Przejdź do zawartości

Córka rejenta/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


CÓRKA
REJENTA
przez
ALEKSANDRA DUMAS
Z FRANCUZKIEGO.

WARSZAWA,
Nakładem Drukarni
POD FIRMĄ JULIANA KACZANOWSKIEGO
przy ulicy Senatorskiéj Nr. 463.

1850.


I.
KSIENI W XIII WIEKU.

Osmego lutego w roku 1719, właśnie w chwili gdy zegar godzinę szóstą uderzył, wjechał pod rzymski przedsionek opactwa w Chelles, poprzedzony dwoma dojeżdżaczami, powóz ozdobiony trzema lilijami Francyi, z dodatkami herbowemi domu orleańskiego.
Przed perystylem powóz się zatrzymał: paź zeskoczył, drzwiczki otworzył i dwóch z niego podróżnych niebawem wysiadło.
Pierwszym z nich był człowiek w wieku około lat czterdziestu pięciu do czterdziestu sześciu; niski, dosyć otyły, czerwony, swobodny w ruchach swoich i mający pewien wyraz wyższości i zwierzchnictwa.
Drugi, zstępujący zwolna i ostrożnie po trzech stopniach powozu, był także niski, ale chudy i albo wiekiem lub też trudami życia styrany; w twarzy jego, jakkolwiek niezupełnie brzydkiéj i pomimo bystrości rozumu, który błyszczał w oczach jego i wyrazu złośliwości widocznego w zagięciu ust, było cóś nader nieprzyjemnego. Zdawał się być bardzo niewytrzymałym na zimno, bo idąc za towarzyszem swoim drżał jednakże chociaż szerokim otulony płaszczem.
Pierwszy z dwóch przybyłych rzucił się szybko ku wschodom, wbiegł po nich, jako człowiek dobrze miejscowości świadomy, wszedł do przestronnego przedpokoju, kłaniając się kilku zakonnicom, które się aż ku ziemi pochyliły, i wleciał raczéj aniżeli wszedł do salonu od przyjmowania gości, będącego w antresolach. Wyznać należy, że owa surowość, będąca pierwszą cechą wnętrza klasztoru, tutaj nigdzie spostrzedz się nie dała.
Drugi, który zwolna na wschody wstąpił, udał się tąż samą co tamten drogą, ukłonił się tymże samym zakonnicom, które się przed nim prawie również nisko jak przed towarzyszem jego pochyliły, i także wszedł do salonu, nie spiesząc się jednakże wcale.
— A teraz, ozwał się pierwszy, grzejąc się przy kominku zaczekaj tu na mnie. Idę do niéj i za dziesięć minut skończą, się wszystkie nadużycia, o których mi mówiłeś. Jeźli się ona zaprze i będę potrzebował dowodów, zawołam cię.
— Dziesięć minut! jaśnie oświecony panie, odpowiedział płaszczem otulony; miną dwie godziny a jeszcze wasza królewska mość ani wspomniesz o przyczynie odwiedzin swoich. O! wielebna matka zakonnic w Chelles, wielkim jest adwokatem, czy jaśnie oświecony pan przypadkiem tego nie wiesz?
I mówiąc to, przyciągnął krzesło poręczowe bliżéj kominka, rozparł się w niem bez ceremonii i postawił swoje chude nogi na przymurku.
— O mój Boże! bynajmniéj! — odpowiedział niecierpliwie ten, którego tytułowano wasza królew. mość, i gdybym o tem mógł kiedy zapomnieć, nie zaniedbałbyś mi przypomnieć, chwała panu Bogu! Prawdziwy z ciebie kusiciel, po cóżeś mnie tu dziś zwabił, przy takiéj zawiei i śniegu?
— Bo tego wasza królewska mość wczoraj zrobić nie raczyłeś.
— Wczoraj było to niepodobieństwem. Obiecałem się właśnie na godzinę piątą milordowi Stair.
— Do owego małego domku przy ulicy Dobrych dzieci. Więc milord już nie mieszka w hotelu poselstwa angielskiego?
— Czyliż ci już tego nie zakazałem, byś mnie śledził?
— Jaśnie oświecony panie, obowiązkiem moim jest niesłuchać takich rozkazów.
— Niechżeż i tak będzie! ale pozwól mi przynajmniéj skłamać, gdy mi się podoba, i zachowaj pewną przyzwoitość, byś mi nie dał poczuć, żeś się poznał na mojém kłamstwie, pragnąc mi tém dowieść o ile policya twoja jest doskonałą.
— Jaśnie oświecony pan niechaj będzie spokojny: odtąd już wszystko będę wierzył.
— Nie zobowiązuje się do wzajemności, panie opacie, bo właśnie tutaj, zdaje mi się, żeś się pomylił.
— Jaśnie oświecony panie, wiem co mówię, nie tylko że powtórzę to com mówił, ale i udowodnię.
— Zważaj-że, niemasz tu żadnéj wrzawy, żadnego światełka: prawdziwa cisza klasztorna. Twoje doniesienia są nieprawdziwe, mój kochany. Zaniedbują się ajenci nasi.
— Wczoraj jaś. ośw. panie była tu orkiestra złożona z piędziesięciu grajków. Tam, gdzie tak pobożnie przyklękła owa młoda siostra konwirska[1], stał bufet. Oszczędzę waszą król, mość, nie wyliczając czém był zastawiony, ale wiem wszystko. W galeryi zaś na lewo, gdzie obecnie przyrządzają skromną wieczerzę, złożoną z soczewicy i sera, dla poświęconych Bogu dziewic, odbywały się tańce, pijatyka i....
— I cóż więcéj?
— Dwieście par bawiło się w miłość, jaśnie oświecony panie.
— Diabla sprawa! Ale jesteś-że pewnym tego co mówisz?
— Jak gdybym na własne był widział oczy! Otóż więc jest dobrze, że jaśnie oświecony pan dzisiaj przybyłeś, ale byłoby lepiéj, gdybyś się wczoraj był wybrał. Wszakżeż taki rodzaj życia nie przystoi mniszkom, jaśnie oświecony panie.
— Nie, rzeczywiście. Jest on właściwszym dla księży, nieprawdaż opacie?
— Jestem człowiek polityk, jaśnie oświecony panie.
— A więc i córka moja jest ksienią polityczną, i na tém koniec.
— O, mniejsza o to. Niechaj i tak pozostanie, skoro się waszéj królewskiéj mości podoba. Nie jestem ja wcale tak drobiazgowy w tém, co się dotyczę moralności, jaśnie oświecony pan to wiesz najlepiéj. Będą mnie znowu opiewać jutro, tak jak mnie opiewano wczoraj i jak będą opiewali po jutrze, ale i oto mniejsza! Co mi tam taka piosneczka! „Piękna ksieni zkąd przychodzisz?“ owszem będzie to stanowiło piękną całość z śpiewką: „Dokąd idziesz księże opatie?“ —
— No, no, już dobrze. Czekaj mnie tutaj; będę łajał.
— Wierzaj mi wasza królewska mość, że jeżeli się z tego przedsięwzięcia chcesz wywiązać, to łaj lepiéj tutaj, łaj przedemną, a będę pewniejszym skutku. A jeżeli ci rozumowania zabraknie lub pamięci, daj tylko znak a zaraz waszéj królewskiéj mości na pomoc pospieszę.
— Masz słuszność, odpowiedział ten, który przyjął na siebie sprostować zdróżności zakonnic w Chelles i w którym czytelnik zapewne już poznał rejenta, Filipa Orleańskiego. Tak, to zgorszenie powinno ustać.... choćby tylko w części. Niechaj ksieni odtąd dwa razy w tydzień przyjmuje, niechaj ustanie ten tłok i te tańce; i potrzeba ponaprawiać zamki, ażeby tak pierwszy lepszy sobie tutaj nie wchodził, jakby dojeżdzacz do lasu. Księżniczka Orleańska porzuciła zbytki i przejęła się myślami religijnemi; zamieniła palais-royal na opactwo w Chelles, i to wbrew woli mojéj, który się temu sprzeciwiałem. Niechżeż teraz chociaż przez pięć dni w tygodniu będzie ksienią, a pozostaną jéj jeszcze dwa, w których może być wielką damą: czy to nie dosyć?
— Bardzo dobrze, jaśnie oświecony panie, bardzo dobrze, doskonale, wasza królewska mość zaczynasz rzecz pojmować.
— Czy ci to dogadza, powiedz?
— Tego właśnie potrzeba. Otóż zdaje mi się, że mniszka, która ma 30 pokojowców, piętnastu lokai, dziesięciu kucharzy, ośm powozów, sforę; która fechtuje, gra na basetli, trąbi, krew puszcza, rumbarbarum daje, peruki robi, toczy nóżki do fotelów, strzela z pistoletów i puszcza fajerwerki, że taka mniszka, jaśnie oświe. panie, nie bardzo w klasztorze się nudzi.
— I cóż tam! zawołał książę na starą zakonnicę, która z pękiem kluczy przez pokój przechodziła, czyż nie uprzedzono wielebnej ksieni o mojém przybyciu? Chciałbym wiedzieć czy mam pójść do niéj, czyli tutaj na nią zaczekać?
— Wielebna matka idzie, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała z poszanowaniem siostra, pokłoniwszy się nisko.
— To prawdziwe szczęście! — poszepnął rejent, który wreszcie począł uważać, że szanowna ksieni go nieco lekce waży i jako córka i jako poddana.
— Dalej-że jaśnie oświeceny panie, przypomnij sobie książę owę sławną parabolę o Chrystusie, wypędzającym kupczących z świątyni. Znasz ją wasza królewska mość, znałeś ją i musisz ją sobie przypominać; nauczyłem ją jaśnie oświeconego pana, gdym był jego preceptorem, wraz z wielu innemi jeszcze rzeczami. Wypądź wasza królewska mość troszkę tych muzykusów, fizyków, komedjantów i anatomistów. Tylko trzech z każdéj professyi, a na słowo moje, że będziemy mieli ładną eskortę, wracając.
— Bądź spokojny, czuję się właśnie natchnionym do kazania.
— Otóż i w sam raz, odpowiedział Dubois wstawając, bo właśnie nadchodzi.
I w téjże chwili otworzyły się podwoje i na progu stanęła oczekiwana.
Powiedzmyż teraz w dwóch słowach, kim była owa szanowna osoba, która zbytkiem i różnemi szaleństwami potrafiła rozniecić gniew Filipa Orleańskiego, człowieka najbardziéj dobrodusznego i najpobłażliwszego ojca w całéj Francy i i Nawarze.
Panna de Chartres, Ludwika Adelajda Orleańska, była drugą córką rejenta i to najładniejszą z pomiędzy trzech. Miała płeć piękną, piękne oczy, śliczną kibić i wypieszczone rączki; zęby jéj szczególną odznaczały się pięknością, tak że księżna elektorowa, jéj babka, mieniła je być sznurem pereł w koralowém schowaniu. Nadto tańczyła dobrze, śpiewała jeszcze lepiéj, grała od ręki i wtórowała wybornie: jéj nauczycielem muzyki był Cauchereau, jeden z pierwszych artystów opery, i tak wielkie przy nim robiła postępy, jak rzadko robią kobiety a tém mniéj księżniczki. Ale też panna de Chartres z wielką pilnością przykładała się do jego nauki. Późniéj może gorliwość ta wyjaśnioną będzie czytelnikowi, tak jak wyjaśnioną została jéj matce.
Zresztą wszystkie jéj upodobania były więcéj męzkie, i zdawało się, że zamieniła płeć i skłonności z bratem swoim Ludwikiem. Lubiła psy, konie, i przejażdżki konne. Po dniach całych bawiła się floretem, strzelała z pistoletu lub karabinu, puszczała ognie sztuczne, w niczém nie dzieliła zwykłych zatrudnień niewieścich i bynajmniéj nie myślała o powierzchowności swojéj, która przecież na to zasługiwała.
Z pośród tego wszystkiego najwięcéj jednakże zajmowała się muzyką, i to jéj zamiłowanie zbliżało się aż do fanatyzmu: rzadko bardzo opuściła które przedstawienie opery, zwłaszcza gdy występował jéj nauczyciel, Cauchereau, i wtedy to okazywała mu uwielbienie swoje, sypiąc oklaski jakby jaka zwyczajna kobieta. Jednego razu, w jakimś nader trudnym śpiewie, artysta przeszedł sam siebie, a księżniczka w uniesieniu zawołała:
— Ach brawo! brawo! mój kochany Cauchereau.
Księżna Orleańska uważała to zachęcenie nie tylko za nader żywe, ale i ów wykrzyknik za zbyt śmiały w ustach księżniczki krwi. Uznała przeto, że panna de Chartres dosyć już zna muzykę, Cauchereau został dobrze zapłacony i oznajmiono mu, że ponieważ godziny muzykalne jego uczennicy ustały, bytność jego w palais-royal jest zbyteczną.
Nadto skłoniła księżna swoją córkę, by na dni kilkanaście pojechała do klasztoru w Chelles, gdzie była ksienią przyjaciółka jéj, siostra marszałka de Villars.
Zapewne to w tym czasie powzięła panna de Chartres zamiar usunięcia się od świata. Bo w końcu wielkiego tygodnia r. 1718, uprosiła swojego ojca, że jéj pozwolił święta wielkanocne w opactwie w Chelles przepędzić. Po świętach zaś, zamiast powrócić do palais-royal i zająć znowu miejsce księżniczki krwi, panna de Chartres prosiła, by jéj dozwolono w Chelles zakonnicą zostać.
Książe, twierdząc, że dosyć już mieć jednego mnicha w rodzinie, tak nazywał prawego syna swojego Ludwika, chociaż i jeden z synów jego naturalnych był Opatem w Saint-Albin, czynił wszystko, co tylko mógł, ażeby córkę od tego od wieść zamiaru. Ale właśnie może owe przeszkody, jakie znalazła, zachęciły ją w tém przedsięwzięciu, przełamała je, i dnia 23 sierpnia 171S r. wyrzekła śluby zakonne.
Wówczas to książę Orleański, zważywszy że córka jego, jakkolwiek zakonnica, nie przestała jednakże być księżniczką krwi, starał się wnijść w układy z panną de Villars. Dwadzieścia tysięcy dochodu, które zapewniono siostrze marszałka, zapewniły pannie de Chartres jéj miejsce, i mianowano ją ksienią w Chelles. Od roku już zajmowała ten stopień wysoki, i to w sposób tak niewłaściwy, jakieśmy widzieli, że ściągnęła na siebie uwagę księdza Dubois i rejenta, którzy przecież nie uchodzili za tak bardzo prawowowiernych chrześcian.
Ksieni opactwa w Chelles ukazała się więc na rozkaz swojego ojca, ale już nie otoczona owym dworem eleganckim i poziomym, który był uleciał wraz z cieniami nocy, lecz postępowało za nią sześciu duchownych w czarnych ubiorach, z zapalonemi gromnicami w ręku, co niejako przekonywało rejenta, że córka już naprzód do jego stosuje się woli. Znikł wyraz uciech, swawoli i rozpusty, a w miejscu tegoż napotykano surowe spojrzenia i ponure przybory.
Jednakże rejent sobie pomyślał, że czas, który na czekaniu spędził, mógł wystarczyć do przygotowania owéj posępnéj ceremonii.
— Nienawidzę hipokryzyi, ozwał się tonem cierpkim, i łatwiéj przebaczam ułomności, która się przedemną płaszczykiem udanéj cnoty nie okrywa. Te wszystkie gromnice, moja pani, wydają mi się, jak gdyby były resztkami wczorajszego światła jarzęcego. Czyż wszystkie twoje kwiaty w ubiegłéj nocy powiędły a twoi współbiesiadnicy są tak znużeni, że mi ani jednego bukieciku i ani jednego tancerza pokazać nie możesz?
— Panie, odpowiedziała ksieni poważnie, zawiodłeś się, jeżliś przybył szukać tutaj rozrywek i zabaw.
— Tak, widzę to, przemówił rejent, spojrzawszy na widma, które córkę, jego otaczały, widzę że wczoraj obchodziliście tutaj ostatni wtorek i żeście go dzisiaj pochowali.
— Czy po to tu przybyłeś, panie, ażeby mnie wziąść na indagacyą? W każdym razie, to co tu widzisz, zgadza się zapewne najzupełniéj z oskarżeniami, które na mnie do waszej królewskiéj mości zaniesiono.
— Przybyłem tutaj, odpowiedział rejent, zaczynając niecierpliwić się na myśl, że go oszukać chciano, przybyłem tutaj, moja pani, by ci powiedzieć, że rodzaj życia, jaki prowadzisz, wcale mi się niepodoba. Twoje wczorajsze sprawy nie przystoją zakonnicy, a dzisiejsza surowość niestosowna dla księżniczki krwi. Wybieraj raz na zawsze, albo być ksienią albo też waszą królewską mością. Poczynają bardzo źle o tobie mówić w świecie, a ja mam dosyć własnych nieprzyjacioł, nie ażebyś jeszcze z głębi klasztoru twoich na mnie popuścić miała.
— Niestety, panie! odparła ksieni tonem poddania się, wyprawiając bale, uczty, koncerta, które wymieniano jako najświetniejsze w Paryżu, nie zdołałam się podobać owym nieprzyjaciołom, ani tobie panie, ani nawet saméj sobie, a cóż dopiero dzisiaj, gdy żyję zamknięta i samotna. Wczoraj po raz ostatni zetknęłam się z światem, dzisiaj, nie spodziewając się odwiedzin twoich, panie, zrobiłam jedno postanowienie i nie odstąpię od niego.
— I jakież to? zapytał rejent niewątpiąc bynajmniéj, że chodzi o jakie nowe szaleństwo, które tak były właściwe jego córce.
— Przybliż się panie do okna i wyjrzyj, odpowiedziała ksieni.
Rejent, na to wezwanie, przystąpił do okna i zobaczył, że na dziedzińcu wielki rozpalono ogień. W téjże chwili i Dubois, ciekawy jak gdyby był rzeczywistym Opatem, przysunął się także do niego.
Do owego ognia przybiegali jacyś bardzo zajęci ludzie i wrzucali w płomień różne dziwacznych kształtów przedmioty.
— Cóż to jest? zwrócił rejent zapytanie do ciekawie przypatrującego się Dubois.
— To, co się teraz pali? zapytał opat.
— Tak jest.
— Na uczciwość, jaśnie oświecony panie że to zupełnie jest podobne do basetli.
— Jest to rzeczywiście basetla, ozwała się ksieni, basetla moja, doskonała basetla Valery’ego.
— I ty to palisz? zawołał rejent.
— Te wszystkie instrumenta są tylko źródłem zguby, odrzekła ksieni tonem, który najgłębszy żal i skruchę oznaczał.
— Ach! ach otóż i klawikord! przerwał jéj książę.
— Mój klawikord, panie; był tak doskonałym, że mnie zwracał do myśli światowych. Dziś rano skazałam go na zagładę.
— Jakiemiż to papierami i księgami podtrzymują ten ogień? zapytał Dubois, którego to widowisko do najwyższego zajmowało stopnia.
— Nuty moje, które kazałam spalić.
— Twoje nuty? zadziwił się rejent.
— Tak jest, a nawet i twoje, panie, odpowiedziała ksieni. Przypatrz się dobrze, a zobaczysz i całą operę twoję, Panthea, gdy jéj koléj nadejdzie. Pojmiesz zapewne, że zrobiwszy raz takie postanowienie, powinnam była wszystko od razu do skutku doprowadzić.


II.
RODZINA STANOWCZO SIĘ POPRAWIA

— Ależ pani oszalałaś, mówił daléj rejent; rozniecić ogień nutami i utrzymywać go basetlami i klawikordem, to aż za nadto wielki zbytek!
— Pokutuje, panie.
— Hm! powiedz raczéj, że na nowo chcesz swój dom urządzić, i że się tego środka chwyciłaś, by sobie inne sprzęty kupić, straciwszy upodobanie w dawniejszych.
— Nie, panie, to nie to.
— A więc cóż? mów otwarcie.
— Otóż znudziły mnie zabawy i przedsięwzięłam cóś innego robić.
— I cóż będziesz robiła?
— Otóż niebawem zwiedzę z zakonnicami mojemi sklepienie, gdzie spocznie ciało moje, i miejsce w którem mnie pogrzebią.
— Niech mnie diabli wezmą! ozwał się Dubois, na czysto straciła głowę jaśnie oświecony panie.
— Będzie to bardzo budującém, nieprawdaż moi panowie? zapytała ksieni poważnie.
— Niezawodnie; i nie wątpię, że gdy to się rozgłosi, więcéj się z tego naśmieją aniżeli z biesiad twoich.
— Chodźcie panowie! mówiła daléj, chce się położyć na chwile w mojéj trumnie: jest to upodobanie, które powzięłam od niejakiego czasu.
— Masz pani czas po temu, rzekł Dubois, a zresztą ta rozrywka nie jest wynalazku pani, bo ją sobie wymyślił Karól V, zostawszy mnichem, nic wiedząc, tak samo jak i pani, na co to czyni.
— Więc zemną nie pójdziesz, panie? zapytała ksieni, zwracając się wprost do ojca.
— Ja! zawołał książę, który bynajmniej posępnych rozmyślań nie lubił, ja mam zwiedzać grobowe sklepienia! iść posłuchać śpiewu De Profundis! Nie, zaiste! i jedyna rzecz tylko mnie pociesza, niemogąc ujść nieszczęsnego De Profundis i grobu, że wtedy nic nie będę widział i słyszał.
— Ach panie! zawołała ksieni zgorszona, więc nie wierzysz w nieśmiertelność duszy?
— Jesteś tak obłąkana, iżby cię zamknąć należało, moja córko. I ten diabli Dubois, który mi obiecał orgią a zaprowadził na pogrzeb!
— Słowo daję waszej królewskiej mości odparł Dubois, że wołałbym raczej wczorajsze szaleństwa.
Ksieni się skłoniła i postąpiła ku drzwiom Książe z opatem spojrzeli na siebie, niewiedząc czyli się śmiać lub zapłakać.
— Jeszcze słówko! zawołał rejent nacórkę. Czy twoje obecne postanowienie jest niecofnioném? Alboli też chwilowym paroksyzmem, którego ci twój spowiednik udzielił? Jeżeli to jest stałe przedsięwzięcie, ani słowa nie rzeknę; ale jeżeli tylko febrą, to cię każę, wyleczyć. Do licha! jest przecież Moreau i Chirac, którym dobrze płacę.
— Panie, odpowiedziała ksieni, zapominasz, że dosyć znam medycynę, ażebym się sama wyleczyć potrafiła, gdybym tego widziała potrzebę. Mogę cię więc zapewnić, że chorą nie jestem: jestem Jansenistką i nic więcéj.
— Ach krzyknął książe, otóż to jest robota księdza le Domo. Obmierzły Benedyktynie! Lecz co do niego, to mam środek, który go wyleczy.
— Jakiż? zapytała ksieni.
— Bastyllję, odpowiedział, i wyszedł rozżarty a za nim Dubois, śmiejący się do rozpuku.
— Otóż widzisz, przemówił do niego po długiem milczeniu i gdy już do Paryża dojeżdżali, że twoje doniesienia były fałszywe i niedorzeczne. Miałem taką, ochotę do kazania, a sam kazania słuchać musiałem.
— Wasza królewska mość szczęśliwym jesteś ojcem! I składam powinszowanie moje, co do poprawy młodszéj córki jaśnie oświeconego pana, panny de Chartres. Na nieszczęście, że starsza córka, księżna Berry....
— Och! tamta, nie mów mi o niéj, Dubois, jest to rana niezagojona. I gdy jestem w złym humorze....
— To?
— Mam ochotę korzystać z chwili i na raz wszystko skończyć.
— Ona jest w Luksemburgu.
— Podobno.
— Więc jedzmy do Luksemburga.
— Ty zemną?
— Nie opuszczę waszéj królewskiéj mości téj nocy.
— Ba!
— Mam pewne widoki co do waszéj królewskiéj mości.
— Co do mnie? — Zawiozę jaś. ośw. pana na wieczerzę.
— Będąż tam i kobiety?
— Tak jest.
— Ileż ich będzie?
— Dwie.
— A mężczyzn?
— Dwóch.
— Więc dwie pary? zapytał księże.
— Otóż to.
— I zabawięż się?
— Zdaje mi się.
— Pamiętaj, Dubois, że wielką na siebie bierzesz odpowiedzialność.
— Jaśnie oświecony pan lubisz nowość?
— Lubię.
— Niespodzianki?
— To właśnie.
— Otóż i będą, to jest wszystko, co nateraz powiedzieć mogę.
— A więc dobrze! odpowiedział rejent. Jedzmy naprzód do Luksemburgu, a potém?....
— Potem na przedmieście Ś-go Antoniego. I skutkiem tego postanowienia rozkazano stangretowi zatrzymać się przed Luksemburgiem.
Cokolwiek jednakże rejent pod tym względem mówił, księżna Berry, do któréj właśnie jechał, była najulubieńszą córką jego. Mając lat siedm, ciężko zachorowała i lekarze oświadczyli że umrze; wtedy to książę, który jak wiadomo oddawał się nieco sztuce lekarskiéj, począł ją leczyć w swoim sposobie, i ocalała. Odtąd jego miłość ojcowska dla niéj zamieniła się w słabość, pozwalał jéj robić co tylko chciała, a było to dziecię krnąbrne i nieugiętéj woli. Jéj wychowanie stało się przez to bardzo zaniedbaném i dowolném, co jednakże nie przeszkodziło, że ją Ludwik XIV za wnuka swojego, księcia Berry, wydał.
Wiadomo, jak nagle śmierć jednym zamachem troiste pokolenie królewskie zagarnęła, bo w przeciągu kilku miesięcy umarł delfin, książę i księżna Burgundyi, i książę Berry.
Księżna Berry została wdową w dwudziestym roku życia, kochała ojca swojego niemal tyle ile on ją kochał; mając wybór pomiędzy towarzystwem w Wersalu a zebraniem w palais-royal, piękna, młoda i goniąca za zabawami nie wahała się ani na chwilę: podzielała więc uczty, zabawy a niekiedy i orgje księcia; ztąd rozeszły się na raz jeden z Saint-Cyr i Sceaux różne potwarze, pochodzące od pań dc Maintenon i du Maine, które w najgorszém świetle ten stosunek ojca do córki wystawiały. Książe Orleński, ze zwykłą sobie obojętnością, mnéj zważał na te pogłoski, zamienione w końcu na potępiające ich oskarżenia; a jakkolwiek te oskarżenia żadnego historycznego nie mają charakteru, w przekonaniu ludzi, znających dobrze ową epokę, pozostały jednakżeż bronią w ręku tych, którzy zawsze są skłonni do czernienia prywatnego życia człowieka, by zmniejszyć jego wielkość polityczną.
Co większa: tą swoją wzrastającą pobłażliwością, książe sam uprawdopodobnił owe wieści. Dodał córce do sześciu tysięcy liwrów dochodu, jeszcze cztery tysiące, z własnego majątku, co razem miljon czyniło. Zarazem oddał jéj pałac luksemburski i utrzymywał oddział gwardyi dla jéj osoby. Co zaś najwięcéj oburzyło zwolenników dawnéj etykiety, to to, że tylko ramionami ruszył, gdy księżna na czele orszaku trąbiącego i brząkającego na cymbałach przez środek Paryża przejeżdżała. A powszechnie się zgorszono, gdy się rozśmiał z pustoty księżnéj, która na tronie trzy stopy wysokim, przyjmowała posła weneckiego, chociaż czyn ten mógłby nas był poróżnić z Rzecząpospolitą wenecką.
Ale co większa jeszcze: już się miał przychylić do jéj nowego żądania, również jak poprzednie niewłaściwego, coby niezawodnie całą szlachtę było oburzyło: bo chciała mieć baldachim w teatrze; — gdy szczęściem dla pokoju powszechnego, a na nieszczęście dla domowego szczęścia rejenta, księżna nagle zakochała się w kawalerze de Riom.
Ten kawaler de Riom był młodszym synem jednego szlachcica z Auwernii, i wnukiem czyli prawnukiem księcia Lauzun; przybył on około 1717 roku do Paryża szukać szczęścia, i znalazł je w Luksenburgu. Wprowadzony do księżnej przez panią de Mouchy, któréj był kochankiem, nie zaniedbał użyć owego familijnego wpływu, który dziadkowi jego, księciu de Lauzun, pięćdziesiąt lat wprzódy, tak posłużył u panny de Montpensier; i niezadługo został ogłoszony jéj kochankiem, z wszelkiemi do tego stopnia prawami, pomimo oporu swojego poprzednika, pana de Lahaie, którego do Danii wysłano.
Księżna Berry miała przeto tylko dwóch kochanków, co dla księżniczki owego czasu niemal cnotą było: Lahaie’a, do którego się nie przyznawała, i Rioma, którego jawnie przyznała. Nie było to wszakżeż dostatecznym powodem do takiéj zażartości, z jaką prześladowano księżną. Była ku temu inna przyczyna, o któréj wspomina Saint-Simon, jako też i inni historycy owego czasu, i to raczéj owa przejażdżka po Paryżu z cymbałami i trąbami, i ten tron nieszczęsny o trzech stopniach, na którym posła weneckiego przyjmowała, a nakoniec i to niesłychane wymaganie baldachim! w teatrze, ile że już i gwardyą przyboczną, miała.
Ale nie z powodu to tego ogólnego na nią oburzenia, pogniewał się książę orleański na córkę: dręczyła go przewaga, jaką Riom miał nad nią.
Riom był wychowańcem Lauzun’a, który z rana strzaskał rękę księżnéj Monaco korkiem tego samego buta, który mu wieczorem córka Gastona orleańskiego z nogi ściągnąć musiała. I tenże Lauzun, względnie co do księżniczek krwi, straszne mu był dał nauki, których się Riom uważnie trzymał: „córy Francyi“ — mawiał Lauzun — »zwyczajne, by im zawsze kijem nad głową grozić». Pełen ufności w doświadczenie swojego dziadka, Riom idąc wskazaną przez niego drogą, zdołał tak ujarżmić księżną Berry, że nie odważyła się już dać balu bez jego zezwolenia, że nie była na operze, gdy tego nie chciał, że nawet sukni bez poradzenia go się nie włożyła.
Z tąd wynikło że książe, który bardzo swoją córkę kochał, znienawidził Rioma o tyle, o ile na to jego wcale niepodejrzliwy charakter zezwalał, bo wszakżeż go Riom od niéj oddalił. Pod poborem więc dogodzenia widokom księżnéj, darował pułk Riomowi, a potém zrobił go rządcą miasta Cognac; w końcu kazał mu tam wyjechać, co ową mniemaną łaskę w zupełną niełaskę zamieniło, podług sądu osób, które się wszystkiemu zbliska przypatrywały.
I sama księżna złudzić się nie pozwoliła, bo przybiegła do palals-royal, chociaż dopiero co po połogu, i prosiła, błagała ojca, ale wszystko napróżno. Następnie poczęła się dąsać, wyrzekać, grozić, ależ i to nic nie pomogło. W końcu oświadczyła mu swój gniew nieprzebłagany i odjechała dodając, że pomimo rozkazu jego, Riom pozostanie w Paryżu.
Nazajutrz ponowił książe swój rozkaz, by Riom wyjeżdżał, i tenże z wszelką uległością odpowiedział, że natychmiast rozkaz ten wypełni.
I rzeczywiście, nazajutrz, to jest w wigiliją dnia tego, w którym się nasze opowiadanie zaczyna, Riom opuścił w całéj okazałości pałac luksemburgski, i Dubois uwiadomił księcia, że nowy gubernator wyjechał o godzinie dziewiątéj wieczorem z całym dworem swoim do Cognac.
W tym przeciągu czasu rejent nie widział się z córką, i gdy mówił, że chce korzystać z swojego usposobienia gniewnego i od razu z nią skończyć, udał się raczéj do niéj, by przebaczenie uzyskać, nie zaś by ją połajać.
Dubois, który znał księcia, wiedział dobrze co się święci, gdy mu tenże swój zamiar oznajmił, ależ Riom pojechał do Cognac, i życzenie opata się ziściło. W czasie nieobecności tamtego, miał nadzieję, że potrafi nasunąć księżnie którego z nowych sekretarzów gabinetu, albo jednego z oficerów gwardyi, któryby w jéj sercu zatarł pamięć Rioma. Wówczas Riom odebrałby rozkaz pojechania do Hiszpanii i połączenia się z armią Berwika, i zapomnianoby zupełnie o nim jak o Lahaie w Danii.
Nie był to wprawdzie projekt bardzo moralny ale natomiast planik nader logiczny. Niewiadomo czyli go minister spoinie z panem swoim obmyślił.
Powóz zatrzymał się przed Luksemburgiem, oświetlonym jak zwyczajnie. Książe wysiadł i wbiegł szybko po wschodach, jak to zwykle czynił; Dubois, którego księżna nienawidziła, pozostał skulony w powozie.
Po chwili wrócił książe z wyrazem twarzy bardzo niezadowolonym.
— Ach! ach! jaśnie oświecony panie zawołał Dubois, czyliż nieprzyjęto waszéj królewskiej mości?
— Niemasz księżnéj w Luksemburgu.
— I gdzieżby była? czy nie u Karmelitek?
— Jest w Meudon.
— W Meudon? Na końcu lutego i w taką niepogodę! Podejrzywam to nagłe zamiłowanie wsi, jaśnie oświecony panie.
— I ja takiże. Bo cóżby u licha w Mendon robiła?
— To się łatwo dowiedzieć.
— Na przykład?
— Jedźmy tam.
— Do Meudon! zawołał książę na stangreta, wskakując do karety. Za dwadzieścia minut powinieneś tam stanąć.
— Pozwól sobie wasza królewska mość zrobić uwagę, że te konie już dzisiaj dwadzieścia mil (dix lieues) uszły, ozwał się stangret pokornie.
— Niechaj padną, byłem tylko był w Meudon za minut dwadzieścia.
Nie było już co odpowiedzieć na tak wyraźny rozkaz; stangret zaciął konie a szlachetne zwierzęta, niby zdziwione że się względem nich do takiéj posunięto ostateczności, ruszyły z miejsca tak szybko, jak gdyby tylko co ze stajni były wyszły.
W czasie całéj drogi Dubois był milczącym a książę myślami swojemi zajęty; od chwili do chwili wysyłali to jeden to drugi badawcze spojrzenia na gościniec, lecz niczego godnego uwagi nie dostrzegli, a gdy przybyli do Meudon, książę jeszcze nic znaleść nie mógł, coby jego zamartwione i sprzeczne z sobą myśli nieco rozplatać było zdołało.
Wysiedli obydwaj. Objaśnienia pomiędzy ojcem a córką mogły potrwać długo, i Dubois wołał w wygodniejszern miejscu, aniżeli w powozie, na księcia poczekać.
Pod wystawą zastali szwajcara w galowéj liberyi. Nie poznał księcia zatulonego w futro a opata aż poza uszy tkwiącego w płaszczu, i zatrzymał ich. Książe się odsłonił.
— Przepraszam jaśnie oświeconego pana, ale nie wiedziałem, że wasza królewska mość jesteś spodziewanym.
— Nic nie szkodzi, odpowiedział książę. Spodziewany albo niespodziewany, przybyłem. Niechaj to który z pokojowców księżnie oznajmi.
— Więc jaśnie oświecony pan należysz do ceremonii? zapytał szwajcar widocznie pomięszany.
— Naturalnie że jego królewska mość należy do ceremonii! odpowiedział Dubois, niedozwalając odezwać się księciu, który tylko co miał zapytać, o jakiéj tu ceremonii mowa.
— To każę waszą, królewską mość wprost do kaplicy zaprowadzić.
Książe i Dubois spojrzeli na siebie, jako ludzie, którzy nic nie pojmują, co się dzieje.
— Do kaplicy? zapytał książe.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, bo ceremonija zaczęła się już od dwudziestu minut.
— Cóż to się znaczy? poszepnął książę, pochylając się ku opatowi, czyliżby i ta została mniszką?
— Prędzejbym przypuścił, że ślub bierze, odpowiedział Dubois.
— Do stu djabłów! krzyknął rejent. Brakowałoby tylko tego jeszcze! i rzucił się na wschody a zanim Dubois pospieszał.
— Jaśnie oświecony pan nie każę się zaprowadzić? pytał szwajcar.
— Niepotrzeba, wołał rejent już na końcu wschodów, znam drogę.
Z zadziwiającą szybkością przy tuszy swojéj, przebiegał książę korytarze i pokoje, a za nim zdążał Dubois pełen ciekawości szatańskiej, podobny do Mefistolesa, towarzyszącego temu nowemu szperaczowi wielkiéj tajemnicy, którego nie nazywano Faustem lecz Filipem Orleańskim.
I tak stanęli u drzwi kaplicy, które jakkolwiek zamknięte, otworzyły się jednakże za pierwszém popchnięciem.


III.
SZCZÓR I MYSZ.

Dubois nie omyli się w swoich przypuszczeniach.
Riom, przybyły potajemnie, klęczał obok księżnej przed prywatnym jałmużnikiem téjże, gdy pan de Pons, krewny Rioma, i margrabia de Larochefoucauld, kapitan przybocznej gwardy księżny Berry, trzymali baldachim nad niemi. Panowie de Monchy i de Lauzun stali jeden po prawéj, drugi po lewéj stronie ślub biorących.
— Otóż pewna, że szczęście nam nie sprzyja, jaśnie oświecony panie. Przychodzimy o dwie minuty zapóźno.
Mordieu! zawołał książę rozjątrzony, biegnąc ku chórowi. Zobaczymy!
— Sza, jaśnie oświecony panie! Jako opat, winienem wstrzymać waszą królewską mość od popełnienia świętokradztwa. Ach, i gdyby się to jeszcze na coś przydało!.... ale tutaj byłoby wszystko daremne!
— A więc zaślubieni? zapytał książę, cofając się po-za kolumnę, pociągniony temi wyrazami towarzysza swojego.
— Jak najzupełniej! I teraz nie odżeniłby ich i sam djabeł bez asystencji ojca świętego.
— A więc napiszę do Rzymu.
— Nie czyn wasza królewska mość tego, nie nadużywaj kredytu swojego! Lepiéj go zachowaj, gdy będę miał zostać kardynałem.
— Ależ takiego mesaliansu cierpieć nie można!
— Mesalianse są dziś bardzo w modzie, i tylko o tém mówią. Jego królewska mość Ludwik XIV mesaliował się z panią de Maintenon, któréj jaśnie oświecony pan, jako wdowie jego, dziś pensją wyliczasz. Księżniczka de Montpensier mesaliowała się z panem de Lauzun. Sam się mesaliowałeś, żeniąc się z panną de Blois, i zmesaliowałeś się wasza królewska mość do tego stopnia, że gdyś o tém matce swojéj, księżnie elektorowéj mówił, odpowiedziała jaśnie oświeconemu panu policzkiem. I ja sam, czyliż i ja się nie mesaliowałem, biorąc za żonę córkę nauczyciela wiejskiego? Otóż widzisz wasza królewska mość, że po tylu dostojnych przykładach, i córka waszéj królewskiéj mości mogła się mesaliować zkolei.
— Milcz szatanie!
— Nadto, prawił Dubois daléj, miłostki księżnéj Berry, dzięki wrzaskom opata świętéj Sulpicyi, poczęły robić więcéj hałasu aniżeli przystoi. Był to skandal publiczny, który ślub ten tajemny; świadomy jutro całemu Paryżowi, uśmierzy rodzina waszej królewskiéj mości stanowczo się poprawia.
Książe Orleański odpowiedział na to straszném przekleństwem, a Dubois się uśmiechnął, owym uśmiechem, któregoby mu i sam Mefistofeles był pozazdrościł.
— Ciszéj tam! zawołał Szwajcar, niewiedząc kto robi tę wrzawę i który pragnąłby nowozaślubieni nie stracili i jednego słówka z pobożnéj przemowy jałmużnika.
— Sza, jaśnie oświecony panie, powtórzył Dubois, przeszkadzasz ceremonii.
— Zobaczysz, pochwycił książę, że jeżeli nie umilkniemy, to ona nas każę za drzwi wypchnąć.
— Ależ ciszéj! zawołał po raz drugi Szwajcar, uderzając halabardą swoją w podłogę chóru, właśnie gdy księżna Berry poleciła panu de Mouchy, by zobaczył co tę wrzawę spowodowało.
Pan de Mouchy pospieszył rozkaz księżnej wykonać, i spostrzegając dwie osoby chroniące się w cieniu, przystąpił do nich krokiem śmiałym i z podniesioną głową.
— Któż tu robi ten hałas? zapytał, i któż wam pozwolił wnijść do kościoła, moi panowie?
— Ten, który ma ochotę was wszystkich oknem powyrzucać, odrzekł rejent, ale który w téj chwili poprzestaje na tém, że tobie poleca, byś oznajmił panu Riom rozkaz, ażeby natychmiast do Cognac powrócił, a księżnę Berry zawiadomił, że jéj zakazuję na zawsze wstęp do palais-royal.
Po tych słowach rejent wyszedł, dając znak opatowi Dubois, by się za nim udał. Pan de Mouchy na ten widok pozostał wraz z wielkim brzuchem swoim, jak w ziemię wryty.
— Do palais-royal! zawołał książę wskakując do karety.
— Do palais-royal? powtórzył Dubois żywo. Nie, panie, wasza królewska mość zapominasz o naszym układzie. Towarzyszyłem jaśnie oświeconemu panu pod warunkiem, byś wasza królewska mość i mnie następnie towarzyszyć raczył. Panie woźnico! na przedmieście śgo Antoniego.
— Jedz do djabła, jam nie głodny.
— Dobrze. Książe jeść nie potrzebujesz.
— I cóż będę robił, nie jedząc i nie bawiąc się?
— Wasza królewska mość będziesz się patrzał jak inni się bawią i jedzą.
Cóż przez to chcesz powiedzieć?
— Ot to, że Pan Bóg właśnie zabrał się, by samemi cudami jaśnie oświeconego pana obsypać, co niezawsze się zdarza, a więc potrzeba niezatrzymywać się w połowie drogi. Widzieliśmy dzisiaj już dwa, bądźmyż obecni i trzeciemu.
— Trzeciemu?
— Tak, numer drugi, impasse Godet. Liczba nieparzysta podoba się Panu Bogu. Spodziewam się, żeś jaśnie oświecony pan nie zapomniał swojéj łaciny.
— Wytłumacz się, proszę, odrzekł rejent, niebędąc na teraz bynajmniej do żartów usposobiony. Ty, bo jesteś dość brzydkim, ażeby posłużyć za model do Sfinksa, ale co do mnie, to jestem już za stary, bym miał przyjąć rolę Edypa.
— A więc się wytłumaczę: że zobaczywszy córki swoje, dotąd pustotom i szałowi oddane, czyniące pierwszy krok rozsądny, zobaczysz jaśnie oświecony pan teraz syna swojego, robiącego pierwszy krok szaleństwa.
— Ludwika?
— Księcia Ludwika w osobie. Odmraża on się dzisiejszéj nocy, i to właśnie na to widowisko, tyle chlubne dla ojca, zaprosiłem waszą królewską mość.
— Książe pokręcił głową z wyrazem zwątpienia.
— Pokręcaj wasza królewska mość głową, tyle ile zechcesz, ale to co powiedziałem jest prawdą.
— I jakimże sposobem ocknął się z tego swojego otrętwienia?
— Wszelkiemi sposobami. Poleciłem kawalerowi, ażeby z nim pierwszą próbę fechtowania odbył. A teraz wieczerza z nim i z dwiema kobietami.
— I jakież to kobiety?
— Znam z nich tylko jednę. Kawaler miał przyprowadzić drugą.
— I on na to zezwolił.
— O mało, że go w rękę nie pocałował.
— Na mój honor, Dubois, myślę, że gdybyś był żył za czasów Ludwika ś., byłbyś go w końcu i do panny Filon zaprowadził.
Uśmiech tryumfu przemknął się po twarzy opata.
— Otóż wasza królewska mość pragnąłeś, by książę Ludwik umiał bronią robić, jak to jaśnie oświecony pan dawniéj robiłeś i passją masz robić jeszcze i dzisiaj. Przysposobiłem wszystko do tego.
— Naprawdę?
— Rzeczywiście. Kawaler w czasie kolacji skłóci się z nim trochę na sposób niemiecki. Można jemu zaufać w téj mierze. Chciałeś wasza królewska mość ażeby i jaką porządną zawiązał miłostkę, a jeżeli się oprze syrenie, którą ku niemu wysłałem, powiem że jest ś. Antonim.
— Czyś ty ją wybrał?
— Jak to! jaśnie oświecony panie, wszakżeż tu chodzi o honor familii, a wtedy tylko sobie ufam. A więc orgja dzisiejszéj nocy, a jutro rano pojedynek. Zaś jutro wieczorem, nasz neofita będzie się mógł z dobrem sumieniem Ludwik Orleański podpisać.....
— Prawdziwe licho z ciebie! wymówił książę, śmiejąc sig po raz pierwszy po odwiedzinach swoich w Chelles, i zgubisz syna tak jak zgubiłeś ojca.
— Zależy to od woli waszéj królewskiéj mości. Ale on powinien być księciem, albo w prawo albo w lewo: mężczyzną albo mnichem. Niechaj wybiera, bo pora po temu. Wasza królewska mość masz tylko jednego syna, który już liczy lat szesnaście, nie posyłasz go na wojnę, pod pozorem, że jest jedynakiem, a naprawdę, że książe nie wie jakby się tam znalazł.
— Dubois!
— Otóż jutro będziemy wiedzieli czego się trzymać.
— Piękna sprawa!
— Więc wasza królewska mość przypuszczasz, iż wyjdzie z honorem?
— Dosyć już, nic dobrego, nie czujesz-że, iż mnie obrażasz? Jak gdyby to było niepodobieństwem, ażeby się młody człowiek krwi mojéj zakochał, a cudem szczególnym, gdyby książę mojego imienia, wziął szpadę do ręki. Dubois, mój kochany, urodziłeś się opatem i tak umrzesz.
— Nie panie, o nie! Tani do licha! ja czegoś lepszego żądam.
Rejent się rozśmiał.
— Przynajmniéj, że ty, masz ambicją, a ów niedołęga, Ludwik, niczego nie żąda. Wiesz jednakże, że te twoje wymagania bardzo mnie bawią, więcej aniżelibyś sądził.
— Doprawdy! nie myślałem nigdy, że ze mnie taki trefniś.
— Przez skromność tylko, mój kochany, bo jesteś najzabawniejszém stworzeniem w świecie, jeżeli me najprzewrolniejszém. I przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz arcybiskupem....
— Kardynałem, jaśnie oświecony panie.
— Ach! więc ty kardynałem chcesz zasiać?..
— Zanim będę papieżem.
— Dobrze. Więc przysięgam, że w dniu w którym zostaniesz....
— Papieżem.
— Nie, kardynałem, w dniu tym bardzo się będą śmieli w palais-royal, masz na to moję słowo.
— Ej co tam! w Paryżu lepiéj się zaśmieją. Ale jak wasza królewska mość powiedziałeś, jestem czasem trefnisiem i chcę rozśmieszyć.
Powóz zatrzymał się na przedmieściu ś. Antoniego, przed domem zasłoniętym wysokim murem, po-za którym rosnące topole do reszty go zakryły.
— Czyż to nie tutaj jest mały domek Nocé’go? zapytał rejent.
— Tak jest. Jaśnie oświecony pan masz dobrą pamięć: pożyczyłem go na dzisiaj od niego.
— Czyliżeś aby wszystko dobrze urządził? Wieczerza, będzież smaczna i godna księcia krwi?
— Obstalowałem ją sam, i księciu Ludwikowi na niczém zbywać nie będzie. Lokaje ojca jego usługują mu; kucharz ojca jego gotuje dla niego, i poumizga się....
— Komuż?
— Zobaczysz to jaśnie oświecony pan na własne oczy. Ma to być niespodzianka...
— A wino?
— Z własnéj piwnicy Waszéj królewskiéj mości. I mam nadzieję, że po tym winku krew rodzinna przemówi.
— Zemną, bo nie miałeś tyle pracy, nieprawdaż, kusicielu?
— Jestem wymowny, ależ przyznać należy, że i z księcia był chwat. Wchodźmy.
— Ty masz klucz?
— A jakże!
Dubois wydobył klucz z kieszeni, włożył go ostrożnie w dziurkę od zamka, drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia i znów się również cicho zamknęły, gdy wszedł rejent i minister jego. Były to prawdziwe drzwi małych domków niby znające swoję powinność względem wielkich panów, którzy im czynili zaszczyt przestąpienia ich progu.
Przez szpary zamkniętych żaluzyj było widać światło, a stojący w sieni na straży lokaje oznajmili dostojnym gościom, że uczta już się zaczęła.
— Tryumfujesz, opacie, przemówił rejent.
— Spieszmy, jaśnie oświecony panie, bom ciekawy, co książę Ludwik porabia.
— O, i jam ciekawy.
— Więc idżmyż, nie mówiąc i słówka.
Rejent milczący wszedł za Dubois do gabineciku, zastawionym kwiatami, zkąd można było widzieć i słyszeć ucztujących.
— O! zawołał książę, poznając gabinecik, jestem w miejscu znajomém.
— Więcéj znajomém, aniżeli wasza królewska mość sądzisz. Ale pomniéj, jaśnie oświecony panie, że cokolwiek zobaczysz lub posłyszysz, należy się milczeć lub pocichu mówić.
— Nie troszcz się o to!
I obydwaj zbliżyli się do otworu, prowadzącego na salę, przyklęknęli na kanapie i odsunęli kwiaty, by lepiéj widzieć, co się tam dzieje.
Syn rejenta, chłopiec piętnastoletni, siedział w fotelu, właśnie na przeciwko swojego ojca. Z drugiéj strony stołu, plevcami do dwóch ciekawych, umieścił się kawaler. Dwie kobiety, nader postrojone, uzupełniały ową partie carrée, przez opata zapowiedzianą: jedna siedziała przy młodym księciu, druga obok kawalera.
Amfitryon téj uczty pił, rozprawiał, a kobieta siedząca obok niego, to się krzywiła to ziewała.
— A co? mówił rejent, usiłując rozpoznać kobietę, siedzącą naprzeciw niego, zdaje mi się, że znam tę twarzyczkę.
I lornetował ją z większą jeszcze uwagą. Dubois śmiał się w duchu.
— Co u licha! mówił znowu rejent, kobieta ciemnego włosa i oczu niebieskich.
— Ciemnego włosa i oczu niebieskich. Cóż daléj jaśnie oświecony panie?
— Kibić zachwycająca, rączka śliczna...
— Cóż daléj?
— Pyszczek różowy...
— Daléj!
— Tam do diabła! nie mylę się: to mysz!
— No i cóż!
— Jak to hultaju, musi aleś właśnie mysz wybrać?
— Dziewczyna tak zachwycająca, nimfa opery. Zdawało mi się, że ta będzie najstosowniejsza.
— To więc owa niespodzianka, którą mi obiecywałeś, mówiąc że mu usługują lokaje ojca, że pije wino ojcowskie i że się umizga...
— Metresie swojego ojca. Tak, panie.
— Nieszczęsny! krzyknął książe, cóżeś zrobił?
— Ej co tam! odrzekł Dubois.
— I że to ona przystała!
— Toć-to jéj rzemiosło!
— Z kimżeż ona myśli, że jest.
— Z szlachcicem wiejskim, który przybył do Paryża, by swoję schedę przejeść.
— Któż jest ta druga?
— Nic o niéj nie wiem. Kawaler ją zaprosił.
W téj chwili kobieta, siedząca obok kawalera, dosłyszała po za sobą jakieś szeptanie i obróciła się.
— Ach! ale... nie mylę się! krzyknął Dubois odurzony z kolei.
— Co takiego?
— Ta druga!
— I cóż ta druga?
Ładna wspoł-biesiadniczka obróciła się znowu.
— To Julia! zawołał Dubois, o nieszczęsna!
— A otóż i wszystko w najlepszym porządku: moja metressa i twoja!.... słowo honoru, dałbym nie wiedzieć co, gdybym się mógł naśmiać do woli.
— Poczekaj wasza królewska mość, chwilkę cierpliwości!
— Ale czyś ty oszalał? cóż u licha chcesz robić?.... Dubois, rozkazuję ci pozostać. Chcę zobaczyć jak się to wszystko skończy.
— Posłusznym waszéj królewskiéj mości, ale zrobię jedno wyznanie....
— Jakież?
— Że już nie wierzę w cnotę niewieścią.
— Dubois! zawołał rejent, rzucając się na kanapę, gdy i opat toż samo zrobił, jesteś wyborny, na moje słowo. Umieram ze śmiechu.
— Śmiejmy się, jaśnie oświecony panie, ale ostrożnie; masz wasza królewska mość słuszność: potrzeba się końcowi tego wszystkiego przypatrzyć.
I obydwaj serdecznie się naśmiali, a potém znowu dawniejsze zajęli miejsce, by nowe poczynić spostrzeżenia.
Biedna mysz ziewała, że aż ją, szczęki bolały.
— Wie wasza królewska mość, że książę Ludwik wcale niema miny odurzonego.
— Wygląda jak gdyby wcale nie był pił.
— A owe butelki co tam stoją, czyliż to co zawierały samo się ulotniło?
— Masz słuszność. Ale jakżeż poważny ten mniemany szlachcic.
— Cierpliwości! Poczyna się już ruszać, coś mówi... słuchajmy!
W téj chwili młody książę się podniósł i odepchnął butelkę, którą mu mysz podawała.
— Chciałem tylko zobaczyć, co to jest orgia, wymówił poważnie. Widziałem i odchodzę bynajmniéj niezadowolony. Mędrzec powiedział Ebrietas omne vitium delegit.
— Cóż to on tam nuci u licha? zapytał książe.
— Źle, aj źle! poszepnął Dubois.
— Jakto, mój panie! zawołała w tejże chwili sąsiadka młodego księcia, z uśmiechem, który pokazał zęby tak równe, jak najpiękniejszy sznurek pereł. Jakto! pan nie lubisz wieczerzać?
— Nie lubię ani jeść ani pić, kiedy nie mam głodu i pragnienia.
— Błazen! pomruknął książę, i obrócił się do Opata, który sobie usta przygryzał.
Towarzysz księcia Ludwika, śmiejąc się wymówił:
— Ależ książę robisz wyjątek, co do nudzenia się swojego, z naszych miłych współtowarzyszek?
Ludwik Orleański się zarumienił i odrzekł:
— Nie rozumiem pana.
— Mówię, że pan nie po pełnisz téj niegrzeczności względem tych dam tutaj, opuszczając tak wcześnie ich towarzystwo.
— Jest już późno, mój panie.
— Ba! odparł kawaler, zaledwie północ.
— A potém... dodał książę, szukając wymówki, a potém... jestem zaręczony.
Kobiety w głos się rozśmiały.
— Jakiż osioł! pomruknął Dubois.
— A co?
— Przepraszam, zapomniałem, że to jest syn waszéj królewskiéj mości.
— Mój kochany, ozwał się kawaler, jesteś taki parafianin, że aż strach!
— Cóż to się znaczy! zawołał rejent. Jakżeż on w ten sposób może do księcia krwi przemawiać?
— Jest on uprzedzonym, by udawał że nie wie kogo ma przed sobą i miał księcia za zwyczajnego szlachcica. A z resztą, mówiłem mu, by go podrażnił.
— Przepraszam mój panie, ozwał się książę Ludwik, mówiłeś cóś do mnie, a że i ta pani właśnie do mnie zagadała, nie uważałem coś pan powiedział.
— I pan chcesz ażebym powtórzył, to com powiedział? zapytał kawaler z drwinkami.
— Radbym usłyszeć.
— A więc powiedziałem! Jesteś pan taki parafianin, że aż strach.
— Szczycę się tém, mój panie, bo mnie to odróżnia od pewnego Paryżanina, z którym się znam.
— Wcale nie źle! pochwycił książę.
— Phu!... dodał Dubois.
— Jeżeli się to do mnie stosuje, odpowiem panu, że jesteś niegrzecznym. Co do mnie, mniejsza o to, bo mi pan możesz zdać sprawę z tej niegrzeczności, która jednakże w obec tych dam, jest niczém niewytłumaczoną.
— Twój napastnik posuwa się za daleko, mój opacie, przemówił książę niespokojny, bo zaczną się rąbać niebawem.
— To ich wtedy wstrzymamy.
Młody książe miny nie skrzywił, ale wstał, obszedł stół do koła, i przystępując do współ-towarzysza swojego, poszepnął mu cóś zcicha.
— Otóż widzisz! mówił rejent, coraz więcej niespokojny, do opata. Tam do licha, ja nie chcę, aby mi go zabito.
Ależ Ludwik nic więcéj nad to kawalerowi nie powiedział:
— Rękę na serce, mój panie, czyliż naprawdę tutaj się bawisz? Co do mnie, nudzę się straszliwie. Gdybyśmy byli sami mówił bym z tobą o jednej kwestyi, kto ra mnie wielce zajmuje; to jest o szóstym rozdziale wyznań ś. Augustyna.
— Jak to! zawołał kawaler z zadziwieniem wcale nie udaném, pan zajmujesz się religiją? To za rychło, jak mi się zdaje.
— Nie jest nigdy zawczesnie, odparł książę nauczająco, zajmować się zbawieniem swojém.
Rejent westchnął głęboko. Dubois podrapał się po nosie.
— Posłuchaj! chciałbym pewno o tém rozprawiać — mówił znowu książę Ludwik. Ś-ty Heronim twierdzi że łaska w tedy tylko jest skuteczną, gdy.....
— Niech cię piorun trzaśnie! krzyknął kawaler. Gdybyś był pił wino, powiedział bym, że ci w głowie zaszumiało.
— Teraz, mój panie, powiem ci z kolei, że to ty jesteś niegrzecznym; i odpowiedziałbym ci w tym samym sposobie, gdyby to nie było grzechem, zważać na obelgi.... Dzięki Bogu, jestem lepszym od ciebie chrześcianinem.
— Kiedy się wieczerza w małym domku, nie chodzi bynajmniéj o zasługę być dobrym chrześcianinem, ale raczéj dobrym współbiesiadnikiem. Lecz drwię z takiego towarzysza, jak pan jesteś. Wołałbym samego ś. Augustyna.... choćby i po nawróceniu jego.
Młody książe zadzwonił. Wszedł lokaj.
— Odprowadź tego pana i poświeć mu, wyrzekł tonem pełnym godności, Co do mnie, odjadę za kwadrans. Masz pan swój powóz, kawalerze?
— Nie, nie mam.
— W takim razie, mój jest na rozkazy twoje. Przykro mi, że nadal nie mogę korzystać zeznajomości z panem. Ale już powiedziałem: nasze upodobania różnią się zupełnie z sobą, nadto wracam na wieś.
— Tam do licha! czyliżby wyprawił swojego współbiesiadnika, by sam z kobietami pozostać.
— Byłoby to zabawnie, odrzekł rejent, ależ tak nie jest.
W tym czasie, kawaler się oddalił, a Ludwik Orleański zostawszy sam z dwiema na dobre spiącemi kobietami, wyciągnął z jednéj kieszeni duży zwój papierów, a z drugiéj, kamizelkowej, mały ołówek srebrny, i począł na marginesach robić notatki z gorliwością zupełnie teologiczną, wśród dymiących jeszcze półmisków i butelek na wpół dopiero próżnych.
— Jeżeli ten książę miałby kiedyś stanąć na przeszkodzie linii starszéj, byłbym bardzo nieszczęśliwym. I gdzież jest ten, któryby śmiał powiedzieć, że wychowuję dzieci moje w nadziei osiągnienia tronu?
— Przysięgam waszéj królewskiéj mości, żem zachorował, ozwał się Dubois.
— Ach, moja młodsza córka Jansenistką, starsza filozowką, a mój syn jedynak teologiem! Nie posiadam się ze złości. Daję słowo, że chciałbym spalić tych wszystkich, co taki zły wpływ wywierają.
— Nie czyń wasza królewska mość tego, boby mówiono, że idziesz torem wielkiego króla i pani de Maintenan.
— Niechżeż więc sobie żyją. Ale pojmujesz-że tego mazgaja, który już pisze jakieś in-folio? A to potrzeba rozum postradać! Zobaczysz, że jak umrę, to on każę moje obrazy, Dafne i Chloe, ręką kata spalić.
Z dziesięć minut zajmował się Ludwik swojemi notatkami; potém schował manuskrypt starannie do kieszeni, toż samo i ołówek, nalał sobie szklankę wody, umaczał w téjże skórkę chleba, zmówił pobożnie pacierz, i z prawdziwym smakiem i przyjemnością spożył ten posiłek anachorety.
— Ach, to wyrzeczenie si<ę wszystkiego! pomruknął rejent stroskany. Lecz powiedz mi, Dubois, któż go tego u diabła nauczył?
— Nie ja, przysięgam!
Ludwik się podniósł i znowu zadzwonił.
— Powóz czy czeka? zapytał lokaja.
— Czeka, jaśnie oświecony panie.
— To dobrze, jadę. A co do tych pań, śpią one teraz; a gdy się przebudzą, będziesz na ich rozkazy.
Lokaj się pokłonił a młody książę wyszedł tak poważnym krokiem, jak arcybiskup gdy swojego błogosławieństwa udziela.
— Bodaj cię mór udusił, żeś mnie zrobił spektatorem tego wszystkiego! zawołał reient do najwyższego stopnia zniechęcony.
— Szczęśliwy ojcze! odparł Dubois, troiście szczęśliwy! Dzieci waszéj królewskiej mości kanonizują się instynktowo, a świat spotwarza tę świętą rodzinę! Na mój kapelusz kardynalski! chciałbym, aby tu byli obecnymi książęta linii starszéj.
— A więc im pokażę, jak ojciec naprawia błędy swojego syna. Chodź, Dubois.
— Nie rozumiem waszej królew. mości.
— Dubois! niech mnie diabli biorą, ależ i ciebie zaraza dosięgła.
— Mnie?
— Ciebie. Jest przed nami wykwintna wieczerza, wyborne winko.... Ejże Dubois! Jam głodny.... Dubois, jam spragniony.... Idźmyż i korzystajmy z tego, co nam ów mazgaj zostawił.... Rozumiesz mnie teraz?
— Zaprawdę, myśl doskonała! zawołał Dubois zacierając ręce, i wasza królewska mość jesteś tylko sam jeden, który stoisz n a równi z własną sławą.
Dwie kobiety spały ciągle. Dubois i książę wybiegli z swojego ukrycia i weszli na salę. Rejent zajął miejsce swojego syna a Dubois kawalera.
Rejent przeciął szpagat u szampanki, korek wystrzelił i zbudził obiedwie kobiety.
— Aha! więc przecież raz się pan napijasz, przemówiła Mysz.
— A ty raz przecież oczy otworzysz, odpowiedział książe.
Głos ten uderzył rozespaną, jak gdyby nie była pewną siebie, czyli się na prawdę obudziła, podniosła się nieco, lecz poznając rejenta, upadła znowu na krzesło i po dwa razy wymówiła imię Julii, towarzyszki swojéj.
A Julią, zdawało się, że oczarowało szydercze spojrzenie i skrzywiona twarz opata.
— Dalejże, Myszko, mówił książe, jesteś dobrą dziewczyną, jak widzę. Kazałem cię przez Dubois zaprosić na wieczerzę. Miałaś tyle innych zatrudnień pod ręką, a jednakże przyszłaś.
Współtowarzyszką Myszy, więcéj od tamtéj przestraszona, spoglądała to na księcia, to na opata, to na przyjaciółkę swoję.
— Cóż tobie jest, panno Julio? zapytał jéj Dubois, czyliżby się książę mylił? I czyliżeś tu nie dla nas przyszła?
— Nie mówię tego, odpowiedziała panna Julia.
Mysz się rozśmiała.
— Jeżeli to wasza królewska mość nas tutaj przywołać kazałeś, sam o tém wiesz najlepiéj; a jeżeli nie, to wasza królewska mość jesteś niedyskretnym i w takim razie nie odpowiadam.
— I cóż opacie! zawołał książę, śmiejąc się szczerze, czyż ci nie mówiłem, że to dowcipna dziewczyna?
— A ja, odpowiedział Dubois, nalewając wina dwom dziewczynom, nie mówiłem-że jaśnie oświeconemu panu, że to wyborne jest winko?
— Powiedz, Myszko, nie poznajesz-że tego wina?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, że się ma z winem tak samo, jak z kochankami.
— Rozumiem, a ty nie masz tak rozległéj pamięci.... To pewna, że jesteś, nietylko najodważniejszą dziewczyną, ale zarazem i najpoczciwszą, jaką znam. Ty, bo nie jesteś hipokrytką, i książę westchnął.
— Skoro więc jaśnie oświecony pan to z téj strony bierzesz.....
— To co?
— Zadam ja kilka pytań jaśnie oświeconemu panu.
— Dobrze.
— Znasz się wasza królewska mość na snach?
— Jestem wróżbitą.
— Więc mi jaśnie oświecony pan możesz wytłómaczyć mój sen?
— Lepiéj aniżeli ktokolwiek inny. A jeżeli się zatchnę, to mam przecież opata przy sobie, który mnie dwa miliony rocznie kosztuje, by odgadnąć dobre i złe sny w mojém państwie. Więc gadajże co ci się śniło.
— Wiesz jaśnie oświecony pan, że znudzone czekaniem waszéj królewskiéj mości, zasnęłyśmy obiedwie z Juliją.
— Wiem o tém, i spałyście bardzo smacznie, gdyśmy weszli.
— Otóż, jaśnie oświecony panie, nie tylko żem spała, ale śniłam nawet.
— Doprawdy?
— Rzeczywiście. Nie wiem czy i Julija śniła, ale co do mnie, zdawało mi się, że widzę....
— Słuchaj Dubois, sądzę, że to będzie coś interessującego, zawołał książe.
— W miejscu pana opata siedział jakiś oficer, nie zajmowałam się nim wcale i zdaje mi się, że on dla Julii przyszedł.
— Czy słyszysz, moja panno? przerwał Dubois, strasznie ciebie obwiniają, Julija, mniej przytomna, i którą dla zrównoważenia Myszy nazwano Szczurem, milczała rumieniąc się.
— A któż był na mojém miejscu? pytał książę.
— Ach! otóż to właśnie, o czém mówić chciałam, odpowiedziała Mysz. W miejscu gdzie teraz wasza królewska mość usiadłeś, siedział... to jest w śnie moim.
— Rozumie się! zawołał książę.
— Siedział młody i ładny chłopiec, niemający więcéj jak lat piętnaście lub szesnaście, ale taki jakiś dziwaczny, taki niezwyczajny, jakby jaka młoda panienka; tylko, że po łacinie mówił.
— Ach, cóż to ty prawisz, moja Myszko!
— Wreszcie, po całogodzinnéj rozmowie o przedmiotach teologicznych, — po rozprawach bardzo zajmujących o ś. Hieronimie i Augustynie, po uwagach nadzwyczaj światłych o Jansenismie, wystaw sobie wasza królewska mość, śniło mi się, że usypiam.
— Tak dalece, że i teraz śni ci się, że śnisz.
— Nie inaczjé, i to wszystko zdaje mi się być tak powikłanym, żem bardzo ciekawa rozwiązania. Nie mogąc sama przyjść z tém do końca, wiedząc, że żądać tego od Julii byłoby daremném, udaję się więc do waszéj królewskiéj mości, który wielkim jesteś wieszczbiarzem, jak to sam wyrzekłeś, z prośbą o wyjaśnienie tego snu mojego.
— Myszko, mówił książę, nalewając jej znowu kieliszek wina, skosztuj tego na serjo, sądzę żeś spotwarzyła twoje podniebienie.
— Rzeczywiście, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała Mysz wypróżniwszy kieliszek, to wino przypomina mi pewne winko, którego nie piłam jak....
— Tylko w palais-royal?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— A więc, skoroś je tylko w palais royal piła, jest rzeczą pewną: że tam jeno jest takie, nie prawdaż? Bywasz dosyć w świecie, ażebyś téj sprawiedliwości mojéj piwnicy oddać nie miała.
— I oddaję jéj tę sprawiedliwość, jawnie i głośno.
— Skoro więc takiego wina nigdzie niemasz, tylko w palais-royal, więc téż ja, a nie kto inny, to wino tu przysłałem.
— Wasza królewska mość?
— Ja albo Dubois, to to samo. Wszakżeż wiesz, że on ma nie tylko klucze od mojego worka ale zarazem i od piwnicy.
— Klucze od piwnicy, to być może, odważyła się wreszcie panna Julija słówko przemówić, ale co się tyczy worka, to o tém należałoby wątpić.
— Czy słyszysz, Dubois? zawołał rejent.
— Jak to wasza królewska mość musiałeś uważać, to dziecię bardzo rzadko przemawia, ale za to, gdy się odezwie, to jakby ś. Jan złotousty, bo samemi tylko sentencjami. A jeżeli jato wino tu przysłałem, to nie dla kogo innego, tylko dla księcia Orleńskiego.
— Ale ich jest dwóch, wtrąciła Mysz.
— Otóż-to! zawołał książe.
— Syn i ojciec, Ludwik Orleański i Filip Orleański.
— Domyślasz się Myszko, domyślasz!
— Jakto! zawołała tancerka, pokładając się na fotelu i śmiejąc się głośno.
— Jak to! ten młody chłopaczek, ta panienka, ten teolog, Janzenista....
— Idź że sobie!
— Com go to w moim śnie widziała?
— No, tak jest.
— Tam, gdzie wasza królewska mość teraz siedzisz?
— W tém samém miejscu.
— To był księże Ludwik Orleański?
— On sam.
— O, jaśnie oświecony panie, jakżeż jest niepodobien do waszéj królewskiéj mości, i jakżem kontenta, żem się ocknęła.
— Ale ja nie, przemówiła Julija.
— I cóż waszéj królewskiéj mości mówiłem! zawołał Dubois. Ty zaś Julijo, moje dziecię, wartaś tyle złota ile ważysz.
— Więc mnie zawsze kochasz, moja Myszko? pytał rejent.
— Mam słabość do waszéj królewskiéj mości.
— Pomimo snów twoich?
— Czasem nawet właśnie z przyczyny tych snów, jaśnie oświecony panie.
— To nie bardzo jest pochlebném, jeżeli wszystkie sny twoje podobne do dzisiejszego.
— O, niechaj wasza królewska mość nie przypuszcza, ażebym co noc cierpiała na zmorę.
Odpowiedź ta utwierdziła rejenta w tém mniemaniu, że Mysz jest dowcipną dziewczyną. Przerwana wieczerza zaczęła się na nowo i potrwała do godziny trzeciéj z rana. Poczém rejent odwiózł Mysz karetą syna swojego do palais-royal, a Dubois Szczura powozem rejenta do jéj mieszkania.
Zanim się udał na spoczynek, rejent walczący przez ciąg całego wieczora z smutkiem swoim, napisał jeszcze list i zadzwonił
— Bastjanie, mówił do niego, zważaj, by list ten odszedł dziś rano kurjerem nadzwyczajnym i oddanym został do rąk własnych.
List ten był adresowany: Do pani Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson.


IV.
CO SIĘ DZIAŁO DWIE NOCY POŹNIEJ O MIL PIĘĆDZIESIĄT OD PALAIS ROJAL.

We dwie nocy po téjże, w któréj rejent tyle doznając zawodów, jeździł z Paryża do Chelles, z Chelles do Meudon, a z Mendon na przedmieście ś. Antoniego, wydarzyła się w okolicach Nantes scena, której najmniejszych szczegółów nie możemy opuścić, by nie zaszkodzić zrozumiałości naszego opowiadania. Przenosimy zatém czytelnika prawem romansisty, na miejsce tegoż wydarzenia.
Na drodze do Clisson, o milę od Nantes, niedaleko klasztoru, sławnego przez pobyt w nim Abelarda, wznosił się dom wielki, czarny, otoczony wysokiemi ciemnemi drzewami, jakiemi Bretanja jest przepełniona. Zarośla przy drodze, zarośla przy ogrodzeniu, gęstwiny okiem nieprzejrzane, przecięte tylko wysoką kratą drewnianą, na któréj był krzyż i która zarazem jedyne wejście stanowiła, otóż to obraz zewnętrzny tego domu. Po za tą kratą był ogród, a w głębi widziano w murze małe, wązkie drzwiczki, wiecznie zamknięte. Z daleka, mieszkanie to odosobnione i posępne, wyglądało jak więzienie pełne smutków i boleści; zbliska, przekonano się, że to był klasztor zaludniony młodemi Augustjankami, oddanemi regule nie bardzo surowéj, zważając na obyczaje bretańskie, lecz bardzo uciążliwéj w porównaniu z Wersalem i Paryżem.
Dom ten był z trzech stron niedostępny; z czwartéj zaś, przeciwnej ode drogi, obmywał staw niewielki podnóże muru; o stóp dziesięć ponad tą powierzchnią wodną, znajdowały się dopiero okna refektarza.
Staw, jako i wszystko w około, był bardzo starannie utrzymywanym; otaczał go płot, zasłoniony niczliczoném mnóstwem trzciny i szerokiemi liśćmi wodnych roślin i kwiatów. Wieczorem mnogie ptastwo zalegało tęż trzcinę, świergocąc wesoło aż do zachodu słońca. Potém, z pierwszemi cieniami nocy, uroczysty zapadał spokój, przechodzący zewnątrz we wnętrze klasztoru; mgła lekka powiała nad wodą, podobna do białego widma unosiła się w mrocznéj przestrzeni, któréj ciszę niekiedy tylko odzywanie się świerszcza, ostry głos puchacza albo ponury i przeciągły krzyk sowy przerywał.
Żelazna krata otwierała się na staw, by dać przejście napływowi wody z małego strumyka. Po drugiéj stronie była takaż sama krata, lecz nie do otworzenia. Przecisnąć się zaś pod nią, płynąc z wodą albo pod wodę, było niepodobieństwem, ponieważ drążki żelazne głęboko w łoże strumienia były zapuszczone.
W lecie widziano wśród trzciny i kwiatów kołyszące się na stawie czółno rybackie. Było ono własnością ogrodnika, który go używał, zarzucając sieć lub wędkę w rybniejszych miejscach, co było jedną z rozrywek dla biednych samotnic klasztoru.
Ale niekiedy także, letnią porą, w noc ciemną, otwierała się krata tajemniczo; jakiś mężczyzna milczący, okryty płaszczem wsiadał w czółno, które, rzekłbyś, iż się samo odhaczyło od żelaznego pręcika kraty, i zwolna, bez najlżejszego szmeru, niby niedostrzeżonym podmuchem pędzone, z cicha podpłynęło do murów klasztoru i zatrzymało się pod jedném z okien refektarza. Wtedy to posłyszano znak umówiony, naśladujący głos świerszcza, wołanie puchacza albo krzyk sowy, i młoda dziewczyna ukazała się w oknie, nie dość gęsto zakratowaném, by z niego jej śliczna, jasno-włosa główka wychylić się nie mogła, ale zbyt wysoko będącém, ażeby młody człowiek w płaszczu, pomimo wszelkich usiłowań, mógł był choć rękę jéj schwycić.
Potrzeba im więc było na cichéj i czuléj poprzestać rozmowie, któréj słów połowę szmer wody i szelest wietrzyka z sobą unosił. Po upłynionéj w ten sposób godzinie, nastąpiły pożegnania, trwające znowu godzinę. Następnie umówiła się młoda para kiedy się znowu zobaczyć mają, i jaki sobie znak dadzą, poczém łódka wróciła tą drogą, jaką była przypłynęła. Krata zamknęła się tak cicho, jak ją poprzednio otworzono. A młodzian, oddalając się, przesłał całus do okna, które młoda dziewczyna z westchnieniem opuściła.
Ale obecnie nie było lato. Jesteśmy, jak już wyżéj powiedziano, na początku lutego, strasznéj zimy r. 1719; piękne gęste drzewa pokrył szron srebrzysty, weseli goście osamotnili trzcinę i zarosłe, szukając cieplejszego nieba lub schronienia. Kwiaty i rośliny leżą zmrożone na zielonawych lodach, przyprószonych śniegiem. I dom czarny przybrał jeszcze żałobniejszą postać, jak zwykle, pokryty białym płaszczem, niby całunem, począwszy od dachu lśniącego się szronem aż do podnóża zasłanego śniegiem.
Więc dzisiaj już niemożna przebyć stawu czółenkiem, bo cała jego powierzchnia zlodowaciała.
A jednakże, pomimo ciemności nocy i ostrego zimna, jakiś jeździec, sam jeden, wyjechał z Nantes, by się błąkać po polach, bo się nie udał drogą wiodącą z Nantes do Clisson, ale wybrał drożynkę po nad kanałem, odbiegającą na kilkaset kroków od wielkiego gościńca. Będąc już na drożynce, jeździec opuścił cugle i dozwolił wolnego biegu wierzchowcowi, doskonałemu koniowi rasowemu, który zamiast biedz naprzód, zwolna postępował i ostrożnie, bo jakkolwiek droga zdawała się być równą jak po stole, przerzynały ją jednakże głębokie koleje, wyboje i kamienie, które śnieg zdradziecko pokrywał. Kawałek drogi wszystko szło dobrze: wiatr, niemogąc przeszkodzić nocnemu jeźdźcowi, szamotał tylko płaszczem jego; nagie drzewa jakby czarne kościo-trupy, pozostawały na prawo i na lewo, a blask śniegu, jedyne światło jakie rozwidniało jego awanturniczą wyprawę, dozwolił mu zaledwie drogę rozpoznać. Jednakże niezadługo, pomimo całéj ostrożności, koń potknął się o polny kamień, poczuwszy cugle powstał natychmiast, ale jeździec dostrzegł, że zakulał. Z razu nie zważał na to i jechał daléj, lecz po chwili kulenie stawało się coraz znaczniejszém, sądząc przeto że może kamyk wcisnąwszy się pod kopyto, dolega koniowi, rycerz z siadł zeń i począł nogę jego opatrywać: dostrzegł że zgubił podkowę i że noga była skrwawioną. Obejrzał się po za siebie i na śniegu dostrzegł także ślady krwi.
Młody podróżny zdawał się być tym wypadkiem nieprzyjemnie dotknięty, i właśnie przemyśliwał nad tém, jakby złemu zaradzić, gdy pomimo gęstego pokładu śnieżnego, posłyszał tentent zbliżających się koni. Nadstawił ucha czyli się nie myli, a przekonawszy się, że kilku ludzi jedzie tąż co i on drogą, i wiedząc że, jeżeli przypadkiem za nim gonią, w kilku chwilach go dopędzą, poradził sobie natychmiast: wsiadł szybko na koń, zjechał z drogi, ukrył się za kilkoma wywróconemi drzewami, dobył szpady z pochwy a pistoletu z olstry, i czekał napaści.
Po chwili nadjechało kilku ludzi, co koń mógł wybiedz, i można było, pomimo ciemności, dostrzedz ich szare płaszcze i białego konia pod jednym z nich. Było ich czterech i jechali w zupełném milczeniu. Nieznajomy ukryty, powstrzymał nawet oddech swój, a koń jego, jak gdyby zrozumiał niebezpieczeństwa, stał nieruchomie jak kamienny. Niesłysząc żadnego szelestu, kawalkada minęła wywrócone drzewa; nieznajomy już przypuszczał, że się pozbył owych nie w porę mu przybyłych natrętów, ktokolwiekby oni byli, gdy ciż przystanęli niespodzianie. Ten, który się zdawał być ich przewódzcą, zsiadł z konia, dobył latarnki z pod płaszcza, zapalił ją i rozjaśnił drogę. Niewidząc już śladów które im dotąd były przewodniczyły, zwrócili się, rozpoznali miejsce, gdzie się jeżdziec samotny był zatrzymał, i zwracając latarkę ku drzewom, z łatwością dostrzegli, pomimo ich nieruchawości i milczenia, człowieka i konia.
Zadzwoniły natychmiast kurki u kilku pistoletów.
— Hola! panowie! zawołał wtedy właściciel skaleczonego konia, odzywając się pierwszy. Któż jesteście i czego chcecie?
— To on! zawołało kilka głosów, nie omyliliśmy się.
Człowiek z latarnką począł się zbliżać ku nieznajomemu.
— Ani na krok bliżej, bo zabiję! krzyknął jeździec. Wymieńcie nazwiska swoje, i to zaraz, bym wiedział z kim mam do czynienia.
— Nie zabijaj nikogo, panie de Chaulay, odpowiedział człowiek z latarnką spokojnym głosem, i schowaj swoje pistolety do olstrów, zawierzaj mi.
— Ach! toś ty, margrabio de Pontcalec? odpowiedział ten, którego nazwano de Chaulay.
— Tak jest, mój panie.
— I cóż tu porabiasz, proszę?
— Chcę zażądać od ciebie niektórych objaśnień, co do twojego postępowania. A więc przybliż się i odpowiadaj, jeżeli łaska.
— To zaproszenie brzmi dziwnie, margrabio, czy nie mógłbyś innych użyć wyrazów, skoro sobie życzysz, bym na nie odpowiedział?
— Przybliż się, Gastonie, mamy rzeczywiście z tobą do mówienia, mój kochany.
— A, to co innego! zawołał Chaulay. Znam twój sposób przestawania, Mont-Louis. Ale wyznaję, żem jeszcze nie nawykł do manie rów pana de Pontcalec.
— Maniery moje są szczere i otwarte, jak przystoi na Bretona, który niema żadnéj tajemnicy dla przyjaciół swoich, mój panie, odpowiedział margrabia, i który z wszelką otwartością jest gotów odpowiedziéć na każde zapytanie, zrobione z takąż otwartością, z jaką on je czyni.
— I ja się przyłączam do pana Mont-Louis, ozwał się jeszcze głos jeden, by prosić Gastona, ażeby nam się po przyjacielsku wytłumaczył. Naszym pierwszym interessem jest, jeżeli się nie mylę, nie rozpoczynać wojny pomiędzy sobą.
— Dziękuję ci, Ducouëdic, odrzekł kawaler; to także jest i mojém zdaniem, i dla tych powodów poddaję się.
I po tych stówach pokoju schował pistolety do olstrów a szpadę w pochew, i zbliżył się do kalwakady, czekającéj, na środku drogi, ostatecznego wypadku powyższej rozmowy.
— Panie do Talhouet, przemówił margrabia de Pontcalec, tonem człowieka, który je sobie przywłaszczył, albo któremu nadano prawo rozkazywania, zważaj by się nikt do nas nie zbliżył, zanim nas o tém uprzedzisz.
Pan de Talhouet począł natychmiast na swojém koniu w dużej przestrzeni okrążać współ-towarzyszy, mając oko i ucho na straży, jak mu to polecono.
— A teraz, mówił dalej Pontcalec, siadając na koń, zgaśmy już latarnkę, bośmy już znaleźli, czegośmy szukali.
— Ależ panowie, ozwał się na to kawaler de Chaulay, pozwólcie sobie powiedziéć, że wszystko co się tu dzieje, bardzo mi się dziwném wydaje. Więc to za mną goniliście, jak się domyślam? Więc mnie szukaliście, jak to sami mówicie? znaleźliście mnie i możecie teraz zgasić latarnkę. Cóż to wszystko znaczy? Jeżeli to ma być żart, przyznam się, że czas i pora nie po temu.
— Nie panie, odpowiedział margrabia de Pontcalec, swoim ostrym i grubém głosem. To nie jest żart ale indagacja.
— Indagacja? zawołał kawaler, marszcząc brwi.
— Tak jest.... raczéj tłumaczenie się tylko, pochwycił Mont-Louis.
— Indagacja czyli tłumaczenie się, mniejsza o to! Okoliczność za nadto jest ważną, ażeby igrać słowami lub badać ich znaczenie. Indagacja czyli tłumaczenie się, wszystko to jedno, powtarzam, ale odpowiadaj na zapytanie nasze, panie de Chaulay.
— Rozkazujesz zbyt surowo, margrabio, wyrzekł kawaler.
— Jeżeli rozkazuję, to widać że mam prawo po temu. Jestemże waszym zwierzchnikiem lub nie?
— Jesteś nim, niezaprzeczenie. Ale to cię nie upoważnia, byś zapomniał o względach, jakie szlachcicowi przystoją.
— Panie de Chaulay, oj panie de Chaulay! te wszystkie trudności, jakie czynisz, bardzo na wybiegi zakrawają. Dałeś słowo być posłusznym, bądźżeż nim teraz.
— Dałem słowo być posłusznym, mój panie, ale nie być służalcem.
— Przysięgłeś słuchać jak niewolnik. Słuchajże teraz, albo poddaj się skutkom twojego nieposłuszeństwa.
— Panie margrabio!....
— Daléjże, mój kochany Gastonie, mów, proszę cię, im prędzéj tém lepiéj. Jedném słówkiem możesz wszelkie podejrzenia uśmierzyć.
— Podejrzenia! krzyknął Gaston, blady i drżący z gniewu, więc wy mnie podejrzywacie?
— Nieinaczéj, podejrzywamy cię, odpowiedział Pontcalec z swoją otwartością surową. Czyliż sądzisz, że nie mając ciebie w podejrzeniu, bylibyśmy gonili za tobą? Niby to dla zabawki tylko, jeszcze w czasie takiéj niepogody!
— O! jeźli tak się ma, margrabio, odrzekł Gaston ozięble, jeżli mnie podejrzywasz, to powiedz o co, słucham.
— Przypomnij sobie szczegóły, kawalerze. Nas czterech zrobiło spisek; nie wzywaliśmy pomocy twojéj, ale sam nam się oświadczyłeś, mówiąc, że prócz ogólnego dobra, by nam dopomódz, masz i własną obrazę do pomszczenia. Czyliż nie tak było?
— Tak, rzeczywiście.
— I przyjęliśmy cię, przyjęli jak brata. Opowiedzieliśmy ci wszystkie nadzieje nasze i zamiary. Co więcéj, na ciebie los przypadł, wymierzenia ciosu najpożyteczniejszego a zarazem i pełnego chwały. Każdy z nas byłby chętnie z tobą się pomieniał: odmówiłeś. Czyliż i to nie prawda?
— Nie wyrzekłes ani słówka, margrabio, któreby świętą prawdą nie było.
— Dzisiaj rano ciągnęliśmy losy. A dziś wieczorem powinieneś być na drodze do Paryża..... I gdzież ciebie znajdujemy? Otóż na drodze do Clisson, gdzie przebywają najzaciętsi nieprzyjaciele niezależności bretonskiéj, tam, gdzie mieszka i marszałek de Montesquiou, wróg nasz główny.
— Ah panie! zawołał kawaler z pogardą.
— Odpowiedz słowami, jasno i otwarcie, a nie owemi pogardliwemi uśmiechami. Odpowiedz, panie de Chaulay, rozkazuję ci.
— Odpowiadaj, Gastonie! zawołali razem Ducouedic i Mont-Louis, odpowiadaj przez miłość Boga!
— I cóż mam wam odpowiedziéć?
— Wytłumacz nam tę twoję częstą, nieobecność od kilku miesięcy; ową tajemnicę, którą się otaczasz, niechcąc dwa razy w tygodniu uczestniczyć naszym nocnym zebraniom. Otóż Gastonie, wyznajemy szczerze, że to wszystko wielce nas niepokoi. Jedno słówko, Gastonie, a zniszczysz tę trwogę.
— I to potwierdza twoją winę, mój panie, żeś się ukrył, zamiast jechać daléj.
— Dla tegom daléj nie jechał, że koń mój się skaleczył. Możecie zobaczyć ślad krwi na śniegu.
— Ale dla czegóżeś się skrył?
— Bo chciałem nasamprzód wiedziéć, kto mnie goni. Nie mamżeż téj saméj przyczyny obawy co i wy, że mnie aresztować mogą?
— Ale dokądżeś jechał?
— Gdybyście byli jechali daléj i śledzili mnie, jak dotąd, bylibyście wiedzieli, że nie do Clisson jadę.
— Ale także i nie do Paryża?
— Panowie, proszę, miejcie zaufanie do mnie i nie zdradzajcie tajemnicy mojéj. Jest to tajemnica młodego człowieka, od któréj nie tylko mój honor lecz i honor jednej jeszcze osoby zależy. Wy nie wiecie jak jestem pod tym względem sumiennym, aż do zbytku może.
— Więc to jest tajemnica miłosna? zapytał Mont-Louis.
— Tak jest, i to tajemnica pierwszéj miłości!
— To tylko wybieg! krzyknął Pontcalec.
— Margrabio! zawołał Gaston z dumą.
— Za nadto błahe jest to coś powiedział, mój kochany, pochwycił Ducouedic. I jakżeż to wierzyć, że masz miłosną schadzkę przy tak strasznéj niepogodzie, że to rendez-vous nie jest w Clisson, gdyż w całéj okolicy niemasz żadnego domu, prócz klasztoru Augustjanek?
— Panie de Chaulay, przerwał z oburzeniem margrabia de Pontcalec, zarzekłeś się na życie swoje, że mnie, jako zwierzchnikowi swojemu, będziesz posłusznym, że się z ciałem i duszą, naszéj świętéj sprawie poświęcisz! Panie de Chaulay, nasze przedsięwzięcie jest niebezpieczném: postawiliśmy na kartę nasze majątki, wolność, życie, i więcéj aniżeli to wszystko, bo honor! Chcesz-że odpowiadać kategorycznie i jasno na zapytania, które ci uczynię w imieniu nas wszystkich, i ażeby odpowiedź twoja wszelkie zniosła wątpliwości? Jeżeli zaś nie, panie de Chaulay, wówczas, daję ci na to moje słowo rycerskie, roztrzaskam ci czaszkę pistoletem, wsparty prawem, jakie mi własnowolnie na twoje dałeś życie.
Głucha i głęboka cisza nastąpiło po tych wyrazach: ani jeden głos nie odezwał się za Gastonem. W milczeniu zwracał on wzrok swój kolejno na przyjaciół, a każdy odwracał od niego oczy.
— Margrabio! przemówił wreszcie Gaston wzruszony, nie tylko, że mnie znieważasz podejrzeniem swojém, ale nadto przeszywasz mi i serce; tego podejrzenia inaczéj nie mogę zniszczyć jak powierzając ci moję tajemnicę. Miejże ją, dodał, i wydzierając kartę z swojego pugilaresu, nakreślił na niéj pospiesznie ołówkiem słów kilka. Trzymam ją w jednéj ręce a w drugą biorę odwiedziony pistolet. Chcesz-że teraz odwołać obelgę, jaką mnie okryłeś? inaczéj, daję i ja moje słowo rycerskie, że sam sobie czaszkę roztrzaskam, a gdy umrę, przeczytasz tajemnicę moję. Wówczas, margrabio, przekonasz się czylim był winny.
I Gaston przyłożył sobie pistolet do skroni, z ową zimną rozwagą, jaka czyn podobny poprzedzać zwykła.
— Gastonie, Gastonie! krzyknął Mont-Louis a Ducouedic za rękę go schwycił. Wstrzymaj się, na Boga! Margrabio, on jest gotów wykonać to, co powiedział. Gastonie! nieprawdaż, ty nie będziesz miał tajemnic dla braci swoich, skoro ciebie w imieniu żon swoich i dzieci zaklną, byś im się odsłonił?
— O, ja przebaczę, zawołał margrabia, przebaczam mu chętnie! a co więcéj, kocham go! On to wie, dali pan! Niechaj nam tylko udowodni niewinność swoję, a gotowym do każdego zadość uczynienia, jakiego on sam zażąda. Ale zanim to nastąpi, do niczego się nie zobowięzuję. On jest młody, sam jeden, nie ma ani żony, ni dzieci, ni matki, którychby szczęście narażał: ryzykuje tylko własne życie. A to życie ceni tyle, ile je ceni każdy, licząc dopiero lat dwadzieścia. Ale wraz z swojém życiem naraża on i nasze.... Jednakżeż, z tém wszystkiém, niechaj tylko jedno słówko wyrzecze, na usprawiedliwienie się swoje, a pierwszy mu objęcie moje otworzę.
— A więc, margrabio, ozwał się Gaston po kilku chwilach milczenia, jedź za mną a zadowolę cię.
— A nas? zapylali Mont-Louis i Ducouedic.
— Jedźcież i wy, moi panowie, jesteście wszyscy rycerzami. I jedno i to samo ryzykuję, czy powierzając mój sekret jednemu albo czterem.
Margrabio! zawołał na Talhoueta, który w tym czasie ciągle był na straży. Talhouet przyłączył się zaraz do nich i udał się za kawalerem, bez uczynienia i jednego zapytania.
Następnie udali się zwolna w dalszą drogę, bo koń Gastona ciągle kulał. Kawaler, jadąc na ich czele, prowadził ich ku klasztorowi. Za pół godziny stanęli nad strumykiem. Na dziesięć kroków od kraty, Gaston się zatrzymał.
— To tutaj! przemówił.
— Tutaj?
— Przy klasztorze Augustjanek?
— Tutaj, panowie. W klasztorze znajduje się młoda dziewczyna, którą kocham od roku, poznawszy ją na processyi Bożego ciała w Nantes. I ona mnie spostrzegła. Poszedłem za nią, śledziłem ją i napisałem list do niéj.
— Ale jakimże sposobem widujesz się z nią? — zapytał margrabia.
— Sto luidorów zjednało mi pomoc ogrodnika. Dał mi drugi klucz od téj kraty. Latem podpływam łódką, aż do murów klasztoru. Na dziesięć stóp od powierzchni stawu jest okienko, przy którem ona mnie czeka: gdyby było widniéj, moglibyście ją tutaj ztąd dostrzedz, ja ją widzę i pomimo ciemności.
— Pojmuję te schadzki letnią porą, ale teraz jest zima i czółno płynąć nie może.
— Niezawodnie, panowie, ale w miejscu łódki, staw dziś zamarznięty, i po lodzie przejść zdołam. Może się załamie podemną i pochłonie mnie. Tém lepiéj, bo i wasze podejrzenia wtedy wraz zemną, jak mniemam, zatoną.
— Spadł mi wielki ciężar z serca, ozwał się Mont-Louis. O mój biedny Gastonie, jakżeś mnie uszczęśliwił! I nie zapominaj, że to Ducouedic i ja, ręczyliśmy za ciebie. Kochany kawalerze! zawołał margrabia, wybacz i chodź mnie uściskać.
— Jak najchętniéj! ależ, margrabio, zniszczyłeś jednę część mojego szczęścia.
— A to jak?
— Niestety! nie chciałem by ktokolwiek wiedział, że kocham. Tyle mi potrzeba złudzenia i odwagi. Bo czyliż to nie dzisiaj mam ją pożegnać na zawsze?
— Kto to wie, mój kochany! Zdaje mi się, że zbyt posępnie spoglądasz na przyszłość.
— Wiem, co mówię, Mont-Louis.
— Jeżeli ci się uda, (a z twoją odwagą, szczerém przedsięwzięciem i krwią zimną, powinno ci się udać), wówczas Frąncya będzie szczęśliwą, staniesz się panem wszystkiego, cokolwiek ci się spodoba.
— Ah margrabio! jeżeli mi się uda, to dla was będzie dobrze. Co do mnie, przeznaczenie moje jest już niecofnioném.
— Dalejże, kawalerze, miej nadzieję. A tymczasem dozwól, byśmy nieco śledzili twoje przedsięwzięcie miłosne.
— Czyliż jeszcze o mnie wątpisz, margrabio?
— Tak jest, kochany Gastonie: ja sam sobie nie ufam, i to jest bardzo naturalnie, bo odkąd mam zaszczyt być waszym przewódzcą, odtąd cała na mnie polega odpowiedzialność. Powinienem więc czuwać nad wami, chociaż pomimo woli waszéj.
— W takim razie, miéj baczność margrabio, bo mnie bardziéj się spieszy, stanąć tam przy tym murze, aniżeli tobie widziéć przeprawę moję. Nie dam ci długo czekać.
Gaston przywiązał konia swojego do drzewa. Otworzył kratę, dzięki desce, która leżąc w poprzek strumyka, mostek stanowiła; szedł ponad ogrodzeniem, by ominąć miejsce, w którem spadek wody przeszkadzał jéj zmarznięciu, i wstąpił na lód, który głucho i przeciągle zatrzeszczał pod jego nogami.
— W imię Boga! krzyknął Mont-Louis, tłumiąc jednakże głos. Gastonie, miéj rozwagę!
— Bogu się oddaję. Patrzaj, margrabio.
— Gastonie! zwołał Pontcalec, ja ci wierzę. Ja ci wierzę, Gastonie!
— Otóż to podwaja moję odwagę! odpowiedział kawaler.
— A teraz, Gastonie, jedno jeszcze słówko: Kiedyż się udasz w podróż?
— Jutro o tym czasie, margrabio, będę już według wszelkiego podobieństwa, o mil kilkanaście na drodze do Paryża.
— Wróćże jeszcze, byśmy cię uścisnęli i pożegnali. Powróć na chwilkę do nas Gastonie!
— Z największą chęcią.
I kawaler wrócił do brzegu, gdzie go kolejno wszyscy uścisnęli, a potém zaczekali jeszcze, dopóki Gaston nie odbędzie swojéj niebezpiecznéj przeprawy, by mu na wypadek potrzeby, natychmiast z pomocą pospieszyć.


