Capreä i Roma/Część II-ga/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Capreä i Roma
Podtytuł Obrazy z piérwszego wieku
Data wydania 1860
Wydawnictwo Józef Zawadzki
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na commons
Inne Cała część IIga
Pobierz jako: Pobierz Cała część IIga jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część IIga jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część IIga jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XI.

Wróciemy do domu Pudensa, w którym od niejakiego czasu ważne zaszły zmiany; stał on się schronieniem główném chrześcian i naczelnym ich kościołem.
Tu kazali codzień Apostołowie, tu się schodzili tajemnie piérwsi i najgorliwsi uczniowie w Rzymie, których imiona przechowały nam dzieje [1]: Prisca i Aquila, dziewice poświęcone panu, Epenetes, Andronik, Julia, Ampliatus, Urban, Stachinus, Apelles, Aristobulowi domownicy, Herodion, Narcyzowi towarzysze, Tryfena, Tryfora, Persida, Rufus, Assynkrytes, Flegont, Hermes, Patrobus, Hermenes i t. d. — Wszystko to są imiona nie pojedynczych ludzi, ale tych którzy stali na czele gronek nowych chrześcian, których imie znaczy wielość, przedstawia dom lub gminę.
Ze znanych nam już bliżéj postaci, byli tu Pudens z synami, wdowa siostra jego, z córkami Aquilą i Priscą, przy których schronienie i opiekę znalazła piękna Anija, niewolnica Syryjska, na chrzcie nazwana Maryą, w pamięć Łazarzowéj siostry; tu był Juda ochrzczony Candidem i Swew nazwany Natalisem, który tęskniąc, domagał się i prosił aby mu skarb jego, wiarę, wolno było pójść z braćmi dalekimi podzielić.
Cała ta nowa społeczność była taką, jaką nam ją nie chrześcianin ale współczesny pisarz Filon, przejęty świętością jéj, maluje... spokojną, miłującą ubóstwo, gardzącą światem, nie mającą nic własnego, dzielącą się wszystkiém, spędzającą dnie na modlitwie i dobrych uczynkach.
Czystość jéj stanowiła siłę, a choć Seneca z przebaczenia winy śmiał się, jako ze słabości dla poganina niepojętéj, z miłosierdzia jako z kobiecéj miękkości, ta miłość i cierpliwość nowego społeczeństwa codzień mu jednała braci. Wystawmy sobie ludzi, których prawem było poświęcać słabszego, co ginęli dla zabaw, dla rozrywek, dla kaprysów możnych tysiącami, których dzieci wyrzucano na ulicę żeby się pozbyć kłopotu wychowywania, którzy niewolnikom łamali nogi i ręce, piętnowali, krzyżowali za lada przewinienie urojone; — kraj, w którym nikt biednemu zlitować się nie chciał, a wśród niego nagle zjawiającą się gromadkę, zapierającą się siebie by służyć drugim, by pocieszać, i gardząc potęgą, siłą, bogactwem, zwrócić się ku ubóstwu i nędzy.
Serce ludzkie, nawet stwardniałe, umie być wdzięczném i uczuciu się otworzyć.
To zwrócenie się chrześcian nie ku potędze i sile świata, ale ku sile ducha uciśnionych — w chwili dało im tysiące sprzymierzeńców.
Rzym liczył wówczas taką mnogość niewolników, że jak utrzymywali współcześni, gdyby był strój ściśle odróżniał ich od swobodnych, przestraszyć by się można było ich wielości i potędze. Niedawna sprawa Pedaniusa Secunda, Prefekta Rzymu [2], zwróciła oczy na stan ten, który żelazną ręką trzymać musiano, aby nie paść ofiarą jego rozpaczy. Kto wie czém był niewolnik w Rzymie, nie zdziwi się temu przestrachowi; — rozpacz wieść może do zbrodni, a obejście się z niemi co chwila to uczucie wywoływało. — Nie człowiek, ale rzecz i towar, istota niżéj źwierzęcia upadła, niewolnik czuł swe upodlenie i niesprawiedliwość losu. Incitatus Cezara mógł być konsulem i bogiem, on nie miał praw człowieczych nawet, nie liczył się do rodzaju ludzkiego. Nie miał żony ślubnéj, nie miał dzieci prawych, nie mógł mieć wstydu i oń się upomnieć; obchodzono się z nim używając do najstraszniejszéj rozpusty, bez winy i kary... Seneca dopiero od chrześcian powziął myśl i dopuścił, że niewolnik bratem i pokornym przyjacielem być może, nieśmiało wszakże i jako paradox puszcza ją w świat, czując że się nie przyjmie.
