowości, jechać nad brzegi Campanii, do Neapolis, Pompei, Cumów, Baii, po chłopców i dziewcząt orszaki, które zmieniać i pomnażać musiał; przebrana ludność pobliższa, zmuszała go zapuszczać się w głąb kraju i czatować na przybywające z niewolnikami okręty.
Hypathos jeden pozostał najdłużéj Cezarowi miłym; w smutnéj swéj niewoli jedyną znajdował pociechę, tuląc się do starego Heliosa; przybycie jego na wyspę dało biédnym wygnańcom jakiś promyk nadziei.
Z razu trudno im było schodzić się z nim i dłuższą przebyć chwilę; późniéj grota wdzięcznego Ulpa posłużyła za schronienie bezpieczne i miejsce narady.
Wyleczony z okrutnych ran na twarzy, choć do człowieka nie podobny i odrażającego oblicza, rybak przywiązał się sercem poczciwém do swojego zbawcy i do litościwego Hypathosa. Poganin, ale nie zepsuty, bo odsunięty od społeczeństwa zgniłego, od rozpusty i strachu, Ulp jeden miał tu serce ludzkie i uczucie, które przezwyciężało bojaźń; życie dlań nie było wielkim darem, ani śmierć strachem wielkim. Nocą więc Rachel i Juda, znanemi sobie ścieżkami, z ukrycia przechodzili do groty na drugim wyspy końcu i tam w kryjówce Ulpa, oczekiwali na Heliosa i Hypathosa, którzy ich łatwiéj odwiedzić mogli, niż w niedostępném ich gnieździe.
Starzec błąkał się po wyspie swobodny i przechadzki jego po dzikich wybrzeżach nie zwracały uwagi; Hypathos zręcznie umiał oszukiwać tych, którzy go śledzili i mylić ich pogoń za sobą. Tak pomimo szpiegów Cezara, schadzki ich dotąd zostawały tajemnicą.
Tyberyusz przywiązywał się coraz bardziéj do pięknego chłopaka, ale niekiedy krwawém okiem spoglądał nań, jakby myśl jakaś dzika przelatywała mu przez głowę; czasem słowy dziwniejszemi jeszcze rozpytywał go o śmierć i życie.
Wreszcie w posłuszném, złamaném ale smutném zawsze chłopięciu, nie mogąc ku sobie wyrobić ani przywiązania, ani wesela, które na licu jego widzieć pragnął, niecierpliwił się, odpychał, niepokoił i głaskał.
— To chłopię — powiedział raz Macronowi — zawczasu napiętnowane jest na śmierć bogom, nosi smutek victimy na czole i płakać tylko umie.... Któż wie? możeby to była przyjemna bóstwu błagalna ofiara? krew ma siłę potężną!...
Często wśród zabaw w gaju Wenery, Cezar rozkazywał szaleć Hypathosowi, szukając w oczach jego ognia młodości i szału, ale zapalona chwilkę w oczach namiętność wnet gasła i smutek jéj miejsce zajmował. Hypathos, zepsuty wcześnie, brzydził się jednak widokiem tego pogańskiego rozpustowania, a serce jego i żądze zwracały się gdzieindziéj. Żadna z greckich dziewcząt, żadna z Armenek i Rzymianek Tyberyuszowego orszaku nie pociągała go ku sobie, choć wszystkie chciwemi nań patrzały oczyma; kochał bowiem tajemnie Rachelę, żonę brata, i miłość ta występna paliła go ogniem rozpaczy. Rosnąc co chwila, na czole prześlicznego chłopięcia malowała się niepokonanym smutkiem.
Ta nieprzezwyciężona tęsknota, to taedium vitae, będące uczuciem powszedniém społeczeństwa, które się kończyło samobójstwem wśród uczty, niepojętemi się zdawały w chłopcu młodym, pieszczonym i szczęśliwym.
Nie lubił pan twarzy zamyślonych i posępnych: wszelka myśl była dlań podejrzaną, smutek go niepokoił; głupota i szał były mu najmilsze, a Cajus wybornie w tém do jego usposobienia się stosował.