V.

Pomimo trzeszczenia lodu, Gaston odważnie szedł naprzód, a im więcéj się zblizał, tém bardziéj biło mu serce, bo coraz jaśniéj rozpoznawał, że staw wezbrał, skutkiem deszczów poprzednich, i że może potrafi dosięgnąć okna, stanąwszy przy murze.
I nie omylił się w tém bynajmniéj. Stanąwszy następnie u celu swojéj wędrówki, zbliżył dłonie jednę do drugiéj i naśladował krzyk sowy. Okno otworzyło się zaraz.
Jako najsłodszą nagrodę za przebyto trudy i niebezpieczeństwa, ujrzał niebawem, niemal tuż obok swojéj głowy, śliczną główkę ukochanéj, gdy rączka ciepła i miękka rękę jego spotkała. To było po raz pierwszy. Gaston ujął tę rączkę i z uniesieniem do ust ją przycisnął.
— Gastonie, więc przybyłeś pomimo mrozu, po lodzie, nieprawdaż? A ja ci w moim liście tego uczynić zakazywałem. Woda zaledwie, że się ścięła dopiero.
— Z twoim listem na sercu, mniemam że dla mnie niemasz niebezpieczeństwa. Lecz cóżeś mi miała powiedzieć, tak smutnego, ważnego? płakałaś?
— Niestety! mój miły, od dziś rana nic innego nie robię.
— Od dziś rana, poszepnął Gaston z smutnym uśmiechem: to jest dziwna! i ja także, i jabym płakał od samego rana, gdybym nie był męzczyzną.
— Co mówisz Gastonie?
— Nic ważnego, moja droga. Ale cóż się z tobą, dzieje? Jakież masz zmartwienie, Heleno! powiedz mi!
— Niestety! jak ci wiadomo, nie od siebie zależę. Jestem biedną sierotą, wychowaną tutaj, i klasztor ten jest dla mnie wszystkiém, moim domem, ojczyzną, całym światem moim. Nie widziałam nigdy matki mojéj, nie znałam ojca mojego! Podobno, że matka umarła a ojciec daleko. Jest jakaś niewidzialna nademną władza, o któréj wie tylko przełożona nasza. Dziś rano, nasza wielebna matka przyzwała mnie do siebie, i ze łzami w oczach oznajmiła mi, że ztąd wyjeżdżać muszę.
— Wyjeżdżać, Heleno? opuszczasz klasztor?
— Rodzina moja mnie przyzywa, Gastonie.
— Twoja rodzina, mój Boże!... Jakież to znowu dla nas nowe nieszczęście!
— Ach tak, Gastonie, to jest nieszczęście, chociaż mi wielebna matka mówiła, że to wielka dla mnie radość. Ale ja byłam szczęśliwą w tym klasztorze, nie żądałam więcéj od Boga, tylko tutaj pozostać, dopóki żoną twoją nie będę. Bóg inaczéj rozrządził. Cóż się stanie zemną?
— I ów rozkaz, który cię ztąd uprowadza?...
— Nie dozwala żadnéj zwłoki, Gastonie.
Niestety! zdaje się, że familija moja jest możną, że jestem córką jakiegoś pana wielkiego. Gdy mi wielebna matka oznajmiła, że mam klasztor opuścić, rozpłakałam się i padłam jéj do nóg. Mówiłam jej, że niczego nie pragnę, tylko przy niéj pozostać. Ale się domyśliła, że ja do tego inny mam powód.
Poczęła mnie pytać, badać... Daruj, Gastonie, czułam potrzebę powierzyć się komuś, coby mnie żałował. I powiedziałam jéj wszystko, Gastonie: że ty mnie kochasz i że ja ciebie kocham. Zataiłam tylko sposób widywania się naszego, bom się bała, by mi nie zabroniono widzieć cię raz jeszcze, pożegnać się z tobą.
— I czyliżeś jéj nie powiedziała, jakie są moje widoki względem ciebie, Heleno? że związany na teraz z pewném towarzystwem, które ma mną rozrządzać przez pół roku, a może i przez rok cały, po upływie tegoż czasu, skoro tylko wolnym będę, złożę u stóp twoich imię moję, majątek i życie.
— Powiedziałam jéj to, Gastonie, i właśnie to mnie naprowadza na myśl, że jestem córką jakiegoś wielkiego pana, bo mi matka Urszula odpowiedziała: »potrzeba byś zapomniała o kawalerze, moja córko, ponieważ rodzina twoja może nie zezwoli na ten związek.«
— Czyliż ja nie należę do jednéj z pierwszych rodzin Bretanii? I jakkolwiek bogaczem nie jestem, to jednakże majątek mój czyni mnie niezależnym. Czyliżeś jej to objaśniła, Heleno?
— Och powiedziałam: Gaston mnie bierze, jako sierotę bez imienia i majątku. Można mnie z nim rozłączyć, matko, ale byłoby straszną niewdzięcznością z méj strony, gdybym go kiedy zapomnieć miała, i nie zapomnę go nigdy!
— Heleno, jesteś aniołem! i ty się nie domyślasz, kto są ci krewni, co cię przyzywają do siebie, i jaki los ci przeznaczają?
— Nie. Jest to podobno głęboka, niedościgła tajemnica, od któréj całe szczęście moje zależy. Lękam się tylko, Gastonie, by ci krewni nie byli wielkimi panami. Bo zdaje mi się, może się mylę.... ale zdawało mi się, że nawet sama przełożona nasza.... mówiła do mnie, nie wiem jak ci to powiedzieć, Gastonie. ale.... mówiła to mnie z pewnym rodzajem uszanowania.
— Do ciebie, Heleno?
— Tak jest.
— To coraz lepiéj! i Gaston westchnął głęboko.
— Jakto, coraz lepiéj? zawołała Helena. Gastonie, czyliż ty się cieszysz z tego.
— Nie, Heleno; ale się cieszę, że znajdujesz w téj chwili rodzinę, gdy możesz utracić przyjaciela.
— Utracić przyjaciela, Gastonie? Nie mam tylko ciebie! Czyliżbym ciebie utracić miała?
— Jestem przynajmniéj zmuszony, pożegnać cię na czas pewien.
— Co mówisz?
— Że przeznaczenie chciało nas we wszystkiém podobnymi do siebie uczynić, i że nietylko ty sama nie wiesz, co cię jutro czeka.
— Gastonie, Gastonie! dziwną jest mowa twoja.
— Heleno! i mnie jakaś przeciwność popycha, któréj winienem być posłusznym; i ja jestem poddany jakiéjś wyższéj i niezłomnéj władzy.
— I ty także? o mój Boże!
— A władza ta, Heleno, może mi rozkazać opuścić cię za tydzień, za dni kilkanaście, za miesiąc.... może mi rozkazać, bym nie tylko ciebie ale nawet i Francją opuścił!
— Ach co ty mówisz Gastonie?
— Że w uniesieniu miłości mojéj, a raczéj z powodu egoizmu mojego, nie śmiałem ci tego pierwéj powiedzieć. Szedłem z zamkniętemi oczyma daléj a daléj. Dzisiaj rano przejrzałem. Muszę cię pożegnać, Heleno!
— I cóż daléj będzie?.... Cóż zamyślasz?.... I cóż się stanie z tobą?
— Niestety! każde z nas ma swoję tajemnicę, Heleno, odpowiedział Gaston, smutno potrząsając głową. Oby twoja nie była tak straszną jak moja, to jest wszystko o co błagam Boga.
— Gastonie!
— Czyliż nie ty pierwsza wyrzekłaś, że się rozstać musimy? Heleno, byłaś pierwszą, coś miała odwagę wyrzec mnie się. O, i bądź błogosławioną za tę odwagę, będzie ona dla mnie przykładem; bo ja, o, bo ja jéj nie miałem!
I po tych słowach, przycisnął znowu do ust ładną rączkę, która ciągle w dłoni jego spoczywała, i pomimo wszelkich usiłowań jakie czynił, by gwałtowny żal stłumić, Helena poczuła, że płakał gorżko.
— O mój Boże, mój Boże! westchnęła, cóżeś my tak złego zrobili, że tyle jesteśmy nieszczęśliwi?
Na ten wykrzyknik, Gaston podniósł głowę.
— Poczekajmy! zawołał, niby sam do siebie mówiąc. Miejmy odwagę i nadzieję! są w życiu naszém takie konieczności, którym niepodobna się oprzeć i uniknąć ich. Poddajmy się tym wyrokom, Heleno, każde ze swéj strony; poddajmy się bez oporu i sarkania, może tém właśnie złe pokonamy losy. Zobaczymysz się jeszcze przed wyjazdem twoim?
— Wątpię: jadę już jutro.
— I którąż drogą?
— Paryską.
— Jakto! dokądże jedziesz?
— Do Paryża.
— Wielki Boże! krzyknął Gaston, wszakżeż i ja do Paryża jadę.
— I ty także Gastonie?
— I ja także! i ja jechać muszę. Myśmy się wzajemnie zwodzili: nie rozstajemy się wcale.
— O mój Boże, Boże! co ty to mówisz, Gastonie?
— Niesłusznieśmy się na opatrzność żalili, i ona mści się na nas, dozwalając nam tego czegobyśmy się nigdy nie byli ośmielili żądać. Nie tylko że się ciągle, w czasie podróży będziem widzieli, lecz zobaczymy się i w Paryżu. Boć i w Paryżu niezupełnie będziemy rozdzieleni. Jakżeż odbędziesz tę podróż?
— Powozem klasztoru, podobno pocztą, ale z długiemi przestankami, bym się zbytecznie nie utrudziła.
— Któż jedzie z tobą?
— Jedna z zakonnic, będzie mi towarzyszyła aż na miejsce i oddawszy w ręce osób, które mnie wyglądają, znowu powróci do swojego klasztoru.
— Więc wszystko idzie jak najlepiéj Heleno. Ja za tobą jadę konno, niby ci zupełnie obcy i nieznany podróżny. Każdego wieczora będziemy z sobą mówili, a jeżeli to się nie uda, to przynajmniej widzieć cię będę. Jesteśmy tylko w połowie rozłączeni, Heleno!
I obojga, z całą ufnością młodego wieku w przyszłość, powitawszy się ze łzami i z skłopotanym umysłem, żegnali się teraz z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, Gaston przebył również szczęśliwie, jak poprzednio, po zmarzniętéj powierzchni stawu, i dobiegł drzewa, przy którem konia swojego był uwiązał; lecz w miejscu skaleczonego wierzchowca, znalazł konia pana de Mont-Lonis, i, dzięki téj względności przyjaciela, stanął w przeciągu trzech kwandransy w Nantes, nie doznawszy w drodze najmniejszego wypadku.


VI.
PODRÓŻ.

W dalszym ciągu nocy Gaston napisał swój testament, który nazajutrz złożył u notaryusza w Nantes.
Zapisał cały swój majątek Helenie de Chaverny; zaklinał ją, by na przypadek jego śmierci, nie zrzekła się świata, ale raczéj korzystała z pięknego daru życia; prosił ją nadto, by pierwszemu synowi, ponieważ on jest ostatnim rodziny swojéj, nadała imię Gastona.
Następnie poszedł po raz ostatni pożegnać przyjaciół swoich, a nasamprzód p. de Mont-Louis, z którym żył bliżéj, i który go wczoraj, z pomiędzy czterech, najwięcéj ochraniał; oświadczył wielką nadzieją jaką pokłada w dobry skutek całego przedsięwzięcia; otrzymał od Pantcalec’a połowę przełamanego pieniądza złotego i list do kapitana la Jonquiere, korrespondenta spiskowych w Paryżu, a tenże miał go zaznajomić z osobami znakomitemi w stolicy, do których był wysłany. Gaston włożył do walizy całą gotówkę, jaką na teraz posiadał, i w towarzystwie jednego tylko lokaja, nazwiskiem Owen, będącego w usługach jego już od lat trzech, opuścił Nantes. Przyjaciele jego uznali za rzecz konieczną dla uniknięcia podejrzeń, by mu nikt więcéj nie towarzyszył.
Była południowa godzina. Ranek śliczny. Słońce zimowe wspaniale oświecało zaśnieżone pole, połyskujące w promieniach, jego; wisiory lodowe na drzewach zdawały się być djamentowemi skalaktytami, a jednakżeż gościniec był niemal pustym. Gaston ani przed sobą ani po-za sobą nie mógł dojrzeć znanej mu zielonéj karety, którą poczciwe Augustjanki w Clisson, zwykły pensjonarki swoje na łono rodziny ich odsyłać albo znów przywozić. Zwolna jechał daléj, a na młodéj jego twarzy, widać było naprzemian to wesołość, to strapienie, które mu serce ściskało, co zwykle bywa, gdy zapatrujemy się na piękną naturę, strwożeni myślą, że się może już niedługo nią cieszyć będziemy.
Gaston przed wyjazdem z Nantes ułożył się był z przyjaciółmi, że pierwszy jego przystanek będzie w Mans; lecz miał powody ku temu, by się do téj umowy nie stosować. Nasamprzód nie chciał bardzo pospieszać, w czém mu nawet i droga lodami pokryta dogadzała. Przed lokajem swoim udawał jednakżeż pośpiech; ale gdy koń jego dwa razy się pośliznął a wierżchowiec służącego upadł, wyraźną miał przyczynę jechać noga za nogą.
Co do lokaja, temu, zdawało się, że daleko bardziéj się spieszy aniżeli panu jego. Dało się to wprawdzie wytłumaczyć, że jako służący, znał tylko-li trudy podróży, ztąd życzył sobie jak najprędzéj w miejscu stanąć; nadto pragnął poznać Paryż, o którym mu cuda opowiadano, i gdyby był mógł przypiąć skrzydła koniom, byłby to chętnie uczynił.
Gaston wolniutenko jechał aż do Oudon ale pokazało się, że powóz Augustjanek w Clisson jeszcze wolniej się posuwał. W owym czasie ekstrapoczty były bardzo w złym stanie, i potrzeba raczéj było pocztyljona, aniżeli konie, biczem popędzać; inaczéj była to najnędzniejsza furmanka, wcale niepospieszna, zwłaszcza, jeżeli same tylko kobiety podróżowały.
W Oudon kawaler się zatrzymał, stanął w oberży pod Wozem uwieńczonym, bo ztamtąd wychodziły dwa okna na gościniec; nadto dowiedział się także, że właśnie w tym zajeździe stawają niemal wszystkie powozy.
Pod czas gdy mu obiad przyrządzono, a było to około godziny drugiéj z południa. Gaston na balkonie stał jakby na straży, nie spuszczając drogi z oka i na jednę chwilkę. Ale nie dojrzał tak daleko, jak tylko okiem mógł zasięgnąć, oczekiwanéj karety zielonéj.
Zniecierpliwiony pomyślał, że go Helena może wyprzedziła, poskoczył więc do okna, prowadzącego na dziedziniec, by zobaczyć będące tam powozy. Karety zielonéj i tutaj nie było, ale dostrzegł, że lokaj jego z wielkiém zajęciem rozmawia z jakimś człowiekiem w szarym, niby żołnierskim płaszczu. Następnie tenże człowiek dosiadł dobrego konia pocztowego i pomimo śniegu, grudy i lodu, ruszył tak szybko z miejsca, jakby na złamanie karku, znać mu bardzo pilno było. Oddalający się tentent przekonał Gastona, że on drogą ku Paryżowi zdąża.
W téj chwili spojrzał Owen w górę i zobaczył swojego pana; zaczerwienił się mocno, jakby na złym uczynku schwytany, i usiłując pokryć swoje pomieszanie, począł szczotkować wyłogi liberyi i otrząsać śnieg z butów. Gaston go zawołał, a jakkolwiek z widoczną niechęcią, był jednakże posłusznym temu rozkazowi.
— Z kimżeś to rozmawiał? zapytał kawaler.
— Tam z jednym człowiekiem, panie, odpowiedział z miną głupowatą lecz zarazem i pełną złośliwości, właściwą chłopom naszym.
— Bardzo dobrze. Ale któż jest ten człowiek?
— Jakiś podróżny, żołnierz, pytał mnie o drogę.
— O drogę?.... Dokądże jedzie.
— Do Rennes.
— Ale ty nie znasz tej drogi.
— To też pytałem się o nią wprzódy gospodarza.
— A dla czegóż to on sam się o nią nie pytał?
— Pokłócił się z nim przy zapłacie za swój objad i już więcéj z nim mówić nie chciał.
— Ha! pomruknął Gaston.
To wszystko zdawało się być bardzo naturalném, a jednakżeż Gaston posępnie się zamyślił. Owen służył mu w prawdzie wiernie, ależ stryj jego był pierwszym pobojowcem u pana de Monterau, dawnego gubernatora Bretanii, który skutkiem licznych zażaleń został wreszcie zastąpiony przez pana de Montesquieu. I to właśnie stryj ten, tak mu był wiele o Paryżu mówił, tak cudny o nim był obraz skreślił, że Owen gorąco pragnął zwiedzić stolicę, co wszakżeż teraz ziścić się miało.
Po chwilowym namyśle rozproszyły się podejrzenia Gastona co do Owena, i powiedział sobie, że to może jego zamiar, do którego całéj swojéj potrzebował odwagi, czynił go tak podejrzliwym i nieśmiałym, im bardziéj się do celu zbliżał. Jednakżeż pozostała chmurka na jego czole, od chwili gdy dostrzegł rozmawiającego Owena z człowiekiem w szarym płaszczu, a na domiar złego i zielonej karety widać nie było.
Przez chwilkę jednę napadła go myśl, (a wszakżeż i najczystsze serca niekiedy tak naganne mają domysły) że Helena tylko wybiegu użyła, by się z nim rozstać bez kłótni i gniewu; ale niebawem znowu powiedział sobie, że w drodze różne zdarzają, się wypadki a ztąd i opóźnienia. Usiadł więc znowu do stołu, chociaż już był zjadł obiad, co wchodzącego Owena nieco zdziwiło.
— Wina! zawołał Gaston, czując iż mu potrzeba utrzymać się w pewnéj powadze, jak to był poczuł przed chwilą Owen w swojém pomieszaniu.
Owen już był zabrał butelkę, zaledwie napoczętą, i która mu się prawnie należała; z tém większém przeto zdziwieniem spojrzał na pana, zwykle bardzo skromnie żyjącego.
— Wina? powtórzył zdumiony.
— Tak, wina! zawołał zniecierpliwiony kawaler, wina! Chcę pić, i coż w tém dziwnego?
— Nic panie.
I Owen zawołał na chłopca oberkowego, który niebawem drugą przyniósł butelkę.
Gaston wypił jeden kieliszek; nalał sobie drugi i wypił.
Owen wielkiemi na niego patrzał oczyma. Nakoniec sądząc, że to jest jego obowiązkiem (a może i interesem, bo i ta druga butelka z prawa mu się dostać powinna była) przedsięwziął wstrzymać go od dalszego nadużycia, ku któremu zmierzał.
— Panie, przemówił, słyszałem że pić na mrozie bardzo odurza. Zapominasz pan nadto, że mamy długą drogę przed sobą, że im dłużej zabawimy, tém zimniéj będzie, i może nawet koni pocztowych już nie dostaniemy.
Gaston zatopiony w myślach nic na tę uwagę, poniekąd bardzo słuszną, nie odrzekł.
— Pozwól sobie pan powiedzieć, mówił Owen daléj, że teraz już godzina trzecia, a o czwartéj zmierzch zapada.
To nastawanie lokaja zdziwiło Gastona.
— Coś ci się bardzo spieszy, ozwał się przeto, może gdzie masz schadzkę z owym podróżnym, który ciebie o drogę pytał?
— To jest niepodobna, odpowiedział Owen nietracąc miny, bo przecież panu mówiłem, że on do Rennes pojechał, a my jedziemy do Paryża.
Zarumienił się jednakże, spotkawszy bystre spojrzenie swojego pana, i Gaston już miał usta otworzyć, by mu jeszcze kilka pytań zrobić, gdy posłyszał turkot pojazdu od strony Nantes; poskoczył więc do okna i.... ujrzał karetę zieloną.
Na ten widok Gaston zapomniał o wszystkiém, dozwolił Owenowi przyjść do przytomności, a sam szybko wybiegł z pokoju.
Teraz przyszła koléj na lokaja, pobiedz do okna i zobaczyć co jego pana tak zainteresowało. Wybiegł na balkon i zobaczył także ów powóz zielony. Człowiek kapicą nakryty zsiadł z kozła i wysadził z powozu młodą kobietę w czarnym płaszczyku i siostrę Augustjankę. Panie te, żądając oddzielnego pokoju, oświadczyły, że zaraz po obiedzie daléj pojadą.
Ażeby się jednakże dostać do owego oddzielnego pokoju, potrzeba było przejść przez salę, gdzie Gaston niby zupełnie obojętny, stanął przy piecu. Jedno krótkie spojrzenie porozumiało z sobą kochanków, a Gaston mocno się ucieszył, poznawszy w człowieku zakapturzonym ogrodnika, od którego klucz miewał od kraty. Było to w obecnych okolicznościach bardzo szczęśliwym wypadkiem.
Gaston miał tyle władzy nad sobą, że mu dozwolił przejść bez zatrzymania go; ale gdy ogrodnik powrócił i ku stajni się udał, pospieszył za nim, by go się wypytać, lękając się, ażeby on z Oudon zaraz do klasztoru nie powrócił.
Został, po pierwszém zaraz słowie, zupełnie zaspokojonym w tej mierze: ogrodnik miał obiedwie kobiety odprowadzić aż do Rambouillet, gdzie się Helena zatrzymać miała, a potém z siostrą Teressą do Clisson wrócić; tak rozkazała przełożona, by siostrę samą jednę na niebezpieczeństwa długiéj drogi nie narażać.
W końcu téj rozmowy, która się odbyła we drzwiach stajni, Gaston podniósł oczy i dostrzegł że go Owen z kolei teraz śledzi. Ta ciekawość jego lokaja bardzo mu się nie podobała.
— Cóż ty tam robisz? zapytał kawaler.
— Czekam na rozkazy pańskie.
Nic w tém nie było dziwnego, że znudzony bezczynnością lokaj wyglądał przez okno. Gaston tylko czoło zmarszczył.
— Czy znasz tego chłopaka? zapytał następnie ogrodnika.
— Owena, służącego pańskiego? wyrzekł zdziwiony tém zapytaniem. Zapewne go znam, toćżeśmy z jednych okolic.
— Tém gorzéj! poszepnął Gaston.
— O, to jest dobry i poczciwy chłopiec.
— Mniejsza o to! ale mu nie mów i słówka o pannie Helenie.
Ogrodnik przyrzekł milczeć. A wszakżeż i on w tém był interessowany, by o jego stosunkach z kawalerem nic nie wiedziano. Bo gdyby odkryto, że mu klucza od kraty pożyczał, zapewne by go oddalono, a posada ogrodnika w klasztorze Augustjanek, bardzo była zyskowną dla tego, co z niéj umiał korzystać.
Gaston powrócił na salę, gdzie zastał czekającego nań Owena. Potrzeba mu było wydalić go ztamtąd, kazał mu więc iść konie osiodłać.
Ogrodnik tymczasem nacierał na pocztyljonów, i dokazał tego, że zaledwie wyprzężono konie, a już znowu założono świeże. Powóz więc był gotów, i po chwili podróżne nasze, posiliwszy się skromnym objadem, bo to było w dzień postu, przebiegły powtórnie salę. U drzwi zastały Gastona z odkrytą głową, gotowego by im podać rękę przy wsiadaniu. Tego rodzaju grzeczności młodych mężczyzn dla dam, były bardzo zwyczajne w owym czasie, z resztą i Augustjance Gaston nie był zupełnie obcym. Przyjęła więc grzeczności jego nietylko bez zżymania się, ale mu nawet uprzejmym podziękowała uśmiechem. Wsadziwszy siostrę Teressę, miał Gaston prawo ofiarować usługi swoje i Helenie, więc dopiął tego czego pragnął.
— Panie, konie już osiodłane, ozwał się Owen za kawalerem.
— Dobrze, wypiję jeszcze kieliszek wina, a potém daléj w drogę.
Gaston po raz ostatni ukłonił się paniom, gdy powóz ruszył z miejsca; on zaś wbiegł do pokoju i kazał sobie podać trzecią butelkę wina, na wielkie zdziwienie Owena, bo i druga również jak pierwsza zniknęła: powiedzieć tu należy, że Gaston z tych trzech butelek ani trzech całych kieliszków nie wypił.
Tém nowém zatrzymaniem się przy stole, zyskał Gaston znowu kwadrans czasu, poczém, niemając już żadnego powodu pozostania dłużej w Oudon, i spiesząc się teraz niemal tyle co Owen, dosiadł szybko konia i w dalszą puścił się drogę.
Nie ujechali jeszcze ćwierć mili drogi, gdy na zakręcie gościńca, dostrzegli zieloną karetę, pod którą lód się załamała koła głęboko w kolejach zagrzęły. Pomimo usiłowań ogrodnika i zaklęć pocztyijona, którym liczne towarzyszyły razy wymierzone biczem na biedne szkapiny, kareta ani drgnęła z miejsca.
Ten wypadek był prawdziwym darem nieba dla Gastona, bo przecież nie mógł kobiet w takiém położeniu będących odstąpić? I ogrodnik powitał w Owenie swojego współziomka, który go pod kapicą nie był od razu poznał. Więc co tchu obydwaj zeskoczyli z konia; że zaś poczciwa siostra Augustjanka wielce się lękała, otworzono drzwiczki od karety i obiedwie panie z niéj wysiadły; potém, skutkiem połączonych starań Gastona, Owena i ogrodnika, kareta niebawem wydźwigniętą została. Panie znowu wsiadły, i wszyscy w dalszą udali się podróż, Znajomość taką, przysługą rozpoczęta, wielce korzystną była dla Gastona, i gdy noc zapadać poczęła, siostra Teressa nieśmiało zawołała kawalera: czy też droga jest bezpieczną? biedna Augustjanka, nieopuszczająca nigdy swojego klasztoru, mniemała, że złodzieje zalegają gościńce. Gaston pod tym względem niezupełnie ją zaspokoił, ale jéj oświadczył, że ponieważ droga ich jest jedna i ta sama, i że i one mają się zatrzymać w Ancenis, przeto wraz z swoim służącym będzie im towarzyszył.
Ta ofiara, którą uważała za najwyższą grzeczność i którą bez najmniejszego wahania się przyjęła, wielce uspokoiła siostrę Teressę.
W czasie téj komedyi, Helena doskonale odegrała swoję rolę, co dowodzi, że każda młoda dziewczyna, choćby i najnieuczńsza, prosta i niewinna, ma w sobie pewien zaród do udawania, oczekujący tylko chwili sposobnéj, by się rozwinąć.
Jadąc daléj do Ancenis, droga stawała się coraz węższą, śliską i wywrotną, Gaston więc jechał tuż obok karety, co dozwoliło siostrze Teressie z łatwością kilka zapytań mu zrobić. Dowiedziała się zatem, że on się nazywa de Livry, jest bratem najulubieńszéj pensjonarki Augustjanek, która opuściwszy klasztor, zaślubiła przed trzema laty p. de Mont-Louis. Z tych więc powodów nie widziała nic niewłaściwego w przyjęciu eskorty i usługi kawalera, czemu Helena, rozumie się, bynajmniej przeciwną nie była.
Zatrzymano się w Ancenis, jak było naprzód umówioném. Gaston z równąż grzecznością i względami wysadził je znowu z powozu. Ogrodnik potwierdzi! to wszystko, co Gaston o pannie de Livry był powiedział, tak, że siostra Teressa nic podejrzywać nie mogła; wyznała nawet, że kawaler ten jest bardzo przyzwoity, grzeczny i skromny, bo ile razy się do nich zbliża lub oddala, zawsze im się głęboko ukłoni.
Nazajutrz także, bardzo się ucieszyła, gdy w chwili wsiadania do powozu, ujrzała go już na koniu wraz z lokajem swoim. Szybko na ich widok z konia zeskoczył i ze zwykłą sobie galanterją, ofiarował znowu usługi swoje i pomógł im wsiąść do karety. Uskuteczniając to, poczuła Helena, że jéj bilecik w rękę wsunął. Jednym rzutem oka zapewniła go, że wieczorem będzie miał odpowiedź.
Droga dzisiaj gorszą jeszcze była aniżeli wczoraj, i ciągła pomoc niezbędną, a zatém Gaston i na mgnienie oka nie odstąpił karety. Co chwila, to albo koło zatarło się w kolei, i Gaston musiał dopomódz ogrodnikowi, by je wyważyć; to znowu pod górę jazda była trudna i panie musiały wysiąść. To też i poczciwa Augustjanka nie miała słów na okazanie wdzięczności swojej Gastonowi.
— Mój Boże, cóżbyśmy były poczęły, mawiała do Heleny, gdyby nam Pan Bóg tego poczciwego rycerza nie był na ratunek zesłał!
Wieczorem, zanim do Angers dojechali, zapytał ich Gaston w którym hotelu myślą stanąć. Augustjanka poradziła się tabliczki, na któréj wszystkie miejsca zanotowane były, gdzie się zatrzymać miały, i odpowiedziała, że pod Złotą broną. Przypadek zdarzył, że w tymże samym hotelu i kawaler zamierzył nocować; wysłał więc naprzód Owena, by zamówił pokoje.
Przybywszy na miejsce, otrzymał Gaston, wysadzając Helenę, mały bilecik, który w czasie obiadu była napisała. Dziecię już zapomniało o wszystkiém, co sobie byli powiedzieli owéj nocy przez okno: mówiła mu tylko o ich wzajemnej miłości, jak gdyby ona wiecznie potrwać miała; pisała o ich spólném szczęściu, jak gdyby ono nie razem z ich podróżą skończyć się miało!
Gaston przeczytał ten liścik z głębokim smutkiem. On się nie łudził, i patrzał się na przyszłość pełen rozpaczy. Przykuty przysięgą swoją do spisku, wysłany do Paryża, by straszną wypełnić missją, uważał obecne chwile szczęśliwe, tylko jako odwłokę nieszczęścia; ależ to nieszczęście straszne i niczém nie wstrzymane istniało ciągle, i miało ich wkrótce niechybnie dosięgnąć.
Ale były i takie chwile, w których o wszystkiém zapominał, to jest, gdy jechał obok karety albo podawał rękę Helenie idącéj pod górę. W tedy to tak czule rozmawiały ich oczy, że aż serca ze zbytku szczęścia topniały. Były to wyrazy przez nich tylko zrozumiane, zawierające przysięgę wiecznéj miłości! Były to uśmiechy anielskie, ukazujące chwilami otwarte niebo Gastonowi. Raz po raz wychylała młoda dziewczyna z karety śliczną główkę, niby to przypatrując się dolinom i wzgórzom; ale Gaston dobrze wiedział, że to nie doliny i pagórki, choćby i najładniéjsze, nadawały jéj oczom ów cudny wyraz tęschnoty.
Rzeczy tak stanęły, że Caston miał tysiąc powodów, nie oddalać się i na chwilkę jednę od karety. Były to dla biedaka jedyne, pierwsze a może i ostatnie zabłyski szczęścia. Gorzko niekiedy zasarkał na swój los nieszczęsny, że poznawszy, urok szczęścia po raz pierwszy w życiu, ma je niebawem utracić na zawsze: zapominał, że on sam rzucił się do tego spisku, który go może na wygnanie lub pod miecz katowski zaprowadzić. A nie było środka, by zejść z téj drogi zguby, gdy tymczasem ujrzał inną, któraby go wprost do szczęścia była powiodła. Prawda, że wtedy, kiedy się zaciągnął do tego związku, nie znał jeszcze Heleny, był sam jeden na świecie, miał dopiero lat 22 i mniemał, że świat mu zaprzecza wszystkiego, że go niemiłosiernie z wszelkich uciech życia wydziedziczył. Dnia jednego ujrzał Helenę, i świat mu się ukazał, jakim jest rzeczywiście: pełnym obietnic dla tego, który umie czekać na ich spełnienie się, i pełnym nagród dla tego, który na nie zasłużył[2]. Ale już była zapóźno: już się był zapuścił tak daleko, że cofnąć się nie mógł. Musiał więc iść naprzód i dojść do wytchniętéj sobie mety, szczęśliwéj lub nieszczęsnéj, lecz to pewna, że zawsze trudnéj i niebezpiecznéj.
Ztąd też i wszystko dwoisty dla niego miało urok, czy to lekkie uściśnienie ręki, czy pół słówko, westchnienie, albo też muśnięcie go po twarzy wełnianéj sukienki Heleny, gdy do powozu wsiadała.
Przy tekiém zajęciu zapomniał naturalnie o Owenie i podejrzeniach swoich, które była zrodziła chwila złego humoru i które szybko uleciały, jak owe nocne ptaki, gdy słońce zajaśnieje. Gaston przeto nie dostrzegł, że wciągu drogi, pomiędzy Oudon a Mans, Owen dwa razy jeszcze z podobnymi ludźmi, jak był tamten pierwszy, rozmawiał, i którzy także drogą do Paryża pojechali.
Owen zaś, niebędąc zakochanym, widział wszystko co się dzieje pomiędzy Gastonem a Heleną.
W miarę jednakże jak się posuwali, Gaston stawał się coraz posępniejszym, bo już swojego szczęścia nie liczył na dni, lecz na godziny: tydzień już im ubieżał w podróży, i choćby jeszcze wolniej jechali, zawsze kiedyś ta podróż skończyćby się musiała. A gdy w Chartres zapytany oberżysta siostrze Teressie odpowiedział: »Jeżeli trochę pospieszycie to staniecie jutro w Rainbouillet« — Gastonowi się zdawało, że wyrzekł: »Jutro rozłączycie się na zawsze«
Helena dostrzegła jak głębokie wrażenie te wyrazy sprawiły na Gastonie, bo tak pobladł, że aż pobiegła ku niemu i zapytała, czyli nie zasłabł. Gaston ją smutnym zaspokoił uśmiechem.
Ależ i w sercu Heleny zrodziło się pewne zwątpienie. Niestety! biedne dziecię kochało, tak jak kobiety kochać zwykły, to jest: z całą siłą, a raczéj z całą słabością swoją, by wszystko miłości swojéj poświęcić. Nie pojmowała, ażeby Gaston, jako mężczyzna, nie mógł był zwalczyć przeciwności losu, która ich rozdzielała. Jakkolwiek w mury klasztorne nie przeciśnie się żadna z owych szkodliwych książek, romansami nazwanych, to jednakże możnaby przypuścić, że rąk Heleny doszły jakie tomy Kleili albo Wielkiego Cyrusa, i z nich to wyczytała, jak sobie rycerze i dziewice w owych czasach w podobnym wypadku radzili, to jest: uciekając od prześladowców swoich i szukając jakiego szanownego pustelnika, któryby ich przed krzyżem drewnianym, przy kamiennym ołtarzyku zaślubił. Często jeszcze potrzeba było wyrwać młodą dziewicę z rąk jéj prześladowców, przekupić strażników, rozbić mury, poprzebijać czarnoksiężników i olbrzymów, co jednakże wszystko dokonaném zostało, na wielką chwałę zakochanego rycerza. Tutaj zaś obeszłoby się bez tego wszystkiego: nie było straży do przekupienia, ani mułu do rozbicia, bo drzwiczki u karety otwierały się z łatwością; niepotrzeba było dnego czarnoksiężnika przebijać ni też olbrzyma, a ogrodnik nie był bynajmniéj strasznym i podobno już naprzód do wszystkiego gotowym, skoro i klucz od kraty dawał.
Helena nie pojmowała więc, że Gaston tak łatwo ulegał wyrokom opatrzności, i byłaby raczéj wolała, ażeby im się w czemkolwiek był opierał.
Biedaczka pod tym względem niesłusznie go posądziła: i po jego głowie podobne krążyły myśli i dręczyły go nie mało! W spojrzeniu młodéj dziewczyny wyczytał, że potrzebowałby tylko jedno słówko wyrzec a poszłaby zanim na koniec świata. Miał dużo złota w swojéj walizie. Któregokolwiek wieczora Helena, zamiast iść na spoczynek, niespostrzeżona mogłaby zejść na dół. Wsiedliby do powozu, przy którym założonoby prawdziwie dobre konie pocztowe, i pojechaliby sobie tak szybko, jak jadą ci wszyscy, co płacić umieją. Za dwa dni przebyliby granicę, uszliby wszelkiej pogoni, byliby wolni i szczęśliwi, nie na jednę godzinę, nie na dzień, miesiąc albo rok cały, lecz na całe życie.
Ale jedno małe słówko opierało się temu wszystkiemu, kilka połączonych z sobą literek, pełnych wielkiéj myśli dla jednych a dla drugich żadnéj niemającéj wartości. Słówkiem tem był wyraz honor!
Gaston zobowiązał się honorem swoim czterem ludziom honoru; imiona ich były; Pontcalec, Mont-Louis, Ducouëdic i Talhouet. Byłby shańbionym, gdyby słowa nie dotrzymał.
I postanowił znieść nieszczęście swoje w całéj jego rozciągłości, a danego słowa dotrzymać; ale ile razy to zwycięztwo odniósł nad sobą, tyle razy poczuł ból straszny, dotkliwy w sercu.
Byłoto w jednéj z owych chwil walki i zwycięstwa, gdy Helena na niego spojrzała i przestraszyła się zblednięcia jego: bo gdy siebie zwyciężył to zbladł.
Helena spodziewała się, że tegoż samego wieczora Gaston coś stanowczego przedsięweźmie albo przynajmniéj wyrzecze, bo to już byt ostatni wieczór, ależ nad jéj spodziewanie Gaston nic nie przedsiębrał i milczał, Z ściśnioném przeto sercem i z zalanemi oczyma udała się na spoczynek, przekonana, że Gaston jej tyle nie kocha, ile ona jego.
Omyliła się, bo Gaston się nawet nie położył tej nocy, a nazajutrz był tak bladym i zrozpaczonym, jak jeszcze nigdy.
Z Charles, gdzie kochankowie tak smutną i łzawą noc przepędzili, udali się do Rambouillet. W Chartres, Owen znowu rozmawiał z jednym, z owych szarych płaszczy, którzy, niby strażnicy rozstawieni byli po drodze, i weselszy jak kiedykolwiek, że już tak blisko jest Paryża, dalszą przyspieszył podróż.
W jednéj z wiosek przystanęli, by śniadać, i śniadanie odbyło się milcząco i smutno. Augustjanka dumała, że wieczorem już uda się napowrot do swojego kochanego klasztoru; Helena rozmyśliwała, że gdyby Gaston teraz cóś chciał przedsięwziąść, już byłoby zapóźno. A Gaston marzył, że już tego wieczora pozbawionym zostanie towarzystwa ukochanéj i połączy się z gronem ludzi tajemnych, nie znanych mu, do których go jakieś straszne dzieło na zawsze przykuto.
Około godziny trzeciéj z południa, stanęli przy tak Stroniem wzgórzu, że potrzeba było wysiąść. Gaston podał rękę swoję Helenie a ogrodnik wspierał kroki Augustjanki. Kochankowie szli więc obok siebie. Helena milczała, lecz łzy jéj lica zalały; Gaston mniemał, że mu boleść piersi rozsadzi.
Pierwsi stanęli na wysokości wzgórza, długą chwilę pierwéj aniżeli Augustjanka i ogrodnik, i dojrzeli, tuż przed sobą na widokręgu, wieżę a w około niéj liczne domy, jakby owce cisnące się do swojego pasterza.
Było to Rambouillet. Nikt im tego nie powiedział, ależ oboje od razu odgadli. Gaston, więcéj przygnębiony, bo nie płakał, pierwszy przerwał milczenie.
— Tam! zawołał, wskazując wieżę i domy, losy nasze rozdzielą się może na zawsze. O Heleno! zaklinam cię, zachowaj pamięć o mnie, i cokolwiek się stanie, nie złorzecz mi!
— Mówisz mi tylko rozpaczliwe wyrazy, mój kochany, odrzekła Helena. Potrzebuję odwagi, a ty, zamiast mnie wesprzeć, odbierasz mi ją jeszcze i serce rozdzierasz. Czyż mi nic nie masz do powiedzenia, coby mnie choć trochę pocieszało? Teraźniejszość jest straszną, wiem o tém; ale czyż i przyszłość jest tak straszną? Przyszłość nasza obejmuje lat wiele a więc i nadziei wiele. Jesteśmy młodzi, kochamy się, i czyż nam żaden nie pozostaje środek, by obecną złą dolę pokonać? O Gastonie! ja w sobie tyle czuję mocy, że gdybyś mi powiedział.... ależ jestem szalona, bo to ja sama tylko cierpię, i sama tylko pocieszam!
— Rozumiem cię, Heleno, przemówił Gaston, potrząsając głową, Ty chcesz tylko przyrzeczenia, nic więcéj, nie prawdaż? Powiedz więc, nie jestem-że bardzo nieszczęśliwy: bo nie mogę ci nic przyrzekać!... Każesz mieć nadzieję: ja rozpaczam. Gdybym miał do rozrządzenia, nie mówię latami dwudziestu, lub dziesięcioma, ale jednym rokiem tylko, oddałbym ci go chętnie i byłbym aż nadto szczęśliwy. Ależ tak nie jest: w chwili gdy się rozłączymy, utracisz mnie a ja ciebie. Od jutra nienależę już do ciebie.
— Nieszczęsny! krzyknęła Helena, więc mnie oszukałeś, mówiąc że mnie kochasz? Więc jesteś zaręczony z inną kobietą?
— O biedna moja! odrzekł Gaston, pod tym względem mogę, cię przynajmniéj zaspokoić: nie mam innéj kochanki, jak ciebie; nie mam innéj narzeczonéj tylko ciebie.
— A więc możemy jeszcze być szczęśliwi. Gastonie, a jeżeli wyjednam zezwolenie na połączenie się nasze u familii mojéj?
— Heleno, czyż nie widzisz, że każdy twój wyraz rozdziera mi serce?
— Powiedz-że mi przynajmniéj cośkolwiek:
— Heleno, są obowiązki, od których uchronić się niepodobna, są więzy, których zerwać niemożna!
— Ja żadnych nie uznaję! zawołała młoda dziewczyna. Chcą mi dać rodzinę, majątek, imię.... A ja, Gastonie, wyrzecz jedno słówko a wszystko dla ciebie porzucę. Dla czegóż byś ty cóś podobnego dla mnie uczynić nie miał?
Gaston pochylił głowę i milczał. W téj chwili i Augustjanka nadeszła; że zaś zmrok zapadać zaczął, więc nie dostrzegła zmienionych twarzy obojga.
Kobiety wsiadły znowu do powozu, ogrodnik zajął miejsce na koźle, a Gaston i Owen wskoczyli na koń, i ruszyli dalej ku Rambouillet.
O pół mili od miasta, Augustjanka przyzwała sama Gastona, który się natychmiast do drzwiczek karety zbliżył.
Otóż chciała mu zrobić uwagę, że może ktoś na spotkanie Heleny wyjedzie i że obecność obcych twarzy, a zwłaszcza mężczyzn, mogłaby być źle uważaną. Gaston toż samo już był pomyślał, ale nie miał odwagi, by się z tém odezwać. Przystąpił na krok bliżéj: Helena oczekiwała czegoś, miała jeszcze nadzieję. I jakąż-to nadzieję biedna jeszcze mieć mogła? sama tego nie wiedziała. Że może boleść popchnie Gastona do jakiéjś ostateczności!.... Ale Gaston tylko głęboko się skłonił, podziękował paniom, że dozwoliły, by im towarzyszył, i chciał się oddalić.
Helena nie była zwyczajną kobietą, widziała, że Gaston ma śmierć w swojém łonie.
— Jest-że to pożegnanie tylko do zobaczenia się? zapylała odważnie.
Młody człowiek zbliżył się drżący.
— Do zobaczenia się! odpowiedział, jeżeli pani łaskawie pozwolisz.
I szybkim oddalił się truchtem.


VII.
JEDEN POKÓJ W HOTELU POD TYGRYSEM KRÓLEWSKIM, W RAMBOUILLET.

Gaston się oddalił, nie powiedziawszy i słowa o środkach widywania się ich i gdzie zostawać będzie, lecz Helena sądziła, że to właśnie jest rzeczą mężczyzny, tém się zająć. Ścigała go oczyma, dopóki w ciemnościach nocy nie zniknął; w kwadrans późniéj, stanęli w Rambouillet.
Tutaj dobyła Augustjanka papierek z swojéj szerokiéj kieszeni i przy świetle latarni, umieszczonéj przy drzwiczkach powozu, przeczytała.
»Pani Desroches, w hotelu pod tygrysem królewskim«
W téjże chwili nadbiegła kobieta, która już była na nie w jednym z pokojów hotelu czekała; przystąpiła do powozu, ukłoniła się z poszanowaniem i pomogła paniom wysiąść z karety. Poprowadziła je następnie, poprzedzona lokajem niosącym dwie latarnie malowane, ciemnym chodnikiem. Otworzono drzwi do bardzo ładnéj sieni. Pani Desroches usunęła się prosząc Helenę i siostrę Teressę, by weszły. I po chwili już siedziały na wygodnéj sofie, grzejąc się przy żwawym ogniu kominkowym.
Pokój, w którym bawiły, był duży, ładny, i pięknie umeblowany. Gust z epoki wielkiego króla, nie doszedłszy jeszcze czasów kapryśnéj mody, zwanéj dzisiaj rococo, we wszystkiém był widoczny. Co się zaś tycze architektury, ta była w stylu poważnym i smutnym. Duże zwierciadła w złoconych ramach wisiały nad kominkiem i naprzeciwko kominka; piękny pająk z świecznikami złoconemi spuszczał się od sufitu; dwa lwy złocone podpierały kratę kominkową.
Czworo drzwi prowadziło z tego salonu:
Pierwszemi weszły podróżne nasze.
Drugie prowadziły do sali jadalnéj, która była ogrzana, oświetlona i stół w niéj nakryty.
Trzecie wychodziły do sypialnego pokoju, bardzo skromnie przybranego.
A czwarte były zamknięte.
Helena podziwiała te wszystkie okazałości, jako też i milczenie służących, ich wyraz spokojny i pełen uszanowania, tyle różny od wesołych twarzy usłużnych oberżystów, widzianych w drodze. A Augustjanka, szepcząc swoje benedicite, spoglądała pożądliwie na stół zastawiony, winszując sobie w duszy, że to nie był dzień postny.
Po chwili, pani Desroches, która była towarzyszyła do salonu dwom podróżnym a potém zostawiła ja same, weszła doń po raz drugi, przystąpiła do Augustjanki i oddała jéj list, który zakonnica z wielkim otworzyła pospiechem.
Zawierał on co następuje:
»Siostra Teressa może przenocować w Rambouillet albo tego wieczora jeszcze do klasztoru wracać, jeżeli zechce. Odbierze dwieście luidorów, jako dar Heleny dla jéj kochanego klasztoru. Następnie odda swoją pensyonarkę w ręce pani Desroches, która jest zaszczycona zaufaniem krewnych Heleny.«
U spodu listu, gdzie zwykle podpis się kładzie, był jakiś znaczek, który siostra porównała z pieczątką listu, przywiezionego z sobą z Clisson: były zupełnie zgodnie z sobą.
— Dalej-że, kochane dziecię, ozwała się po chwili, pożegnamy się z sobą po wieczerzy.
— Jakto! czy już? zawołała Helena, którą już tytko siostra Teressa z jéj ubiegłą przeszłością łączyła.
— Tak, moje dziecię. Ofiarowano mi w prawdzie, bym dziś jeszcze tutaj nocowała, ale wolę ja co rychléj wracać: tęschnię za naszym ukochanym domem w Bretanii, gdzie mi wszystko jest na ręku i gdzie do mojego szczęścia, tylko ciebie teraz nie stanie, kochane dziecię.
Helena rzuciła się z płaczem na szyję poczciwéj zakonnicy: przypomniały jéj się młode lata, tak mile śród przychylnych sobie towarzyszek spędzone, czy to, że im przełożona poleciła tę względność dla niéj, czyli też, że rzeczywiście na nią zasłużyła. W cudném wyobrażeniu myśli, którego nauka nigdy wytłumaczyć nie potrafi, widziała zieloną grabinę, staw przejrzysty, słyszała dzwonków srebrzyste odgłosy, i całe to życie, które obecnie było już tylko dla niéj jakby snem ubiegłym, przesunęło się w jasnych i żywych barwach przed jej zamkniętemi oczyma.
I siostra Teressa gorącemi zalewała się łzami, żal jéj nawet apetyt odebrał, i zabierała się do odjazdu nie posiliwszy się jeszcze. Pani Desroches przypomniała im dopiero, że wieczerza na stole, dodając: że skoro szanowna siostra zamierza na noc całą puścić się w drogę, to się powinna w przody posilić, bo wszystkie oberże będą zamknięte i nic nie dostanie do jadła, aż chyba jutro rano. Prosiła ją zatém, ażeby cośkolwiek spożyta albo przynajmniéj z sobą na zapas wzięta.
Rozumowanie tak logiczne przekonało siostrę Teressę, usiadła więc przy stole i wezwała Helenę do swojego towarzystwa. Helena umieściła się na przeciwko niéj, ale nic do ust wziąść nie mogła. Zakonnica zjadła nieco owocu i wypiła pół kieliszka wina hiszpańskiego: następnie wstała, uścisnęła znowu Helenę, która ją chciała do powozu odprowadzić, ale pani Desroches zauważyła, że hotel był przepełniony podróżnymi, i byłoby niewłaściwie, gdyby wychodziła z pokoju i narażała się na ich spojrzenie.
Helena chciała widzieć się jeszcze z ogrodnikiem, i on prosił, by ją mógł pożegnać, lecz mało się tém życzeniem jego zajmowano. Jednakżeż gdy Helena tego zażądała, kazano go zawołać i pożegnać tę, któréj według wszelkiego podobieństwa już więcej zobaczyć nie miał.
W chwilach ważniejszych w życiu, a Helena była właśnie w takiéj chwili, wszystko wyższą przybierze postać i więcéj mówi do serca. Z tąd też i owa stara zakonnica i ten biedny ogrodnik, byli dla niej obecnie najszczerszemi przyjaciółmi. Żegnała ich z wielkim żalem, przywoływała ich jeszcze, gdy już wychodzili, polecając jednéj współ-towarzyszki swoje a drugiemu kwiaty; rzuciła mu i kilka spojrzeli wymownych wdzięcznością, względnie do owego klucza od kraty na stawie.
Pani Deroches spostrzegła, że Helena czegoś napróżno w kieszeni swojéj szuka.
— Czy pani czego potrzebujesz? zapytała jéj.
— Tak jest, radabym, człowiekowi temu dała jaki upominek.
Na to pani Deroches wręczyła jéj dwadzieścia pięć luidorów, które Helena nie przeliczywszy ich w cale, ogrodnikowi w rękę wsunęła. Datek tak wspaniały i niespodziany zwiększył łzy jego i żale.
Ależ potrzeba było rozstać się. Drzwi się zamknęły za niemi. Helena poskoczyła do okna: okiennice były zamknięte i nic widzieć nie mogła. Nadstawiła ucho, słyszała turkot powozu; turkot coraz bardziéj się oddalał, ucichł, i Helena upadła na krzesło.
Pani Deroches przystąpiła do niéj, mówiąc jéj, że jakkolwiek przy stole siedziała, to jednakże nic nie spożyła. Helena przyzwoliła raz jeszcze pójść do stołu, nie ażeby głodną była i zjeść coś chciała, ale spodziewała się dziś jeszcze mieć od Gastona wiadomość, i pragnęła na czasie zyskać.
Wezwała panią Deroches, by obok niéj przy stole usiadła, ale nowa jéj towarzyszka, uskuteczniła dopiero to żądanie, gdy je Helena raz drugi powtórzyła. Lecz pomimo próśb i nalegań nic do ustnie wzięła.
Po wieczerzy wskazała pani Deroches Helenie jéj pokój sypialny, mówiąc:
— Pani zadzwonisz, gdy będziesz potrzebowała usługi, bo zaraz obok czeka pokojowa na rozkazy; a że pani dziś jeszcze będziesz miała wizytę....
— Wizytę? przerwała Helena zdziwiona.
— Tak jest, jednego z krewnych pani.
— I czyż to ten sam krewny, który czuwa najemną?
— Czuwa nad panią od chwili urodzenia.
— O mój Boże! zawołała młoda dziewczyna, przyciskając ręką serce. I przyjdzież on pewno?
— Sądzę, tak, bo mu bardzo spieszno widzieć panią.
— O mój Boże! poszepnęła Helena, zdaje mi się, że zemgleję.
Pani Desroches dobiegła i ujęła ją w swoje ramiona.
— Czyliż się pani obawiasz, zobaczyć tego, który panią kocha?
— To nie z obawy tylko z wzruszenia. Nie uprzedzono mnie, ażeby to już dziś nastąpić miało, i ta wiadomość, na którą nie byłam przygotowaną, odurzyła mnie zupełnie.
— Winnam pani powiedzieć, że osoba ta musi się osłaniać największą tajemnicą.
— Dla czegóż-to?
— Zakazano mi odpowiedzieć na to pytanie.
— Ale mój Boże, cóż znaczą, te wszystkie przezorności w obec mnie, biednéj sieroty?
— Są one nieodzowne, wierzaj mi pani. Nasamprzód nie zobaczysz twarzy téj osoby, bo gdybyś ją pani przypadkiem gdzie spotkała, nie powinnaś jéj poznać.
— Więc przyjdzie w masce?
— Nie pani, ale pogasimy wszystkie światła.
— Więc zostaniemy w ciemności?
— Tak jest.
— Ale pani będziesz przy mnie, nieprawdaż?
— Tego mi wyraźnie wzbroniono.
— Któż taki?
— Taż sama osoba, która panią odwiedzi.
— Więc jej pani bezwarunkowo musisz być posłuszną?
— Winnam jéj więcéj aniżeli posłuszeństwo, bo najwyższy szacunek.
— Więc to jest osoba znakomita?
— Jeden z najpierwszych panów Francyi.
— I ten pan wielki jest moim krewnym?
— Najbliższym.
— O moja pani, nie zostawiaj mnie w niepewności pod tym względem!
— Już miałam honor powiedzieć pani, że na pewne pytania odpowiedzieć mi nie wolno.
I pani Desroches chciała się oddalić.
— Pani odchodzisz?
— Zostawiam panią przy tualecie.
Pani Desroches skłoniła się głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania, i cofając się tyłem ku drzwiom wyszła, i zamknęła je za sobą.


VIII.
GIERMEK W LIBERTI JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI REJENTA.

Gdy to, cośmy wyżéj opisali, działo się w pawilonie pod Tygrysem królewskim, siedział w innym pokoju tegoż hotelu, przy ogniu kominkowym mężczyzna, otrząsający zaśnieżone buty i odwiązujący sznurki szerokiego pugilaresu.
Człowiek ten był ubrany w liberją myśliwską giermków książąt Orleańskich: w suknie czerwone ze srebrem, spodnie skurzane, wysokie buty, kapelusz trojrogaty z srebrnemi galonami. Miał oko żywe, nos długi, kończasty i obsypany chrostami, czoło wypukłe i napiętnowane otwartością, któréj przeczyły wąskie, ściśnione usta; przeglądał starannie, rozłożone przed sobą papiery, któremi pugilares był zapchany.
Człowiek ten skutkiem nałogu właściwego sobie, mówił, czyli mruczał, sam do siebie; czasami nawet wydał jaki wykrzyknik albo zaklęcie, raczéj należące do myśli, które po jego głowie krążyły, a nie do szeptanych wyrazów.
— A więc, pan de Montorau mnie nie oszukał, mówił, i otóż moi Bretończykowie przy pracy! Ale cóż u licha tak długo w drodze robił?.... Wyjechał 11-go w południe a przybył dopiero 21-go o godzinie 6-téj wieczorem!... Ha! to jest nowa jakaś tajemnica, którą mi pewnie wytłumaczy ów chłopak, rekomendowany mi przez pana de Montorau, a który w ciągu całéj drogi miał schadzki z moimi ludźmi. Jest tam kto?
I człowiek w czerwonej liberyi zadzwonił srebrnym dzwoneczkiem, i jeden z owych dostrzegaczy na drodze z Nanieś, okryty szarym płaszczem, wszedł do pokoju i skłonił się.
— Achł tyżeś-to, Lecoq? zapytał człowiek w czerwonéj sukni.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, interes wielkiej wagi, więc wolałem osobiście wszystko uskutecznić.
— Wypytałeś-że się ludzi, rozstawionych po drodze?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie, ale oni nic więcéj nie wiedzą, prócz miejsca popasów. A zresztą nie mieli i innego polecenia.
— Potrzeba, ażebym się czegoś więcéj od tego lokaja dowiedział. Jakiż to człowiek?
— Jeden z owych niby to głupowatych złośliwców, w połowie Breton w połowie Normandczyk, ladaco, jedném słowem.
— Gdzież on jest teraz?
— Usługuje przy wieczerzy swojemu panu.
— Czyż go umieszczono, jak kazałem, w tym pokoju na dole.
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— W pokoju bez firanek?
— Tak jest.
— I zrobiłeś otwór w okiennicy?
— Zrobiłem, jaśnie wielmożny panie.
— Dobrze. Przywołaj mi tego sługę a sam bądź na zawołanie.
— Będę tuż obok.
— Dobrze.
Człowiek w czerwonéj sukni wyciągnął z kieszonki zegarek wielkiéj wartości, i zobaczył która godzina.
— Pół do dziewiątéj, wymówił. O tymże czasie jego królewska mość powróci z st. Germain i każę zawołać Dubois. A gdy odpowiedzą, że Dubois niemasz, zatrze ręce i nabierze ochoty jaką niedorzeczność zrobić. Zacieraj sobie ręce, jaśnie oświecony panie, jak ci się tylko podoba. Nie w Paryżu to gnieździ się niebezpieczeństwo, lecz tutaj. Zobaczymy, czy i teraz będziesz się jeszcze wyśmiewał z mojéj policyi tajnéj. Ot, i mój człowiek!
W téj chwili Lecoq wprowadził Owena.
— To ów człowiek! powiedział zamykając drzwi za sobą.
Owen stał przy drzwiach, drżąc cały. A Dubois, zakryty płaszczem, że mu tylko wierzch głowy widać było, przeszywał go swojemi tygrysiemi oczyma.
— Zbliż się, mój kochany, ozwał się do niego. To uprzejme wezwanie było wyrzeczone tak cierpkim głosem, że Owen chciałby obecnie być o sto mil oddalonym od tego człowieka, co na niego tak dziwnym patrzał się wzrokiem.
— A cóż, mówił Dubois daléj, widząc że on się nie zbliża, czyś mnie nie zrozumiał, hultaju?
— Zrozumiałem, jaśnie panie.
— I dla czegóż nie słuchasz?
— Nie wiedziałem, że to mnie jaśnie pan zaszczyciłeś tém wezwaniem, bym się zbliżył.
I Owen przystąpił bliżéj.
— Dostałeś pięćdziesiąt luidorów, byś mi prawdę powiedział? mówił Dubois daléj.
— Z przeproszeniem jaśnie pana, odpowiedział Owen, odzyskując w ciągu powyższego pytania zwykłą swoje śmiałość, nie dostałem ich jeszcze.... tylko mi je obiecano.
Dubois dobył garść złota z kieszeni, odliczył sztuk 50, i postawił je przed sobą w kształcie stosu, drżącego zlekka i pochylonego na jedną stronę.
Owen patrzał się na to złoto z takim wyrazem, który zdawał się być zupełnie obcy jego zwykle zamglonemu i posępnemu spojrzeniu.
— Oho! pomyślał Dubois, on jest chciwy.
Te pięćdziesiąt luidorów wydawały się Owenowi zawsze, jakby bajeczną i nieprawdo-podobną obietnicą; zdradził swojego pana, nie spodziewając się otrzymać ich, ale że ich pragnął. I teraz owa złota obietnica leżała przed jego oczyma.
— Czy mogę je wziąść? zapytał, wyciągając rękę.
— Zaczekaj jeszcze chwilkę, odpowiedział Dubois, bawiąc się tą chciwością, którąby człowiek miejski był niezawodnie potrafił ukryć, a którą, wieśniak tak jawnie pokazał. Zrobimy nowy układ.
— Jaki?
— Tutaj masz te 50 luidorów obiecanych.
— Widzę je, odpowiedział Owen, i obliznął się, jak pies przy pieczeni.
— Uczynię ci kilka pytań. Za każdą rozumną i ważną odpowiedź, dodam ci dziesięć luidorów, jeżeli zaś odpowiedź będzie niedorzeczna i śmieszna, odciągnę dziesięć luidorów od tych pięćdziesięciu.
— Owen wielkie zrobił oczy, bo mu się zdawało, ze układ ten może być bardzo dowolnie zastosowanym.
— Więc pogadajmy, zaczął znowu Dubois. Z kądżesz jedziesz?
— Z Nantes.
— Z kim?
— Z kawalerem Gastonem de Chaulay.
Te pytania były oczewiście tylko przygotowawczemi, bo stosik złota pozostał ten sam.
— Uważaj-że! mówił Dubois, wyciągając wychudłą rękę ku luidorom.
— Słucham jaśnie panie.
— Czy pan twój pod swoim jedzie nazwiskiem?
— Zmienił je dopiero w drodze.
— I jakież przybrał?
— De Livry.
Dubois dodał dziesięć luidorów, ale że stos już był za wielki, by się utrzymać, zrobił więc z niego dwa.
Owen aż krzyknął z radości.
— Oh! Oh! zawołał Dubois, nie ciesz się przedwcześnie, jeszcześmy nie skończyli. Czy jest w Nantes jaki pan de Livry?
— Nie panie, ale była tam panna de Livry.
— Cóż to za panna?
— Żona p. de Mont-Louis, wielkiego przyjaciela mojego pana.
— Dobrze! wyrzekł Dubois, dodając znowu 10 luidorów. I cóż twój pan robił w Nantes?
— Robił to co i inni młodzi panowie: polował, rąbał się, chodził na bal.
Dubois cofnął dziesięć luidorów. Po Owenie dreszcz śmiertelny przebiegł.
— Cóż tedy więcej robił?
— Otóż w nocy, czasem dwa lub trzy razy na tydzień wyjeżdżał, i niewracał jak o 3-éj lub 4-éj z rana, wyjechawszy z domu o 8-éj wieczorem.
— Dobrze. Ale dokądże jeździł?
— A, co tego, to niewiem.
Dubois ciągle trzymał owe 10 luidorów w ręku.
— A w czasie drogi, cóż robił?
— Jechał na Oudon, Ancenis, Mans, Nogent i Chartres.
Dubois wyciągnął rękę i kończaste jego palce znowu 10 luidorów schwyciły.
Owen wydał głuchy jęk boleści.
— Czyż w drodze z nikim się nie poznajomił?
— Ach! z młodą pensjonarką Augustyanek w Ciisson, która podróżowała z jedną zakonnicą, zwaną siostra Teresa.
— A jakżeż się nazywała ta pensjonarka?
— Panna Helena de Chaverny.
— Helena! to imię wiele obiecuje. I zapewne to ta ładna Helena jest kochanką twojego pana?
— Alboż ja wiem, jaśnie panie, nic mi o tém nie mówił.
— Jesteś pełen dowcipu! zawołał Dubois, zdejmując znowu dziesięć luidorów.
Pot zimny oblał czoło Owena. Jeszcze cztery takie odpowiedzi, a zdradził pana swojego bez najmniejszego zysku.
— I te panie z nim do Paryża jadą?
— Nie, jaśnie panie, one zatrzymują się w Rambouillet.
— Ach!
Ten wykrzyknik zdawał się być dobrą przepowiednią dla Owena.
— A siostra Teresa nawet już odjechała.
— To wszystko małéj jest wagi, ale nie należy się zniechęcić początkujących.
I znowu dołożył 10 luidorów.
— Więc ta młoda dziewczyna sama się została?
— Nie, jaśnie panie.
— Jakto, nie?
— Jakaś pani z Paryża na nią czekała.
— Pani z Paryża?
— Tak jest.
— Wiesz jéj nazwisko?
— Słyszałem, jak ją siostra Teresa nazwała pani Desroches.
— Pani Desroches! krzyknął Dubois i nowy ułożył stosik z 10-ciu dukatów.
— Tak jest, odpowiedział Owen z rozjaśnioną twarzą.
— Jesteś tego pewien?
— Co u licha, nie mam tego być pewien! jest to kobieta wysoka, chuda, żółta.
Dubois znowu dodał dziesięć luidorów.
A Owen żałował, że nie zrobił przedziału pomiędzy każdym przymiotem pani Desroches: stracił wyraźnie dwadzieścia luidorów na pośpiechu.
— Duża, chuda, żółta, to ta sama, powtórzył Dubois.
— Czterdzieści lat, a może i czterdzieści pięć, dodał Owen, czekając na ten raz daremnie.
— To ta sama, powtórzył Dubois, dodając znowu 10 luidorów.
— Ubrana w suknię jedwabną w wielkie kwiaty, mówił Owen daléj, chcąc ze wszystkiego korzystać.
— Dobrze, już dobrze.
Owen przekonał się, że badający go, już dosyć wiedział o téj kobiecie.
— I ty mówisz, że pan twój poznał się z ową panienką w drodze?
— To jest, teraz, kiedy rozważam, zdaje mi się, że to zaznajomienie się w drodze tylko komedją było.
— Co mówisz?
— Musieli się już znać dawniéj, i pewnie to na nią pan mój przez trzy godziny czekał w Oudon.
— Dobrze, mówił Dubois, dodając znowu 10 luidorów, będzie coś z ciebie.
— Już jaśnie pan nic więcéj wiedzieć nie chce? zapytał Owen, wyciągając rękę po dwa złote stosiki.
— Zaczekaj jeszcze. Ta młoda dziewczyna zapewne jest ładna?
— Jak anioł!
— I pewnie się z sobą zmówili, twój pan i ona, że się w Paryżu zobaczą?
— Nie, jaśnie panie, przeciwnie, bo zdaje mi się, że się z sobą pożegnali na zawsze.
— Pewnie nowa jaka komedja.
— Wątpię, bo p. de Chaulay bardzo był smutny.
— I nie mają się już widzieć?
— Podobno raz jeszcze, a potem już nigdy.
— Weź-że swoje pieniądze, ale jeżeli słówko o tém piśniesz, to w dziesięć minut potem umrzesz.
Owen rzucił się na te ośmdziesiąt luidorów, które w mgnieniu oka znikły w głębokościach jego kieszeni.
— A teraz mogę już sobie iść w świat, nie prawdaż?
— Iść w świat? ośle, bynajmniéj! Od, dzisiaj należysz już do mnie, bom ciebie kupił, a szczególniéj w Paryżu będziesz mi potrzebnym.
— A, to zostanę, jaśnie panie, odpowiedział Owen, wzdychając. Przyrzekam to jaśnie panu.
— Nie potrzebujesz przyrzekać. Idź teraz.
W téj chwili ukazał się we drzwiach, Lecoq, z twarzą, na któréj najwyższe pomieszanie widoczném było.
— I cóż tam nowego? zapytał Dubois, umiejąc czytać w twarzach.
— Rzecz bardzo ważna. Ale niech jaśnie wielmożny pan tego człowieka oddali.
— Wracaj do twojego pana, ozwał się Dubois do Owena, a jeżeli do kogo pisać będzie, przypomnij sobie, żem bardzo ciekawy poznać jego pismo.
Owen szczęśliwy z udzielonéj mu wolności, skłonił się i wyszedł.
— A i cóż tam, panie Lecoq? zapytał Dubois. Słucham.
— Nić więcéj, jaśnie wielmożny panie, tylko że jego królewska mość, po skończoném polowaniu w St. Germain, zamiast powrócić do Paryża, raczył odesłać swoję służbę a siebie kazał zawieść do Rambouillet!
— Do Rambouillet! rejent przybywa do Rambouillet?
— Będzie tu za pół godziny, i byłby już tutaj, gdyby go na szczęście niebyt głód zmusił wstąpić do pałacu i coś przekąsić.
— I po cóż tu przyjeżdża?
— Nic nie wiem, ale może to z powodu owéj młodéj dziewczyny, która tylko co przybyła i zajęła pokoje w pawiljonie hotelu.
— Masz słuszność, Lecoq, to on dla niéj przyjeżdża.... Tak, pani Desroches, nie może być inaczéj!.... Czy wiesz, że pani Desroches jest tutaj?
— Nie, jaśnie panie.
— I czyliżeś pewny tego, że on tu przyjedzie? Nie fałszywyż to raport, mój kochany?
— O, jaśnie wielmożny panie wysłałem za jego królewską mością naszego Liveillé, a co on powie, to tak jakby ewangielija.
— To prawda, odrzekł Dubois, któremu zdawało się, że doskonale zna przymioty tego, którego chwalono. Jeżeli to Leveillè powiedział, to i wątpić niemożna.
— Dowodem tego, że biedny chłopak schwacił swojego konia, który padł pod nim, gdy do Rambouillet wjeżdżał, i już się więcej nie podniósł.
— Trzysta luidorów za tego konia! niechaj on zarobi na tém, ile może.... Mój kochany Lecoq, ty znasz położenie tego pawiljonu, czy nie tak?
— Znam je doskonale.
— Jakież ono jest?
— Z jednéj strony wychodzi na dziedziniec hotelu a z drugiéj na małą pustą uliczkę.
— Potrzeba rozstawić ludzi przebranych za masztalerzy, za stajennych, jak tam zechcesz, i to w dziedzińcu i na tej małej uliczce, by nikt więcéj, prócz mnie i jego królewskiéj mości, nie mógł wejść do pawilonu.... Panie Lecoq, chodzi tu o życie jego królewskiéj mości.


