Całe życie biedna/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Całe życie biedna
Pochodzenie Szkice obyczajowe i historyczne
Wydawca Józef Zawadzki
Data powstania 1839
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVII.

W Złotey Woli panował znowu ten sam porządek, ta sama cichość jak wprzódy, wróciły dawne zwyczaje, mops używał świeżego powietrza w ganku, zegar jednostajnym gankiem przerywał tylko ciszę, Jan drzemał z tabakierką w przedpokoju, a Pani Dorota ciągnęła kabałę. Wypadki, któreśmy opisali, tak się zatarły, że świadkom ich trudno już było w nie uwierzyć. Kiedy Sędzia zajechał przed ganek, zdawało mu się, że ledwie jedna noc upłynęła od chwili, kiedy tu w interessie P. Mateusza przyjeżdzał, tak dalece wszystko było też same.
Wysiadł i spytał o panią, Jan wprowadził go poważnie do pokoju i drzwi za nim zamknął. Pani Dorota powitała go jak starą znajomość, ze wszelką przyzwoitością i ceremonijami. Podano kawę i sucharki, bo już było po obiedzie, nowe pokolenie piesków assystowało temu, a Podkomorzyna jak dawniéj nieustannie gderała na nie.
Przekonawszy się, że nikt ich nie podsłuchuje, Sędzia wytoczył swoją sprawę i jak mógł najwyraźniéj, najjaśniéj opisał zdradę P. Mateusza względem siebie, jego obchodzenie się z żoną, a nareście co przeciw temu uczynić zamierzał, aby Annę ocalić. Podkomorzyna słuchała z atenciją, z powagą, i z tak zimną krwią, jakby nic nierozumiała.
— Jednak, dodała w końcu, P. Mateusz ocalił mnie z nieszczęścia.
— Miał w tém swój własny interess, odpowiedział Sędzia, bo mu chodziło o zniszczenie zapisów, a do tego korzystając z nieszczęśliwego położenia Bałabanowicza, odarł go do koszuli.
Podkomorzyna, która zawsze miała jeszcze niejaką słabość dla swego ex-plenipotenta, bardziéj się poruszyła tém przypomnieniem, niż wymównemi żalami nad losem Anny. Postrzegł to Sędzia i zręcznie z tego korzystał.
— Ten biedny Bałabanowicz, dodał, zostaje teraz z łaski jego w największéj nędzy, a jednak zawsze życzliwy dla familij Pani Podkomorzynéj, czuwa nad losem Anny i on to mnie piérwszy namówił, abym się w to wdał.
— Poczciwy Bałabanosio! odezwała się Podkomorzyna, gdzież on jest?
— Ukrywa się niedaleko ztąd? rzekł Sędzia, oddał się bogobojności i postanowił resztę życia strawić na ustroniu na dobrych uczynkach!
Podkomorzyna coraz bardziéj się rozczulała, Sędzia tym czasem docierał.
— Chodzi więc tylko, rzekł, aby Pani Podkomorzyna zerwała zupełnie z P. Mateuszem i ogłosiła się za siostrzenicą —
— Poczciwy Bałabanosio! szeptała ze łzami Pani Dorota, on to wszystko obmyślił, masz racją Sędzio!
— On tu nieochybnie zgłosi się, ale potrzeba mu drzwi zamknąć przed nosem, dodał, tym czasem zaś uprzedzając jego zdrady, potrzeba podpisać ten obligowy zapis na imie Anny. Tu wydobył z kieszeni gotowy papier, podsunął kałamarz i pióro i zwracając rozmowę na Bałabanowicza, naglił Panią Dorotę.
— Bałabanowicz, rzekł, podał mi tę radę, potrzeba abyś to Pani uczyniła, i dopomogła nam do rozwodu, na który siostrzenica pani z serca się zgodzi, bo niewiem jak dotąd w téj niewoli wytrzymać mogła.
Oczarowana urokiem imienia Bałabanowicza, podpisała ex-podkomorzyna i na wszystko się zgodziła, Sędzia nie posiadał się z radości, wpakował papier do kieszeni i pod pretextem zbliżającego się wieczora, pożegnał P. Dorotę, któréj jeszcze kilka razy powtórzył, aby dopiéro nazajutrz rano wydała rozkaz niedopuszczania P. Mateusza do siebie.
Pewien już, że reszta równie pomyślnie pójdzie, Sędzia wsiadł na bryczkę i pośpieszył oznajmić P. Teodorowi, że wszystko gotowo.
W niewypowiedzianéj niespokojności oczekiwał Sędziego P. Teodor, chodził, wyglądał oknem, wysyłał ludzi na drogi, starą rozsuwał perspektywę, a gdy się zciemniło, wyprawił z pochodniami na drogę do Złotéj Woli, z téj strony spodziewając się Sędziego. Nareście ukazała się jego bryczka w dziedzińcu, a Teodor spotkał przybywającego na schodkach zapytaniem.
— A cóż?
— Wszystko dobrze!
— Chwałaż Bogu!
— Anna wie?
— Wie i zgadza się na wszystko.
— Ciotka?
— Podpisała i zezwoliła.
— Więc jedziemy?