Jakby na przekor, Hypathos codzień smutniał l[5] mienił się w boleściach napróżno skrywanych; wspomnienia ojczyzny nieznanéj, obudzone przez Heliosa, jego nauki, walka, jaką w nim wywoływały głoszone przezeń prawdy, wszystko to pogrążało Hypathosa w coraz widoczniejszych zadumach.
Mało zresztą pogodnych twarzy spotykał wkoło siebie drżący i ponury Cezar; Thrasyllus spokojny był ale pogrążony w sobie, Helios poważny i surowy, reszta dworu posłuszna, milcząca, kamienna. Macrona oblicze zdradzało opanowanie jakieś, Cajus uczył się ciągle głupim i obojętnym wydawać.
Trzeba też przyznać, że wypadki dworu i państwa nie mogły uśmiechu na usta wywołać; codzień wiadomość o śmierci czyjejś spadała jak kropla czarna na duszę tych, którzy sami dla siebie życia jutrzejszego nie byli pewni. Uśmiech, wejrzenie, słowo, mogły być wyrokiem, a dziwactwo pana zresztą nie potrzebowało się usprawiedliwiać niczém.
Co chwila przynoszono z Rzymu nowinę jakiegoś zgonu: zmarł Asinius Gallus, — do którego od dawna karmił nienawiść Tyberyusz, pomimo że mu się starał przymilać — zamorzony dobrowolnie głodem, co Tyberyusza do gniewu pobudziło na zbiega, bo śmierci zwyczajnéj za żadną nie uważał karę [6]; w strasznych męczarniach skonał Drusus syn Germanika, brat Caliguli, pożerając wełnę, którą wypchane było posłanie, w okropnych głodu boleściach. Oczerniono go po śmierci, a dziennik jego ostatnich godzin i zgonu męczeńskiego czytano w senacie, wraz z przekleństwy, któremi ścigał Tyberyusza, prześladowcę swéj rodziny. To nakazane umyślnie, naigrawające się z wszelkiego wstydu i uczucia czytanie publiczne, kilkakroć przerywano z ohydą.... Znać zbójca chciał losem Drususa zastraszyć wszystkich, na których miał podejrzenie, że przeciw niemu spiskować mogli, ukazując im, jaki ich los czeka.
Zarazem prawie dokonała opłakanego życia Agrippina Germanikowa, prawdziwie ostatnia rzymska matrona, wielka i godna charakterem męża swojego; Tyberyusz, pokonać jéj nie mogąc, spotwarzył ją po śmierci.... Przed swojemi wychwalał się (Tacyt), że przecie ani udusić, ani na Gemonije wyrzucić jéj nie kazał, za co rok rocznie postanowiono obchodzić święto Clemencyi Cezara!
Probowany temi straszliwemi wieściami z kolei Cajus Caligula, uśmiechał się niewzruszony, a obojętność jego na wszystko przerażała samego Tyberyusza. Opis śmierci brata, ostatnich godzin jego, potwarze na matkę rzucane, sam zgon jéj wreszcie, nie wywołały nic z téj duszy, która się zdawała wszelkiemu uczuciu zamkniętą. Za każdym ciosem nowym Cezar spoglądał nań, szpiegując wzdrygnienia, płomyka na twarzy, słowa, ruchu i podziwiał bohatéra swego, znajdując w nim tylko uśmiech wczorajszy i chłód nieporuszony.
Była-li to komedya tylko, odgrywana tak umiejętnie, czy uczucie już gasło w téj piersi? Nie — ale z dzieciństwa kołysany strachem, wyuczył się fałszu, który jest piérwszym owocem bojaźni, a dziś go on nic nie kosztował. Oko jego liczyło marszczki na czole Tyberyusza, ale usta się śmiały, paliła go żądza zemsty, ale się kłaniał i padał przed tym, którego nienawidził, naśladował go i wielbił. Nauczył twarz, wzrok, usta kłamać tak biegle, że nawet oko Tyberyusza nie mogło się nic tam dobadać, prócz podłości, ni zgadnąć nic, prócz głupiego okrucieństwa.