IX.
O POŻYTECZNOŚCI PIECZĄTEK.

— Ty znasz naszego Bretona? zapytał Dubois Lecoq’a.
— Widziałem go jak z konia z siadał.
— A twoi ludzie, znająż go?
— Wszyscy. Widzieli go w drodze.
— Dobrze, polecam ci go.
— Czy go aresztować?
— Broń Boże, p. Lecoq, niech sobie jedzie i robi co mu się spodoba. Potrzeba mu zostawić otwarte pole do działania. Gdybyśmy go teraz aresztowali, nie przyznałby się do niczego i cały spisek by upadł przed dojrzeniem. Broń Boże, niechaj pani konspiracja raczéj porodzi.
— I cóż ma porodzić? zapytał spoufalony Lecoq.
— Moję mitrę arcybiskupią, p. Lecoq. A teraz wracaj do swoich zatrudnień, bo i ja się zajmę mojemi.
I obydwaj opuścili pokój i szybko zeszli po wschodach. W bramie się rozstali: Lecoq wybiegł na miasto i pospieszał ulicą Paryzką, a Dubois mknął się przy murze i zapuścił swój wzrok lynksa przez otwór w okiennicy.
Gaston właśnie skończył wieczerzę, bo w jego wieku, chociaż zakochany i strapiony, musiał jednakże dług oddać naturze. I tylko osoby, mające słaby żołądek, w roku dwudziestym piątym życia wieczerzy nie jedzą.
Oparty o stół zadumał się. Światło lampy całkiem na jego twarz padało, co wielce dogadzało spostrzeżeniom Dubois.
Przypatrywał on mu się z uwagą szczególną i zatrważającą. Jego bystre oko rozszerzyło się, ironiczne usta skrzywiły się w uśmiech złowrogi. I ktokolwiekby zdybał ten uśmiech i to spojrzenie, pomyślałby. że widział szatana, który, w ciemnościach śledził jednę z ofiar, idącą, wprost na zgubę swoję.
I patrząc tak, mruczał sobie jak zwykle:
— Młody, piękny, oko czarne, usta dumne: to jest Brutus. Ten jeszcze niezepsuty, jak nasi spiskowi Celamary, słodkiem oczkowaniem dam dworskich. Ale on téż wcale inaczéj zmierza do celu, gdy tymczasem tamci, plotli tylko o detronizowaniu, uwiezieniu.... Bajki to wszystko! Ale ten tutaj.... Diable! A jednakże, mówił dalej po chwilowéj pauzie, nadaremnie szukałbym przebiegłości na tém czole otwarłem, albo machiawelizmu w zagięciu tych ust, wyrażających tylko zaufanie i prawość. Lecz niemasz żadnéj wątpliwości: ułożono wszystko, by ująć rejenta przy jego rendez-vous z ową dziewicą z Clisson. Niechżeż mi kto teraz powie, że Bretończycy mają tępe głowy.
— Nie, mówił znowu dalej po chwilowem badaniu Gaston, nie, to nie to, otóż jeszczem wszystkiego nie pojął. Jest niepodobieństwem, ażeby ten młody człowiek, smutnego lecz pełnego spokoju wejrzenia, miał za kwandrans zabić człowieka, a jeszcze jakiego człowieka! Rządcę Francyi, pierwszego księcia krwi! Nie, niepodobna, taka krew zimna byłaby niepojęta.... A jednakżeż tak jest. Rejent tai przedemną tę swoję nową miłostkę, przedemną, który mu wszystko powierzam! Poluje w St. Germain, głośno powiada, że na noc powróci do palais-royal, a potém cofa ten rozkaz i każę się wieść do Rambouillet. W Rambouillet ta młoda dziewczyna się zatrzymuje; przyjmuje ją pani Desroches. Na kogóż tu czeka, jeżeli nie na rejenta? A ona jest kochanką kawalera!.... Ale jestże ona na prawdę kochanką jego? Będziemy to wiedzieli.... otóż i nasz przyjaciel Owen, który schowawszy swoje 50 luidorów, przynosi swojemu panu atrament i papier. Będzie pisał. W to mi graj! dowiemy się przecież coś pewniejszego. A teraz, zobaczmy, jak dalece możemy liczyć na tego łajdaka lokaja.
I opuścił swoje obserwatoryum, drżąc z zimna, bo, jak wiadomo, czas był mroźny.
Przystanął na wschodach i czekał. Z miejsca, gdzie się ukryć potrafił w cieniu, mógł widzieć drzwi od pokoju Gastona.
Po chwili téż drzwi się otworzyły i Owen wyszedł: przystanął chwilkę w progu, obracając list w ręku na wszystkie strony; potém jakby powziąwszy jakieś postanowienie, szybko wszedł po wschodach.
— Dobrze! mówił Dubois, skosztował zakazanego owocu, i teraz jest moim.
Poczem zatrzymał Owena.
— Dobrześ się spisał, wymówił, dajże teraz ów list, który mi przynosisz, i zaczekaj tutaj.
— Z kądżeż jaśnie pan wiesz, że ja list przynoszę? zapytał Owen zdumiony.
Dubois ruszył ramionami, wziął z rąk jego list i zniknął.
Wróciwszy do swojego pokoju, Dubois przypatrzył się pieczęci. Kawaler niemając ani laku ni pieczątki, zlepił list lakiem od butelki i przycisnął go pierścieniem.
Dubois potrzymał list przez chwilę nad świecą, i pieczęć się rozpuściła.
Otworzył list i przeczytał:
»Najdroższa Heleno. Twoja odwaga podwoiła moję; zrób tak, ażebym mógł wnijść do domu, a dowiesz się o moich zamiarach«
— Ach, ach! wyrzekł Dubois, więc ona ich nie zna dotąd. A, to rzeczy nie zaszły jeszcze tak daleko, jak mniemałem.
Potém wybrał z pierścieni swoich jeden z podobnym kamykiem, jak ten którego kawaler był użył, i przycisnął nim list.
— Masz, mówił do Owena, oto jest list twojego pana. Oddaj go i przynieś mi odpowiedź! A za to dostaniesz znowu dziesięć lujdorów.
»Czyż on ma minę złotą»? pomyślał sobie Owen i spiesznie wyszedł.
Po dziesięciu minutach powrócił z odpowiedzią. Była na cienkim, pachnącym papierze, zapieczętowana literą H.
Dubois otworzył skrzyneczkę, wyjął z niej jakąś massę, na któréj pieczęć odcisnął; lecz w czasie tego zatrudnienia spostrzegł, że list tak był złożony, iż go bez otworzenia przeczytać było można.
— To wygodniéj, pomruknął, przegiął papier i przeczytał:
»Osoba, która mnie sprowadziła z Bretanii, przybywa na spotkanie moje; ma być bardzo niecierpliwą poznać mnie, dla tego w Paryżu poczekać nie chciała. Przychodź jutro o godzinie dziewiątéj; powiem ci wszystko, co będzie zemną mówiła, a potém naradzimy się, co nam czynić wypada.«
— Ot to! wyrzekł Dubois, zajęty ciągle tą myślą, że Helena jest spólniczką kawalera, ot to cokolwiek wyraźniéj. Jeżeli w ten sposób wychowują Augustjanki w Clisson swoje pensjonarki, pokłonię się za to przełożonéj. A jego królewska mość, sądząc ją według jéj lat szesnastu, myśli że to niewiniątko. Pożałuje on: ja lepiéj wybierać umiem. Masz twoje dziesięć luidorów wraz z listem, zwrócił się do Owena. Widzisz jak cię wynagradzam.
Owen schował dziesięć luidorów i list zabrał. Poczciwiec tego wszystkiego nie pojmował i pytał sam siebie, co to dopiero będzie w Paryżu, kiedy już na przedmieściu taka manna złota na niego spada.
W téj chwili uderzyła godzina dziesiąta, i z ostatniém uderzeniem spiżowém, złączył się głuchy turkot pojazdu, zbliżającego się szybko. Dubois stanął przy oknie i widział powóz, który u drzwi hotelu się zatrzymał. W powozie rozpierał się jakiś bardzo przyzwoity jegomość, i Dubois w nim poznał na pierwszy rzut oka p. La Fare, kapitana gwardyi jego królewskiéj mości.
— Rozsądniejszy, aniżelim myślał. Ale gdzież sam jest?.... Aha! zawołał, zobaczywszy giermka w takiéj saméj liberyi, jaką on na sobie szerokim płaszczem zakrywał, a który na pysznym rumaku hiszpańskim jechał za powozem. Dubois poznał, że go dopiero co dosiadł, bo piękny wierżchowiec wcale nie był zmęczony, gdy tymczasem konie u karety pomimo mrozu pokryte były pianą.
Powóz zatrzymał się przed hotelem, i wszystko biegło na usługi La Fara, który nadymając się swoją powagą, głośno zażądał oddzielnego pokoju i wieczerzy. Tymczasem giermek zsiadł z konia, rzucił cugle na ręcę pazia, i prosto poszedł do pawiljonu.
„Dobrze, mówił Dubois, to wszystko jest tak przejrzyste, jak woda strumyka, spadającego ze skały. Ale dla czegóż figura kawalera przy tém nie pokazała się wcale? Zobaczymy! Wasza królewska mość możesz być spokojnym, nie myślę przeszkadzać słodkiemu rendez-vous. Ciesz się ową niewinnością, któréj pierwsze wystąpienie, tak wiele obiecuje. Ach! jaśnie oświecony panie, widać że masz wzrok krótki!«
W czasie tego monologu, Dobois zszedł na dół i stanął przy obserwatoryum.
W chwili, gdy zbliżył oko do otworu w okiennicy, Gaston kładł bilecik Heleny do pugilaresu, który następnie starannie do kieszeni schował, a potém powstał.
— Ach do kroćset szatanów! zawołał Dubois, wyciągając instynktowo swoje szpony, lecz zamiast Gastona napotkał niemi tylko mur goły. Do kroćset szatanów! ten pugilares chciałbym mieć, opłaciłbym go drogo! Ach, ah, zabiera się wyjść; przypasuje szpadę, szuka płaszcza. Dokądże idzie? zobaczymy.... Chceż on czekać na jego królewską mość u drzwi? Nie, nie, o mój Boże, nie, nie wygląda on na człowieka, który idzie zabić drugiego; i raczéjbym myślał, że dziś wieczór pójdzie tylko odgrywać rolę zakochanego Hiszpana pod oknami piękności swojéj. Gdybyć miał tę myśl, to może....
Niepodobna określić uśmiechu, który w téj chwili przebiegł po twarzy Dubois.
— Tak, ale gdybym przy wykonaniu tego zamiaru, otrzymał jakie porządne pchnięcie szpadą? śmiałby się zemnie jaśnie oświecony pan. Ależ co tam! nasi ludzie pilnują, a zresztą, kto nic nie ryzykuje, nic nie ma.
I zachęcony tém przysłowiem, Dubois okrążył szybko hotel i wybiegł z drugiéj strony na uliczkę, gdy właśnie Gaston z przeciwnéj się ukazał. Wyraz spokojny i smutny twarzy Gastona, zdawał się potwierdzać, że tylko wyszedł, by się przejść pod oknami kochanki swojéj.
Dubois się nie omylił, bo przy wstępie na uliczkę, spotkał zaraz Lecoq’a, który poleciwszy zaufanemu Leveillè wnętrze, stanął zewnątrz na straży: w dwóch słowach uwiadomił go, co czynić zamyśla.
Lecoq wskazał mu palcem jednego z ludzi swoich, leżącego na progu drzwiczek, wychodzących na uliczkę, gdy drugi, siedzący na jakimś słupie, brzdąkał na drumli, jak to często czynią wędrowni muzykusi, żebrzący po hotelach; trzeci zaś był tak dobrze ukryty, że go nigdzie nie dostrzeżono.
Dubois, zakryty aż pod oczy, i pewien natychmiast pomocy, posunął się daléj. Zaledwie że zrobił kilka kroków naprzód, spostrzegł kogoś na drugim końcu uliczki i pomyślał, że to może jest ten, którego szuka.
I rzeczywiście, że przechodząc obok niego, Dubois poznał kawalera. Co się zaś tycze Gastona, ten zajęty myślami swojemi, nie uważał kto go mija, i może nawet nie spostrzegł, że się ktoś z nim skrzyżował.
To nie dogadzało Dubois; chciał on kłótni, i widząc, że tamten jéj nie szuka, sam z nim zacząć przedsięwziął.
Nawrócił więc, stanął przed kawalerem, który się właśnie zatrzymał, by śledzić okna od mieszkania, zajmowanego przez Helenę:
— Hę, przyjacielu! zawołał głosem ochrzypłym, cóż tu robisz przed tym domem, i o téj godzinie?
Gaston spuścił oczy z nieba na ziemię, i myśl jego pełna poezyi, zwróciła się nagle do materyalizmu życia.
— Cóż tam? zapytał, zdawało mi się, żeś pan mówił do mnie.
— Tak jest, panie, odpowiedział Dubois, zapytałem, co tu robisz?
— Idź pan swoją drogą: nie obchodzi mnie bynajmniéj co pan robisz, dajżeż i mnie święty pokój!
— Zrobiłbym to, gdybyś mi nie zawadzał.
— Ta uliczka, jakkolwiek wąska, jest przecież dla dwojga dość szeroką: przechadzaj się pan z jednéj strony a ja będę spacerował po drugiéj.
— Ale ja chcę tutaj być sam jeden, odpowiedział Dubois. Upraszam więc, byś poszedł innym przypatrywać się oknom, nie zabrakło ich jeszcze w Rambouillet.
— A dla czegóżbym się tym tutaj nie miał przyglądać?
— Bo to są okna mojéj żony.
— Pańskiéj żony?
— Tak jest, mojej żony, która tylko co przybyła z Paryża, a ja jestem bardzo zazdrosny, mój panie.
— Do licha! poszepnął sobie Gaston, to zapewne jest mąż owej kobiety, któréj poruczono czuwać nad Heleną.
I ze względu oszczędzenia osoby, która by mu się późniéj przydać mogła, kłaniając się grzecznie, wyrzekł:
— Skoro tak jest, to co innego. Ustępuję panu, bom się tylko przechadzał bez celu.
— Tam do kata! pomruknął Dubois, to jakiś bardzo grzeczny konspirator. Ale nie tego mi potrzeba: chcę kłótni koniecznie.
Gaston się oddalał.
— Zwodzisz mnie, mój panie! krzyknął Dubois nagle.
Kawaler się obrócił, jak gdyby go żmija była ukąsiła. Ale zważając na Helenę i na missją swoję, powstrzymał się.
— Czyliż dla tego, że umiem być grzecznym, pan słowu mojemu nie wierzysz? zapytał.
— Pan się z bojaźni zachowujesz grzecznie. Bo przecież widziałem, żeś ku tym oknom spoglądał.
— Z bojaźni? ja! z bojaźni! krzyknął Chanlay, przyskakując do swojego przeciwnika. Pan powiedziałeś, że ja się boję?
— Powiedziałem to, odrzekł Dubois zimno.
— A więc pan kłótni szukasz?
— To jest widoczném, zdaje mi się. Czy pan z Quimpercorrentin przyjeżdżasz?
— Podobno! krzyknął Gaston, dobywając szpady. Dalejże, mój panie!
— A pan zdejmuj suknie, proszę! mówił Dubois, zrzucając swój płaszcz i rozpinając liberyą.
— A to na co?
— Bo ja pana nie znam, a rycerze nocni mają częstokroć koszulę z żelaznych oczek pod zwierzchnią suknią.
Zaledwie Dubois to wyrzekł a płaszcz i suknie kawalera już leżały na ziemi. Ale w chwili, gdy Gaston z dobytą szpadą rzucił się ku przeciwnikowi, człowiek śpiący na progu zerwał się i upadł mu pod nogi; grajek na drumli schwycił go za prawą rękę, a ów trzeci, którego niewidziane dotąd, wziął go przez pół.
— Pojedynek mości panowie? pojedynek pomimo zakazu króla! zawołali razem. I uprowadzili go ku drzwiczkom, gdzie jeden z nich na progu był leżał.
— Morderstwo! mruknął Gaston pomiędzy zębami, lękając się zawołać, by nie narazić Heleny. O nikczemni!
— Zdradzono nas, mój panie! wyrzekł Dubois, zabierając z ziemi płaszcz i suknie kawalera. Ależ spotkamy się znowu.
I biegł do hotelu, o ile mu nogi starczyły. A Gastona zamknięto tymczasem w jakiejś sali na dole.


X[3].
ODWIEDZINY.

Dubois przebył wschody w dwóch skokach, zamknął się w swoim pokoju i wyjął z kieszeni sukni Gastona, ów pożądany pugilares. W innéj znowu znalazł przełamany pieniądz złoty i jakieś nazwisko na karteczce papieru dziwnie skrojonéj.
Pieniądz niezawodnie był jakimś znakiem.
La Jonquière, pomruknął Dubois, czytając napisane na karteczce nazwisko. La Jonquière, tak jest. To dobrze, mamy go już na oku, Przejrzał spiesznie pugilares, ale już nic więcéj nie znalazł.
— To nie wiele, ale zawsze dosyć.
Zastukano, bo drzwi wewnątrz były zamknięte.
— Prawda, zapomniałem, poszepnął Dubois i otworzył. Wszedł Lecoq.
— Cóżeście z nim zrobili? zapytał Dubois.
— Zamknęliśmy go na dole i strzeżemy go.
— Zanieś te rzeczy tam, gdzie je porzucił, by je znalazł na tém samem miejscu. I uważaj, by nic nie brakło, cokolwiek miał w kieszeniach, czy to pugilares, sakiewka albo chustka do nosa. Potrzeba ażeby nic nie podejrzywał. Mnie zaś przynoś mój płaszcz i suknie, które na miejscu boju pozostały.
P. Lecoq skłonił się aż do ziemi i wyszedł, by wykonać dany mu rozkaz.
Cała ta scena, jak powiedziano, odbyła się pod oknami Heleny. Słyszała przeto hałas i wrzawę i zdawało jéj się, że rozpoznaje głos kochanka. Przystąpiła niespokojna do okna, gdy w téj saméj chwili pani Desroches do pokoju weszła.
Prosiła ją, by się do salonu udała, ponieważ przybyła ta osoba, która ją chce odwiedzić.
Helena zadrżała i czuła się bliską zemdlenia. Chciała pytać, lecz jéj głosu zabrakło. Udała się więc za panią Desroches w milczeniu i drżąc cała.
W salonie, gdzie weszły, żadnego nie było światła. Pogaszono wszystkie, i tylko z kominka resztki ognia słabą na podłogę rzucały łunę. A jeszcze pani Desroches pochwyciła karafkę z wodą i zalała nią dogasający płomień, tak, że zupełna nastąpiła ciemność. Poczém wyszła z pokoju, zapewniwszy Helenę, że nie ma przyczyny niczego się obawiać.
Po chwili usłyszała młoda dziewczyna jakiś głos po za temi czwartemi drzwiami, które aż dotąd były zamknięte.
Zadrżała na zadźwięk tego głosu.
Mimowolnie niemal pobiegła ku drzwiom i chciwie słuchała.
— Czy mnie czeka? zapytano.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedziała pani Desroches.
— Jaśnie oświecony panie! poszepnęła Helena. O mój Boże! i któż-to tu przyjdzie?
— Czy jest sama?
Samiuteńka, jaśnie oświecony panie.
— Uprzedzonaż o mojém przybyciu?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— Czy nam nikt nie przeszkodzi?
— Niechaj się jaśnie oświecony pan na mnie spuści.
— Niemasz tam światła?
— Ciemniuteńko!
Słyszano zbliżające się kroki. Zatrzymały się znowu.
— Mów mi otwarcie, pani Desroches, ozwał się ten sam głos, czy znalazłaś ją, tak ładną, jak mi mówiono?
— Jest piękniejszą, aniżeli sobie wasza królewska mość wyobrazić możesz.
— Wasza królewska mość! mój Boże! cóż to ona mówi? zawołała młoda dziewczyna, znowu bliska zemglenia.
W téjże chwili zaskrzypły drzwi na złoconych zawiasach, i krok ciężki, chociąż na miękkim kobiercu stłumiony, odgłosił się w salonie. Heleny serce uderzało gwałtownie.
— Chciéj mnie, pani przyjąć i wysłuchać, ozwał się ten sam głos.
— Jestem tutaj, poszepnęła Helena na wpół żywa.
— Pani się przestraszyłaś?
— Przyznam się jaś.... Jakżeż mam mówić: panie, czy jaśnie oświecony panie?
— Mów pani: mój przyjacielu.
I dotknął się ręki Heleny.
— Pani Desroches, jesteś tu? zawołała Helena, cofając się pomimowolnie.
— Pani Desroches, ozwał się nieznajomy, powiedz pannie Helenie, że tutaj tak jest bezpieczną, jak w świątyni, w obec Boga!
— O, jaśnie oświecony panie, jestem u nóg twoich! wybacz! zawołała Helena, upadając na kolana.
— Powstań, moje dziecię, i siadaj. Pani Desroches, pozamykaj drzwi wszystkie. A teraz daj mi swoje rękę, Heleno, proszę cię o to.
Helena wyciągnęła rękę, którą nieznajomy ujął.
»Zdaje mi się, że i on drży także« mówiła sama do siebie.
— Powiedz co ci jest, kochane dziecię, czyliż się lękasz?
— Nie, odpowiedziała Helena, ale gdy rękę moję ściskasz, przenika mnie jakieś uczucie dziwne, nieznane, niby dreszcz....
— Rozmawiaj zemną, Heleno, mówił nieznajomy z wyrazem jakiejś niewymownéj czułości. Wiem już, żeś piękna; ale po raz pierwszy głos twój słyszę. Mów że, bym cię słyszał.
— Więc mnie już widziałeś? zapytała nieśmiało.
— Czyż nie pamiętasz, że przed dwoma laty ksieni Augustjanek kazała ciebie odmalować?
— O, pamiętam. Malarz mnie jakiś malował, który jak mówiono, umyślnie po to z Paryża przybył.
— To ja go posłałem do Clisson.
— I mój portret....
— Twój portret jest tutaj, odpowiedział nieznajomy, dobywszy z kieszeni miniaturę, którą, dał Helenie do pomacania.
— Ale jakiż, jaśnie oświecony panie, masz w tém interes, kazać odmalować biedną, sierotę i przechować jéj portret?
— Heleno, odpowiedział nieznajomy po chwilowém milczeniu, jestem najlepszym przyjacielem twojego ojca.
— Mojego ojca! zawołała Helena. Czyliż on żyje jeszcze?
— Żyje.
— I zobaczęż go kiedy?
— Może być.
— O bądź błogosławiony! zawołała ściskając mu ręce, bądź błogosławionym za tę wiadomość!
— Moje dziecię kochane! poszepnął nieznajomy.
— Ale skoro żyje, mówiła znowu Helena z pewném uczuciem zwątpienia, dla czegóż nie dowiaduje się o swoją córkę?
— Co miesiąc miał wiadomość o tobie. I chociaż w oddaleniu, czuwał jednakże zawsze nad tobą, Heleno.
— Ależ w ciągu lat szesnastu, mówiła znowu z pewnym wyrazem wyrzutu lecz zarazem i uszanowania, racz sam wyznać, nie widział mnie i razu!
— Wierzaj mi, odpowiedział nieznajomy, że tylko bardzo ważne powody zmuszały go do pozbawienia się tego szczęścia.
— Wierzę, panie, i nie chcę oskarzać mojego ojca.
— Ale mu przebacz, bo on sam siebie oskarza!
— Ja mu mam przebaczyć? zapytała Helena zdziwiona.
— Tak jest. A ponieważ sam tego przebaczenia od ciebie żądać nie może, kochane dziecię, więc ja o nię w imieniu jego proszę.
— Nie rozumiem cię, panie.
— Posłuchaj więc.
— Słucham.
— Ale daj mi najprzód twoję rękę.
— Chętnie.
Nastąpiło chwilowe milczenie, jak gdyby nieznajomy był chciał na raz jeden wszystko w pamięci swojéj zebrać. A potem mówił:
— Twój ojciec dowodził jednym oddziałem w armii nieboszczyka króla, w bitwie pod Neerwinde. Jeden z masztelerzy, pan de Chaverny, padł obok niego kulą przeszyty. Twój ojciec chciał mu nieść ratunek, chociaż rana była śmiertelną. Ranny znał swój stan i nie łudził się wcale. Trząsając głową, wymówił: »Mnie już pomoc niepotrzebna, ale pamiętaj o córce mojéj« Twój ojciec ścisnął mu rękę na znak przyrzeczenia, a ranny chciał się podnieść na jedno kolano, lecz upadł i skonał, jak gdyby tylko na to przyrzeczenie był czekał, by oczy zamknąć. Ty mnie słuchasz, Heleno, nie prawdaż?
— O jakżeż się o to pytać możesz!
— Po skończonej wojnie, pierwszém zatrudnieniem ojca twojego było, zająć się małą sierotką. Była to śliczna, dwunastoletnia dziewczynka, obiecująca być tak ładną, jaką ty teraz jesteś. Śmierć jéj ojca ogołociła ją z wszelkiéj opieki i majątku. Twój ojciec więc oddał ją do klasztoru panien Wizytek na przedmieściu ś. Antoniego, i oświadczył naprzód, że gdy dojdzie do wieku, w którym będzie potrzeba los jéj zapewnić, sam ją wyposaży.
— Dzięki ci, o mój Boże! zawołała Helena. Dzięki ci, o mój Boże, że jestem córką człowieka, który umie w taki sposób słowa swojego dotrzymać.
— Poczekajże, Heleno, bo dochodzimy do téj chwili, gdzie twój ojciec przestanie zasługiwać na pochwalę, twoję.
Helena umilkła a nieznajomy mówił daléj:
— Twój ojciec czuwał rzeczywiście nad sierotą, jak to był przyrzekł, aż do jéj ośmnastego roku. Wyrosła na prawdziwą piękność, i twój ojciec niezadługo poczuł, że częściej zaczął bywać w klasztorze, jak tego przyzwoitość dozwalała. Twój ojciec zakochał się w młodéj sierocie, i poznawszy to uczucie, przestraszył się: powiedział sam sobie, że nikczemnie się wywięzuje z danego przyrzeczenia umierającemu p. de Chaverny, uwodząc córkę jego; pragnąc ją przeto zabezpieczyć przeciwko swéj własnéj osobie, wezwał przełożoną, by wynalazła jaką stosowną partją dla panny de Chaverny. Dowiedział się niebawem, że siostrzeniec téjże przełożonéj, młody szlachcic bretoński, odwiedzając ciotkę, poznał i pokochał młodą sierotę, i że będzie bardzo szczęśliwym, gdy rękę jéj otrzyma.
— I cóż daléj, panie? pytała Helena, gdy nieznajomy wahać się począł w swojém opowiadaniu.
— Otóż, ojciec twój — niezmiernie się zdziwił, gdy mu przełożona oznajmiła, że, panna de Chaverny za mąż iść nie chce, i że raczej jedyném jéj życiem jest w klasztorze pozostać; że najszczęśliwszym dniem w jéj życiu, będzie dzień, w którym zakonnicą zostanie.
— Bo ona kogoś innego kochała! wtrąciła Helena.
— Tak jest, moję dziecie, odgadłaś. Niestety! niemożna uciec przed przeznaczeniem swojém. Panna de Chaverny kochała twojego ojca. Długo to uczucie ukrywała; ale dnia jednego, gdy twój ojciec nalegał, by porzuciła myśl zostania zakonnicą, biedaczka nie mogąc dłużéj utaić, co się w niéj działo, wyznała mu wszystko. Silny przeciwko miłości swojej, gdy nie wiedział, że to uczucie jest podzieloném, stał się słabym zupełnie, gdy się przekonał ile jest nawzajem kochany. Oboje jeszcze młodzi (bo ojciec twój nie miał wtedy jak lat dwadzieścia pięć a panna de Chaverny zaledwie osmnaście), zapomnieli o reszcie świata, marząc tylko o tém, że mogli być szczęśliwi.
— Ale skoro się tak kochali, czemuż ślubu nie wzięli z sobą? zapytała Helena.
— To było niepodobna, ponieważ pomiędzy niemi istniał zbyt wielki przedział. Nie mówionoż ci, Heleno, że ojciec twój wielkim bardzo jest panem?
— Ah tak, wiem o tém!
— Przez rok cały byli nader szczęśliwi. W końcu tegoż roku urodziłaś się i....
— I.... poszepnęła nieśmiało młoda dziewczyna.
— I urodzenie się twoje, matka życiem przypłaciła.
Helena głośno zapłakała.
— O tak, mówił nieznajomy dalej, rozrzewniony tém wspomnieniem. O tak, Heleno, popłacz nad stratą matki twojéj, była to święta i najgodniejsza kobieta, i ojciec twój, wśród swoich zgryzot, uciech, a nawet i szaleństw, przysięgam ci na to, zachował cześć dla jéj pamięci. A na ciebie przelał miłość, jaką miał dla niéj.
— A jednakże, ozwała się Helena z lekkim odcieniem zarzutu, mój ojciec oddalił mnie od siebie, i nie widział mnie nawet od urodzenia mojego.
— Wybacz mu to, Heleno, bo on temu nie winien. Urodziłaś się w roku 1703, w czasie najsurowszych rządów Ludwika XIV. Twój ojciec postradał łaskę króla, czyli raczéj łaskę, pani de Maintenon. I więéj ze względu na ciebie aniżeli dla bezpieczeństwa własnego, oddalił cię od siebie. Wysłał cię do Bretanii i polecił opiece matki Urszuli, przełożonéj Augustjanek w Clisson. Teraz, gdy król Ludwik XIV umarł, przyzwał cię znowu do siebie. Przez ciąg całéj drogi powinnaś była uważać, że czuwał nad tobą. I dzisiaj, gdy się dowiedział, że masz przybyć do Rambouillet, nie miał odwagi zaczekać do jutra i przybył na spotkanie twoje, Heleno!
— O mój Boże, więc to jest prawda! krzyknęła Helena.
— I gdy ciebie zobaczył czyli raczéj, mówiącą, posłyszał, zdawało mu się, że słyszy głos matki twojéj. Ten sam wiek, ta sama niewinność, ten sam głos. Heleno! o Heleno! bądź szczęśliwszą od niéj. Z głębi serca, gorąco Boga o to błaga.
— O mój Boże! to wzruszenie, ta ręka drżąca. O panie, mówisz że ojciec mój przybył na spotkanie moje?
— Tak jest.
— Tu, do Rambouillet?!
— Tak.
— Mówisz że był szczęśliwym, gdy mnie zobaczył?
— O, bardzo szczęśliwym!
— Ach to szczęście nie starczyło mu, nie prawdaż? Chciał mówić zemną, powiedzieć mi to, opowiedzieć historją mojego urodzenia; pragnął, bym mu podziękowała za miłość jego; bym u stóp jego padła na kolana i o ojcowskie prosiła błogosławieństwo. O! zawołała i uklękła, o! jestem u nóg twoich, pobłogosław mi, mój ojcze!
— Heleno! moje dziecię! córko moja! zawołał nieznajomy. O, nie u nóg moich! przy mojém sercu! przy sercu mojém, spocznij dziecię kochane!
— O mój ojcze! mój ojcze! szeptała Helena.
— A ja w innym zamiarze tu przybyłem. Chciałem niby obcym dla ciebie pozostać. Ale tak blisko ciebie, ściskając twoję rękę, słysząc głos twój tak miły, nie mogłem się oprzeć uczuciom moim. Heleno, abym nie żałował téj słabości mojéj, niechaj wieczna tajemnica.....
— Przysięgam na matkę moję! zawołała młoda dziewczyna.
— To jest wszystko, czego żądam. A teraz, posłuchaj, bo już cię pożegnać muszę.
— Ach, czy już, mój ojcze?
— Nie może być inaczéj.
— Rozkaz, ojcze, co mam czynić?
— Pozostaniesz tutaj; nie będziesz się starała dowiedzieć kto jestem, i zaczekasz na mój powrót.
— I powrócisz niebawem, wszakżeż tak, mój ojcze? Nie zapominaj, żem sama jedna na świecie.
— Wrócę, jak będę mógł najrychléj.
Poczém zbliżył po raz ostatni usta swoje do czoła Heleny, wycisnął na niém pocałowanie również słodkie dla serca ojca, jak jest pocałowanie miłości dla serca kochanka, i wyszedł z pokoju.
W dziesięć minut potém, weszła pani Desroches z świecą w ręku. Zastała Helenę klęczącą, z opartą na krześle głową. Modliła się; i podniósłszy oczy, wskazała tylko, by pani Desroches świecę na kominie postawiła. Pani Desroches rozkaz ten wykonała i znowu wyszła.
Helena jeszcze się przez kilka minut modliła; potém wstała, obejrzała się w około, jéj się zdawało, że śniła. Ale wszystkie otaczające ją przedmioty, świadki jéj rozmowy z ojcem, mówiły jéj o tém, i ta świeca przez panią Desroches przyniesiona i słabo tylko rozjaśniająca salon; to krzesło i ten fotel, zbliżone jeszcze do siebie; te drzwi dotąd zamknięte a które pani Desroches zostawiła teraz otwarte, a nadewszystko to jej gwałtowne wzruszenie kazało jéj wierzyć, że to nie był sen, ale wielkie rzeczywiste zdarzenie w jéj życiu.
Potém, w pośród tego wszystkiego, jawiło się i wspomnienie Gastona w jéj umyśle. Ten ojciec, którego widoku tyle się lękała, ów ojciec tak dobry i czuły, który sam niegdyś tyle kochał i cierpiał z powodu miłości swojéj, on się jéj woli sprzeciwiać nie będzie. Zresztą Gaston, jakkolwiek nie miał imienia historycznego, znakomitego, był jednakże ostatnim potomkiem jednéj z najdawniejszych rodzin Bretanii. A co więcéj, ona Gastona tak bardzo kochała, iżby umarła niezawodnie, gdyby ją z nim rozłączono; skoro ją więc ojciec rzeczywiście kocha, nie zechce ażeby umarła.
Z strony Gastona zachodzi może także jaka przeszkoda, ależ ta przeszkoda zapewne małą jest tylko w porównaniu z tą, jaka z jéj strony mogła była nastąpić; przeszkoda ta usunie się zarówno z innemi, i owa przyszłość, która im się zdawała być tak straszną i smutną, jaśniała już Helenie najpiękniejszą nadzieją i miała wkrótce dla obojga zapełnić się miłością i szczęściem.
Helena zasnęła wśród tych marzeń rozkosznych, i sny miłe i słodkie zastąpiły szczęsne chwile ubiegłego wieczora.
Gaston, wolny i zarzucony przeproszeniami tych, co go byli aresztowali, tłumaczących się, że go za kogoś innego wzięli, pobiegł na plac swarów i z wielką dla siebie pociechą znalazł płaszcz i suknie swoje w tém samem miejscu, gdzie je był zostawił. Potém udał się z pospiechem do swojego pokoju i przejrzał z bijącém sercem pugilares. Znalazł w nim wszystko jak być powinno, a w kieszeni ów złoty pieniądz i karteczkę z nazwiskiem kapitana La Jonquiere.
Znacznie uspokojony, chociaż nie pocieszony, uważając swoje wieczorne zdarzenia, jako jeden z owych tysiąca przypadków, które mogą spotkać spacerującego w nocy; wydawszy Owenowi stosowne rozkazy na jutro, położył się, wymawiając, zcicha imię Heleny, tak jak i Helena imię, jego była wyszeptała.
W tym czasie dwa powozy opuściły hotel pod Tygrysem królewskim. Przy pierwszym, w którym siedziało dwóch panów w ubiorze myśliwym, latarnie jasnym paliły się światłem i poprzedzało go dwóch hajduków konno.
Powóz drugi, bez latarń i z jednym tylko podróżnym, zatulonym w płaszcz szeroki, jechał za pierwszym w odległości dwustu kroków tylko i miał go ciągle na oku. Przy rogatkach rozłączyły się dopiero: powóz jasno oświetlony zajechał przed wielkie wschody palais royal’u a powóz bez świateł zatrzymał się przed małą bramą ulicy Valois.
Obydwa żadnego wypadku w drodze nie doznały.


XI.
GDZIE DUBOIS DOWODZI, ŻE JEGO POLICYA PRYWATNA ZA 500,000 LIWRÓW, JEST LEPSZĄ, ANIŻELI NASZA POLICYA POWSZECHNA ZA TRZY MILIONY.

Jakiekolwiek były jego zatrudnienia w nocy, czy ją przepędził w drodze albo na jakiéj orgii, książe Orleański w niczém nie zmieniał rozporządzeń na dzień następny: wszystkie ranki były poświęcone sprawom krajowym, a różne rodzaje tych spraw miały dni właściwe, sobie przeznaczone. Zwykle rozpoczął sam pracę albo z Dubois pospołu, zanim jeszcze był ubrany. Potem nastąpiło jego lever, które krótko trwało i gdzie wszystkich przyjmował. Po tém lever nastąpiły różne audyencje, i trwały niekiedy aż do południa. Następnie przybywali różni naczelnicy: La Veilliere, Leblanc, który mu zdawał sprawę z swoich szpiegostw; Toraj, przynoszący mu ważne listy, które był pokradł; wreszcie marszałek de Villeroy, z którym, jak twierdzi St. Simon, nie pracował tylko się szastał. Około drugiéj godziny podano mu czekoladę, jedyny posiłek jaki brał z rana; pił ją w obec wszystkich, śmiejąc się i gawędząc. Ten wypoczynek trwał tylko pół godziny; potém dawał audencją kobietom. Po téj audjencyi udawał się zwykle do księżnéj Orleańskiéj. Od niéj poszedł albo na posiedzenie rady stanu, albo złożył swoje uszanowanie młodemu królowi, którego nieodmiennie co dzień odwiedzał, czyli to o téj, lub o innéj godzinie. Zbliżał się do niego, przychodząc i odchodząc, zawsze z wyrazem najwyższego poszanowania i z licznemi głębokiemi ukłonami, by innych nauczyć, jak to się powinno z królem rozmawiać. Program powyższy ulegał zmianie raz w tydzień przez przyjęcie obcych ministrów, a w niedziele i dni świąteczne przez wysłuchanie mszy w kaplicy prywatnéj.
O piątéj pod wieczór, jeżeli nie było posiedzenia rady stanu, a o szóstéj, w dniach gdzie się zbierała, wszystko się kończyło, i od téj chwili już o żadnych interesach nie było mowy. Rejent pojechał na operę, albo do księżnej Berry. Ta ostatnia rozrywka bywała jednakże na teraz przez inną zastępowana, bo rejent, jakieśmy to wyżéj powiedzieli, był z księżną ze względu jéj ślubu z Riomem, w nieporozumieniu. Potém nadeszła godzina owych sławnych kolacyj, tak głośnych, a które odbywały się latem w St. Cloud albo w St. Germain, a w zimie w palais-royal.
Na owych wieczerzach nie bywało jak dziesięć do piętnastu osób, rzadko więcéj i rzadko mniéj. Z mężczyzn bywali zwykle: książę Broglie, Nocé, Brancas, Biron, Canillac, i kilku młodych ludzi odznaczających się dowcipem, albo téż znanych z rozpusty. Z kobiet bywały: pani de Parabere, de Phalaris, de Sabran i Daverne, kilka dziewczyn z Opery, tancerek albo śpiewaczek, niekiedy także i księżna Berry. Rozumie się, że obecność jéj królewskiéj mości nic tylko że nie zmiejszyła swobody, właściwéj tym zebraniom, lecz ją raczej jeszcze zwiększała.
Najzupełniejsza, bezwzględna równość była cechą tych wieczorów, gdzie wszystko, bez wyjątku: królowie, ministrowie, radzcy, damy dworskie, wszystko krytyce podpadało, wszystkich obrabiano, szamerowano i chłostano. Tam język francuski stawał się tak wolnym jak język łaciński. Tam wszystko, wszystko opowiadano i robiono, byle tylko w sposobie dowcipnym. I dla tego téż te zebrania tyle miały wdzięku dla rejenta, że gdy godzina ich wybiła i ostatni spółbiesiadnik nadszedł, kazał drzwi pozamykać, zabarykadować, i już nie wpuszczano nikogo, gdyby i z najważniejszym interesem w świecie, czyli to dotyczącym się Francyi, króla, albo wreszcie i samego rejenta. To zamknięcie trwało aż do rana.
Dubois rzadko uczestniczył tym biesiadom, z powodu swojego słabego zdrowia; a nieprzyjaciele jego korzystali z nich, i cięli go jak mogli najlepiéj. Rejent śmiał się do rozpuku z tych razów, wymierzonych jego ministrowi, i zarówno z drugimi, to dziobnął, to drapnął, to ugryzł odarty ze wszystkiego szkielet swojego eks-guwernera. Dubois dobrze o tém wiedział, że przy owych wieczorach najczęściéj się kosztem jego bawiono, ale wiedział i o tém, że rejent nazajutrz już i słówka jednego z tego nie pamiętał co posłyszał w nocy, i by najmniéj go te napaści, by zniszczyć władzę jego, nie trwożyły.
A rejent, czując się z dniem każdym więcéj ociężałym, wiedział także, że może polegać na przezorności Dubois: bo Dubois czuwał, gdy rejent spał, wieczerzał albo jeździł; Dubois, niemogący się niby na nogach swoich utrzymać, był nigdy niezmordowany: był razem w palais-royal, w Luksemburgu i na operze; znajdował się wszędzie, gdzie bawił rejent; posuwał się za nim, jakby cień jego, pokazując swoję twarz kunią, to na korytarzu, to w podwojach salonu, to w loży. Dubois, jedném słowem, zdawało się, że ma dar wszędobylstwą.
Gdy wrócił z swojéj wycieczki do Rambouillet, gdzie tak wytrwale i z taką troskliwością czuwał nad rejentem, kazał do siebie przywołać Lecoq’a. Bo Lecoq w liberyi hajduka, dosiadłszy dzielnego konia, przyłączył się był do orszaku księcia, niepoznany w ciemności nocy przez nikogo. Dubois rozmawiał z nim przez całą godzinę, dał mu różne polecenia na jutro, spał następnie cztery lub pięć godzin, wstał o godzinie 7éj z rana, uradowany korzyściami, jakie odniósł nad rejentem, i z których wielkie zamyślał ciągnąć zyski. Potém udał się małemi drzwiami do pokoju sypialnego rejenta, które mu pokojowiec, za pierwszém zaraz stuknięciem zwykł otwierać.
Rejent spał jeszcze.
Dubois stanął przy łóżku i przypatrywał mu się z uśmiechem, który miał cóś małpiego lecz i szatańskiego zarazem.
Nakoniec postanowił go obudzić.
— Hejże! jaśnie oświecony panie, zbudź się wasza królewska mość.!
Książe otworzył oczy, zobaczył Dubois, i chcąc go się pozbyć opryskliwością, do któréj minister jego tak nawykł, że się po nim przemknęła, jak woda po płótnie woskowaném, zawołał:
— Ach to ty, opacie! Idź sobie do diabła!
I obrócił się twarzą do ściany.
— Od niego właśnie wracam, jaśnie oświecony panie, ale że był bardzo zajęty, więc mnie odesłał do waszéj królewskiéj mości.
— Daj mi pokój. Zmęczonym.
— Bardzo wierzę. Noc była burzliwą, nieprawdaż?
— Cóż przez to chcesz powiedzieć? zapytał książę obracając się w połowie.
— Powiadam, że to, cóś jaśnie oświecony pan zeszłej nocy robił, nie jest właściwém dla człowieka, który z rana o 7éj daje rendez-vous.
— Więc ja tobie na dzisiaj dałem rendez-vous?
— Nie inaczéj, wczoraj, zanim się wasza królewska mość do Saint-Germain udałeś.
— Ach prawda!
— Jaśnie oświecony pan nie przewidziałeś, że w nocy tyle będziesz miał zatrudnień.
— Zatrudnień? Wstałem od stołu o godzinie 7éj.
— A ta młoda dziewczyna, czyż warta była téj drogi?
— Jakiéj drogi?
— Którą, wasza królewska mość odbyłeś, wstawszy od stołu o godzinie 7éj.
— Słysząc ciebie, zdawało-by się, że nie tak łatwo jest powrocie z Saint-Germain.
— Wasza królewska mość masz słuszność: z Saint-Giermain bardzo bliziutko, ależ można przedłużyć tę drogę.
— Jakto?
— Jadąc na Rambouillet.
— Śni ci się, mój kochany.
— Skoro tak, to dobrze. Opowiem więc mój sen, który jaśnie oświeconego pana przekona, że i we śnie jestem waszą królewską mością zajęty.
— Jakie nowe błazeństwo zapewne?
— Bynajmniéj. Śniło mi się, żeś jaśnie oświecony pan gonił za jeleniem, żeś go zapędził na rozstajne drogi, i żeś go tam wasza królewska mość ubił. Potém....
— Dotąd sen twój jest podobny do rzeczywistości. Ale cóż daléj?
— Potém jaśnie oświecony pan wstąpiłeś do Saint Germain, usiadłeś do stołu o godzinie pół do szóstéj, rozkazawszy poprzednio, by powóz bez herbów był w pogotowiu na godzinę siódmą.
— Wcale nie źle; daléj-że, opacie, daléj.
— O w pół do ósméj, jaśnie oświecony pan oddaliłeś wszystkich, prócz Lafara, z którym do powozu wsiadłeś.
— Cóż daléj?
— Powóz udał się drogą do Rambouillet, gdzie stanął o trzy kwandranse na dziesiątą. Zatrzymał się tylko na przedmieściu, gdzie wasza królewska mość wysiadłeś. Przyprowadzono konia, który tam czekał na jaśnie oświeconego pana, i gdy Lafare zajechał powozem przed hotel pod Tygrysem królewskim, jaśnie oświecony pan przybyłeś za nim konno, przybrany w kostjum giermka.
— Ale tutaj sen twój zaczyna się gmatwać, nieprawdaż?
— Nie, jaśnie oświecony panie, nie bardzo.
— Więc gadajże daléj.
— Otóż, gdy ów błazen Lafare udawał że zajada niesmaczną kolacją, przyjmując tytuł jaśnie wielmożnego pana, którym go raczono, wasza królewska mość oddałeś konia swojego paziów i udałeś się pieszo do małego pawilonu.
— Prawdziwy z ciebie szatan! Ale gdzieżeś ty był? gdzieżeś się ukrywał?
— Nie opuściłem palais royal, gdziem spał jak zabity, dowodem tego, że jaśnie oświeconemu panu opowiadam mój sen.
— I cóż było w tym pawilonie?
— Nasamprzód u drzwi jakaś straszna duegna, wysoka, chuda, żółta.
— Poczekaj, polecę jéj ciebie, i bądź pewien, że pierwszy raz, gdy cię spotka, to ci oczy wydrze.
— A w salonie.... Tam do licha! w salonie....
— Otóż czego widzieć nie mogłeś, mój kochany, nawet i we śnie.
— O jaśnie oświecony panie, zniszczył byś mnie tém przypuszczeniem: płacę 500,000 liwrów mojej policyi tajnéj, i źle by było, gdybym za to w głąb mieszkali nie miał zajrzeć.
— Więc cóżeś tam widział?
— Naprawdę, jaśnie oświecony panie, śliczną młodą Bretonkę, lat szesnaście a najwięcej siedmnaście.... Tak, śliczna jak amorek; przybyła wprost od Augustjanek z Clisson; towarzyszyła jéj poczciwa stara siostra, którą zaraz po przybyciu oddalono.... Czy nie tak?
— Wyznam szczerze, już nieraz sądziłem, że jesteś diabłem w cielonym w opata, na zgubę moję.
— By ocalić waszą królewską mość, tak ja twierdzę.
— By mnie ocalić! co tego, tom nie przypuszczał.
— A więc, jaśnie oświecony panie, mówił Dubois daléj, z uśmiechem szatańskim. I cóż ta mała?
— Śliczne dziecko.
— Spodziewam się, bo z tak daleka przywieziona!
Rejent brwi zmarszczył. Ale pomyślawszy, że Dubois nic więcéj nadto nie wie, rozmarszczył znowu czoło i uśmiechnął się.
— Otóż Dubois, jesteś niezaprzeczenie wielkim człowiekiem.
— O, tylko wasza królewska mość o tém wątpiłeś! A jednakżeż wpadłem w niełaskę.
— Ty?
— Bez wątpienia, bo jaśnie oświecony pan ukrywasz się przedemną.
— No, nie gniewaj się.
— A miałbym powód, wyznaj to, jaśnie oświecony panie, sam.
— Dla czego?
— Dla czego?
— Dlaczego! Czemużeś mi jaśnie oświecony pan o tém nie powiedział, toć-że i ja byłbym sprowadził Bretonkę.
— Doprawdy?
— A jaśnie oświecony pan myślisz, że skarb wielki posiadasz.... gdybyś tylko wiedział!....
— Dajmy pokój żartom, proszę cię.
— Żal mi waszéj królewskiéj mości.
— Cóż to ma znaczyć?
— Wasza królewska mość wierzysz pozorom. Więc ona jest bardzo ładna, ta młoda dziewczyna?
— Śliczna.
— I cnotliwa! o, i bardzo cnotliwa, tak jaśnie oświeconemu panu mówiono, czy nie?
— Nieinaczéj.
— A ja, oświadczam, że waszą królewską mość oszukano!
— Mnie?
— Tak jest, bo ta Bretonka....
— Milcz, opacie!
— Jakto! milcz?
— Ani słówka więcéj o tym przedmiocie, zakazuje ci to, wyrzekł rejent z powagą.
— O, widzę, że i wasza królewska mość przykry miałeś sen, czy mogę go wytłumaczyć?
— Panie Józefie, odeśle cię do bastylji.
— Do bastylji, skoro tylko wasza królewska mość zechcesz; ale ta Bretonka...
— Jest moją córką! panie opacie.
Dubois się cofnął o kilka kroków, a jego uśmiech szydzący ustąpił przed wyrazem najwyższego zdumienia.
— Córka!... jaśnie oświeconego pana!.... Któż jest jéj matką, u licha?
— Najgodniejsza kobieta, i która miała ten zaszczyt, umrzeć, zanim ciebie poznała.
— A dziecko?
— Diecie ukryto, by go nie plamiły spojrzenia tak ohydnych istot, jak ty jesteś.
Dubois się skłonił głęboko, z wyrazem wysokiego poszanowania ale oraz i z miną człowieka, który wielkiego doznał zawodu. Rejent ścigał go tryumfującém spojrzeniem aż do drzwi.
Ale Dubois nie należał do tych ludzi, którzy tak łatwo doznają, zawodu, i zanim się jeszcze drzwi zamknęły, dzielące go z rejentem, już dostrzegł w owéj ciemności, która mu przez chwilę oczy była zakryła, światełko, będące dla niego jakby najjaśniejszym ogniem radości.
— A co? pomruknął, zstępując zwolna po wschodach, czyż nie mówiłem, że ta konspiracja przyniesie mi mitrę arcybiskupią!... Prawdziwy głupiec zemnie! gdybym był rzeczy przezorniéj prowadził, mógłbym był sięgnąć po kardynalski kapelusz.


XII[4].
JESZCZE W RAMBOUILLET.

Gdy Dubois pospiesza do hotelu Muids d’ Amour, wróćmy do Rambouillet, gdzieśmy młodą zostawili parę, pocieszoną nadzieją widzenia się nazajutrz o dziewiątéj z rana.
O umówionéj godzinie, Gaston, bardzo niecierpliwy, udał się do Heleny. W przedpokoju długą musiał poczekać chwilę, bo pani Desroches wielkie robiła trudności w przyjęciu téj wizyty. Ale Helena oświadczyła jasno i dobitnie, że uważając siebie jako panią swoich czynności i tego co jest przyzwoitém lub nie, postanowiła przyjąć p. de Livry, swojego współ-ziomka, który ją przychodzi pożegnać. Wiemy że Gaston w czasie drogi przybrał nazwisko de Livry, i zamierzył je zatrzymać, wyjawiając tym tylko prawdziwe, z którymi w Paryżu miał do czynienia.
Pani Desroches wydaliła się z pokoju wielce niezadowolona, w zamiarze jednakże podsłuchania młodéj pary; ale Helena spodziewając się czegoś podobnego, sama za nią drzwi podwójne zamknęła.
— Więc się znowu widzimy, mój kochany! zawołała witając Gastona. Czekałam ciebie!... Przez noc całą oka przymknąć nie mogłam.
— I ja toż samo, Heleno. Ale niechżeż się przypatrzę temu przepychowi.... I tobie także?.... ta suknia jedwabna, ten strój na głowie!.... Ach jakżeś w tém piękna, Heleno!
— Zdaje mi się, że się nie cieszysz z tego?
Gaston nic jéj nie odpowiedział, a spoglądając badawczo wokoło wyrzekł. — »Te bogate obicia, te malatury kosztowne, srebro i złoto u gzymsów.... Heleno, twoi opiekunowie muszą być nader bogaci.?«
— I mnie się tak zdaje, odpowiedziała młoda dziewczyna z uśmiechem. A mówiono mi jednakże, że te obicia, malatury i złocenia, które ty podziwiasz i ja podziwiałam, są już stare, niemodne, i mają być w krotce innemi, piękniejszemi zastąpione.
— Przekonano się, że Helena zamieni się w wielką i możną damę, wyrzekł Gaston przymuszając się do uśmiechu, bo mi już kazała w przedpokoju poczekać.
— Mój kochany, czyliżeś tam na stawie, nie wyczekiwał całe godziny?
— Byłaś wtedy w klasztorze i zależna od wielebnéj matki, szanownéj ksieni.
— Ten tytuł jest świętym, nieprawdaż?
— O tak!
— Nakazuje poszanowanie i posłuszeństwo!
— Bezwątpienia.
— A więc, wystaw sobie moją radość, Gastonie: bo tutaj znajduję takąż samą opiekę, tęż samą miłość, lecz trwalszą jeszcze.
— Jakto? zapytał Gaston zdziwiony.
— Bom znalazła....
— Co takiego, w imię Boga!
— Mojego ojca....
— Twojego ojca! ach, moja Heleno, jakżem szczęśliwy! dzielę twoję radość. Jakież to szczęście! ojciec będzie czuwał nad moją kochanką, nad żoną moją.
— Będzie czuwał.... zdaleka.
— Jakto! więc się rozłącza z tobą?
— Niestety! podobno że świat nas rozłącza.
— Czy w tém jest jaka tajemnica?
— Nawet i dla mnie. Bo możesz sobie wystawić, że gdyby nie tak było, już byś wiedział o wszystkiém: dla ciebie nie mam żadnéj tajemnicy.
— Jakieś nieszczęście familijne..... proskrypcja rodziny twojéj.... Jakieś czasowe przeszkody!
— Nic o tém wszystkiém nie wiem.
— A więc jak najwyraźniéj sekret. Lecz ja ufam tobie zupełnie, dodał z uśmiechem, i pozwalam ci być ostrożną nawet i zemną, skoro ojciec twój tak kazał. Jednakżeż pytać cię jeszcze o coś będę. Nie rozgniewasz-że się o to?
— Bynajmniéj!
— Czyś bardzo szczęśliwa? czy możesz być dumną z twojego ojca?
— Tak myślę. Zdaje się, że serce ma szlachetne, a głos jego jest miły i dźwięczny.
— Głos jego! Ale.... czy podobny do ciebie?
— Nie wiem.... nie widziałem go.
— Nie widziałaś go?
— Nie.... bo noc była....
— Twój ojciec nie pragnął widzieć córki? ciebie? tak pięknéj!.... O jakaż to obojętność!
— Ależ nie, mój kochany, on wcale nie jest obojętnym zresztą on mnie zna. ma mój portret. Pamiętasz, przeszłéj wiosny, zazdrościłeś portretu....
— Nie rozumiem tego wszystkiego. Ale dla czegóż się z tobą nie widział?
— Była noc, mówię ci. Mówił tylko zemną.....
— W takim przypadku zapalają, się świeczniki, które tu widzę, wyrzekł z zimnym uśmiechem.
— To dobrze, kiedy kto chce być widzianym, ale nie, kiedy są powody, by się ukrywał.
— Co ty mówisz? wyrzekł Gaston zamyślony. Jakież powody może mieć ojciec, by się przed córką swoją ukrywał!
— Bardzo słuszne. I ty, jako człowiek poważny, prędzéjbyś to mógł pojąć, aniżeli ja. A jednakżeż mnie nie dziwi....
— O, moja kochana Heleno, cóżeś mi to powiedziała!... Straszną wznieciłaś obawę w mej duszy!
— Przestraszasz mnie tą twoją obawą.
— Powiedz mi, o czemżesz ci mówił twój ojciec?
— O miłości, którą zawsze czuł dla mnie.
Gaston się poruszył niespokojnie.
— Przysięgał mi, że odtąd już szczęśliwą będę; że pragnie wszelką usunąć niepewność co do mojego losu; że pogardzi owemi względami, które go dotąd zmuszały, by się wyparł córki swojéj.
— Słowa.... i tylko słowa!.... Ale.... jakiż ci dal dowód przywiązania swojego?... Wybacz moim natrętnym pytaniom, Heleno, lecz widzę przepaść nieszczęść przed nami. Chciałbym, by na chwilę twoja łagodność anielska, która mnie dumnym czyni, ustąpiła przenikliwości szatańskiéj. Zrozumiałabyś mnie wtedy, i niepotrzebowałbym ci tyle czynić zapytań, które tobie ubliżając, mnie wstyd przynoszą. A przecież są one potrzebne dla przyszłego szczęścia naszego.
— Nierozumiem ciebie, Gastonie, i nie wiem co ci odpowiedzieć.
— Okazywał-że ci wielkie przywiązanie?
— O, wielkie, zapewne.
— Ale w tej ciemności, chcąc z tobą mówić, zbliżyć się do ciebie....
— Ujął mnie za rękę, a ręka jego więcéj od mojéj drżała.
Gaston z wściekłością sciskał pięści swoje.
— Uścisnął cię po ojcowsku, nieprawdaż?
— Pocałował mnie w czoło, a ja to pocałowanie klęcząc przyjęłam.
— Heleno! krzyknął Gaston, ja wierzę przeczuciu mojemu: ciebie zdradzają, jesteś ofiarą piekielnego podstępu. Heleno, ten człowiek, ukrywający się, lękający się światła, który ciebie córką swoją nazywa, człowiek ten, Heleno, nie jest ojcem twoim!
— Gastonie! rozdzierasz mi serce!
— Heleno, niewinności twojéj pozazdrościłyby i niebiańskie istoty, ale wszystkiego nadużywają w świecie, i aniołów skazili, zbeszcześcili ludzie. Tego człowieka poznam, przytrzymam, ja go zmuszę, by uwierzył w miłość i honor tak anielskiej istoty, jak ty jesteś; i jeżeli nie jest najpodlejszym z ludzi, to mi powie, czyli go mam ojcem moim nazywać albo zabić jako nikczemnika.
— Gastonie, rozum twój się błąka, co ty gadasz? cóż cię naprowadza na domysł tak strasznej zdrady? I skoro obudzasz moje podejrzenia i odkrywasz przedemną ohydne bezdroża serca ludzkiego, na które patrzeć się wzdrygałam, powiem ci z równąż otwartością: ten człowiek, jak go nazywasz, czyliż mnie nie miał w mocy swojéj? czyliż dom ten, w którym zostaję, nie jest jego własnością? ludzie, którzy mnie otaczają, nie sąż oddani rozkazom jego?.... Gastonie, powziąłeś złą myśl o moim ojcu, przeprosisz mnie za to, jeżeli mnie kochasz.
Gaston z rozpaczą rzucił się na krzesło.
— O mój drogi, nie niszcz jedynéj i najczystszéj pociechy, jaką kiedykolwiek doznałam. Nie zatruwaj mi szczęścia mojego życia, nad którem nieraz ubolewałam, że samotnie upływa; i byłoby całkiem opuszczone i smutne, gdyby nie owo uczucie, którego nam niebo skąpić sobie każę. Niechżeż teraz miłość dziecięca wynagrodzi mi wyrzuty sumienia, których nie raz doznaję, że ciebie aż do ubóstwienia kocham!
— Heleno, wybacz mi! zawołał Gaston. Tak, ty masz słuszność, ja kalam twoję radość lak czystą, a może i szlachetne przywiązanie twojego ojca, podejrzeniem mojém niewczesném może. Ale w imię Boga, Heleno, nie chciéj lekceważyć obawy mojéj, pochodzącéj z doświadczenia własnego i miłości dla ciebie. Nie byłoby to po raz pierwszy, że występna namiętność chce korzystać z łatwowiernéj niewinności. Twoje zaś dowodzenie jest mylném, bo to byłoby wielką niezręcznością, jakiéj owi niecni uwodziciele nigdy nie popełniają, okazując ci zaraz swoję miłość występną.... Lecz zatrzeć powoli cnotę w twojém sercu, złudzić cię blaskiem nieznanego zbytku, przyzwyczaić zwolna zmysły twoje do nowych, pokonać sztuką wymowy, o, zwycięztwo takie daleko jest słodszém, aniżeli to, które skutkiem przemocy nastąpi. O, droga Heleno, posłuchaj przestróg moich, miłość moja niechaj przemówi do ciebie, moja miłość tak pokorna i czysta, zdolna do każdego poświęcenia za najlżejszém skinieniem ojca, który prawdziwym byłby ojcem dla ciebie.
Helena schyliła głowę i milczała.
— Zaklinam cię, mówił daléj Gaston, byś nic stanowczego nie przedsięwzięła, ale miéj baczność na wszystko, co cię otacza. Strzeż się pachnideł, któremi cię obdarzą, wina, które ci podadzą, we śnie nawet bądź ostrożną. Heleno, strzeż sama siebie, bo ty jesteś szczęściem mojém, honorem i życiem.
— Będę ci posłuszną, mój kochany, ale wierzaj, że to mi bynajmniéj nie przeszkodzi kochać mojego ojca.
— I ubóstwiać zarazem, jeżeli się omyliłem, Heleno!
— Jesteś szlachetnym i dobrym, mój Gastonie.
— Powziąwszy najmniejsze podejrzenie, pisz zaraz do mnie.
— Pisać mam.... Więc odjeżdżasz?
— Jadę do Paryża w owym interesie familijnym, o którym ci napomknąłem. Będę mieszkał w hotelu pod Muids d’ amour[5], przy ulicy Bourdonnais. Zanotuj sobie ten adres i nie pokazuj go nikomu.
— Dla czegóż taka przezorność?
Gaston się wahał odpowiedzieć.
— Ponieważ.... dla tego.... że gdyby znano twojego obrońcę, możnaby w razie występnych zamiarów, jego środkom ratowania ciebie przeszkodzić.
— Cóż znowu! i ty jesteś tajemniczym, mój ładny Gastonie. Mam ojca, który się ukrywa, i.... kochanka.... trudno mi to wymówić.... który ukrywać się zamyśla.
— Ależ zamiary jego są ci znane przynajmniéj, mówił Gaston, przymuszając się do uśmiechu, by pokryć swoje pomięszanie i rumieniec.
— Ah! pani Desroches nadchodzi... Słyszę jak ruszyła klamką u pierwszych drzwi. Rozmowa nasza wydaje jéj się zbyt długą.... Jestem, tak jak w klasztorze, mój kochany.
Gaston pocałował ładną rączkę, którą mu na pożegnanie podała, właśnie gdy pani Desroches weszła. Helena mu się bardzo ceremonialnie ukłoniła, co Gaston także z całą uczynił powagą. A pani Desroches, w czasie téj nieméj sceny, przeszywała go wzrokiem swoim, by zrobić najwierniejszy rysopis, jaki kiedykolwiek z pod ręki szpiega jakiéj podejrzanéj wyszedł osobie.
Gaston udał się niebawem drogą do Paryża. Owen czekał na niego niecierpliwie. Ażeby zaś jego luidory nie dzwoniły w skórzanym worku, pozaszywał je w podszewkę spodni swoich. Może je także chciał mieć jak najbliżej siebie.
W przeciągu trzech godzin Gaston stanął w Paryżu. I tym razem nie mógł go Owen o powolność obwiniać, bo tak konie jak i oni sami okryci byli potem i kurzem, stanąwszy u barjery la Conférence.


XIII.
KAPITAN LA JONQUIERE.

Przy ulicy Bourdonnais była oberża, która niemal na miano hotelu zasługiwała: można w niéj było mieszkać i jeść, a przedewszystkiém pić nie źle.
W czasie widzenia się z nim w nocy, Dubois polecił Tapinowi, podejrzaną osobę kapitana la Jonquiere; tenże przekazał ją znanemu Leveillé, który kapitan w dalszym następstwie wszystkim naczelnikom brygad pod opiekę oddał, a którzy za nim bezzwłocznie udali się w pogoń.
W czasie widzenia się z Tapinem w nocy, polecił mu kapitana la Jonquiere, Tapin przekazał następnie tegoż zacnemu Leveillè, który biednego kapitana z kolei wszystkim naczelnikom brygad w opiekę oddał, a którzy bezwłocznie za nim w pogoń się udali.
Rozbiegli się więc ajenci na wszystkie strony; ale czyli to była zręczność lub przypadek szczęśliwy, nie kto inny, tylko znowu p. Tapin, po dwu-godzinném szaloném przebieganiu ulic Paryża, wynalazł w owéj sławnéj oberży przy ulicy Bourdonnais, kapitana la Jonquiere, który obecnie był jakby zmorą dla Dubois.
Gospodarz wziął Tapina za jakiego starego aplikanta od prokuratora, i odpowiadał na wszystkie jego zapytania z uprzejmością: że kapitan la Jonquiere rzeczywiście w hotelu jego mieszka, ale ponieważ po północy dopiero wrócił, a zatem śpi jeszcze; co zresztą, o godzinie szóstéj z rana, było rzeczą bardzo naturalną.
Tapin nie żądał nic więcéj wiedzieć; był to człowiek prosty i niemal algiebraiczny, który jeden wniosek wyprowadził z drugiego. Kapitan la Jonquière spał, a więc leżał; a leżał tutaj, bo mieszkał w hotelu.
Tapin wrócił wprost do palais-royal. Spotkał Dubois, wychodzącego od rejenta i będącego z powodu marzeń swoich o kapeluszu kardynalskim, w bardzo rozkosznym humorze. Tylko dobry ów humor przeszkodził, że nie odmówił płacy wszystkim swoim emisaryuszom, którzy mu już cały szereg fałszywych la Jonquière’ów byli do Fort-l’ Evèque dostawili.
Jednym z nich był jakiś kapitan la Joncière, wyszukany i aresztowany przez Leleillè. Nazwisko tegoż najwięcej było zbliżoném do nazwiska oryginału.
Drugim był jakiś la Jonquille, sierżant gwardji francuzkiéj. Polecono szpiegom mianowicie domy osławione, i p. Joquille, wynaleziono w takimże domu.
Trzeci nazywał się la Jupinière, był on strzelcem w znakomitym domu: na nieszczęście, odźwierny tegoż znakomitego domu jąkał się, a szpieg pełen gorliwości, zrozumiał zamiast, la Jupinière, la Jonquière.
Już było dziesięć osób aresztowanych, a połowa wysłanych jeszcze po Paryża biegała; można więc było przewidzieć, że aresztowania nie skończy się tak prędko, i że temu podpadną wszelkie podobieństwa nazwiska. Bo od wydanego przez Dubois rozkazu, analogja panowała despotycznie w Paryżu.
Gdy Dubois, złorzeczący i lżący pomimo dobrego humoru (by nie wyjść ze zwyczaju), posłyszał raport Tapina, tarł się zapamiętale po nosie, co zwykle najlepszym było znakiem.
— Więc jesteś pewien, mówił, żeś prawdziwego kapitana la Jonquière znalazł?
— Tak jest, jaśnie wielmożny panie.
— Czy pewno, że się nazywa la Jonquière?
— Tak jest jaśnie wielmożny panie.
— L-a, la, j-o-n, jon, la Jon, q-u-i-è-r-e, la Jonquiere, sylabizował Dubois.
— La Jon-qui-ère, powtórzył Tapin.
— Kapitan?
— Tak, jaśnie wielmożny panie.
— Rzeczywisty kapitan?
— Widziałem jego pióro.
To dowodzenie przekonało Dubois co do stopnia ale nie co do tożsamości osoby.
— Bardzo dobrze. Ale cóż on porabia? pytał daléj.
— Czeka, nudzi się i pije.
— Tak, to musi być on: czeka, nudzi się i pije.
— I jak jeszcze pije.
— A czy też i płaci? mówił Dubois, przywiązując wielką wagę tego zapytania.
— O, płaci, jaśnie wielmożny panie.
— Otóż to! masz rozum, Tapinie, mając to na uwadze.
— Jaśnie wielmożny pan mi pochlebiasz, ozwał się Tapin skromnie, boć to jest naturalnie bardzo: gdyby nie płacił, nie byłby człowiekiem niebezpiecznym.
Jużeśmy to wyżéj powiedzieli, że Tapin był łotrem pełnym loiki.
Dubois dał mu dziesięć luidorów wynagrodzenia; wydał mu nowe rozkazy; polecił sekretarzom, by późniéj przychodzącym szpiegom oznajmili, że już jest dosyć la Jonqnière’ow; ubrał się spiesznie, i udał się pieszo na ulicę Bourdonais.
Już od szóstéj z rana, oddał pan nadzorca drogowy, d’Argenson, na rozkazy Dubois, pół tuzina drabów, przebranych za gwardzistów francuskich i opatrzonych w stosowne instrukcje. Jedni szli za nim, drudzy go poprzedzili.
Powiedzmy teraz nasamprzód słówko o wnętrzu oberży, do któréj wprowadzimy czytelnika.
Oberża pod Muids d’amour, była, jakeśmy to już wyżéj powiedzieli, w połowie karczmą w połowie hotelem. Pokoje mieszkalne były na piętrze, a sale szynkowniane na równéj ziemi.
Główna z tych sal była zarazem i spoiną dla wszystkich gości. Znajdowały się w niéj cztery stoły dębowe i mnóstwo stołków; u okien czerwone z białem firanki, tradycjonalna ozdoba wszelkich traktyernij; pod ścianą stało kilka ławek a liczne i czyste szklanki i kieliszki na stole bufetowym. Zdobiły ją także różne obrazki, pozłacanym oramione pręcikiem, jakoto różne wędrówki żyda tułacza, alba skazanie na śmierć i tracenie Duchauffour’a. To wszystko pokryte ciemnawą powłoką kopciu i cuchnące aż do mgłości fajką, uzupełniało całość tego szanownego miejsca licznych zebrań, gdzie się zwolna obracał otyły i czerwony mężczyzna, mający lat 35 do czterdziestu, i gdzie się szybko uwijała mała dwunasto letnia dziewczynka, szczupła i blada. Był to gospodarz i córka jego, która po nim miała odziedziczyć wszystko.
Kuchcik przyprawiał w kuchni jakąś potrawkę, która w około mocny roznosiła zapach.
Sala jeszcze była próżną, gdy w chwili uderzenia godziny pierwszéj z południa na zegarze ściennym, wszedł i zatrzymał się na progu jeden z gwardzistów francuzkich.
— Ulica Bourdonnais..., mruczał sobie pod nosem, tak.... Muids d’amour..... w sali spólnéj stół na lewo.... siedzieć i czekać.
I stosownie do tego przepisu, szanowny obrońca kraju, pokręcił wąsa z pewną zalotnością wojskową, i nucąc sobie jakąś odwachową piosnkę, usiadł w miejscu wskazaném.
Zaledwie usiadł i podniósł rękę, by pięścią w stół uderzyć, co w języku karczemnym na całym świecie znaczy tyle, co zawołać: wina, gdy drugi gwardzista, zupełnie tak samo ubrany, ukazał się z kolei we drzwiach; pomruknął słów kilka i po chwilowym namyśle zajął miejsce obok pierwszego.
Dwaj żołnierze spojrzeli sobie w oczy, potém każdy z nich wydał ów podwójny wykrzyknik: «Ah! ah’» który także na całém świecie zdziwienie oznacza.
— To ty, Grippart? zapytał pierwszy.
— Tyżeś to, l’Enlevant? zawołał drugi.
— Cóż tu robisz, w tym szynku?
— A ty?
— Ja sam nie wiem.
— I ja nie.
— Więc tu jesteś....
— Z wyższego rozkazu.
— A, to i ja.
— I czekasz....
— Na kogoś, co tu ma przyjść.
— Z pewném hasłem?
— A skutkiem tego hasło?
— Mam mu być posłusznym, jakby samemu p. Tapinowi.
— Jedno i to samo. A tymczasem dano mi pistolę[6] bym się uraczył.
— Dano mi także pistolę, ale nie mówiono mi, ażebym pił.
— W takiej więc wątpliwości?...
— Wstrzemięźliwym nie będę.
— Więc pijmy.
I uniesiona pięść po nad stołem uderzyła teraz w niego, by gospodarza przywołać, chociaż to było rzeczą zbyteczną; bo gospodarz widząc wchodzących gości i w których poznał lubowników butelki, trzymał się prosto, z podniesioną w górę ręką, ażeby uchylić szlafmycy. Był to zabawny człowiek, ten gospodarz pod Muids d’amour.
— Wina! zawołali obydwaj gwardziści.
— Orleańskiego, dodał z nich ten, który zdawał się być większym smakoszem. Drapie w gardle i lubię je.
— Moi panowie! zawołał gospodarz ze strasznym uśmiechem, moje wino nie drapie, lecz jest bardzo łagodne.
I przyniósł odkorkowaną butelkę.
Obydwaj goście naleli sobie kieliszki i pili. Poczém je postawili na stole z skrzywieniem się rożnem co do wyrazu, ale jedno i to samo oznaczające wrażenie.
— Co u licha, mówisz, że twoje wino nie drapie? toćże ono rozdziera gardło.
— Ach moi panowie, to jest śliczne winko! zawołał gospodarz.
— Tak, braknie mu tylko traganku[7], dodał drugi gwardzista.
Gospodarz się uśmiechnął, jak człowiek znający się na żarcie.
— Chcecież jeszcze jednę? zapytał.
— Gdy będziemy chcieli, to zawołamy.
Gospodarz się skłonił i zrozumiawszy to powiedzenie, zostawił gości swoich samych.
— Ale, ozwał się jeden dwóch żołnierzy do drugiego, ty pewnie cóś więcej wiesz o tém, aniżeliś mi mówił, czy nie tak?
— O, wiem, że tu chodzi o jakiegoś kapitana.
— To, to samo. Ale, by aresztować tego kapitana, przybędzie nam pomoc, jak sądzę.
— Niezawodnie. Dwóch przeciwko jednemu, to niedosyć.
— Zapominasz o człowieku z hasłem. To pewnie ta pomoc.
— Gdyby ich było dwóch, i to silnych. Ale zdaje mi się, że coś słyszę.
Rzeczywiście ktoś szedł po wschodach.
— Sza!
— Cicho!
I obydwaj gwardziści, więksi niewolnicy danego im rozkazu, jak gdyby byli prawdziwymi żołnierzami, naleli sobie po kieliszku wina i pijąc je, zwracali, każdy, wzrok ponury ku drzwiom.
Obydwaj dostrzegacze nie omylili się, bo wschody, prowadzące z sali na pierwsze piętro, o których zapomnieliśmy wspomnieć, poczęły trzeszczeć pod jakimś porządnym ciężarem, i w téj chwili goście na sali zobaczyli nasamprzód dwoje nóg, potém kadłub a następnie głowę schodzącego. Miał na sobie mundur niebieski, a na głowie trojrogaty kapelusz, zalotnie na jedno przechylony ucho. Oko mniéj wprawne, jak gwardzistów francuzkich, byłoby od razu w tém wszystkimé kapitana poznało, bo jego ślify i szpada żadnéj o stopniu jego nie pozostawiały wątpliwości.
Ten kapitan, rzeczywisty kapitan la Jonquière, był człowiekiem mającym 5 stóp 6 cali wysokości, nieco gruby, żywy, i którego oczy na wszystkiém z zadziwiającą spoczywały przenikliwością. Rzekłbyś, że zwąchał szpiegów w mundurze gwardzistów francuzkich. Odwrócił się zaraz od nich na samym wstępie, a potém nadał jakiś szczególny obrot swojéj rozmowie z gospodarzem.
— Wychodzę, mówił; chciałbym był tutaj zjeść obiad, bo mi obudził apetyt ów wyborny zapach z kuchni, ale mnie koleżkowie czekają, w Gaboulet de Paphos. Może ktoś przyjdzie do mnie po sto pistolów, młody człowiek z prowincji, który miał być u mnie dziś z rana i na którego już dłużéj czekać nie mogę. Jeżeli przyjdzie i wymieni nazwisko swoje, powiedz mu, że za godzinę powrócę i niechaj na mnie zaczeka.
— Dobrze, panie kapitanie, odpowiedział gospodarz.
— Wina! wołali gwardziści.
— Oho! pomruknął kapitan, spoglądając na pozór zupełnie obojętnie na pijących, otóż i dwaj żołnierze, którzy mało mają względności dla ślif kapitańskich.
Potém się obrócił do gospodarza i dodał:
— Usłuż tym panom, bo przecież widzisz, jak im spieszno.
— Ah, wymówił jeden z nich wstawając, skoro pan pozwalasz....
— Zapewne, zapewne, że pozwalam, odpowiedział la Jonquière, z uśmiechom na ustach, ale byłby raczej wołał osmagać tych dwóch żołdaków, których twarze wielce mu się me podobały. Ulegając jednakże rozsądkowi, zwrócił się ku drzwiom.
— Ależ, kapitanie, zatrzymał go gospodarz, nie powiedziałeś mi pan nazwiska tego szlachcica, który ma tutaj przyjść niebawem.
La Jonquière się zastanowił; poruszenie niby dosyć wojskowe jednego z gwardzistów, bo założył na krzyż nogi i pokręcił wąsa, przywróciło mu nieco ufności; w téjże chwili, drugi wysadził palcem korek z butelki, naśladując językiem wystrzał szampanki a la Jonquière uspokoił się zupełnie.
— Jest to pan kawaler Gaston de Chaulay, odpowiedział kapitan gospodarzowi.
— Gaston de Chaulay, powtórzył gospodarz. Tam do djabła, gdybym zapomniał to nazwisko. Gaston.... Gaston... dobrze, przypomnę je sobie po Gaskonii;.... Chaulay.... dobrze?
— Dobrze odpowiedział poważnie la Jonquière. Gaston od Gaskona. Powinien byś otworzyć kursa mnemoniczne, mój panie gospodarzu, a jeżeli wszystkie reguły tak są pewne, jak ta którą słyszałem, zrobisz swoje szczęście niezawodnie.
Gospodarz się uśmiechnął na ten kompliment, a kapitan wyszedł; na ulicy obejrzał się bacznie na wszystkie strony, niby patrząc jaka jest pogoda, lecz rzeczywiście śledził wszystkie drzwi, zakątki i węgły domów.
Nie uszedł sto kroków ku ulicy Saint-Honoré, dokąd dążył, gdy Dubois ukazał się we drzwiach hotelu pod Maids-d’amour. Skrzyżował się, idąc, z kapitanem la Jonquière, lecz niewidziawszy wprzódy nigdy téj ważnéj figury, nie poznał go naturalnie.
Była to śmiałość aż do czelności posunięta, że się ukazał w hotelu z swoim wytartym kapeluszem w ręku, w szaréj sukni, spodniach brązowych, pończochach kosmatych, i z ułożeniem kupca z małego miasteczka.


XIV.
PAN MOUTONNET KUPIEC SUKNA W SAINT GERMAIN-EN LAYE.

Dubois, rzuciwszy szybkie spojrzenie na dwóch ciągle jeszcze pijących gwardzistów, dostrzegł gospodarza przemierzającego salę wśród ławek, ławeczek i leżących na podłodze korków.
— Czy nie tutaj mieszka pan kapitan la Joquière? zapytał nieśmiało. Chciałbym się z nim widzieć.
— Pan chciałbyś się widzieć z kapitanem la Jonquière? mówił gospodarz przypatrując się nowo-przybyłemu od stóp do głów.
— Gdyby można, bardzoby mi to było miło.
— Czy pan masz interes do tego, który tu mieszka? zapytał gospodarz, który w nim bynajmniéj nie poznawał oczekiwanego kawalera.
— Tak sądzę, odrzekł Dubois pokornie.
— Krótki, gruby.
— Ten sam.
— Tęgo pije?
— Tak jest.
— I zawsze gotów poigrać trzciną, gdy się zaraz nie zrobi, co rozkazał.
— Ten sam, kochany kapitan la Jonquièr....
— Więc pan go znasz?
— Ja, bynajmniej.
— Ach tak; boś go pan powinien był przede drzwiami spotkać.
— A do djabła! więc wyszedł? zawołał Dubois nagło w złym humorze, czego i pokryć nie umiał; ale spostrzegając niebaczność, jaką popełnił, przybrał znowu twarz swoję w najwdzięczniejszy uśmiech.
— Niemasz jeszcze pięciu minut, odpowiedział gospodarz.
— Pewnie niezadługo wróci?
— Za godzinę.
— Czy mi pan pozwolisz zaczekać tutaj na niego?
— Dla czegożby nie; ale może pan pozwoli sobie czém służyć?
— Proszę o wiśnie w wódce. Wino pije tylko przy objedzie.
Dwaj gwardziści porozumieli się uśmiechem najwyższéj wzgardy.
Gospodarz pospieszył z kieliszkiem żądanych wiśni.
— Ach! zawołał Dubois, jest w nim tylko pięć wisien a w Saint-Germain-en Laye, dają ich sześć.
— Być może, odpowiedział gospodarz, ale w Saint-Germain niemasz bezpłatnego wnijścia.
— To jest prawda, tak, zapomniałem o tém; przepraszam pana.
I począł gryść wiśnie, nie mogąc się ustrzedz, pomimo całéj mocy nad sobą, ażeby, jak najwidoczniej nie wykrzywiać twarzy.
Gospodarz, który go śledził oczyma, widział to skrzywienie się z uśmiechem zadowolenia.
— Gdzież on mieszka ten poczciwy kapitan la Jonąuière? zapytał Dubois, ażeby o czemś mówić.
— To są drzwi od jego pokoju, odpowiedział gospodarz. Wołał mieszkać na dole.
— Rozumiem. Okna zapewne są od ulicy?
— Są jeszcze i drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules z tego pokoju.
— Ale ta wrzawa nie przeszkadzaż mu?
— O, ma on i drugi pokoi na górze, raz tutaj spi a drugi raz Łam.
— Jak Dyonizy tyran, wyrzekł Dubois, niemogący się otrząść z swoich przytoczeń łacińskich albo historycznych.
— Co pan mówisz? zapytał gospodarz Dubois się spostrzegł, że znowu był nierozważny, i przygryzł usta. W téj chwili, na jego szczęście, jeden z gwardzistów zażądał wina a gospodarz, zawsze usłużny na takie wołanie, szybko poskoczył do przyległéj izby.
— Dubois spojrzał za nim a potem obrócił się do gwardzistów.
— Baczność! wy tam, zawołał.
— Czegóż pan chcesz? zapytali obydwaj.
Francja i rejent, odpowiedział Dubois.
— Hasło! zawołali razem dwaj przebrani żołnierze i powstali.
Wnijdźcie tam, mówił Dubois, wskazując pokój la Jonquierè’a, otwórzcie drzwi na ulicę Deux-Boules, i ukryjcie się, czy to za firanką, pod stołem, w szafie, albo gdzie będziecie mogli. Jeżeli zobaczę ucho którego z was, gdy wejdę, wytrącę mu płacę jego przez sześć miesięcy.
Dwaj gwardziści wypili resztki swojego wina, jako ludzie, którzy nic nie chcą z darów ziemskich stracić, i szybko weszli do wskazanego pokoju, gdy Dubois, spostrzegłszy, że nie zapłacili za wino, rzucił na stół sztukę pięcio-frankową; potém poskoczył do okna, otworzył je, i zwracając się do woźnicy, stojącego przed domem fiakra, zawołał.
— Lèvcillé! zajedź przed małe drzwi, które wychodzą na ulicę Deux-Boules, i powiedz Tapinowi, by wsiadł do powozu, gdy mu dam znak, bębniąc palcami po szybie. On już resztę wie.
Zamknął okno i w téjże samej chwili posłyszano turkot oddalającego się powozu.
Zwinny gospodarz powrócił. Na pierwszy rzut oka zobaczył, że gwardzistów już nie było.
— A gdzież się podzieli? zawołał.
— Jakiś sierżant na nich przez okno zastukał i wyszli.
— Ależ mi jeszcze nie zapłacili?
— Zostawili dwunasto-frankową sztukę na stole.
— Ej do licha! Sprzedaję przecież moje wino Orleańskie po ośm butelkę.
— Myśleli, że jako wojskowym, opuścisz coś w cenie.
— No, mówił gospodarz, obliczywszy zapewne że i tak jeszcze miał zysk, przynajmniej że wszystkiego niestraciłem, a takie wypadki przytrafiają, się w naszém rzemiośle.
— Ale coś podobnego, na szczęście, nie przytrafia się zapewne nigdy z kapitanem la Jonquière?
— O nie! To jest śmietanka wszystkich stołowników; wszystko płaci gotówką i nie targuje się nawet. Tylko, że mu nic nie jest dość dobre.
— Ho ho! ale może to tylko taka manija.
— Otóż to! szukałem tego słowa i nie mogłem go znaleść.
— To co mi mówisz o akuratności kapitana, bardzo mnie cieszy.
— Czy pan po pieniądze do niego przychodzisz? mówił mi wprawdzie, że na kogoś czeka, któremu sto pistolów winien.
— Przeciwnie, ja mu przynoszę pięćdziesiąt luidorów.
— Pięćdziesiąt luidorów! Tam do licha! to jest ładny grosz. Musiałem się przesłyszeć, i zamiast płacić, pewnie miał pieniądze odebrać. Nie nazywasz się pan przypadkiem kawaler Gaston de Chaulay?
— Kawaler Gaston de Chaulay! zawołał Dubois, niemogąc pokryć ile się ucieszył; on czeka na kawalera Gastona de Chaulay?
— Tak mi mówił, odpowiedział gospodarz, nieco zdziwiony tym zapałem spożywającego wiśnie w wódce, i który to bez przerwy z różnemi robił wykrzywieniami, jak małpa, gryząca gorzkie migdały. Ale, naprawdę, nie jesteś pan kawalerem Gastoncm de Chaulay?
— Nie, nie mam zaszczytu być szlachcicem. Nazywam się po prostu Moutonnet.
— Szlachectwo nic nie znaczy, ozwał się gospodarz tonem poważnym; można się nazywać Moutonnet i być człowiekiem poczciwym.
— Tak, Moutonnet, odpowiedział Dubois, przytakując skinieniem głowy teoryi gospodarza. Moutonnet kupiec sukna w Saint-Germain-en-Laye.
— I pan masz kapitanowi pięćdziesiąt luidorów doręczyć?
— Tak, mój panie, odrzekł Dubois dopijając sumiennie sok po zjedzeniu ostatniéj wiśni; bo wyobraź sobie, że przeglądając rejestra mojego ojca, przekonałem się, że ojciec mój byt ojcu kapitana pięćdziesiąt luidorów dłużnym. Od téj chwili już i miru nie miałem, zabrałem się więc co żywo, by w miejscu ojca który umarł, wynaleść syna.
— Ale wiesz pan, panie Moutonnet, zawołał gospodarz zdziwiony do żywego tak nadzwyczajną skrupulatnością, że mało jest takich dłużników, jak pan.
— To my już tacy z ojca na syna, z Moutonneta na Moutohneta. Ale za to, gdy i nam ktoś jest winny... O! litości żadnéj nie mamy. Był tam jakiś ladaco, bardzo uczciwy człowiek, winien domowi Moutonnet i syn, sto-sześćdziesiąt liwrów. Mój dziadek kazał go wsadzić do więzienia, gdzie pozostał przez całe trzy pokolenia, i umarł tam biedaczysko przed dwoma tygodniami. Przejrzawszy rachunki, mój panie, obliczyłem, że ten hultaj kosztował nas w ciągu tych lat 30, które siedział w więzieniu, dwanaście tysięcy liwrów. Mniejsza o to, aleśmy się zasady naszéj trzymali.... Przepraszam, mój panie gospodarzu, przerwał Dubois swoją dalszą gawędkę, bo śledząc z boku ciągle ulicę, dostrzegł przededrzwiami domu cień jakiś, niby podobny do kapitana la Jonquière. Przepraszam, że panu czas zajmuje bzdurstwami mojemi, bo otóż i nowy gość przybywa.
— O, to właśnie jest ten, na którego pan czekasz.
— Waleczny kapitan la Jonquière? zawołał Dubois.
— On sam. Panie kapitanie, czekają tu na pana.
Kapitan nie pozbył się bynajmniéj swoich podejrzeń z rana, bo i na ulicy widział pełno jakichsiś figur zwykle niewidzianych, a które mu się złowrogiemi być zdawały. Wszedł więc pełen nieufności; spojrzał badawczo w koło, a nasamprzód tam, gdzie był zostawił dwóch gwardzistów; ich nieobecność uspokoiła go nieco; a potém zmierzył okiem świeżo przybyłego, który w nim nową wzniecił obawę.... Ależ ludzie, którym coś cięży na sumieniu i lękać się mają powody, w samym zbytku niepokojów swoich nieraz czerpią odwagę, by przeczucie złego pokonać, czyli raczéj oswoją się z niemi i nie zważają już na nie. Poczciwa mina kupca z Saint-Germain ubezpieczyła niejako kapitana, i uprzejmie go powitał.
Dubois głęboko mu się ukłonił. Poczém la Jonquiére zapytał gospodarza, czy przyjaciel na którego czeka, nie przybył jeszcze?
— Tylko ten pan przyszedł, odpowiedział gospodarz. Ale nic pan na téj zmianie nie tracisz: tamten miał przyjść po sto pistolów, a ten tutaj przynosi panu pięćdziesiąt luidorów.
La Jonquière obrócił się ku Dubois, który zniósł spojrzenie jego, nadając twarzy swojéj głupowatą przyjemność, o ile tylko to zrobić był w stanie.
Kapitana nie całkiem oszukało ale raczéj odurzyło opowiadanie mniemanego Moutonnela. Uśmiechnął się nawet na widok tak niespodziewanego zwrotu, powodowany owém zamiłowaniem niepowściągnioném, jakie ludzie powszechnie mają do niespodzianek pod względem finansowym. I ujęty szlachetnym czynem tego człowieka, który go wszędzie szukał, by mu dług zwrócić, o którym ani wiedział, zażądał od gospodarza butelki wina hiszpańskiego i zaprosił Dubois do swojego pokoju.
Dubois zbliżył się do okna, by wziąść swój kapelusz, leżący na krześle, i w czasie gdy kapitan z gospodarzem rozmawiał, zabębnił zlekka w szybę.
W téj samej chwili kapitan się obrócił.
— Ale może będę zawadzał w pokoju pańskim, mówił Dubois, przybierając minę świętoszka.
— Bynajmniéj! Dobry mam widok z okien, i pijąc sobie, będziemy się przypatrywali przechodzącym; a ładne mieszkają kobietki na ulicy Bourdonais. Uśmiechasz się na to!
— Eh! eh! pomruknął Dubois, drapiąc się w roztargnieniu po nosie.
To poruszenie byłoby go zdradziło w każdém inneém miejscu, mniej oddaloném od palais royal, lecz przy ulicy Bourdonnais nie spostrzeżono tego wcale.
La Jonquière wszedł przed nim do pokoju, przed kapitanem gospodarz, a przed gospodarzem butelki. Dubois, wchodzący na ostatku; miał czas porozumieć się z Tapinem, który się w pierwszéj sali z dwoma ludźmi ukazał; poczém, jako człowiek dobrze wychowany, zamknął drzwi za sobą.
Dwaj towarzysze Tapina zasunęli firanki w sali, a przewódca ich stanął przy drzwiach od pokoju kapitana w ten sposób, ażeby też, otwierając się, zasłoniły go.
Gospodarz wrócił niebawem; a odebrawszy od kapitana zaraz zapłatę w gotówce, spieszył, by to w księdze zaciągnąć a pieniądze do szuflady schować. Lecz zaledwie drzwi za sobą zamknął, gdy czatujący Tapin, zatknął mu usta chustką i wciągnął mu szlafmycę przez twarz całą aż po-za brodę; potém schwycił go jak pióro, wyniósł i wsadził do drugiego fiakra, stojącego tuż w samych drzwiach. W tym czasie drab drugi ujął dziewczynkę, która właśnie jaja w kuchni ubijała, a trzeci wyniósł kuchcika, trzymającego patelnię, owinąwszy go wprzódy w obrus. I tak w jedném mgnieniu oka, pędzili gospodarz, córka jego i jego psuj-sosik (proszę mi przebaczyć to wyrażenie przez wzgląd na jego rzeczywistość) w towarzystwie dwóch nieznajomych ku ś. Łazarzowi. Zbyt dobre konie i niecierpliwość woźnicy przeczyły, ażeby powóz, który ich unosił, rzeczywistym był fiakrem.
Bezwłocznie Tapin, z instynktem szczura policyjnego, począł przetrząsać szafę kuchenną; po-za drzwiami kuchennemi znalazł szlafmycę, kamizelkę perkalikową i fartuch. Potém przywołał jakiegoś przechodnia, zaglądającego w okna, i w jednéj chwili przekształcił go na posługacza oberżowego. W tym samym czasie posłyszano mocny stuk w pokoju kapitana, jak gdyby się był stół wywrócił i butelki pospadały; potém jakieś tuptanie nogami, przekleństwa, brzęk pałasza — i potém już nic.
W minutę późniéj rozległ się turkot spiesznie odjeżdżającego fiakra w ulicy Deux-Boules.
Tapin, który z nożem w ręku pilnie nadstawiał ucha, wyprostował się radośnie, mówiąc:
— Ot już dobrze, skończyło się wszystko.
— I to w sam czas, panie, pochwycił chłopak, bo otóż i gość jakiś.