Aż do pałaców Cezara dochodziły już szmery o nowéj a szkaradnéj sekcie Nazarejczyków. Ta sekta dawała się rychléj krzyżować niż spodlić i namówić na zbrodnię; niewolnicy jéj nie słuchali panów gdy im nakazywali występek — państwo mogło być zagrożone.... Rzym był w niebezpieczeństwie! Obawa jakaś niewysłowiona ogarniała pogan....
Tymczasem, na drewnianym stole, w głębi atrium, odprawiała się przed wizerunkiem krzyża z prosta nakreślonym na ścianie, codzienna ofiara błagalna, a garść nawróconych, do których i Helios stary należał, mnóstwo Żydów, Greków, Rzymian, barbarzyńców, coraz silniejszemi łączyło się węzłami, w obec przeczuwanego a nie wybuchłego jeszcze prześladowania. Stan ten obawy i oczekiwania straszniejszym był może nad same męczarnie. — Silnie musiano się wiązać i łączyć, aby wzajemnie pokrzepiać.
Wszystkie też te gromadki skupiały się na dany znak, zostając z sobą w nieprzerwanym stosunku, przez diakonów, kapłanów i piérwszych sług Kościoła, który cudownie pomnażał się codziennie w ludzi, wyciągając ich z ulicznego błota, z ergastulów, więzień, gminu, kohort żołdaków i podnosząc na wielkich i świętych mężów.
Nieraz już gmina wiernych narażoną była na niebezpieczeństwo, jak w czasie oskarżenia i sądu na Pomponią Graecinę, ale dotąd jeszcze wszyscy wychodzili cało, i choć nienawidzono chrześcian, nikt przeciwko nim stanąć nie chciał....
Tymczasem i Neronowych uszu wiele o nich dochodziło, gdyż chętnie zwalano na nich wszelkie zbrodnie: ciekaw był znudzony rozpustnik nie tak sekty saméj, jak nadzwyczajności jéj i dziwów, na które był łakomy.
Sam on przyprawiał trucizny z Locustą i wyprobowywał je na zwierzętach, dowiadywał się o tajemnice i obrzędy cudzoziemskie, zabobonną wiarę przywiązywał do jakiegoś obrazka Syryjskiéj bogini, danego mu przez nieznajomego na ulicy przechodnia, do bransolety ze skórą wężową, któréj w ostatnich chwilach próżno zgubionéj szukał. Pliniusz powiada, że usiłował dojść wszelkich tajemnic, by żywiołom i Bogom rozkazywać, że się nie wahał w drgających wnętrznościach ludzi szukać wyroczni przyszłości, gdy inne wieszczby milczały.
Nieznane, niepoścignione, było celem fantazyi rozmarzonéj wszystkich tych popsutych ludzi; śnili tylko jak się z ludzkości uleczyć, jak sobie coś wynaleźć coby ich nowemi uczyniło istotami.
Mówiono o cudach chrześcian, a choć o nich głuche tylko chodziły wieści, Cezar już się niepokoił niemi, bo sam cudów czynić nie umiał. Pomimo kilku za Tyberyusza już wydanych wyroków wygnania, powtórzonych późniéj, na astrologów chaldejskich, wieszczbiarzy i wróżbitow[3], pełno ich było w Rzymie; arkady wielkiego Cyrku, sklepiki ciemne Suburry, portyki niedalekie Forum nawet, ukrywały w sobie tych ludzi, pod pozorem handlu jakiegoś nadużywających łatwowierności słabych i żywiących się prócz tego nie jednym skrytym a haniebnym zarobkiem.
Neron zapragnął chrześcianina zobaczyć, a posługacze jego rozbiegli się by mu go wyszukać.
Dziwnym trafem a raczéj wolą opatrzną, Doriforus, który był posłany na zwiady po cudotwórcę, dopytując się o czarnoksiężników chrześciańskich, trafił na nieprzyjaciela chrześcian, ale samego mieniącego się fałszywie tém imieniem, świeżo do Rzymu przybyłego, Symona Maga.