Coccejus Nerwa, który z dawna już wezwany do Caprei przez Tyberyusza, bawił przy nim jako świadek milczący życia sprośnego, nigdy słowem ani czynem nie poduszczając go do zbrodni, lecz i wstrzymywać od niéj nie mając odwagi — był jednym z tych, których Cezar mimowolnie szanował. Nosił on jeszcze na sobie resztkę powagi starych rzymskich czasów, a nie spodlił się nigdy niczém. Biégły prawnik, wzywany był do porady w wielu wypadkach i prawdy wówczas wypowiedzieć się nie wahał. Cezar nie mógł się obejść bez niego, a ta surowa Catońska postać, rzekłbyś, potrzebną mu była, by dać miarę czynów twarzą, na któréj coraz głębsze malowało się pogrążenie i smutek.
Nerwa od dnia do dnia coraz uparciéj milczący, w ostatku jakby mowę stracił, twarz jego jakiś wyraz dziwny i złowrogi przybrała.
Stary już po prostu, jak inni, życiem bez celu i nadziei się znużył — chciał umrzeć.
Kilkakroć Cezar zapytywał go co mu dolegało i odebrał odpowiedź chłodną, że pora przyszła umierać.
Nareszcie jednego poranku, Coccejus, pisze Tacyt, którego już nic nie zastraszało, zawsze w łaskach u pana, zdrów, nie mogący się lękać niczego, widząc coraz nowe padające ofiary, a obawiając się może być świadkiem straszniejszych jeszcze rzeczy nad śmierć Drususa nad spodlenie senatu i zdrady, któremi się okupowano podejrzeniom, przyszedł, domagając się posłuchania w niezwykłéj godzinie.
— Czego żądasz, Nerwa? — spytał Cezar dając mu rękę do pocałowania.
Moriturus te salutat (Wita cię mający umrzeć) chcę umierać — odparł Coccejus.
— To łatwo! ale dla czegoż życie ci się sprzykrzyło? — rzekł Tyberyusz zdziwiony.
— Nie wiem! żyć mi ciężko! wolę skończyć niż dźwigać to brzemię....
— Mów! czego pragniesz, domagając się w tak niezręczny sposób?
— Niczego! prócz śmierci....
— Jak to? na prawdę?
— Życie mi obmierzło! więc umrę!
Nie była to myśl tak dziwna, jak się nam dziś, do obowiązku walki wdrożonym, wydaje; śmiercią taką dobrowolną kończyli często poganie, nie mogąc znieść żywota, po za którego starością bole tylko, tęsknotę i upadek sił przewidywali. Ale w Nerwie zdziwiło to Tyberyusza i napełniło niepokojem.
Jął mu więc żywo odradzać, wreszcie powiedzieć miał nawet, że wstydemby dlań było, gdyby przyjaciel jego stary, zwątpiwszy o sercu i sprawiedliwości Cezara, o świecie i życiu, chciał tak bez powodu śmierć sobie przyśpieszać.
Nerwa zniósł wymówki nieporuszony, przez dni kilka nie spuszczał go z oka Cezar, przy uczcie zmuszał do jadła, starał rozweselić, ale nie potrafił wymódz zmiany postanowienia, które było niewzruszone.
Nerwa, do ostatka posłuszny, zasiadał przy ucztach, wino wylewając jako libacye Jowiszowi oswobodzicielowi i bogom podziemnym, patrzał na przynoszone potrawy, ale ich nie tykał, szałom się przyglądał, nie mogąc ich podzielać.
Ze stoicyzmem starego Rzymianina zamknął się wreszcie w oddalonéj izdebce swojego domu, zesłabły, odmówił wszelkiego jadła i zamorzył się głodem.
Śmierć jego, któréj jedno żalu i skargi nie towarzyszyło słowo, dotknęła Tyberyusza nawet, przeraziła wszystkich, ujrzeli w niéj znamię rozpaczy.
Cajus tylko jeden ruszył ramionami obojętny i nie zdziwił się nawet.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – myśli.
  2. Swetoniusz. Tacyt. 63.
  3. Tacyt, VI. 12.
  4. Tacyt,
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – i.
  6. Tacyt. Swetoniusz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.