XV.
I UFAJŻEŻ ZNAKOM, SŁUŻĄCYM DO POZNANIA SIĘ!

Tapin mniemał z razu, że to kawaler Gaston de Chaulay nadchodzi; lecz się omylił, bo to była kobieta, która po miarkę wina przyszła.
— Cóż to się stało temu biednemu panu Bourguignon? zapytała. Widziałam, że go dziś w fiakrze wieziono, w szlafmycy na głowie.
— Niestety! moja kochana pani, spotkało nas niespodziane nieszczęście. Biedny Bourguignon, został tknięty apopleksją, rozmawiając właśnie zemną w najlepsze.
— Święty Boże!
— Niestety! moja kochana pani, westchnął Tapin wznosząc oczy w górę, to właśnie dowodzi, żeśmy wszyscy śmiertelni.
— A ta mała dziewczynka, którą także zabrali?
— Będzie pilnowała swojego ojca, jak powinna.
— A kuchcik? zapytała znowu ciekawie sąsiadka, by zrzucić wszystko, co jéj na sercu ciężyło.
— On im będzie gotował, bo to jest jego powinność.
— Przenajświętszy Boże! widziałam to wszystko z progu mojego mieszkania, ale nic nie pojmuję. I dla tego téż, chociaż bez potrzeby, przyszłam tu kupić tę odrobinę wina, by się czegoś dowiedzieć.
— I dowiedziałaś się, moja dobra pani.
— Ale któż pan jesteś?
— Jestem Champagne, kuzyn Bourguignona. Dziś dopiero z moich stron przybyłem. Przywiozłem mu właśnie pieniądze i wiadomość od jego familii. Ta nagła radość, to wzruszenie gwałtowne, sprawiło uderzenie do głowy i..... stało się! Zapytaj się pani Grabigeon’a, mówił Tapin daléj, wskazując nowego kuchcika, który właśnie kończył smażenie grzybka, do którego córka gospodarza była jajka ubiła.
— O tak, mój Boże, wszystko tak się stało, jak pan Champagne opowiada, odpowiedział Grabigeon, ocierając łzę drewnianą łyżką.
— Biedny p. Bonrguignon! Więc potrzeba modlić się za niego, jakżeż pan sądzisz?
— Nigdy się za wiele do Boga modlić nie możemy, odpowiedział Tapin poważnie.
— Ach chwileczkę jeszcze! daj mi pan przynajmniej dobrą miarę.
Tapin przytaknął jéj głową i zadowolił miarą sąsiadkę, co nie było trudną rzeczą, bo wszakżeż to cudze dobro rozdawał.
Bourguignon byłby krzyczał z boleści, widząc ile Tapin dobrego wina z Macon, za dwa su sprzedał.
— No, no, uspokoję ja sąsiadów, ozwała się kobieta, którzy się już niepokoić poczęli, i nigdzie nie pójdą kupić wina, tylko do pana. A co więcéj, gdyby Bourguignon nie był kuzynem pańskim, powiedziałabym co myślę.
— O, powiedz sąsiadka, powiedz bez ogródki.
— Że się przekonywam jak mnie okradał, po prostu okradał. Bo za taki dzbaneczek, za jaki panu dałam dwa su, musiałam jemu zapłacić cztery, a jeszcze nie był tak pełen, jak teraz.
— No, przypatrzcie się!
— O, panie Champagne, niechaj co chcą mówią, ale jeżeli niemasz sprawiedliwości tutaj, to zawsze jest w niebie. Z resztą to bardzo dobrze, że pan daléj poprowadzisz jego rzemiosło.
— Zapewne! wymówił Tapin z cicha, dobrze dla jego gości.
I starał się odprawić kobietę, by ktoś nie nadszedł, nie posłyszał co mówi i nic powziął jakiego podejrzenia...
Niezadługo téż, właśnie, gdy godzina druga wybiła, otworzyły się drzwi sienne i wszedł młody człowiek, dumnego wejrzenia, w niebieskim płaszczu, poproszonym śniegiem.
— Czy tutaj jest oberża pod Muits d’amour? zapytał Tapina.
— Tutaj, panie.
— A kapitan la Jonquière, czy tutaj mieszka?
— Tak jest, panie.
— Czy jest w domu?
— Tak, panie, dopiero co powrócił.
— A więc proszę go uprzedzić o przybyciu kawalera Gastona de Chaulay.
Tapin się skłonił, podał mu krzesło, którego kawaler nie przyjął, i wszedł do pokoju kapitana.
Gaston otrząsł śnieg z butów, a potém z płaszcza, i czekając przypatrywał się z ciekawością bezczynnego człowieka, rozwieszonym po ścianie obrazkom. Nie przeczuwał on bynajmniéj, że blisko niego znajdowały się trzy ostrza, które go na pierwsze, skinienie oczu tego usłużnego i pokornego gospodarza, na wylot przeszyć mogły.
Po pięciu minutach Tapin wrócił, i zostawiając drzwi za sobą otwarte, wyrzekł:
— Kapitan la Jonquière jest na usługi kawalera de Chaulay.
Gaston wszedł do pokoju, uprzątnionego i utrzymywanego w porządku całkiem wojskowym. W pokoju znajdował się ten którego mu gospodarz jako kapitana la Jonquière przedstawił. A chociaż Gaston nie był biegłym fizjonomistą, poznał jednakże, że ten człowiek, albo doskonale maskować się umie, albo téż nie wielkim jest zuchem.
Niski, suchy, z nosem ochrościałym, szarych oczu, szamotał się w mundurze wytartym, który mu jednak widocznie pod pachami dolegał; przyczepiony do szpady tak długiéj, jak on był wysoki, groźny ów kapitan, tyle mu przez Pantcalec’a i drugich spiskowych chwalony, w dziwnej Gastonowi przedstawił się postaci.
»Ten człowiek jest brzydki i wygląda na zakrystjana« pomyślał Gaston.
— Czy mam honor mówić z panem kapitanem la Jonquière? zapytał, gdy tamten zbliżył się, by go powitać.
— Jestem nim, odpowiedział Dubois, przeistoczony w kapitana.
Nastąpiły ukłony.
— Czy mam zaszczyt przyjmować u siebie pana kawalera Gasło m de Chaulay?
— Tak jest, panie.
— Pan masz znaki umówione? zapytał fałszywy la Jonquière.
— Połowę złamanéj sztuki złotéj.
— A tutaj jest druga połowa.
Zbliżono obiedwie połówki i stykały się jak najlepiéj.
— A teraz przypatrzmy się dwóm papierom. Gaston dobył z kieszeni ów papier dziwnie wycięty, na którym było napisane nazwisko la Jonquière.
Dubois pokazał takiż sam papier, na którym stało nazwisko Gaston de Chaulay, położyli jeden na drugim, obydwa wycięte były podług jednego wzoru a wykrojenia przylegały do siebie jak najzupełniéj.
— Doskonale! zawołał Gaston, a teraz pugilares?
Pugilares Gastona i fałszywego kapitana la Jonquière we wszystkiém podobne były do siebie, a chociaż obydwa nowe, zawierały jednakże kalendarz z roku 1700, to jest o lat dziewiętnaście przed rokiem, w którym to się działo, co opowiadamy. Tę przezorność nakazała zapewne obawa, by naśladowanych uniknąć.
Dubois zaś nie miał potrzeby naśladowania, bo wyżéj wymienione przedmioty, znalazł był u kapitana la Jonquière, i z swoją, szatańską, przenikliwością i piekielnym instynktem, domyślił się wszystkiego i umiał z tego korzystać.
— A teraz, mój panie? mówił Gaston.
— Teraz.... możemy mówić o naszych interesach. Czy nie tego pan chciałeś?
— Nie inaczéj.... Ale czy tu jesteśmy bezpieczni?
— Jak gdybyśmy byli na puszczy.
— Więc usiądźmy i pogadajmy.
— Bardzo chętnie kawalerze.
Obydwaj usiedli przy stole, jeden z jednéj a drugi z drugiéj strony; przed nimi stała butelka xeresu i dwa kieliszki. Dubois nalał jeden, lecz gdy chciał nalewać drugi, zakrył go Gaston dłonią, oświadczając że nie będzie pił wina.
— Diable! pomyślał Dubois; szczupły i skromny, to niedobry znak.
Gaston zdawał się rozmyślać, i od czasu do czasu rzucił badawcze spojrzenie na Dubois.
Dubois zwolna popijał wino hiszpańskie, wytrzymując jak najspokojniéj te spojrzenia Gastona.
— Kapitanie, ozwał się nakoniec Gaston, po chwili milczenia, jeżeli się coś przedsiębierze ważnego, jak my to obecnie czynimy, coś takiego co nas głowę kosztować może, jest dobrze poznać się bliżéj, ażeby wiedzieć, czy przeszłość może być rękojmią przyszłości. Mont Lonis, Ducouédic, Talhouet i Ponlcalec, wysłali mnie do pana; znasz moję imię i stan. Chowałem się przy bracie, który miał ważne powody nienawidzenia rejenta. Tę nienawiść ja po nim odziedziczyłem; z tąd wynikło, że gdy przed trzema laty szlachta bretońska utworzyła ligę, przyłączyłem się i ja do tego związku. Obecnie zostałem wybrany przez spiskowych Bretanii, bym się udał do Paryża w celu porozumienia się z tutejszymi, odebrał instrukcje od barona de Valef, który przybył z Hiszpanii, i wręczył je księciu d’ Olivares, ajentowi króla hiszpańskiego; nadto — ażebym się o przyzwoleniu tegoż w tym względzie przekonał.
— A cóż z tém wszystkiém ma do czynienia kapitan la Jonquière? zapytał Dubois, jak gdyby to on powątpiewał o tożsamości kawalera.
— Ma mnie księciu przedstawić. Jestem tu od dwóch godzin. Nasamprzód byłem u pana de Valef. A teraz zdałem panu sprawę z moich czynności, o tyle że znasz przeszłość moję, tak jak ja sam.
Dubois słuchał, wyrażając przez mimikę wrażenia jakich doznawał, fraszki najdoskonalszy aktor! a gdy Gaston mówić przestał, odpowiedział:
— Co do mnie, kawalerze, wyznam otwarcie, że historja moja jest dłuższą i obfitszą w wypadki, i rozparł się w krześle z miną pełną szlachetnéj obojętności. Jednakże, — jeżeli zażądasz, bym ci ją opowiedział, nie zaniedbam być posłusznym.
— Jak powiedziałem, kapitanie, że będąc w takiém położeniu, jak my jesteśmy, jedną z pierwszych jest konieczności, by siebie znać wzajemnie.
— A więc nazywam się la Jonquière, jak to już wiesz; mój ojciec, tak jak i ja, był oficerem. Jest to rzemiosło, w którem się zwykle dużo sławy ale mało pieniędzy zyszcze. I gdy mój chwałą okryty ojciec umarł, zostawił mi tylko mundur swój i szpadę. Przypasałem szpadę, która nieco była za długa, i włożyłem mundur, który mi był za przestronny. Od tego czasu, mówił Dubois pokazując kawalerowi przestronność sukien swoich, co zresztą i sam już był spostrzegł, przyzwyczaiłem się do wygodnego ubrania.
Gaston skłonił głowę na znak, że nic nie ma do zarzucenia temu nawyknieniu chociaż sam dość opięte miał suknie.
— Dzięki mojej minie okazałéj, przyjęto mnie do pułku zwanego Royal-Italien, który nasamprzód przez oszczędność a potem, że Włochy nie należały już do nas, został natenczas rekrutami francuzkiemi skompletowany. Otrzymałem znakomity stopień anspessady, gdy w wigiliją bitwy pod Maiplaquet, małe miałem zajście z sierżantem moim, skutkiem jakiegoś rozkazu, który mi dawał z podniesioną w górę laską, zamiast ją spuścić ku ziemi, jak przyzwoitość kazała.
— Przepraszam, mówił Gaston, ale nie rozumiem w czém to mogło sprawić różnicę, co to danego rozkazu panu.
— Otóż to sprawiło różnicę, że spuszczając laskę, dotknął się kapelusza mojego, i tenże upadł na ziemię. Skutkiem téj niezgrabności odbył się pojedynek, w którym go szpadą moją na wylot przeszyłem. Ponieważ zaś oddanoby mnie niezawodnie pod sąd wojenny, wywinąłem się z tego gładko, i nazajutrz, niechaj mnie piorun trzaśnie jeżeli wiem jak się to stało! nazajutrz rano obudziłem się, jako zaciągniony już do armii księcia de Marlborough.
— To jest, żeś pan dezerterował, ozwał się kawaler z uśmiechem.
— Miałem przed sobą przykład Korjolana i wielkiego Kondeusza, mówił Dubois daléj, co jak mi się zdaje, dostateczném jest usprawiedliwieniem w oczach potomności. Byłem więc obecny, jako aktor, téj bitwie pod Malplaquet; mówię wszystko otwarcie, bom obiecał nic nie zataić przed panem. Ale zamiast zostawać z téj strony strumyka, znajdowałem się na przeciwnym brzegu; zamiast być obróconym tyłem do wioski, patrzyłem się na nią. Ta zmiana była wielce szczęśliwą dla pańskiego sługi, bo pułk Royal-Italien zostawił S00 trupa na placu boju, kompaniją moję zarąbaną zupełnie a mojego kolegę pokojowego rozpłatał jeden z 17,000 wystrzałów, wymierzonych dnia tego. Chwała, jaką się ś. p. pułk mój ukrył, zachwyciła dostojnego Marlborougha tak dalece, że mnie zaraz na polu bitwy chorążym mianował. Mając takiego protektora, mógłbym był zajść daleko, gdyby nie żona jego, lady Marleborough, którą niech piorun trzaśnie! Wiadomo panu, że przez niezgrabność upuściła szklankę wody na suknią królowéj Anny; ten wielki wypadek zmienił całkiem porządek rzeczy w Europie, i w odmęcie, który potém nastąpił, nie miałem innego protektora, tylko moję osobistą zasługę, i nieprzyjaciół, których mi taż zasługa była zjednała.
— I coż się potém z panem stało? zapytał Gaston, słuchając z pewném zajęciem opowiadania awanturniczego życia mniemanego Kapitana.
— Odosobnienie skłoniło mnie, żem szukał służby u króla hiszpańskiego, który, mogę to na zaszczyt jego powiedzieć, bardzo łaskawie prośbę moję przyjął. Po upływie trzech lat zostałem kapitanem; lecz z trzydziestu realów żołdu dziennego, zatrzymywano dwadzieścia, twierdząc, że jaśnie królewska mość katolicka wielki nam czyni honor, pożyczając od nas pieniędzy. Że zaś ten sposób umieszczania pieniędzy nie zdawał mi się być dosyć bezpiecznym, poprosiłem mojego pułkownika o uwolnienie mnie z służby, w celu powrócenia do pięknéj ojczyzny mojéj; prosząc go zarazem o jakiś rodzaj usprawiedliwienia mnie.... rekomendacyi... ażebym co do owéj wyprawy pod Malplaquat nie doznał jakiéj nieprzyjemności. Pułkownik polecił mnie księciu de Cellamare, który poznawszy usposobienie moje, żem gotów każdy rozkaz wypełnić, byle tylko w przyzwoitym sposobie był dany i z pewnym dźwiękiem muzycznym, użył mnie bardzo czynnie w owym spisku, któremu imię swoje był nadał. Wiadomo, że sprawa ta nie udała się, z powodu zwady jakiegoś nikczemnego pismaka nazwiskiem Burat i osławionej panny Fillon. Książe jednakże pomyślał sobie: że co się zwlecze to nie uciecze, i polecił mnie znowu swojemu następcy, któremu obecnie zawdzięczam honor, że mam przyjemność poznać tak doskonałego kawalera, jakim pan jesteś. Chciej mnie przeto uważać jako najpokorniejszego i najposłuszniejszego sługę swego.
— Ograniczam się tylko na prośbie, byś mnie kapitan księciu przedstawił; bo jemu tylko mogę powierzyć dane mi instrukcje i depesze barona de Valef. Nie mogę od tych poleceń i na jedną jotę odstąpić, chciejże mnie przeto, kapitanie, zaprowadzić do księcia.
— Dziś jeszcze, mój panie, odpowiedział Dubois, który zaraz na prędce jakiś powziął zamiar. Za godzinę, jeżeli zechcesz, za dziesięć minut, jeżeli potrzeba.
— Jak tylko można naprędzjé.
— Trochę się pospieszyłem, mówiąc, że za godzinę będę mógł pana księciu przedstawić. W Paryżu na nic z pewnością liczyć niemożna. Może książę nieuprzedzony o przybyciu pana, może na to nieprzygotowany; może go w domu nie zastanę.
— Pojmuję to wszystko i będę cierpliwym.
— Może nawet nie będę mógł przyjść po pana.
— A to dla czego?
— Dla czego? o kawalerze, widać, żeś po raz pierwszy w Paryżu?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Chcę to powiedzieć, że w Paryżu trzy są policje, zupełnie różniące się, oddzielne, lecz które natychmiast z sobą się łączą, gdy chodzi o dręczenie poczciwych ludzi, mających na celu obalenie tego co jest a utworzenie tego czego niemasz. !, policya jego królewskiéj mości rejenta, której się nie bardzo obawiać potrzeba. 2. policja pana d’Argenson.... Ha! tamten miewa dni swoje, zwłaszcza jeżeli go zbesztano w klasztorze ś. Magdaleny; 3. policja pana Dubois; ah! co ta, to wcale co innego, bo Dubois jest wielkim....
— Nikczemnikiem! krzyknął Gaston, nie mówisz mi nic nowego, bom o tém dawno wiedział.
Dubois skłonił się i uśmiechnął po swojemu, złowrogo i podobny do małpy.
— Więc, ażeby ujść baczności tych trzech policyj?... zapytał Gaston.
— Potrzeba mieć wiele przezorności.
— Naucz-że mnie tego kapitanie, bo zdajesz się wiedzieć o wszystkiém. A co do mnie, jużem ci to powiedział: jestem wieśniakiem i nic więcéj.
— Nasamprzód potrzeba, ażebyśmy nie w jednym hotelu mieszkali.
— O do licha! zawołał Gaston, przypomniawszy sobie dany adres Helenie, to mi wcale nie na rękę, miałem przyczynę pozostania tutaj.
— Mniejsza o to, kawalerze, to ja się wyprowadzę. Weźmiesz jeden z moich pokoi: ten tutaj, albo ten drugi na górze.
— Wolę na dole.
— Masz słuszność. Na równéj ziemi, okna na jednę ulicę, ukryte drzwiczki na drugą. Masz dobre oko i wiele obiecujesz.
— Ale wróćmy do naszego interesu.
— Prawda. Cóżem to mówił?
— Mówiłeś, że może nie będziesz mógł przyjść po mnie.
— Tak jest. A w takim razie, bądź ostrożnym i udaj się tylko za tym, który ci znak umówiony pokaże.
— I jakiż to ma być len znak?
— Nasamprzód musi mieć list odemnie.
— Nieznam pisma pańskiego.
— Prawda. Dam panu słów kilka na próbę.
Dubois usiadł przy stole i napisał co następuje:

»Panie kawalerze,

»Udaj się z wszelkiém zaufaniem za człowiekiem, który ci doręczy ten bilet. Ma on zlecenie zaprowadzić cię tam, gdzie na pana czekają: książę d’Olivares i kapitan la Jonquière.» Bierz pan, mówił daléj, oddając mu ten bilecik, gdyby ktoś przyszedł w imieniu mojém, odda panu autograf podobny do tegoż.
— Będzież to dostateczném?
— O nigdy! niemożna być dosyć ostrożnym. Prócz autografu pokaże on panu połowę owej sztuki złotej; a u drzwi domu, gdzie pana zaprowadzi, zażądasz od niego trzeciego znaku.
— A ten będzie?
— Ów papierek.
— To dobrze; i przy takiéj przezorności, to chyba djabeł tylko mógłby nas schwycić. A teraz cóż mi czynić pozostaje?
— Zaczekać tutaj. Przecież pewnie już dzisiaj wyjść nie masz zamiaru?
— Nie.
— A więc siedźże tutaj spokojnie i cicho, zbywać ci w tym hotelu na niczem nie będzie. Nadto polecę pana gospodarzowi.
— Dziękuję.
— Mój kochany panie Champagne, mówił fałszywy la Jonquière, otworzywszy drzwi, do Tapina. Otóż kawaler de Chaulay zajmie mój pokój. Miej o nim takie samo, jak o mnie staranie.
Poczém drzwi znowu zamknął.
— To jest złoty chłopiec, ten Tapin, mówił ciągle swojej swoją Dubois półgłosem. — Miejcie go ciągle na oku, strzeżcie go, rozkaż to swojéj służbie. Odpowiesz mi głową za niego.

KONIEC TOM PIERWSZEGO.


I.
JEGO EKSCELENCJA KSIĄŻE OLIWARES.

Dubois, wychodząc od kawalera, uwielbiał traf szczęśliwy, jak to już nieraz był czynił, że w ręku jego znowu spoczęły losy Francyi i rejenta. Na sali zobaczył Leveille’go, rozmawiającego z Tapinem, i skinął by za nim poszedł. Leveille miał był wykonać zniknięcie prawdziwego la Jonquère, gdy więc na ulicy stanęli, zapytał go Dubois z ciekawością, co się z czcigodnym kapitanem zrobiło?
Leveillé odstawił go do Vincennes, związanego i zkneblowanego, jak przynależy, by nie przeszkadzał działaniom rządu: był to sposób systemu zapobiegającego, nader wygodnego dla ministrów w owym czasie.
Objaśniony w tym ważnym przedmiocie, Dubois w, zamyśleniu szedł daléj. Część jedna dopiéro przedsięwziętéj pracy była uskutecznioną, i to część łatwiejsza. Bo teraz potrzeba było skłonić rejenta, by się z całą energią oddał rodzajowi zatrudnień, jakiemi się brzydził, to jest: polityce podstępu i zdrady.
Dubois zaczął od wywiadywania się, gdzie rejent bawi i co robi.
Książe był właśnie w swoim gabinecie nieprzeznaczonym do roztrząsania spraw publicznych, ale poświęconym pracy, pracy nie rejenta, lecz artysty, i kończył rysunek, przygotowany przez Humberta, chemika jego, który przy sąsiednim stole zajmował się zabalsamowaniem ibisa, pochodzącego od Egipcjan, którego jak twierdził, sam był wynalazł. W tymże czasie czytał jeden z sekretarzy księciu jakąś korrespondencją, do któréj pisma tajemnego tylko sam rejent miał klucz.
Nagle drzwi się otworzyły, i z wielkiém zdziwieniem rejenta, dla którego gabinet ten był zwykle ucieczką, odźwierny donośnym głosem oznajmił p. kapitana la Jonquière.
Rejent się obejrzał.
— La Jonquière! powtórzył, cóż to jest?
Humbert i sekretarz spojrzeli na siebie zdumieni, że do ich ustronia tak bez ceremonii wprowadzono jakiegoś nieznajomego.
W téj chwili podługotawa i kończasta głowa, podobna do kuny, wsunęła się przez uchylone drzwi.
Rejent nie poznał od razu Dubois, doskonale przebranego; lecz zdradził go jego nos kończasty, bo takiego drugiego w całém państwie nie było.
Wyraz nadzwyczajnéj wesołości zastąpił teraz dawniejsze zdziwienie rejenta.
— Jakto! tyśżeś to, opacie? zawołał, parskając śmiechem. I cóż znaczy ta nowa maskarada?
— To znaczy, jaśnie oświecony panie, że zmieniam barwę i z lisa przemieniam się w lwa. A teraz panie chemiku i panie sekretarzu, zróbcie mi tę przyjemność i idźcie sobie gdzieindziéj, wypchać słomą ptaka i list przeczytać.
— A to dla czego? zapytał rejent.
— Bo mam z waszą królewską mością o ważnych przedmiotach do mówienia.
— Idź do djabla z twojemi interessami! czas minął, przyjdź jutro, zawołał rejent.
— Wasza królewska mość nie zechcesz; ażebym do jutra w tém brzydkim okryciu pozostał. Mógłbym nagle umrzéć. Byłbym niepocieszony!
— Zrób jak ci się podoba. Postanowiłem sobie, że resztę dnia rozrywce poświęcę.
— To doskonale! bo ja właśnie przybyłem, skłonić waszą królewską mość, byś się także przebrał.
— Ja? co ty gadasz Dubois? wymówił rejent, przypuszczając, że Dubois mówi tylko o jednej z jego zwyczajnych maskarad.
— Aż ci ślinka do ust idzie, panie Alain, nieprawdaż?
— I cóżeś urządził? gadajże.
— Niechaj się wprzódy chemik i sekretarz wydalą.
— Czy za tém obstajesz?
— Koniecznie.
— Skoroś się uwziął...
I rejent pożegnał przyjazném poruszeniem ręki Humberta a znakiem rozkazującym sekretarza.
Wyszli obydwaj.
— A teraz powiedz, zapytał rejent, czego chcesz odemnie?
— Chcę waszéj królewskiéj mości przedstawić młodego człowieka, tylko co przybyłego z Bretanii, poleconego mi szczególniéj. Jest to śliczny chłopiec.
— Jakżeż się nazywa?
— Kawaler Gaston dc Chaulay.
— De Chaulay?... powtórzył rejent, czytając w pamięci swojéj. Nie znam tego nazwiska.
— Do prawdy?
— A tak. Zdaje mi się, żem je już kiedyś słyszał, ale gdzie i przy jakiéj okoliczności, to tego już nie pamiętam... I po cóż ten twój protegowany do Paryża przyjeżdża?
— Nie chcę waszą królewską mość miłéj pozbawić niespodzianki, on to sam jaśnie oświeconemu panu najlepiej powie, poco do Paryża przybył.
— Ja kto! mnie?
— To jest: jego ekscelencj i księciu d’Oliwares, którego miejsce wasza królewska mość raczysz łaskawie zastąpić.
O, to jest bardzo zręczny konspirator, ten mój protegowany; lecz dzięki policyi mojéj, téj saméj co to waszą królewską mość w Rambouillet śledziła, udało mi się, bo już wiém o wszystkiém. Miał polecenie być tutaj w Paryżu u jakiegoś kapitana la Jonquière, który go miał księciu d’Oliwares przedstawić. Teraz mnie wasza królewska mość zrozumiałeś, nieprawdaż?
— Bynajmniéj, wyznaję szczerzę.
— Otóż byłem kapitanem la Jonquière, ale mi niepodobna być zarazem i księciem d’Oliwares.
— Więc przeznaczyłeś tę rolę?...
— Waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci. Chcesz pewnie, bym za pomocą fałszywego nazwiska, zbadał tajemnicę...
— Nieprzyjaciół waszéj królewskiéj mości! przerwał Dubois. Piękna mi zbrodnia! I niby to jaśnie oświeconego pana zmiana sukien i nazwiska tak bardzo wiele kosztuje, jak gdybyś ich pomocy już w innych okolicznościach nie był używał!... Pomnij wasza królewska mość, że dzięki swojemu charakterowi awanturniczemu, jakim nieba waszą królewską mość obdarzyły, życie nasze, to jest nas obudwóch, jest ciągłą tylko maskaradą. Tam do licha! skoro się jaśnie oświecony pan już nazywałeś Alain i Jan, możesz się także, bez ujmy najmniejszéj, nazywać jego ekscelencją księciem d’Oliwares!
— Mój kochany, toćże ja się chętnie przebieram, jeżeli żart taki ma mi sprawić rozrywkę, ale...
— Ale skoro to przebranie ma zapewnić pokój Francyi, zapobiedz intrygantom, by nie zburzyli powszechnego porządku kraju, przeszkodzić najemnym zabójcom, by nie pchnęli sztyletem waszéj królewskiéj mości, czyn taki jest niegodnym, jaśnie oświecony panie.
Pojmuję to wszystko zupełnie. Co innego, gdyby chodziło o uwiedzenie téj małéj mosiężniczki niedaleko Pont Neuf, albo téj ładnéj wdowy przy ulicy ś. Augustyna, to przecież warto byłoby trudu.
— Ależ pochwycił rejent, gdybym, jak zwykle, zgodził się na to czego żądasz, cóż z tego daléj wyniknie?
— Z tego wyniknie, że się wasza królewska mość przekonasz, iż uwidzeń nie mam sam, i zezwolisz czuwać nad sobą, gdy tego sam czynić nie chcesz.
— Ale gdy się pokaże, że rzecz ta niewarta takiego zachodu, będęż raz na zawsze uwolnionym od napastować twoich?
— Daję w zastaw mój honor!
— Opacie, jeżeli ci to za jedno, to wołałbym inne zaklęcie się.
— O, wasza królewska mość jesteś aż nadto wybrednym: zarzeka się na to, na co się zarzekać można.
— Temu hultajowi wszystko się wiedzie.
— Wasza królewska mość zezwalasz?
— Znowu będą nudy.
— Przekonasz się jaśnie oświecony pan inaczéj.
— Zdaje mi się, dalibóg, że sam robisz spiski, by mnie straszyć niemi.
— A więc muszą być bardzo zręcznie ułożone, o czém się wasza królewska mość przy obecnym przekonasz.
— Cieszysz się z niego?
— Znajduję go bardzo przyjemnym.
— Jeżeli się nie ulęknę, to biada tobie!
— Jaśnie oświecony pan za wiele żądasz.
— Pochlebiasz mi tylko, bo nie jesteś pewien twojéj konspiracji.
— Zaręczam waszą królewską mość, że doznasz pewnego wrażenia i będziesz szczęśliwym, że występujesz w postaci księcia d’Oliwares.
I Dubois, lękając się, by rejent nie uchylił się znowu od zamiaru, na który jeszcze niezupełnie był zezwolił, ukłonił się i wyszedł.
Jeszcze nie było upłynęło pięć minut po jego wyjściu, gdy kurjer szybko wbiegł do przedpokoju i list paziowi doręczył: paź go zaraz odprawił i wszedł do rejenta, który na sam widok pisma, nie mógł swojego ukryć zdziwienia.
— Pani Desroches! zawołał, więc zaszło cóś nowego!
Złamał pieczątkę i przeczytał:

Jaśnie oświecony panie

«Młoda dama, którą mi wasza królewska mość powierzyłeś, nie zdaje mi się być bespieczną tutaj.»
— Ba! zawołał rejent, a potém czytał daléj:
«Pobyt w mieście, którego się wasza królewska mość dla niéj lękasz, zdaje mi się; że sto razy jest właściwszym aniżeli ta samotność, i nie czuję się dosyć na siłach, by osobę, którą wasza królewska mość, czyniąc mi zaszczyt, pod moję oddałeś opiekę, strzedz o tyle, ilebym chciała i o ile tego jest potrzeba.»
— Oho! pomruknął rejent, rzeczy zaczynają się gmatwać, jak mi się wydaje.
„Jakiś młody człowiek pisał wczoraj do panny Heleny, krótko przed przybyciem Waszéj Królewskiéj Mości, a dzisiaj rano zjawił się w pawilonie: chciałem go wyprosić, ale panna Helena rozkazała mi tak stanowczo, być posłuszną i oddalić się, żem po jéj ognistém spojrzeniu, po jéj skinieniu królewskiém, łatwo poznała, (Jaśnie Oświecony Pan wybaczyć raczysz), żem w niéj poznała ród do rozkazywania nawykły.
— O tak, wymówił rejent uśmiechnąwszy się pomimowoli, jest ona prawdziwą córką moją.
A potém dodał:
— Któż to być może, ten młody człowiek? Jakiś elegancik; który ją widział w rozmównicy klasztoru. Gdyby mi przynajmniéj jego nazwisko była wymieniła, ta błaźnica Desroches.
I czytał dalej:
„Zdaje mi się, Jaśnie Oświecony Panie, że ten młody człowiek i panna Helena już od dawna się znają. Bo chcąc usłużyć Waszéj Królewskiéj Mości, pozwoliłam sobie podsłuchać ich, i w chwili gdy nieco głos podniósł, dosłyszałam mimo drzwi podwójnych te wyrazy: »widzieć ciebie jak dawniéj«.
«Niechże mnie przeto Wasza Królewska Mość raczy wybawić z niebespieczeństwa, jakie mojemu nadzorowi grozi; a zarazem błagam Waszéj Królewskiéj Mości o wydanie mi na piśmie rzeczywistego, stanowczego rozkazu, którymbym się przed gniewem panny Heleny zasłonić mogła.»
— Cóż u licha! zawołał rejent, a to mi się pięknie interes wikła; miałażby się już była zakochać? to jest niepodobna! Wychowana tak surowo, samotnie, może w jedynym klasztorze we Francyi, gdzie mężczyźni nigdy daléj nie wchodzą, jak do rozmównicy; w części kraju, gdzie twierdzą że obyczaje są tak czyste. Nie, to zapewne tylko jaka przygoda, któréj la Desroches nie pojmuje, przyzwyczajona do zdrożności dworskich i podrażniona figlami drugich córek moich... Ale cóż ona mi lam więcéj pisze.
«P. S. Powzięłam bliższe wiadomości w hotelu pod Tygrysem królewskim: ten młody człowiek przybył wczoraj o godzinie 7-éjwieczorem, to jest, o trzy kwandranse wcześniéj jak panna Helena. Przyjechał drogą z Bretonii, a więc tą samą, co i ona. Jedzie pod nazwiskiem p. de Livry.“
— Oho! zawołał rejent, to już na większe niebezpieczeństwo zakrawa. To jak gdyby był plan naprzód ułożony. Dalibóg, że Dubois by mnie wyśmiał, gdybym mu o tém mówił. Jakżeżby nicował moje rozprawy o czystości młodych dziewcząt, wychowanych daleko od Wersalu i Paryża. Ale mam nadzieję, że wbrew policyi swojéj, hultaj o tém się nie dowie.
— Hola! paziu!
Wszedł paź, który był list przyniósł.
Książe naprędce słów kilka napisał.
— Gdzie jest ten posłaniec z Rambouillet zapytał.
— Czeka na odpowiedź jaśnie oświeconego pana.
— Dobrze, oddaj mu ten list i niechaj natychmiast wraca.
W chwili potém kurjer w szybkim pędzie wyjechał z dziedzińca.
Tymczasem Dubois, przygotowując widzenie się Gustawa z fałszywym księciem d’Oliwares, zrobił w głowie swojéj następujące małe obliczenie:
— Trzymam rejenta w ręku z powodu jego własnéj osoby, jako też i pod względem owéj młodéj dziewczyny; czyli to, jeżeli intryga z nią ma charakter więcéj poważny, czyli téż, jeżeli zupełnie jest małoznaczącą: jeżeli jest małoznaczącą, zgubię ją przesadzając winę; jeżeli zaś rzeczywiście jest ważną, będę miał zasługę przed księciem, żem ją odkrył. Ale niepotrzeba chcieć od razu dwie muchy zabić: bis repetita placent... Otóż i znowu cytacja!... Gburze jakiś, czyliż się tego nigdy nie odzwyczaisz?... Otóż tak, jak postanowiłem: ocalić nasamprzód księcia a potém córkę jego, a będzie nagroda dwojaka... Tak... niemożna inaczej... pierwéj księcia... Bo chociaż młoda dziewczyna upadnie, nikt na tém cierpiéć nie będzie; ale gdyby pewien człowiek umarł, całe państwo byłoby zgubioném!... Zacznijmy od księcia.
I skutkiem tego postanowienia wysłał Dubois bardzo spiesznego gońca do pana de Montorau w Nantes.
Powiedzieliśmy już, że pan de Montorau był dawniéj rządcą Bretonii.
Ależ w tym czasie i Gaston zrobił postanowienie swoje. Wstyd go było, że miał do czynienia z człowiekiem takim, jak la Jonquière, a nadto, że przyjął względem takiego hultaja stanowisko podrzędne. Cieszył się, że odtąd będzie miał tylko do czynienia z naczelnikiem godnym tego przedsięwzięcia; gdyby zaś w nim spostrzegł tęż samą podłość i sprzedajność, postanowił natychmiast do Nantes powrócić, opowiedzieć przyjaciołom wszystko i zapytać ich, co mu daléj czynić wypada.
O Helenę się nie lękał, bo znał jej niezłomną odwagę, jéj miłość i wiarę nieograniczoną. Wiedział, iżby raczéj umarła, zanimby miała chociaż mimowolny powód zarumienienia się, w obec swojego kochanka.
Przekonał się z radością, że szczęście odzyskania ojca nie zmniejszyło jéj uczuć dla niego, ani téż, że obecne świetne położenie dozwoliło jéj o przeszłości zapomniéć. Drugostronnie obawa, co do owego tajemniczego ojcostwa, nie odstąpiła go i na chwilę po rozstaniu się z Heleną: bo któryż król nie uznałby takiéj córki? chyba gdyby temu cóś hańbiącego na przeszkodzie stało.
Gaston ubrał się starannie. Upiększył młodość swoję tak świeżą i powabną tém wszystkiem, w czemkolwiek ówczesna korzystna moda, wdzięki jego męzkiéj twarzy otoczonéj czarnym włosem, podwyższyć zdołała. Płaszcz aksamitny obwisł swobodnie na barkach jego; białe pióro okrążając zlekka kapelusz zwieszało się zręcznie. Gaston spojrzawszy w zwierciadło, wyznał z uśmiechem sam przed sobą, że jest spiskowym wcale ujmującéj powierzchowności.
Tymczasem i rejent, stosownie do namowy Dubois, włożył ubiór z czarnego aksamitu i ukrył połowę niemal twarzy po-za szeroką koronkową krezą, by go Gaston nie poznał przypadkiem, ile że portret jego wszędzie można było napotkać. Mieli się zejść w małym domku na przedmieściu Saint-Germain, zajętym przez metressę Dubois, którą tenże uprosił, by się na teraz z niego wyniosła. Znajdował się tamże pomiędzy dwoma korpusami gmachu pawilon odosobniony, zamknięty, ciężkiemi obiciami ozdobiony.
Rejent w zamkniętej berlince opuścił tyłami Palais-royal, i stanął o godzinie piątéj, to jest o zmierzchu, w umówioném miejscu.


II.
JAŚNIE OŚWIECONY PANIE, JESTEŚMY BRETOŃCZYKAMI.

Gaston, jakeśmy to już powiedzieli, pozostał w pokoju na dole i ubierał się, a tymczasem Tapin wprawiał się do swojego nowego zawodu szynkarza. Tak dalece, że ku wieczorowi również dobrze jak poprzednik jego, a nawet i lepiéj, umiał miarki wina nalewać. Domyślał się że w wynagrodzeniu Bourguignon’a, przejdzie na rachunek i to, co on roztrwoni, przeto marnotrawstwo jego zwiększałoby tylko toż wynagrodzenie. Dlatego téż kupujący wieczorem, bardzo niezadowoleni z szynku wychodzili.
Ubrawszy się, Gaston chciał bliżéj jeszcze rozpoznać charakter kapitana la Jonquière, i począł przeglądać bibliotekę jego, która się na trzy dzieliła rodzaje: na książki arytmetyczne, teoretyczne i treści sprośnéj. Pomiędzy temi: Le parfait serpent-major, w dziwnéj jakiejś oprawie, zdawał się być najwięcéj czytanym; znajdowały się tam także pamiętniki kapitana i spis wydatków w wielkim utrzymywany porządku, tak jak przystoi na fujrera pułkowego. Tyle tych błahych rzeczy zdziwiło Gastona, ale mniemał, że one tylko są maską, po za którą ukrywa się spiskowy.
Gdy Gaston tak sumiennie przeglądał ten zbiór, Tapin wprowadził do niego jakiegoś człowieka, którego zaraz sam-na-sam z nim zostawił. Po wyjściu Tapina przystąpił tenże do Gastona, mówiąc, że jest przysłanym od kapitana la Jonquière, który sam przybyć nie mógł. Gaston zażądał dowodu téj jego missyi, i nieznajomy oddał mu list, zawarty w tych samych wyrazach i tegoż samego pisma, jak pozostawiona przez kapitana próbka, a następnie pokazał mu i przełamany pieniądz złoty. Gaston się przekonał, że rzeczywiście widzi przed sobą posłańca kapitana i wraz z nim wyszedł. Obydwaj wsiedli do karety, u któréj okna były zamknięte i pozasłaniane, w czém nic nie było zadziwiającego, zważając na powód przejażdżki. Gaston widział że przebyli rzekę przez Pont-Neuf i jadą ulicą nadbrzeżną. Przybywszy na ulicę du Bac (Promową) powóz się zatrzymał na jakimś dziedzińcu przed pawilonem. Tutaj, zanim Gaston tego zażądał, dobył nieznajomy ową karteczkę dziwnie wykrojonéj, i pokazał mu ją, coby go zupełnie było zaspokoiło, gdyby nawet był i powziął jakieś podejrzenie.
Otworzono drzwiczki, Gaston i towarzysz jego wysiedli, i weszli po czterech wschodach, do długiego, krętego korytarza, otaczającego główną komnatę pawilonu. Zanim Gaston podniósł portjerę, zasłaniającą wejście, obejrzał się na towarzysza swojego. Ale towarzysz jego już zniknął, i był tylko sam jeden.
Serce mu uderzyło gwałtownie. Miał mówić nie ze zwyczajnym już człowiekiem, nie chodziło tu już o proste narzędzie potrzebne do dzieła; była to dusza całego związku, którą miał zobaczyć, uosobiona idea rokoszu; był to pełnomocnik króla, przed którym miał stanąć jako reprezentant Francyi. Miał rozmawiać z Hiszpanią, wezwać cudzoziemców, by pospołu z nimi rozniecić wojnę w ojczyźnie jego. Miał grać do spółki z królestwem jedném o królestwo drugie.
Zadzwoniono w pokoju.
Na ten odgłos Gaston zadrżał. Spojrzał w zwierciadło: był bladym jak mara. Musiał się oprzeć o ścianę, bo się nogi pod nim uginały. Tysiąc myśli, które mu się dawniéj nigdy nie jawiły, zatrwożyły go nagle. Biedak, nie był jeszcze u kresu cierpień swoich.
Drzwi się otworzyły i stanął przed człowiekiem, w którym la Jonquière’a poznał.
— I tutaj znowu! pomruknął niechętnie.
Ale kapitan, pomimo swojego bystrego i doświadczonego wzroku, zdawało się, że nie dostrzegł chmury, jaka na czole kawalera zaległa.
— Chodź, kawalerze, zawołał, czekają nas.
Gaston, upewniony samą ważnością przedsięwziętego czynu, szedł daléj mocnym krokiem po kobiercu, który stąpanie jego tłumił. Zdawało mu się, że jest cieniem, ukazującym się drugiemu cieniowi. Bo tyłem do drzwi siedział jakiś człowiek, milczący i nieruchomy, jakoby zagrzebany w głębokim fotelu. Światło jedynéj świecy jarzącéj w całym pokoju, stojącéj w srebrnym świeczniku, za zasłonką, na stole, rozjaśniało tylko założone na krzyż nogi siedzącego. Głowa i ramiona zostawały w półcieniu.
Gaston dojrzał rysy jego: były wyraziste i szlachetne. A znał on się na ludziach rasowych i od razu dostrzegł, że to nie był drugi kapitan la Jonquière. Wyraz dobroci otaczał usta, a oko jego było duże, spojrzenie śmiałe i pewne, jak spojrzenie królów lub zwierząt drapieżnych. Na czole jego wyczytał myśli głębokie a w delikatniejszych obwodach dolnéj części twarzy, wielką przezorność i stałość. Te wszystkie spostrzeżenia zrobił jednakże wśród pomruki i mimo krezy koronkowéj.
— W tym tutaj widzę przynajmniéj orła, gdy tamten był tylko sępem albo raczéj krukiem, wyrzekł Gaston sam do siebie.
Kapitan la Jonquière stał z wyrazem wysokiego poszanowania, unosząc ramiona, by sobie nadać postawę wojskową. Nieznajomy patrzał się na kłaniającego mu się Gastona z takąż samą uwagą, z jaką mu się tamten był przyjrzał; powstał, odkłonił się z pewną godnością, uszedł kilka kroków a potém przystanął i oparł się na kominku.
— Pan kawaler de Chaulay, o którym waszéj ekscelencji miałem zaszczyt wspomnieć, ozwał się la Jonquière.
Nieznajomy znowu ukłonił się lekko ale nic nie odpowiedział.
— Cóż u licha! poszepnął mu Dubois, skoro wasza królewska mość nic do niego nie mówisz, to i on nic nie powie.
— Pan podobno z Bretonii przybywasz? zapytał wreszcie książę ozięble.
— Tak jest. Ale niech mi wasza ekscelencja raczy wybaczyć: pan kapitan la Jonquière wymienił nazwisko moje, a ja jeszcze nie wiem z kim mam honor mówienia. Zechciéj wasza ekscelencja usprawiedliwić tę moją niegrzeczność, lecz wszakżeż to nie ja pytam, tylko kraj cały.
— Masz pan słuszność, wymówił la Jonquière, wyjmując z pugilaresa, leżącego na stole papier, na którym szeroki znajdował się podpis wraz z pieczęcią króla hiszpańskiego.
— Tutaj jest odpowiedź, wyrzekł.
— Książe d’Oliwares, przeczytał Gaston.
Potém zwrócił się ku temu, którego mu pod tém nazwiskiem przedstawiono, i nie spostrzegając bynajmniéj zarumienienia się księcia, głęboki mu ukłon oddał.
— A teraz, pan nie będziesz się już wahał i przemówisz, jak mniemam, ozwał się nieznajomy.
— Sądziłem, że to ja nasamprzód mam coś usłyszeć, odpowiedział Gaston, trzymając się ciągle na stanowisku odporném.
— To jest prawda. Ale przecież zaczynamy dopiero rozmawiać. a w rozmowie każdy mówi z kolei.
— Wasza ekscelencja czynisz mi zbyt wielki zaszczyt, i ja dam przykład zupełnego zaufania.
— Słucham pana.
— Panie, stany bretońskie...
— Malkontanci bretońscy, przerwał mu książę z uśmiechem, pomimo znaku ostrzegającego, jaki mu Dubois zrobił.
— Owych malkontentów jest tylu, odrzekł Gaston, że mogą być uważani za reprezentantów całej prowincyi. Jednakżeż zatrzymam to wyrażenie, jakiego wasza ekscelencja użyłeś. Otóż malkontenci bretońscy przysłali mnie do waszéj ekscelencji, by się dowiedzieć o zamiarach Hiszpanii w tym względzie.
— Posłyszmy wprzódy co Bretanija czynić zamyśla, przemówił rejent.
— Panie, Hiszpania może liczyć na nas: ma nasze słowo, a wiara bretońska poszła w przysłowie.
— Ale jakież są wasze zobowiązania się względnie Hiszpanii?
— Wspierać, o ile możemy najlepiéj, usiłowania szlachty francuzkiéj.
— Przecież i wy jesteście szlachtą Francuzką.
— Panie, jesteśmy Bretończykami. Bretanija połączona traktatem z Francją, powinna się uważać jako zwolnioną, skoro Francja nie szanuje praw, tymże traktatem jéj nadanych.
— Tak, znam ja owę dawną historją o układach Anny, księżniczki bretońskiéj. Jest to już bardzo dawno, jak ten traktat podpisano.
Fałszywy la Jonquière uszczypnął rejenta z całéj siły.
— I cóż to szkodzi, odparł Gaston, skoro go każdy z nas na pamięć umie?


III.
PAN ANDRÉ.

— Pan mówiłeś, że szlachta bretońska chce wspierać całemi siłami szlachtę francuzką. A czegóż-że chce szlachta francuzka?
— Wynieść na tron Francji, w przypadku śmierci króla swojego, króla Hiszpanii, jako jedynego następcę Ludwika XV.
— Dobrze, bardzo dobrze, przemówił Dubois, wpychając palec aż do połowy w rogową tabakierkę, i zażywając niuch spory z prawdziwém zadowoleniem.
— Ale pan tak mówisz o tych wszystkich rzeczach, jak gdyby król już był umarł, a przecież on żyje jeszcze! ozwał się rejent.
— Jego królewska mość delfin, książę Burgundyi, księżna Burgundyi i ich dzieci, znikli wszyscy w opłakany sposób.
Rejent zbladł z gniewu a Dubois zaczął kaszleć.
— Więc liczą na śmierć króla? zapytał rejent.
— Ogólnie, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston.
— To wyjaśnia, jakim sposobem król hiszpański pomimo zrzeczenia się praw swoich, myśli wstąpić na tron Francyi. Nieprawdaż, mój panie? Ale pomiędzy ludźmi sprzyjającymi rejencyi, znajdzie niejaki opór.
Fałszywy Hiszpan wymówił to z pewnym przyciskiem.
— To téż i przewidziano następstwo, odpowiedział Gaston.
— Aa! przewidziano następstwo! zawołał Dubois. Dobrze, bardzo dobrze. A co? czyż nie mówiłem waszéj ekscelencji, że nasi Bretończykowie są niepospolici ludzie? Daléj panie, daléj.
Ale pomimo tego zachęcającego wezwania, Gaston milczał.
— I cóż daléj, mój panie? zapylał rejent, którego ciekawość obudziła się pomimowolnie. Słucham.
— To nie jest mój sekret, jaśnie oświecony panie.
— Więc nie posiadam zaufania waszych przewodzców.
— Przeciwnie... wasza ekcelencja sam jeden je posiadasz.
— Rozumiem. Ale kapitan jest przyjacielem naszym i ręczę panu za niego, tak jakby za samego siebie.
— Moje instrukcje nakazują mi powierzyć się tylko waszéj ekscelencji.
— Powiedziałem już panu, wyrzekł rejent z pewną dumą, że ja ręczę za kapitana.
— W takim razie, odparł Gaston z głębokim ukłonem, powiedziałem waszéj ekscelencyi już wszystko, com mógł powiedzieć.
— Czy słyszysz kapitanie? zawołał rejent, więc nas zostaw samych.
— Dobrze jaśnie oświecony panie, ale zanim wyjdę, mam waszéj ekscelencji także słów kilka do powiedzenia.
Gaston usunął się na stronę.
— Zmuś go wasza królewska mość do wyjawienia wszystkiego, szeptał Dubois, wydobądź całą tajemnicę z wnętrzności jego, druga taka sposobność pewno się nie zdarzy. I cóż wasza królewska mość mówisz o naszym Bretonie? chwacki chłopak, nieprawdaż?
— Chwat, całą gębą, odpowiedział rejent. Ma minę prawdziwie rycerską, oczy pełne odwagi i bystrości, i głowę nie dla kształtu tylko.
— Tém łatwiéj mu ją będzie można uciąć, mruknął Dubois, drapiąc się po nosie.
— Co ty gadasz?
— Nic, jestem zupełnie zdania waszéj królewskiéj mości. Panie de Chaulay, do widzenia się. Kto inny na mojém miejscu gniewałby się, że przy nim mówić nie chciałeś, ale ja wymagającym nie jestem, i byle tylko rzecz poszła pomyślnie, mniejsza tam o środki.
Chaulay skłonił się lekko.
— Otóż to, mówił Dubois sam do siebie, zdaje się, że nie mam bardzo wojennéj postawy. To wina tego djablego nosa, zawsze mi na przeszkodzie. Ale co tam! za to głowa dobra.
— Teraz jesteśmy sami, ozwał się rejent, po wyjściu Dubois, więc słucham pana.
— Wasza ekscelencja czynisz mi wielki zaszczyt.
— Mów, mój panie. Musisz się domyślać, żem bardzo niecierpliwy, nieprawdaż? wyrzekł rejent z uśmiechem.
— Tak jest, bo wasza ekscelencja zapewne się i dziwisz, że dotąd jeszcze nie nadeszła pewna depesza od kardynała Alberoniego, którą jaśnie oświecony pan miałeś odebrać.
— Nie inaczéj, odpowiedział rejent, zmuszony okolicznościami do kłamstwa.
— Wytłumaczę jaśnie oświeconemu panu to opóźnienie: posłaniec, mający wieść ową depeszę, leży chory w Madrycie. Baron Valef, przyjaciel mój, ofiarował usługi swoje. Wahano się jednakże przez dni kilka. Ale gdy powzięto przekonanie, ze się już w spisku Cellamary godnie był odznaczył, powierzono mu tę missją.
— Istotnie, odpowiedział rejent, że baron zaledwie uszedł czujności ajentów Dubois. Wiedz pan, że to niepospolita jest odwaga, chcieć dokonać, w połowie przerwanego w ten sposób dzieła. Wiem to, co do mnie, jak najlepiéj, że gdy rejent ujrzał aresztowanych, panią du Maine i księcia de Cellamare, a panów de Richelieu, de Malezieux, de Polignac, pannę Delaunay i Briganda w bastyli, a nikczemnego Legrange Chancel na wyspach ś. Małgorzaty, uważał już wszystko za skończone.
— Zawiódł się, jak jaśnie oświecony pan widzisz.
— Ale czyż się spiskowi bretońscy nie lękają, ażeby, gdy teraz powstaną, związkowym ich paryzkim głów nie pościnano?
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, mają nadzieję ocalić ich, albo szukać chwały w spólnéj z nimi śmierci.
— Jakto, ocalić ich?
— Mówmy wprzódy o owéj depeszy, jaśnie oświecony panie, którą na ręce waszej ekscelencji składam.
— Bardzo dobrze.
Rejent list odebrał, ale gdy go chciał odpieczętować, dostrzegł adres: do Jego Ekscelencji Księcia Oliwares, i położył pismo na stole. Dziwna rzecz! bo ten sam człowiek z powodu swojego szpiegostwa pocztowego, przełamał niekiedy na dzień i sto pieczęci: ale prawda, że wtedy znajdował się w obec Dubois i Torcy, a teraz stał przed nim kawaler de Chaulay.
— I cóż, jaśnie oświecony panie? ozwał się Chaulay, nie pojmując tego jego wahania się.
— Pan wiesz zapewne co ta depesza zawiera?
— Mniej-więcéj, bo wiem co zrobić zamierzono.
— A więc powiedz mi, bo radbym wiedział o ile pan jesteś obznajmionym z tajemnicami gabinetu hiszpańskiego.
— Po pozbyciu się rejenta, mówił Gaston, nie spostrzegając lekkiego zadrżenia jakie całą postać księcia po tych wyrazach przebiegło, uznają tymczasowo w jego miejscu księcia du Maine. A książę du Maine zerwie natychmiast owo poczwórne przy mierze, zrobione przez nikczemnego Dubois.
— O, rzeczywiście żałuję, że tu nie masz kapitana la Jonquière. Byłby się ucieszył słysząc pana tak mówiącego. Proszę mówić daléj.
— Popędzą pretendenta z całą flotą ku brzegom Anglii, poburzą Prussy, Szwecją i Rossją przeciwko Holandji; cesarstwo, korzystając z téj walki, odbierze znowu Neapol i Sycyliją, do których ma prawo skutkiem związku swojego z domem książąt Sabaudji; ustanowią drugiego syna króla hiszpańskiego wielkim księciem Toskanii, która po śmierci ostatniego Medyceusza zostałaby bez pana; przyłączą katolickie Niderlandy do Francji; dadzą Sardyniją księciu Sabaudji, a Commachio papieżowi; zrobią Francję duszą wielkiéj ligi południa przeciwko północy; a jeżeli król Ludwik XV umrze, ukoronują Filipa V jako pana połowéj świata.
— Wiem to wszystko, mój panie: jest to spisek Cellamary, odświeżony na nowo. Ale w tém, coś pan powiedział, jest jedno wyrażenie, którego nie rozumiem.
— Któréj, jaśnie oświecony panie?
— To jest: po pozbyciu się rejenta. I jakżeż go się chcą pozbyć?
— W dawnym planie było, jak waszéj ekscelencji wiadomo, by go uprowadzić i w więzienia w Saragossie albo w twierdzy Toledo osadzić.
— Tak, i plan ten z przyczyny ostrożności rejenta do skutku nie przyszedł.
— Bo też i wykonać się nie dał. Tysiące było zawad przeszkadzających ażeby rejent przybył do Saragossy albo Toledu. Czyż podobna takiego więźnia wieść przez całą Francją?
— Tak, to było trudno. Dla tego téż nigdy pojąć nie mogłem, jak na taki środek wpaść mogli. I widzę z zadowoleniem, że odstąpiono od tego projektu.
— Panie, bo można przekupić straże, uciec z więzienia lub twierdzy, wrócić do Francji, utraconą, władzę znowu odzyskać, i zgładzić tych, co przewodniczyli uprowadzeniu. Filip V i Alberoni nie mają się czego lękać; jego ekscelencja książę d’Oliwares przebył szczęśliwie granicę, i gdy jedna połowa spiskowych uchodzi przed zemstą rejenta, druga połowa odpowiada za wszystkich.
— Jednakże...
— Panie, mamy przed oczyma przykład ostatniéj konspiracji, i wasza ekscelencja sam dopiero co powiedziałeś, że panowie de Richelieu, de Polignac, de Malezieux, de Laval, Brigand i panna Dalaunay, siedzą jeszcze w Bastyllii.
— To wszystko jest bardzo logiczném, co pan mówisz.
— Gdy tymczasem pozbywając się rejenta...
— Ale i zabespieczyć się, by więcéj nie wrócił. Bo można uciec z więzienia, lub twierdzy, ale nie powraca się już z grobu, to jest, to, co pan chciałeś wyrazić, nieprawdaż?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Gaston z lekkiém zadrżeniem głosu.
— Teraz rozumiem cel missji pana. Przybyłeś do Paryża, by się pozbyć rejenta?
— Tak, jaśnie oświecony panie.
— By go zabić?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie.
— I to pan, mówił rejent dalej, mierząc głębokiém spojrzeniem młodego człowieka, który się tak krwawej podjąłeś missji?
— Nie, panie, nigdybym z własnéj woli nic był na siebie przyjął roli zabójcy.
— A któż pana przymusił do tej roli?
— Nieszczęsne zrządzenie losu, jaśnie oświecony panie.
— Wytłumacz się pan.
— Utworzyliśmy komitet z pięciu szlachty, zespolony z ligą bretońską, to jest ligę cząstkową wśród wielkiego stowarzyszenia. I postanowiliśmy, że wszystko przez większość zadecydowaniem będzie.
— Rozumiem; i większość postanowiła, ażeby zabić rejenta?
— Tak jest, jaśnie oświecony panie: czterech było za zabójstwem, a jeden tylko przeciwnie.
— A ten był?
— Gdybym i miał utracić zaufanie waszéj ekscelencji, to jednakże wyznać muszę, że to byłem ja.
— Ale jakżeż pan mogłeś wziąść na siebie wykonanie zamiaru, którego nie pochwalałeś?
— Postanowiono, by los ślepy naznaczył tego, który ma cios wymierzyć.
— I los...?
— Padł na mnie, jaśnie oświecony panie.
— Czemużeś pan nie odrzucił téj missji?
— Kréskowanie było tajemnice! I nikt, nie wiedział za czém głosuję. Byliby mnie wzięli za tchórza, za podlca.
— I pan przybyłeś do Paryża...?
— Wykonać to, co mi nakazano.
— Licząc na mnie?
— Jako na nieprzyjaciela rejenta: byś mi jaśnie oświecony pan w tém przedsięwzięciu dopomógł, które z tak blizka dotyczę Hiszpanii i które przyjaciół naszych z bastyllii wybawi.
— Czyż im tak wielkie grozi niebezpieczeństwo?
— Śmierć unosi się nad ich głowami. Rejent ma dowody i powiedział księciu de Richelieu, że gdyby i cztery miał głowy, to on trzyma w ręku swoim narzędzie, którémby mu wszystkie cztéry mógł kazać ściąć.
— Powiedział to w chwili uniesienia się gniewem.
— Jakto? wasza ekscelencja bronisz rejenta? jaśnie oświecony pan wahasz się w przyjęciu ofiary, gdy się znalazł człowiek, który się poświęca nie tylko dla zbawienia spólników swoich, ale zarazem i dla dwóch królestw!
— A jeżeli się przedsięwzięcie nie uda?
— Każda rzecz ma swoję dobrą i swoją złą stronę. Jeżeli ktoś nie może dopiąć najwyższego szczęścia: ocalenia ojczyzny swojéj, to mu jeszcze pozostaje zaszczyt zostać sprawy swojéj męczennikiem.
— Ale zważaj pan, że skoro ci ułatwię sposób zbliżenia się do rejenta, stanę się spólnikiem twoim.
— I to waszą ekscelencją zastrasza?
— Zapewne, bo gdy pana przyaresztują...
— Cóż więc, gdy mnie przyaresztują?
— Mogą ci za pomocą tortur wydrzeć nazwiska tych....
Gaston przerwał księciu poruszeniem i uśmiechem, wyrażającym najwyższą pogardę.
— Jaśnie oświecony pan jesteś cudzoziemcem, Hiszpanem, nie możesz znać uczuć szlachty francuzkiéj, dla tego waszéj ekscelencji przebaczam tę obrazę.
— Więc można liczyć na milczenie pana?
— Pontcalec, Ducouëdic, Talhoueti Mont-Louis, zwątpili na chwilę a potém przeprosili mnie.
— Dobrze, mój panie, wezmę to coś mi powiedział pod głęboką rozwagę, przyrzekam ci. Jednakżeż na twojem miejscu...
— Na mojém miejscu?...
— Wyrzekłbym się tego przedsięwzięcia.
— O, cóżbym nie dał, gdybym się od niego mógł był uchronić! Od owéj chwili wielkie w życiu mojém zaszły zmiany. Ale, co przedsięwziąłem, tego i dokonać muszę.
— Nawet i wtedy, gdy panu pomocy mojej odmówię?
— Komitet bretoński i ten wypadek przewidział, odpowiedział Gaston z uśmiechem.
— I postanowił...
— Że się bez tej pomocy obejdzie.
— Więc pana przedsięwzięcie...
— Jest nieodwołalném, jaśnie oświecony panie.
— Powiedziałem to, com miał panu powiedzieć, a teraz, gdy tego chcesz koniecznie; staraj się wykonać przedsięwzięty zamiar.
— Jaśnie oświecony pan chcesz już odejść.
— Czyliż mi jeszcze masz co do powiedzenia?
— Dziś nie, ale jutro... pojutrze...
— Masz pośrednika w kapitanie. Możesz mnie uprzedzić przez niego, gdy zapragniesz widzieć się zemną.
— Jaśnie oświecony panie, wymówił Gaston z pewną siłą, która się dziwnie dobrze z jego szlachetną postawą zgadzała, mówmy otwarcie: nie chcę takiego, jak on pośrednika. Wasza ekscelencja i ja, pomimo że się zupełnie co do stanu i zasług różnimy, jesteśmy jednakże sobie równi, chociażby tylko w obec rusztowania, które nam grozi. Mam pod tym względem nawet pewną przewagę, bo jest rzeczą widoczną, że w większe rzucam się niebezpieczeństwo aniżeli wasza ekscelencja. Ale i jaśnie oświecony pan jesteś takim samym konspiratorem, jak kawaler de Chaulay, z tą tylko różnicą, że będąc przewódzcą, masz prawo widzieć, jak głowa jego, przed głową waszéj ekscelencji spadnie. Niechaj mi więc wolno będzie mówić z jaśnie oświeconym panem, jakoby z równym sobie, i widzieć się z nim, gdy tego zajdzie potrzeba.
Rejent pomyślał chwilką.
— Bardzo dobrze, ale ja w tym tutaj domu nie mieszkam. Pan pojmujesz? I teraz, gdy nam wojna zagraża, mało kogo u siebie przyjmuję. Stanowisko moje we Francyi, jest przeto bardzo delikatném i tymczasowém tylko. Cellamare siedzi w więzieniu w Blois. Jestem tylko jakoby konsulem, biorącym pod swoją opiekę współkrajowców, albo téż mogącym za zakładnika posłużyć. Dla tego muszę być bardzo ostrożnym.
Rejent kłamał, i kłamiąc przymusowo, spieszył się, by jak najprędzéj wyrazić to, co miał powiedzieć.
— Pisz pan więc do mnie poste restante, pod adresem: Do pana André. Wymienisz godzinę, w któréj mnie widzieć zechcesz, a nie omieszkam tu przybyć.
— Przez pocztę mam pisać?
— Tak jest: będzie to tylko trzechgodzinna zwłoka. Polecę człowiekowi pewnemu, by czekał na twój list i zaraz mi go przyniósł. We trzy godziny późniéj, przybędziesz tutaj i rzecz skończona.
— Wasza ekscelencja tak mówisz, jak ci się zdaje, odpowiedział Gaston z uśmiechem, ale ja nawet nie wiem gdzie jestem. Nie znam ulicy ani numeru domu, bom tutaj w nocy przybył: Jakżebym zatém mógł trafić? Zróbmy to raczéj w inny sposób, jaśnie oświecony panie. Wasza ekscelencja żądałeś kilka godzin do namysłu. Niechżeż to więc będzie do jutra rana, a jutro o godzinie 11 przyślesz jaśnie oświecony pan po mnie. Potrzeba nam jak najzupełniejszy plan na przyszłość ułożyć, ażeby się przedsięwzięcie nasze udało, nie tak, jak owi konspiratorowie na rozstajnych drogach, w których lada wóz krzyżujący im drogę lub też deszcz albo burza wszelkie zgasi zapały.
— Bardzo to dobry jest pomysł, wyrzekł rejent. Więc jutro o godzinie 11 w tém tutaj miejscu, panie de Chaulay. Poślę po pana i odtąd już nie będziemy mieli tajemnicy przed sobą.
— Wasza ekscelencja racz przyjąć moje wysokie uszanowanie, wymówił Gaston z głębokim ukłonem.
\ — Do widzenia się, odrzekł rejent i od« kłonił mu się nawzajem.
W przedpokoju zastał Gaston tego samego przewodnika, który go tutaj był przyprowadził.
W drodze uważał, że idzie przez ogród, którego przedtém nie był widział, i że innemi drzwiami wychodzi. Przy drzwiach ten sam powóz czekał na niego, wsiadł, a konie w szybkim biegu ruszyły ku ulicy Bourdonnais.


IV.
MAŁY DOMEK.

Obecnie Gaston już dłużéj łudzić się nie mógł: dzień nadszedł, w którym wziąść się miał do dzieła, a jeszcze do jakiego dzieła!
Poseł hiszpański wielkie na nim sprawił wrażenie, zdobił go pewien wyraz wyższości, i Gaston był przekonanym, że on niezawodnie prawdziwym jest szlachcicem.
Potém jakieś dziwne wspomnienie przebiegło mu umysł. Znalazł jakieś podobieństwo pomiędzy czołem surowém i bystremi oczyma hrabiego, a czołem pogodném i oczyma łagodnemi Heleny. Jedno z owych podobieństw niepewnych, oddalonych, jak gdyby myśl na jawie pamięcią senne przywoływała wrażenie. Gaston nie mógł sobie tego wytłumaczyć, ale pomimowolnie porównywał i łączył z sobą te dwie postaci.
W chwili gdy się już udał na spoczynek, znużony wypadkami dnia, zdawało mu się, że słyszy odgłos zbliżającego się konia na ulicy, że otworzono drzwi hotelu i że go dolatuje ożywiona rozmowa dwóch osób; niebawem jednakże drzwi znowu zamknięto, uciszyło się wszystko, i Gaston zasnął, tak jak się zasypia w tym wieku, chociaż będąc zakochanym i członkiem rokoszu.
Gaston bynajmniéj się nie omylił, bo rzeczywiście dźwięczała podkowa na ulicy a przed hotelem koń rżał, i rozmowa miała miejsce. A ten, który tak późno zawitał, był to poczciwy chłopek z Rambouillet, któremu młoda i ładna kobieta dała dwa luidory wynagrodzenia, by zawiózł liścik, o ile tylko koń wyskoczyć zdoła, do pana kawalera de Chaulay w hotelu Muids-d’amour, przy ulicy Bourdonnais.
Tą młodą i ładną kobietę znamy.
Tapin list odebrał, obejrzał go w około; potém odrzucił fartuch, w który się jako gospodarz hotelu był przybrał; polecił swojemu pierwszemu kucharzowi, by go tymczasem zastąpił, i pobiegł z całą szybkością swoich długich nóg do mieszkania Dubois, który tylko co był z domku przy ulicy du Bac powrócił.
— Oho! zawołał Dubois, list! przyjrzymy mu się bliżéj.
Odpieczętował go jak zręczny kuglarz, za pomocą gorącéj pary, i przeczytawszy, głośną wybuchnął radością.
— Wybornie! doskonale! wołał. Dzieci szybko idą naprzód; niech sobie lecą. A my w ręku mamy cugle i powstrzymamy ich, gdy tego będzie potrzeba.
Sztucznie znowu zapieczętował list i oddał go posłańcowi.
— Masz, oddaj mu to pismo! wyrzekł.
— Kiedy?
— Zaraz.
Tapin zwrócił się ku drzwiom.
— Nie, poczekaj... namyśliłem się. Jutro rano będzie dość czasu.
— A teraz, ozwał się Tapin, zatrzymując się znowu, czy pozwolisz sobie jaśnie wielmożny pan jednę osobistą zrobić uwagę?
— Gadajże!
— Jako ajent jaśnie wielmożnego pana pobieram dziennie trzy talary.
— Czy to niedosyć, hultaju?
— Dla ajenta dosyć, i nie żalę się na to. Ale, widzi Bóg, że za mało dla kupca. O, bo to głupie rzemiosło.
— Pij dla rozrywki!
— Znienawidziłem wino, odtąd jak je sprzedaje.
— Bo widzisz jak się ono robi. Ale pij szampańskie, muszkatellowe, rozynkowe, jeżeli takie istnieje, a Bourguignon za wszystko zapłaci. Ale, otóż i rzeczywiście miał napad apoplektyczny, popełniłeś więc tylko chronologiczne kłamstwo.
— Na prawdę, jaśnie wielmożny panie?
— Rzeczywiście, przestraszyłeś go za nadto. Chciałeś wziąść po nim puściznę, obwiesiu!
— Nie, przysięgam, jaśnie wielmożnemu panu, bo to zatrudnienie wcale nie jest przyjemném.
— A więc dodam ci jeszcze po trzy talary dziennie, dopóki ten obowiązek wypełniać będziesz, a potém podaruję sklep starszej córce twojéj na posag. Idź i przynoś mi często podobne listy, a nie będziesz tego żałował.
Tapin powrócił do hotelu Muids-d’Amour, i stosownie do otrzymanego rozkazu zaczekał aż do dnia, by list oddać.
O godzinie szóstéj Gaston już był na nogach. I należy się oddać sprawiedliwość Tapinowi, bo skoro tylko posłyszał szmer w jego pokoju, pospieszył zaraz, by mu list doręczyć.
Gaston na pierwszy rzut oka poznał pismo, zarumienił się i zbladł zarazem. Ale czytając, bladość stawała się coraz widoczniejszą.
Tapin niby sprzątał w pokoju, lecz śledził go bacznie z ukosa.
List zawiérał co następuje:
«Mój kochany, podzielam zdanie Twoje i podobno że we wszystkiém słuszność miałeś. Pełnam obawy... jakiś powóz zajechał, i pani Desroches nakazuje być gotowy do odjazdu. Chciałam się temu oprzeć, zamknięto mnie w moim pokoju... Na szczęście, spostrzegam chłopa pasącego konia; daję mu dwa luidory, i on przyrzeka że list mój tobie doręczy. Czynią już ostatnie przygotowania do podróży. Za dwie godziny jedziemy do Paryża. Tam, będę się starała przesłać ci mój adres, a gdyby mi w tém przeszkodzono, to gotowani oknem wyskoczyć.»
«Bądź spokojnym, kobiéta która cię kocha, pozostanie godną Ciebie i siebie saméj.»
— Otóż-to! zawołał Gaston. Heleno, więc nie omyliłem się. O ósméj godzinie wieczorem. O mój Boże! odjechała. Panie Bourguignon, dla czegóż mi tego listu zaraz nie oddano?
— Wasza ekscelencja spałeś, i czekano na przebudzenie się, odpowiedział Tapin z najwyszukańszą grzecznością.
I cóż miał na to odpowiedzieć człowiekowi tak ugrzecznionemu. A potém, Gaston się lękał, by unosząc się gniewem nie zdradził tajemnicy swojéj. Wtém nagła przyszła mu myśl: ażeby u rogatek czatować na przybycie Heleny, która może jeszcze nie nadjechała do Paryża; więc ubrał się co tchu, przypasał szpadę i wychodząc, powiedział Tapinowi:
— Na przypadek, gdyby kapitan la Jonquière do mnie przyszedł, powiedz mu że będę w domu na godzinę dziewiątą.
Gaston cały spotniały stanął u rogatek, nie spotkał w drodze żadnego fiakra, musiał więc ciągle iść pieszo.
Tymczasem, gdy nadaremnie oczekuje przybycia Heleny, która już od godziny drugiéj z rana była w Paryżu, spojrzyjmy nieco po za siebie.
Widzieliśmy, jak rejent odebrał list od pani Desroches i przez tegoż samego posłańca odpowiedź jej swoję przesłał. Bo wszakżeż było rzeczą konieczną, chronić ją od dalszych zabiegów pana de Livry.
Ale któż on mógł być, ten młody człowiek? Dubois umiałby to najlepiéj powiedzieć. Dla tego téż, gdy Dubois około godziny piątéj się zjawił, by z rejentem na ulicę du Bac pojechać, zapytał go tenże:
— Któż to jest ten jakiś pan de Livry z Nantes?
Dubois podrapał się po nosie, bo widział do czego rejent zmierza.
— Livry... Livry... Zaczekaj wasza królewska mość...
— Tak, Livry?
— To tam jakiś szlachcic z prowincji...
— A, ba! to nie jest żadném wyjaśnieniem.
— Ej, bo któż go tam zna? Livry, to jest nazwisko nieznane.... Każ jaśnie oświecony pan przywołać pana d’Hazier.
— Błazen jesteś!
— Ależ jaśnie oświecony panie, ja się gienealogią nie trudnię wcale, jestem sobie gbur niegodny, po prostu.
— Już dosyć tych niedorzeczności.
— Cóż u licha! ten Livry zainteresował waszą królewską mość nie żartem. Czyż nie oto chodzi, by komuś z tej rodziny dać order? W takim razie, starałbym się im wyszukać znakomite pochodzenie.
— Idź do djabła! a po drodze zawołaj mi Nocé’go.
Dubois uśmiechnął się miluchno i wyszedł.
W dziesięć minut późniéj ukazał się Nocé!
Był to człowiek czterdziestoletni, wysoki, przystojny, zimny, suchy, rozumny i dowcipkujący, jeden z najwierniejszych i najwięcéj ulubionych towarzyszy rejenta.
— Jaśnie oświecony pan kazałeś mnie przywołać? wymówił.
— Ach to ty Nocé? dzień dobry.
— Składam hołdy moje waszéj królewskiéj mości. Czy mogęż się jaśnie oświeconemu panu na co przydać?
— Tak, pożycz mi twojego domku na przedmieściu ś. Antoniego, ale niechaj będzie zupełnie pusty i czysty. Poślę. tam moich ludzi. Tylko żadnych elegancyj, proszę cię!
— Pewnie dla jakiéj skromnisi, jaśnie oświecony panie.
— Tak jest, dla skromnisi.
— To może lepszymby był dom w środku miasta? Bo domy na przedmieściu mają haniebną reputacją, ostrzegam waszą królewską mość.
— Osoba, którą tam umieszczę, nie wié o żadnéj reputacji, jaką mieć mogą te domy. — A, to winszuję jaśnie oświeconemu panu.
— Ale milcz o tém, Nocé!
— Ani słówka nie powiem.
— Żadnych kwiatów, żadnych amblematów, niechaj tam nic takiego nie będzie. Każ pozdejmować wszystkie obrazy mniéj przyzwoite. Jakież tam są obicia?
— Te mogą pozostać, jaśnie oświecony panie, bardzo są przyzwoite.
— Po prawdy?
— Wszystko a la Maintenon.
— Niechżeż więc zostaną, ale odpowiesz mi za to.
— Nie chciałbym jednakże brać na siebie takiéj odpowiedzialności. Ja, bo nie jestem skromnisią; więc lepiéjby może było, kazać wszystkie ściany obedrzeć.
— Ba! na dzień jeden tylko, to niewarte. Może to cóś mitologicznego, czy nie?
— Hm! mruknął Nocé.
— A zresztą zabrałoby to wiele czasu, gdy tylko parę jeszcze godzin mam przed sobą. Dajżeż mi zaraz klucze.
— Tylko do siebie pobiegnę, za kwandrans będziesz je wasza królewska mość miał.
— Do widzenia się, Nocé! daj mi rękę. Żadnych czatów, żadnéj ciekawości, proszę cię o to!
— Jadę na polowanie i dopiero wtedy wrócę, gdy wasza królewska mość rozkażesz.
— Jesteś poczciwy i usłużny. Do widzenia się jutro!
Pewien przyzwoitego dla córki mieszkania rejent zaraz przyzwał panią Desroches i posłał berlinkę, która Heleny przywieść miała. Do córki zaś napisał, polecając pani Desroches, by jéj sama ten list przeczytała.

«Moja córko kochana!

Namyśliłem się i pragnę ciebie mieć przy sobie. Przybywaj z panią Desroches bez straty jednéj chwili, a wielką mi sprawisz przyjemność. W Paryżu bliższą odemnie odbierzesz wiadomość.

Twój ojciec przywiązany.«

Helena, po przeczytaniu jéj tegoż przez panią Desroches, zaczęła się wyjazdowi opierać, prosić, płakać, ale wszystko napróżno, bo musiała być posłuszną. I napisawszy list do Gastona, który mu przez chłopa przesłała, opuściła z żalem to mieszkanie, gdzie mniemała że znalazła ojca, i gdzie się z kochankiem swoim widziała.
Gaston, jakeśmy to wyżéj byli powiedzieli, pospieszył do rogatek i przybył tamże, gdy zaczęło dnieć. Kilka przyjechało powozów, ale żadnym Heleny nie było. Powoli zaczęła nadzieja z serca jego ustępować a mróz coraz bardziéj dokuczał, nie pozostało mu przeto nic więcéj do czynienia, jak powrócić do hotelu i cieszyć się myślą, że tam może list zastanie.
Gdy przechodził przez ogród Tuiljerjów godzina ósma wybiła. W téjże saméj chwili wszedł Dubois do sypialni rejenta; z miną tryumfującą i trzymając pugilares pod pachą.