— Trzeba się tak wyrachować, abyś tam stanął gdy się wszyscy pośpią. Jak najciszéj podjedziesz pod ogród, a sam pieszo udasz się do Anny, która pewnie czekać będzie — Jak tylko wsadzisz ją do powozu, rozkażesz jechać nie na miasteczko, ale na Gniły Bród, tam ślady znikną i daléj nie będą wiedzieli jak was gonić. Na tylnich kołach powozu uczepić trzeba brony chrustem nasłane, żeby na piasku ślad zacierały. Inaczéj P. Mateusz mógłby dogonić, i Bóg wie coby było. Przełożona Bernardynek jest uprzedzona, prosto więc odwiezie ją Bałabanowicz tam, Waćpan jutro wrócisz tak jakby z polowania i umyślnie będziesz się pokazywał w sąsiedztwie, żeby cię nie posądzano.
Pan Teodor pobiegł do zegara.
— Pół do dziewiątéj! ztąd pół mili do Brzozówki, P. Mateusz kładnie się i zasypia zwykle o dziesiątéj, mamy więc jeszcze godzinę czasu!
Podano herbatę i spiskowi, dodając sobie odwagi, rozprawiali.
— Gdzież jest Bałabanowicz? spytał Teodor.
— Czeka na pół drogi. Oddawszy Annę jemu, powrócisz.
— Dobrze. Czy ma powóz?
— Wszystko co potrzeba, zapisy uczynione Annie ja sam wniosę do akt i postaram się o przyznanie ich przed Aktami przez Podkomorzynę.
P. Teodor spoglądał niespokojnie na zegar i bawił się pistoletami, które miał u pasa.
— P. Mateusz nic się niedomyśla?
— Sądzę, że nic wcale, zostawił mnie sam na sam z żoną, gdym go łajać zaczął i pojechał na polowanie!
— Będzie miał dziś polowanie! zawołał Ordęga, a jeśli mu się zamarzy przeszkodzić, to — I wskazał na pistolety.
— Jednakże lepiéj dla Anny i dla nas, jak najostrożniéj tego dopełnić, rzekł Sędzia, rzeczy mogą całkiem inny wziąść obrót, jeśli przyjdzie do wrzawy i strzałów. Daj Boże aby się bez tego obeszło!
Do pół do dziesiątéj rozprawiali tak niespokojni obay, aż gdy miała bić wyznaczona godzina, porwał się P. Teodor, uściskał Sędziego, który wracał natychmiast do domu, rzucił się w powóz i rozkazał ruszać.
Noc była jakby naumyślnie chmurna i ciemna, gęsta mgła jesienna okrywała ziemię, powietrze wilgotne i ciężkie; niekiedy wiatr powionął chłodny i upadł, a po nim znowu następowała cisza uroczysta jesieni. Zostawiony sam sobie Teodor palił się swemi myślami; chociaż odważny, doznawał mimowolnie jakiegoś uczucia niespokojności, które go dręczyło, rad był prędzéj niebezpieczną czynność dopełnić, zdawało mu się raz, że powóz toczy się za powoli, że godzina wyznaczona upłynęła, to znów porwany przestrachem, którego nigdy jeszcze w życiu był niedoznał, lękał się końca, chciał go odsunąć.
Przejeżdzając las usłyszał głos puszczyków i serce mu bić zaczęło. W tym lasku schodzili się oni z Anną, przypomniały mu się te chwile niebieskie i nabrał odwagi, którą znowu tracił, myśląc o niebezpieczeństwach téj nocnéj wycieczki. Wszystkie najgorsze tego wypadku następstwa stawały mu na myśli, przypuszczał śmierć swoją, śmierć męża, walkę i t. p. Nagle powóz się zatrzymał u bramy ogrodu i Teodor wyrwany myślom, wyskoczył z niego, mimowolnie się żegnając, a zalecając ludziom jak najgłębsze milczenie. Wziąwszy pistolety i szablę, wyłamał furtkę i wszedł do ogrodu. Tu zaszeleściały mu liście pod nogami i włosy stanęły kołem, nieprzytomny zbłądził w znajomym ogrodzie i zmuszony był usiąść na ławce, żeby przyjść do siebie. Uspokoiwszy się wreście i rozpoznawszy gdzie się znajdował, śmieléj postąpił ku drzwiom szklannym pokoju Anny.
Niebyło światła, a Teodor łatwo dostrzegł, że je zostawiono półotwarte. Niewidząc światła w żadném oknie, i zupełną spokojność wszędzie znajdując, odwiódł kurki pistoletów, uchylił drzwi i wszedł do pokoju. Drzwi zaskrzypiały przeciągłym głosem, i ktoś go pochwycił za rękę. Po szeleście sukni, po gorącym oddechu poznał Annę i śpiesznie chwyciwszy ją wpół wybiegł do ogrodu. Tu, nieprzemówiwszy słowa, leciał z nią do powozu, co chwila marząc o pogoni. Zdawało mu się, że cały wiek trwała ucieczka, a każdy liść szeleszczący pod nogą przestraszał go, sto razy chwytał pistolety i chciał po za siebie strzelać.
Anna śpieszyła za nim w milczeniu, zwieszona na jego ręku. Nareście ujrzeli furtkę i powóz, otwarły się drzwiczki, a ledwie Teodor postawił nogę na stopniu, konie puściły się czwałem. On swobodniéj odetchnął.
— Jesteś wolna, rzekł do Anny.
A Anna płakała, niesłyszała jego słów i zakrywszy twarz, jakby popełniła zbrodnią wstydziła się spójrzeć na świat. Biedna Anna!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.