Człowiek ten, zjawisko ciekawe u świtu chrześciaństwa, był raczéj wcielonym duchem ciemności, stającym do walki z prawdą....
Niedawno przybyły do Rzymu, stał Magus gospodą u Alexandryjczyka Hermolausa, który utrzymywał dom dla podróżnych i różnemi podejrzanemi trudnił się frymarki.
Symon ów, rodem z Samaryi, nie od dziś był chrześcianom znany; w piérwszych bowiem latach po śmierci Chrystusowéj, gdy Filip, drugi Diakon po Stefanie, kazał w Samaryi, spotkał się z tym człowiekiem, pozornie przyjął chrzest nawet, i poszedł za nauczającym.
Ale go nie wiodło ani serce, ani nauki prawdziwéj pragnienie, ani chęć poprawy i ofiary — całe życie strawił on na badaniu tajemnic egypskich i chaldejskich, usiłując pozyskać siłę dla rozkazywania żywiołom i światu, a nie mogąc tego dokazać, gdy postrzegł Apostołów czyniących cuda jedném słowem i prostém rąk kładzeniem, przywiązał się do nich, aby dójść ich tajemnicy.
Nie pojmował, że siły Bożej nauczyć się nie można, ani jéj wyszalbierzyć, bo ona spływa na tych co są jéj godni.
Sztukami swemi już był Symon wprzódy lud w Samaryi opętał, tak, że w nim widzieli zesłańca Bożego; dopiéro za przyjciem[4] Filipa otworzyły się oczy ich, i w Chrystusa uwierzywszy, kuglarza porzucili.
Poszedł więc i ów zaparty za Apostołem, dając mu się ochrzcić. A gdy przyszło do wkładania rąk i zesłania Ducha Świętego na nawróconych, Symon, który to widział i pragnął aby nań zstąpiła siła działania cudów, przystąpił z kolei po dary ducha, ofiarując za nie pieniądze Apostołom, aby mu ich udzielili [5].
I mówił:
— »Dajcie i mnie tę moc, aby na któregobychkolwiek ręce włożył, wziął Ducha Świętego“.[6]
A Piotr rzekł do niego:
— »Pieniądze twe niech z tobą będą na zginienie, żeś mniemał, iż dar Boży miał być za pieniądze nabywany. Nie masz cząstki ani działu w téj mowie, bowiem serce twoje nie jest czyste przed Bogiem. Pokutujże ty za tę złość twoję, a proś Boga jeśliś snać odpuszczona będzie ta myśl serca twego«.
Tak odprawiony Symon, poszedł i rzucił chrześcijaństwo, które był przyjął aby zbadać tylko i pochwycić cuda jakie czyniło; nie przestał się jednak zwać chrześcijaninem, a nawet Chrystusem samym, trwając w dawnych praktykach magii i starym swoim błędzie.
Teraz nowa myśl jakaś przywiodła go do Rzymu, gdzie już o chrześcijanach i rozszerzeniu się wiary ich słyszał, a szkodzić im pragnął. Zawstydzony przez Piotra, ku niemu największą żywił nienawiść w sercu, a doszedłszy, że się znajdował w Rzymie, uradował się bardzo, że tu jemu i nauce jego mógł szkodzić.
A że miał sławę wielką jako Magus i tworzyciel cudów, które stawił przeciwko prawdziwym cudom chrześcijan; i gdy Doriforus szukać począł kogoby Neronowi przywiódł, trafiło się że nań wpadł, bo mu go wskazano jako najsławniejszego z owéj wielkiéj liczby astrologów, wieszczbiarzy i fałszywych proroków, których Rzym był pełen.
Symon, stanąwszy gospodą u Alexandryjczyka, który również jak on zbliżył się był z razu do chrześcijan i porzucił ich potém zdradą, miał już w Rzymie swych przyjaciół i uczniów, którzy weń wierzyli. Przed niektórymi z nich za chrześcijanina i Chrystusa, przed innemi za mocniejszego nad chrześcijan uchodził. Do Cezara zbliżyć się obawiał razem i pragnął, pałając zemstą ku tym którym swojego wstydu zapomnieć nie mógł.