V.
ARTYSTA I POLITYK.

— Ah! to ty, Dubois? wymówił rejent, spostrzegając ministra swojego.
— Tak jest, jaśnie oświecony panie, odpowiedział Dubois, wydobywając papiery z pugilaresu. I cóż tam, Bretończykowie nasi, czy zawsze chwaty?
— Cóż to są za papiery? zapytał rejent, który pomimo rozmowy swojéj z Gastonem a raczéj może właśnie z powodu téjże, pewną miał dla niego sympatją.
— O, nic, jaśnie oświecony panie. Nasamprzód protokół tego, co się wczoraj działo pomiędzy panem kawalerem de Chaulay a księciem d’Oliwares.
Więceś nas podsłuchał?
— Tam do licha! i cóżbyś wasza królewska mość chciał, ażebym robił?
— I słyszałeś?
— Wszystko. I cóż jaśnie oświecony pan sądzisz o pretensjach jego królewskiéj mości katolickiéj?
— Myślę, że może nim rządzą, a sam w niczém żadnego nie ma udziału.
— A kardynał Alberoni?... Nie żarty, jak ten hultaj obrabia Europę. Pretendent w Anglii; a Prussy, Szwecja i Bossja ślicznie rozdzierają Hollandją; cesarstwo znowu odbiera Neapol i Sycylją; wielkie księstwo Toskanii dla drugiego syna Filipa V, Sardynia księciu Sabaudji; Comachio dla papieża; a Francja Hiszpanii. To mi to plan!
— Który z dymem uleci. To są marzenia, nic więcéj tylko marzenia!
— A ów komitet bretoński, czyliż to także marzenie?
— Wyznać muszę, że rzeczywiście istnieje.
— A sztylet naszego konspiratora, czyliż to także marzenie tylko?
— Nie powiem, iż mi się zdaje, że go w silnéj trzyma dłoni.
— O, jaśnie oświecony panie, żaliłeś się, że do tamtego spisku należeli tylko ludzie cuchnący wodą różaną. Otóż, mniemam, że obecnie wasza królewska mość więcéj jesteś zadowolonym, bo ci ręki nie żałują.
— Wiesz ty, mówił rejent, zamyślając się, że to jest silna natura ten kawaler de Chaulay?
— To dobrze! brakuje tylko, byś wasza królewska mość powziął fantazją uwielbiania tego hultaja. Znam jaśnie oświeconego pana, jesteś zdolnym do tego.
— Czemuż to książęta tylko pomiędzy nieprzyjaciółmi swoimi takie napotykają dusze!
— Dla tego, jaśnie oświecony panie, że nienawiść jest namiętnością, a poświęcenie się częstokroć podłością tylko. Ale teraz, racz wasza królewska mość porzucić na chwilę wyżyny filozofii i zniżyć się do prostéj pracy materjalnéj, to jest: położyć dwa podpisy...
— Jakież?
— Nasamprzód potrzeba mianować jednego kapitana majorem.
— Kapitana la Jonquière?
— O nie! Jest to ladaco, którego portret każemy na szubienicy powiesić, gdy on sam już nam potrzebnym nie będzie. Na teraz potrzeba go jeszcze oszczędzić.
— I jakiż to więc kapitan?
— Dzielny oficer, którego wasza królewska mość spotkałeś jest temu dni ośm, czyli raczéj nocy ośm, przy ulicy Saint-Honoré.
— Nie rozumiem co chcesz mówić?
— Widzę, że potrzeba waszéj królewskiéj mości dopomódz przypomnieć go sobie; jaśnie oświecony pan masz złą pamięć.
— Gadajże wyraźniéj; z tobą niemożna nigdy do końca trafić.
— Otóż powiem w dwóch słowach: przed ośmiu nocami wychodziłeś jaśnie oświecony pan, przebrany za muszkietera, w towarzystwie Nocé’go i Semiane’a, malemi drzwiczkami przy ulicy Richelieu.
— To prawda... Ale cóż się stało na ulicy Saint-Honoré?
— Czy wasza królewska mość chcesz posłyszeć?
— Zrobisz mi tém przyjemność.
— Jaśnie oświeconemu panu niczego odmówić nie mogę.
— A więc gadajże.
— Wasza królewska mość wieczerzałeś w owym domku przy ulicy Saint-Honoré.
— Z Nocé’em i Semianem?
— Nie, jaśnie oświecony panie, Nocé i Simiane wieczerzali także, ale każdy gdzieindziéj.
— Jego królewska mość rejent wieczerzał zatém; właśnie podano deser, gdy jakiś oficer chwat, omyliwszy się zapewne, począł uporczywie stukać we drzwi. Jego królewska mość zniecierpliwiony wyszedł i zbeształ natręta, który mu tak nie w porę wieczerzę przerwał. Natręt jakoś hardéj natury, pochwycił za szpadę, a jego królewska mość nie leniwy gdy chodzi o wykonanie jakiéj niedorzeczności, dobył swojego rapiera i stawił czoło oficerowi.
— I jakiż był skutek tego pojedynku?
— Że jego królewska mość odebrał lekkie draśnięcie w łopatkę a natomiast przeszył na wskróś piersi przeciwnikowi swojemu.
— Ależ ta rana nie jest niebespieczną, jak sądzę? zapytał rejent z zajęciem.
— Nie, na szczęście.
— Bogu dzięki!
— Ależ to nie wszystko jeszcze.
— Jakto?
— Zdaje się, że jego królewska mość upatrzyłeś sobie cóś do tego oficera.
— Nie widziałem go nigdy przedtem.
— Jak gdyby książęta potrzebowali widzieć tych ludzi, którym chcą dokuczyć. Oni w oddaleniu ranią.
— Cóż chcesz powiedzieć? gadajże.
— Chcę powiedzieć, żem się wywiedział, iż oficer ten już był kapitanem od lat ośmiu, i gdy wasza królewska mość zostałeś rejentem, kazałeś go skasować.
— A, to zapewne na to zasłużył.
— Mam jeden pomysł, jaśnie oświecony panie, to jest: ażeby nas papież uznał, jako niechybiących nigdy.
— Popełnił zapewne jaką podłość, tchórzostwo.
— Był to jeden z najdzielniejszych żołnierzy w całéj armii.
— A więc dopuścił się jakiegoś czynu niegodnego.
— Jest to jeden z najgodniejszych ludzi w świecie.
— A, to mu potrzeba wynagrodzić tę niesprawiedliwość.
— Wybornie! Otóż właśnie przyrządziłem nominacją na majora.
— Dawaj Dubois, dawaj! Doprawdy, że ty masz czasem cóś dobrego w sobie.
Szatański uśmiech skrzywił twarz Dubois, który właśnie jakiś drugi papier z pugilaresu dobywał.
Rejent go śledził niespokojnym wzrokiem.
— Cóż znaczy ten drugi papier? zapytał.
— To znaczy jaśnie oświecony panie, by popełnić niesprawiedliwość, spełniwszy czyn sprawiedliwy.
— Rozkaz aresztowania kawalera de Chaulay i odprowadzenia go do bastyllii! zawołał rejent. O hultaju! poznaję teraz dla czegoś mnie tamtym dobrym złudził czynem. Ale poczekaj chwileczkę, coś podobnego potrzebuję namysłu.
— Czyż wasza królewska mość myślisz, że pragnę ażebyś nadużył władzy swojéj? zapytał Dubois, śmiejąc się.
— Nie, jednakże...
— Jaśnie oświecony panie, skoro kto ma w ręku swoim władzę rządzenia królestwem, to téż i przedewszystkim rządzić powinien.
— Ależ zdaje mi się, mój panie gburze, że jestem panem...
— Wynagradzać, tak; ale zawsze pod warunkiem wymierzania i kary. Równowaga sprawiedliwości ginie, jeżeli jednę szalę ślepa i ciągła łaskawość przeciąża. Postępowanie podobne, jakbyś jaśnie oświecony pan sobie zawsze chciał postępować, i jak to często nawet robisz, nic jest dobrocią ale raczéj słabością. Jakąż nagrodę przeznaczasz jaśnie oświecony pan dla tych, co na nią zasłużyli, skoro winnych nie karzesz?
— Żądając po mnie, ażebym był surowym, nie powinieneś mi był tego młodego człowieka przedstawić, mówił rejent zniecierpliwiony, tém bardziéj, iż czuł, że broni szlachetnéj ale jednakże zawsze złéj sprawy. Dałeś mi go poznać i wartość jego ocenić, a lepiejby było, gdybym był myślał, że to jest sobie tylko zwyczajny konspirator.
— Tak, bo teraz, pokazawszy się pod obsłonką romansową, wyobraźnia artystowska waszéj królewskiéj mości, Pan Bóg wié, co sobie tworzy. Ale przecież wszystko z sobą pogodzić można: rób jaśnie oświecony pan dociekania chemiczne z Humbertem, rysuj z Audranem, ciesz się muzyką z Lafarem, baw się wasza królewska mość w miłość z całym światem, lecz zemną racz tylko o polityce rozprawiać.
— A, Boże mój kochany! zawołał rejent, czyż życie moje, szpiegowane, dręczone, spotwarzone, warte, ażebym go bronił?
— Ależ tu nie o życie waszéj królewskiéj mości chodzi. A pomiędzy wszystkiemi potwarzami, jakie na jaśnie oświeconego pana rzucono, i przeciwko którym już powinieneś być uzbrojonym, nikt waszej królewskiéj mości nie śmiał tchórzostwa zarzucić, nawet i najzjadliwsi nieprzyjaciele. Co tam!... w Steinkerque, w Nerwindzie i w Leridzie, dowiodłeś jaśnie oświecony pan, jak mało cenisz życie swoje. Gdybyś wasza królewska mość był zwyczajnym człowiekiem, ministrem, albo nawet i jakim księciem krwi, i został zabiły, to tylko jedno serce więcéj przestałoby bić. Ale nie wchodząc czyli to było słusznie lub nie, wasza królewska mość chciałeś zająć jedno z pierwszych miejsc pomiędzy panami świata. Unieważniłeś przeto testament Ludwika XIV, odpędziłeś od korony i jego dzieci nieprawe, które już po nią sięgały, zrobiłeś się rejentem Francji, więc śmierć waszéj królewskiéj mości, nie byłaby śmiercią, zwyczajnego człowieka, lecz runąłby filar, podpierający Europę, w niweczby się obróciły nasze prace, z ostatnich lat czterech, i wszystkoby w około zniszczało. Spojrzyj jaśnie oświecony pan na Anglją: otóż i kawaler de Saint-George występuje znowu w szalonéj postaci pretendenta. A Hollandja! czyliż nie pójdzie na pastwę Szwecji, Pruss i Rossyi? Austryi dwugłowny orzeł pociąga ku sobie Wenecją i Medjolan, by sobie wynagrodzić za stratę Hiszpanii. Spojrzyj teraz wasza królewska mość na Francją, a Francya już nie jest Francją, tylko wazalką Filipa V. Nakoniec, spojrzyj jaśnie oświecony pan na Ludwika XV, owego ostatniego potomka, czyli raczéj na ostatni szczątek największego państwa, jakie kiedykolwiek świat oświecało; na owe dziecię, któreśmy gorliwością czuwania nad niém, uchronili, by nie podzielało losu ojca swojego, matki i stryjów, by je zachować dla tronu przodków swoich. To dziecię padłoby znowu w ręce tych, których prawo cudzołożne powołuje na następców jego. A więc w około tylko morderstwo i zniszczenie, pożar i rozpacz, wojna domowa i z zagranicą. I dla czegóż to wszystko? Bo się spodobało jego królewskiéj mości Filipowi orleańskiemu uważać siebie ciągle tylko jako dowódzcę armii w Hiszpanii, i zapomnieć o tém, że nim być przestał, zostawszy rejentem Francji.
— Więc ty żądasz tego? zawołał rejent, biorąc pióro w rękę.
— Jeszcze chwilkę, jaśnie oświecony panie. Nie chcę, by mówiono, że w tak ważnéj sprawie uległeś jedynie nastawianiu mojemu. Powiedziałem tylko to, com miał powiedzieć. Zostawiam jaśnie oświeconego pana samego, czyń co zechcesz. Mam kilka interesów do załatwienia. Za kwandrans powrócę.
I Dubois skłonił się z uszanowaniem i wyszedł.
Zostawszy sam, rejent w głębokie pogrążył się dumanie. Cała ta sprawa tak ciemna i z taką prowadzona wytrwałością, uobecniła się w umyśle jego, czarnemi otoczona widmami. Mężnie stawiał czoło na polu bitwy, śmiał się z przedsięwzięć Hiszpanów, by nieprawych synów Ludwika XIV porwać, ale obecnie przejmował go przestrach, z którego sobie sam sprawy zdać nie umiał. Pomimowolnie czuł pociąg niezwyczajny i pewien rodzaj uwielbienia dla tego młodego człowieka, którego sztylet nad jego głową był wzniesiony; chwilami nienawidził go, i znowu go usprawiedliwiał a nawet i kochał. Mniemał, że Dubois, który, jak małpa piekielna, przyczajona nad dogorywającą zdobyczą, śledzi ów spisek i szponami swojemi sięga aż na dno serca jego, uzbrojony jest wyższą wolą i rozumem. Czuł, że w obecnych okolicznościach byłby słabo swojego bronił życia, chociaż mu nigdy jeszcze na odwadze nie zbywało. Trzymał pióro w ręku a rozkaz przed jego leżał oczyma.
— Tak, mówił sam do siebie, Dubois ma słuszność, bo życie moje, które tak często narażam, już nie do mnie należy. Wczoraj mówiła mi to samo matka moja. I któż odgadnie, coby się z światem stało, gdybym teraz żyć przestał? Może to samo, co się działo po śmierci Henryka IV. Po dziesięciu latach pokoju i oszczędności, pozyskawszy miłość ludu, zamierzał właśnie przyłączyć Alzacją do Francji, a może nawet Lotaryngiją i Flandrją; książę Sabaudji, zostawszy jego zięciem, miał sobie utworzyć państwo w Medjolańskiem, a okrawkami tegoż królestwa zbogacić rzeczpospolitą wenecką, wzmocnić książąt Modeny, Florencji i Mantui. Wtedy, Francja stała na czele wszystkich poruszeń europejskich. Wszystko czekało tego, wielkiego wypadku, przygotowanego pracą całego życia króla prawodawcy i żołnierza. Gdy 13 maja przejeżdżał powóz z liberją królewską przez ulicę la Ferronerie... I jedna chwila zniszczyła wszystko! Całą pomyślność przeszłą i wszystkie nadzieje przyszłości. I potrzeba było całego wieku i takiego ministra jak Richelieu a króla takiego jak Ludwik XIV, by zagoić rany Francji, zadane jéj sztyletem Ravaillaca!... Tak. Dubois ma słuszność: powinienem oddać tego młodego człowieka sprawiedliwości ludzkiéj. Przecież to nie ja go sądzić będę. A nakoniec, dodał z uśmiechem, wszakżeż mam prawo ułaskawienia!
I zaspokojony wewnętrznie tą prerogatywą królewską, którą w imieniu Ludwika XV wykonywał, szybko rozkaz podpisał, zadzwonił na pokojowca i udał się, by tualety swojéj dokończył.
W dziesięć minut późniéj, drzwi zcicha się otworzyły i Dubois wsunął znowu swoją kunią głowę, zwolna i ostrożnie. Przekonawszy się, że pokój jest próżny, zbliżył się do stolika przy którym książę był siedział; nagłym rzutem oka dostrzegł, że rejent podpisał rozkaz, i z uśmiechem tryumfującym złożył papier w czworo, schował go do kieszeni i wyszedł z wyrazem zupełnego zadowolenia.


VI.

Gdy Gaston, wracając od barjery la Prefèrence, wchodził do mieszkania swojego przy ulicy des Bourdonnais, ujrzał la Jonquière’a, siedzącego przy piecu z butelką wina alikantskiego, którą dopiéro co był odkorkował.
— A co, mój kawalerze, zawołał spostrzegłszy Gastona, jakżeż ci się podoba mój pokój?... Wygodny dosyć, nieprawdaż?... Siadaj i skosztuj tego wina, jest lepszém od wszystkich win Russego? Ale ty, żyłeś ciągle na wsi, a w Bretanii wina nie piją. Tam piją tylko jabłecznik, piwo i t. p., jak sądzę. Co do mnie, piłem tam jedynie wódkę, bo czegoś innego znaleść nie mogłem.
Gaston nic mu nie odpowiedział, nie dosłyszał nawet, co la Jonquière prawił, zajęty jedną tylko myślą. Rzucił się na krzesło, i z rozpaczy gniótł w kieszeni pierwszy list Heleny.
«Gdzież ona jest? pytał sam siebie. Ów Paryż, tak wielki, niezmierny, czyliż jéj nie na zawsze przedemną ukryje? O, to za wiele trudów dla człowieka, który ani środków ani doświadczenia nie ma po temu!»
— Ależ prawda, ozwał się la Jonquière, który w sercu młodego człowieka każdą śledził myśl, tak, jak gdyby ciało jego z przejrzystego było szkła, jest tutaj list do pana.
— Z Bretanii? zapytał Gaston drżąc cały.
— Nie, z Paryża. Ładniuchne, drobniunie pismo, pewno kobiece. O, tonic dobrego!
— Gdzież jest ten list?
— Zapytaj się gospodarza; bo wchodząc, widziałem, że go w palcach swoich obraca.
— List! list! wołał Gaston, wpadając na salę.
— Czego wielmożny pan żądasz, wszystko na rozkazy? pytał Tapin z zwykłą sobie grzecznością.
— List!
— Jaki list?
— List do mnie, któryś odebrał.
— Ach tak, przepraszam wielmożnego pana, zapomniałem!...
I wydobył list z kieszeni i oddał go Gestonowi.
— Biedny głupcze! mówił tymczasem la Jonquière do ciebie. I takie osiołki knują spiski! Zajmują się jednocześnie polityką i miłością. Troiste błazny, czemuż tejże raczéj nie szukają u Fellony, a uniknęliby zakończenia tamtej na placu la Grève. Ależ to podobno tak lepiej dla nas.
Gaston wrócił do pokoju wesół, odczytując, sylabizując nawet list Heleny.
«Ulica przedmieście ś. Antoniego, dom biały, po-za drzewami, topolami podobno. Numeru nie wiem, bom go dojrzeć nie mogła. Ale jest to 31 czyli 32 dom na lewo, zostawiwszy, na prawo jakiś wielki gmach z wieżami, podobny do wiezienia.»
— O! znajdę ją, zawołał Gaston, ten gmach wielki, to bastylja!
— Wierze, że ją znajdziesz, pomruknął sobie Dubois, chociażbym sam ciebie tam miał zaprowadzić.
Gaston spojrzał na zegarek, jeszcze mu pozostały dwie godziny wolne, zanim się miał udać, według umowy, do owego domu przy ulicy du Buc. Pochwycił za kapelusz, leżący na krześle, i zabierał się do wyjścia.
— I gdzież znowu biegniesz? zapytał Dubois.
— Musze wyjść.
— A owo rendez-vous o godzinie jedenastej?
— Dopiéro dziewiąta. Bądź spokojnym, stawię się na czas.
— Nie potrzebujesz mnie?
— Nie, dziękuję.
— Jeżeli masz zamiar, przypadkiem, wykraść jaką piękność, to mi powiedz, mam pewne w tej mierze doświadczenie i mogę ci być pomocnym.
— Dziękuję, odpowiedział Gaston, rumieniąc się pomimowoli, nie myślę o tém.
Dubois zaczął sobie pogwizdywać, jako człowiek, który potrafi każdą odpowiedź zrozumieć.
— Zastanęż tu pana? zapytał Gaston.
— Nie wiém... Może także pobiegnę zaspokoić jaką damulkę, która się mną zajmuje. Ale na każdy przypadek znajdziesz tutaj o godzinie umówionéj powóz i tego samego człowieka co wczoraj.
Gaston się spiesznie pożegnał, znalazł fiakr w pobliżu, wsiadł do niego i kazał się zawieść na przedmieście ś. Antoniego. Przy dwudziestym domie wysiadł i kazał fiakrowi za sobą jechać, idąc naprzód i śledząc wszystkie domy po lewéj stronie. Niezadługo stanął przy wielkim murze ponad którym wysokie wznosiły się topole. Miejsce to zgadzało się zupełnie z opisem, danym mu przez Helenę, i ani wątpił, że się przed jéj mieszkaniem znajduje. Ale jakżeż się tam wewnątrz dostać? w tém cała była trudność. Nigdzie żadnego nie było otworu, a u drzwi nie było dzwonka ni młotka. Kazał więc fiakrowi przystanąć, a sam udał się w wązką uliczkę, na którą szczyt domu wychodził, by Helenę znajomym jéj uwiadomić znakiem. Zbliżył się, o ile mógł, »do jednego z okien, wychodzących na ogród, które stało otwarte, i zasłaniając z obuch stron usta, naśladował z całéj siły krzyk sowy.
Helena zadrżała; poznała krzyk ten, który w zaroślach bretońskich na milę w około zwykł się rozlegać; zdawało jéj się, że jest jeszcze w klasztorze Augustjanek w Clisson, i że znane czółno oddziela się od brzegu, mknie zcicha silnym popychane wiosłem i pod jéj okno podpływa. Krzyk ten odbijający się wzdłuż murów, zwiastował jéj obecność Gastona: poskoczyła do okna; nie omyliła się. Powiedzieli sobie spojrzeniem: «Czekałam ciebie!» «Jestem!» Potem odbiegła okna, zadzwoniła całą siłą, że nietylko pani Desroches, ale i pokojowa, i lokaj co tchu nadbiegli.
— Otwórzcie drzwi od ulicy, wyrzekła Helena tonem rozkazującym, jest tam ktoś na którego czekam.
— Poczekaj! zawołała pani Desroches na lokaja, który się już zabierał wykonać ten rozkaz. Chcę sama zobaczyć kto tam jest.
— Niepotrzeba tego, wiem kto tam jest i powiedziałam pani, żem czekała na tę osobę.
— Ale, jednakże, jeżeli pani nie wypada przyjąć go? odparła ochmistrzyni, chcąc na swojém postawie.
— Nie jestem już w klasztorze a nie znajduję się jeszcze w więzieniu; więc przyjmę, skoro mi się tak podoba.
— Ale któż jest ta osoba?
— Nie widzę w tém nic nieprzyzwoitego; jest to ta sama osoba, którą w Rambouillet przyjęłam.
— Pan de Livry?
— Pan de Livry.
— Mam rozkaz wyraźny, by tego pana młodego nie wpuszczać do pani.
— A ja rozkazuję, byś go pani zaraz do mnie wpuściła.
— Pani nie jesteś posłuszną ojcu swojemu, odpowiedziała pani Desroches w połowie z gniewem, w połowie z pewnym uszanowaniem. Niechętnieby to widział.
— Mój ojciec nie ma tu nic do widzenia, a tém mniéj oczyma pani.
— A któż rozrządza losem pani?
— Ja, ja sama, zawołała Helena oburzona tą władzą, jakiéj ulegać miała.
— Przysięgam, że ojciec pani...
— Że ojciec mój zgodzi się na to, co uczynię, jeżeli jest moim ojcem.
Słowo to, wymówione z całą dumą cesarzowéj, przygniotło panią Desroches przewagą swoją, z jaką było wyrzeczone, ograniczyła się więc na milczeniu, nieruszając się z miejsca, w czém ją i obecni naśladowali służący.
— I cóż? rozkazałam, by drzwi otworzono, zawołała znowu Helena, i czyliż mój rozkazie zostanie wypełnionym?
Nikt z miejsca się nie ruszył, bo czekali na rozkaz ochmistrzyni.
Helena uśmiechnęła się wzgardliwie, i niechcąc się poniżyć w obec służalców, zrobiła ręką, tak nakazujące poruszenie, że pani Desroches ustąpiła odedrzwi, zostawiając jéj wolne wyjście. Helena zwolna i z całą godnością zeszła po wschodach, a za nią zdążała pani Desroches, osłupiała, że znalazła tak silną wolę w młodéj dziewczynie, wychowance klasztoru.
— To jakby jaka królowa, wymówiła pokojowa, idąc za panią Desroches; co do mnie, to już miałam pójść drzwi otworzyć, gdyby sama nie była poszła.
— Niestety! otóżto one wszystkie w téj familii takie, westchnęła ochmistrzyni.
— Więc pani znałaś jéj familją? zapytała pokojowa zdziwiona.
— Tak jest, odpowiedziała pani Desroches, miarkując, że za wiele powiedziała. Znałam kiedyś margrabiego, jej ojca.
Tymczasem Helena zeszła, przebiegła dziedziniec i kazała sobie drzwi na ulicę otworzyć, W progu już stał Gaston.
— Chodź, mój kochany! zawołała Helena!
Gaston udał się za nią; drzwi znowu zamknięto, i oboje weszli do dolnych pokoi.
— Wezwałaś mnie, Heleno, i przybyłem. Czy masz jaki powód lękania się? potrzebujeszże mojéj pomocy?
— Obejrzyj się w koło i sam osądź, odpowiedziała Helena.
Oboje znajdowali się właśnie w tym pokoju, w którym rejent i Dubois byli świadkami uczty, na któréj się młody książę orleański do światowego miał ocknąć życia. Był to bardzo ładny buduar, przytykający do sali jadalnéj, na którą, prócz dwojga drzwi, wychodziło jeszcze i okno, jak sobie czytelnik przypomnieć zechce, całkiem najrzadszemi i najpiękniejszemi cudnéj woni kwiatami zasłonione. Buduarek był wybity niebieskim atłasem, zarobionym różami z liśćmi srebrnemi. Po nad drzwiami były malowidła Andrana, przedstawiające historją Wenery w cztérech obrazach: jéj urodzenie się, gdy wypływa z pośród fali; jéj miłość z Adonisem; jéj współzawodnictwo z Psyche, którą kazała obić rózgami; a nakoniec jéj przebudzenie się w objęciu Marsa. Ściany zdobiły inne epizody téjże saméj historji. I te obrazy o których Nocé, w niewinności duszy swojéj, zapewniał, że są zupełnie w rodzaju à la Maintenon, zdolne jednakże były przerazić młodą dziewczynę.
— Gastonie, wymówiła, miałżebyś mieć słuszność, budząc we mnie nieufność względem człowieka, który się mieni być ojcem moim? Obawa moja zwiększyła się tutaj.
Gaston obejrzał obrazy, rumieniąc się i blednąc na przemian; potém przeszedł na salę, gdzie takież same erotyczne znalazł malowidła. Potém udali się oboje do ogrodu, zastawionego posągami i gruppami, które zdawały się być uzupełnieniem tego, co jeszcze malowanym brakowało obrazom.
Wracając, przechodzili obok pani Desroches, która ich i na chwilę z oka nie spuściła, i która, podniósłszy ręce w górę, rozpaczliwie zawołała:
— O mój Boże, co też książę pan na to powie!
Ten wykrzyknik spowodował wybuchnięcie burzy, od tak dawna w piersi Gastona tłumionéj:
— Książe pan! zawołał, czy słyszałaś, Heleno? Książe pan! miałaś słuszną obawę, i twój instynkt dziewiczy ostrzegał cię przed niebezpieczeństwem. Jesteśmy tutaj w jednym z owych małych domków, własności któregoś z rozpustników dostojnych, którzy niecne rozrywki swoim opłacają honorem. Nigdym jeszcze nie widział owych mieszkań ohydy, ale je tutaj odgaduję. Te obrazy, posągi, alfreski, te pokoje w tajemniczy sposób oświetlone, wszystko aż nadto jest przekonywającém. Na imię Boga, nie daj się dłużéj uwodzić, Heleno! Miałem słuszność, przestrzegając cię w Rambouillet, a tutaj, ty masz słuszność, że się obawiasz.
— Ach mój Boże! i gdyby ten człowiek teraz przyszedł i za pomocą lokai chciał nas gwałtem przytrzymać!
— Uspokój się, Heleno, przecież ja przy tobie jestem.
— O mój Boże, mój Boże! i mamżeż się wyrzec tej słodkiej myśli, że mam ojca, opiekuna, przyjaciela!
— Niestety! a jeszcze w chwili, gdy może sama pozostaniesz na świecie! zawołał Gaston, wyjawiając pomimowoli część jednę tajemnicy swojéj.
— Co mówisz, Gastonie? o cóż znaczą te twoje słowa?
— Nic, nic... kilka wyrazów bez myśli z ust mi wybiegło, niechaj one cię bynajmniej nie trwożą.
— Gastonie, ty ukrywasz coś przedemną, coś okropnego, bo w chwili, gdy tracę mojego ojca, mówisz, że i ty mnie opuścisz.
— O Heleno, ja ciebie tylko wraz z życiem mojém opuszczę!
— Ach! otóżto! twoje życie jest zagrożoném, i to umierając lękasz się mnie samą zostawić. Gastonie, ty mnie zdradzasz; nie jesteś już tym Gastonem co dawniéj. Mało się tylko ucieszyłeś, znalazłszy mnie dzisiaj, i nie czułeś już tak niezmiernéj boleści, postradawszy mnie wczoraj. W głowie twojej ważniejsze krążą zamiary, aniżeli te, które masz w sercu. Inne uczucie, duma czyli chęć wywyższenia się, wzięło górę nad miłością twoją. I teraz, nawet teraz bledniesz! Gastonie, cóż się dzieje z tobą? Na miłość Boską! serce mi rozdzierasz milczeniem twojém.
— Nie, moja Heleno, nie lękaj się niczego, zaklinam cię. Czyliż to nie dosyć powodów do trwogi? znajduję ciebie w takim domu ohydnym, samą jednę, bez obrony i opieki, i sam nie wiem, jak ciebie od złego zasłonić, bo człowiek ten, niezawodnie bardzo jest możnym. W Bretonii miałbym przyjaciół i dwustu chłopów na obronę twoję, a tutaj nie mam nikogo.
— Czy tylko o to chodzi, Gastonie?
— Och i tego za wiele!
— Nie, Gastonie, bo możemy zaraz dom ten opuścić.
Gaston zbladł. Helena spuściła oczy i dotknęła się dłonią zimnych i wilgotnych rąk kochanka.
— W obec tych ludzi, którzy nam się przypatrują i w obec téj kobiety zaprzedanéj, która mnie tylko zdradzać umie, wyjdziemy razem z tego domu, Gastonie.
Oczy Gastona nagłém zabłysły szczęściem, ale w téjże samej chwili znowu zachmurzyła je myśl smutna.
Helena dostrzegła tę zmianę wyrazu na licu swojego kochanka.
— Nie jestemże twoją żoną, Gastonie? wyrzekła; honor mój, nie jestże twoim honorem? Idźmyż.
— Ale cóż poczniemy? gdzież ciebie umieszczę?
— Gastonie, odpowiedziała Helena, ja nic nie wiem, niczemu zaradzić nie umiem. Nie znam Paryża, nie znam świata, znam tylko ciebie i siebie. Ty mi otworzyłeś oczy: niczemu już teraz nie ufam, prócz miłości twojéj i cnocie.
Gastonowi serce pękało: sześć miesięcy pierwéj, a byłby tę jéj ofiarę i odwagę życiem swojém zapłacił.
— Heleno, zastanów się, przemówił. A jeżeli się mylimy, jeżeli ten człowiek istotnie jest ojcem twoim...?
— Gastonie, kazałeś mi, bym nie ufała temu ojcu mojemu, czy zapominasz o tém?
— Ach tak, tak Heleno! niechaj się stanie co chce, idźmy!
— Ale dokądże? Nie potrzebujesz mi na to odpowiadać, Gastonie, skoro ty to wiesz, dosyć mi na tém. Jeszcze jednę prośbę, mój miły. Patrz, jest tutaj Chrystus i matka najświętsza, dziwnie umieszczeni pomiędzy temi obrazami brudnemi. Przysięgnij mi na tę święte wizerunki, że będziesz szanował honor żony twojéj.
— Heleno, nie obrażę cię podobną przysięgę. Ofiarę, jaką mi dzisiaj przynosisz, mimo najgorętszych pragnień serca oddawna, wahałem się pierwszy tobie ją przynieść. Bogaty, szczęśliwy, pewien teraźniejszości, byłbym u stóp twoich złożył bogactwa moje i szczęście, polecając Bogu przyszłość naszą. Ale w chwili tak szczytnéj, jak obecna, muszę ci wyznać, żeś się nie omyliła, bo pomiędzy dziś a jutrem, straszny spoczywa wypadek, którego skutki są wątpliwe. Powiem ci zatém, co tobie ofiarować mogę: jeżeli mi się powiedzie, wyższe może stanowisko w świecie i zamożność; jeżeli zaś nie dopnę swego, wygnanie, ucieczkę a pewnie i nędzę. A teraz Heleno, kochasz że mnie tyle, a raczej kochasz-że o tyle własny swój honor, by temu wszystkiemu mężnie czoło stawić?
— Na wszystkom gotowa, Gastonie; powiedz, bym poszła za tobą, a pójdę.
— O nie zdradzę zaufania twojego! bądź spokojną, Heleno. Zaprowadzę cię nie do siebie, ale do osoby, która się tobą opiekować będzie, podczas nieobecności mojéj, która ci ojca zastąpi, ojca jakby po raz drugi utraconego.
— I któż to jest ta osoba? Pytam nie z braku zaufania lecz z ciekawości, wymówiła z wdzięcznym uśmiechem.
— Ktoś, co mi niczego odmowie me może; którego dni od życia mojego zależą, i który uzna, że za to małéj tylko wymagam nagrody, żądając tobie spokój i opiekę zapewnić.
— Zawsze jakieś tajemnice, Gastonie że aż się lękam przyszłości.
— Jest to już ostatnia tajemnica. Odtąd już żadnéj dla ciebie mieć nie będę.
— Dziękuję ci. Gastonie.
— A teraz jestem na twoje rozkazy.
— Idźmy!
Helena wsparła się na ręku Gastona i przeszła z nim przez salon. W salonie była pani Desroches, skurczona od złości, gryzmoląca jakiś list, którego przeznaczenie nietrudno było odgadnąć.
— Ach mój Boże! zawołała, gdzież pani idziesz? co pani robisz?
— Gdzie idę?... Odjeżdżam. Co robię?... uciekam z domu, gdzie mój honor jest zagrożonym.
— Jakto! krzyknęła ochmistrzyni i podskoczyła z krzesła, jakby za poruszeniem sprężyny. Pani wychodzisz z swoim kochankiem?
— Mylisz się pani, odpowiedziała Helena z całą godnością, wychodzę z mężem moim.
Pani Desroches z przerażenia opuściła ręce.
— A teraz, jeżeli ta osoba, do któréj pani piszesz, będzie się chciała zemną widzieć, odpowiedz jéj, że jakkolwiek jestem wieśniaczko, i wychowanką klasztoru, to wszelako poznałam się na sidłach, jakie na mnie zastawiono; że z nich uciekam, i jeżeliby ktoś za mną gonił, to znajdzie przy mnie opiekuna, który mnie bronić będzie.
— Pani ztąd nie wyjdziesz, gdybym i gwałtu użyć miała.
— Spróbuj pani, odpowiedziała Helena owym tonem królewskim, który jéj był tak właściwym.
— Hola! Picard, Couturier, Blanchat!
Lokaje nadbiegli.
— Pierwszy, który mi odedrzwi zastąpi trupem padnie, wyrzekł Gaston zimno, dobywając swojéj szabli bretońskiéj.
— Jakiż upur piekielny! zawołała pani Desroches. O panny de Chartres i de Valois, tutaj widzę was znowu!
Młodzi słyszeli ten wykrzyknik, lecz go nie zrozumieli.
— Idźmy, ozwała się Helena. Nie zapomniéj pani powtórzyć co do słowa, to com powiedziała.
I trzymając się ręki Gastona, młoda dziewczyna rumiana z zadowolenia i dumy, odważna jakby jaka amazonka starożytna, rozkazała, by drzwi na ulicę otworzyć. Szwajcar nie śmiał być nieposłusznym. Gaston wyprowadził Helenę, drzwi zamknął za sobą, kazał zajechać fiakrowi, a widząc że lokaje chcą iść za niemi, zbliżył się do nich i głośno wymówił:
— Jeszcze jeden krok naprzód a głośno tę całą opowiem historją i oddam siebie i pannę Helenę pod straż honoru publicznego.
Pani Desroches, sądząc że Gaston zna całą tajemnicę i lękająca się, by nazwisk nie wymienił, cofnęła się spiesznie a za nią udali się i lokaje.
Fiakr w cwale ruszył z miejsca.


VII.
CO SIE DZIAŁO W DOMU PRZY ULICY DU BAG ZANIM GASTON PRZYBYŁ.

— Jakto! to jaśnie oświecony pan? zawołał Dubois, wchodząc do salonu w domku przy ulicy du Bac, i zastawszy rejenta w tém samém co wczoraj miejscu.
— Tak, to ja jestem. I cóż w tém tak dziwnego? Nie mamżeż się tu o dwunastéj widzieć z kawalerem de Chaulay?
— Ależ sądziłem, że rozkaz, który wasza królewska mość podpisałeś, położył już koniec wszelkim konferencjom.
— Mylisz się, Dubois. Chciałem się raz jeszcze widzieć z tym biednym młodzieńcem. Spróbuję, czy nie potrafię go skłonić, by od swojego odstąpił zamiaru.
— A jeżeli odstąpi?
— Ha! wtedy wszystko skończone: i cały spisek będę uważał jakoby nieistniejący wcale. Za prosty zamysł karać nie można.
— Gdyby ktoś inny był na jego miejscu, oparłbym się temu, ale tak, czyń wasza królewska mość co się podoba.
— Więc przypuszczasz, że się skłonić nie da?
— Zupełniem o to spokojny. Ale gdy całkiem odmówi, gdy wasza królewska mość się przekonasz, że obstaje przy pięknym zamiarze zamordowania jaśnie oświeconego pana na dobre, oddasz go w ręce moje, nieprawdaż?
— Tak, ale nie tutaj.
— Dla czegóż nie tutaj?
— Lepiéj, że go każesz w mieszkaniu jego aresztować.
— Tam? by go aresztował Tapin i ludzie Argensona! Niepodobna, jaśnie oświecony panie, skandal z Bourguignonem jest jeszcze zanadto świeży. Cała ulica była z tego powodu wczoraj w poruszeniu. 1 by uwierzyli, odtąd jak Tapin skąpą daje miarę, że Bourgnignon został apopleksją tknięty. Bespieczniéj daleko uprowadzić go ztąd: dom ten jest pusty i dobrze notowany. Powiedziałem, jaśnie oświeconemu panu, że tutaj mieszkała jedna z kochanek moich. Czterech ludzi mu poradzi, stoją już w przyległym pokoju. Każę im się zatrzymać, skoro wasza królewska mość koniecznie chcesz się z nim widzieć: mogą go aresztować, gdy będzie wychodził. Przededrzwiami czeka na niego inny powóz, który go ma do bastylji zawieść, ażeby woźnica, który go tu przywiezie, nie wiedział co się z nim stało. Rzecz jednemu tylko Delaunay będzie wiadomą, a ten umie milczeć, ręczę za niego.
— Rób co chcesz.
— Jaśnie oświecony pan wiesz, że to jest moim zwyczajem.
— Prawdziwy z ciebie błazen!
— Ależ, zdaje mi się, że waszéj królewskiéj mości nie źle z tém błazeństwem?
— O, ja wiem, że ty masz zawsze słuszność.
— A tamci?
— Jacy?
— Tam, nasi Bretonowie: Pantcalec, Bucouédicc, Talhouet i Mont-Louis.
— O nieszczęśliwi, bo wiesz ich nazwiska!
— A toćżem dla tego w hotelu pod Muids d’amour przebywał.
— Dowiedzą się, że ich spólnika aresztowano.
— Przez kogo?
— Skoro żadnéj od niego nie odbiorą wiadomości, domyślą się co go spotkało.
— Ba! mamy przecież kapitana la Jonquière, który ich zaspokoić potrafi.
— Ale znają zapewne pismo jego.
— No, no! wcale nie źle, i jaśnie oświecony pan zaczynasz się formować. Ale to są nadaremne trudy, jak mówi Rousseau, bo obecnie ciż panowie wszyscy już są aresztowani.
— A któż wysiał rozkaz?
— Ja! nie na próżno jestem ministrem waszéj królewskiéj mości. Zresztą wasza królewska mość sam go podpisałeś.
— Ja? chybaś zwarjował!
— Ten tutaj nie jest winniejszym od tamtych: skoroś przeto jaśnie oświecony pan kazał tego tutaj aresztować, upoważniłeś mnie, bym z tamtymi toż samo zrobił.
— I kiedyż ten rozkaz odszedł?
Dubois dobył zegarka.
— Przed trzema godzinami, i była to tylko litentia poetica, gdym waszéj królewskiéj mości mówił, że tamci obecnie już są aresztowani, bo to dopiéro jutro rano nastąpić może.
— Bretanija się rozgniewa, Dubois.
— Ba! już temu zaradziłem.
— Trybunały Bretońskie nie będą chciały swoich ziomków sądzić.
— I ten przypadek przewidziałem.
— A gdy zostaną na śmierć skazani, nie znajdziemy kata, któryby ten wyrok wykonał. Będzie to podobna sprawa, jak ta Chalais’go. I tamta miała miejsce w Nantes, nie zapominaj o tém, Dubois. Mówię ci: z Bretończykami nie tak łatwo żyć.
— Raczej umierać, jaśnie oświecony panie. Ale o tém potrzeba jeszcze pomówić z komissarzami, których tutaj mam listę. Poszlę z Paryża kilku katów, ludzi nawykłych do tego szlachetnego rzemiosła, i którzy jeszcze zachowali dobre wspomnienia z czasów kardynała Richelieu.
— Djabla sprawa! wyrzekł rejent. Krew przelana pod czas mojego rządu; nie lubię tego. Mniejsza tam jeszcze p takiego Horna, który był złodziejem, albo Duchauffour’a, który był nikczemnikiem... Jestem zanadto czuły, panie Dubois.
— Nie, jaśnie oświecony panie, nie jesteś czułym, tylko chwiejącym się i słabym. Mówiłem to już wtedy, gdy wasza królewska mość byłeś moim uczniem, mówię to i teraz, gdy jesteś moim mistrzem. Na chrzcie udarowały wieszczki jaśnie oświeconego pana największemi darami natury: siłą, pięknością, odwagą i rozumem. Jednéj tylko nie zaproszono, bo była starą, a przeczuwano, że jaśnie oświecony pan będziesz miał wstręt do starych kobiét; ależ i ona przybyła, darowała jaśnie oświeconemu panu łatwość, i tém wszystko popsuła.
— I któż ci opowiadał tę piękną gadkę? Perault czy Saint-Simon?
— Matka waszéj królewskiéj mości.
Rejent się rozśmiał.
— I kogóż do téj komissyi mianować będziemy?
— O, nie troszcz się jaśnie oświecony pan o to! Wybierzemy ludzi z rozumem i determinacją; nie parafianów, nie czułych na sceny familijne, lecz zastarzałych w pyle trybunałów, zrzędnych, zakamieniałych, których Bretończykowie swojém surowém nie nastraszą spojrzeniem, ni też piękne załzawione oczy uwiodą.
Rejent nic nie odpowiedział, tylko kiwnął głową i ruszył nogą.
— A zresztą, dodał Dubois, patrząc się na te nieme oznaki opozycji, ludzie ci może nie są tyle winni, jak nam się zdaje. I cóż oni tak wielkiego knuli? By Hiszpanie wrócili do Francji. Bagatella! By królem swoim zrobić Filipa V, który się własnéj ojczyzny był wyrzekł; by zniszczyć istniejące prawa?... Poczciwi Bretończykowie!
— Dosyć tego, odrzekł rejent dumnie, znam tak dobrze prawa narodowe, jak ty.
— Skoro tak, idzie teraz tylko o to, byś jaśnie oświecony pan podpisał nominacją komissarzy, których wybrałem.
— Iluż ich jest?
— Dwunastu.
— Jakżeż się nazywają?
— Mabroul, Bertin, Barillon, Parisot, Brunet-d’Arcy, Pagon, Feydeau-de-Bron, Madorge, Hèber-de-Bac, Saint-Aubin; de Beaussan, i Aubry-de-Valton.
— Ho ho! miałeś słuszność, wybór twój jest bardzo dobry. I kogóż mianowałeś prezydentem tego szlachetnego zgromadzenia?
— Zgadniéj, jaśnie oświecony pan.
— Miéj się na baczności! bo potrzeba poczciwego nazwiska na czele takich spustoszycieli.
— Mam takie nazwisko, jedno z najprzyzwoitszych.
— Któręż.
— Nazwisko ambassadora.
— Może Cellamare?
— Dalibóg, zdaje mi się, że gdybyś go wasza królewska mość z Blois uwolnił, to zgodziłby się chętnie na wszystko, nawet gdyby miał dawnym spólnikom swoim i głowy pościnać.
— Dobrze mu w Blois, niechaj tam sobie siedzi. I któż jest prezydentem twoim.
— Chateau-Neuf.
— Poseł holenderski, człowiek wielkiego króla? Widzi Bóg, Dubois, że zwykle nie obsypuję cię pochwałami, ale co teraz, to ci powiem, żeś prawdziwe arcydzieło wykonał.
— Wasza królewska mość pojmujesz, że on wié, iż tamci ludzie pragną rzeczypospolitéj; on zaś, od dzieciństwa samego znał tylko sułtanów, i znienawidził Hollandją, z powodu, że Ludwik XIV miał wstręt do wszelkich republik; więc propozycję moją bardzo chętnie przyjął. Argram będzie prokuratorem jeneralnym, jest to człowiek bardzo determinowany, a Caxet jego sekretarzem. Bierzemy się z pośpiechem do pracy, jaśnie oświecony panie, ależ bo i rzecz nie cierpi zwłoki.
— A potém, Dubois, będziemyż przynajmniéj spokojni?
— Zdaje mi się; i będziemy mogli spać od rana do nocy, to jest, gdy skończymy wojnę z Hiszpaniją i zredukujemy wartość biletów kassowych; co się dotyczę téj ostatniéj czynności, to nam w tém niezawodnie dopomoże przyjaciel waszéj królewskiej mości, pan Law. Redukcja, to właśnie w tém interes jego.
— Ileżto nudów, o mój Boże! Cóż u licha miałem w głowie, gdym zapragnął rejencyi. Jakżeżbym się śmiał dzisiaj, widząc pana du Maine gramolącego się wraz z jezuitami swoimi i Hiszpanami; pani de Maintenon polityzująca z Villeroy i Villars’em rozweseliłaby nas także niemało, a Humbert twierdzi, że bardzo jest zdrowo śmiać się, chociażby tylko raz na dzień.
— Co się dotyczę pani de Maintenon, musisz jaśnie oświecony pan wiedzieć, że jest bardzo chorą i pewnie już dwóch tygodni nie pożyje.
— Ba!
— Od chwili uwięzienia pani du Maine i jéj małżonka, pani de Maintenon twierdzi, że król Ludwik XIV niezawodnie już umarł, i płacząc zamyśla pójść za nim.
— Co ciebie bynajmniéj nie obchodzi, nic dobrego, nieprawdaż?
— Dalibóg, że ją z całéj duszy nienawidzę, przyznaję się do tego: boć to jéj wina, że król nieboszczyk spojrzał się na mnie tak wielkiemi oczyma, gdym od niego kardynalskiego zażądał kapelusza, z powodu zaślubin waszéj królewskiéj mości, co przecież tak łatwą nie było rzeczą, jak jaśnie oświeconemu panu wiadomo. I gdyby nie wasza królewska mość byłeś skłonił króla do wynadgrodzenia im krzywdy, jaką mi wyrządził, byłaby na zawsze karjerę moję zniszczyła. Oj! gdybym tylko był mógł jéj ukochanego księcia du Maine zaplątać w ową sprawę bretońską! Ale to było niepodobna, daję na to słowo honoru. Biedak już na wpół zwarjował ze strachu, tak że do każdego, którego spotka. mówi: «A czy wiesz? zachciało im się knuć spisek przeciwko królowi, rządowi prawemu i rejentowi. To jest hańbą dla Francji!... O! gdyby świat cały tak myślał, jak ja!»
— Nie byłoby żadnych konspiracyj, rozumie się! wyrzekł rejent.
— Wyparł się żony swojéj, dodał Dubois, śmiejąc się.
— A ona zaparła się swojego męża, odpowiedział rejent, śmiejąc się także.
— Nie radziłbym, ażeby ich razem umieszczono, pobiliby się.
— To téż jedno umieściłem w Doulens a drugie w Dijon.
— A ztamtąd kąsają się listownie.
— Wypuśćmy ich, Dubois.
— Tak, ażeby się dobili. O, jak widać, to wasza królewska mość zaprzysiągłeś zatratę krwi Ludwika XIV.
Żart ten zuchwały dowodzi, jak wielką była władza przebiegłego Dubois nad rejentem; bo ktoś inny, inną byłby wywołał chmurę, aniżeli ta, która się chwilowo tylko po twarzy jego przemknęła.
Dubois przełożył mu do podpisu decyzją, mianującą trybunał, i rejent tym razem uczynił to bez wahania się najmniejszego. Poczém Dubois uradowany w głębi duszy, oddalił się, by wszystko do ujęcia kawalera de Chaulay przysposobić.
Gaston tymczasem kazał się zawieść do hotelu Muids-d’Amour, gdzie na niego czekał powóz, w którym na ulicę du Bac miał pojechać; nie tylko powóz, ale i ten sam człowiek, który mu dnia poprzedniego za przewodnika był służył. Gaston, niechcąc by Helena wysiadała, zapytał go: czyliby tym samym fiakrem, którym przyjechał, nie mógł i na ulicę du Bac pojechać. Człowiek tajemniczy odpowiedział, że temu nic na przeszkodzie nie stoi, usiadł obok woźnicy i powiedział mu gdzie ma jechać.
W czasie całéj drogi, Gaston, zamiast dodawać odwagi Helenie, jak się to należało, siedział w smutku pogrążony i milczący, nie chcąc jéj wyjaśnić przyczyny swojego zmartwienia bez granic. Helena więc, strwożona tém jego milczeniem i że tak mało w nim siły znalazła, gdy już wjeżdżali na ulicę du Bac, z żalem przemówiła.
— Ah, odtąd będę się już lękała naprzykrzać ci się zaufaniem mojém.
— Niezadługo przekonasz się, że zawsze z całą gorliwością w twoim interesie działam.
Powóz się zatrzymał.
— Heleno, mówił Gaston, w tym tutaj domu znajduje się ten, który ci ojca ma zastąpić. Pozwól, bym wszedł pierwszy i uwiadomił go o twojém przybyciu.
— O mój Boże! zawołała Helena, i z przestrachu zadrżała. Czyż mnie samą zostawisz?
— Nie masz się czego lękać, Heleno; przecież i zaraz powrócę.
Młoda dziewczyna podała mu rękę, którą Gaston do ust przycisnął. Był jakoś dziwnie wzruszony, sam nie wiedział dla czego, ale zdawało mu się, że nie powinien tutaj Heleny saméj zostawić. W téj chwili bramę otworzono, fiakr wjechał na dziedziniec, i brama znowu się zamknęła: a Gaston pomyślał, że na tym dziedzińcu zamkniętym i wielkim otoczonym murem, nic złego Helenę spotkać nie może. A zresztą, nie było już czasu do namysłu. Człowiek tajemniczy drzwiczki od powozu otworzył, Gaston raz jeszcze rękę ukochanéj uścisnął, wyskoczył z pojazdu, wszedł po wschodach za swoim towarzyszem, który go znowu tak jak wczoraj prowadził; na korytarzu wskazał mu drzwi do salonu, dodał że zastukać może, a potém się oddalił.
Gaston pomyślał, że Helena czeka, i że nie ma czasu do stracenia, więc i zastukał niebawem.
— Proszę wejść, ozwał się głos księcia hiszpańskiego.
Gaston poznał ten głos, który w pamięci jego utkwił, otworzył drzwi i ujrzał się przed naczelnikiem rokoszu; ale teraz już nie miał téj obawy co poprzednio, teraz był już zdecydowanym, i z głową podniesioną a czołem spokojném przystąpił do fałszywego księcia d’Oliwares.
— Jesteś słownym, mój panie, przemówił tenże, mieliśmy rendez vous umówione na godzinę dwunastą, i otóż dwunasta bije.
I rzeczywiście zegar powieszony za rejentem, stojącym przy kominku, właśnie godzinę dwunastą uderzył.
— Bo mi jest pilno, jaśnie oświecony panie, mandat który mi poruczono, cięży mi, lękam się zgryzot. To waszą ekscelencją zadziwia i niepokoi, nieprawdaż? Ale uspokój się jaśnie oświecony pan, zgryzoty takiego jak ja człowieka, nikogo nie dręczą tylko jego samego.
— Na prawdę! zawołał rejent, nie mogąc całkiem utaić radości swojéj, zdaje mi się, że pan się chcesz wycofać.
— Mylisz się, jaśnie oświecony pan, odtąd jak mnie los naznaczył, bym uderzył księcia, zawsze szedłem naprzód, i nie zatrzymam się dopóki missyi mojéj nie spełnię.
— Dostrzegłem jednakże wahanie się w kilku przez pana wyrzeczonych wyrazach, a wyrazy w pewnych ustach i okolicznościach wielkie mają znaczenie.
— W Bretanii, jaśnie oświecony panie, mają zwyczaj mówić to, co czują, ale zarazem robić i to co mówią.
— Więc’eś pan zawsze zdecydowany?...
— Więcéj aniżeli kiedykolwiek, jaśnie wielmożny panie.
— Jeszcze czas, namyśl się!... Złe jeszcze się nie zrobiło...
— Wasza ekscelencja to nazywa złem, wymówił Gaston uśmiechając się smutno, a jakżeż ja to dopiéro mam nazwać!
— To ja się téż właśnie w téj myśli wyraziłem. Złe jest dla pana, bo już masz zgryzoty.
— Czyż to szlachetnie, że mnie wasza ekscelencja przygniatasz tém, com w zaufaniu wyrzekł: bo człowiekowi mniejszéj wartości, jak jaśnie wielmożny pan, nie byłbym tego nigdy powiedział.
— I ja także, właśnie z téj saméj przyczyny, że oceniłem całą wartość pana, mówię ci, że jeszcze czas; żądam byś się namyślił, a jeżeli żałujesz, żeś się z tymi...
Książe się zatrzymał a potém dodał:
— Żeś się przyłączył do tych zuchwałych zamiarów, nie lękaj się niczego z mojéj strony, będę cię bronił, nawet gdy i sprawę naszą porzucisz. Widziałem pana raz tylko, ale sądzę, żem cię ocenił jak na to zasługujesz, ludzie z sercem zdażają się tak rzadko, że to rzeczywistą dla nas byłoby stratą...
— Tyle dobroci mnie zawstydza, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston, którego w głębi serca, pomimo wszelkich usiłowań odwagi, jakiś wstręt do przedsięwzięcia jego dogryzał. Książe, ja się nie waham, rozważam tylko, podobny do pojedynkującego się na placu walki, który postanowił zabić przeciwnika swego, i który nad tą koniecznością wielce ubolewa.
Gaston umilkł na chwilę, a rejent spojrzeniem swojém zdawał się sięgać na dno duszy jego, by w niéj znaleść choć jeden ślad słabości. Po chwili Gaston przemówił.
— Ale interes obecny jest tak wielkim, tyle wyższym od wszelkich słabości naszych, że muszę być posłusznym mojemu wewnętrznemu przekonaniu, a bynajmniéj nie sympatji, i postąpię sobie w ten sposób, że mi wasza ekscelencja nie odmówisz swojego szacunku, pomimo téj chwilowéj słabości, jaka przez jednę sekundę rękę moją wstrzymała.
— Bardzo dobrze, ale jakżeż się pan weźmiesz do tego dzieła?
— Poczekam, aż go spotkam oko w oko; a wtedy nie użyję rusznicy (arquebuse) tak jak Pollrôt, ani pistoletu jak Vitry, ale mu powiem: «Wasza królewska mość zrobiłeś nieszczęście Francji, i dla zbawienia Francji poświęcam cię!» i przebije go sztyletem.
— Tak jak zrobił Ravaillac, wyrzekł książę bez najlżejszego zmarszczenia brwi i z taką pogodą twarzy, że Gastona aż dreszcz przebiegł.
— Projekt ten zdaje mi się być najpewniejszym, mówił daléj rejent, i pochwalam go. Ale muszę panu jeszcze jedno zrobić zapytanie. Jeżeli pana przyaresztują, cóż odpowiesz, gdy cię badać będą?
— Wasza ekscelencja wiesz dobrze, co się w takich razach czyni: umiera się bez wyjawienia tajemnicy, nie odpowiadając nawet na pytania. Książe wymieniłeś dopiero Ravaillac’a, tak samo i Ravaillac sobie postąpił, jeżeli mnie pamięć nie zwodzi. A jednakżeż Ravaillac nie był szlachcicem.
Ta duma Gastona podobała się rejentowi, którego serce młodość swoję zachowało, i który miał w sobie wiele ducha rycerskiego. Zresztą, nawykły codziennie widzieć tylko podłość, nikczemność, zepsucie i pochlebstwo, natura tak silna i pełna prostoty była dla niego czemś zupełnie nowém. A wiadomo, jak rejent gonił za każdą nowością.
Namyślił się więc znowu, jak gdyby jeszcze nic nie był postanowił i na czasie chciał zyskać, i po chwili przemówił:
— Więc mogę być pewnym, że pan będziesz niewzruszonym?
Gaston zdawał się być zdziwionym, że książę o to jeszcze pytać może. To uczucie było widoczném w spojrzeniu jego i rejent je zrozumiał.
— Tak, widzę to, mówił, widzę żeś pan zdecydowany.
— Jak najzupełniéj, czekam tylko na ostateczne instrukcje waszéj ekscellencji.
— Jakto! moje ostateczne instrukcje?
— Bezwątpienia. Wasza ekscelencja nie zobowiązałeś się dotąd niczém względem mnie, gdy tymczasem ja duszą i ciałem do jaśnie oświeconego pana należę.
Książe powstał.
— Otóż tedy, wyrzekł, skoro to widzenie się nasze dzisiejsze ma koniecznie być stanowczém, wyjdziesz pan odemnie temi tutaj drzwiami, i przejdziesz przez ogród, w powozie czeka na pana mój sekretarz, doręczy ci kartę, za okazaniem któréj będziesz przypuszczonym do audiencji u rejenta; co więcéj, ręczę za ciebie mojém słowem.
— To jest wszystko, czego pod tym względem żądałem.
— Czy masz mi jeszcze co powiedzieć?
— Tak jest. Zanim pożegnani waszą ekscellencją, a może już więcéj nie będę miał sposobności widzieć jaśnie oświeconego pana w tém życiu, mam jeszcze o jednę wielką łaskę prosić.
— O jakąż łaskę? słucham.
— Wybacz wasza ekscelencja i nie dziw się, że się waham nieco; bo tutaj nie chodzi o zwyczajną usługę lub téż osobiste względy. Gaston de Chaulay nie potrzebuje dla siebie nic więcéj, jak sztyletu, a ten już ma. Ale czyniąc ofiarę z mojego ciała, nie chcę poświęcić i duszy. A dusza moja, jaśnie oświecony panie, należy nasamprzód do Boga, a potém do jednéj młodéj dziewczyny, którą nad wszystko kocham. Smutna to ta miłość, która ponad grobem zakwitła, nieprawdaż?
Opuszczając to dziecko tak niewinne i czyste, doświadczyłoby się Boga w sposób nierozsądny, chociaż wiem, że Bóg niekiedy strasznie doświadcza i okrutne zsyła cierpienia nawet i aniołom swoim. Otóż kochałem na téj ziemi ubóstwienia godną kobiéty, a ta miłość moja broniła ją przeciwko podstępom ohydnym. Gdy umrę, cóż się z nią stanie? Nasze głowy spadną, bośmy tylko zwyczajną szlachtą. Inaczej wszelako ma się z waszą eksceliencją: jesteś możnym szermierzem, wspieranym przez wielkiego króla, i jaśnie oświecony pan, zwyciężysz złą dolę. Otóż więc, w ręce waszéj ekscelencji składam ten skarb duszy mojéj. I na kochankę moję przelejesz jaśnie oświecony pan opiekę, która mnie się należy, jako towarzyszowi i spójnikowi waszej ekscelencji.
— Przyrzekam to panu! wyrzekł rejent głęboko wzruszony.
— Nie na tém jeszcze koniec. Może ranie spotkać nieszczęście, i niemogąc jéj mojéj oddać osoby, chcę jéj zostawić przynajmniej imię moję, jako obronę. Po mojéj śmierci nic jéj nie pozostanie: ona jest sierotą. Wyjeżdżając z Nantes zrobiłem mój testament, gdzie jej wszystko co posiadam zapisałem. Jaśnie oświecony panie, jeżeli umrę, niechżeż ona będzie wdową... Możeż to być?
— Któż się temu sprzeciwia?
— Nikt, ale mogą mnie aresztować jutro, dziś, w chwili, gdy ztąd wyjdę.
Rejent zadrżał na tak dziwne przeczucie.
— Przypuśćmy, że mnie w bastylji osadzą, otrzymamże wtedy pozwolenie zaślubienia jéj, zanim na mnie wyrok śmierci wykonanym zostanie?
— Jestem tego pewien.
— Użyjeszże wasza ekscelencja wpływu swojego, by dla mnie tę łaskę otrzymać? Przyrzecz mi to jaśnie oświecony pan, ażebym w czasie najstraszniejszych tortur, w myśli mojéj błogosławił waszéj ekscelencji.
— Na mój honor, przyrzekam to panu, odpowiedział rejent rozczulony, ta młoda dziewczyna będzie mi świętą; ona odziedziczy w sercu mojém tę całą przychylność, jaką mimowolnie dla pana poczułem.
— A teraz, jaśnie oświecony panie, jeszcze jedno słowo.
— Mów pan, bo ciebie z wielkiém współczuciem słucham.
— Ta młoda dziewczyna nic nie wie o moim zamiarze, nie zna powodów bytności mojéj w Paryżu, nie przewiduje katastrofy, jaka nam grozi, bo nie miałem dość siły, by jéj to wszystko powiedzieć. Chciéj ją jaśnie oświecony pan o tém uwiadomić, przygotuj ją do tego wielkiego wypadku. Co do mnie, zobaczę ją tylko jeszcze wtedy, gdy ślub z nią wezmę. Widząc ją w chwili, gdy nieszczęsny mam wykonać zamiar, ręka drżałaby moja, a ona zadrzeć niepowinna.
— Na moją wiarę i słowo szlacheckie przysięgam, wyrzekł rejent nad wszelki wyraz wzruszony; przysięgam, że ta młoda dziewczyna nie tylko świętą mi będzie, ale zrobię dla niéj wszystko, czego żądasz. Ona odziedziczy tę całą przychylność jaką pomimowolnie dla ciebie uczułem.
— A teraz, jaśnie oświecony panie, wymówił Gaston powstając, teraz mam silę do wykonania wszystkiego.
— Gdzież jest ta młoda dziewczyna?
— Na dole, czeka w powozie. Pozwól mi wasza ekscelencja odejść, ale racz mi powiedzieć pierwéj, gdzie ona będzie mieszkała.
— Tutaj. Dom ten jest bardzo przyzwoity, niezajęty przez nikogo i bardzo właściwy na mieszkanie dla młodéj dziewczyny.
— Rękę na to waszéj ekscelencji! zawołał Gaston.
Rejent podał mu rękę i byłby może jeszcze usiłował odwieść go od nieszczęsnego zamiaru, lecz usłyszał pod oknem suchy i urywany kaszel, co dowodziło, że Dubois się niecierpliwi. Posunął się więc o krok jeden naprzód, co miało znaczyć, że audjencja już jest skończoną.
— Raz jeszcze proszę waszéj ekscelencji, czuwaj jaśnie oświecony pan nad dzieckiem swojém! Ona jest tak łagodną, piękną i dumną zarazem: jedną z owych bogatych i szlachetnych natur, jakich wasza ekscelencja zapewne nie wiele napotkałeś w życiu... Żegnam jaśnie oświeconego pana, idę poszukać sekretarza waszéj ekscelencji.
— Ale potrzeba mu powiedzieć, że idziesz zabić człowieka, mówił rejent. chcąc jeszcze zatrzymać Gastona.
— Dobrze, lecz niechżeż jaśnie oświecony pan doda, że to czynię, by Francją zbawić.
— Idźże więc, wyrzekł książę, otwierając drzwi na ogród, tym tutaj chodnikiem.
— Dobre życzenie daj mi jaśnie oświecony pan na drogę.
— Szaleniec! zawołał rejent w głębi duszy swojéj, jeszcze chce, bym prosił Boga o dobry skutek jego przedsięwzięcia sztyletowego. O nie, co tego, to nie zrobię.
Gaston się oddalał; piasek z śniegiem zmięszany skrzypiał pod stopami jego. Rejent przez chwil kilka patrzał się za nim oknem z korytarza, a potém, gdy go już z oczu stracił, poszepnął sam do siebie.
— Niechżeż więc każdy swoją idzie drogą... Biedny chłopiec!
I wrócił do salonu, gdzie go już Dubois czekał, wszedłszy innemi drzwiami.
Na twarzy ministra jaśniał wyraz tak wielkiego zadowolenia i złośliwości, że nie uszedł uwagi rejenta; patrzał się na niego czas jakiś w milczeniu, jak gdyby był chciał zbadać, co się dzieje w umyśle tego drugiego Mefistofelesa.
Dubois pierwszy przerwał milczenie:
— No, jużeś się wasza królewska mość pozbył ambarasu, jak mniemam, przemówił.
— Tak jest, ale sposobem, który mi się wielce niepodoba. Nie lubię odgrywać roli w komedjach twoich, jak ci to wiadomo:
— Być to może; ale jaśnie oświecony pan nieźlebyś zrobił, gdybyś mi pozwolił odegrać jaką rolę w komedji swojéj.
— Jak to?
— Udałaby się lepiéj, i rozwiązanie byłoby zręczniejszém.
— Nie rozumiem co chcesz powiedzieć. Tłumacz się jaśniéj. Ktoś tam na mnie czeka, co go przyjąć muszę.
— No, no, przyjmiéj go wasza królewska mość, potém znowu tęż samą zawiążemy rozmowę. Teraz rozwiązanie komedji waszéj królewskiéj mości następuje, i nie będzie przez to ani gorszém ni lepszém.
I Dubois się skłonił z owém pełném drwinek uszanowaniem, do którego rejent już nawykł, widując je zawsze wtedy, gdy w wiecznéj z sobą walce, wszelkie korzyści były na stronie ministra jego. Dla tego téż nic tyle nie niepokoiło rejenta, jak owo uszanowanie udane. Zatrzymał go od wyjścia.
— Powiedzże, co masz, i coś tam odkrył nowego?
— Odkryłem, że wasza królewska mość doskonale udawać umiesz.
— Czyliż to ciebie zadziwia?
— Nie, ale mi markotno. Już teraz waszéj królewskiéj mości nie będę użytecznym i odeślesz mnie do swojego syna, który rzeczywiście takiego, jak ja nauczyciela, bardzo potrzebuje.
— Daléj, daléj.
— I bardzo sprawiedliwie, bo tutaj obecnie niemasz już mowy o synie jaśnie oświeconego pana, ale o córce...
— O któréjże?
— Ach prawda, mamy ich tyle! Nasamprzód wielebną, ksienią w Chelles; potém księżną, de Berry, następnie panne de Valois; potem kilka młodziutkich, o których mówić niemożna, a tém bardziéj ja; to znowu ów powabny kwiatek bretoński. którego chciano usunąć od zatrutego oddechu Dubois, ażeby nie zwiądł.
— Czy śmiesz twierdzić, żem nie miał słuszności?
— Przeciwnie, wasza królewska mość wybornie sobie postąpiłeś. Niechcąc się wdawać z owym nikczemnym Dubois, wybrałeś jaśnie oświecony pan w mejscu ś. p. arcybiskupa z Cambrai, tego poczciwego, godnego, pełnego cnoty i moralności Nocé’go, nawet dom od niego pożyczyłeś sobie, jaśnie oświecony panie.
— Więc i to już wiesz?
— A jaki dom jeszcze! zupełnie tak dziewiczy jak pan Noce sam. Jest to czyn bardzo rozsądny i przezorny. Potrzeba ochronić to dziecię przed zatrutym wyziewem świata; oddalić od niéj wszystko, cokolwiekby na jéj niewinność niekorzystnie wpłynąć mogło. Dla tego téż umieszczono ją w takim apartamencie, gdzie widzi tylko same Ledy, Erygony, Danae i t. p. Jest to prawdziwy przybytek cnoty i niewinności.
— A ów hultaj Nocé zarzekł mi się, że tam wszystko jest w rodzaju Mignarda.
— Czy jaśnie oświecony pan nie znasz tego domku?
— Ej, czyż to ja się patrzyłem na te bazgraniny bezecne.
— Aha! boś wasza królewska mość ślepy, to prawda.
— Dubois!
— Co się tycze sprzętów, to córka jaśnie oświeconego pana będzie tylko miała gotowalnie zagraniczne, jakieś kanapki dziwaczne i magiczne. A książki, o książki poczciwego Nocé, te są znane, jako nauczające i stosowne do użytku kształcącéj się młodzieży; są one zupełnie na równi z brewiarzem pana de Bussy Raboutin, który waszéj królewskiéj mości do czytania dałem, gdy lat 12 skończyłeś.
— Oj żmijko!
— Otóż najsurowsza skromność zdobi to schronienie. Obrałem je, by w niém roztrzeźwić syna. Ale pokazuje się, że nie jednakowo rzeczy widzimy, skoro je wasza królewska mość wybrałeś dla córki swojéj.
— A, Dubois! już mnie nudzić zaczynasz.
— Już kończę incedo ed fenem. Zresztą, pewnie córka waszéj królewskiéj mości pogodziła się z tém mieszkaniem, bo rozumie się, że jest równie pojętną, jak cała rodzina jaśnie oświeconego pana.
Rejent zadrżał, bo po tym wstępie, któremu szyderczy uśmiech Dubois towarzyszył, domyślał się, że coś smutnego posłyszy.
— A jednakże, mówił tamten daléj, co to jest być umysłu sprzecznego, bo niekontenta z tego mieszkania, wybranego jéj troskliwością ojcowską, niewdzięczna wyprowadza się z niego.
— Co to jest?
— To jest, mylę się, bo się już wyprowadziła.
— Moja córka wydaliła się?
— Tak jest, uszła.
— Którędyż?
— Drzwiami. O, bo ona nie jest tak jak tamte inne panny, które w nocy przez okno uciekają. To prawdziwa krew waszéj królewskiéj mości; i gdybym o tém przez jednę chwilę był wątpił, przekonałbym się teraz jak n ajzupełniéj.
— A pani Desroches?
— Jest w Palais-royal. Przybyła oznajmić waszéj królewskiéj mości ten wypadek. Widziałem ją dopiéro.
— Więc nie mogła temu przeszkodzić?
— Panna postąpiła według woli swojéj.
— Potrzeba było kazać służbie drzwi pozamykać. Oni nie wiedzą że to moja córka i nie potrzebowali jéj słuchać.
— Pani Desroches ulękła się gniewu panny, a służba szpady.
— Szpady? bredzisz! pijanyś, Dubois.
— O tak, doprawdy, że się upijam, to jest: wodą z cykorją. Nie jaśnie oświecony panie, jeżelim upojony, to raczéj uwielbieniem dla przezorności waszéj królewskiéj mości, gdy książę sam chcesz jaki interes przeprowadzić.
— Ale cóżeś ty o szpadzie mówił? o jakiéjże to szpadzie?
— O szpadzie, któréj rozkazuje panna Helena a która jest własnością ładnego, młodego chłopca...
— Dubois!
— Który ją bardzo kocha...
— Oszaleję przy tobie.
— I który jéj towarzyszył z Nantes do Rambouillet.
— Pan de Livry?
— Toćże jaśnie oświecony panie wiesz nazwisko jego, a więc nic nowego nie powiadam.
— Dubois, bardzom znękany.
— I to słusznie. Ale to takie bywają skutki, chcąc samemu zajmować się sprawami swojemi, mając zarazem i z Francją do czynienia.
— Ale gdzież ona jest teraz?
— A ba! alboż ja to wiem?
— Dubois, tyżeś mnie uwiadomił o jéj ucieczce, a teraz powinieneś mi donieść gdzie się znajduje. Dubois, mój kochany, ja muszę odzyskać moję córkę!
— O! jakżeś teraz jaśnie oświecony pan strasznie podobien do ojców molierowskich a ja do Skapina... O mój Skapinie! mój kochany, dobry Skapinku, wynajdź mi moją córkę!... Przykro mi to wyznać, ale rzeczywiście, że i Garonte lepiejby tego nie powiedział. A więc poszukamy córki waszéj królewskiéj mości, wynajdziemy ją, i pomścimy się na jéj uwodzicielu.
— Wyszukaj mi ją, Dubois, a potém żądaj co chcesz.
— Otóż to mi się podoba! i tak należy gadać.
Rejent rzucił się na krzesło i zakrył twarz dłońmi, a Dubois nie przerywał mu jego żalu, ciesząc się w duszy, z tego zdarzenia, które zdwoiło władzę, jaką miał nad nim; uśmiechał się złośliwie, przypatrując mu się, gdy wtem coś zcicha we drzwi zastukało.
— Kto tam? zawołał Dubois.
— Jaśnie oświecony panie, ozwał się za drzwiami na służbie będący urzędnik, jest tam na dole w powozie, którym kawaler przyjechał, jakaś panna, która go się zapytać kazała, czy nie nadejdzie wkrótce i czyli ona długo jeszcze ma czekać.
Dubois podskoczył i szybko rzucił się ku drzwiom, ale już było zapóźno, bo rejent, posłyszawszy powyższe wyrazy, przypomniał sobie uroczystą przysięgę, daną Gastonowi.
— Dokądże jaśnie oświecony pan idziesz? pytał zniepokojony Dubois.
— Po tę młodą dziewczynę.
— To jest rzecz moja a bynajmniéj nie waszéj królewskiéj mości. Czyś jaśnie oświecony pan zapomniał, żeś w moje ręce ten cały oddał spisek?
— Oddałem ci kawalera, to prawda. Ale przyrzekłem mu, że zastąpię ojca kochance jego. Dałem słowo, i dotrzymam je. Ponieważ jéj kochanka na śmierć skazuję, to powinienem przynajmniéj starać się pocieszać ją.
— Wezmę to na siebie, mówił Dubois, usiłując szatańskim uśmiechem, jemu tylko właściwym, pokryć swoję bladość i pomięszanie.
— Milcz i nie ruszaj się ztąd! zawołał rejent, byś znowu czegoś niegodnego nie popełnił.
— Tam do licha! dozwólżeż przynajmniéj wasza królewska mość, bym się z nią rożmówił.
— Ja sam z nią pomówię. To do ciebie wcale nie należy. Mam obowiązek, dałem słowo swoję... Milcz i pozostań tutaj.
Dubois gryzł sobie pięści, ale skoro rejent w ten sposób przemawiał, potrzeba było słuchać; oparł się więc o przymurek kominka i czekał. Niezadługo posłyszano za portjerą szmer jedwabnéj sukni.
— To tutaj, pani, ozwał się urzędnik służbowy.
— Otóż i ona! zawołał książę. Pamiętajże, Dubois, że ta młoda dziewczyna w niczém nie odpowiada za winę kochanka swego, przeto miéj wszelkie dla niéj względy.
— Proszę wejść, dodał, obracając się ku drzwiom.
Na to wezwanie odsunięto spiesznie portjerę, i młoda dziewczyna postąpiła ku rejentowi, który się nagle cofnął, jakby piorunem rażony.
— Moja córka! poszepnął, usiłując zapanować nad sobą, gdy Helena poszukawszy spojrzeniem Gastona, głęboko mu się skłoniła.
Dubois się skrzywił.
— Przepraszam pana, ozwała się Helena, ale podobnom się omyliła. Szukam tutaj przyjaciela mojego, który mnie zostawił na dole i niebawem miał po mnie powrócić. Czekając już zbyt długo, radabym się czegoś o nim dowiedzieć. Przyprowadzono mnie tu zapewne przez omyłkę...
— Bynajmniéj, odpowiedział książę. Kawaler de Chaulay tylko co ztąd wyszedł, a ja czekałem na panią.
Gdy rejent mówił, Helena, uderzona czemś, co jéj nawet na chwilę dozwoliło o Gastonie zapomnieć, przyzwala na pomoc pamięć swoję i zawołała nagle:
— O mój Boże! Jakżeż to dziwnie!
— Co pani jest?
— Tak, tak. Inaczéj być nie może...
— Dokończ pani, bo nie wiem co chcesz powiedzieć.
— O panie! odpowiedziała Helena ze drżeniem, jest to dziwnie, jak mi głos pański przypomina...
Helena zatrzymała się.
— Zapewne kogoś ze znajomych pani? zapylał rejent.
— Przypomina mi osobę, z którą tylko jedyny raz w życiu byłam, ale głos jéj Utkwił w sercu mojém na zawsze.
— I cóż to była za osoba? pytał rejent.
— Ta osoba mówiła... że jest ojcem moim.
— Wdzięcznym temu trafowi, bo to podobieństwo głosu mojego do głosu osoby drogiéj dla pani, może doda więcéj znaczenia słowom moim. Wiadomo pani zapewne, że kawaler de Chaulay zaszczycił mnie wyborem opiekuna pani.
— Mówił mi, że mnie zaprowadzi do kogoś, co mnie obroni od niebespieczeństwa, jakie mi grozi.
— I jakież to niebezpieczeństwo pani grozi?
Helena się obejrzała i zatrzymała wzrok swój z wyrazem niespokojności na Dubois. Widoczném było, że o ile twarz rejenta budziła w niéj sympatją, o tyle poczuła dla Dubois wstrętu.
— Podobnom tu zbyteczny, przemówił Dubois zcicha do rejenta, wyczytawszy myśl Heleny z jéj oczu, a więc odchodzę. Zresztą, wszakżeż mnie wasza królewska mość już teraz i nie potrzebujesz?
— Nie. Ale będziesz mi potrzebnym za chwilę, nie oddalaj się.
— Będę na rozkazy waszéj królewskiéj mości.
Ta cała rozmowa była prowadzona tak cichym głosem, że Helena i słówka jednego nie dosłyszała; nadto cofnęła się jeszcze o parę kroków, ażeby nie być natrętną, i trzymała oczy ciągle we drzwi wlepione, mając nadzieję, że Gaston nadejdzie. Co dla Dubois niejaką było pociechą, gdy pomyślał, że ta, która mu tak nie w porę wszystkie popsuła szyki, przynajmniéj pod tym względem zawodu dozna.
Po wydaleniu się jego, i rejent i Helena wolniéj odetchnęli.
— Siadaj pani, bo dużo mamy z sobą do mówienia, ozwał się książę.
— Nasamprzód racz mi pan na jedno odpowiedzieć pytanie: kawalerowi de Chaulay nie grozi żadne niebezpieczeństwo, nieprawdaż?
— Zaraz o nim pomówimy. On panią do mnie przywiózł i oddał pod opiekę, moją. Więc nasamprzód chciéj mi pani powiedzieć, przeciwko komu mam panią bronić?
— To wszystko, co mnie od dni kilku spotkało, jest tak dziwne, że nie wiem czego się mam lękać i komu zaufać. Gdyby Gaston był tutaj...
— Rozumiem, że gdyby panią do tego upoważnił, powiedziałabyś mi wszystko. Ale gdy panią przekonam, że mniej więcéj znam całe położenie twoje?
— Pan?
— Tak jest, ja! Pani się nazywasz Helena de Chaverny i byłaś wychowana w klasztorze Augustjanek pomiędzy Nantes a Clisson. Dnia jednego wezwał cię twój tajemniczy protektor, byś opuściła klasztor, i opuściłaś go w towarzystwie jednéj z sióstr, która za to dostała sto luidorów. W Rambouillet czekała na panią, kobiéta nazwiskiem Desroches. Taż ciebie uwiadomiła o wizycie ojca twojego. I tegoż samego wieczora, nie odwiedziłże panią ktoś co cię kocha i którego mniemałaś, że nawzajem kochasz?
— Tak panie, to wszystko jest prawdą, odpowiedziała Helena zdziwiona, że ktoś obcy tak dobrze zna te wszystkie szczegóły.
— Nazajutrz odwiedził panią kawaler Gaston de Chaulay, który ci pod przybraniem nazwiskiem pana de Livry w ciągu całéj drogi towarzyszył. Téj wizycie opierała się napróżno pani Desroches.
— Tak jest, i zapewne to Gaston wszystko panu powiedział.
— Potem kazano panią do Paryża przywieść. Opierałaś się temu, ale musiałaś pani być posłuszną. Umieszczono cię w domu, na przedmieściu ś. Antoniego, ale niewola tamże była nieznośną dla pani.—
Mylisz się pan, nie była to niewola tylko, ale raczéj więzienie.
— Tłumacz się pani jaśniéj.
— Czyż Gaston nie opowiedział panu obawy swojéj, któréj z początku nie podzielałam, a następnie całkiem się nią przejęłam?
— Nie. Jakaż to obawa?
— Jeżeli on tego panu nie powiedział, to jakżeż ja to wypowiedzieć zdołam?
— Przyjacielowi wszystko powiedzieć można.
— Nie powiedziałże panu, że ów człowiek, którego z początku za ojca mojego miałam!...
— Którego miałaś za ojca swojego?...
— Oh tak! przysięgam panu, że gdym głos jego posłyszała, uczula ściśnienie ręki, bynajmniej o tém nie wątpiłam, i potrzeba niemal było widocznego przekonania, by w miejscu miłości dziecięcéj w sercu mojém, zagościła obawa.
— Nie rozumiem pani, mów daléj. Jakżeż mogłaś lękać się człowieka, który zdawał się tyle mieć przywiązania do ciebie.
— O, pan mnie nie rozumiesz! Przewieziono mnie z Rambouillet do Paryża i umieszczono w owym domku na przedmieściu ś. Antoniego, a ten domek wyraźniéj od ostrzeżeń Gastona mówił mi o wszystkiém. Uważałam siebie już za zgubioną. Poznałam, że udana czułość mniemanego ojca tylko zamiary uwodziciela pokrywała. Nie miałam żadnego innego przyjaciela, prócz Gastona, napisałam do niego i przyszedł.
— Więc to uciekając przed uwodzicielem opuściłaś dom ten, a nie uchodząc z kochankiem? zawołał rejent do najwyższego stopnia uradowany.
— Tak jest, panie, i gdybym była wierzyła w rzeczywistość owego ojca, którego raz tylko widziałam i który się tylu tajemnicami otoczył, przysięgam, iżbym się nigdy z drogi, jaką mi obowiązki córki wskazywały, nie była oddaliła.
— O dziecię drogie! zawołał rejent takim głosem, że Helena aż zadrżała.
— Polem mówił mi Gaston o jakiejś osobie, która mu niczego odmówić nie jest w stanie, która mi ojca zastąpi i czuwać nademną będzie. Przywiózł mnie tutaj i powiedział mi, odchodząc, że zaraz znowu po mnie powróci. Dłużéj jak godzinę czekałam go nadaremnie, i lękając się, czyli go jaki przypadek nie spotkał, poczęłam się dopytywać o niego.
Zachmurzyło się czoło rejenta.
— Więc to wpływ Gastona zwrócił cię od obowiązków twoich, i taż obawa jego obudziła twoję?
— Tak jest; uląkł się tajemnicy, jaka mnie otacza, bo sądził, że ona coś nieszczęsnego dla mnie ukrywa.
— Ale, ażeby panią przekonać, musiał ci na to jaki dać dowód?
— Byłoż prócz tego domu, jeszcze innego potrzeba dowodu? Ojciec córki swojéj tamby nie zaprowadził!
— Tak, to prawda, poszepnął rejent, niesłusznie sobie postąpił. Ale wyznaj, że bez podmawiania Gastona, nie byłabyś w niewinności swojéj, żadnego powzięła podejrzenia?
— Zapewne, ale na szczęście, Gaston czuwał nademną.
— Czy pani we wszystko wierzysz, co ci Gaston mówi?
— Tak chętnie podziela się zdanie ukochanéj osoby.
— I pani go kochasz?
— Już prawie dwa lata.
— Ale jakżeście się widywali w klasztorze?
— W nocy, za pomocą łódki.
— I częstoż panią widywał?
— Co tydzień.
— Więc go kochasz?
— Tak, panie, kocham go.
— Ale jakżeż mogłaś rozrządzać sercem swojém, wiedząc, że nie sama od siebie zależysz?
— Od lat szesnastu nic o rodzinie mojéj nie słyszałam, nie mogłam więc przypuszczać, że ona teraz zgłosi się do mnie, czyli raczéj, że ohydny podstęp wyrwie mnie z tego ustronia, w którém dotąd tak spokojnie żyłam.
— Więc ciągle myślisz, że ten człowiek kłamał przed tobą, że on nie jest ojcem twoim?
— Niestety! panie, już nie wiem w co wierzyć, i rozum mój błąka się w owéj gorączkowéj rzeczywistości, która mi się snem być wydaje.
— Ale czemużeś się raczej serca swego nie pytała, Heleno? Czyliż ono ci nic nie mówiła, gdy ten człowiek był przy tobie?
— O, przeciwnie, tak długo póki przy mnie bawił,, byłam pewną, że on jest ojcem moim, bom jeszcze nigdy podobnego nie doznawała wzruszenia.
— Tak, pochwycił rejent z goryczą, a gdy się oddalił to i to uczucie znikło, inném zatarte wrażeniem. Bo tamten był tylko ojcem twoim a Gaston kochankiem.
— Pan w dziwnym sposobie do mnie przemawiasz, i Helena się cofnęła.
— Przepraszana, wymówił rejent złagodzonym głosem, poznaję, że mnie moje współczucie dla pani za daleko uniosło. Lecz co mnie najwięcéj zastanawia, dodał z ciężkością, jest to, że będąc tyle kochaną przez kawalera de Chaulay, nie wywarłaś na nim takiego wpływu, by się zrzekł zamiarów swoich.
— Zamiarów swoich! nie wiem, co chcesz mówić, panie?
— Więc nie wiész z jakiem przedsięwzięciem przybył do Paryża?
— Nie wiem, panie. W dniu, w którym mu ze łzami powiedziałam, że muszę opuścić Clisson, powiedział mi także, że jest zniewolonym opuścić Nantes; a gdym dodała, że do Paryża jadę, odpowiedział mi okrzykiem radości, że i on do Paryża jedzie.
— A więc nie jesteś spólniczką jego! zawołał rejent oswobodzony z ciężaru, który mu serce przytłaczał.
— Jego spólniczką! krzyknęła Helena z przerażeniem, o mój Boże, cóż to pan mówisz?
— Nic, nic...
— O panie, wymówiłeś słowo, które mi wszystko odsłania. Tak, pytałam nieraz sama siebie, zkąd ta zmiana w usposobieniu Gastona; dla czego już od roku chmura smutku powleka mu lica, gdy o naszéj przyszłości wspominam; dla czego mi nieraz z smutnym odpowiada uśmiechem: «myślmy raczéj o teraźniejszości, Heleno, bo nikt nie jest pewnym jutra». Dla czego nakoniec, w tak głębokie pogrąża się dumania, jak gdyby mu jakie wielkie groziło nieszczęście? Ach, to wielkie nieszczęście, pan mi je odkryłeś. Gaston tam u nas przestawał tylko z malkontentami, jak Mont-Louis, Pontcalec, Talhouet, i t. p. Ah! Gaston jako spiskowy przybył do Paryża! O mój Boże!
— Więc nic o tym spisku nie wiedziałaś?
— Niestety! panie, jestem kobiétą, a Gaston pewnie uznał mnie za niegodna, by mi tak wielką, tajemnicę powierzyć.
— O, tém lepiéj, tém lepiéj. A teraz, moje dziecię, posłuchaj mnie, posłuchaj głosu przyjaciela, przyjm radę człowieka, który mógłby być ojcem twoim. Dozwól Gastonowi zginąć na téj drodze, którą sobie obrał, bo jeszcze masz czas do ocalenia siebie, nie postępując daléj...
— Jakto! zawołała Helena, i jażbym go opuścić miała, w chwili, w któréj, jak pan wyrzekłeś, grozi mu niebezpieczeństwo? O, nie, nie panie! jesteśmy sami tylko na świecie: on ma mnie jednę tylko, a ja nie mam nikogo prócz niego. Gaston nie ma już rodziny, a ja jéj jeszcze nie znalazłam; i jeżeli ją mam, to już i nawykła do nieobecności mojéj, niewidziawszy mnie od lat 16. Możemy przeto zginąć oboje, i nikt po nas nie zapłacze. Panie! oszukałam ciebie, jestem wspólniczką każdéj zbrodni, jaką Gaston popełnił albo wykonać zamierza.
— Ah! westchnął rejent stłumionym głosem, ostatnią tracę nadzieję, bo ona go kocha!
Helena z zadziwieniem zwróciła się ku nieznajomemu, który jéj tyle okazywał współczucia. Rejent się uspokoił.
— Ale czyliżeś go się przecie raz już nie zrzekła? Przecieżeś mu powiedziała, w owym dniu, gdyście się żegnali, że wszystko pomiędzy wami powinno być skończone, że nie masz prawa rozrządzania ani sercem ani osobą twoją?
— Powiedziałam mu to! zawołała Helena z uniesieniem, bom wtedy sądziła, że on jest szczęśliwym, bom nie wiedziała, że jego wolność, a może i życie są zagrożonemi. Wówczas tylko serce moje byłoby cierpiało a sumienie spokojném. Byłabym tylko czoło stawiała boleści a nie potrzebowała walczyć z zgryzotą. Ale odkąd wiem, że mu grozi niebezpieczeństwo, że jest nieszczęśliwy, czuję, że jego życie jest życiem mojém.
— Ale może sobie tę miłość swoję dla niego wyobrażasz większą, aniżeli jest w istocie, mówił rejent, by się przekonać o wielkości jéj uczuć. Tę miłość potrafi wyleczyć nieobecność jego.
— Moja miłość przetrwa wszystko! W osamotnieniu, w którem mnie moi rodzice zostawili, miłość ta była moją, nadzieją. jedyną, mojém szczęściem, całém życiem mojém. O, mój panie! na miłość Boską, jeżeli masz jaką nad nim władzę, i masz ją niezawodnie, bo ci powierzył tajemnicę, którą przedemną ukrywał, to go skłoń, by się zrzekł zamiarów swoich, i powiedz mu to, czegom ja nie śmiała mu powiedzieć, że go kocham nad wszelki wyraz! Powiedz mu, że z nim los każdy podzielę: gdy zostanie wygnańcem, i ja będę wygnanką; z więźniem zamieszkam więzienie; umrze, to i ja umrę. Powiedz mu to wszystko, panie, i dodaj... dodaj, żeś po łzach moich i rozpaczy widział, że prawdę mówię.
— O biedne dziecię! poszepnął rejent.
I wszakżeż dla każdego położenie Heleny było godném litości. Bladość jéj straszne zdradzała cierpienia, i mówiąc, łzy jéj same, bez łkania, płynęły, jako towarzysze jéj słów; widać było, że te słowa wychodziły z serca, że nic nie przyrzekała, czegoby w każdéj chwili dokonać gotową nie była.
— Dobrze, niechżeż tak będzie: przyrzekam pani, że wszystko uczynię, by ocalić Gastona.
Helena chciała mu do nóg upaść, tyle obaw a przed nieszczęściem grożącém Gastonowi, zgnębiła siłę jéj ducha. Rejent ujął ją w swoje ramiona. Helena zadrżała, bo w dotknięciu się tego człowieka było coś, co jéj serce nadzieją i pociechą napawało. Pozostała więc wsparta na jego ręku, nie robiąc żadnego poruszenia, by się podnieść.
— A więc przejdźmy do tego, co nam najspieszniéj czynić wypada, ozwał się rejent, popatrzywszy przez chwil kilka na Helenę z takim wyrazem, że byłby się niezawodnie zdradził, gdyby w téj chwili była na niego spojrzała. Prawda, że Gastonowi wielkie grozi niebezpieczeństwo, ale ono nie jest bezpośredniém, więc pomyślmy pierwéj o pani, któréj położenie smutne i niewłaściwe, od wszystkiego jest zawisłem. Powierzono ciebie opiece mojéj, i powiniem się z tego obowiązku co rychlej, jako dobry ojciec rodziny, wywiązać. Czy pani masz we mnie zaufanie?
— O, tak! bo wszakżeż to Gaston mnie przywiózł do pana.
— Zawsze Gaston, poszepnął rejent zcicha, a potém zwrócił się do Heleny, mówiąc:
— Pozostaniesz pani w tym tutaj domu, który jest zupełnie nieznany. Zatrzymasz wszelką wolność i będziesz miała dla rozrywki książki i towarzystwo moje, jeżeli to może pani sprawić przyjemność.
Helena chciała coś mówić.
— Zresztą przerwał jéj rejent, będzie to dla pani sposobność mówienia o Gastonie.
Helena się zarumieniła.
— Kościół pobliski będzie zawsze otwartym dla pani, a jeżeli najmniejszéj doznasz obawy, jak poprzednio, możesz znowu do klasztoru powrócić, jeżeli zechcesz, znam się dobrze z ksienią.
— O panie, zupełnie mnie uspokoiłeś; chętnie przyjmę mieszkanie, które mi wskazujesz, a dobroć, jaką nam świadczysz, uczynią dla mnie obecność pańską nieskończenie miłą.
Rejent się skłonił.
— Więc rozgość się pani tutaj, jakoby w domu swoim. Obok salonu, zdaje mi się, jest zaraz i pokój sypialny. Rozkład na dole jest bardzo dogodny, a dziś wieczór przyszlę pani dwie zakonnice, które zapewne nad inną służbę przenosisz.
— O, tak, panie.
— Więc się niemal już wyrzekłaś.... swojego ojca?
— Ah czyż pan nie pojmujesz, że to jedynie z obawy, że nie wiem czy on istotnie jest ojcem moim?
— Jednakże téj obawy nic nie potwierdza. A ów dom, który rzeczywiście za zarzut przeciwko niemu posłużyć może, mógł mu być zupełnie nieznanym.
— O, to prawie jest niepodobna!
— Ale... gdyby się znowu starał zbliżyć do pani, gdyby wynalazł mieszkanie twoje i żądał, byś do niego wróciła, albo przynajmniéj z nim się widziała?...
— Uprzedzilibyśmy o tém Gastona, i zdanie jego...
— Dobrze, odpowiedział rejent z uśmiechem melancholicznym, podał jéj rękę i zwrócił się ku drzwiom.
— Panie! zawołała Helena drżącym i zaledwie dosłyszalnym głosem.
— Czy pani czego jeszcze życzysz?
— A on... czy mogę go zobaczyć?
Wyrazy te, jakoby konające, wyszły z ust młodéj dziewczyny.
— Tak, ale dla pani będzie przyzwoiciéj, jeżeli to rzadko tylko nastąpi:
Helena spuściła oczy.
— Zresztą on wyjechał i dopiero za dni kilka powróci.
— Ale za powrotem go zobaczę?
— Przyrzekam to pani.
W dziesięć minut potém nadeszły dwie zakonnice i jedna siostra służebna do Heleny, mające dwór jéj stanowić.
Wyszedłszy od córki swojéj, rejent zapytał się o Dubois, ale mu odpowiedziano, że czekał na księcia więcéj jak pół godziny a potém udał się do Palais royal.
Książe zastał go istotnie w jego mieszkaniu, pracującego wraz z sekretarzami swoimi; na stole przed nim leżał pugilares papierami napchany.
— Przepraszam waszą królewską mość miljony miljonów razy, ozwał się Dubois, spostrzegając gościa. Ale gdy waszéj królewskiéj mości tak długo widać nie było i konferencja jeszcze przedłużyć się mogła, pozwoliłem sobie niestosować się do danego mi rozkazu, i powróciłem do mojéj pracy.
— Dobrześ zrobił, lecz chcę mówić z tobą.
— Zemną?
— Tak, z tobą.
— Zemną samym?
— Nie inaczéj, z tobą samym.
— W takim razie zechcesz mnie wasza królewska mość czekać u siebie albo przejść do gabinetu mojego.
— Idźmy do gabinetu.
Dubois pochylając się z uszanowaniem wskazał rejentowi drzwi od gabinetu. Rejent wszedł pierwszy, a za nim Dubois, zabierając z sobą pugilares, zapewne na tę wizytę przygotowany.
W gabinecie książę obejrzał się na wszystkie strony i zapytał:
— Czy jesteśmy tu bespieczni?
— Widzi Bóg, że drzwi są podwójne a mury na dwie stopy grube.
Rejent rzucił się na krzesło i w głębokie pogrążył się dumanie.
— Czekam na rozkazy, waszéj królewskiéj mości, przemówił Dubois po chwili.
— Powiedz mi, zapytał rejent tonem człowieka zdecydowanego nieprzyjmować żadnych uwag, powiedz mi, jestże kawaler w hastylji?
— Powinien tam być od półgodziny, jaśnie oświecony panie.
— Więc napisz natychmiast do pana Delaunay, bo chcę, ażeby go bezzwłocznie uwolnił.
Zdaje się, że Dubois spodziewał się tego rozkazu, bo nic na to nie odpowiedział i nie zadziwił się wcale: lecz wyjął z pugilaresu zwój papierów i począł je przeglądać.
— Czy mnie słyszałeś? ozwał się rejent po chwili.
— Jak najdokładniéj.
— A więc bądź posłusznym.
— Pisz wasza królewska mość sam do niego.
— I dla czegóż sam mam pisać?
— Bo mojéj ręki nic w świecie nie zmusi, by podpisała zgubę waszej królewskiéj mości.
— Otóż i znowu frazesa! zawołał książę zniecierpliwiony.
— Bynajmniej nie frazesa lecz fakta, jaśnie oświecony panie, bo kawaler de Chaulay jestże, albo nie, knującym spisek?
— Jest nim, ale córka moja go kocha.
— Słuszny powód, aby go uwolnić.
— Dla ciebie to jest niczém, lecz dla mnie świętem. Więc on wyjdzie z baslylji i to natychmiast.
Idźwasza królewska mość sam po niego, ja bynajmniéj temu nie przeszkadzam.
— I ty wiedziałeś o téj tajemnicy, mój panie?
— O jakiéj tajemnicy?
— Że pan de Livry i kawaler są jedną i tą samą osobą.
— No, wiedziałem o tém, i cóż daléj?
— Chciałeś mnie oszukać.
— Pragnąłem tylko waszą królewską mość ocalić od tych czułostek, w których toniesz obecnie. Rejent Francji, zajęty i tak już swojemi zabawami i kaprysami, nie mógł upaść gorzéj, jak ulegając namiętności, a jeszcze jakiéj namiętności! miłości rodzicielskiéj! jestto straszna namiętność. Miłość zwyczajna się zadowoli i zużyje się, lecz czułość ojcowska jest nienasyconą a przedewszystkiém nieznośną. Popchnie ona waszą królewską mość do tysiąca niedorzeczności, którym ja zapobiegnę, z téj najprostszéj przyczyny, że nie mam szczęścia być ojcem, z czego się zawsze mocno raduję, widząc nieszczęście tych, albo głupstwo, którzy są ojcami.
— I cóż mnie to wreszcie obchodzi! nadto, Chaulay mnie nie zabije, wiedząc że to ja go ułaskawiłem.
— Nie, ależ i on nie umrze, zabawiwszy dni kilka w bastylji: i powinien tam dłużéj pozostać.
— A ja ci powiadani, że ztamtąd dziś jeszcze wyjdzie.
— Powinien tam pozostać dla własnego honoru, bo gdyby go dziś uwolniono, uwięzieni w Nantes spólnicy jego, a których wasza królewska mość zapewne nie masz zamiaru uwolnić także, mieliby go za zdrajcę i szpiega, któremu darowano dla tego winę, że ich oskarżył.
Rejent się zamyślił.
— Otóż takimi wszyscy jesteście, królowie i panujący książęta! Błahy powód tak samo jak i honorowa przyczyna, jak ta, którą teraz przytoczyłem, zamyka wam usta i przekonywa was, lecz nie chcecie zrozumieć wielkich, prawdziwych, od których szczęście państwa zawisło. Cóż mnie to obchodzi i cóż to obchodzi Francją, że panna Helena, córka naturalna rejenta, zapłacze nad stratą kochanka swojego, kawalera de Chaulay? Dziesięć tysięcy matek, dziesięć tysięcy żon i dziewcząt, zapłaczą w przeciągu roku nad stratą swoich synów, mężów i ojców, zabitych w usługach waszéj królewskiéj mości, przez Hiszpanów, którzy dobroć jaśnie oświeconego pana sądzą być niemocą i których ta bezkarność coraz bardziéj uzuchwala. Mamy w ręku spisek i trzeba mu sprawiedliwość wymierzyć. Pan de Chaulay, przewódzca czyli ajent związku, który przybył do Paryża, by zabić waszą królewską mość, jaśnie oświecony pan temu nie zaprzeczysz, bo dość jaśnie wszystko wypowiedział, jest kochankiem córki waszéj królewskiéj mości. Tém gorzéj, bo całe to nieszczęście pada na głowę jaśnie oświeconego pana. Wiedziałem o tém, wiedziałem, że jest kochanym. Wiedziałem, że się nazywa de Chaulay a nie de Livry. Lecz udawałem że nie wiem, ażeby surowo ukaranym został wraz z spójnikami swoimi, bo potrzeba, ażeby się raz przekonali, że głowa rejenta nie jest tarczą, do któréj się z nudów lub fanfaronady strzela, a potém zostaje się spokojnym i bespiecznym, gdy wystrzał chybił.
— O. Dubois! ja nie zabiję córki mojéj dla ocalenia życia; a byłoby to zabójstwem dla niéj, gdyby głowa Gastona spadła. Niechaj więc zupełnie będzie wolny, gdy na nim całkowitéj kary wymierzyć nie możemy: żadnego więzienia, żadnych tortur. Przebaczmy mu najzupełniéj.
— Ach tak, przebaczmy, otóż i wymówione owo wielkie słowo! Ale nie sprzykrzyłoż się jeszcze waszéj królewskiéj mości śpiewać wiecznie to słówko na jednę i tę samą, nutę?
— Obecnie przynajmniéj nuta powinna była się zmienić, bo nie nastrojona wspaniałomyślnością.. Biorę niebo na świadki, że chciałbym ukarać tego człowieka, który jest więcej odemnie, jako ojca, kochany, i który mi ostatnią córkę moję zabiera. Lecz zastanowiłem się, i Chaulay będzie wolnym!
— Chaulay będzie wolnym, dobrze. Któż się temu opiera? Ale niech to nastąpi nieco późniéj... za dni kilka. Przecież mu nic złego nie robimy! Nie umrze, dalibóg, chociaż przez tydzień w bastylji posiedzi. Bo miéj wasza królewska mość na względzie, ażeby biednego rządu naszego nie wyszydzono. Pomniéj jaśnie oświecony pan, że w téj chwili już tam śledzą tę sprawę, i to bardzo surowo. A tamci także mają, kochanki, żony i matki... I czyliż oni, choćby cokolwiek, obchodzą waszą królewską mość?... A ba!... nie jesteś takim szaleńcem!... Pomniéj także wasza królewska mość, jakby się to wszyscy śmiali, gdyby się dowiedzieli, że córka rejenta kochała tego, który miał zabić jéj ojca. Bękarty zwłaszcza, śmieliby się z jaki miesiąc. Pani de Maintenon, dziś dogorywająca, z martwychby powstała i żyłaby jeszcze rok cały. Co tam, do djabla! bądź wasza królewska mość cierpliwym i dozwól kawalerowi zajadać kurczęta i zapijać wino pana de Launay. Wszakżeż i Richelieu siedzi sobie w bastylji! Toćże i on jest kochankiem jednéj z córek jaśnie oświeconego pana, a zabastyliowałeś go jednakże z rozkoszą serca. Dla czego to? bo był kochankiem pani de Parabère, pani de Lebran a może jeszcze i kilku innych.
— Ale cóż zrobisz nakoniec, przerwał rejent, gdy go już na dobre zaciągniesz w rejestr więźniów bastylji?
— A gdyby téż tam tylko mały odbył nowicjat, by stać się godniejszym zostania zięciem waszéj królewskiéj mości? Ale żart na stronę, czy jaśnie oświecony pan rzeczywiście w ten sposób chcesz go uszczęśliwić.
— O mój Boże, czyliż ja w téj chwili myślę o czemkolwiek? Niechciałbym tylko unieszczęśliwić mojéj biednéj Heleny. Sądzę jednakże, że wydając ją za niego nie zupełnie byłoby rzeczą właściwą, chociaż to rodzina de Chaulay do lepszych należy.
— Czyż ich jaśnie oświecony pan znasz? Brakowałoby nam tylko tego jeszcze!
— Słyszałem kiedyś o nich, ale nie pamiętam przy jakiéj sposobności. Tymczasem zobaczymy, twoje uwagi przekonały mnie, bo niechcę, by go miano za podlca. Pamiętaj jednakże o tém, ażeby się z nim dobrze obchodzono.
— Przecież jest pod panem de Launay; lecz wasza królewska mość nie znasz wcale bastylji. Gdybyś ją książę raz tylko był poznał, jużbyś nie chciał żadnego domku wiejskiego. Za nieboszczyka króla była więzieniem, Boże mój, przystaję na to, ale za dobrotliwych rządów Filipa Orleańskiego, bastylja zamieniła się w maison de plaisonce. Wreszcie, można tam znaleść obecnie, najlepsze towarzystwo. Bywają tam codziennie festyny, bale, koncerta wokalne. Piją tam wino szampańskie za zdrowie księcia du Maine i króla hiszpańskiego. A wasza królewska mość płacisz za to. Dla tego też głośno pragną śmierci waszéj królewskijé mości i całéj jego rodziny. Dalibóg! kawaler de Chaulay będzie tam, jakby pomiędzy swoimi, i swobodny jak rybka w wodzie. Pożałuj go wasza królewska mość, biedaczysko!
— Tak nieinaczéj, wymówił rejent, zadowolony, że znalazł coś stanowczego, zobaczymy późniéj, po otrzymaniu objaśnień z Bretonii...
Dubois śmiechem parsknął.
— Objaśnienia z Bretanii! zawołał. O, dalibóg, że chciałbym wiedzieć, czego one nas jeszcze nauczyć mogą, po tém, co Chaulay sam waszéj królewskiéj mości powiedział. Czyż jaśnie oświeconemu panu jeszcze nie dosyć na tém? Ho ho! co do mnie, to byłoby już i za wiele.
— Bo też ty mną nie jesteś, opacie.
— Tak, na nieszczęście! bo gdybym był księciem rejentem, to już oddawna byłbym siebie kardynałem zrobił... Lecz nie mówmy teraz o tém, to przyjdzie w swoim czasie, jak sądzę, Nadto, zdaje mi się, żem wynalazł sposób rozwiązania tego, co waszą królewską mość niepokoi.
— Nie chcę twoich środków, mówię ci to, opacie.
— Wasza królewska mość zajmujesz się dla tego tylko kawalerem, że się nim panna Helena zajęła, nieprawdaż?
— I cóż dalej?
— A gdyby jéj się, za tyle miłości, Gaston niewdzięcznością, odpłacił? Hę?... Panna dużo ma dumy i porzuciłaby pewnie swojego Bretończyka, byłby to zręczny podstęp, jak mi się zdaje.
— On miałby ją przestać kochać? takiego anioła? to niepodobna!
— Już to wiele aniołów czegoś podobnego doświadczało! A potém; bastylja już nie jedno zmieniła: tak tam łatwo zepsuć się, zwłaszcza w tém towarzystwie, jakie tam teraz zastanie.
— No, zobaczymy; lecz nic nie rozpoczynaj bez zezwolenia mojego.
— Nie lękaj się wasza królewska mość niczego! Dozwól mi tylko w mojéj malutkiéj polityce iść daléj, a przyrzekam że pozwolę rozkwitać rodzinie waszéj królewskiéj mości.
— Hultaju niecny! zawołał rejent, śmiejąc się, na mój honor, tybyś i samego szatana śmiesznym zrobił.
— Otóż, aby raz oddajesz mi wasza królewska mość sprawiedliwość. Nie zechceszże jaśnie oświecony pan korzystać z tego i przejrzeć zemną nadesłane mi z Nantes akta? To waszą królewską mość utwierdzi w dobrych zamysłach jego.
— Dobrze, ale kaź mi pierwéj panią Desroches zawołać.
— A! bardzo słusznie.
Dubois zadzwonił i powierzył rozkaz rejenta.
W dziesięć minut potém, weszła pani Desroches pokorna i strwożona; lecz w zamian burzy, któréj się lękała, otrzymała sto luidorów i udarowano ją uśmiechem.
— Nic tego nie pojmuję, wyrzekła sama do siebie, ale pokazuje się, że ta młoda dziewczyna nie była jego córką.


VIII.
B RETANIJA.

Pozwoli czytelnik, że teraz spojrzymy nieco po-za siebie: bo zajmując się głównymi bohaterami powieści naszéj, zostawiliśmy w Bretonii ludzi, którzy także na pewne zasługują współczucie. Nie mają oni wprawdzie zbyt wielkiego udziału w obecnym romansie, ale przyzywa ich historja swoim głosem niezłomnym, więc musimy jej być posłusznymi na teraz.

Przy pierwszéj zaraz konspiracji, Bretanija wielki miała udział w ruchu, jaki jéj nadali nieprawi, lecz wylegitymowani synowie królewscy, gdy z powodu roszczeń tychże, których swoimi książętami nazywała, przywołała im na pomoc nawet nieprzyjaciół, z którymi Ludwik XIV przez lat 60 a Francja od dwóch wieków zaciętą toczyła walkę.
Jednego wieczoru posłyszano głośniejsze imiona, zapisane do tego rokoszu. Rejent oznaczył to bardzo dowcipnie wyrażeniem: że ujął głowę i ogon, lecz mylił się, bo rzeczywiście schwycił tylko głowę i tułów. Głową było zebranie legitymowanych, król hiszpański i jego niedołężny ajent, książę de Cellamare; a tułowem owi dzielni i rozumni ludzie, którzy zapełnili bastylję. Nie ujęto zaś jeszcze ogona: ogon ten zbrojny w groty, jak ogon skorpiona, jedynie był zastraszającym.
Naczelnicy bretońscy odnowili projekt, ułożony przez kawalera de Rohan za czasów Ludwika XIV; wymieniamy tutaj kawalera de Rohan, bo każdemu rokoszowi potrzeba nadać imię jego przewodzcy. Obok księcia, który był próżnym i poślednim człowiekiem, siało dwóch mężów dzielnych, jeden jako myśl, a drugi jako wykonawca. Jednym z nich był Latréaumonl, szlachcic normandzki. a drugim Affinius Van der Enden, filozof holenderski. Latréaumontchciał pieniędzy, więc tylko był ramieniem: Alfinius żądał rzeczypospolitéj, więc był duszą. Nadto pragnął tę rzeczpospolitą objąć w królestwie Ludwika XIV, by przezto wielkiemu królowi tém większą zrządzić przykrość, który nienawidził wszystkich republikanów, gdyby i o trzysta mil byli oddaleni; który prześladował i zgubił wielkiego pensjonarza hollandji, Jana de Witt, w czém się okrutniejszym od stadhudera, księcia Oranii, okazał: tamten, mieniąc się być wrogiem pensjonarza, mścił się na nim za osobiste obelgi, gdy przeciwnie, Ludwik XIV doznał tylko życzliwości i najlepszych chęci z strony tego wielkiego męża.
Otóż Affinius chciał rzeczypospolitéj w Normandji, i mianował kawalera de Rohan jej protektorem; spiskowi bretońscy, chcąc kraj swój pomścić za kilka obelg, miotanych nań za czasów rejencji, chętnie uznali rzeczpospolitą, choćby i pod protektoratem Hiszpana. W każdym zaś razie wielkie otworzyły się widoki dla księcia du Maine.
Nastąpiło więc, że pierwszym zaraz oświadczeniom Hiszpanów, Bretończykowie chętnego nastawili ucha. Nie mieli oni wprawdzie większych pobudek do niezadowolenia, jak inne prowincje, ale wówczas nie byli jeszcze jawnie wcielonymi do narodowości francuskiéj. Mieli na dobre wojnę rozpocząć, i to było ich celem. Richelieu przygnębiał ich surowo; nie czuli już obecnie żelaznéj jego ręki, więc się chcieli usamowolnić pod rządem Dubois. Poczęli ścigać nienawiścią swoją administratorów nasłanych im przez rejenta. Każdą rewolucją zwykle poprzedzały rozruchy.
Montorau otrzymał rozkaz czuwać nad stanami: był to urząd jakoby wicekróla. Słyszano skargi ludzi a odbierano im jednak pieniądze. Stany żaliły się bardzo, lecz nie dawały pieniędzy, mówiąc, że im się nadzorca nie podoba. Powód ten zdawał się być bardzo błahym panu de Montesquiou, człowiekowi dawnego rządu, nawykłemu do sposobu postępowania Ludwika XIV.
— Nie możecie złożyć tego zażalenia u stóp jego królewskiéj mości, odpowiedział im, bo będziecie uważani jako buntownicy. Zapłaćcie pierwéj, a potém skarżcie się. Król wysłucha wasze żale ale nic o tém nie chce wiedzieć, że macie wstręt do człowieka, którego wyborem swoim zaszczycił.
Rzecz tak się miała: pan de Montorau był w owym czasie intendentem prowincji, w czém cała jego polegała wina, chociaż Bretończycy mniemali, że mają słuszny powód żalenia się na niego. Każdy inny w jego miejscu, byłby tak samo ich nienawiść na siebie ściągnął. Montesquiou więc nie przyjął tych warunków i obstawał przy pobieraniu datku z łaski (don gratuit), a stany trwały w odmawianiu go.
— Panie marszałku, mówił mu jeden z deputowanych, zapominasz się, mowa podobna byłaby właściwą dla jenerała jakiego w kraju przez niego zdobytym, ale nie w obec ludzi wolnych, zaopatrzonych w przywileje. Nie jesteśmy ani wrogami, ani też żołnierzami: tylko obywatelami i panami w własnéj siedzibie. W zamian tego, czego od króla żądamy, to jest: by odwołał pana de Montorau, który nie posiada przychylności ludu całéj prowincji, z chęcią przystaniemy na nałożony na nas podatek, ale jeżeli rząd tylko swoim widokom dogadzać zechce, zatrzymamy pieniądze nasze i wytrwamy z nienawistnym nam intendentem.
Pan de Montesquiou skrzywił twarz pogardliwie i odwrócił się tyłem do deputowanych, którzy toż samo zrobili, i rozeszli się, każdy swoję zachowując godność.
Marszałek jednakże chciał końca czekać cierpliwie: pochlebiał sobie, że posiada zdolność dyplomatyczną i przypuszczał, że prywatne zebrania uskutecznią to, co ślepe obstawanie za rządem, tak nie w porę było zagmatwało. Lecz szlachta bretońska jest dumną. Upokorzona poprzedniém postępowaniem marszałka, pozostała u siebie nie ukazując się więcéj w salonach jego. Pozbawiony więc całkiem ich towarzystwa, zawiedziony w oczekiwaniu swojém, przeszedł od pogardy do gniewu, a od gniewu do szalonych postanowień. I tego to właśnie oczekiwała Hiszpanija.
Montesquiou, który korrespondował z władzami w Nantes, w Quimper, w Vannes i Rennes, oświadczył im, że teraz widzi, iż ma do czynienia z samymi tylko buntownikami, lecz że postawi na swojém, a jego dwunastotysięczny korpus nauczy Bretończyków grzeczności i prawdziwéj wielkości duszy.
Stany się zebrały; szlachtę z ludem Bretanii przedziela tylko krok jeden, iskra się zatliła i stowarzyszyli się wszyscy obywatele. Oświadczyli nawzajem panu de Montesquiou, że jeżeli on ma dwanaście tysięcy żołnierza, Bretanija może ich sto tysięcy postawić, którzy uzbrojeni w kamienie, w widły a nawet i w strzelby, potrafią tamtych nauczyć, by się nie mieszali w to, co do nich nie należy.
I marszałek przekonał się, że na prowincji stowarzyszyło się rzeczywiście sto tysięcy zbrojnego ludu. Zastanowił się przeto, i dla dobra rządu, rzeczy pozostały takiemi jak były. Wtedy to złagodzona szlachta, widząc się poważaną, ułożyła podanie swoje w przyzwoitszéj formie. Lecz Dubois łącznie z radą rejencji nie chciał się do niczego przychylić: uważając to podanie, jako krok jawnej nieprzyjaźni.
Montorau, Montesquiou, Pantcalec i Talhouet poczęli ciągłe pomiędzy sobą toczyć spory. Pantcalec, człowiek serca i wykonania, połączył się z malkontentami na prowincji, i z tego to żywiołu bezkształtnego dotąd, powstał zarodek walki, którąśmy widzieli.
Teraz już cofnięcie się było niepodobném: walka ta stawała się coraz groźniejszą, a dwór przypuszczał, że to tylko jest bunt przeciwko nałożonym podatkom, i nie dojrzał w tém bynajmniéj sprawy hiszpańskiéj. Bretończykowie, podkopujący cichaczem rejencją, wołali głośno: «Precz z podatkami! precz z Montorau.» i krzyk ten zagłuszał ich antypatryotycznę mowy i działania. Jednakżeż rejent, mogący uchodzić za jednego z najzręczniejszych polityków swojego czasu, odgadł podstęp, nie dostrzegłszy go jeszcze. Domyślał się, że za tą zasłoną, wcale inne ukrywa się widmo, odwołał więc pana de Montorau, by się w domniemaniach swoich utwierdzić. Spiskowi tém podejściem zostali odkryci, bo gdywszystko było zadowoloném, oni jedni na poprzedniém zatrzymali się stanowisku.
Wtedy Pontcalec wraz z przyjaciółmi swoimi, ułożył wiadomy nam projekt; użyli środków gwałtownych, by dojść do celu, do którego teraz na innéj drodze dojść nie mogli. Powstanie dzisiaj już nie miało téj przyczyny co dawniéj, ale z pod ciepłego jeszcze popiołu, można było wydobyć iskierkę, któraby nowy rozetliła pożar.
Hiszpanija czuwała. Alberoni, pobity przez Dubois w głośnéj sprawie Cellamarego, pragnął odwetu, i wszelkie skarby zgromadzone na korzyść związku w Paryżu i krew hiszpańską, wszystko przesłał do Bretanii, ażeby ich tam ze skutkiem użyto. Ale to obecnie już było zapóżno, Nie wierzył temu a ajenci jego go łudzili. Pantcalec wyobrażał sobie, że rozpocząć wojnę, było rzeczą zupełnie możebną, lecz wówczas Francja wypowiedziałaby wojnę Hiszpanii. Wyobrażał sobie także, że zabić rejenta było rzeczą również możebną, ale nie Chaulay, tylko on sam powinien był wvkonać to, czegoby i najpierwszy wróg Francji w owym czasie nic był uskutecznić doradzał.
Liczył na przybycie hiszpańskiego statku, z ładunkiem broni i pieniędzy; lecz statek ten nie przybył. Czekał na wiadomość od Chaulaya, a to był la Jonquière, który do niego pisał, a jeszcze jaki la Jonquière!...
Jednego wieczoru zebrał się Pantcalec wraz z przyjaciółmi w małéj izdebce, w Nantes, niedaleko starego zamku. Byli smutni, zwątpiali, gdy im Ducouëdic oznajmił, że odebrał karteczkę, w któréj mu radzono, by co rychléj uciekał.
— I ja wam takąż samą pokazać mogę, ozwał się Mont-Louis; wsunięto mi ją pod szklankę u stołu, co żonę moję, niewiedzącą o niczém, wielce przestraszyło.
— Co do mnie, wyrzekł Talhouet, to czekam i nie lękam się niczego. Kraj się uspokoił i nowiny z Paryża są pomyślne.
Każdego dnia rejent kogoś z uwięzionych w bastylji, za sprawę hiszpańską, wypuścić każe.
— I ja wam także z kolei opowiem jakie dziwne odebrałem dziś ostrzeżenie. Pokażcie wasze karteczki, porównamy pismo, bo to może jaki podstęp.
— Tego nie przypuszczam, i skoro nam radzą ucieczkę, to zapewne jesteśmy jakiém zagrożeni niebezpieczeństwem; więc nie mamy powodu lękać się o opinią naszą, bo o téj mowy być nie może. Sprawy bretońskie już są skończone: twój brat, Talhouet’cie, i kuzyn, uciekli do Hiszpanii? Salduc, Rohan, Kerantec, Sambilly, członek parlamentu, zniknęli, i uznano ich obawę za słuszną. Wyznaję przeto otwarcie, że po odebraniu powtórnego ostrzeżenia, ujeżdżam natychmiast.
— Nie mamy się czego lękać, mój kochany, ozwał się Pantcalec, bo sprawa nasza nigdy jeszcze w tak kwitnącym nie była stanie: dwór nie ma żadnego podejrzenia, bo inaczéj pewnoby nas już niepokojono. La Jonquière pisał wczoraj; donosi, że Chaulay jedzie do la Muette, gdzie rejent zupełnie prywatnie żyje, bez najmniejszéj straży.
— A jednak jesteś niespokojnym, pochwycił Ducouëdic.
— Wyznaję to, ale nie z tego powodu, jak mniemasz.
— O cóżże więc?
— Coś osobistego.
— Dotyczącego się ciebie?
— Li tylko mnie. Ależ nie mógłbym się lepszym powierzyć przyjaciołom, jak wam, i wszakżeż mnie znacie dostatecznie. Gdyby mnie kiedy niepokojono i gdybym miał wybierać pomiędzy ucieczką a pozostaniem się tutaj, by ujść grożącego mi niebezpieczeństwa... Otóż pozostałbym się, a wiecież wy dla czego?
— Nie.
— Mam strach.
— Ty? Pantcalec? Ty i strach! To są dwa sprzeczne z sobą wyrazy.
— O mój Boże, moi kochani, ocean wprawdzie zbawieniem jest naszém, bo każdy z nas z łatwością jednę z tysiąca bark, krążących po Loarze, znaleść może, któraby go z Paimboeuf do Saint-Nazaire przeniosła. Ale to, co was ocali, śmiercią jest dla mnie.
— Nie rozumiem cię, wymówił Talhouet.
— Przestraszasz nas, dodał Mont-Louis.
— Więc mnie posłuchajcie, przyjaciele moi.
I Pantcalec, zaczął opowiadać co następuje, słuchali go z religijną uwagą, bo wiadomo było, że bardzo ważnym musiał być powód, który na obawę jego zasłużył.


IX.
CZAROWNICA Z SAWENAY.

Miałem lat dziesięć i byłem przy ojcu moim w Pontcalec, gdy dnia jednego stryj mój Chryzogon wezwał nas, by z nim zwiedzić króliczą jamę, o mil pare odległą; jadąc, spotkaliśmy w zarośla siedzącą kobiétę, która czytała. Zdziwiło nas to niezwyczajnie, bo u nas bardzo mała liczba chłopów czytać umie. Zatrzymaliśmy się więc, by jéj się przypatrzeć. Mam ją tak przed oczyma, jak gdyby to się było działo wczoraj, chociaż odtąd już lat dwadzieścia upłynęło. Miała na sobie zwykły ubiór Bretonek: czarną suknię i biały czepek; siedziała na wiązce janowcu, którą dopiéro co Była związała.
Mój ojciec jechał na koniu skarogniadym, stryj na młodym siwoszu, pełnym ognia i życia, a ja na białym kucyku, łagodnym jak baranek.
Kobiéta podniosła oczy i spojrzała na nas z pewnym wyrazem ciekawości, a widząc mnie pewnym w strzemionach moich, przy ojcu, który zdawał się być dumnym z swojego syna, powstała nagle i przystępując do mnie, zawołała:
— Jakaż szkoda!
— Coż znaczą te słowa? zapyTał mój ojciec.
— To znaczy, że nie lubię tego małego białego konika, odpowiedziała kobiéta.
— A to dla czego, matko?
— Bo on przyniesie nieszczęście dla waszego syna, panie de Pantcalec.
My Bretończykowie jesteśmy zabobonni, jak wam to wiadomo. Tak dalece, że mój ojciec, który jak pamiętasz, Mont-Louis, był człowiekiem rozsądnym i światłym, zatrzymał się pomimo nalegali stryja Chryzogona, byśmy daléj jechali, przerażony myślą, że mnie jakie nieszczęście spotkać może.
— Jednakżeż sam już nieraz na tym koniku jechałem, ozwał się mój ojciec do kobiéty, i znalazłem go zawsze bardzo spokojnym i bieg jego niezwyczajnie równym. Zresztą Klemens, nad wiek swój, dobrze NIm kieruje.
— Ja się na tém wszystkiém zupełnie nie znam, margrabio de Guis, odpowiedziała kobiéta, mówię tylko: że konik ten przyniesie nieszczęście panu Klemensowi.
— I zkądżeż to możesz wiedzieć?
— Widzę to, odrzekła z szczególném brzmieniem głosu.
— A kiedyż to nastąpi?
— Dziś jeszcze.
Mój ojciec zbladł i ja sam się przeraziłem. Tylko stryj Chryzogon, który był odbył wszystkie wojny w Hollandji i został niedowiarkiem bijąc się z hugenotami, rozśmiał się na całe gardło.
— Dalibóg, że ta poczciwa kobiecina jest w zmowie z królikami w Savenay! zawołał. I coż ty na to, Klemensie, może się wyrzeczesz polowania i do domu powrócisz?
— Chcę raczéj daléj z wami pojechać, mój stryju odpowiedziałem.
— Może się boisz przypadkiem, boś taki blady i zmieniony?
— Nie boję się niczego, odparłem.
Ale skłamałem, bom drżał wewnętrznie i bynajmniéj nie czułem téj odwagi, jaką, udawałem.
Ojciec mój wyznał mi późniéj, że gdyby nie wyrazy stryja, które go fałszywym wstydem przejęły, a następnie odpowiedź moja, która jego miłości własnéj pochlebiła, byłby mi kazał wrócić do domu, albo zamienić kucyka mojego na którego z wierzchowców służby naszéj: byłoby to jednakże złym przykładem dla chłopczyka w moim wieku, a przedmiotem drwinek dla stryja Chryzygona.
Puściłem się więc daléj na moim koniku; po dwóch godzinach jazdy stanęliśmy u jamy króliczéj i polowanie się zaczęło.
W czasie całego polowania aniśmy wspomnieli o owéj przepowiedni, dopiéro po ukończonéj rozrywce myśliwskiéj, gdyśmy się znowu razem zebrali, zawołał stryj Chryzogon:
— A co, Klemensie! Jeszcześto na swoim kucyku? Dalibóg, że z ciebie odważny jest chłopiec.
Rozśmiałem się, i mój ojciec także. Właśnie przebywaliśmy step gładki i równy, jak posadzka w tym tutaj pokoju. Nie było ani rowu, ani krzaczka jednego, któryby konia był mógł przestraszyć, a jednakżeż kucyk mój na raz jeden nagle uskoczył, spiął się i rzucił mnie w piasek o kilka kroków. Stryj Chryzogon się rozśmiał, ojciec mój zbladł, a ja nie ruszałem się z miejsca. Ojciec zeskoczył z konia, przybiegł i podniósł mnie, miałem nogę złamaną.
Niepodobna opowiedziéć żalu mojego ojca i krzyku służby, ale trudniéj jeszcze skreślić rozpacz stryja Chryzogona; ukląkł przy mnie, opatrzył nogę moję drżącą ręką, całował mnie, płakał, modlił się, i przez całą drogę, chociaż ojciec mój go pocieszał, o ile mógł, nic mu na to wszystko nie odpowiadał.
Sprowadzono najlepszego chirurga z Nantes, który oświadczył, że stan mój bardzo jest niebezpiecznym. Stryj ciągle tylko błagał matki mojéj o przebaczenie, i uważali, że przez ciąg całéj choroby mojéj, zupełnie zmienił zwykły tryb życia: zamiast pić i polować z oficerami, zamiast oddawać się ulubionemu rybołówstwu, nie odstępował i na chwilę jednę mojego łóżka.
Miałem febrę przez sześć tygodni a choroba cała trwała dłużéj jak cztery miesiące; ale uleczono mnie jak najzupełniéj. Gdym piérwszy raz wyszedł, towarzyszył mi stryj, podając mi rękę, a gdyśmy z przechadzki wrócili, począł żegnać się z nami.
— Cóż to się znaczy? dokądże jedziesz? zapytał ojciec mój zdziwiony.
— Uczyniłem ślub, że gdy to kochane dziecię wyzdrowieje, zostanę kartuzem, więc idę wykonać tę przysięgę.
Na to rodzice moi głośne poczęli rozwodzić żale. Jam się rzucił na szyję stryja, prosząc go, by z nami pozostał. Ale on był jednym z tych ludzi, silnéj i nieugiętéj woli, którzy nigdy danemu, nie uchybią słowu: nadaremnemi były wszystkie prośby nasze, stryj pozostał nieubłagany.
— Nie wiedziałem dotąd, mój bracie, wyrzekł, że Bóg ludziom niekiedy w tajemniczy objawia się sposób. Wątpiłem, i poddaję się karze. A nakoniec nie chcę, by mnie uciechy światowe pozbawiły szczęśliwości wiekuistéj.
Potém stryj nas uścisnął, siadł na koń puścił się cwałem i zniknął nam z oczu. Został mnichem w Kartuzji w Morlaise; po dwóch latach ów niegdyś wesoły towarzysz i hulaka, ów przyjaciel niezrównany, zamienił się przedwcześnie w trupa zimnego i nieczułego na wszystko. A po trzech latach téj samotności umarł, zostawiwszy mi cały swój majątek.
— Straszna naprawdę historja! mówił śmiejąc się Ducouëdic. Ale ma ona swoję złą i dobrą stronę, bo ta stara nie przepowiedziała ci, że złamanie nogi zwiększy twój majątek w dwójnasób.
— Słuchajcie daléj! zawołał Pontcalec, więcéj ponury i poważny jak kiedykolwiek.
— Aha! więc to jeszcze nie koniec? zapytał Talhouet.
— Zaledwieście trzecią część słyszeli.
— Opowiadajże daléj; słuchamy.
— Słyszeliście o śmierci dziwacznéj barona de Caradec?
— Tak, bo on był naszym szkolnym kolegą w Rennes, ozwał się Mont-Louis; znaleziono go przed dziesięcioma laty zabitego w lesie, należącym do Chateaubriand.
— Słuchajcież więc; ale wiedzcie zarazem, że to jest tajemnicą, dotąd mnie tylko wiadomą, a odtąd powinna być jedynie przezemnie i przez was tylko znaną.
Trzej Bretończykowie, wielce zajęci opowiadaniem Pantcaleca, przyrzekli, że święcie dochowają sekretu.
— Otóż pomiędzy mną a Caradec’em, owym przyjacielem szkolnym, zaszły przykre niesnaski; zakochaliśmy się w jednéj i téj saméj kobiécie, a ja byłem szczęśliwszym od niego.
Jednego dnia udałem się na polowanie do lasu pod Chateaubriand. W wigiliją już wysłałem psy moje naprzód i dojeżdżacza, jechałem więc tylko z jednym służącym. Niezadługo ujrzałem idący przed sobą ogromny pęk suchych gałęzi: nie zwracało to bynajmniéj mojéj uwagi: ile że bardzo często napotykać można naszych chłopów, niosących pęki podobne, większe od nich samych i zakrywające ich całkiem. Po chwili ów pęk przedemną zatrzymał się, i ujrzałem profil zwróconéj ku mnie bokiem staréj kobiéty, która wsparta na swoim ciężarze, przystanęła na zakręcie drogi. Im więcéj się zbliżałem tém mniéj mogłem oczy od niej oderwać, wreszcie zanim dojechałem, jużem w niéj poznał ową starą wieśniaczkę, widzianą na drodze do Savenay, która mi nieszczęsny przypadek na białym kucyku była przepowiedziała.
Piérwszą myślą moją było, wyznaję szczerze, inną pojechać drogą, by uniknąć nieszczęsnéj wróżki, ale spostrzegła mnie zaraz i zdawało się, że na mnie z złośliwym uśmiechem czeka. Miałem wtedy dziesięć lat więcéj, jak przy naszém piérwszém spotkaniu się, wstyd mnie było zawrócić i zwolna jechałem daléj.
— Dzień dobry wicehrabio de Pontcalec, zawołała, jakżeż się miewa margrabia de Giers?
— Dobrze, moja matko, odpowiedziałem jéj, i byłbym zupełnie spokojny o jego zdrowie, gdybyś mnie zapewniła, że mu się nic złego w czasie mojéj nieobecności nie stanie.
— Oho! wyrzekła śmiejąc się, pan nie zapomniałeś Saweńskiego stepu. Dobrą wicehrabia masz pamięć. Ale to nie przeszkadza, byś tak samo, jak wtedy, nie poszedł za dobrą radą moją; bo człowiek jest ślepym.
— I jakążbyś mi dała radę? zapytałem.
— Ażebyś wicehrabia dziś na polowanie nie jechał.
— A to dla czego?
— Ażebyś bez straty jednéj chwili, zaraz do Pontcalec wracał.
— Nie mogę. Obiecałem się kilku przyjaciołom w Chateaubriand.
— Tém gorzéj, tém gorzéj, panie wicehrabio, bo będzie krew przelana na tém polowaniu.
— Czy moja?
— Twoja i jeszcze czyjaś.
— Ach! oszalałaś.
— To samo powiedział stryj Chryzogon. Jakżeż się miewa stryjaszek pana wicehrabiego?
— Czy nie wiesz, że umarł już przed siedmiu laty w Kartuzji w Morlais?
— Biedne, poczciwe człeczysko! długo w nic nie wierzył, tak jak wicehrabia, a potém gdy uwierzył, to już było zapóźno.
Pomimowolnie zadrżałem; ale fałszywy wstyd mi poszepnął, że hańbąby było podobnéj obawie ulegać, i że to tylko traf prosty ziścił przepowiednią mniemanéj czarownicy.
— O, widzę, że ci na jedném doświadczeniu nie dosyć, mój ładny paniczu. A więc jedźże sobie do Chateaubriand, skoro tego chcesz koniecznie, ale odeśléj przynajmniéj do Pontcalec ten piękny kordelas, który masz przy boku.
— A czemżeżby pan uciął nogę danielowi? ozwał się za mną mój służący.
— Twoim nożem, odpowiedziała kobiéta.
— Daniel jest królewskim zwierzem, więc mu podkolanek tylko kordelasem przeciąć się należy, odpowiedział służący.
— A zresztą czyliżeście mi nie przepowiedzieli matko, że krew moja przeleje się na tém polowaniu; to jest, że będę napadniętym? skoro zaś napadniętym zostanę, powinienem się bronić.
— Nie rozumiem co to wszystko ma znaczyć, odpowiedziała kobiéta, ale to wiem, że w miejscu pana, mój piękny rycerzu, usłuchałabym biednéj staruszki, i nie pojechałabym do Chateaubriand, albo odesłałabym przynajmniéj kordelas do Pontcalec.
— Czyż pan wicehrabia usłucha téj staréj czarownicy? zapytał mnie służący, obawiający się zapewne, ażebym mu z kordelasem nie kazał do Pontcalec wrócić.
Gdybym był sam, byłbym niezawodnie powrócił, ale w obec lokaja znowu fałszywemu uległem wstydowi.
— Dziękuję wam, moja poczciwa kobiéto, przemówiłem więc do niéj, ale nie widzę w tém co mi mówicie, żadnego powodu, bym do Chateaubriand pojechać nie miał. I kordelas zatrzymam... jeżeli będę napadniętym, potrzebnym mi będzie do obrony.
— Jedźże więc i broń się, wyrzekła stara, potrząsając głową; nikt nie potrafi uniknąć przeznaczenia swojego.
Nie dosłyszałem już reszty, bom w cwale z miejsca ruszył; obejrzałem się jednakże na zakręcie drogi i zobaczyłem ją idącą daléj z swoim ciężarem.
W godzinę potém byłem już w lesie, w waszym towarzystwie, — Mont-Louis i Talhouet, bo należeliście do tego polowania.
— Tak jest, odpowiedział, i zaczynam już wszystko pojmować.
— I ja także, dodał Mont-Louis.
— Tylko ja o niczém nie wiem, ozwał się Ducouëdic, mówże daléj, Pontcalec.
— Psy nasze pogoniły za danielem, a myśmy się rzucili w ich ślady; lecz po chwili usłyszeliśmy inne naszczekiwania, i przekonaliśmy się, że prócz nas, ktoś inny jeszcze poluje w tym lesie. Niezadługo skrzyżowały się te obydwa polowania w jedném miejscu, i psy moje omylone w tropie pogoniły za danielem, ściganym przez tamtę drugą sforę. Udałem się szybko za mojemi psami, zostawiając was wraz z całém myśliwstwem, w tém słyszę, że mnie już ktoś był uprzedził, bo psy moje skomlały, i dolatywał mnie odgłos harapnika, którym je okładano. Dobiegam i widzę Caradec’a, który je własną ręką smagał. Wiecie, żeśmy się nienawidzili wzajemnie, potrzeba więc było małéj tylko sposobności, by ta nienawiść z całą siłą wybuchnęła. Zapytałem go jakim prawem bije psy moje. Odpowiedź jego była bardziéj jeszcze wyzywającą, aniżeli moja zaczepka. Byliśmy sami, młodzi, rywale, nienawidziliśmy się, każdy z nas miał broń u boku, więc dobyliśmy kordelasów, uderzyliśmy na siebie, i Caradec spadł z konia na wskroś przeszyty.
Niepodobna opowiedziéć wam, co się zemną działo, gdym go widział we krwi leżącego na ziemi, tarzającego się w boleściach konania. Dałem koniowi ostrogi, i jak szalony w głąb lasu popędziłem. Usłyszałem hallali, i piérwszy na miejsce przybiegłem. Pamiętam tylko, żeś mnie się zapytał, Mont-Louis, dla czegom tak blady?
— I ja to pamiętam, odpowiedział Mont-Louis.
— Przypomniałem sobie, wtedy przestrogę czarownicy i gorżkom żałował, żem jéj nie posłuchał: ten pojedynek tak sam na sam, zdawał mi się być zabójstwem raczéj. Nantes i cała okolica stała się dla mnie nieznośną, bo wszędzie o zamordowaniu Caradec’a mówiono. A chociaż mnie nikt nie posądzał, to jednakże skryty głos serca mego mnie obwiniał i po kilkadziesiąt razy sam chciałem się oddać w ręce sprawiedliwości.
Nakoniec opuściłem Nantes i udałem się do Paryża; pragnąłem zobaczyć jeszcze wprzódy czarownicę, ale nie wiedziałem gdzie ona mieszka i odszukać jéj nie mogłem.
— To dziwna rzecz, mówił Talhouet. A późniéj, czyliż widziałeś ją kiedy?
— O, poczekaj, odrzekł Pantcalec, bo teraz dopiéro straszne usłyszycie rzeczy. Téj zimy, czyli raczéj jesieni, ale mówię zimy, bo śnieg sypał dnia tego, chociaż mieliśmy dopiéro listopad, wracałem z Gueur i chciałem popasać w Pontcalec-des-Aulnes, po odbytem polowaniu na bekasy w towarzystwie dwóch dzierżawców moich. Naziębliśmy wskroś, lecz w miejscu schadzki zastaliśmy rozpalony wielki ogień i zastawione jedzenie.
Wchodząc do izby, gdzie mnie ludzie moi witali, spostrzegłem siedzącą przy kominie starą kobiétę, która zdawała się drzemać. Obszerny płaszcz z czarnéj i szaréj wełny okrywał ją całkiem.
— Któż to jest? zapytałem się gospodarza, głosem zmienionym i drżąc pomimowoli.
— Jakaś stara żebraczka, nie znam jéj ale bardzo wygląda na czarownicę, odpowiedział mi. Była na wpół zmarznięta i umierająca z głodu i z znużenia. Prosiła mnie o jałmużnę, kazałem jéj wejść i dałem jej kawałek chleba, który zaraz zjadła, grzejąc się przy ogniu: teraz trochę zasnęła.
Postać przy kominku poruszyła się nieco.
— Cóż to się panu stało? ozwała się w téj chwili żona dzierżawcy, zupełnieś pan przemókł, a odzienie błotem zbryzgane aż ku ramionom.
— Otóż o mało, moja dobra Martyno, żeście sami, przygotowanego dla mnie jedzenia, nie spożyli.
— Doprawdy? zawołała poczciwa kobiéta przelękniona.
— Tak, bo zaledwie że pan nasz ocalał, odpowiedział jéj mąż.
— O mój Jezu przenajświętszy! i cóżże się stało?
— Wiesz, że bagna nasze przepełnione są trzęsawiskami, otóż zapędziłem się niezważając gdzie jestem, aż na raz jeden poczułem, że gręznę coraz bardziéj; wystrzeliłem więc na znak, i mąż twój nadbiegł, moja Martyno, i wydobył mnie z błota, w którem byłbym niezawodnie śmierć moję znalazł, i to śmierć okropną a głupią zarazem.
— Oh dla Boga, przez wzgląd na rodzinę swoję, nie narażajże się tak pan margrabia!
— Dajcie mu pokój, niechaj robi co mu się podoba, ozwał się od komina jakby głos grobowy... bo on taką śmiercią nie zginie, ja mu to przepowiadam.
I odsłaniając kaptur swojego szarego okrycia, poznałem w staréj żebraczce owę wróżkę widzianą na drodze do Savenay a następnie w lesie pod Chateaubriand.
Stanąłem nieruchomy i jakby zdrętwiały.
— Pan mnie znasz, nieprawdaż? zapytała mnie bez najmniejszego pomieszania.
Skłoniłem głowę na znak, że ją poznałem, ale nie miałem odwagi słowa wymówić. Wszyscy otoczyli nas w około.
— Nic, nie, margrabio de Guer, uspokój się, bo nie umrzesz w ten sposób.
— I zkądżeż to wiesz? zapytałem jąkając się, chociaż wgłębi duszy o jéj wiedzy przekonany byłem.
— Nie mogę ci na to odpowiedziéć, bo sama tego niewiem: wiesz dobrze, że się nie mylę.
— Jakżeż więc umrę? zapytałem, przyzywając wszystkich sił moich i krew zimną, by jéj to zrobić pytanie i odpowiedź posłyszéć.
— Umrzesz przez morze, panie margrabio.
— Jakto? zapytałem, co chcesz przez to powiedzieć?
— Co powiedziałam to powiedziałam, i jaśniéj tłumaczyć się nie mogę. Ale powtarzam, panie margrabio: strzeż się morza.
Moi wieśniacy spojrzeli na siebie z przestrachem, jedni się przeżegnali, drudzy poczęli zmawiać pacierze. Stara czarownica zaś, zakryła znowu głowę swoję kapturem, i nie odpowiedziała nam już i słówka.


X.
ARESZTOWANIE.

— Szczegóły téj sceny mogą się zatrzeć w méj pamięci, ale wrażenie, jakiego doznałem, nigdy. Nie pozostał się dla mnie odtąd i cień wątpliwości, a ta przepowiednia była dla mnie już jakoby rzeczywistością. Gdybyście mi się i w oczy rozśmieli, tak jak to niegdyś uczynił wuj mój Chryzogon, to jednakżeż nie odjęlibyście mi wiary, że i ta wróżba się ziści: że morze o śmierć mnie przyprawi. Dla tego téż postanowiłem, że gdyby te ostrzeżenia, któreśmy otrzymali sprawiedliwe były, gdyby mnie ścigali wysłańcy Dubois, a u brzegu czekała na mnie łódka i nie potrzebowałbym daléj na niej uciekać, jak do Belle-Isle, to pomimo tego wszystkiego oddałbym się raczéj tym, którzyby mnie ścigali, mówiąc: «Czyńcie co do was należy, ja z rąk waszych nie umrę, bo wiém, że tylko morze życiu mojemu zagraża a inaczéj nie lękam się śmierci.»
Trzéj Bretończykowie wysłuchali w milczeniu powyższego opowiadania, które w obecnych okolicznościach przybrało niejako uroczystą na siebie barwę.
— Otóż teraz pojmujemy, mój przyjacielu, twoją, niezrównaną odwagę, ozwał się po chwili Ducouëdic: rodzaj śmierci jaki ci przeznaczono, zasłania cię od wszelkiego innego niebezpieczeństwa, które z tamtym styczności nie ma. Miéj jednakże na względzie, ażeby ta anegdotka nie stała się głośną, boby zmalała zasługa twoja, nie w oczach naszych, którzy ciebie ocenić umiemy, ale drudzy powiedziećby mogli, żeś się dla tego z taką odwagą rzucił do spisku, że nie możesz być ani ściętym, ani rozstrzelanym i t. p., a dotąd jeszcze niemasz zwyczaju, by spiskowych topiono.
— A możeby i prawdę wyrzekli, odpowiedział Pontcalec z uśmiechem.
— Ależ my, kochany margrabio, którzy nie mamy podobnego zabezpieczenia osób naszych, nie byłożby słusznie, gdybyśmy się zastosowali do tego ostrzeżenia, udzielonego nam może przez kogoś przyjaznego nam, i opuścili Nantes a nawet i Francją co rychléj?
— To ostrzeżenie może być fałszywém, bo zdaje mi się, że ani w Nantes ani gdziekolwiekbądź indziéj, nic o zamiarze naszym nie wiedzą.
— I podług wszelkiego podobieństwa nikt o tém wiedziéć nie będzie, nim Gaston dzieła swojego dokona, dodał Talbouet, wówczas będziemy się chyba tylko entuzjazmu zbytniego lękali, a entuzjazm nikogo nie zabija. Ty jednakże Pontcalec, stroń od każdego portu morskiego, nie wsiadaj nigdy na żaden statek, a możesz być pewnym lat Matuzalowych.
Rozmowa byłaby się całkiem w żartobliwą przemieniła, pomimo grożących im okoliczności, gdyby i Pontcalec był chociaż w połowie tak do niéj usposobionym, jak przyjaciele jego; lecz miał czarownicę ciągle przed oczyma, gdy odsłoniła kaptur i głosem grobowym przepowiadała mu jego przyszłość. Nadto nadeszło i kilku szlachty, należących także do spisku, wejściem tajemném i w różnych przebraniach, którym tutaj miejsce schadzki naznaczono.
Nie mieli wszakżeż powodu obawiania się policji na prowincji, bo policja w Nantes nie była tak uorganizowaną, chociaż Nantes do większych miast we Francji należało, aby niepokoiła tak wielce konspiratorów, znających miejscowość, mających powagę imienia i znaczenie towarzyskie za sobą. Potrzeba więc było, ażeby dyrektor policji paryzkiéj, rejent albo Dubois, wysłali szpiegów szczególnych, którzy znowu, dla braku świadomości miejscowéj, różności ubioru i języka, zaraz bywali podejrzanymi dla tych, których śledzić mieli; ztąd też niebawem o ich przybyciu wiedziano, zanim jeszcze krok piérwszy w któremkolwiekbądź mieście na prowincji zrobili.
Jakkolwiek stowarzyszenie bretońskie liczném było, będziemy tutaj mówili tylko o czterech, wyżéj wymienionych naczelnikach, bo oni zajmowali główne karty historji z powodu ich znaczenia, rodowości, majątku, rozumu i odwagi, mając przez to i przewagę nad spólnikami swoimi.
Radzono na tém posiedzeniu o nowéj opozycji przeciwko edyktowi pana de Montesquieu i o uzbrojeniu wszystkich obywateli bretońskich w przypadku jakiego gwałtu marszałka. Był to, jak widzimy, początek wojny domowéj, do któréj wzywali, rozwijając sztandar poświęcony. Zepsute obyczaje dworu i rejenta, świętokradztwo, jakiego się Dubois dopuszczał, dostatecznym do tego były powodem, by tyle religijna prowincja rzuciła anatema na rząd tak niegodny, jak się wyrażali, który nastąpił po gorliwém i surowém panowaniu Ludwika XIV.
To ogólne powstanie łatwém było do uskutecznienia, ile że i lud był niechętny wojsku które niejako z zuchwałą ufnością kraj było zajęło. Zaciągnieni przez Montesquieu oficerowie, niedzielący zabaw szlachty, unikali wszelkich z malkontentami stosunków, już to z dumy, już też z karności wojskowéj, co ich jednakże wiele kosztowało, bo w owym czasie oficerowie stali na równi z szlachtą, która tak jak i oni szpadę nosiła.
Pontcalec oznajmił współtowarzyszom cały plan powstania, ułożony przez komitet naczelny, nieprzypuszczając że w téj saméj chwili, gdy przedsiębrał środki do zburzenia rządu, policja Dubois otoczyła ich mieszkania, by ich ująć. Skutkiem tego wracający z tajemnéj narady, z daleka już widzieli przed drzwiami domów swoich, błyszczące bagnety i fuzje gwardzistów, mogli więc, przynajmniéj w większéj części, uchronić się ucieczką od niebezpieczeństwa: co wcale trudném do wykonania nie było, bo cała prowincja będąc z sobą w porozumieniu, zdolną była udzielić im schronienia; zresztą byli to wszystko zamożni właściciele dóbr ziemskich, którzy u dzierżawców swoich albo zarządzających ich dobrami, troskliwie ukryci być mogli. Znaczna zaś część potrafiła ujść do Hollandji Hiszpanii i Anglii, pomimo przyjaznych stosunków, jakie Dubois z temi dwoma państwami zawiązał.
Pontcalec, Ducouëdic, Mont-Louis i Talhouet, wyszli, jak zwykle, razem. Mieszkanie Mont-Louis było najbliższém miejsca tajemnych posiedzeń, gdy więc zbliżali się do niego dostrzegli przez okna jak ze światłem przebiegano pokoje, i wartę przede drzwiami, zagradzające je muszkietem.
— Oho! zawołał Mont-Louis, zatrzymując towarzyszy swoich, cóż to jest? cóż się to u mnie dzieje?
— Rzeczywiście, że zaszło coś nowego, dodał Talhouet, bo zdaje mi się, żem w i dział wartę i przed hotelem Rueńskiém.
— I niceś nam o tém nie mówił? zawołał Ducouëdic, należało się to jednakże.
— Nie chciałem być alarmistą i raczéj wolałem sobie powiedzieć, że to tylko jest patrol.
— Ależ to z pułku Pikardskiego, poszepnął Mont-Louis, który się był wrócił i teraz znowu nadszedł.
— To istotnie dziwną jest rzeczą! ozwał się Pontcalec, ale przekonajmy się: ztąd niedaleko do mojego mieszkania, idźmy tą tutaj uliczką, a jeżeli i mój dom jest strzeżonym, wtedy już nam żadna nie pozostanie wątpliwość i będziemy wiedzieli co nam czynić wypada.
Idąc więc daléj w milczeniu i ściśnieni jeden do drugiego, by w razie napaści mogli silniejszy dać odpór, przybyli na róg ulicy, gdzie Pontcalec mieszkał, i dostrzegli, że dom jego nietylko jest strzeżonym ale nawet całkiem zajęty. Oddział złożony z dwudziestu ludzi rozpędzał lud, który się przed nim gromadził.
— Teraz to już przestaje być żartem, wyrzekł Ducouëdic, bo chyba, że się wszczął pożar w naszych domach, skoro się te mundury tam kręcą. Co do mnie, kłaniam wam się najuniżeniéj i wynoszę się.
— I ja także, ozwał się Talhouet. Udaję się do Saint-Nazare a ztamtąd do la Croisic. Idźcie zemną, i wierzcie mi, że najlepiéj sobie poradzicie. Wiem tam o statku, który ma do Nowéj Ziemi popłynąć a kapitan jego, był dawniéj w usługach moich. Skoro na stałym lądzie powietrze dla nas nie będzie dość zdrowém, wsiądziemy na statek, i daléj w imię Boże!
— Hejże Pontcalec, dodał Mont-Louis, zapomnij nateraz o swojéj czarownicy i uchodź z nami.
— O nie, nie, nie, odrzekł Pontcalec, potrząsając głową, znam przyszłość moję pod tym względem i nie lękam się o nią: zresztą uważcie, panowie, że jesteśmy naczelnikami i że tą ucieczką przedwczesną zły przykład dajemy; niewiedząc nawet, czyli nam rzeczywiste grozi niebezpieczeństwo. Niemasz przeciwko nam żadnego dowodu: la Jonquière jest nieskazitelny a Gaston nieugięty; wszakżeż w listach swoich, wczoraj dopiéro odebranych, mówi nam, że wkrótce wszystko się skończy: i może w téj chwili wymierzył już cios, który Francją od rejenta uwolnił. Cóżby o nas mówiono, gdybyśmy uciekali w téj chwili, gdy Gaston działał? Zły przykład nasz, popsułby całą sprawę: zważajcie, moi panowie, że wam już nie rozkazuję jako przewodzca, lecz radzę jako prawy obywatel; nie potrzebujecie więc być posłusznymi, bo was od przysięgi waszéj uwalniam, ale jabym nie uciekał, będąc na waszém miejscu. Daliśmy przykład poświęcenia się, a najgorsze coby nas spotkać mogło, jest to: iżbyśmy jeszcze dali i przykład męczeństwa; lecz rzeczy nie dojdą do tego stopnia, jak mniemam. Gdy nas uwiężą, parlament bretoński sądzić nas będzie. A któż w nim zasiada? przyjaciele i wspólnicy nasi. Jesteśmy bezpieczniejsi w więzieniu, od którego oni mają klucze, aniżeli na jakim statku, od lada wiatru zależnym. Zresztą, nim parlament się zbierze, cała Bretanija powstanie, osądzą nas, lecz zarazem i uwolnią, a wolni będziemy zwycięzcami.
— Ma słuszność! zawołał Talhouet. Mój stryj, bracia moi, cała rodzina i wszyscy przyjaciele moi są skompromitowani: ocaleję albo umrę pospołu z nimi.
— To jest bardzo pięknie, przemówił Mont-Louis, ale muszę ci powiedziéć, mój kochany Talhouet, że o téj całéj sprawie gorsze od ciebie mam wyobrażenie: bo zapewne jesteśmy w ręku samego Dubois. Dubois nie jest szlachcicem i dla tego nienawidzi szlachtę; nie lubię takich ludzi mięszanych, którzy stanowczo do żadnej nie należą klassy: ani do szlachty, ani do księży, ani téż żołnierzami nie są. Prawdziwy szlachcic, żołnierz albo duchowny, opiera się na znaczeniu stanu swojego i zasad; inaczéj ma się z Dubois. Co do mnie, odwołuję się, według zwyczaju naszego, do wyroku większości; a jeśli większość będzie za ucieczką, z całej duszy na to się zgodzę.
— I ja z tobą, wyrzekł Ducouëdic. Montesquieu może być o wszystkiem lepiéj uwiadomiony, aniżeli nam się wydaje, i jeśli to Dubois nas w szponach swoich trzyma, jak twierdzi Mont-Louis, to się z nich tak łatwo nie wymkniemy.
— A ja wam powiadam, moi panowie, że powinniśmy zostać, wymówił Pontcalec; obowiązkiem każdego naczelnika w wojsku jest zginąć na czele żołnierzy swoich, a przewodzca spisku powinien ginąć na czele swojego związku.
— Pozwól sobie powiedzieć, moj kochany, ozwał się Mont-Louis, że ciebie twoja czarownica oślepia. Gotów jesteś utopić się z własnéj chęci, aby się tylko jéj przepowiednia ziściła. Ja zaś pud względem wieszczbiarek entuzjastą wcale nie jestem, wyznaję, a ponieważ nie wiem jaką śmiercią umrę, przeto w obecnéj okoliczności pewną mam obawę.
— Mylisz się! zawołał Pontcalec z powagą, bo mnie nic innego, prócz obowiązku nie wstrzymuje. A wreszcie, jeżeli mnie na śmierć nie skażą, to i was także nie: jestem waszym naczelnikiem, odwołam się do tego tytułu w obec sędziów moich, chociaż go się zrzekam na teraz. Bądźmy loicznymi, przez miłość Boską! i nie pierzchajmy jak trzoda owiec lękająca się wilka. Co u licha! jesteśmy żołnierzami, i mielibyśmy się ulądz zrobienia urzędowéj wizyty parlamentowi? Bo nic innego ztąd nie wyniknie: zrobią nam proces porządny i na tém koniec. Zajęte ławy czarnemi sukniami, uśmiechy porozumienia się pomiędzy sędzią a obwinionym, i nawzajem pomiędzy obwinionym a sędzią, i to jest wszystko. Dubois nam wojnę wypowiedział, przyjmijmy ją, a gdy nas parlament z oskarżenia zwolni, zwycięztwo nasze nad nim odniesione będzie ważniejszém, jak gdybyśmy byli z Bretanii wszystkie wypędzili wojska.
— Panowie, przedewszystkiém posłuchajcie, wymówił Ducouëdic: Mont-Louis wniósł, byśmy się do decyzji większości odnieśli. Jestem za zdaniem Mont-Louis.
— Bardzo słusznie, dodał Talhouet.
— Nie zrobiłem téj propozycji ze strachu, ozwał się Mont-Louis, ale by nie wpaść wilkowi w paszcze, skoro mu kaganiec włożyć możemy.
— Niepotrzebnie się tłumaczysz, Mont-Louis, odrzekł Pontcalec, znamy ciebie. Przyjmujemy twój wniosek i oddaję go pod głosowanie.
I ze zwykłym sobie spokojem, Pontcalec przystąpił do téj formułki, od któréj zależało ich życie, jakby do każdej innéj, podrzędnéj wagi.
— Niechżeż ci, wymówił, którzy przenoszą ucieczkę nad los wątpliwy, jaki nas czeka, jednę rękę podniosą do góry.
Ducouëdic i Mont-Louis podnieśli ręce.
— Dwóch przeciwko dwom, wyrzekł Talhouet, to na nic się nie zdało: więc idźmy za natchnieniem swojém.
— Tak, ależ wiecie, że ja, jako prezydujący, mam dwa głosy, mówił Pontcalec.
— To jest prawda! wyrzekli Mont-Louis i Ducouëdic.
— Niechżeż więc teraz ci, którzy chcą pozostać, ręce podniosą, wymówił znowu Pontcalec.
I on i Talhouet podnieśli ręce. Że zaś Pontcalec miał dwa głosy, przeto większość z ich strony była.
To obradowanie na środku ulicy mogłoby się było śmieszném wydawać, gdyby nie było chodziło o śmierć lub życie czterech pierwszych obywateli bretońskich.
— Otóż nie mieliśmy podobno słuszności, ozwał się Mont-Louis, a teraz, margrabio, rozkaz: będziemy tobie powolni.
— Obaczcie pierwéj co zrobię, a potém możecie robić co zechcecie.
I po tych słowach udał się wprost do mieszkania swojego, a za nim szli trzéj przyjaciele. Gdy stanął u drzwi, strzeżonych przez oddział gwardzistów, uderzył w ramię jednego z nieb, mówiąc:
— Mój przyjacielu, proszę cię, byś wywołał oficera swojego.
Żołnierz przekazał to żądanie sierżantowi, który wywołał kapitana.
— Czegóż pan chcesz? zapytał kapitan Pontcalec’a.
— Radbym wejść do siebie.
— Któż pan jesteś?
— Margrabia de Pontcalec.
— Cicho! poszepnął mu oficer, milcz pan i uciekaj co tchu, jestem tutaj, bym aresztował pana.
— Nikogo się nie wpuszcza! dodał na cały głos, odpychając Pontcalec’a ode drzwi, przed któremi natychmiast cały szereg żołnierzy stanął.
Pontcalec pochwycił rękę oficera, uścisnął ją i dodał:
— Jesteś zacnym młodzieńcem, mój panie, ale muszę wejść do mojego domu. Dziękuję, oby cię Bóg wynagrodził!
Oficer zdziwiony, kazał się wojsku rozstąpić i Pontcalec a za nim trzéj przyjaciele, przebyli dziedziniec pospołu. Rodzina jego, stojąca w progu, wydała na ten widok okrzyk boleści i przestrachu.
— Cóż to jest? zapytał margrabia spokojnie, cóż się tu dzieje?
— To jest, że aresztuję pana, odrzekł urzędnik policji paryzkiéj uśmiechającemu się Pontcalec’owi.
— Dalibóg, żeś pięknego dzieła dokonał, mój panie, ozwał się Mont-Louis, i widać, że zręczny z ciebie człowiek: jesteś urzędnikiem do szczególnych poruczeń policji paryzkiéj, a potrzeba ażeby ci, których masz aresztować, sami do ciebie przychodzili i ujęli cię za kołnierz.
Ajent zdumiały skłonił się temu, który tak żartobliwie do niego przemawiał w chwili, w którejby nie jeden głowę był stracił, i zapytał o nazwisko jego.
— Jestem Mont-Louis, mój kochany. Poszukaj czyli rozkaz twój nie rozciąga się i do mnie, a jeżeli tak jest, to przystąp do wykonania.
— Panie, odpowiedział ajent policyjny, kłaniając się coraz niżéj, o ile zdziwienie jego wzrastało, to nie ja, ale mój kolega Ducherson ma pana aresztować. Mamżeż go zawołać?
— Gdzież on jest? zapytał Mont-Louis.
— W mieszkaniu pańskiém, czeka tam zapewne...
— Przykroby mi było, gdyby tak zacny człowiek dłużéj jeszcze miał czekać, spieszę więc do niego. Dziękuję mój przyjacielu.
Urzędnik policyjny całkiem głowę stracił i skłonił się aż do ziemi.
Mont-Louis uścisnął rękę Pontcalec’a, Talhouet’a i Ducouëdic’a, poszepnął im słów kilka do ucha, i pobiegł do swojego mieszkania, gdzie, tak jak Pontcalec, aresztować się kazał.
Za ich przykładem poszli Talhouet i Ducouëdic, i o godzinie jedenastéj w nocy, całe dzieło dokonaném już było.
Wiadomość o tém aresztowaniu jeszcze téj nocy całe miasto przebiegła. Ale nikt się tego tak bardzo nie przestraszył, bo po piérwszém wrażeniu wywołaném powiedzeniem: aresztowano Pontcalec’a, Talhoueta Ducouëdic’a i Mont-Louis, każdy dodawał niebawem: Tak, ale ich parlament uwolni.
Nazajutrz jednakże, strwożyły się wszystkie umysły, gdy przybyła do Nantes komissja.
Komissja rozpoczęła działania swoje zaraz tego samego dnia, w którym przybyła. Zdziwiła się niemało, że nie doznała wielkiego przyjęcia z strony parlamentu, i że jéj szlachta zaraz swojego nie złożyła uszanowania. Silną nadano jéj władzę, spodziewała się, że się raczéj nagną przed nią a nie odważą się na obrazę, lecz przestrach ogólny był tak wielkim, że każdy tylko o sobie myślał.
Takiém było usposobienie Bretanii w kilka dni po aresztowaniu Pontcalec’a, Mont-Louis, Talhouet’a i Ducouedic’a. Zostawmy tę połowę spiskowych, ujętych w wieży przez Dubois, w Nantes, a zobaczmy co się w Paryżu z drugą dzieje połową.


XI.
B ASTYLIA.

A teraz pozwoli czytelnik, że go do bastjlji zaprowadzimy, do owego strasznego przybytku, na który każdy przechodzień ze zgrozą spoglądał, i który dla sąsiednich mieszkańców przedmiotem ciągłéj był trwogi; bo nieraz wśród nocy przedzierały się przez grube jej mury krzyki nieszczęśliwych, których na tortury brano, i dochodziły ich uszu, okropne w nich obudzając myśli. Do tego stopnia, że księżna de Les-diguières dnia jednego o téj królewskiéj fortecy napisała: że jeżeli gubernator nie rozkaże, by te ryki pacjentów jego ustały, będzie zniewoloną poskarżyć się królowi, że jéj zasnąć nie dadzą.
Ale od czasu rokoszu hiszpańskiego i pod łagodnym rządem Filipa Orleańskiego, nie słyszano już tych strasznych jęków boleści; zresztą towarzystwo hastylji było obecnie więcej wyszukaném: byli to ludzie zbyt dobrze ukształceni, ażeby mieli przeszkadzać wypoczynkowi tak znakomitych dam.
W jednym pokoju wieży narożnéj, na pierwszém piętrze, umieszczono jakiegoś więźnia, samego tylko. Była to wielka izba, podobna do przestronnego grobu, oświetlona dwoma oknami, strojnemi z niezrównanym zbytkiem w niezliczone mnóstwo krat i prętów żelaznych, przez które dzień tylko skąpo się wkradał; tapczan pomalowany, dwa stołki i mały czarny stolik wszystkie w niéj stanowiłysprzęty. Mury pokrywało mnóstwo napisów, które samotni więźniowie niekiedy dla rozrywki przeglądali.
— Cóż to pana obchodzi! Dosyć że wiem.
— Więc panu odpowiem tak, jak Achilles odpowiedział Agamemnonowi:
«Skoro wiesz, dla czegóż się pytasz?»
— Panie, ja nie żartuję, przerwał mu d’Argenson.
— I ja nie. Cytuję tylko Racine’a i nic więcéj.
— Miéj się pan na ostrożności, bo źle wyjdziesz na tym sposobie bronienia się.
— Czy pan sądzisz, że lepiéj na tém wyjdę, gdy się do wszystkiego przyznam?
— Nadaremnie zaprzeczasz faktowi, który do mojéj wiadomości doszedł.
— Więc pan pozwól, bym to w zwyczajnéj powtórzył prozie, com dopiero w pięknym wierszu wyrzekł: po cóż mnie pan zapytujesz o to, o czém tak dobrze uwiadomionym jesteś?
— Ho! ho! wyrzekł Argenson tonem tak zimnym a szyderczym zarazem, że się aż Gastonowi, pomimo całéj odwagi jego, przykro zrobiło. Cóżbyś mi naprzykład odpowiedział, gdybym się zapytał o przyjaciela pańskiego, kapitana la Jonquière?
— Odpowiedziałbym, odrzekł Gaston, blednąc pomimowoli, że z nim taka jak zemną nie zaszła pomyłka.
— Aha! zawołał d’Argenson, którego baczności nie uszło lekkie wzruszenie Gastona, to nazwisko porusza pana, jak mi się zdaje. Pan znasz zbliska kapitana la Jonquière?
— Znam go jako przyjaciela przyjaciół moich, którzy mnie jemu polecili, by mi Paryż pokazał.
— Tak jest, Paryż i jego okolice: palais-royal, ulice du Bac, la Muette, nieprawdaż, że z tą ostatnią szczególniéj pana miał poznajomić?
«Wiedzą o wszystkiem!>» wyrzekł Gaston w głębi duszy.
— A co, zapytał d’Argenson swoim żartobliwym głosem, nie masz tam pan jakiego Rasynowskiego wierszyka, by odpowiedzieć na to zapytanie?
— Możebym i miał, gdybym zrozumiał o co pan pytasz. Istotnie, żem chciał widzieć palais-royal, jest to przedmiot ciekawy o którym już wiele słyszałem; ulicę du Bac znam bardzo mało, a la Muette nieznana mi wcale, bom tam nigdy nie był.
— Nie mówię, ażebyś pan ją znał; ale kapitan la Jonquière miał pana tam zaprowadzić: czy możesz temu zaprzeczyć?
— Ani nie zaprzeczę, ani się też przyznam; ale odsyłam pana do niego, odpowie on na to pytanie najlepiéj, gdy tego uzna potrzebę.
— To jest zbyteczne, mój panie: zapytano go już i odpowiedział.
Dreszcz zimny przeszył serce Gastona: widocznie był zdradzonym, ale honor mu kazał milczeć: więc milczał.
D’Argenson czekał przez chwilę a widząc, że ciągle milczy, zapytał:
— Czy pan chcesz być konfrontowanym z kapitanem la Jonquière?
— Jestem w mocy pana, i możesz ze mną robić, co ci się stosowném być zdaje, odpowiedział. Lecz w duszy przyrzekł sobie, że gdy przed nim kapitan la Jonquière stanie, zgnębi go pogardą swoją.
— Dobrze, przemówił — po chwili d’Argenson, ponieważ pan jesteś w mocy mojéj, jak to sam wyrzekłeś, podoba mi się skazać cię obecnie na zwyczajne i niezwyczajne badanie. Wiesz pan co to jest? dodał, przyciskając na każdéj sylabie. Czy pan wiesz, co to jest kwestja zwyczajna i niezwyczajna?
Pot zimny oblał czoło Gastona, on się śmierci nie lękał, ależ tortura była gorszą od śmierci: każdy wychodził z rąk kata albo kaleką lub téż przynajmniéj oszpeconym. A jedno i drugie było okropném dla młodego człowieka.
D’Argenson jak przez szkło, czytał w sercu Gastona.
— Hola! zawołał.
Dwóch drabów weszło.
— Ten pan nie ma żadnego wstrętu do badania zwyczajnego i nadzwyczajnego, wyrzekł d’Argenson, więc go zaprowadźcie do izby badań.
«Otóż i nadeszła godzina próby, któréj się spodziewałem! poszepnął Gaston. O mój Boże, dodaj mi odwagi!»
I zdawało się, że go Bóg wysłuchał, po skinąwszy głową na znak, że do wszystkiego jest gotów, udał się pewnym krokiem ku drzwiom; przed nim szło dwóch stróżów a za nim d’Argenson.
Zeszli po kamiennych wschodach i minęli pierwsze więzienie w narożnéj wieży; potém przeprowadzili Gastona przez dwa dziedzińce.
W chwili, gdy przez drugi przechodzili dziedziniec, kilku więźniów, ujrzawszy przez kraty przystojnego młodzieńca i z pewną elegancją ubranego, zawołało:
— Hola! mój piękny panie, więc ciebie wypuszczają?
A głos kobiecy dodał:
— Gdy się ciebie o nas zapytają, mój panie, powiedz im, żeśmy nic nie zeznali.
Jakiś młody człowiek westchnął, mówiąc:
— Jakżeś szczęśliwym, mój panie, zobaczysz tę, którą kochasz.
— Mylisz się odpowiedział Gaston, jestem na torturę skazany.
Straszne po tych wyrazach nastąpiło milczenie, i ponury orszak szedł daléj; potém most zwodzony spuszczono i wsadzono Gastona do lektyki zakratowanéj i na klucz zamkniętéj, i zaniesiono go pod liczną strażą do arsenału, oddalonego tylko wąskiém przejściem od bastylji.
D’Argenson, idąc naprzód, już czekał na swojego więźnia w izbie tortur.
Gaston ujrzał izbę sklepioną, w któréj kamienie muru goło sterczały, a podłoga wilgotną była: w koło wisiały łańcuchy, okowy, powrozy i inne narzędzia dziwacznego kształtu. Naczynia z ogniem stały w głębi, a krzyże ś. Andrzeja umieszczono w węgłach.
— Widzisz pan tutaj, ozwał się d’Argenson, pokazując Gastonowi dwa ogniwa przytwierdzone do podłogi, oddalone na sześć stóp jedna od drugiéj, i rozdzielone drewnianą ławką na trzy stopy wysoką: do tych dwóch ogniw przywiązują się nogi i głowa pacjenta, a ten koziołek wsuwa mu się pod krzyż, tak że brzuch jego jest o dwie stopy wyżéj od twarzy; polem wlewa się w niego woda garnkiem zawierającym dwie miarki, liczba takich garnków jest oznaczona przy zwyczajném badaniu na ośm, a przy nadzwyczajném na dziesięć. Jeśli pacjent potykać nie chce, wtedy mu się nos ściśnie, a zaraz usta otworzy i połyka wodę. Ta kwestja, mówił d’Argenson podobny do pięknego mówcy, który się napawa każdym szczególikiem mowy swojéj, jest wielce przyjemną, chociaż jéj nie przenoszę nad kołki. Umiera się i od jednéj i od drugiéj, lecz kolki psują za nadto kształty pacjenta. Prawda, że woda niszczy zdrowie na przyszłość, jeżeli więzień odzyska wolność, chociaż te rzadko się zdarza, bo przy zwyczajném zaraz badaniu następuje zeznanie, gdy jest winnym, a niemal zawsze przy nadzwyczajném, chociaż jest bez winy.
Gaston blady i nieruchomy słuchał tylko i patrzał.
— Może pan wolisz kołki? zapytał d’Argenson, Hola! pokażcie panu kołki.
I jeden z katów przyniósł kilka kołków, skrwawionych i spłaszczonych na końcach licznemi uderzeniami młotka?
— Chcesz pan wiedzieć jak się to robi? mówił znowu d’Argenson: Otóż ściśnie się kolana i łydki pacjenta dwiema dębowemi deskami, to tak mocno, o ile tylko można. Potém jeden z tych tutaj ludzi bierze kołek i wbija go całą siłą pomiędzy ściśnione kolana pacjenta; po pierwszym bierze się drugi grubszy. Ośm takich kołków wbija się przy zwyczajném badaniu a dwa grube więcej przy nadzwyczajném. Ot, te! i popchnął nogą dwa ogromnie grube kołki. Ale uprzedzam pana, że te tutaj zgruchocą nogi, połamią kości tak jak gdyby były szklanne, a ciało zgniotą na miazgę, co straszliwą sprawia boleść.
— Dosyć, dosyć, mój panie! zawołał Gaston, chyba że chcesz zwiększyć męczarnie tym opisem. Ale jeżeli to czynisz tylko przez usłużność, bym wybierać umiał, to raczéj sam zrób wybór, boś pan dokładnie z tém wszystkiém obeznany; proszę tylko o to, ażebyś wybrał z tych dwóch tortur tę, która mi prędszą śmierć sprowadzi, a będę ci wielce wdzięcznym.
D’Argenson spojrzał na niego, niemogąc utaić uwielbienia, jakie pomimowoli w nim moc duszy młodego człowieka wznieciła.
— Tam do licha! zeznaj pan, a uwolnisz się od katuszy.
— Nie zeznam nic, mój panie, bo nie mam nic do zeznania.
— Nie chciej pan być Spartanem, i wierzaj mi, że dużo się krzyczy w czasie tortury, ale wśród tego krzyku mówi się także i trochę.
— Spróbuj pan.
Odważna i śmiała postawa Gastona, pomimo walki, jaką w nim natura staczała, objawiającej się w bladości jego i lekkiém drżeniu nerwowém, przekonywały d’Argensona o mocy duszy więźnia. Był on nawykłym do spraw podobnych, rzut oka jego rzadko go zwodził, wiedział, że nic nie wymoże na Gastonie, a jednakżeż jeszcze nalegał:
— Panie, jeszcze czas! nie zmuszaj nas, byśmy coś przeciwko twojéj osobie przedsięwzięli.
— Przysięgam panu, odrzekł Gaston, przysięgam w obec Boga, który nas słyszy, że jeżeli mnie weźmiesz na tortury, zamiast cóś zeznawać, zatrzymam oddech i uduszę się, jeżeli to tylko będzie w mocy mojéj. Osądź przeto sam, czy ulegnę groźbie, skorom postanowił że i ból nic na mnie nie wymoże.
D’Argenson skinął na katów, przystąpili do Gastona; ale zamiast mu odjąć odwagę, to ich zbliżenie się, jeszcze siłę jego zwiększyło; z spokojnym uśmiechem pomógł im przy zdejmowaniu mu sukien i odpinaniu mankietów.
— A więc wodna tortura? zapytał katów.
— Naprzód wodna, odpowiedział d’Argenson.
Pozaciągano postronki w ogniwa, zbliżono kozły, napełniono kubki wodą, a Gston ani drgnął.
D’Argenson rozmyślał.
Po dziesięciu dopiero minutach, które zdawały się być wiekiem Gastonowi, wymówił d’Argenson gniewnie:
— Puszczajcie pana i odprowadźcie go do bastylji.