Neron był właśnie w jednéj z tych chwil dziwactwa, w któréj mu się cudów chciało gwałtownie i poścignienia tajemnic, szukał ich wszędzie... Symon miał mu je odkryć... wielka sława go poprzedzała.
Pałac Cezarów na Palatyńskiéj górze, który już wówczas wspaniały był i obszerny, okrywając całą tę przestrzeń, którą dziś olbrzymie zaległy ruiny — nie mógł jednak wystarczyć zdziwaczonemu władzcy świata. Niezmierne jego gmachy, połączone portykami, wznoszące się wysoko, ozłocone i posągami okryte, były dedalem przejść, kryjówek i budowli, połączonych w jedną całość nakształt wielkiego grodu. Ale pałace Cezara, które trzech władzców po swéj myśli przerabiało, przylegały do góry Coelius, do całego szeregu sklepów i tabern ustawionych przy Cyrku, szpetnych z pozoru i tamujących drogę usiłującemu coraz rozszerzyć się i rozlać mieszkaniu pana. Myślano już naówczas o zmieceniu tych kletek, aby gmachy potężniéj się rozrosnąć mogły.
Wśród tego lasu kolumn i ścian olbrzymich, wszędzie tłumy niewolników, ku różnym przeznaczonych celom, zalegały dziedzińce, ogrody, przejścia, sale ciemne i peristyle strojne w posągi. Straże pretoryan groźne, gromady chłopiąt różnego wieku, woźnice, posługacze, kobiety, tłumnie ale w milczeniu niemém przesuwały się po tych przybytkach Cezara.
Doriforus wwiódł przelękłego nieco Symona w to zbiegowisko ludzi i labirynt budowli, a choć Magus nie okazywał obawy, serce jego biło coraz żywiéj, zbliżając się ku temu, którego jedno brwi zmarszczenie mogło mu wydrzeć życie.
Stary już i ogorzały od słońca Symon, przy ciemnéj twarzy miał włos siwy, który dziwnie swą białością na tle brunatnem odbijał; olbrzymiego prawie wzrostu lecz chudy, powagą ruchów wyuczoną i przenikającém wejrzeniem oczów czarnych, zwracał uwagę przechodniów. Wiek jeszcze go był nie złamał, a siwizna i starość łączyły się w nim dziwnie z siłą młodzieńczą i niepokojem lat młodych. Oko jego biegało nieustannie, badając i szukając tajemnic świata i ludzi, usta drgały gorączkowo, po żyłach wzdętych krew biegła szparkim strumieniem. — Ubrany po wschodniemu, w długiéj szacie, na głowie miał zawój biały, jakim się naówczas żydzi odznaczali... postać jego przenosząca półgłową najroślejsze niewolniki germańskie, odbijała na tle tego tłumu, którego wszędzie było pełno w Neronowym pałacu.
Doriforus przeprowadził go przez kilka podworców, w których szemrały fontanny, przez drogi kosztownemi wyłożone marmury i ścieżki zasłane tkaninami różnobarwnemi i puścił się z nim w ciemne, w dzień biały lampami tylko oświecone a od słońca dla chłodu zakryte sale ogromne, których głębie i sklepienia wzniosłe, obrzucone rzeźbami i malowaniem, wyglądały jak olbrzymie pieczary.... Im głębiéj wchodzili w to państwo Nerona tajemnicze, tém ciszéj było dokoła i posępniéj; jak cienie tylko przemykały się to białe kobiet postacie, to w krótkich penulach pół nadzy niewolnicy młodzi, to niosące kosze kwiatów i owoców na głowach chłopięta. Nareszcie z tych ciemnych głębin, w których krok każdy rozlegał się szeroko, po wschodach porfyrowych jęli się podnosić ku górze. I znowu szli galeryami ostawionemi ciżbą posągów, znów sześćkroć podnieśli ciężkie zasłony przegradzające drzwi, aż doszli do progu od którego oznajmiono ich Neronowi.
Był wieczór — a z wierzchołka góry część Rzymu oglądać było można najeżoną świątyniami, domami i ściśniętemi domóstwy, wśród których gdzieniegdzie zielone kupki strzelały do góry, rysując się ciemno na malowanych, białych i czerwonych murach.... Słońce zachodziło właśnie, Symon spójrzał z otwartéj galeryi do koła i uśmiech przeleciał mu po ustach.
— Któż wie — rzekł w duchu — może mi dane będzie panowanie nad tym grodem i panem jego i zemsta nad chrześciany... może owładnę sercem tego zepsutego dziecięcia? i zatrzęsę światem? któż wie? los mnie sam tu przywodzi!
Wtém niewolnik podniósł ciężkie złociste kobierce, osłaniające przybytek, w którym oczekiwał nań syn Agryppiny, i Doriforus dał znak Symonowi aby się na ziemię rzucił.
Magus padł na twarz i podniósłszy się dopiéro mógł obejrzeć co przed nim się działo.
Neron zasiadł w małéj kolistéj świątyńce, stojącéj na góry wierzchołku, przezroczystéj prawie, z któréj na wsze strony widać było Rzym i okolice... Wnętrze jéj całe wyłożone było perłową macicą i złotemi blachami, tak, że blask dnia przezierającego się w nich spójrzeć nie dawał na lśniące ściany, migające mnóstwem światełek. Białe jak śnieg alabastrowe kolumny, w pół przejrzyste, dźwigały kopułę nad głowami zawieszoną, w któréj powprawiane szyby z kolorowych kamieni, farbując promienie słoneczne, barwami tęczy oblewały posadzkę mozajkowaną i ściany. Pomiędzy kolumnami wisiały korony i wieńce, które Cezar zdobył w igrzyskach, na teatrach, wśród cyrków, a takie ich było mnóstwo pomięszanych z suchemi gałęźmi palmowemi i wstęgami, że zliczyć je było niepodobna.
Na niskiém łożu z kości słoniowéj i złota, pokrytém draperyą fioletową, spoczywał Neron, okryty szatą zbrukaną; z głową chustą żółtą przewiązaną niedbale. Twarz jego była blada, nalana, a plamy żółte wystąpiły wyraźniéj niż kiedy, na szyi, rękach i obnażonych ciała częściach. Znużenie malowało się w rysach opuchłych jakby i zbrzękłych, w wejrzeniu jednak była ta siła i śmiałość, którą daje niezachwianéj władzy używanie. Na kolanach jego leżała cythara, po za nim stał piękny Sporus, młodzieniec-kobieta, biały, świeży, z kruczym włosem wstrzymanym przepaską, i rękami okrytemi kolcami i pierścieniami bogatemi.
Cezar długo i ciekawie przypatrywał się wyciągnionemu na posadzce Symonowi, potém mu powstać kazał, gdy Doriforus szepnął coś na ucho....
— Więc ty znasz chrześcijan naukę i cuda... i umiesz to czynić co oni? Czyś sam chrześcijanin także? — zapytał Cezar....
— Byłem nim... a dziś jestem i nie razem — rzekł Symon — bo w postaci mojéj widzisz przed sobą Cezarze istotę, któréj przeznaczeniem zmieniać się co chwila i nową formę przybierać.... Byłem Chrystusem sam... znam ich cuda, ale ci co się zwą chrześcijany, fałszywemi są, i oszukaństwem lud mamią, a cudów czynić nie mogą....
Ucząc się wielkiéj mądrości wiekuistéj, przebiegłem nie ziemię samą ale wszelkie światy, przedzierzgając stopniami z kamienia w roślinę, z rośliny w źwierzę, i przez cały szereg stworzenia przechodząc, pókim nie został człowiekiem [7]... A ludzkość wdziawszy na siebie, nie jedno wziąłem i zrzuciłem ciało, nie jeden raz przychodziłem na świat i opuszczałem go aby dusza odpoczęła...
Duch mój bóstwem jest — dodał — któremu przeznaczono w coraz doskonalsze wcielać się istoty, i w najrozmaitszych ukazywać postaciach.
Mieszkałem na gwiazdach i na słońcu, i na księżycu i na planetach wszystkich, i w prochach jasnych któremi zasiane jest niebo. Coraz nowe z każdém życiem przybywają mi siły.
Na ziemi téj żyję już lat tysiące, z jednego ciała w drugie przechodząc... Byłem Chrystusem.... jestem Bogiem, duchem i mocą.