XII.
JAKIEM BYŁO W BASTYLJI ŻYCIE TYCH, KTÓRZY ŚMIERCI OCZEKIWALI.

Gaston już chciał podziękować panu d’Argenson, ale się wstrzymał. Dziękując mu, zdawałoby się, że miał strach. Włożył więc swoje suknie, powyciągał mankietki i powrócił do bastylji tą samą drogą, którą był przyszedł.
«Nie chcieli zaciągnąć do wywodu słownego szlachcica wziętego na tortury, mówił sam do siebie; zadość im będzie osądzić mnie i na śmierć skazać.»
Ależ to zagrożenie torturą nie było bezkorzystném dla Gastona, bo wyobrażenie śmierci przedstawiało mu się obecnie łagodném i prostém, bez owéj przedwstępnéj katuszy, którą mu naczelnik policji tak dokładnie był opisał.
Co więcéj, wróciwszy do swojego pokoju, z radością powitał to wszystko, co mu się przed godziną tak straszném być zdawało. Ta izba więzienna przybrała postać wesołą a życie w niej było rozkoszném; najsmutniejsze napisy na ścianach były madrygałami w porównaniu gróźb dotykalnych, zdobiących mury izby tortur, nawet dozorcy więzienia wyglądali jak szlachta bardzo przyzwoita, porównywając ich z katami.
Jeszcze nie była upłynęła godzina, odkąd Gaston w swoim wypoczywał pokoju, przyglądając się z rozważaniem wszystkiemu, co teraz przy takiém porównaniu widok dlań przyjemny tworzyło, gdy przyszedł do niego major bastylji w towarzystwie dozorcy.
— Rozumiem pomyślał Gaston, to zaproszenie gubernatora, jest zapewne zwykłem hasłem, które się w podobnych przypadkach daje więźniowi, by go od katuszy oczekiwania śmierci uwolnić. Będę zapewne przechodził przez jaką, izbę z ubliettami, wpadnę w nie i umrę: niechaj się dzieje wola Boża!
Gaston powstał, uśmiechnął się smutno, żegnając swoje ponure więzienie, i udał się mocnym krokiem za majorem, a gdy przybyli do ostatniéj kraty, zdziwił się nie mało, że jeszcze go jaka ciemnica nie pochłonęła. Przebywając tę drogę wymawiał ciągle imię Heleny, by z niém na ustach umrzeć, ale żaden wypadek nie towarzyszył temu miłosnemu i poetycznemu zarazem wezwaniu; bo przebył spokojnie most zwodzony, wszedł na główny dziedziniec gmachu a potem do mieszkania gubernatora.
P. de Launay wybiegł na jego spotkanie.
— Dasz mi pan swoje słowo honoru, że nie pomyślisz o ucieczce, póki tutaj u mnie będziesz?.... Rozumie się, że gdy pana do twojego odprowadzą pokoju, będziesz zwolnionym z danego słowa, i wtedy znowu moją będzie rzeczą przedsięwziąć wszelkie środki, by sobie na dłużéj towarzystwo pańskie zapewnić.
— Daję panu moje słowo, odrzekł Gaston, ale tylko w takich granicach, jak to sam wyrzekłeś.
— To dobrze, chciej pan wejść, jesteś oczekiwany.
I gubernator wprowadził go do pokoju bardzo dobrze u meblowanego, chociaż w guście za Ludwika XIV, a moda ta poczęła już zadawnieniu ulegać. Gastona odurzyło zebranie liczne i woniejące różnemi pachnidłami, jakie tam zastał.
— Mam honor przedstawić państwu p. kawalera de Chaulay, ozwał się gubernator.
A potém wymienił nazwiska obecnych:
— Książe de Richelieu. Hrabia de Laval. P. kawaler Dumesnil. P. de Malezieux.
— Ah! zawołał Gaston z uśmiechem, wszyscy konspiratorowie rokoszu Cellamary.
— Prócz księcia i księżnéj du Maine, i samegoż księcia de Cellamare, odpowie, dział opat Brignant, kłaniając się z kolei:
— O panie, wyrzekł Gaston tonem zarzutu, zapominasz o dzielnym kawalerze d’Harmental i uczonéj pannie de Launay.
— D’Harmental leży w łóżku z powodu rany swojéj, odpowiedział Brigand.
— A panna de Launay, dodał kawaler Dumesnil, rumieniąc się z radości na jéj widok, ot właśnie nadchodzi, by nas przy objedzie obecnością swoją, zaszczycić.
— Chciej mnie pan przedstawić, wymówił Gaston, sądząc że pomiędzy więźniami nie robi się wielkich ceremonij, liczę na usłużność pana.
Kawaler Dumesnil ujął jego rękę i przedstawił go pannie de Launay.
Pomimo całéj władzy, jaką Gaston miał nad sobą, nie ustrzegł się jednakże, ażeby w ruchomych rysach jego nie przebijało się pewne zdziwienie.
— O, panie kawalerze! zawołał gubernator, zdybałem cię: zapewne i pan podzielałeś to zdanie trzech czwartych części Paryżan, że ja pochłaniam więźniów moich, nieprawdaż?
— Nie, panie, odpowiedział Gaston, ale sądziłem, że zaszczyt objadowania z panem został na inny dzień odłożonym.
— Jakto?
— Czy to zwyczajem jest pańskiém, odpowiedział mu Gaston, że więźniom swoim, ażeby im apetytu dodać, każesz przed objadem odbywać przechadzkę, taką, jaką ja...
— Ah prawda! zawołała panna de Launay, wszakżeż to pana dopiéro co na torturę! prowadzono?
— Tak jest pani, i potrzeba było tak wielkiéj przeszkody, by mnie zatrzymać od znajdowania się w tak miłém towarzystwie.
— O mój panie kawalerze, ozwał się gubernator, co o to, to do mnie pretensji nie miéj! bo to nie należy do jurysdykcyi mojéj. Dzięki Bogu! jestem tylko żołnierzem a nie sędzią. Potrzeba odróżnić togę od zbroi, jak mówi Cycero. Mojém zatrudnieniem jedynie jest pilnować pana, strzedz, ażebyś nie ociekł, i uczynić panu pobyt w bastylji tak miłym, byś znowu do niéj powrócił, i mnie towarzystwem swojém zaszczycił. Zaś czynnością pana d’Argenson jest, kazać pana torturować, ściąć, powiesić, na koło wpleść i ćwiartować, jeżeli mu tak wypadnie. Niechaj więc każdy w swoim pozostanie obrębie. Panno de Launay, waza na stole, dodał zwracając się ku niéj na widok roztwierających się podwoi do sali jadalnéj. Zechcesz pani rękę moję przyjąć? Przepraszam, panie Dumesnil, masz mnie za tyrana niewątpliwie, ale korzystam tylko z przywilejów gospodarza. Proszę do stołu, moi panowie!
— Ah jakaż to okropna rzecz, to więzienie! westchnął książę de Richelieu, umieszczony pomiędzy panną de Launay i hrabim de Laval, poprawiając starannie mankietki swoje.
— Czy podać panu ten półmisek z rakami? zapytał gubernator.
— Owszem, odrzekł książę, kucharz pański sporządza je doskonale, i chciałbym ażeby mój kucharz był spólnie ze mną konspirował, byłby z pobytu swojego w bastylji mógł nie jedno od pańskiego skorzystać.
— Panie hrabio, mówił dalej gubernator, masz szampana przed sobą, proszę nie zapominać o sąsiadce.
Laval nalał sobie kieliszek i z wyrazem ponurym wysączył go aż do ostatniéj kropli.
— Mam go wprost z Ai, wymówił gubernator.
— Dasz mi pan adres swojego dostarczyciela? zapytał książę de Richelieu, pana de Launay, bo jeżeli mi rejent nie każę wszystkich czterech głów moich uciąć, przysięgam, że ciągle pić będę... I jakżeż pan chcesz! nawykłem do tego w czasie troistego pobytu u pana, a jam skłonny do nawyknień.
— Otóż to panowie, bierzcie przykład z księcia de Richelieu, jest on jednym z najwierniejszych mi, to téż, ma tutaj już swój pokój, którego w nieobecności jego nikomu nie daję, chyba że wszystkie inne zajęte zostały.
— Ten rejent, mógłby nas zniewolić, ażeby każdy z nas już przy swoim się pozostał, wtrącił Brigand.
— Panie opacie, chciéj rozebrać te kuropatwy, przemówił gubernator, miałem sposobność zrobić tę uwagę, że w tém właśnie celują duchowni.
— Pochlebiasz mi pan, odpowiedział Brigand, przysuwając do siebie półmisek z kuropatwami, które począł z taką rozbierać zręcznością, iż dowiódł jak najdokładniéj, że pan de Launay znał się na ludziach.
— Panie gubernatorze, ozwał się głosem groźnym hrabia Laval, nie możesz mi pan powiedziéć, dla czego mnie dziś z rana o godzinie drugiéj zbudzono? Cóż znaczy ta nowa przezorność?
— To nie jest moją winą, panie hrabio, tylko pań tych i panów, którzy się nie chcą spokojnie zachować, pomimo przestróg, jakie im codziennie daję.
— Nam! zawołali na raz wszyscy biesiadujący.
— Tak, nie inaczéj, bo państwo w pokojach swoich dopuszczacie się tysiącznych przekroczeń regulaminu. Co chwila uwiadamiają, mnie o jakichciś korrespondencjach, biletach.
Richelieu na głos się rozśmiał a panna de Launay i kawaler Dumesnil zarumienili się nagle.
— Ale pomówimy o tém przy deserze, mówił gubernator daléj. Panie hrabio, zdrowie pańskie... Kawalerze de Chaulay, pan nie pijesz?
— Nie, panie, słucham.
— Powiedz raczéj, że marzysz. O, ja się tak łatwo oszukać nie dam.
— O czémże marzy? zapytał Malezieux.
— O czém pan chcesz, ażeby chłopiec dwudziesto-pięcioletni marzył. Widać, żeś się pan podstarzał, kochany poeto. Marzy o kochance swojéj, dalipan!
— A brawo! brawo! zawołał Malezieux, to jest ładnie, ślicznie. Mości książę, zrobiłem dystychon na panią du Maine.

Il vaut, miex separer, n’est-il-pas vrai, madame,
La tête de son corps, que le corps de son âme.

— Cóż książę powiesz o téj myśli, odtąd gdy ją w wierszu uwięziłem? zapytał Malezieux.

— Że mniéj warta, jak gdy się w prostéj mieściła prozie, panie poeto, odpowiedział książę.
— Cóżeś zrobił z panem de Pompadour, gubernatorze?
— Bardzo mi przykro było wtrącić go do ciemnicy, mości książę.
— Do ciemnicy? zapytał Gaston, i cóż on zawinił?
— Obił swojego dozorcę.
— Odkądże niewolno już szlachcicowi bić swoich ludzi? zapytał Richelieu.
— Dozorcy więzienia są królewskiemi ludźmi, mości książę, odpowiedział gubernator z uśmiechem.
— Powiedz raczéj, rejenta, odrzekł Richelieu.
— Różnica nie wielka.
— Ale tém słuszniejsza.
— Mogęż panu nalać kieliszek Chambertin’a, panie hrabio? zapytał gubernator.
— Dobrze, jeżeli zechcesz zemną wypić za zdrowie króla.
— Jak najchętniéj, skoro pan następnie wypijesz ze mną, za zdrowie rejenta.
— Nie mam już pragnienia, panie gubernatorze.
— Bardzo wierzę, boś pan dopiero taki kielich doskonałego szambertyna z piwnicy jego królewskiéj mości wypił.
— Jego królewskiéj mości? to wino jest z piwnicy rejenta?
— Zaszczycił mnie niém wczoraj, wiedząc że będę miał szczęście objadować dzisiaj z księciem panem.
— W takim razie, ten szambertyn jest zatrutym! zawołał Brigand wylewając resztę z kieliszka swojego na podłogę. Venenum tureus. Podaj mi pan swroję butelkę z winem, panie de Launay.
— Zanieś panu opatowi to wino.
— Oho! ozwał się Malezieux, opat wylewa swoję, nie sądziłem że takim jest fanatykiem dobréj sprawy.
— Pochwalimy cię, opacie, skoro to wino nie zgadza się z zasadami twojemi:
ale niesłusznie je wylałeś: poznaję tego szambertyna, piłem go dawniéj, i rzeczywiście, że pochodzi z piwnic rejenta, i drugiego takiego nigdzie nie znajdziesz. Czy duży masz zapas, panie gubernatorze?
— Tylko sześć butelek.
— Otóż widzisz, opacie, jakie popełniłeś świętokradztwo. Dla czegóżeś go nie dał sąsiadowi swojemu albo napowrót nie wlał w butelkę... Tam raczéj było jego miejsce a nie na podłodze: vinum in amphorum, mówił mój nauczyciel.
— Mości książę, ozwał się Brigand, pozwól sobie powiedziéć, że lepiéj umiesz po hiszpańsku jak po łacinie.
— Wcale nie źle, ale jest jeszcze jeden język, którym najgorzéj mówię a którego nauczyć się pragnę, to jest: Francuzki.
— A, bah! to byłoby za długo i nudno. Prędzej to książę uskutecznisz, gdy się każesz do akademii przyjąć.
— A pan, zwrócił się Richelieu do Gastona, czy także mówisz po hiszpańsku?
— Mówią, że mnie dla tego w bastylji zamknięto, odpowiedział Gaston, bom nadużywał języka hiszpańskiego.
— Mój panie, przerwał gubernator, uprzedzam cię, byś nic o polityce nie mówił inaczéj będę zmuszonym wstać od stołu, chociaż dopiéro w połowie objada jesteśmy; co byłoby rzeczą bardzo nieprzyjemną, bo znając waszą grzeczność, wiem, iżbyście i wy, bezemnie, nie zostali u stołu.
— Więc poproś pannę de Launay, ażeby nam o matematyce mówiła, pochwycił Richelieu, co zapewne nikogo nie zgorszy.
Panna de Launay zadrżała, jak gdyby ją kto ze snu twardego był zbudził. Siedząc naprzeciwko kawalera Dumesnil, rozpoczęła z nim rozmawiać oczami, co dla gubernatora wcale niebezpieczném nie było, ale unieszczęśliwiało pana de Maison-Rouge, naczelnika bastylji, szalenie zakochanego w pannie de Launay; czynił on wszystko, co tylko w mocy jego było, ażeby się jéj przypodobać, w czém go jednakże kawaler uprzedził.
Po powyźszém przemówieniu gubernatora, objad odbył się bardzo przyzwoicie, bez wzmianki o rejencie i ministrze jego. Więźniowie dla których te zebrania, dozwolone przez rejenta, wielką były rozrywką, starali się o czém inném mówić, a Gaston mógł by był powiedzieć, że jednym z najprzyjemniejszych i najdowcipniejszych objadów, w życiu jego, był ten w bastylji.
Nadto ciekawość jego była podnieconą. Znajdował się w obec ludzi, którzy dwoiście sławni byli, już to przez ojców swoich i talenta, już téż przez uświetnienie, jakie im rokosz Cellamary nadawał. I dziwną jest rzeczą, że te wszystkie osoby, czy to jako ludzie w świecie poszukiwani, czyli téż jako panowie znakomici, poeci albo uczeni, wszyscy zdawali mu się stać na równi z opiniją, jaką mieli.
Po skończonym objedzie odprowadzono znowu każdego z osobna. Każdy dziękował gubernatorowi za jego grzeczność, nie dostrzegłszy, że pomimo danego słowa, pokój przyległy sali jadalnéj napełniony był strażą, i że w ciągu objada wszyscy tak bacznie byli śledzeni, że niepodobieństwem było podać sobie i najmniejszy bilecik.
I Gaston tego nie spostrzegł, i całém tém przyjęciem był aż odurzony. Podobne postępowanie w więzieniu, o którém tylko z zgrozą mówiono, tak różne z sceną, która przed dwiema godzinami miała miejsce w sali tortur, pomięszało mu wszystkie myśli. Gdy koléj oddalenia się przyszła na niego, poprowadził daléj zaczętą zrana rozmowę z gubernatorem, zapytując go, czyliby brzytwy nie mógł dostać, która mu nieodbicie jest potrzebną, skoro ma widywać tak wykwintne zebranie.
— Jestem w rozpaczy, odrzekł gubernator, odmówienia panu rzeczy, która jak pojmuję, nieodzownie mu jest potrzebną. Ale mamy w regulaminie wyraźne zastrzeżenie, by się więźniowie bez pozwolenia naczelnika policji nie golili. Wejdź pan do mojego gabinetu, a znajdziesz tam papier, pióra i atrament, Napisz pan do niego, odeślę mu list, i mam nadzieję że wkrótce pożądaną, otrzymasz odpowiedź.
— Więc ci panowie, z którymi objad jadłem, i którzy tak dobrze byli ubrani i wygoleni, mają jakiś szczególny przywiléj?
— Bynajmniéj: i oni tak samo, jak to pan masz zrobić, prosili o pozwolenie. Nawet książę Richelieu, któregoś pan widział tak świeżo ogolonego i ufryzowanego, niegolony raz przez cały miesiąc, wyglądał jakby patryarcha jaki.
— Nie mogę pogodzić tej surowości w drobnych szczegółach z owém zebraniem pełném swobody, którego dopiéro co byłem świadkiem.
— I ja także mam przywileje moje, przywileje, które nie rozciągają się aż do brzytew, piór i książek, ale dozwalają mi zaprosić do mojego stołu, kogo zechcę, z pomiędzy więźniów moich; przypuszczać należy, że takie zaproszenie zawsze jest w pewnym rodzaju łaską, dodał z uśmiechem. Wprawdzie, że zarazem mam obowiązek zdać sprawę naczelnikowi policji, cokolwiekby przeciwko rządowi mówili; ale gdy im wzbraniam mówić o polityce, unikam zdrady gościnności, jakąbym popełnił, donosząc ich rozmowę.
— Ale czyż się nie lękają, że dozwalając panu takiéj zażyłości z więźniami, staniesz się dla nich zbyt, pobłażliwym, co się z postanowieniami rządu wcale nie zgadza?
— Znam obowiązki moje i umiem się do nich jak najściśléj zastosować. Ci wszyscy goście, których pan dziś u mnie widziałeś, a żaden z nich nie użala się na mnie, siedzieli już w ciemnicach, gdzie dotąd jeszcze nie jeden pozostał. Rozkazy dworu następują szybko po sobie, a jeden nie zgadza się z drugim. Ja je odbieram, wykonywam, a moi goście, wiedząc że na to nie wpływam a łagodzę wszystko o ile mogę, żadnéj urazy do mnie nie mają. Mam nadzieję, że i pan tak samo postąpisz, gdyby, czego nie przypuszczam bynajmniéj, jaki rozkaz, niezgodny z życzeniem twojém, do mnie nadszedł.
Gaston smutno się uśmiechnął.
— To ostrzeżenie bardzo jest użyteczném, wyrzekł, bo zdaje mi się, że nie długo będę korzystał z przyjemności, jaką dziś miałem. W każdym zaś razie odłączę osobę pańską od smutnych wypadków, jakie mnie spotkać mogą.
— Pan zapewne masz u dworu protektora jakiego?
— Żadnego nie mam.
— Może jaki wielowładny dobroczyńca czuwa nad panem?
— Nie znam żadnego.
— A, to potrzeba liczyć na traf pomyślny.
— Traf dla mnie nigdy pomyślnym nie był.
— Otóż może mu się właśnie uprzykrzyło być panu przeciwnym.
— A potém jestem Bretonem, a w Bretanii tylko w jednego wierzymy Boga.
— I ja o Bogu myślałem, mówiąc panu o szczęśliwym trafie.
Gaston napisał podanie swoje i oddalił się wielce zadowolony z gubernatora, z charakteru jego i sposobu postępowania.


XIII.
JAK PRZEPĘDZANO NOCE W PASTYLII, OCZEKUJĄC DNIA.

Już dnia poprzedniego wieczorem dowiadywa się Gaston, czyli świeca jest więźniom dozwoloną, a zapytany o to dozorca, odpowiedział że nie. Gdy więc zmierzch zapadł, a o téj porze roku następuje to bardzo rychło, nie pytał już o to i położył się spokojnie; bo dzisiejsza wizyta w izbie tortur była dla niego wielką nauką filozoficzną.
I czyli to była ufność młodzieńcza, czy moc charakteru, albo téż, co więcéj znaczy, potrzeba natury, Gaston po niedługim czasie już w głębokim był śnie.
Trudnoby mu było powiedziéć, jak długo spał, gdy go nagle brzęk małego obudził dzwonka. Dzwonek ten, zdawało się, że jest w pokoju jego, a jednakżeż dojrzéć go nie mógł, chociaż wzrok silił, o ile to było podobna: bo i wśród dnia ciemność zalegała mieszkanie Gastona, a cóż dopiero w nocy!
Dzwonek dzwonił bezprzestannie, zwolna i łagodnie, jakby ostrożną i lękliwą poruszany ręką, która nie chce, ażeby go daleko słyszano. Nadstawiając ucha na wszystkie strony, Gaston doszedł, że ten odgłos wychodzi z komina. Powstał i pobiegł skąd go dźwięk ten dolatywał, i nie zawiódł się: dzwonek istotnie brzęczał w kominie.
Zajęły sprawdzeniem swojego domysłu, posłyszał stuk w podłogę, na któréj stał. Stukano czemś tępem, w pewnych niby wymierzonych przestankach.
Widoczną było rzeczą, że to dzwonienie i stukanie w podłogę, były dawane mu znaki przez sąsiednich więźniów.
Ażeby się mógł lepiéj po pokoju rozpatrzeć, Gaston odemknął firanki, zasłaniające promienie księżyca, będącego właśnie w całym blasku. Wtém dostrzegł coś przywiązanego do sznurka, który się po-za kratą jego okna wiewał.
— Dobrze, otóż będę miał zajęcie. Ale każdy z kolei, bo potrzeba porządku, zwłaszcza téż w więzieniu. Zobaczymy nasamprzód czego dzwonek chce odemnie, bo on powinien mieć pierwszeństwo.
I Gaston przystąpił do kominka, wyciągnął rękę i schwycił sznur jakiś. Na drugim końcu tegoż był przywiązany dzwonek. Gaston szarpnął za koniec wiszący, ale dzwonek się nie odezwał.
— Dobrze, ozwał się głos z rury komina, jakby z tuby, dobrze, więc jesteś?
— Jestem odpowiedział Gaston. Czegóż chcesz odemnie?
— Tam do licha! czego chcę? pogawędzić trochę.
— Bardzo dobrze. Więc gawędźmy.
— Nie jesteśże pan kawalerem de Chanlay, z którym miałem zaszczyt objadowania dzisiaj u pana de Launay?
— Tak jest, mój panie.
— W takim przypadku jestem na usługi pańskie.
— Sługa najniższy.
— Więc chciéj mi pan powiedzieć, jak daleko zaszła sprawa bretońska?
— Do bastylji, jak pan widzisz.
— Dobrze! zawołał głos, niemogąc stłumić wesołego oddźwięku.
— Przepraszam, ale cóż pana obchodzi to, co się dzieje w Bretanii?
— To jest, że gdy sprawa bretońska źle stoi, to się z nami dobrze obchodzą, a gdy jéj się wiedzie pomyślnie, to nam dokuczają. Ztąd dnia jednego z przyczyny nie wiem jakiéj sprawy, w któréj pewne rozgałęzienie naszéj upatrywali, powsadzali nas wszystkich do ciemnic.
— Oho! wyrzekł Gaston w duszy, ty bo nie wiesz, ale ja wiem.
A potém dodał:
— Uspokój się więc pan: interes bretoński źle stoi, dla tego mieliśmy honor objadować pospołu.
— Ej panie! zapewneś skompromitowany w téj sprawie?
— Lękam się tego.
— A, to mi proszę wybaczyć.
— Pan mnie raczéj chciéj wybaczyć. Ale otóż mam sąsiada, który tak stuka w podłogę, że niemal deski pękają; pozwól, że odpowiem niecierpliwemu.
— Zrób to, mój panie, bo jeżeli mnie moje wyrachowania topograficzne niemytą, powinien to być margrabia de Pompadour.
— Nie łatwo się o tém przekonam.
— Ej to nie tak trudno, jak pan sądzisz.
— Jakżeż więc?
— Nie stukaż on w sposób niezwyczajny?
— Tak jest. Czyliż ten sposób stukania ma jakieś znaczenie?
— Niezawodnie. To jest nasz sposób porozumienia się, gdy nie mamy szczęścia rozmawiania wprost z sobą, jak to obecnie czynimy.
— Chciej mi pan dać klucz do tego.
— To nie trudno. Każda litera ma swój porządek w alfabecie, nieprawdaż?
— Niezaprzeczenie.
— W alfabecie jest dwadzieścia-cztery liter.
— Nie liczyłem ich nigdy, ale zawierzam panu.
— Otóż jedno stuknięcie znaczy A; dwa stuknięcia B, a trzy C, i t. d.
— Rozumiem; ale ponieważ po-za oknem mojém widzę zwieszony sznureczek, który niecierpliwi się zapewne, a powyższy sposób rozmawiania dużo potrzebuje czasu, stuknę przeto parę razy w podłogę, by dać poznać sąsiadowi podemną, żem go słyszał, i spieszę do sznureczka.
— Idź pan! pospieszaj, zaklinam cię! bo o ile się domyślam sznurek ten wielkie dla mnie ma znaczenie. Ale wprzódy stuknij trzy razy w podłogę, co w języku bastyljowym znaczy cierpliwość; i więzień poczeka dopóki mu nowego nie dasz znaku.
Gaston stuknął trzy razy nogą od krzesła, i odtąd już nie posłyszał pod sobą stukania. Więc korzystał z téj chwili wytchnienia i pobiegł do okna.
To nie było rzeczą tak łatwą dosięgnąć krat z wewnątrz, ile że mur miał do sześciu stóp grubości; ale Gaston przysunął stół do okna, uchwycił się jedną ręką kraty a drugą po sznurek sięgnął; za co sznureczek zdawał się być bardzo wdzięcznym, bo począł się zwolna poruszać.
Gaston odwiązał paczkę, lecz była tak dużą, że się ledwie pomiędzy kratą przecisnęła.
Zawierała słojek konfitur i książkę.
Dostrzegł, że na papierze, pokrywającym słojek, było cóś napisane, ale dla ciemności w pokoju przeczytać nie mógł.
Tymczasem sznurek poruszał się ciągle, co zapewne miało znaczyć, że na odpowiedź czeka.
Gaston przypomniał sobie daną mu przez sąsiada od dzwonka naukę, wziął więc miotłę, stojącą w kącie, która służyła do omiatania pajęczyny, i uderzył nią trzy razy w sufit.
Bo wszakżeż wiemy, że trzy stuknięcia znaczyły w języku bastyljowym cierpliwość.
Więzień od pakiecika zrozumiał tę mowę bo od razu wciągnął do siebie sznurek, uwolniony z swojego ładunku.
Gaston znowu przybiegł do kominka.
— Hej tam! mój panie! zawołał.
— A co tam? jestem.
— Otóż otrzymałem za pośrednictwem sznurka garnuszek z konfiturami i książkę.
— Czy nie masz co napisanego w książce albo na garnuszku?
— W książce nie wiem, ale na garnuszku niezawodnie. Nieszczęście tylko, że dla ciemności przeczytać nie mogę.
— Poczekaj, dam ci światło.
— Ależ tego podobno wzbroniono więźniom?
— Tak jest, alem się o nie postarał.
— Spiesz się pan, bom i ja niecierpliwy dowiedzieć się, co tam napisano.
I przypuszczając, iż mu noc cała na rozmowie z trzema sąsiadami upłynąć może, Gaston począł się ubierać, ile że w pokoju wcale nie było ciepło.
Zaledwie ukończył swoją tualetę, gdy w kominie zwolna rozjaśniać się poczęło. Dzwonek opuścił się znowu, ale w téj chwili przemieniony w latarnkę.
Ta przemiana stała się w bardzo prosty sposób: odwrócono dzwonek tak, że się z niego zrobiła fiola, w którą wlano oleju, a w olej włożono i zapalono knotek.
Nienawykły jeszcze do życia w więzieniu i wynalazków, jakie się tam rodzą, Gaston podziwiał środek, uważając go jako bardzo dowcipny, że na chwilę zapomniał o książce i słojku z konfiturami.
— Chciéj mi pan powiedziéć, zapytał sąsiada, zkąd pan wziąłeś te wszystkie przedmioty do zfabrykowania sobie lampki?
— Nic prostszego: zażądałem dzwonka, by nim zadzwonić, gdy będę czego potrzebował i dano mi go! Potém oszczędzałem oliwy przy śniadaniach i objadach, dopóki sobie całéj nie napełniłem butelki. Knoty porobiłem z nitek wyskubanych z chustki do nosa. Znalazłem kawałek krzemienia, przechadzając się po łące; zrobiłem sobie hubkę ze spalonéj bielizny. Potem skradłem gubernatorowi, będąc u niego raz na objedzie, dość sporo zapałek. Skrzesałem ogień nożykiem, którym zatrzymał, i który mi zarazem posłużył do zrobienia otworu, przez który obecnie rozmawiamy.
— Biję czołem przed panem! zawołał Gaston, jako przed człowiekiem pełnym wynalazków.
— Dziękuję panu za komplement, ale zechciéj teraz zobaczyć, jaką ci książkę przesłano i co napisano na słojku.
— Ta książka, to jest Wirgiliusz.
— Tak. otóż właśnie, obiecała mi go! zawołał głos z takiém odbrzmieniem radości i szczęścia, że Gaston nie pojmował, ażeby Wirgiliusza z tak wielką oczekiwano niecierpliwością.
— A teraz zobacz pan słojek z konfiturami, bardzo proszę, mówił daléj sąsiad.

— Bardzo chętnie. Słucham pana.[8]
„Panie kawalerze!

„Dowiedziałam się, że zajmujesz pan pokój na pierwszem piętrze, którego okno jest pod mojem oknem: pomiędzy więźniami wszyscy są obowiązani do wzajemnej pomocy i usług; zjedz konfitury, a Wergiliusza prześlij kawalerowi Dumesnil, który ma okno tylko od podwórza.”
— Spodziewałem się tej przesyłki — powiedział głos. — Zostałem uprzedzony o niej podczas obiadu.
— Więc to pan, jesteś kawaler Dumesnil?— zapytał Gaston.
— Do usług pańskich! Racz pan odczepić dzwonek i na jego miejsce umocować na sznurku Wergiliusza.
— Ale bez dzwonka nie zdołasz pan czytać — zauważył Gaston.
— O! nie troszcz się pan o to — odrzekł więzień. — Zrobię sobie inną lampkę.
Gaston, ufający sprytowi sąsiada, nie opierał się dłużej: odjął dzwonek, zasadził go w szyjkę pustej butelki i umocował do sznurka Wergiliusza, wraz z listem, który wypadł był z książki. Sznurek powędrował wesoło do góry wraz z ciężarem.
W więzieniu, każdy martwy przedmiot nabiera wyrazu i życia.
— Dziękuję panu — przemówił głos — a teraz jeżeli pan sobie życzysz odpowiedzieć sąsiadowi z dołu...
— Zwalniasz mnie pan?
— Tak, ale niedługo odwołam się znowu do pana uprzejmości.
— Jestem na pańskie rozkazy. Tak więc jedno uderzenie na A?
— Tak, a na Z dwadzieścia i cztery.
Gaston uderzył rękojeścią miotły w podłogę na znak, że jest gotów do rozmowy, na co sąsiad odpowiedział natychmiast. Po upływie półgodziny więźniowie zdołali przeprowadzić następującą rozmowę.
— Jak się nazywasz?
— Gaston de Chanlay.
— A ja, margrabia de Pompadour.
W tem Gaston spojrzawszy w okno, zobaczył, że sznurek kołysze się gwałtownie.
Zapukał mocno trzy razy, prosząc o cierpliwość i zwrócił się do komina.
— Panie! — przemówił — mam zaszczyt donieść, że sznurek niecierpliwi się widocznie.
— Proś go pan o trochę cierpliwości: za chwilę będę gotów.
Gaston zapukał w sufit i powrócił do komina. Po chwili Wergiliusz zjechał na sznurku.
— Panie — zawołał Dumesnil — zechciej uwiązać Wergiliusza na końcu sznurka: ona na to czeka.
Gaston ciekawy był, czy kawaler odpisał pannie de Launay. Otworzył Wirgiliusza: nie było w książce żadnego listu, tylko niektóre wyrazy po podkreślane ołówkiem. Gaston przeczytał: meos amores i carceris oblivia longa. Zrozumiał, że w ten sposób wybierając i podkreślając wyrazy można było ułożyć pewną całość. Kawaler Dumesnil i panna de Launay wybrali jako odpowiednią do okoliczności, czwartą księgę Eneidy, opisującą miłość Didony i Eneasza.
— Zdaje się — pomyślał Gaston, otwierając okno i umocowując Wergiliusza — że odgrywam tu rolę skrzynki pocztowej.
Westchnął myśląc, że nie ma sposobu przesłania listu Helenie, która nic nie wie zupełnie, co się z nim dzieje. Natchnęło go to jeszcze większem współczuciem dla panny de Launay i kawalera Dumesnila. Powróciwszy do komina, powiedział:
— Możesz pan być spokojnym: odpowiedź pańska już doszła.
— Tysiączne dzięki! — zawołał Dumesnil. — Jeszcze jedno słowo, a potém pozwolę ci już spać spokojnie. Czyś pan rozmawiał z sąsiadem z dołu?
— Rozmawiałem.
— Kto on jest?
— Margrabia de Pompadour.
— Domyślałem się tego. Cóż ci powiedział?
— Zapytał, jak się nazywam; ale nie miał czasu na nic więcej. Ten sposób rozmawiania jest dowcipny, ale nie bardzo prędki.
— Trzeba przebić otwór: wtedy będziecie rozmawiali swobodnie, tak jak my.
— Ale czem przebić?
— Pożyczę panu mojego noża.
— Dzięki!
— Będzie to w każdym razie roztargnienie.
— Zatem, proszę.
Nóż, rzucony w otwór komina, padł u stóp Gastona.
— A teraz, może panu oddać dzwonek?
— Tak, bo jutro rano strażnicy zobaczyliby, że go niema, a do rozmowy z margrabią nie potrzeba światła.
— Zapewne, że nie.
Dzwonek powędrował i powrotem na górę.
— A teraz — przemówił głos — ponieważ potrzeba ci coś do popicia po konfiturach, przyślę ci butelkę szampana.
— Dziękuję odrzekł Gaston — nie pozbawiaj się pan tego przysmaku, o który ja niebardzo stoję.
— W takim razie, prześlij ją, po wywierceniu otworu, margrabiemu, który jest zupełnie innego zdania.
— Dziękuję ci, kawalerze.
— Dobranoc!
Sznurek pojechał w górę. Gaston spojrzał w okno: sznurek znikł.
— Ah! — westchnął. — Bastylia byłaby dla mnie rajem, gdybym tu miał w pobliżu Helenę!
Potem zabrał się do rozmowy z margrabią de Pompadour, która trwała do trzeciej rano i podczas której uwiadomił go, że przebije otwór w podłodze, ażeby mógł porozumiewać się bezpośrednio.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


I.
WSPÓŁTOWARZYSZ BASTYLJI.

Zajęty w dzień badaniem go, a w nocy korrespondencją sąsiadów swoich i robieniem otworu dla łatwiejszego udzielania się Pompadourowi, Gaston był więcej niespokojnym aniżeli znudzonym. Nadto wynalazł sobie jeszcze jedno źródło do rozrywki. Panna de Launay otrzymywała wszystko od pana Maison-Roge, czego tylko zapragnęła, byle tylko żądanie swoje z słodkim oświadczyła mu uśmiechem; miała więc i papier i pióra, i atrament. Tylu skarbów udzieliła, rozumie się, także i kawalerowi Dumesnil, który znowu podzielił się niemi z Gastonem i z Richelieu. Ztąd Gaston powziął myśl napisać wiersz do Heleny, ile że Bretończycy, mniéj więcéj, wszyscy są poetami. Wszakżeż i kawaler Dumesnil tworzył wiersze do panny de Launay, która nawzajem mu swoje przesyłała, tak, że bastylja w prawdziwy zamieniła się Parnas. Jeden tylko Richelieu nie robił zaszczytu temu towarzystwu, pisząc zwykłą prozą do przyjaciół i kochanek swoich, do czego różnych a różnych używał sposobów.
Czas więc uchodził, bo czas ciągle biegnie, nawet i w bastylji.
Zapytano się Gastona, czyli sobie życzy być na mszy, a ponieważ, prócz chęci rozrywki jaką słuchanie mszy sprawić mu mogło, był i wielce religijnym, prosił o to z całego serca. Już nazajutrz po zaproponowaniu mu tegoż, zaprowadzono go do kościoła.
Nabożeństwo w bastylji odbywało się w małym kościele, który w miejscu kapliczek, maleńkie miał gabineciki, zkąd ku chórowi owalne wychodziło okno, w ten sposób, że więzień celebrującego tylko w chwili podniesienia, i to z tylu, mógł widziéć. Celebrujący zaś żadnego z więźniów nigdy nie zobaczył. Wynaleziono ten sposób słuchania mszy świętéj jeszcze za czasów wielkiego króla, gdy jednego razu któryś z więźniów zawołał na spełniającego ofiarę kapłana i jawnie mu jakieś zeznania zrobił.
Gaston zobaczył na mszy hrabiego de Laval i księcia de Richelieu, którzy sobie także pozwolenie bycia na nabożeństwie wyprosili, ale zapewne nie przez uczucie religijne jak Gaston, tylko by się z sobą widziéć, bo przez cały czas klęcząc obok siebie, ciągle z sobą coś zcicha szeptali.
Pan dc Laval zdawał się jakichsi śważnych nowin udzielać księciu, który od chwili do chwili rzucał znaczące spojrzenia na Gastona, co dowodziło, że te nowiny mają związek z osobą jego. Ale że żaden z nich nie zaczepił Gastona, przeto i on ich o nic nie zapytał.
Po skończonéj mszy odprowadzono więźniów do ich mieszkania. Przechodząc przez ciemny korytarz, Gaston skrzyżował się z człowiekiem, który zdawał się należéć do składu urzędników baslylji, tenże pochwycił go za rękę i wsunął mu jakiś pakiecik.
Gaston niby niedbale włożył rękę do kieszeni i tam go zostawił. I dopiéro gdy w swojém stanął mieszkaniu i drzwi za jego dozorcą się zamknęły, chciwie przesyłkę otrzymaną z kieszeni wyciągnął. Na grubym papierze od cukru, było węglem napisane:
«Udawaj żeś z tęschnoty zachorował.»
Zrazu zdawało się Gaslonowi, że to pismo nie jest mu obcém, ale że linie były bardzo grubo nakreślone, nie mogły przeto posłużyć za przewodników pamięci jego. Powoli więc rozstał się z tą myślą, czekając cierpliwie wieczora, by zasięgnąć rady od kawalera Dumesnil, co mu teraz czynić wypada.
Noc zapadła, dał znak zwyczajny, i kawaler Dumesnil stanął na swojém miejscu. Gaston mu opowiadał zdarzenie swoje, żądając, by jako doświadczeńszy w obrotach bastyljowych, nauczył go, co ma sądzić o radzie danéj mu przez tego tajemniczego korrespondenta.
— Daję słowo, odpowiedział Dumesnil, że nie wiem do czego ta rada doprowadzić pana może, ale zastosuj się do niéj, boć nigdy zaszkodzić ci nie może: dadzą ci mniéj do jadła, to jest najwyższe złe, które ztąd wyniknąć może.
— Ale, gdy spostrzegą, że choroba moja jest tylko udaną...
— O! co tego, to się wcale nie lękaj: chirurg w bastylji jest tak ograniczonym w medycynie, że się nie pozna na chorobie twojéj i zapisze ci to tylko, czego sam zażądasz. Skutkiem tego pozwolą ci może przechadzać się po ogrodzie, co bardzo wielką jest rozrywką.
Gaston nie przestał jeszcze na tém, i prosił o radę panny de Launay, która, czyli to przez loikę, czyli sympatją, tego samego co Dumesnil była zdania. Dodała tylko jeszcze:
— Jeżeli pana wezmą na dyetę, po wiedz mi zaraz, a prześlę ci kurczęta pieczone, konfitury i wino burgundzkie. Gaston więc począł udawać chorego, nic nie jadł, co mu przynoszono, żyjąc jedynie z szczodrobliwości sąsiadki swojéj.
Nazajutrz odwiedził go pan de Launay. Doniesiono mu, że już od 48 godzin Gaston nic nie jadł, nadbiegł więc zaraz i zastał więźnia w łóżku.
— Mówiono mi, że pan jesteś cierpiącym, ozwał się, i przychodzę sam dowiedziéć się o zdrowie pańskie.
— Bardzoś pan łaskaw, odrzekł Gaston istotnie, żem chory.
— I cóż panu jest?
— Sądzę, że pana nie łudzi miłość własna, co do téj warowni, panie gubernatorze: tęschnię i nudzę się straszliwie w bastylji.
— Jaklo? już po czterech lub pięciu dniach, które tu przebyłeś dopiéro?
— Jużem od pierwszéj godziny tęschnił.
— I w jakimże to rodzaju?
— Czyliż jest kilka rodzajów tęschnoty?
— Nie inaczéj, można być stęschnionym do rodziny swojéj.
— Nie mam rodziny.
— Można tęschnić za kochanką swoją.
Gaston westchnął.
— Można czuć tęschnotę do kraju.
— Otóż to właśnie! zawołał Gaston, uważając potrzebę wyznania, że za czemś tęschni.
Gubernator podumał nieco.
— Mój panie, wymówił po chwili, odtąd jak jestem w bastylji, jedyna przyjemność, jakiej tu doznałem, była, gdym któremu z więźniów, poleconych mi przez króla, mógł jakie sprawić ulżenie. Chciałbym więc i dla pana cóś zrobić, skoro mi przyrzeczesz, że się w granicach rozsądku zachowasz.
— Przyrzekam to panu.
— Mógłbym panu pozwolić mieć relacje z człowiekiem, który jest pańskim współkrajowcem, albo przynajmniéj bardzo dokładnie zna Bretaniją.
— I czyż on także jest więźniem?
— Nie inaczéj.
Gaston wpadł na domysł, że ten jego współkrajowiec, o którym mówił pan de Launay, i ów nieznajomy pisarz karteczki, mogli być jedną i tąż samą osobą.
— Gdybyś to pan raczył dla mnie uczynić, odpowiedział Gaston, bardzobyś mnie sobie zobowiązał.
— A więc pozwolę panu widzieć się z nim jutro. Lecz ponieważ mam rozkaz obchodzenia się z nim bardzo surowo, będziesz mógł tylko godzinę jednę z nim zabawić. Że mu zaś bezwzględnie jest wzbronioném wychodzić z jego pokoju, przeto pan do niego pójdziesz.
— Uczynię wszystko czego pan żądasz.
— Więc jutro o godzinie piątéj czekaj pan na mnie albo też na majora placu: jednakżeż to pod jednym jeszcze warunkiem.
— Pod jakimże?
— Ażebyś pan tymczasem zjadł cokolwiek.
— Zrobię to, jeżeli tylko będę mógł.
I Gaston zjadł kawałek piersi z kapłona i wypił pół kieliszka wina, by dotrzymać słowa danego panu de Launay. A wieczorem uwiadomił pana Dumesnil o tém, co zaszło pomiędzy nim a gubernatorem.
— Na honor, żeś się pod szczęśliwą gwiazdą urodził, zawołał Dumesnil. Hrabia Laval miał tęż samą myśl co pan, i to tylko otrzymał, że go przenieśli do pokoju w wieży skarbcu, gdzie jak powiada, nudzi się śmiertelnie, bo całą jego rozrywkę stanowi tylko rozmowa z aptekarzem bastylji.
— Czemużeś téż pan tego wcześniéj nie powiedział!
— Zapomniałem zupełnie.
To opóźnione przypomnienie pana Dumesnil zniepokoiło Gastona, bo umieszczony pomiędzy panną de Launay, kawalerem Dumesnil, i margrabią de Pompadour, i mogąc w ciągiem z niemi zostawać porozumieniu, położenie jego, prócz niepokoju o Helenę i swój los własny, dość znośném było. Lecz gdyby go gdziekolwiek indziéj przeniesiono, pewnoby podpadł chorobie, jaką obecnie udawał.
O godzinie oznaczonéj przybył major placu wraz z jednym z dozorców po Gastona; przeszli z nim przez parę dziedzińców i zaprowadzili go do wieży skarbca. Wiadomo, że każda z wież miała swoje oddzielne nazwisko.
W pokoju pod numerem 1-ymznajdował się więzień, do którego wpuszczono Gastona. Spał on właśnie, leżąc całkiem ubrany na swojém łóżku, tyłem obrócony do światła. Resztki z jego objadu stały jeszcze opodal na stole z spróchniałego drzewa; odzienie jego, podarte w niektórych miejscach, oznaczało człowieka z pospólstwa.
— Oho! pomyślał Gaston, czyliż myślą, że ja tak dalece kocham Bretaniją, że pierwszego lepszego urwisa zrobię Piladesem moim? O, pomylili się! ten tutaj jest aż za nadto obdarty i zdaje się, że za wiele jada. Lecz, że w więzieniu nie można być wybrednym, pogadajmy z nim trochę. Opowiem potém wszystko pannie de Launay, a ona to w wierszu prześle znowu kawalerowi Dumesnil.
Major i dozorcy wyszli, i Gaston został się sam z więźniem, który się począł wyciągać, ziewnął kilka razy, odwrócił się, spojrzał po izbie niewidząc nic, a potém zatrząsł się, że aż łóżko trzeszczało.
— Hu, jakżeż zimno w téj przeklętéj bastylji! pomruknął, drapiąc się zajadle po nosie.
— Ten głos, to poruszenie, pomyślał Gaston, nie mylę się, nie, to on sam!
I przystąpił do łóżka.
— Oho, oho, wymówił więzień, zsuwając nogi z łóżka, na którém ciągle siedział, i spojrzał zdziwiony na Gastona. Pan tutaj, panie de Chaulay?
— Kapitan la Jonquière! zawołał Gaston.
— Ja sam, to jest: nie ten, którego wymieniłeś. Zmieniłem nazwisko po widzeniu się naszém.
— Pan?
— Tak jest, ja.
— I nazywasz się teraz?
Pierwsza skarbca.
— Jak?
Pierwsza skarbca, do usług pańskich. Jest to zwyczajem w bastylji, że więzień przybiera nazwanie swojéj izby, co dozorcom oszczędza przykrości spamiętać nazwiska, których wiedzieć nie potrzebują, i któreby dla nich mogły stać się niebezpiecznemi, gdyby ich następnie nie zapomnieli. Są wypadki, w których pewna następuje odmiana, to jest, gdy bastylja bywa przepełniona i sadzają po dwóch lub trzech więźniów w jednym pokoju, wtedy podwójnie lub potrójnie tego używają numeru, naprzykład: siedzę już tutaj i nazywam się pierwsza skarbca, potem gdyby wsadzili pana, toby cię nazwali pierwsza skarbca bis; a gdyby następnie jeszcze i jego ekscelencją z nami złączono, toby się nazywał pierwsza skarbca ter, i t. d. Dozorcy pod tym względem robią w pewnym rodzaju użytek z literatury łacińskiéj.
— Tak, rozumiem, wymówił Gaston, przypatrując mu się podczas powyższego wyjaśnienia z uwagą; a więc jesteś uwięzionym?
— Tam do licha! czyż tego nie widzisz? Zdaje mi się, że ani ja ani pan, nie znajdujemy się tu dla rozrywki naszéj.
— Więc nas odkryto?
— Lękam się tego.
— Dzięki panu.
— Jaklo! dzięki mnie! krzyknął la Jonquière, udając najwyższe zdziwienie. Nie żartujmyż, proszę pana.
— Poczyniłeś zeznania, zdrajco!
— Ja? zwarjowałeś chyba! i to nie w bastylji ale raczej pomiędzy warjatami powinni cię byli osadzić.
— Nie zapieraj się, bo mi o tém d’Argenson powiedział.
— D’Argenson! a, wyznaję, że to jest powaga nielada. A wieszże pan, co on do mnie mówił?
— Nie.
— Oto, żeś mnie doniósł.
— Panie!
— O, mój panie, i cóż dalej?... Czyliż sobie o to głów niepourywamy, żę policja zastosowała się tylko do rzemiosła swojego, kłamiąc jak obrzydliwy wyrywacz zębów?
— Ale jakżeż on to mógł odkryć?
— Sam o to pytam. Lecz to jest rzeczą jasną, że gdybym ja był donosicielem, nie siedziałbym tutaj. Mało mnie znasz, ale to powinieneś był odgadnąć, że nie czyniłbym zeznań gratis. Takie doniesienia się sprzedają, mój panie, a nawet dobrze się sprzedają w obecnych czasach, wiem nawet, że Dubois za nie dobrze płacił i płaci.
— Może masz słuszność, odpowiedział Gaston po chwilowym namyśle. W każdym razie dziękujmy opatrzności, która nas tu połączyła.
— Zgadzam się na to. — Ale bynajmniej na zachwyconego nie wyglądasz.
— Bom téż tylko bardzo miernie tém pocieszony, wyznaję szczerze.
— Kapitanie!
— O mój Boże, jakżeż niedobry masz chąpakkfer!
— Ja?
— Tak jest. Zaraz się unosisz. Ja lubię samotność, bo tylko samotność nie jest gadułą.
— Mój panie!
— Otóż jest! Ale posłuchaj: czyliż sądzisz, że nas tutaj li tylko przypadek złączył?
— I cóżby innego?
— Dalipan! jakie wyrachowanie naszych stróżów, d’Argensona albo nakoniec Dubois.
— Czy to nie pan ten bilecik do mnie napisłałeś?
— Bilecik? ja!
— W którym mi piszesz, ażebym udawał chorego z tęschnoty i nudów.
— I czém, i na czém, i przez kogóż byłbym to mógł napisać?
Gaston się zamyślił a la Jonquière przeszywał go swojemi małemi oczyma, pełnemi życia i przenikliwości.
— Otóż mnie się zdaje, wymówił po chwili, że to raczéj panu zawdzięczamy przyjemność, iż obydwaj znajdujemy się w bastylji.
— Mnie?
— Tak jest, bo się zbyt łatwo powierzasz. Zwracam twoją uwagę na to, w przypadku wyjścia ztąd, a bardziej jeszcze, gdy tutaj pozostaniesz.
— Dziękuję.
— Czy nie uważałeś, że ktoś chodzi za panem?
— Nie.
— Jeżeli się knuje spisek, mój kochany, potrzeba raczéj po-za siebie, a nie przed sobą patrzéć.
Gaston wyznał że nigdy téj przezorności nie miał.
— A księcia czy aresztowano?
— Nie wiem, i właśniem się o to miał pana zapytać.
— Tam do licha! to mnie niepokoi. Pan do niego zawiozłeś jakąś młodą kobietę?
— Pan to wiesz?
— Ej, mój panie, wszystko się wie! Może to ona się wygadała? O mój kochany, te kobiety! te kobiety!
O tamta, to wcale co innego, i pod względem odwagi, roztropności i poświęcenia się. Ręczę za nią, jak za samego siebie.
— Rozumiem, zakochanyś, więc w niéj widzisz anioła doskonałości. Śliczny z pana związkowy, niech cię licho ogarnie! prowadzać kobiety do przewodzcy spisku.
— Ależ mówię panu, że jéj się z niczém nie zwierzyłem, i że tylko to może wiedzieć o tajemnicy mojéj, co tedy i owędy pochwyciła.
— A kobiety mają wzrok bystry i słuch dobry.
— Zresztą gdyby i znała moje przedsięwzięcia, tak jak ja sam, jestem przekonanym, że aniby pary o tém z ust nie wypuściła.
— Ej, mój panie, bez względu na tę skłonność, jaka kobietom jest wrodzona, czyż nie łatwo każdą z nich na słówko wyciągnąć? Mówiono jéj może: «twój kochanek, kawaler de Chaulay, zginie na rusztowaniu» (co nawiasem mówiąc, bardzo jest prawdopodobnym) «jeżeli nam niektórych nie dasz objaśnień» i ręczę za to, że je dała.
— Nie obawiam się tego, bo ona za bardzo mnie kocha.
— Właśnie téż dla tego! szczebiotała jak sroka i obydwaj siedzimy teraz w klatce. Lecz nie mówmy już o tém. Cóż pan tu robisz?
— Bawię, się.
— Bawisz się? to wcale nie źle!... I czemżeż się bawisz?
— Robię wiersze, zjadam konfitury i przebijam podłogę.
— Robisz dziury w gipsowaniu sufitów królewskich? zawołał la Jonqujère, drapiąc się po nosie. O, to dobrze wiedziéć o tém. A cóż pan de Launay na to mówi?
— On nic o tém nie wie; a zresztą nie ja sam podobnéj oddaję się czynności, każdy coś tutaj przekuwa: jeden podłogę, drugi komin, trzeci ścianę; a pan, czy także czego nie przekuwasz?
La Jonquière spojrzał na Gastona, ażeby się przekonać, czy sobie nie żartuje z niego.
— Opowiem ci to późniéj, wymówił po chwili, a teraz pogadajmy poważnie: czy pan jesteś na śmierć skazanym?
— Ja?
— Tak jest, pan.
— Jak to pan o tém mówisz!
— Bo się do tego nawyka w bastylji. Jest tutaj dwudziestu na śmierć skażanych, a wszyscy miewają, się tak dobrze, jak pan.
— Byłem badany.
— Otóżto!
— Ale zdaje mi się, żem jeszcze nieosądzony.
— I to przyjdzie.
— Ależ, mój kapitanie, pan jesteś w szalonym humorze.
— Tak uważasz?
— Uważam.
— I dziwisz się temu?
— Nie sądziłem, że jesteś tak nieustraszonym.
— Więc pan byś żałował życia?
— Wyznaję to, bo potrzebuję tylko jednéj rzeczy, ażeby być szczęśliwym: to jest, życia.
— I zaplątałeś się w związek, mając widok zostania szczęśliwym? Nie pojmuję cię. Sądziłem że tylko ci, co postradali nadzieję jakiegoś szczęścia. znają spiski, tak jak się żenią ci, którzy już żadnych innych nie mają widoków.
— Gdym przystąpił do tego rokoszu nie kochałem jeszcze.
— A skoroś już raz przystąpił?
— To już i cofnąć się nie chciałem.
— Brawo! to dowodzi charakteru. Czy cię brano na torturę?
— Nie; ale mało brakowało do tego.
— To cię i wezmą.
— Dla czego?
— Bo i mnie wzięto; a byłoby niesprawiedliwością, gdyby pomiędzy nami jaką czyniono różnicę. Patrz, co ci hultaje z moich sukien zrobili.
— Na jakąż torturę pana wzięto? zapytał Gaston, drżąc cały na wspomnienie tego, co pomiędzy nim a d’Argensonem zaszło.
— Wycierpiałem wodną; to jest, wypiłem półtoréj baryłki. Mój żołądek był gdyby bukłak. I nie byłbym nigdy przypuszczał, ażeby pierś ludzka tyle w sobie, bez pęknięcia, mogła pomieścić płynu.
— I czyś pan bardzo cierpiał? zapytał Gaston z współczuciem i przestrachem zarazem o samego siebie.
— Rozumie się; ale ponieważ jestem krzepkiéj natury, już nazajutrz nic nie czułem. Prawda, że potém dużo wina wypiłem. Jeżeli pana będą brali na torturę, wybierz sobie wodną; to przeczyszcza. Wszystkie napoje, jakie nam dają w czasie choroby, składają się mniéj więcéj z wody. Fagon twierdzi, że największym lekarzem, o którym kiedykolwiek posłyszał, był Saugrado. Na nieszczęście, istniał on tylko w głowie Cervantesa; inaczéj byłby cudów dokazywał.
— Pan znasz Fagona? zapytał Gaston zdziwiony.
— Tam do licha!.. z reputacyi. Zresztą czytałem jego dzieła.... Więc postanowiłeś nic niezeznać i chcesz w tém wytrwać?
— Niewątpliwie.
— Masz słuszność. Powiem ci, że jeżeli tak bardzo żyć pragniesz, jakieś to przed chwilą wyrzekł, to poszepnij d’Argensowi słów kilka do ucha. Tylko, że on jest gadułą i powtórzy to cos mu powiedział światu całemu.
— Będę milczał, nie troszcz się pan o to. W pewnych przedmiotach nie potrzebuję ażeby mi siły dodawano.
— Bardzo wierzę. Ale zdaje się, że w wieży swojéj prowadzisz życie Sardanapala. Ja, bo mam tutaj tylko hrabiego de Laval, który codziennie po trzy lewatywy bierze. Tę rozrywkę wymyślił sobie sam; bo, mój Boże, w więzieniu przychodzą nieraz tak dziwaczne gusta. Zresztą może i zawczasu chce nawyknąć do tortury wodnej, ten mąż szanowny.
— Nie mówiłżeś mi pan dopiéro co, że zostanę na śmierć skazanym?
— Czy chcesz całą prawdę posłyszéć?
— Chcę.
— Otóż d’Argenson mi powiedział, że już jesteś skazany.
Gaston zbladł; boć i najodważniejszy na taką nowinę mocnego dozna wzruszenia. La Jonquière dostrzegł tego, chociaż Gaston usiłował pokryć doznane wrażenie.
— Myślę jednakże iżby panu darowano życie, gdybyś zrobił jakie zeznania.
— Jakżeś możesz żądać, bym uczynił to, czego sam uczynić nie chcesz?
— Nasze charaktery się różnią i położenie tak samo. Już nie jestem młody, nie jestem zakochany. Po mnie żadna nie zapłacze kochanka.
Gaston westchnął.
— Otóż widzisz, że się zupełnie różnimy. mówił la Jonquière daléj. Czyliżeś słyszał, ażebym kiedy tak westchnął, jak pan westchnąłeś teraz?
— Jak umrę, książę będzie o Helenie pamiętał.
— A może i on już jest aresztowany.
— To prawda!
— Cóż wtedy?
— Pozostanie w Bogu nadzieja.
La Jonquière podrapał się po nosie.
— Na prawdę, bardzo młodym jeszcze jesteś.
— Jakto?
— Przypuśćmy, że księcia nie aresztowano.
— Cóż więc?
— W jakimże on jest wieku?
— Może miéć lat 45 albo 46.
— Przypuśćmy, że książę zakochał się w Helenie, wszakżeż tak imię twojéj nieporównanéj?
— Książe miałby się zakochać w Helenie! on, któremu ją powierzyłem! to byłoby nikczemnie!
— Pełno jest wszędzie nikczemności.
— O, ja nie chcę ani pomyśleć o tém;
— Nie mówię, ażebyś rozmyślał nad tém! powiedziałem, ot sobie, tak tylko, a pan możesz z tém robić co zechcesz.
— Cicho! ktoś nadchodzi.
— Czy żądałeś czego?
— Nie.
— To więc już upłynął czas dozwolony nam do rozmawiania się z sobą.
I la Jonquière rzucił się znowu z pośpiechem na łóżko.
Wrzeciądze zaskrzypły; otworzono drzwi jedne i drugie, poczém gubernator się ukazał.
— I cóż tam mój panie, czyż ci się twój towarzysz spodobał? zapytał Gastona.
— Owszem, tém bardziéj, żem kapitana la Jonquière już dawniéj znał.
— Powiedziałeś mi to, co zadanie moje jeszcze trudniejszém czyni, odpowiedział pan de Launay. Ale co raz obiecałem, dotrzymać zwykłem. Dozwolę więc tych odwiedzin codziennie na godzinę jednę. Oznacz pan czas: wieczorem czy z rana?
Gaston, nie wiedząc co miał odpowiedziéć, spojrzał na Jonquière’a.
— Oznacz godzinę piątą z południa, poszepnął mu tenże.
— O piątéj godzinie z południa, jeżeliś pan łaskaw zezwolić, ozwał się Gaston.
— Więc tak, jak dzisiaj?
— Tak samo.
— Dobrze; przystaję na to życzenie.
Gaston i la Jonquière zamienili znaczące spojrzenie, poczém odprowadzono kawalera do jego mieszkania.


II.

Było już w pół do siódméj a zatém i ciemno zupełnie. Gdy więc Gaston wrócił do swojego pokoju i drzwi za nim zamknięto, pobiegł natychmiast do komina i zawołał:
— Kawalerze! he!
Dumesnil się odezwał.
— Byłem z wizytą.
— No i cóż?
— Znalazłem jeżeli nieprzyjaciela, to przynajmniéj znajomego.
— Jaki nowy więzień? — Zapewne razem zemną wzięty.
— Jak się nazywa?
— Kapitan la Jonquière.
— Poczekaj-że....
— Czy go znasz?
— Ależ tak!
— O, to mi wielką zrobisz usługę, gdy mi coś o nim powiesz.
— Jest on zajadłym nieprzyjacielem rejenta.
— Czyś pan pewien tego?
— Oczewiście! należał do naszego spisku, lecz wystąpił z niego, gdy była mowa o porwaniu rejenta a nie o zabiciu go.
— Więc on....?
— Był za zabójstwem.
— Otóż to! poszepnął Gaston. Czyż jemu zupełnie zaufać można? zapytał głośno.
— Jeżeli to ten sam, o którym mi mówiono, i który mieszkał przy ulicy des Bourdonnais w oberży pod Muid d’amour.
— To ten sam.
— Można mu całkiem zaufać.
— Tém lepiéj, bo człowiek ten trzyma w swoim ręku życie czterech najgodniejszych obywateli.
— Z których jednym jesteś, nieprawdaż?
— Mylisz się, jestem wyjęty z téj liczby, bo dla mnie, zdaje się, że już wszystko jest skonczoném.
— Jakto, skonczoném?
— Jestem już skazanym.
— Na co?
— Na śmierć.
— Na śmierć!
I chwilowo ponure nastąpiło milczenie.
— To niepodobna! zawoła! Dumesnil.
— Dla czego niepodobna?
— Bo, jeżelim dobrze zrozumiał, sprawa twoja łączy się z naszą.
— Jest ona dalszym ciągiem tamtéj.
— A więc....
— A więc co?
— Skoro nasza sprawa na dobrej jest drodze, tém samém i wasza.
— A któż panu powiedział, że sprawa wasza na dobréj jest drodze?
— Posłuchaj-że; bo dla ciebie, który tak chętnie naszym zostałeś pośrednikiem, już żadnéj tajemnicy miéć nie możemy.
— Słucham.
— Otóż co mi panna de Launay wczoraj napisała. Przechadzała się z panem Maison-Rouge, który, jak wiadomo, kocha się w niéj, i z którego oboje naśmiewamy się nie mało, chociaż go drugostronnie bardzo oszczędzamy, ze względu że nam jest wielce użytecznym; a że żądała lekarza, udawając, tak samo jak i pan, chorobę, uprzedził ją, że doktor bastylji jest na jéj usługi. Tego doktora, potrzeba ci wiedziéć, już oddawna znamy i to bardzo dobrze; nazywa on się Herment. Nie przypuszczała jednakże, ażeby coś z niego wyciągnąć mogła, ile że jest bardzo lękliwej natury. Jednakżeż gdy z nim do ogrodu wyszła i gdy jéj rady swojéj udzielał, dodał z cicha wyraz: Nadzieja! Słowo to w uściech każdego innego byłoby niczém, ale wychodząc z ust doktora Herment, znaczy bardzo wiele. Skoro więc nam każą miéć nadzieję, nie potrzebujesz się lękać niczego, bo sprawy nasze ściśle są z sobą złączone.
— Jednakżeż, odparł Gaston, któremu to twierdzenie wydawało się być bardzo błahem, la Jonquière z taką pewnością o tém mówił.
W téj chwili Pompadour uderzył w podłogę.
— Przepraszam, wymówił Gaston, do Dumesnila, margrabia mnie woła, może mi ma co do powiedzenia.
I Gaston pobiegł do zrobionego nożem w posadzce otworu.
— Kawalerze, ozwał się Pompadour, zapytaj Dumesnil’a, czyli się czego nowego od panny de Launaj nie dowiedział.
— O czém?
— O jednym z nas. Dosłyszałem słów kilka od majora i gubernatora, które wymówili, przechodząc obok drzwi moich, to jest te trzy wyrazy: skazany na śmierć.
Gaston zadrżał i wyrzekł.
— Uspokój się pan, bo mam wszelkie powody przypuszczania, że to o mnie mowa była.
— Ej do djabła, mój kochany kawalerze, to-by mnie wcale nie zaspokoiło. Po pierwsze, żeśmy się zapoznali, a w więzieniu przyjaźń zawięzuje się łatwo; więc byłbym w rozpaczy, gdyby pana coś podobnego spotkać miało. Powtóre, że to, coby pana spotkało, mogłoby spotkać i nas, ile że w jednéj sprawie siedzimy.
— Więc pan sądzisz, że panna de Launay mogłaby nas z téj niepewności wybawić?
— Nie inaczéj, okna jéj wychodzą na arsenał.
— I cóż daléj?
— I byłaby dostrzegła, gdyby dzisiaj coś nowego było zaszło.
— Otóż właśnie i stuka!
Rzeczywiście panna de Launay uderzyła dwa razy w sufit, co znaczyć miało: proszę uważać!
Gaston odpowiedział jéj jedném uderzeniem, co znaczyć miało: słucham!
Potém pobiegł i okno otworzył.
Po chwili sznureczek spuścił się z listem.
Gaston list odwiązał i pobiegł do otworu nad Pompadourem.
— Cóż tam? zapytał margrabia.
— Mam list.
— Cóż w nim pisze?
— Nie wiem; ale go prześle Dumesnilowi, który mi powie, co w nim stoi.
— Spiesz się.
— Dalibóg, że mi tak spieszno, jak panu.
I poskoczył do komina.
— Sznurek! zawołał.
— Masz list? zapytał Dumesnil.
— Tak jest.
— Rozniecę świecę.
— Spuść sznurek.
— Ot jest.
Gaston list do niego przywiązał, który natychmiast w górę poleciał.
— To nie do mnie, zawołał Dumesnil, tylko do pana.
— Nic nie szkodzi, przeczytaj go, a potém mi powiesz co zawiera: ja nie mam światła, i byłaby próżna strata czasu, gdybyś mi je dopiero miał spuszczać.
— Więc pozwalasz?
— Proszę!
Przez chwilę trwało milczenie.
— I cóż tam? zapytał Gaston niecierpliwie.
— Hm, do diabła!
— Złe nowiny, nieprawdaż?
— Osądź sam.
I Dumesnil przeczytał:
«Kochany sąsiedzie,
Dziś wieczór przybyli nadzwyczajni sędziowie do arsenału i poznałam liberją d’Argensona. W krótce dowiemy się czegoś więcéj, bo się spodziewam wizyty doktora.
Prześléj pan tysiące ukłonów kawalerowi Dumesnil.«
— To się zgadza z tém, co mi la Jonquière mówił. Nadzwyczajni sędziowie... nie kogo innego osądzili, tylko mnie.
— Bah! zawołał Dumesnil głosem, którym usiłował zaspokoić Gastona, zawcześnie i zdaje mi się, że niepotrzebnie się trwożysz.
— Bynajmniej, wiem co o tém myśleć... I otoż...!
— Co takiego?
— Nadchodzą. Cicho!
Drzwi się otworzyły, i major z czterema żołnierzami przyszedł po Gastona.
Gaston korzystał z światła, które mieli z sobą, by nieco poprawie nieład w ubraniu swojém, a potém udał się za nimi.
Kazali mu wsieść do lektyki zamkniętéj, co wcale nie było potrzebném, bo wszyscy żołnierze, obok których niesiono więźnia musieli się natychmiast twarzą do muru odwrócić: takim był przepis w bastylji.
Twarz d’Argensona była jak zazwyczaj zmarszczona. Jego towarzysze lepszéj nie mieli miny.
— Zgubionym! westchnął Gaston, biedna Helena!
Potém podniósł głowę z odwagą, jaka na nieustraszonego przystoi człowieka, widzącego śmierć pewną przed sobą.
— Występek pana rozbierał trybunał, którego ja jestem prezesem, ozwał się d’Argenson. Dozwolono panu bronienia się na posiedzeniach poprzednich: a chociaż odmówiono adwokata, to jednakże nie w celu zaszkodzenia własnéj obronie pańskiéj, ale raczéj, ażeby w obec niego nie okazać panu zbyt wielkiego pobłażania z strony trybunału, który surowo karać powinien.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział Gaston.
— A więc jaśniéj tłumaczyć się będę. Rozprawy byłyby dowiodły, nawet i w obec obrońcy pańskiego, tę rzecz niezaprzeczoną, że jesteś spiskowym i mordercą. I jakżeż-byś chciał, ażeby po takich dowodach, miano jeszcze jakiś wzgląd dla pana? Teraz stoisz przed nami, i wszelka łatwość do usprawiedliwienia się będzie panu dozwoloną. Chcesz zwłoki, otrzymasz ją; życzysz sobie wyszukać jakich dowodów, przystaniemy na to; chcesz mówić, masz głos, i wzbronioném ci nie będzie!
— Rozumiem tę względność trybunału i dziękuję za nią. Nadto usprawiedliwienie się z nieobecności obrońcy dla mnie, którego z resztą nie potrzebuję, uważam za dostateczną. Nic nie mam na obronę moję.
— Więc nie chcesz ani świadków, ani dowodów, ni téż zwłoki?
— Chcę wyroku, nic więcéj.
— Przez wzgląd na samego siebie, panie kawalerze, nie bądź tak upartym i zrób zeznanie.
— Nie mam nic do zeznania; bo uważaj pan sam, czyli w ciągu badania mnie, było choć jedno wyraźne przeciwko mojéj osobie wystosowane obwinienie.
— Więcbyś chciał być obwinionym?
— Wyznaję, iżbym się nie gniewał posłyszeć, o co mnie obwiniają.
— Otóż więc panu powiem; przybyłeś do Paryża, wysłany przez komissją republikańską w Nantes, przybyłeś, ażeby zamordować rejenta. Polecono panu jakiegoś la Jonquière; jest on współ-winowajcą pana i tak sarno skazanym.
Gaston czuł że blednieje, bo te wszystkie oskarżenia prawdziwemi były.
— To jest, czego pan wiedzieć nie możesz, wymówił; bo człowiek, który chce coś podobnego wykonać, nie wyzna tego, aż po dokonanym czynie.
— Tak, lecz spólnicy pana to zeznali.
— Pan chcesz mówić, że mnie la Jonquière oskarża?
— Tu nie masz mowy o la Jonquière, tylko o drugich współwinnych.
— O drugich współ-winnych! czyż jeszcze ktoś inny, prócz mnie i la Jonquière’a jest uwięzionym?
— Nie inaczej, bo panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouedic.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział z niepewném ale głębokiém przerażeniem, nie tyle o siebie co o przyjaciół swoich.
— Jakto! pan nie pojmujesz, że panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouëdic są aresztowani i że proces ich toczy się obecnie w Nantes.
— Aresztowani!... niepodobna!
— Aha! nieprawdaż? Pan sądziłeś, że cała prowincja powstanie i nie dozwoli aresztować obrońców swoich, jakimi się być mienicie, panowie burzyciele. Otóż prowincja pozostała spokojną i nie zaprzestała zabaw swoich, śmiechu, śpiewów i tańców. Dowiadują się tylko na którym placu aresztowani będą ścięci, ażeby sobie zawczasu okna wynająć.
— Nie wierzę panu, wyrzekł Gaston zimno.
— Podaj mi pugilares, ozwał się d’Argenson do woźnego, stojącego za nim.
— Otóż, mój panie, mówił dalej naczelnik policji, dobywając z podanego sobie pugilaresu jakieś papiery, masz tutaj akta aresztowania ich wraz z wywodem słownym. Czy powątpiewasz o autentyczności tych dowodów?
— Ale to wszystko nie przekonywa, że oni mnie oskarżyli, — Powiedzieli to wszystko, cośmy wiedzieć pragnęli, a w tém i wina pana jest jawną.
— W takim przypadku, skoro zeznali to wszystko, czegoście wiedziéć pragnęli, nie potrzebujecie już zeznań moich.
— Czy to jest ostateczna odpowiedź pana?
— Tak jest.
— Woźny przeczytaj wyrok.
Woźny rozwinął papier i odczytał głosem nosowym i tonem takim, jak gdyby to był pozew zwyczajny: ((Zważywszy, że z instrukcji, rozpoczętej 19 lutego, wynika: jako pan Gaston Eloizjusz de Chaulay przybył z Nantes do Paryża. ażeby na osobie jego królewskiéj mości rejenta Francji, zbrodni morderstwa dokonać, poczém zamierzono podnieść bunt przeciwko władzy królewskiéj, przeto komissja nadzwyczajna, ustanowiona do rozpoznania téj sprawy, osądziła kawalera de Chaulay godnym kary, jaka spada na dopuszczających się zbrodni obrażonego majestatu i zdrady kraju, gdy osoba jego królewskiéj mości, rejenta, jako osoba królewska, jest nietykalną i świętą.
«W skutku czego:
«(Nakazujemy, aby kawaler Gaston de Chaulay został przedwstępnie swoich godności i tytułów pozbawionym; odsądzony od szlachectwa wraz z potomstwem swojém, dobra jego skonfiskowane, drzewa w lasach ścięte na sześć stóp wysokości, a on sam śmiercią miecza skarany, przy nawoływaniu ludzi królewskich, czy to na placu la Grève czyli gdziekolwiek indziéj spodoba się przełożonemu sądów miejskich wskazać, gdyby go najmiłościwszy król ułaskawić nie raczył.»
Gaston wysłuchał przeczytanie tego wyroku blady i nieruchomy, jak posąg z marmuru.
— I kiedyż wykonanie tego wyroku nastąpi? zapytał.
— To zależy od upodobania najjaśniejszego pana, odpowiedział naczelnik policji.
Gaston uczuł, jakby mocne ściśnienie w skroniach, a krwawy obłok przesunął się przed oczami jego. Czuł, że mu się zmysły błąkają; i dla tego milczał, by nic ubliżającego godności własnéj nie wymówił. Ale o ile to wrażenie było silném, o tyle i nagłém: powoli wracała zwykła pogoda na jego czoło, krew młoda znowu zrumieniła lica, a usta otoczył niby uśmiech pogardy.
— Więc dobrze, przemówił, jestem każdej chwili gotów, gdy rozkaz królewski nadejdzie. Radbym tylko wiedział, czyli zanim umrę, będzie mi wolno zobaczyć niektóre drogie mi osoby i prosić króla o jedną łaskę.
Oczy d’Argensona zaiskrzyły się radością złośliwą.
— Mówiłem panu, że się z tobą względnie obchodzić będą; mogłeś mi to więc wcześniéj był powiedziéć, a łaskawość króla byłaby może życzenie pańskie uprzedziła.
— Pan jesteś w błędzie, odpowiedział Gaston z godnością. Mam króla prosić o łaskę, która ani mojéj ani jego sławie uszczerbku nie przyniesie.
— Mogłeś pan się raczéj wyrazić: ani sławie króla ni téż mojéj uszczerbku nie przyniesie, ozwał się jeden z asessorów tonem, trącącym szykaną dworską.
— Mój panie, odpowiedział Gaston, jestem na śmierć skazany, więc sława moja wcześniéj się zacznie od sławy najjaśniejszego pana.
— O cóż więc chcesz pan prosić? zapytał d’Argenson. Powiedz mi, a z góry panu oznajmię, czyli ta prośba pomyślny odniesie skutek.
— Nasamprzód żądam, ażeby moje tytuły i godności nie zostały zniszczone, chociaż to zresztą niewielkiéj jest wagi, ponieważ nie mam potomstwa i tylko imię moję mnie przeżyje, że zaś nie było jeszcze wsławione, więc i w pamięci niezadługo po mnie zgaśnie.
— To zupełnie zależy od łaskawości króla, i najjaśniejszy pan sam tylko na to odpowie. Czy to jest wszystko?
— Nie, pragnę jeszcze jednéj rzeczy, lecz nie wiem do kogo się z tém życzeniem odezwać.
— Najpierwéj do mnie, a jako naczelnik policji, zobaczę czy mogę na odpowiedzialność moję przychylić się do niego, albo też najjaśniejszemu panu przedstawić.
— Chciałbym się jeszcze z dwiema widziéć osobami.
— Hm! zobaczymy.
Tym wyrazom towarzyszył jakiś ruch, który Gaston za oznakę wahania się uważał.
— Niechaj osoby te zobaczę gdziekolwiekbądź, pospieszył więc dodać, i choćby najkrótszą chwilę tylko.
— Dobrze, obaczysz je pan.
— O, mój panie, zawołał Gaston zbliżając się do niego, jak gdyby mu rękę chciał uścisnąć, wielce mnie pocieszasz.
— Jednakżeż pod jednym warunkiem.
— Pod jakimże? Niemasz warunku zgodnego z honorem moim, któregobym nie przyjął w zamian tak wielkiéj łaski.
— Otóż nie powiesz nikomu o wyroku swoim, i dasz mi pan na to słowo honoru.
— Czynię to jak najchętniéj, ponieważ jedna z osób, którą zobaczyć pragnę, umarłaby od razu, usłyszawszy to.
— Więc dobrze. Czy pan masz jeszcze co powiedziéć?
— Nie, obciąłbym tylko, ażebyś pan stwierdził, żem nic nie powiedział.
— Zapieranie się pana jest zapisane w słownym wywodzie. Woźny, podaj panu akta, by je przejrzał i podpisał.
Gaston usiadł przy stole, gdy d’Argenson i sędziowie, ugrupowani w około, rozmawiali pomiędzy sobą; uważnie odczytywał akta processu, zapytania naczelnika policji i odpowiedzi swoje. Znalazł je w zgodzie z własną pamięcią i podpisał.
— Już wszystko jest w porządku, przemówił do d’Argensona. Czy będę miał zaszczyt widziéć się jeszcze z panem?
— Wątpię, odpowiedział naczelnik policji, z brutalstwem jemu właściwém, które przerażało uprzedzonych o wszystkiém i osądzonych już zupełnie.
— Więc do widzenia się w przyszłém życiu.
D Argenson się skłonił i zrobił znak krzyża świętego, jak to zwykli czynić sędziowie, żegnając człowieka, na którego wyrok śmierci wydali.
Poczém major Gastona do jego odprowadził mieszkania.