Badałem wszelkie tajemnice ziemi, bo duch mój musi się z wszelką poślubić mądrością, aby ją zapłodnić... przewędrowałem świat, od Atlasu do dziewiczych lasów i mórz zastygłych północy, od Iberyi do Kaukazu, do świątyń podziemnych Egyptu; widziałem pokolenia czarne i jasnowłose, te które się kryją pod ziemią i co po lasach mieszkają, a wszędzie wziąłem coś z sił ziemi i mądrości ludów przyswajając łonu mojemu... Żyłem wśród Magów w Niniwie i Babylonie, na dworze królów Parthyjskich uczyłem się języka źwierząt...
Wszystko to potędze twojéj boskiéj przynoszę, Cezarze, w pomoc i na usługę...
— Więc i chrześcijańskie robisz cuda?
— Czynię większe niż ci co się tak zowią! — odparł pogardliwie Symon...
— Cóż umiesz? i jakie czynisz cuda? — spytał znowu Neron chciwy poznania tajemnic.
Symon myślał długo zatopiony w sobie.
— Co powiesz gdy kamień w chleb obrócę... i górę przejdę na wylot?
— Potrafisz wskrzesić umarłych? — podchwycił Cezar.
— Nie mogę im wrócić życia, bo ono coraz się przeistacza i trwając przemienia, a co było, powstać nie może; ale cienie wywołać mogę... zaklęciem, modlitwą, ofiarą i daną mi siłą.
— Każdego umarłego bez wyjątku?
Symon w milczeniu dał znak skinienia że to potrafi.
— Znasz przyszłość?
— Widzę ją w chwilach jasnych, gdy z człowieka staję się Bogiem...
— Zwyciężasz dzikie źwierzęta?
— Czaruję węże i odbieram im siłę szkodliwą, zabijam najsroższe bestye wejrzeniem...
— I zawsze jesteś gotów ku temu? — rzekł Cezar.
— Panie! jestem Bogiem razem i człowiekiem... czasem słabym, czasem niezwyciężonym... Pythye nie wróżyły na rozkazy; potrzebuję oczyścić się i przygotować, aby siłę Bożą sprowadzić w siebie.
— Więc jéj nie masz zawsze?
— Zstępuje do mnie, i odchodzi, — rzekł Symon.
— Widzisz skarby pod ziemią? — odezwał się po chwili Cezar.
— Widzę wszystko co chcę, gdy drugi wzrok odzyskam, a siła zejdzie na mnie.
Neron myślał, jakby odczarowany.
— Dajże mi znak siły swéj, jeśli chcesz bym jéj uwierzył — rzekł — mówią że chrześcianie gotowi są zawsze do cudu, a ty chlubisz się żeś był i jesteś ich Bogiem... okaż twą siłę!
— Jakiego chcesz znaku odemnie? — rzekł nieco zmięszany starzec.
— Sam wybieraj...
Symon stał chwilę, otworzył potém szaty swoje powoli i począł potrząsać niemi... z fałdów tego okrycia do koła całéj postaci począł się wydobywać jakby obłok, jak mgła biała, coraz gęstsza, coraz silniejsza... i otoczyła Symona, osłoniła, objęła, przed oczyma Cezara...
Neron cofnął się zdziwiony....
Po chwili milczenia, w któréj zdumienie odmalowało się w twarzy Nerona, zjawisko to ustępować poczęło jak przyszło stopniowo, i Symon ukazał się z téj mgły gęstéj, ale jakby odmłodzony i świetniejszy. Biała chmura, którą się był okrył, rozwiała się i znikła w powietrzu roztopiona.... Neron bojaźliwie nań poglądał, Sporus zbladły krył się za niego, Doriforus za zasłonę się wsunął cały drżący i przelękniony.
— Dość — rzekł Cezar — widzę żeś silny — powiedz mi kto jest ta kobieta, która ci towarzyszy i o któréj piękności mówią wszędzie?
Symon przywiózł był z sobą do Rzymu dziwnéj piękności niewolnicę tyryjską, o któréj losach i przemianach jak o swoich metamorfozach opowiadał...
W istocie, było to dziewczę zepsute, któréj wdzięk przywabiał mu uczniów, a tajemniczość nęciła... Zalotnica umiała dobrze z piękności swéj i nauki mistrza, który ją na pythyę i prorokinię układał, korzystać.
Na zapytanie Cezara zmięszał się widocznie czarownik.
— Jest to istota jak ja boska i przeznaczona do dziwnych, wyższych losów. Mimo że w podłém ciele dziś mieszka jéj dusza, bom ją wykupił niewolnicą, jako wcieloną a upadłą prawdę, aby podnieść z poniżenia i przenieść z sobą na łono ojca przedwiecznego [8] jest to... druga część rozłamanego Bóstwa mojego... I ona przeszła świat koleją różne przybierając postacie... najdziwniejszych probując losów.
Jest to Helena trojańska... dla któréj upadła Troja [9].
Neron uśmiechnął się, ale bojaźliwie jakoś.
— Chcemy widzieć tę Helenę! — rzekł po chwili. — Idź teraz, przywiedziesz ją gdy ci rozkażę, Doriforus wyliczy podarek Cezara... czekaj na oznajmienie moje i bądź gotowym...
Symon choć się mienił Bogiem, upadł na ziemię czołem przed starszém bóstwem Cezara, i znikł za zasłoną, która po za nim zapadła.
Neron podparty na łokciu dumał, oczy jego błądziły po wzgórzach Romy, myśl była gdzieindziéj, usta uśmiechały się, to krzywiły, aż znowu upadł w osłupienie znękane i ciężkie, a po czole jęły się przesuwać jak obłoki, znaki niecierpliwości i cierpienia.
Wszedł z powrotem Doriforus.
— Co czynić? — ujrzawszy go zawołał Neron — powiedz mi co czynić? Już mnie tak wszystko, znużyło, że nie mam chwycić się czego. Wszyscy ludzie jednakowi, cały świat jednostajny, Bogowie milczą, życie płynie jak brudna Styxu rzeka. Oklaski, tryumfy, zwycięztwa, zabawy, obmierzły mi; próbowałem wszystkiego, nie wymyślicie co nowego? Od niewolnicy, co się stroi nocą by wynijść na most Milviusa, do wstydliwéj matrony rzymskiéj, przebrałem ich tysiące... rozkosz nawet straciła powab dla mnie... jadło nie ma smaku, łaźnia nie orzeźwia, woda nie chłodzi, wino nie upaja... Czy iść na wojnę? czy nowe wymyślać igrzyska?
Milczeli.
— Rzym nie jest godzien takiego Cezara — rzekł po chwili oglądając się do koła Neron do Dorifora — to gniazdo brudnych kleci, tuguriów, góra skorup i śmieci... Rzym zniszczyć potrzeba aby go z marmuru Hymettu, z porfyru i bazaltu odbudować... Tyberyusz był szczęśliwszy odemnie... część którą on wzniósł zdala rozpoznać można, tak jest świeżą i piękną. — Nie mogęż ja więcéj nad niego?
— Panie, co zechcesz tylko to uczynisz!
— Tak, co zechcę! ale cóż chcieć? nauczcie mnie... Chyba Rzym spalić, zburzyć jak Troję i wznieść na nowo...
Doriforus pobladł.
— Tak! podłożyć ogień na cztéry rogi, obalić resztę taranem... a z gruzów wznieść taki gród aby wieki pamiętały Nerona, który będzie drugim Romulem!!
To była piérwsza myśl, zrodzona w chwili znużenia, owéj straszliwéj pożogi, która Rzym zmieniła w garść popiołów i tysiące chrześcian kosztowała życie.




Przypisy

  1. Listy do Rzymian 16.
  2. Tacyt XIV. 42.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – wróżbitów.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przyjściem.
  5. Dzieje Apostolskie. R. VIII. 9. i t. d.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamknięcie cudzysłowu jest innego rodzaju niż jego otwarcie.
  7. Cała ta nauka Symona Maga, tak uderzająca podobieństwem z nowemi niby, dziś głoszonemi prawdami, jest ściśle historyczną...,
  8. I ta historya Heleny tyryjskiéj, towarzyszki Symona, jest prawdziwą.
  9. Abyśmy nie byli posądzeni o zapożyczenie tego pomysłu, odsyłamy do historyi Symona Maga, z któréj Goëthe wziąć ją musiał do Fausta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.