III.
NIENAWIŚĆ RODZINNA.

Wróciwszy do swojego pokoju, Gaston był zniewolonym odpowiadać Dumesnil’owi i Pompadourowi, czekającym na wiadomość od niego. Stosownie do przyrzeczenia danego d’Argensonowi, Gaston nic nie mówił o osądzeniu swojém; uwiadomił ich tylko, że był surowiéj, jak poprzednie razy, badanym. Nakoniec pragnąc przed śmiercią kilka napisać listów, prosił Dumesnil’a o światło. Papier i ołówek miał od gubernatora, jak to wyżej powiedziano.
Dumesnil przesłał mu tym razem świecę jarzącą zapaloną, wszystko się coraz więcéj doskonaliło. Maison Rouge niczego pannie de Launay odmówić nie umiał, a panna de Launay dzieliła się wszystkiém z kawalerem; który znowu, jako dobry koleżka, udzielał skarbów swoich Gastonowi, księciu de Richelieu i innym sąsiadom.
Gaston pomimo obietnicy d’Argensona, powątpiewał jednakże, że mu wolno będzie oglądać Helenę, lecz był przekonanym, że mu przed śmiercią przyślą spowiednika, i że spowiednik jego wysłucha ostatnią prośbę umierającego i odda listy podług ich adresu.
Właśnie gdy zabierał się do pisania, posłyszał pannę de Launay, dającą mu znak zwykły, że ma coś do powiedzenia.
Był to list zaadresowany do niego, i mając świecę mógł go zaraz przeczytać.
Brzmiał jak następuje:
«Przyjacielu nasz! bo zostałeś naszym przyjacielem i nie mamy nic tajemnego przed tobą. Uwiadom Dumesnila o owéj nadziei, którą powzięłam z słów doktora Herment.»
Serce Gastona zadrżało, że może i dla niego w tym liście jakaś zabłyśnie nadzieja: czyż mu nie powiedziano, że los jego będzie takiż sam, jak los spiskowych Cellamary? Prawda, że ci co to mówili, nie znali całkiem zasad związku do którego on należał.
Czytał więc daléj:
«Przed półgodziną przyszedł do mnie doktor w towarzystwie pana Maison-Rouge. Ostatni robił mi tak słodkie oczy, żem ztąd najlepszą powzięła nadzieję. Jednakżeż, gdym zażądała mówić sam na sam albo zcicha z doktorem, wielkie począł robić trudności, które jednym uśmiechem zwalczyłam.»
«— Zastrzegam sobie, wymówił, aby nikt o tém nie wiedział, że się na krok jeden oddalam, bo inaczéj utraciłbym niezawodnie posadę moję, gdyby ktokolwiek o łatwości mojéj został uwiadomionym.»
«Ten ton miłości połączony z interesem wydawał mi się tak dziwacznym, żem mu ze śmiechem wszystko przyrzekła czego żądał. Widzisz jak dotrzymuję słowa.»
«Oddalił się więc nieco a pan Herment przystąpił bliżéj.»
«I zaczęła się rozmowa, przy której ruchy, inne od słów wyrzeczonych, miały znaczenie.”
— «Pani masz szczerych przyjaciół, ozwał się Herment, przyjaciół wysoko położonych, którzy się panią zajmują.»
«Przypomniała mi się oczywiście pani du Maine.
— «O mój panie; zawołałam, czy masz jakie polecenie do mnie?
— «Cicho! poszepnął Herment, pokaz mi pani język.»
«Jakżeż mi serce uderzyło.»
Gaston położył rękę na swojém sercu i ono biło także gwałtownie.
— «I cóż mi pan przynosisz?»
— «O, nic, chyba samego siebie; ale przyniosą pani przedmiot w mowie będący.»
— «I cóż to jest? powiedz pan!
— «Wiadomo jak łóżka w bastylji są niewygodne a mianowicie téż posłanie i kołdry, polecono mi więc ofiarować pani..
— «Cóż takiego?»
— «Kołderkę na nogi.»
«Rozśmiałam się na cały głos: poświęcenie się moich przyjaciół ograniczyło się na zabezpieczeniu mnie od dostania kataru!
— »Mój dobry panie, odpowiedziałam doktorowi, w tém położeniu, jakiem jestem, przyjaciele moi powinni raczéj o głowie mojéj a nie o nogach pamiętać. Lecz mniejsza o to, radabym tylko wiedziéć kto jest tym przyjacielem.
— »To jest przyjaciółka.
— »I któż ona jest?
— »Panna de Charolais, odpowiedział Herment tak uciszonym głosem, żem go zaledwie dosłyszała.
»Poczém się oddalił, a ja, mój kochany panie, oczekuję kołderki od panny Charolais.
»Opowiedz pan całą tę rzecz Dumesnifowi; naśmieje się z niéj:«
Gaston smutno westchnął. Wesołość otaczających go padała mu ciężarem na serce.
Była to nowa jaka katusza, którą, mu zadano rozkazem, by się nikomu z tém co go czeka nie zwierzył? Mniemał, iżby go niejako były pocieszyły łzy, któreby sąsiedzi nad losem jego byli przelali; bo pożałowanie dwóch serc kochających się, kiedy i własne serce silném przepełnione jest uczuciem, a umierać każą, wielką staje się ulgą.
Gaston nie miał dosyć odwagi, by list ten Dumesnilowi przeczytać, przesłał mu go więc tylko, a po chwili posłyszał jego wybuchy głośnego śmiechu.
W téjże saméj chwili przesłał Helenie w myśli ostatnie pożegnanie swoje.
Spędziwszy większą część nocy na pisaniu listów, Gaston następnie się położył i zasnął.
Nazajutrz przyniesiono mu śniadanie w tym czasie jak zwykle. Lecz Gaston uważał, że jest wykwintniejsze od poprzednich, uśmiechnął się na tę względność szczególną i przypomniał sobie starania, jakie za zwyczaj skazanym na śmierć okazują.
Przy końcu śniadania ukazał się gubernator.
Gaston nagłym rzutem oka wyśledził wyraz jego twarzy: był on i dzisiaj pełen grzeczności i chęci uprzejmych. Czyliż mu wyrok wczoraj zapadły jeszcze nie był świadomym? albo przywdział-że tylko taką maskę?
— Czy pan zechcesz potrudzić się do sali posiedzeń? zapytał pan de Launay Gastona.
Gaston się podniósł. Zaszumiało mu w uszach: skazany na śmierć w każdym rozkazie, którego celu nie zna, już się widzi być prowadzonym na rusztowanie.
— Mogęż wiedziéć dla czego mam zejść na salę posiedzeń? zapytał Gaston głosem o tyle spokojnym, że w nim żadne z wewnętrznych nie odbrzmiało wrażeń.
— Ażebyś pan przyjął czyjąś wizytę. Wszakżeś o to wczoraj pana naczelnika policji prosił, byś się mógł z kimś widziéć.
Gaston zadrżał.
— Więc tę osobę zobaczę?
— Tak jest.
Gaston już otwierał usta do dalszych pytań, bo przecież prosił; ażeby się z dwiema osobami mógł zobaczyć, a tutaj mowa była tylko o jednéj. Którąż więc miał widziéć? Brakło odwagi zapytać o to i w milczeniu udał się za gubernatorem.
Gubernator zaprowadził go na salę posiedzeń. Wchodząc, obejrzał się Gaston do koła, lecz sala zapełnię była pustą, nie było nawet i oficerów, którzy przy tego rodzaju widzeniach się bywają obecni.
— Pozostań pan tutaj, ozwał się gubernator, osoba któréj oczekujesz niebawem nadejdzie.
Pan de Launay ukłonił się Gastonowi i wyszedł.
Gaston pobiegł po jego wyjściu do okna, zakratowanego jak i inne w bastylji, i ujrzał stojącą przy niém wartę. Wyjrzał przez nie na dziedziniec, gdy nagle zaskrzypły zawiasy i drzwi otworzono. Na ten odgłos obrócił się i ujrzał przed sobą księcia d’Oliwares.
Nie było to jeszcze wszystko czego żądał, a jednakżeż już bardzo wiele; bo skoro spełniono jego życzenia co do księcia, mógł się spodziewać, że mu dotrzymają słowa i co do Heleny.
— O jakżeś jaśnie oświecony pan dobry! zawołał, że się przychylasz do prośby biednego więźnia.
— Było to obowiązkiem moim. Nadto przychodzę podziękować panu.
— Mnie! I cóżem ja zrobił, co zasługuje na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— Byłeś pan indagowany, zaprowadzony na salę tortur, mówiono panu, że zostaniesz ułaskawionym, skoro wydasz spólników swoich, a jednakżeż milczałeś.
— To było od początku zamiarem moim, dotrzymałem sobie słowa, i na tém koniec. Nie zasługuje to bynajmniéj na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— A teraz powiedz mi pan, czy ci mogę być użytecznym w czemkolwiek.
— Nasamprzód zaspokój mnie jaśnie oświecony pan co do własnej osoby swojéj. Czy wasza książęca mość nie byłeś niepokojonym?
— Bynajmniéj.
— Tém lepiéj.
— I jeżeli związkowi bretońscy wszyscy są tak względni jak pan, nie wątpię, że w téj całéj sprawie nawet imienia mego nie wspomną.
— O, ja ręczę za nich. Ale wasza królewska mość, czy także ręczysz za la Jonquière’a?
— Za la Jonquière’a? powtórzył książę nieco zaambarasowany.
— Tak jest. Czyliż książę nie wiesz, że i on jest aresztowany?
— Słyszałem coś o tém.
— Otóż zapytuję jaśnie oświeconego pana, co sądzisz o nim?
— Nie wiem co panu na to odpowiedzieć, chyba że on całkiem zaufanie moje posiada.
— Skoro posiada zaufanie jaśnie oświeconego pana, to widać że na nie zasługuje.
— Więc o cóż to pan prosić mnie miałeś.
— Książe widziałeś tę młodą panienkę, którą przywiozłem do jaśnie oświeconego pana?
— Pannę Helenę de Chaverny; tak, widziałem ją.
— Otóż to, co waszéj ekscelencji wtedy powiedzieć czasu nie miałem, dopowiem teraz: ja kocham tę młodą dziewczynę już przeszło od roku! Jedyném marzeniem mojém w ciągu tego czasu było, poświęcić się dla jéj szczęścia... mówię marzeniem, jaśnie oświecony panie, bo gdym się ocknął z niego, wiedziałem że dla mnie wszelkie szczęście zamarło. Chciałem ją zaślubić, by jéj dać imię, majątek, pewne stanowisko w świecie, właśnie gdy mnie aresztowano.
— Bez zezwolenia jéj rodziców i familji?
— Nie miała ni jednych ni drugich, i podług wszelkiego podobieństwa miała być sprzedaną zapewne jakiemuś wielkiemu panu, gdy uznała potrzebę opuszczenia osoby, którą przy niéj umieszczono.
— Ale któż panu powiedział, że panna Helena de Chaverny miała być ofiarą tak ohydnego przekupstwa?
— Ona sama opowiadała mi o jakimś ojcu, który się ukrywał i o jakichsiś brylantach, które jéj ofiarowano. A potém, wiesz wasza ekscelencja gdzie ja ją znalazłem? otóż w jednym z owych domów hańby, przeznaczonych na rozpustę dla bogatych paniczów!... Ją! tego anioła niewinności i uczuć najczystszych!... otóż, jaśnie oświecony panie, ona ztamtąd zemną uciekła pomimo krzyków swojéj strażniczki, wśród dnia jasnego i w obec lokai, zostających przy niéj; pozostała przez dwie godziny przy mnie, a chociaż jest tak czystą, jak w owym dniu, gdy piérwszy pocałunek od matki swojéj odebrała, jest jednakże już skompromitowaną. Przeto, jaśnie oświecony panie, pragnę ażeby to projektowane małżeństwo do skutku przyszło.
— W położeniu, w jakiem się obecnie znajdujesz?
— Tém bardziéj, jaśnie oświecony panie.
— Ale może się łudzisz, co do kary, jaka na ciebie spadnie.
— Jest to podobno taż sama, jaka padła na hrabiego de Chalais, margrabiego de Cinq-Mars i kawalera Ludwika de-Rohan.
— Więc jesteś na wszystko przygotowanym, nawet i na śmierć?
— Przygotowałem się do niej w dniu, w którym przystąpiłem do związku: to tylko konspiratora tłumaczy, że godząc na czyje życie, sam własne naraża.
— I cóż ta młoda dziewczyna zyszcze na tym ślubie?
— Jaśnie oświecony panie, mam majątek, chociaż bogatym nie jestem, a ona jest ubogą; mam nazwisko, ona go nie ma: radbym jej więc moję imię i majątek zostawił. Prosiłem króla, ażeby majątek mój nie uległ konfiskacie i ażeby imienia mego nie zbezczeszczono; gdy się dowie dla jakiéj to uczyniłem przyczyny, przychyli się zapewne do mojéj prośby. Gdy umrę nie zostawszy jéj mężem, posądzą ją, że była metressą moją: będzie zgubioną, zniesławioną! i wszelka dla niéj przyszłość zaginie. Przeciwnie, gdy przez protekcją waszéj ekscelencji, o którą z wzniesionemi rękoma błagam, uzyskam pozwolenia na połączenie się nasze, nikt jéj nic zarzucić nie poważy się: krew przelana na rusztowaniu polityczném nie plami rodziny skazanego i nie pokrywa hańbą jego wdowy, która, jeżeli nie jest szczęśliwą, to przynajmniéj niezależną i poważaną. Otóż to jest ta łaska, o którą waszej ekscelencji proszę: czyż ją przez jaśnie oświeconego pana otrzymać mogę?
Książe zbliżył się do drzwi i trzy razy w nie zastukał: otworzono je i ukazał się pan Maison Rouge.
— Zapytaj pan odemnie pana de Launay, czyli ta młoda panienka, która przed bramą w karecie mojéj czeka, może przyjść tutaj? On wie, że jéj wizyta, tak samo jak i moja, jest dozwoloną. Pan ją tu przyprowadzisz, nieprawdaż?
— Jakto, jaśnie oświecony panie, Helena jest tutaj?
— Czyż panu tego nie obiecano?
— O tak! ale widząc jaśnie oświeconego pana samego, jużem był utracił nadzieję.
— Chciałem pana sam pierwéj widziéć, przeczuwając że mi masz wiele do powiedzenia, czego ona słyszeć niepowinna, bo ja wiem wszystko.
— Książe wiesz wszystko! cóż jaśnie oświecony pan przez to chcesz powiedziéć?
— Wiem, że ciebie wczoraj do arsenału przywołano.
— Jaśnie oświecony panie!
— Wiem, żeś tam zastał d’Argensona, że on ci wyrok przeczytał.
— O mój Boże!
— Wiem, żeś na śmierć skazany i żeś dał słowo swoje, jako o tém nikomu nie powiesz.
— O jaśnie oświecony panie, milczenie! milczenie! Jedno takie słowo może zabić Helenę.
— Bądź pan o to spokojnym. Ale czy niemasz jakiego środka, byś się od téj śmierci uchronił?
— Potrzebaby dni wiele, by przysposobić i wykonać plan do ucieczki, a mnie już są godziny moje policzone.
— O, nie o tém ja mówię, tylko pytam: czyli co do téj zbrodni, nie masz coś na obronę swoje powiedziéć?
— Co do zbrodni mojéj! zawołał Gaston zdziwiony, słysząc podobny wyraz z ust współwinowajcy swojego.
— Ej, mój Boże, tak jest, odparł książe, miarkując się, przecież wiesz, że ludzie tak nazywają mężobójstwo: potomność tylko jest sędzią, i podobną zbrodnię niekiedy wielkim nazywa czynem.
— Nie mam nic na obronę do powiedzenia, tylko to chyba, że śmierć rejenta uważam jako rzecz konieczną dla dobra Francji.
— Tak, odpowiedział książę z uśmiechem, ale pojmujesz, że cię to w obec Filipa Orleańskiego bynajmniéj nie tłumaczy. Chciałbym był raczej coś osobistego posłyszéć. A chociaż jestem politycznym wrogiem rejenta, to jednakże wyznać muszę, że w nim złego nie widzę człowieka; mówią że jest litościwym, i podobno że nikt z ważniejszych osób za rządów jego na rusztowaniu nie zginął.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan hrabiego Horn.
— To był zabójca.
— A czemżeż ja jestem, jeżeli nie zabójcą, tak jak hrabia Horn?
— Z tą różnicą, że hrabia Horn zabijał, ażeby kraść.
— Ja nie mogę i nie chcę o nic prosić rejenta.
— Nie osobiście, ja wiem o tém, lecz przyjaciele twoi, gdyby potrafili coś na obronę twoję przytoczyć. Możeby sam chętnie piérwszy krok zrobił, możeby cię ułaskawił.
— Nie mam nic do powiedzenia, jaśnie oświecony panie.
— To jest niepodobna, pozwól to sobie zarzucić. Podobne przedsięwzięcie, jak twoje, nie zrodzi się w sercu człowieka bez jakich powodów poprzednich, dajmy na to jakąś nienawiść albo chęć pomszczenia się. Otóż i przypominam sobie, żeś do la Jonquirèe’a mówił o jakiejś odziedziczonéj rodzinnéj nienawiści, powiedz mi, jakiż był powód do tego?
— Napróżnobym waszą ekscelencję trudził. Zdarzenie, które tę nienawiść spowodowało, nie może mieć żadnego interessu dla jaśnie oświeconego pana.
— Nic nie szkodzi, mów tylko.
— Otóż, rejent zabił mojego brata.
— Rejent zabił brata twojego!... Co mówisz?... Niepodobna... panie Gaston! zawołał książę.
— Tak, zabił go, jeżeli od skutku przejdziemy do przyczyny.
— Tłumacz się jaśniej, mów! Jakżeż rejent mógł...?
— Mój brat był starszym odemnie o lat piętnaście, zastępował mi ojca, który mi umarł na trzy miesiące przed urodzeniem się mojém: matkę zaś utraciłem także, będąc jeszcze niemowlęciem. Brat mój zakochał się w młodéj dziewczynie, którą z rozkazu księcia wychowywano w klasztorze.
— W którym klasztorze? nie wiesz?
— Nie; wiem tylko, że w Paryżu.
Książe poszepnął kilka wyrazów, których Gaston nie dosłyszał lub téż nie zważał na nie.
— Brat mój, krewny ksieni tegoż klasztoru, miał sposobność widywania tę panienkę; zakochał się i chciał ją zaślubić. Proszono o zezwolenie księcia, dał je na pozór, gdy nagle młoda dziewczyna, uwiedziona, przez swojego mniemanego protektora, z klasztoru zniknęła. Przez trzy miesiące szukał jéj brat mój, lecz nadaremnie; nie posłyszał nawet już o niéj nigdy, z rozpaczy rzucił się w bój krwawy i poległ w bitwie pod Ramillies.
— 1 jakżeż się nazywała ta młoda dziewczyna? zapytał książe z zajęciem.
— Nikt tego nie wiedział; bo wymienić jéj nazwisko, byłoby to samo co zhańbić ją.
— Niemasz żadnéj wątpliwości, poszepnął książe, to była matka Heleny... A brat twój, jakżeż się nazywał? zapytał głośno.
— Oliwier de Chaulay.
— Oliwier de Chaulay... powtórzył książe zcicha... Wiedziałem, że nazwisko de Chaulay nie było mi obcém.
Potém głośno dodał:
— Mów pan daléj, słucham.
— Wasza ekscelencja nie wiesz, co to jest nienawiść rodzinna, zwłaszcza téż w kraju naszym. Kochałem brata mojego tak, jakbym był rodziców moich kochał. A na raz jeden pozostałem się sam na świecie. Wyrosłem w samotności serca i z nadzieją pomszczenia się; w pośród ludzi, którzy mi codzień powtarzali: «Książe Orleański zabił twojego brata.« Potém ten książę został rejentem Francji, i liga bretońska niebawem się uorganizowała. Byłem jednym z pierwszych, com do niéj przystąpił, wasza ekscelencja wiesz resztę i przekonałeś się, że w tém wszystkiém nic niemasz, coby jaśnie oświeconego pana szczególniéj interesować mogło.
— Przeciwnie, mylisz się pan pod tym względem. Na nieszczęście, rejent dużo podobnych błędów popełnił, które wynagrodzić powinien.
— Jaśnie oświecony pan pojmujesz, że przeznaczenie moje powinno się spełnić i że nic od niego żądać nie mogę.
— Tak, masz słuszność, rzecz ta niechaj się sama załatwi, jeżeli załatwić się może.
W téj chwili drzwi otworzono i wszedł pan Maison-Rouge.
— I cóż tam? zapytał książę.
— Pan gubernator rzeczywiście otrzymał rozkaz od naczelnika policji, ażeby się więzień z panną Heleną de Chaverny rozmówił. Czy może tu wejść?
— Jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston błagalnie.
— Rozumiem pana, odpowiedział książę. Żal i miłość mają swój wstyd i unikają świadków. Przyjdę po pannę Helenę.
— To pozwolenie służy tylko na pół godziny, wtrącił Maison-Rouge.
— Zostawiam pana, a za pół godziny przyjdę po nią, odrzekł ksiąe.
I wyszedł ukłoniwszy się Gastonowi.
Maison Rouge obejrzał cały pokój, przypatrzył się drzwiom, zobaczył czy warta stoi przy każdém oknie, i także wyszedł.
Po chwili weszła z nim Helena, blada, drżąca, bełkocąc swoje podziękowania, zwrócona ku panu Maison-Rouge, który jéj się nisko skłonił i znowu wyszedł.
Wtedy to Helena spojrzała w około i zobaczyła Gastona. Zostawiono ich samych stosownie do rozkazu księcia a nie co do przepisów zwykłych.
Gaston pobiegł do Heleny a Helena do Gastona, i mając tylko w myśli ubiegłe cierpienia i przyszłość ponurą, uścisnęli się namiętnie.
— Przecież! zawołała młoda dziewczyna, zalewając się łzami.
— Tak, przecież! powtórzył Gaston.
— Niestety! poszepnęła Helena, spoglądając z trwogą w około, widziéć ciebie w tém więzieniu, i nie módz z tobą otwarcie mówić, będąc pod strażą, podsłuchiwaną, o to jest okropnie!
— Nie żalmy się Heleno, bo i tak doznajemy pewnych względów. Nigdy jeszcze więźniowi nie dozwolono uścisnąć drogą sercu jego osobę. Zwykle, spojrzyj Heleno, odwiedzający stoi tam przy ścianie, więzień na drugim końcu izby a żołnierz w środku; i przedmiot rozmowy już naprzód jest oznaczony.
— Komuż zawdzięczamy tę względność?
— Muszę wyznać, że rejentowi zapewne. Bo gdy o tém wczoraj z d’Argensonem mówił, odpowiedział mi, żęto przechodzi jego władzę i powinien wprzódy tę prośbę rejentowi przedstawić.
— Ależ teraz, Gastonie, kiedy ciebie widzę, to mi opowiedz co się działo w czasie tego wieku cierpień i łez. Przyznaj mi się, wszakżeż mnie przeczucia moje nie zwodziły? Należałeś do spisku, nieprawdaż? O nie zapieraj się!
— Przyznaję się, Heleno; wiesz, że my Bretończycy jesteśmy stali, tak w nienawiści naszéj, jako i miłości. Uorganizowrała się liga w Bretanii, cała szlachta należała do niéj. Miałżem ja sam wyłączyć się od niéj? Pytam się ciebie, Heleno, miałżem opuścić braci moich? Nie byłżebym wówczas godnym pogardy, gdyby cała Bretanija była powstała a ja sam jeden ręce założył lub podniósł biczyk, gdy drudzy miecze dźwignęli?
— O tak, masz słuszność, Gastonie. Ale pocóżeś wraz z drugimi w Bretanii nie pozostał?
— I tamci aresztowani, Heleno.
— Więc was oskarżono, zdradzono?
— Zapewne. Siadaj Heleno i dozwól bym się tobie przypatrzył, póki jesteśmy sami. Pozwól sobie powiedzieć, żeś piękna i że ciebie kocham. A ty Heleno, cóżeś robiła przez ten czas mojéj nieobecności?... Książe...
— O, gdybyś wiedział, jak on dobrym był dla mnie. Co wieczór przychodził mnie odwiedzić. A co starań! jakie dogadzania!
— A w tych staraniach i dogadzaniu ci, nie byłoź nic podejrzanego? zapytał Gaston, dręczony rzuconém niby nieumyślnie słowem fałszywego la Jonquière.
— Co chcesz przez to powiedzieć Gastonie?
— Że książe jest jeszcze młodym, a ty Heleno piękną, jakem ci to dopiéro przed chwilą powiedział.
— O mój Boże! nie, nie, Gastonie, na nim się niezawiedziemy. I są chwile, gdy on, tak jak ty teraz, przy mnie siedzi, że mi się zdaje, jak gdybym ojca mojego była znalazła.
— Biedne dziecię!
— Nadto, jakimś dziwnym trafem, głos jego bardzo jest podobnym do głosu tego człowieka, który mnie w Rambouillet odwiedził. Podobieństwo to zaraz mnie na pierwszym wstępie uderzyło.
— Tak myślisz? wymówił Gaston w roztargnieniu.
— Ale o czemże ty dumasz? Mój Boże zdaje mi się, że nie słuchasz tego, co ci mówię.
— Ja, Heleno, ja! wszakżeż każdy twój wyraz pada mi na dno serca.
— Jesteś niespokojny. O Gastonie! pojmuję wszystko. Należący do spisku, życie swoje niesie w ofierze. Ale bądź spokojnym, powiedziałam to już księciu: jeżeli ty umrzesz to i ja umrę.
Gaston zadrżał.
— Jesteś odważną! zawołał.
— O mój Boże! jakaż to męczarnia: przeczuwać, że ten którego się kocha jest na wielkie narażony niebezpieczeństwo, i tém większe, że nieznane, i czuć że nic, nic dla niego zrobić nie można, prócz wylewania łez daremnych, gdyby go się chętnie życiem własném okupić chciało!
Twarz Gastona rozjaśnił promień niewysłowionego szczęścia; po raz piérwszy usłyszał z ust ukochanéj podobne wyrazy, i pod wrażeniem myśli, którą się od chwil kilku zdawał karmić, zawołał:
— Przeciwnie, Heleno, przeciwnie! i ujął obiedwie jéj ręce. Ty się mylisz, bo wiele dla mnie zrobić możesz.
— I cóż mogę zrobić, o mój Boże!
— Możesz żoną moją zostać! wymówił, patrząc jéj w oczy.
Helena zadrżała.
— Ja, twoją żoną?
— Tak Heleno, ułożony projekt, gdym jeszcze był wolny, dzisiaj, gdy jestem więźniem urzeczywistnić możesz. Heleno, żono moja w obec Boga i ludzi! żono moja tutaj i tam! na zawsze, wiecznie! Otóż, czém jedneni słówkiem dla mnie być możesz! Czyż ty sądzisz, że to jest niczém, Heleno?
— Gastonie! zawołała, przeszywając go wzrokiem, ty jeszcze coś przedemną ukrywasz?
Teraz Gaston znowu zadrżał.
— Ja! i cóżbym miał przed tobą ukrywać?
— Powiedziałeś mi sam, żeś się wczoraj z panem d’Argenson widział.
— Tak jest.
— A więc, Gastonie, wyrzekła blednąc, jesteś skazanym.
Gaston naglą myśl powziął.
— Tak! zawołał, jestem skazany na wygnanie, i jako egoista, chciałem ciebie węzłem nierozerwanym przykuć do siebie, zanim Francją opuszczę.
— Gastonie, czy prawdę mi mówisz?
— Nie inaczéj. Miałażbyś dosyć odwagi zostać żoną wygnańca i skazać siebie samą na wygnanie?
— I ty o to pytasz, Gastonie? zawołała Helena z zapałem. Wygnanie!.... O, dziękiż ci, mój Boże! Toćże jabym chętnie z tobą i wieczne była chciała dzielić więzienie! Więc pójdę z tobą i nieodstępnie wszędzie towarzyszyć ci będę. Ależ ten wyrok jest szczęściem, obok tego, któregośmy się lękali. Po-za Francją świat cały jest naszym. O Gastonie!... Gastonie, możemy jeszcze być szczęśliwi!
— Tak, Heleno, tak, poszepnął Gaston.
— Nie pojmujesz-że tego szczęścia! Francją dla mnie będzie kraj, w którym z tobą zamieszkam! Ojczyzną moją jest miłość twoja! Wiem, że będę musiała usiłowań dołożyć, byś zapomniał Bredaniją, przyjaciół, twoje marzenia o przyszłości... Ah! otoczę cię tak wielką miłością, że o wszystkiém zapomnisz.
Gaston ujął tylko ręce Heleny i do ust je przycisnął.
— Wskazanoż ci miejsce twojego wygnania? Kiedyż odjeżdżasz? Pojedziemy razem, nieprawdaż? odpowiedzże mi!
— Moja Heleno, to jest niepodobna, rozdzielą nas chwilowo przynajmniéj. Odprowadzą mnie na granicę Francyi, ale jeszcze nie wiem na którą. Będąc za granicą, zostanę dopiéro wolnym, i wtedy to przyjedziesz do mnie.
— O, wiem ja jeszcze coś lepszego! od księcia dowiem się już naprzód dokąd ciebie wyślą, i zamiast pojechać za tobą, wyprzedzę cię raczej. Wysiadając z powozu powitasz mnie zaraz, bym ci osłodziła pożegnanie z Francją. A potém, śmierć tylko sama jest już niepowetowaną: późniéj król może cię ułaskawić...., a może późniéj jeszcze, czyn, za który dzisiaj karanym jesteś, będzie ci jako zasługa policzony. W tedy powrócimy do Francyi, i nic nam już nie przeszkodzi powitać znowu Bretaniją, tę kolebkę miłości naszéj, ów raj najdroższych wspomnień. Ale mówżesz mi! zawołała głosem, w którém niecierpliwość i najwyższe odbrzmiewało uczucie, mówżesz mi, że dzielisz nadzieję moję, żeś spokojny i szczęśliwy!
— O, tak, moja Heleno, tak! Jestem szczęśliwy, bo teraz się przekonywam dopiéro, jaki to anioł mnie kochał! O tak Heleno, mówię ci, że wolę jednę godzinę takiéj miłości a potém śmierć, aniżeli życie długie bez kochania.
— A teraz co? zapytała Helena obejmując całą duszą tę przyszłość o której mówiła. Cóż oni teraz poczną? Pozwoliż mi przyjść tutaj raz jeszcze zanim wyjedziesz? Będęż mogła pisywać do ciebie? Będziesz-że mi mógł odpisać? O której-że godzinie jutro, mogęż przyjść do więzienia twojego?
— Mam prawie obietnicę, że ślub nas nastąpi dzisiaj wieczorem albo najdaléj jutro.
— Tutaj? w więzieniu! zawołała Helena, drżąc pomimowolnie.
— Gdziekolwiek się odbędzie, nie złączyż nas na zawsze, Heleno?
— A gdyby ci nie dotrzymano słowa! gdyby cię wysłano zanim bym cię znowu oglądać mogła!
— Otóż to, moja Heleno, odrzekł Gaston z bólem serca, co nastąpić może i czego się lękam.
— O mój Boże! i czyż sądzisz, że cię tak prędko wywiozą?
— Wiesz dobrze, Heleno, że więźniowie nie od siebie zależą. Co chwilę mogą przyjść i wywieść mnie.
— O niechżeż przychodzą! im rychlej będziesz wolnym, tém prędzéj połączymy się znowu. Nie potrzebuję być żoną twoją, ażeby pójść za tobą. Znam twoję cnotę, Gastonie, i jesteś małżonkiem moim w obliczu Boga. O, odjeżdżaj raczéj co prędzéj, mój Gastonie, bo póki zostajesz pośród tych murów wysokich i grubych, lękam się o życie twoje. Odjeżdżaj, a za dni kilka złączymy się, bez obawy rozstania się na nowo, bez świadków, którzy by nas śledzili, na zawsze połączeni, na zawsze!
W téj chwili drzwi otworzono.
— O mój Boże! czy już? zawołała Helena.
— Czas wyznaczony już upłynął, odpowiedział Mont-Eouge.
— Heleno! wymówił Gaston, chwytając ręce Heleny z dreszczem nerwowym, którego stłumić nie zdołał.
— I cóż, mój kochany? zapytała Helena, spoglądając z przerażeniem na niego. Cóż ci jest? bledniesz.
— Ja!... nie, nic, nic, nic mi nie jest, odpowiedział, zostając znowu przez siłę woli panem samego siebie, i pocałował z uśmiechem ręce Heleny.
— Do widzenia się jutro! wymówiła.
— Do zobaczenia się jutro!
W téj chwili ukazał się książę we drzwiach i Gaston pobiegł ku niemu.
— Jaśnie oświecony panie, przez litość zrób wszystko co możesz, ażeby Helena żoną moją została. A jeżeli tego nie dopniesz, to mi przysięgniéj, że zostanie córką waszej ekselencyi.
Książe uścisnął ręce Gastona. i ze zbytku wzruszenia nic wymówić nie mógł.
Helena przystąpiła bliżéj a Gaston zamilkł z obawy, by czegoś nie dosłyszała. Podał rękę Helenie, która czoło ku niemu schyliła; łzy ciche spływały po jéj licu. Gaston przymknął powieki ażeby tych łez nie widział i sam nie zapłakał.
Potrzeba było pożegnać się; zamienili z sobą długie, głębokie, ostatnie spojrzenie. Książe podał rękę Gastonowi.
I dziwném była ta sympatja pomiędzy nimi, z których jeden z tak daleka przybył, by zabić drugiego.
Drzwi się zamknęły i Gaston upadł na krzesło. Wszystkie na raz nieszczęśliwego odbiegły siły.
W dziesięć minut potém nadszedł gubernator, by odprowadzić Gastona do jego pokoju.
Udał się za nim w ponurem milczeniu, i gdy zapytał, czyli czego nie żąda, odpowiedział mu tylko poruszeniem głowy, że nie.
Noc zapadła a panna de Launay dała znak zwykły, że ma jakąś wiadomość dla sąsiadów dla swoich.
Gaston otworzył okno i podjął przesłany mu list, w którym był drugi dla kawalera.
Zwykłym sposobem zrobił sobie światło i przeczytał:
»Kochany sąsiedzie, kołderka nie była tak pogardy godną, jak to sądziłam, bo zawierała w sobie bilecik, na którym był nakreślony wyraz nadzieja! poszepnięty mi już wprzódy przez doktora Hermand.
Nadto mieścił się w niej i list do księcia de Richelien, który racz przesłać kawalerowi Dumesnil, by go znowu przestał księciu

De Launay.«

— Niestety! któż im usłuży, gdy mnie już nie będzie.
I zawołał na Dumensil’a i przesiał mu listy.


IV.
SPRAWY PAŃSTWA I INTERESSA FAMILIJNE.

Opuszczając bastylję, odwiózł książę Helenę do jej mieszkania, przyrzekając że ją, według zwyczaju, dziś wieczór pomiędzy ósmą a dziewiątą godziną odwiedzi. Za co by mu niezwyczajnie wdzięczną być powinna była, gdyby była wiedziała, że tegoż wieczora książę dawał wielki bal maskowy w Monceaux.
Wróciwszy do palais-royal zapytał rejent o Dubois, odpowiedziano, że jest w gabinecie jego i pracuje. Wbiegł więc jak zwykle, lekko po wschodach, wszedł do pokoju, wzbraniając, by go o jego przyjściu uwiadomiono.
Dubois siedział przy stole i z taką pracował gorliwością, że nawet nie dosłyszał jak książę drzwi otworzył, zamknął, i na palcach zbliżył się do niego, by zobaczyć nad czém tak zawzięcie pracuje.
Zaciągał nazwiska jakieś do tabelli, umieszczał przy nich uwagi swoje, i polecenia obszerne, szczegółowo przy każdém.
— Cóż ty u djabła robisz? zapytał rejent.
— Ah to wasza królewska mość! przepraszam, nie słyszałem przyjścia jaśnie oświeconego pana, bo inaczéj...
— Nie o tém mówię, ale pytam co robisz?
— Podpisuję karty pogrzebowe dla naszych przyjaciół w Bretanii.
— Ależ jeszcze nic nie postanowiono o ich losie, działasz jak warjat, i wyrok komissji...
— Znam go już.
— Więc już wyrzekli?
— Nie, ale im go przed wyjazdem podyktowałem.
— Ależ to jest nikczemnie, co ty robisz.
— Naprawdę powiem waszéj królewskiéj mości, że jaśnie oświecony pan jesteś nieznośnym. Niechaj książe zajmie się raczej sprawami rodziny swojej ale nie państwa.
— Sprawami rodziny mojéj!
— Co się tych dotyczę, to musisz wasza królewska mość zupełnie być zadowolonym ze mnie. Poleciłeś mi pana de Chaulay, i stosownie do tego umaiłem mu bastylję różami: wyśmienite uczty, zachwycające msze, i gubernatora godnego uwielbienia, wszystko to miał. Dozwoliłem mu dziurawić podłogę i podrapać mury, bez względu, że nas reperacja nie mało kosztować będzie. Od czasu przybycia jego wszyscy tam świętują: Dumesnil rozmawia przez cały dzień w swoim kominie; panna de Launay wypuszcza swoję linkę z okna, a Pompadour spija wino szampańskie. I Laval codziennie aż po trzy enemy bierze. Nic nie mam przeciwko temu wszystkiemu, bo to należy do familijnych interessów waszéj królewskiéj mości. Ale tam w Bretanii, o tam, to jaśnie oświecony pan nic nie masz do rządzenia, zakazuję waszéj królewskiéj mości mięszać się w te sprawy. Chyba, ze tam masz jeszcze z jaki tuzin córek nieznanych, co bardzo łatwo być może.
— Błazen jesteś!
— O, wasza królewska mość sądzisz, żeś już wszystko zrobił, kiedy mnie błaznem nazwiesz. Ale mniejsza tam o to! Jednakżeż bez tego błazna, nie byłbyś jaśnie oświecony książę już dzisiaj przy życiu.
— I cóżby było potém?
— Co potém! Ot człowiek stanu! Potém byliby mnie powiesili może. Następnie byłaby pani de Maintenon rejentką Francji. Zabawna historja, nieprawdaż?... I to niby książe-filozof, co tak naiwne czyni pytania. O Mark-Aureljuszu! Czyżto nie on tę niedorzeczność powiedział: Populos esse denimu felices, si reges philosophi forent aut philosophi reges? Otóż to próbka.
Mówiąc to, Dubois ciągle pisał.
— Dubois, przerwał mu rejent, ty nie znasz tego chłopca.
— Jakiego chłopca?
— Kawalera de Chaulay.
— Doprawdy? Przedstawisz mi go wasza królewska mość, gdy zostanie zięciem jaśnie oświeconego pana.
— A więc jutro.
Dubois się obrócił zdumiony, opierając obiedwie ręce na fotelu, i wytrzeszczył swoje maleńkie oczy na rejenta, o ile tego oprawa ich dozwalała.
— Czyś wasza królewska mość zwarjował?
— Nie, ale to jest człowiek poczciwy, a tacy ludzie bardzo rzadko się zdarzają, o czém ty wiesz najlepiéj, opacie.
— Poczciwy człowiek! Ha! pozwól sobie wasza królewska mość powiedziéć, że dziwnie rozumiesz ten wyraz: poczciwy człowiek.
— Wierzę, że ja i ty o nim różne mamy pojęcia.
— I cóż on zrobił, ten poczciwy człowiek? Napuścił-że trucizną puginał, którym jaśnie oświeconego pana miał ugodzić? W takim razie, nicby mu nie było do zarzucenia. Wówczas nie byłby to już poczciwy człowiek, ale raczéj święty. Mamy już ś. Jaques Clement, ś. Ravaillac’a; tylko ś. Gastona brakuje jeszcze w naszym kalendarzu. Daléj, jaśnie oświecony panie daléj, nie chciałeś wasza królewska żądać dla ministra swojego od papieża kardynalskiego kapelusza, prośże teraz, by kanonizował zabójcę waszéj królewskiéj mości, a pierwszy raz w życiu będziesz książę logicznym.
— Mówię ci, Dubois, że mało jest ludzi zdolnych to uczynić, co zrobił ten młody człowiek.
— Hoho! na nieszczęście jaśnie oświecony panie, bo gdyby takich było dziesięciu we Francji, podałbym się natychmiast do dymisji.
— Nie mówię o tém co chciał zrobić, ale o tém co zrobił.
— I cóż zrobił takiego? Słucham. Chciałbym się zbudować temi jego czynami.
— Nasamprzód dochował przyrzeczenia d’Argensonowi.
— O, nie wątpię o tém! Umie on słowa dotrzymać. I gdyby nie ja, to byłby także i panom Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i t. d. swojego przyrzeczenia dotrzymał.
— Tak, ale tam tego trudniéj było dochować. Przysiągł nie mówić nikomu o wyroku swoim, i zataił to nawet przed kochanką.
— I przed waszą królewską mością także?
— Mówił zemną o tém, bom mu powiedział, że napróżno się zapiera, ponieważ wiem o wszystkiém. Poczém mnie zaklął, bym o nic w imieniu jego rejenta nie prosił, żąda zaś tylko jednéj łaski.
— I jakażto ta łaska?
— By mu wolno było zaślubić Helenę i zostawić jéj swój majątek i nazwisko.
— Dobrze! chce córkę waszéj królewskiéj mości obdarzyć nazwiskiem i majątkiem swoim. A to wcale grzeczny chłopiec, ten przyszły zięć waszéj królewskiéj mości.
— Czyż zapominasz, że to wszystko jest tajemnicą dla niego?
— Kto to wie?
— Dubois, nie wiem w czém cię kąpano, gdyś się urodził, ale to wiem, że wszystko zbrudzisz czego się dotkniesz.
— Ale przecież nie konspiracje, jaśnie oświecony panie, bo pod tym względem, to sądzę, że należycie wszystko oczyszczać potrafię jak naprzykład w sprawie Cellamary! Aha! czyż tam nie wszystko pięknie się zdarzyło? Mam nadzieję, żem Francji doskonałe na przeczyszczenie dał lekarstwo, by z siebie hiszpańskie wyrzuciła niestrawności. I tak będzie z Oliwaresem jak było z Cellamarą. Bretanija jeszcze tylko zapchana, potrzeba jéj więc dać dobre lekarstwo, a wszystko się skończy.
— Ty byś i z ewangelii świętéj żartował, Dubois.
— Dalibóg, żem od tego zaczął.
Rejent się podniósł.
— Ależ przepraszam, zawiniłem! zawołał Dubois, zapomniałem, że wasza królewska mość jesteś naczczo. Jakiż więc koniec historji?
— Koniec historji jest: żem obiecał prosić rejenta i że rejent zezwoli.
— Rejent popełni niedorzeczność.
— Nie, mój panie: on się tylko poprawi.
— Otóżto! tylko tego nam brakowało, byś się wasza królewska mość do jakiegoś wynagrodzenia krzywd wyrządzonych panu de Chaulay poczuwał.
— Nie jemu, lecz jego bratu.
— Tém lepiéj. I cóż wasza królewska mość zrobiłeś temu bratu?
— Porwałem mu kobietę, którą kochał.
— Którą?
— Matkę Heleny.
— To źle, wielką wasza królewska mość popełniłeś niesłuszność: bo gdybyś tego nie był uczynił, nie mielibyśmy obecnie takiego ambarasu.
— Stało się; a teraz potrzeba nam się z niego wywinąć, o ile tylko możemy najlepiéj.
— Nad tém właśnie pracuję.... Kiedyż ślub?
— Jutro.
— W kaplicy palais-royal’u. Jaśnie oświecony pan będziesz obecnym w kostjumie kawalera zakonu, podniesiesz, błogosławiąc obiedwie ręce nad głową swojego zięcia, obiedwie dla tego, że on chciał jednę na waszą królewską mość podnieść. Będzie to bardzo czule.
— Niezupełnie tak, jak mówisz. Wezmą ślub w bastylji, a ja w kapliczce będę ukrytym i nie zobaczą mnie wcale.
— O, to proszę waszéj królewskiéj mości, byś mi sobie towarzyszyć dozwolił. Ciekawym widzieć taką ceremoniją. Mówią, że to bardzo rozrzewnia.
— To być nie może, zawadzałbyś mi. Twoja brzydka fizjonomija zdradziłaby moje incognito.
— Piękna fizjonomja waszéj królewskiéj mości jeszcze trudniéj ukryć się potrafi odpowiedział Dubois, kłaniając się. W bastylji znajdują się portrety Henryka IV i Ludwika XIV!
— To bardzo pochlebnie.
— Wasza królewska mość odchodzisz?
— Mam rendez vous z de Launay.
— Z gubernatorem bastylji? — Tak jest.
— A to idź wasza królewska mość.
— Zobaczęż cię dzisiejszéj nocy w Monceaux?
— Mam mój kostjum a la Jonquière.
— Cicho! on tylko służy w oberży pod Muids-d amour i przy ulicy du Bac.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan o bastylji, boć i tam niejakie ma powodzenie.
— Dobrze. Bywaj zdrów!
— Najniższy sługa waszéj królewskiéj mości.
Rejent wyszedł.
Sam jeden, Dubois poruszył się niecierpliwie na krześle, potém się zamyślił, potém się po nosie podrapał a polem uśmiechnął.
Było to oznaką, że cóś ważnego postanowił.
Z tego wynikło, że wyciągnął rękę i zadzwonił. Urzędnik służbowy ukazał się niebawem.
— Pan de Launay, gubernator bastylji, będzie teraz u jego królewskiéj mości rejenta. Pilnuj na niego i przyprowadź mi go tutaj.
Służbowy się skłonił w milczeniu i wyszedł. A Dubois powrócił do swojéj złowrogiéj pracy.
Po chwili służbowy oznajmił przybycie pana de Launay.
Dubois mu podał jakąś nutę.
— Przeczytaj, wymówił. Daję ci moje rozporządzenia na piśmie, byś potém żadnéj nie miał wymówki.
De Launay czytał notę ze wszelkiemi oznakami wzrastającego przerażenia.
— Ach! więc pan mnie chcesz zgubić w opinii? zawołał nagle.
— Jakto? — Gdy się dowiedzą jutro co się stało...
— A któż na to co powie? czy ty?
— Nie ja, lecz rejent?...
— O co ten, to będzie w zachwyceniu. Ręczę ci za niego.
— Jestem gubernatorem bastyllji!
— I czy chcesz nim pozostać?
— Nie inaczej.
— Więc zrób co ci każę.
— O, to jednakże bardzo trudną jest rzeczą: mieć dozór, i na to co się dzieje zamknąć oczy i uszy.
— Więc oddaj wizytę w kominie panu Dumesnil, a drugą przez sufit Pompadourowi, mój zacny gubernatorze.
— Jakto?... Czyż to podobna?... Mówisz mi pan o rzeczach, o których nic nie wiem.
— Dowodem, żem lepiej obeznany z tém, co się w bastyllji dzieje. A gdybym ci mówił o rzeczach, które wiesz, jeszcze byś się bardziéj zadziwił.
— I cóżbyś mi pan mógł takiego powiedzieć? zapytał biédny gubernator zdumiony.
— Mógłbym ci powiedzieć, że przed tygodniem jeden z urzędników bastylji, i to zostający na wysokim stopniu, schował do kieszeni 50,000 liwrów za to, że wpuścił dwie kobiety, sprzedające jakieś tam przedmioty toaletowe...
— To były...
— Ja wiem kto one były, i po co przyszły i co robiły. Były to panny de Valois i de Charolais. A po co przyszły?... Przyszły odwiedzić księcia de Richelieu. Co robiły?... jadły karmelki aż do północy w wieży narożnéj, gdzie mają, zamiar znowu jutro powrócić; stosownie do znaków, jakiemi panna de Charolais księcia de Richelieu o tém uwiadomić kazała.
De Launay zbladł.
— Otóż, gdybym te wszystkie historje rejentowi opowiedział, który skandale takie bardzo lubi, jak to panu wiadomo, pewny pan de Launay przestałby być gubernatorem bastylji. Ależ ja milczę, bo wiem, że ręka rękę myje. Oszczędzam cię pana de Launay a więc pomóż-że i mnie.
— Jestem na usługi pańskie.
— Więc znajdę wszystko w pogotowiu?
— Przyrzekam to panu. Ale nie powiesz i słówka rejentowi?
— Za cóż mnie masz! Bywaj zdrów, panie de Launay.
— Do widzenia się panie Dubois.
I de Launay, kłaniając się ciągle, wycofał się z pokoju.
— Otóż jaśnie oświecony panie, pomruknął Dubois, teraz sprawa pomiędzy nami, i gdy jutro zechcesz wyprawić wesele swojéj córce, zabraknie ci tylko jednej rzeczy, to jest zięcia.
Właśnie gdy Gaston kawalerowi Dumesnil przesłał bilecik panny De Launay, posłyszał stąpanie na korytarzu; pospieszył uwiadomić kawalera, by się już nie odezwał i stuknął w podłogę, ażeby Pompadour spokojnie siedział: zgasił świecę i zrzucił swoje odzienie, jak gdyby się do spoczynku zabierał.
W téjże chwili drzwi otworzono i wszedł gubernator. Wiedząc, że o tym czasie nie zwykł więźniów swoich odwiedzać, Gaston zmierzył go badawczo wzrokiem i dostrzegł, że jest pomięszany. A gdy pan de Launay odbierał lampę z rąk dozorcy i na stole ją stawiał, widoczném było, że mu ręka drżała.
Dozorcy wyszli, ale Gaston dostrzegł, że u drzwi dwóch postawiono żołnierzy. Dreszcz przebiegł mu po ciele, bo to wszystko zakrawało na coś przerażającego.
— Jesteś mężczyzną, panie kawalerze, ozwał się gubernator, i żądałeś, ażebym tak do ciebie przemawiał. Słyszałem dziś wieczór, że już jesteś skazanym.
— I pan przychodzisz uwiadomić mnie, ozwał się Gaston ze zwykłą mu mocą duszy, że godzina egzekucji nadeszła.
— Nie to, ale że nadchodzi.
— I kiedyż to nastąpi?
— Mogęż panu prawdę powiedzieć?
— Będę panu za to szczerze zobowiązanym.
— Otóż jutro nadedniem.
— I gdzie?
— Na placu bastylji.
— Dziękuję panu. Jednakżeż miałem nadzieję.
— Jaką?
— Że przed śmiercią wolno mi będzie zaślubić ową panienkę, którą pan dzisiaj do mnie przyprowadziłeś.
— Czyż pan d’Argenson na to zezwolił?
— Nie, obiecał tylko prosić o tę łaskę króla.
— Może król odmówił.
— Czyż nigdy na nic podobnego nie zezwala?
— Bywa to rzadko, ale jednakżeż są przykłady.
— Jestem chrześcianinem, mój panie, przecież mi spowiednika nie odmówią?
— Jest już tutaj.
— Mogęż go widziéć?
— Za kilka minut. Zdaje mi się, że teraz jest u spólnika pańskiego.
— U mojego spólnika? u kogóż to?
— U kapitana la Jonquière.
— U kapitana la Jonquière?
— Jest on także skazanym i razem z panem będzie tracony.
— Biedny! poszepnął Gaston, a jam go posądzał!
— Pan jeszcze jesteś tak młody, i już masz umierać!
— Śmierć lat wieku nie liczy, mój panie. Bóg tak każę i niechaj się wola Jego spełni.
— Ale jeżeli można uniknąć strasznéj ostateczności, to byłoby zbrodnią poddawać jéj się tak, jak to pan czynisz.
— Nie rozumiem co pan przez to chcesz powiedziéć.
— Chcę powiedziéć, że pan d’Argenson robił panu jakieś nadzieje.
— Dosyć, mój panie. Ja nie mam nic do zeznania.
W tém zastukano we drzwi i gubernator pobiegł otworzyć.
Był to major, który panu de Launay słów kilka powiedział.
Gubernator powrócił znowu do Gastona, który, blady ale spokojny, stał, rękę opierając na krześle.
— Kapitan la Jonquière kazał mnie prosić o pozwolenie widzenia się z panem raz ostatni.
— I pan odmówiłeś? zapytał Gaston z lekkim uśmiechem ironii.
— Nie, przeciwnie, zezwoliłem w nadziei, że będzie rozsądniejszym od pana i że się porozumicie spoinie, co do zeznań jakie poczynić macie.
— Jeżeli tylko w tym celu pragnie ze mną mówić, to mu pan każ odpowiedziéć, że się z nim widzieć nie chcę.
— Jest to tylko mój domysł, a może żądanie jego ma jedynie na celu, by się z współtowarzyszem niedoli zobaczyć.
— A, skoro tak, to jak najchętniéj.
— Będę miał zaszczyt sam pana do niego zaprowadzić, mówił gubernator, kłaniając się.
— Jestem gotów.
Pan de Launay szedł naprzód, za nim Gaston, a za Gastonem dwaj żołnierze, którzy przy drzwiach stali.
Szli przez te same korytarze i dziedzińce co poprzednio i zatrzymali się przed wieżą skarbca.
Pan de Launay umieścił dwóch żołnierzy u drzwi i wszedł po dwunastu wschodach, a za nim Gaston. Dozorca, którego spotkali, zaprowadził ich do la Jonquière’a.
Kapitan znowu był w swojém podarłem odzieniu i leżał na łóżku, jak poprzednio.
Za stuknięciem drzwi odwrócił się, a że pan de Launay szedł naprzód, sądził za pewne, że tylko sam jeden przychodzi i położył się znowu.
— Sądziłem, że jałmużnik bastylji jest tutaj? przemówił de Launay.
— Był tutaj, alem go odprawił.
— A to dla czego?
— Bo nie lubię jezuitów. Czyż myślisz u licha, że potrzebuję na to księdza, ażeby z chwałą umrzéć?
— Umierać z chwałą, mój panie, jest to samo co umierać po chrześciańsku.
— Gdybym był chciał posłyszeć kazanie, byłbym zatrzymał jałmużnika, któryby się z tego lepiéj od pana był wywiązał. Ależ ja zażądałem widzieć się z panem de Chaulay.
— I otóż go masz. Mam sobie za zasadę nie odmawiać niczego tym, którzy się już niczego spodziewać nie mogą.
— Ah! jesteś tu pan? zawołał la Jonquière podnosząc się. Witam cię!
— Z boleścią widzę mój kapitanie, że odrzucasz pociechę religijną, odpowiedział Gaston.
— I ty także? Dobrze! jeżeli jeszcze z was który słówko jedno w tym przedmiocie wyrzecze, zostanę natychmiast hugenotą.
— Przepraszam, kapitanie, ale miałem sobie za obowiązek poradzić ci, ażebyś to uczynił, co ja sam dla siebie uczynię.
— Nie mam ci też tego za złe, kawalerze, i gdy zostanę ministrem spraw wewnętrznych, będę zawsze za wolnością wyznań. A teraz panie de Launay, mówił daléj la Jonquière, drapiąc się po nosie, pojmiesz bardzo łatwo, że skoro mamy udać się w spólną i tak długą podróż, radzibyśmy trochę sam na sam z sobą pogadali.
— Pojmuję to i odchodzę. Za godzinę powrócę po pana kawalera.
— Dziękuję panu, odpowiedział Gaston, kłaniając się.
Gubernator wyszedł i posłyszano jego głośno wydane rozkazy, zapewne ażeby baczność podwojoną została.
Gaston i la Jonquière pozostali sami.
— I cóż tam! ozwał się kapitan.
— A co tam! odpowiedział Gaston, miałeś słuszność i przepowiedziałeś mi wszystko.
— Otóż jestem zupełnie podobny do owego człowieka, który chodził na około Jerozolimy i wołał: biada! Chodził tak przez dni siedm, aż go rzucony z muru kamień dosięgnąć i zabił.
— Wiem, żeś i pan skazany, i że obydwaj umierać mamy.
— Co ci niejako szyki popsuło, nieprawdaż?
— Tak jest, bom dużo miał powodów, ażeby pragnąć żyć.
— Takie powody znajdą się zawsze.
— Wierzę, ależ moje są nader ważne.
— A, na to wiem tylko jeden sposób.
— Porobić zeznania? o, tego nigdy nie zrobię?
— Nie to, ale uciekać zemną.
— Jakto! uciekać z tobą?
— Tak jest. Bo ja się wynoszę.
— Czyż nie wiesz, że mają nas jutro zrana tracić?
— To też dzisiejszéj nocy się wynoszę.
— Więc uciekasz?
— Ależ tak a nie inaczéj.
— I którędyż?
— Otwórz to okno.
— I cóż?
— Zatrząśnij kratą.
— Ah mój Boże!
— I cóż?
— Można ją wyjąć.
— Z tém nie mało miałem pracy, ale dziękiż Bogu, dopiąłem celu.
— Zdaje mi się, że to sen.
— Pamiętasz, żeś mi się pytał, czyli ja także czego nie wyłamuję?
— Odpowiedziałeś mi na to...
— Że ci na to późniéj odpowiem..... A i cóż? nie byłaż to dobra odpowiedź?
— Doskonała! ale jakżeż zejść?
— Pomóż mi.
— W jaki sposób?
— Przetrząśnijmy mój siennik.
— Ah, drabinka sznurowa!
— Otóż to!
— Gdzieżeś ją zdobył?
— Przesłano mi ją zaraz pierwszego dnia w pasztecie ze skowronków, wraz z pilnikiem.
— Wyznaję, że wielkim jesteś mężem, kapitanie.
— Wiem o tém, ale dodaj, że i dobry ze mnie człowiek, bo mógłbym sam uciekać.
— Więc myślałeś o mnie?
— Żądałem się widzieć z tobą, mówiąc, ażeby cię do zeznań skłonić. Wiedziałęm, że tém ich złudzę a następnie zdurzę.
— O, to spieszmy się kapitanie.
— Cicho! róbmy przeciwnie wszystko powoli i rozważnie, mamy na to całą godzinę, a niemasz jeszcze pięciu minut jak gubernator wyszedł.
— A straż?
— Ej co tam! już ciemno.
— Ależ rów pełen wody...
— Zamarzł.
— A mury?...
— Pomyślimy o nich, gdy tam będziemy.
— Czy przytwierdzić drabinkę?
— Poczekaj, przekonam się pierwej, czy dosyć mocna. Bardzom dbały o siebie, i nie chcę nakręcić karku, ażeby mi głowy nie ścięło.
— Jesteś pierwszym kapitanem naszego czasu, kochany la Jonquière. — Ej co tam! nie z takich to ja się już wybawiłem tarapatów, odpowiedział kapitan, przyciągając ostatni węzeł swojéj drabinki.
— Czy już? zapytał Gaston.
— Już.
— Czy ja mam się pierwszy spuścić?
— Jak ci się podoba?
— Podoba mi się tak.
— A więc daléj!
— Czy ztąd wysoko?
— Piętnaście do ośmnastu stóp.
— Bagatela!
— Tak, dla ciebie, młokosa, ale nie dla mnie. Bądźmy ostrożni, proszę cię.
— Bądź spokojnym.
I rzeczywiście, Gaston zeszedł pierwszy, powoli i ostrożnie, a za nim la Jonquière, śmiejąc się w duszy i złorzecząc ile razy zadrasnął sobie palec albo gdy wiatr silniej drabinkę poruszył.
Otóżto zatrudnienie dla następcy Richelieu’ego i Mazarin’a! pomruknął sobie. Nie jestem wprawdzie jeszcze kardynałem, i w tém całe zbawienie moje.
Gaston stanął na lodzie w rowie a za nim niebawem la Jonquière. Żołnierz na straży, na wpół zmarznięty w swojéj budce, nie widział ich wcale.
— A teraz za mną! wymówił la Jonquière.
Gaston udał się za kapitanem. Po drugiéj stronie fossy czekała ich już inna drabinka.
— Więc masz spólników? zapytał Gaston.
— Czyż myślisz, że pasztet ze skowronków sam do mnie przyszedł.
— Niechżeż mi teraz kto powie, że z bastylji uciekać niemożna! zawołał Gaston wesoło.
— Mój kochany, odpowiedział mu Dubois, zatrzymując się na trzecim stopniu drabinki, wierz mi i unikaj wszystkiego, coby cię po raz drugi do bastylji zaprowadzić mogło: ręczę, iżbyś już wtedy tak szczęśliwie, jak teraz, z niéj nie wyszedł.
Doszli wierzchołka muru i ujrzeli na tarasie przechodzącą się wartę; ale żołnierz zamiast im się oprzéć, podał rękę kapitanowi, by mu pomódz stanąć na tarasie. Poczém wszyscy trzej w milczeniu i z pośpiechem, dowodzącym że znają wartość każdéj minuty, wciągnęli za sobą drabinkę i umieścili ją po drugiéj stronie muru.
Zejście po niéj odbyło się również szczęśliwie, i w drugą spuścili się fossę, także zamarzniętą.
— A teraz, ozwał się kapitan, zabierzmy tę drabinkę, by nie zaszkodzić temu biedakowi, co nam tak dobrze usłużył.
— Więc jesteśmy wolni?
— Pewnie już.
Ta wiadomość nowéj Gastonowi dodała siły, ujął drabinkę i na barki swoje ją zarzucił.
— Do licha, kawalerze! zawołał la Jonquière, widzę że ś. p. Herkules mało co znaczyłby przy tobie.
— Co tam! w téj chwili przeniósłbym całą bastylję z miejsca na miejsce.
Uszli kilkadziesiąt kroków w milczeniu, a potém zwrócili się w małą uliczkę przedmieścia ś. Antoniego. Była dopiero godzina dziewiąta, lecz zupełnie pusto na ulicach, bo wiatr dął całą siłą.
— A teraz mój kawalerze, przemówił la Jonquière, bądź tak dobrym i chodź ze mną na koniec przedmieścia.
— Pójdę z tobą choćby i do piekła.
— O, nie tak daleko, jeżeliś łaskaw, bo dla większéj ostrożności potrzeba, ażeby każdy w inną poszedł stronę.
— Cóż to za powóz?
— Mój.
— Jakto! twój?
— Tak jest.
— A, mój kapitanie, powóz i cztery konie, toćże jeździsz gdyby jaki książę!
— Tylko trzy konie, mój kochany, bo jeden jest dla ciebie.
— Jakto! pozwalasz mi jednego?
— Na tém nie dosyć.
— Jak to?
— Nie masz pieniędzy?
— Wszystko mi odebrano, com tylko miał przy sobie.
— Masz sakiewkę z pięćdziesięcioma luidorami.
— Ależ kapitanie...
— To hiszpańskie pieniądze, bierz!
Gaston ujął sakiewkę, a tymczasem pocztyljon jednego odłożył konia.
— A teraz, gdzież się udasz? zapytał Dubois.
— Do Bretanii, by się z przyjaciółmi moimi połączyć.
— Oszalałeś! Oni tak samo, jak i my, zostali skazani, i za dni dwa lub trzy ich stracą.
— Masz słuszność.
— Udaj się do Flandryi, słuchaj mnie: to jest dobry kraj. Najdalej za godzin ośmnaście będziesz na granicy.
— Dobrze odpowiedział Gaston ponuro, ja wiem dokąd się udam.
— Jedzmy! Szczęśliwéj drogi! zawołał Dubois, wychylając się z powozu. Jakiż to wiatr okropny!
— Szczęśliwéj drogi! odpowiedział Gaston.
Podali sobie ręce, a potem każdy w swoją udał się stronę.


V.
JAK NIENALEŻY DRUGICH PODŁUG SIEBIE SĄDZIĆ, ZWŁASZCZA. GDY SIĘ KTO NAZYWA DUBOIS.

Rejent, jak zazwyczaj, spędził wieczór cały u Heleny. Od dni kilku ani razu nie chybił, i chwile, które u niéj przepędzał, były mu najmilsze. Ale dzisiaj, biedna Helena, po widzeniu się z kochankiem, bardzo była smutna i wzruszona.
— Uspokój się Heleno, mówił jéj rejent, wszakżeż to jutro wasz ślub.
— Do jutra jeszcze daleko.
— Wierzaj mojemu słowu, Heleno, które cię nigdy jeszcze nie zawiodło. Mówię ci, że to jutro, bardzo szczęśliwém dla was będzie.
Helena ciężko westchnęła.
W téj chwili wszedł lokaj i coś zcicha rejentowi powiedział.
— Cóż się stało? zapytała Helena, którą zaraz wszystko trwożyło.
— Nic, moje dziecię, sekretarz mój ma jakiś pilny do mnie interes.
— Czy chcesz książę, ażebym się oddaliła.
— Na chwileczkę, tylko moje dziecię.
Helena udała się do swojego pokoju.
Równocześnie niemal otworzyły się drzwi i ukazał się Dubois zadyszany.
— Zkądże się wziąłeś znowu? zapytał rejent. I w takim ubiorze?
— Zkąd ja przychodzę? Ot z bastylji.
— A nasz więzień?
— Ha!
— Czy wszystko przygotowano do ślubu?
— Wszystko. Wasza królewska mość raczysz godzinę oznaczyć.
— A więc jutro o godzinie ósméj z rana, powtórzył Dubois, obliczając coś w myśli.
— Nad czemże myślisz?
— Obliczam, gdzie on wtedy będzie
— Kto taki?
— Więzień.
— Więzień?
— Tak, jutro o godzinie ósmej zrana będzie 40 od Paryża.
— Jakto?
— Jeżeli sobie ciągle tak pojedzie, jak widziałem....
— Co ty gadasz?
— Mówię, że niczego już do ślubu nie brakuje, tylko oblubieńca.
— Gastona!...
— Uciekł zbastylji przed pół godziną.
— Kłamiesz! niemożna uciec z bastylji.
— Przepraszam waszą królewską mość, ale kto jest na śmierć skazanym, z każdego potrafi uciec miejsca.
— Uciekł, a wiedział że jutro ma zaślubić tę, którą kocha!
— Oj, jaśnie oświecony panie, życie kosztownym jest kąskiem! A zięć waszéj królewskiéj mości ma bardzo ładną główkę i pragnie, by mu jéj od karku nie oddzielono. To rzecz bardzo naturalna!
— I gdzież on jest teraz?
— Gdzie on jest? może jaśnie oświeconemu księciu o tém jutro doniosę. Na teraz mogę tylko waszą królewską mość zapewnić, że już jest dalekim i że zapewne nie powróci.
Rejent zamyślił się głęboko.
— Naprawdę, ozwał się Dubois, że naiwność waszéj królewskiéj mości coraz w większe wprawia mnie zdziwienie. Potrzebaby nieznać serca ludzkiego, przypuszczając, że ktoś skazany na śmierć nie uciecze, jeżeli to uczynić może.
— O, panie de Chaulay!
— Ależ mój Boże! ów kawaler, ów bohater postąpił sobie tak samo, jak ostatni ciura. I dobrze zrobił!
— Dubois, a córka moja?
— I cóż córka waszéj królewskiéj mości?
— Ona umrze!
— Ej nie! Poznawszy lepiéj osobę, zapomni o nim; a wasza królewska mość wydasz ją za jakie książątko niemieckie albo włoskie.... n. p. za księcia Modeny, którego panna de Valois nie chciała.
— A jam go chciał ułaskawić!
— Sam siebie ułaskawił: uważał to za rzecz pewniejszą. Wyznaję, iżbym to samo był zrobił.
— O ty! bo ty nie jesteś szlachcicem, ty nie przysięgałeś.
— Mylisz się wasza królewska mość, przysięgłem że ochronię jaśnie oświeconego pana od zrobienia niedorzeczności, i udało mi się.
— Już dobrze, nie mówmy więcéj o tém, zwłaszcza przy Helenie. Sam ją o tém uwiadomię.
— A ja tymczasem schwycę zięcia waszéj królewskiéj mości.
— Nie! uciekł i niech z tej ucieczki korzysta.
W téj chwili zrobił się jakiś szmer niezwyczajny w przedpokoju i służbowy urzędnik pospiesznie oznajmił:
— Pan kawaler Gaston de Chaulay.
Te wyrazy zrobiły zupełnie różne wrażenie na osobach, które je posłyszały. Dubois zbladł trupio i twarz jego skrzywiła się strasznie, wyrażając gniew groźny. Rejent zaś porwał się z radością, a twarz jego żywa powlokła barwa: było tyle uciechy na jego licu, które upiększył wyraz ufności, ile rysy przebiegłe i chytre Dubois utajonéj wściekłości zdradzały.
— Niechaj wejdzie! zawołał rejent.
— Dozwól przynajmniéj wasza królewska mość, ażebym pierwej wyszedł, ozwał się Dubois.
— Ah tak! mógłby cię poznać.
Dubois się oddalił zwolna, z rzężeniem w piersi, podobny do hieny, któréj w jéj festynie i miłostkach przeszkodzono. Wszedł do przybyłego pokoju, upadł raczéj aniżeli usiadł na krzesło, stojące przy stoliku do pisania, na którym dwie paliły się świece. Widok materjałów piśmiennych ożywił w nim myśl jakąś okropną, bo cała twarz jego nagle piekielną zajaśniała radością.
Zadzwonił. Urzędnik służbowy wszedł.
— Przynieś mi pugilares z powozu mojego, rozkazał.
Uskuteczniono to w jednéj chwili, poczem Dubois kilka papierów z chciwością ujął, coś na nich dopisał z złowrogim wyrazem uciechy, schował znowu do pugilaresu i kazał się zawieść do palais-royal.
W tym czasie spełniono rozkaz rejenta i roztwarły się podwoje dla Gastona de Chaulay.
Wbiegł on z pośpiechem i stanął wprost przed rejentem. Rejent rękę mu podał.
— Jakto! pan tutaj? zawołał książę, udając zdziwienie.
— Tak, jaśnie oświecony panie, doznałem cudu za pomocą dzielnego kapitana la Jonquière: urządził wszystko do ucieczki swojéj; zażądał widziéć się zemną, niby to w celu porozumienia się co do zeznań naszych, a gdyśmy zostali sami, uciekliśmy pospołu, i to bardzo szczęśliwie.
— I zamiast uciekać, dotrzéć co rychléj do granicy, uchronić się od pogoni, przyszedłeś pan tutaj z narażeniem swojego życia!
— Wyznaję, jaśnie oświeconemu panu, odpowiedział Gaston, rumieniec się, że nasamprzód przedstawiła mi się wolność, jako rzecz najponętniejsza, najdroższa na ziemi. Pierwsze powiewy świeżego powietrza upoiły mnie, ależ i niebawem począłem rozmyślać.
— O jednéj tylko zapewne rzeczy.
— Nie, o dwóch, jaśnie oświecony panie.
— O Helenie, którą opuszczasz.
— I o przyjaciołach moich, nad którymi miecz wzniesiono.
— Więc postanowiłeś....
— Jestem do ich sprawy przykuty i niepowinienem ich odstąpić, dopóki zamiaru naszego nie spełnimy.
— Zamiaru naszego?
— Tak jest. Czyliż zamiar nasz nie jest zarazem i zamiarem waszéj ekscelencji?
— Posłuchaj mnie: sądzę, że człowiek nic nad siły swoje przedsiębrać niepowinien. Są rzeczy, których spełnieniu, zdaje się, że sam Bóg jest przeciwnym; są pewne ostrzeżenia, które mu mówią, by zaniechał przedsięwzięcia swojego. Otóż myślę, że byłoby bezbożnością niestosować się do nich, pozostać głuchym na ów głos tajemniczy. Nasze zamiary nie udały się, mój panie, nie myślmy przeto już o nich.
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston głosem ponurym, myślmy raczéj więcéj jak kiedykolwiek o nich.
— Jesteś zapamiętałym! zawołał rejent z uśmiechem, jakżeż możesz chcieć wytrwać w przedsięwzięciu tak niepodobném do wykonania na teraz, a nawet szatanem!
— Mam na myśli, jaśnie oświecony panie, naszych przyjaciół uwięzionych, osądzonych i skazanych, jak mi to pan d’Argenson powiedział; czeka ich szafot, od którego ich tylko śmierć rejenta wybawić może. Mam na myśli przyjaciół moich, którzyby wyrzekli, gdybym Francją opuścił, żem siebie krwią ich okupił, że mi zeznania moje bramy bastylji otworzyły.
— Więc pan temu wszystko, Helenę nawet poświęcasz?
— Jeżeli żyją jeszcze, muszę ich ocalić, jaśnie oświecony panie.
— A jeżeli już nie żyją?
— Wtedy, to co innego... wtedy ich pomszczę.
— Cóż u licha, mój panie! za nadto wygórowałeś w umyśle swoim ideę heroizmu. Zdaje mi się, żeś się już dostatecznie,. co do osoby swojéj, wypłacił. Wierzaj mi, wierzaj człowiekowi, którego uznano, jako mogącego sądzić w materyi honoru. Jesteś rozgrzeszonym w obec całego świata, mój kochany Brutusie.
— Ale nie w obec mojego sumienia.
— Więc obstajesz przy swojém
— Bardziéj aniżeli kiedykolwiek. Rejent musi umrzeć, i, dodał głucho, on umrze.
— Ale nie chceszże wprzódy zobaczyć pannę de Chaverny? zapytał rejent głosem wzruszonym.
— O Tak, jaśnie oświecony panie. Ale pierwéj muszę mieć przyrzeczenie waszéj ekscelencji, że mi dopomożesz w tém przedsięwzięciu mojém. Widzisz jaśnie oświecony pan, że niemasz i jednéj chwili do stracenia; że towarzysze moi już są osądzeni i na śmierć skazani. Powiedz mi, jaśnie oświecony panie, i to zaraz, zanim Helenę zobaczę, że mnie nie opuścisz. Dozwól, byśmy niejako nowe z sobą zawarli przymierze! Jestem człowiekiem, kocham, a zatém i łatwo słabości ludzkiéj ulegającym; chcę się uzbroić przeciwko jéj żalowi i łzom. Będę się widział z Heleną tylko pod tym warunkiem, gdy mi wasza ekscelencja przyrzeczesz, że potrafię dojść do osoby rejenta.
— A gdy ci tego odmówię?
— To już nie zobaczę Heleny; juzem umarł dla niéj; po cóż ona nową ma powziąść nadzieję, by ją znowu niebawem postradać? Dosyć tego, gdy raz jeden zgon mój opłacze.
— Więc pozostajesz niezachwianym?
— Niczem niezachwianym!
— Ale cóż poczniesz?
— Pójdę czekać na rejenta, gdziekolwiek posłyszę, że on ma nadejść, i gdy go spotkam, cios śmiertelny nań wymierzę.
— Raz jeszcze ci mówię: namyśl się dobrze.
— Na mój honor, wzywam waszą ekscelencją, o pomoc, ale oświadczam zarazem, że się bez niéj obejdę, gdy mi jéj odmówisz.
— Dobrze, idź do Heleny, a gdy powrócisz zastaniesz odpowiedź moję.
— Gdzie?
— Tutaj.
— I odpowiedź ta będzie podług życzeń moich?
— Nie inaczéj.
Gaston wszedł do Heleny: klęczała właśnie przed ukrzyżowanym wizerunkiem Chrystusa i błagała, by jéj kochanek powrócił. Stuknięcie drzwi oderwało ją od modlitwy, spojrzała i mniemała, że Bóg pokazał cud, krzyknęła, wyciągnęła ręce ku Gastonowi, lecz nie mogła o własnéj powstać sile.
— O mój Boże! zawołała. Czyż to Gaston, lub cień jego?
— To ja jestem, Heleno, ja sam! krzyknął, pobiegł do niéj, i ujął jej obiedwie ręce.
— Jakżeżto?... Ty, ty sam?... Więźniem zrana a wieczorem wolny?
— Ratowałem się ucieczką, Heleno.
— I pomyślałeś o mnie!... przybiegłeś, nie chciałeś bezemnie uciekać!... O poznaję w tém mojego Gastona! otóż jestem gotowa na wszystko... Idźmy, gdzie zechcesz... Jestem twoją na zawsze.
— Heleno! nie jesteś narzeczoną zwyczajnego człowieka. Inaczéj, nie byłabyś mnie pokochała.
— O, nie, zapewne.
— A więc, Heleno, duchów wybranych większe są obowiązki a zarazem i próba wyższa. Muszę jeszcze, zanim całkiem do ciebie należéć będę, spełnić missją, z jaką do Paryża przybyłem. Oboje nieszczęsne musimy przetrwać przeznaczenie... Inaczéj być nie może, Heleno, życie nasze zależy od wypadku jednego, a wypadek ten spełni się téj nocy.
— Co mówisz?
— Posłuchajmnie, jeżeli za cztery godziny, to jest nadedniem, nie będziesz miała wiadomości odemnie, to już mnie nie czekaj, Heleno. Pomyśl że tylko śniłaś... A jeżeli uzyskasz pozwolenie, to mnie odwiedź w bastylji.
Helena zbladła, ręce jej bezsilnie opadły. Gaston ją zaprowadził znowu do klucznika, i upadła na kolana.
Potém złożył na jéj czole pocałunek braterski.
— Módl się, Heleno, dodał, bo modląc się za mnie, modlisz się za Francją i Bretaniją.
I szybko wybiegł z pokoju.
— O mój Boże! mój Boże! ocal go! ocal go mój Boże! Cóż mnie reszta świata obchodzi! błagała Helena.
Wracając do salonu, oddał służbowy Gastonowi bilecik, mówiąc że książę już się oddalił.
Bilet zawierał co następuje:
«Jest bal maskowy dzisiejszé j nocy wMonceaux. Rejent tam będzie. Ma zwyczaj zostawać sam jeden około godziny pierwszej zrana w swojéj ulubionéj szklarni, dotykającej wielkiéj galerji złoconéj. Nikt tam się nie zbliży, bo znając ten zwyczaj jego, każdy się do tegoż stosuje. Będzie ubrany w czarném domino aksamitném, u którego na lewym rękawie ujrzysz wyhaftowaną pszczołę. Ukrywa ją zaś w fałdach, gdy nie chce, ażeby go poznano. Bilet obok załączony, jest biletem, jaki dawają posłom; za tym biletem zostaniesz wpuszczony nietylko na bal, ale i do owéj szklarni, bo będą sądzili, że chcesz miéć tajemną rozmowę z rejentem. Zróbżeż z tego wszystkiego użytek, jaki ci się podoba. Powóz mój czeka na twoje rozkazy, a w nim moje własne domino.»
Przeczytawszy ten liścik, który mu do zabójstwa zamierzonego wszystkie drzwi otwierał, Gaston zbladł i pot zimny oblał mu czoło; potem nagle, jakby po stanowczym namyśle, porwał się, wypadł z salonu, zbiegł po wschodach, wskoczył do karety i zawołał:
— Do Monceaux!
W téjże chwili uchylono kryte drzwi w sztukaterjach salonu, i ukazał się książę; zwolna zbliżył się do drzwi przeciwległych, prowadzących do mieszkania Heleny, która ujrzawszy go, okrzyk radości wydała.
— A co Heleno, zapytał książę z smutnym uśmiechem, czy jesteś zadowoloną?
— O, to jaśnie oświecony pan!
— Widzisz moje dziecię, że się ziszcza to, com ci przepowiedział. Wierzaj słowom moim i miéj nadzieję!...
— O, jaśnie oświecony pan jesteś aniołem z nieba mi zesłanym, który mi na ziemi straconych zastępuje rodziców.
— Niestety, moja Heleno, ja aniołem nie jestem; ale będę się starał zastąpić ci ojca, i to ojca czułego.
I książę ujął rękę dziewczęcia, by ją do ust ponieść, ale w téj chwili uniosła ku niemu głowę i usta jego, jej młodego dotknęły się czoła.
— Widzę, że go bardzo kochasz, wymówił książę.
— Błogosławieństwo dla jaśnie oświeconego pana!
— Oby twoje życzenia przyniosły mi szczęście!
I uśmiechając się pożegnał Helenę.
Wsiadł do powozu i zawołał na stangreta:
— Zajedź przed palais-royal, ale pamiętaj, że już tylko masz kwandrans czasu, by mnie zawieść do Monceaux.
Powóz z gwałtowną szybkością popędził z miejsca.
Równocześnie, gdy cwałujące konie zatrzymały się pod perystylem, oddalał się z pałacu kurjer, pędząc co koń mógł uskoczyć.
Dubois, śledząc oddalenie się jego, zamknął okno i z zadowoleniem wrócił w głąb mieszkania.


VI.
MONCEAUX.

Tymczasem Gaston zbliżał się do Monceaux.
Stosownie do słów księcia, znalazł w karecie maskę i domino: maska była czarna aksamitna a domino z fiołkowego atłasu. Przybrał się w to wszystko, gdy mu się nagle przypomniało, że żadnéj nie miał broni.
Wychodząc z bastylji pobiegł był prosto na ulicę du Bac, a teraz nie śmiał już udać się do swojego dawnego mieszkania pod Muids d’amour, ażeby go nie poznano i nie przyaresztowano. Nie śmiał także kazać zbudzić którego z nożowników, by kupnem puginału nie wzniecić podejrzenia. Powiedział więc sobie, że za przybyciem do Moneceaux potrafi jakąkolwiekbądź broń dostać.
Ale im więcéj się zbliżał, czuł, że nie tyle mu broni co odwagi zbywa. Odbyła się straszna w jego wnętrzu walka: duma i ludzkość biegły z sobą w zapasy, i musiał w pamięci swojéj przywołać przyjaciół uwięzionych, osądzonych, skazanych na śmierć okrutną i hańbiącą, ażeby tym strasznym obrazem utwierdzić się na nowo w przedsięwzięciu swojém. To téż gdy powóz zatrzymał się przed pawilonem pałacu w Monccaux, czoło jego zimnym oblane było potem, pomimo mrozu silnego i śniegu, który wszystko pokrywał w około; i z przestrachem pod maską swoją: słowo Już! wyszeptał.
Otworzono drzwiczki u karety, i potrzeba było wysięść. Nadto poznano i powóz księcia, używany zwykle do jego tajemnych wycieczek, i służba nadbiegła, ażeby być gotową do wszelkiéj posługi.
Gaston nie uważał na tę jéj gorliwość. Wysiadł dość pewnym krokiem z powozu i oddał swój bilet, chociaż doznał pewnego rodzaju odurzenia. Lokaje z uszanowaniem rozstąpili się przed nim, dając niejako poznać, że okazanie biletu wolnego wejścia zupełnie zbyteczném było.
Było wówczas w zwyczaju, że się wszyscy maskowali, a więcéj jeszcze mężczyźni, przeciwnie zwyczajom dzisiejszym, aniżeli kobiety. Kobiety nawykłe były do rozprawiania wolnego o wszystkiém, i przyznać należy, że rozprawiać umiały. Maska im nie służyła ażeby się pod nią z nicością swoją ukrywały: bo w wieku ośmnastym wszystkie kobiety były rozumne i dowcipne. I nie ukrywały pod nią także swojego stanu podrzędnego: bo w wieku ośmnastym każda ładna kobieta niebawem otrzymała tytuł i znaczenie, dowodem tego są: księżna de Chateauroux i hrabina Dubarry.
Gaston nie znał tutaj nikogo, ale instynktowo odgadł, że się znajduje wśród najpiękniejszego kwiecia towarzystwa spółczesnego. Z mężczyzn byli tam pp. de Noailles, de Brancas, de Conilhac, de Byron, de Saint-Simon, Noce’ i de Broglie; zebranie kobiet może pod względem rodowości nie tyle było wyszukaném ale zapewne złożone z również wykształconych i dowcipnych, i prócz kilku dam wielkich imion, które się w Sceaux i St. Cyr przy boku pani du Maine i de Maintenon na dwór teraźniejszy dąsały, cała arystokracja otaczała księcia, który z całéj rodziny był najwaleczniejszym i najbardziej popularnym. Brakowało tam tylko przy téj reprezentacji ubiegłego wieku nieprawych dzieci Ludwika XIV i króla.
I rzeczywiście, że nikt w świecie nie umiał tak urządzić wielkich festynów jak rejent, zgadzali się na to nawet i nieprzyjaciele jego. Owa wystawność tak gustowna, ta wielość przecudnych kwiatów woniejących po salonach, te miljony świateł rozmnożonych w dwójnasób w rozlicznych zwierciadłach! owi książęta, ambassadorowie, kobiety prześliczne, strojne i wesołe, wszystko to czarodziejskie wrażenie na młodym parafianinie zrobiło; który w oddaleniu w rejencie tylko zwyczajnego widział człowieka, a obecnie zobaczył w nim króla, i to króla który był potężny, rozumny, uprzejmy, wesoły, kochany a przedewszystkiém popularny i narodowy.
Gaston czuł, że woń tego wszystkiego go upaja. Piękne oczy z pod masek przeszywały go jakoby ostrza ogniste. A serce jego zadrżało, gdy szukając wśród tylu głów téj, któréj cios śmiertelny miał zadać, dostrzegł domino czarne aksamitne. Przebiegał popychany i popychający te tłumy, które go jak bałwany lekką łódkę bez sternika i żagli, unosiły dalej a dalej; i pod owemi podnietami poezji, która go otaczała, na przemian to wesoła to smutna, mniemał że raz jest w raju i znowu w piekle.
I gdyby nie larwa kryjąca mu twarz, każdy, widząc wzburzone rysy jego, byłby od razu wyrzekł: «ot, to jest morderca!«
Mówił sam sobie, że to było podłością przyjść w dom księcia, zniszczyć prawa gościnności, zamienić te jasne światła w pochodnie grobowe, zbryzgać krwią owe świetne obicia, zanieść trwogę i przerażenie pomiędzy wesołe odgłosy zabawy, i myśl ta odjęła mu odwagę i zwrócił się ku drzwiom.
— Zabiję go na dworze ale nie tutaj, poszepnął.
W tém przypomniał sobie wskazaną mu przez księcia szklarnię, do któréj mu miany przy sobie bilet drogę miał otworzyć, i dodał:
— On przewidział, że się tych tłumów ulęknie, on odgadł że jestem tchórz.
Drzwi do których się był zwrócił, prowadziły do galerji, w któréj zastawiono bufet. Każdy tutaj przychodził, by się posilić. I Gaston do niego się zbliżył, ale nie, ażeby coś zjeść lub wypić, ale, ażeby broń jaką zdobyć. Wybrał sobie nóż długi i wąski, i spojrzawszy w około, czyli kto na niego nie zważa, ukrył go z posępnym uśmiechem pod swoje domino.
— Nóż! poszepnął, nóż! Otóż i podobieństwo z Ravaillac’iem ’zupełne. Toćże on jest wnukiem Henryka IV!
Zaledwie myśl ta mu błysnęła, gdy obracając się widział zbliżające się do siebie niebieskie domino. O parę kroków za témże postępowała kobieta i mężczyzna w jednakowych maskach. Niebieskie domino w téjże chwili dostrzegło, że jest ściganém, obróciło się do tych dwóch masek, powiedziało kilka rozkazujących słów mężczyźnie, który z uszanowaniem głowę przed niém skłonił, i powróciło do pana de Chaulay.
— Pan się wahasz, ozwał się do Gastona znanym mu głosem.
Gaston odsłonił swoje domino i pokazał mu pod niém ukryty błyszczący nóż.
— Widzę nóż, który błyszczy, ale zarazem i rękę drżącą.
— Prawda, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston; wahałem się, drżałem, jużem gotów był uciec, ale otóż i wasza ekscelencja, Bogu dzięki!
— Dobrze! a oważ dzika odwaga? zapytał książę drwinkującym głosem.
— Nie odbiegła mnie.
— Cóż się więc z nią stało?
— Jaśnie oświecony panie, jestem u niego!
— Tak, ale nie jesteś w szklarni.
— Nie mógłbyś mi go jaśnie oświecony pan pokazać, ażebym się do obecności jego przyzwyczaił, ażebym się umocnił w nienawiści, jaką mam dla niego; bo nie wiem jak go doścignę w téj ciżbie.
— Dopiero co był przy tobie.
Gastona dreszcz przejął.
— Przy mnie? zapytał.
— Tuż przy tobie, tak jak ja teraz, odpowiedział książę poważnym tonem.
— Pójdę do szklarni jaśnie oświecony panie, pójdę zaraz.
— A to daléjże.
— Jeszcze chwilkę, aż ochłonę.
— Bardzo dobrze. Wiesz, że szklarnia jest na końcu tej galerji. Ot drzwi zamknięte.
— Nie powiedziałżeż mi księże, że za okazaniem tego biletu lokaje mi je otworzą?
— Tak, ale lepiéj że je sobie sam otworzysz, bo lokaje mogliby twojego oczekiwać powrotu.
Skoroś pan tyle wzruszony przed czynem, cóż to dopiéro potém będzie; może i rejent od razu nie padnie, krzyknie, będzie się bronił; na krzyk jego nadbiegną, schwycą pana, a wtedy pożegnaj się z wszelką nadzieją przyszłości. Pomniéj o Helenie, która ciebie czeka.
Niepodobna wysłowić co się w czasie téj mowy księcia działo w sercu Gastona, a książę starał się śledzić każde wrażenie jego twarzy i uderzenie serca.
— I cóż mam począć? Cóż mi książę radzisz? zapytał Chaulay stłumionym głosem.
— Gdy staniesz u drzwi szklarni, wprost galerji, zwróciwszy na lewo...
— Widzę je.
— Domacaj niżéj klamki wyrzeźbioną gałkę; naciśniéj ją a drzwi się otworzą, jeżeli wewnątrz nie są zamknięte, ale rejent nie przypuszczając niczego, zapewne téj przezorności nie miał. Przeszło dwadzieścia razy miałem tam tym sposobem posłuchanie prywatne. Jeżeli tam jest, poznasz go zaraz po czarném domino i złotéj pszczole.
— Tak, wiem już, wiem, mówił Gaston, sam nie wiedząc co mówi.
— Nie wiele na ciebie liczę tego wieczora.
— Ah jaśnie oświecony panie! bo chwila stanowcza się zbliża, mam zamienić całą przeszłość moję w przyszłość niepewną, w przyszłość zhańbioną może a w każdym wypadku zgryzotami zatrutą.
— Zgryzotami zatrutą! Skoro się spełnia czyn za sprawiedliwy uznany, czyn przez własne nakazany sumienie, wówczas nie doznaję się zgryzot. Czyż zwątpiałeś o świętości sprawy waszéj?
— Nie, bynajmniéj. Ależ waszéj ekscelencji łatwo tak mówić. Żyjesz dotąd tylko ideą a ja już doszedłem do czynu. Wasza ekscelencja jesteś tylko głową a ja ręką. Wierzaj mi książę, dodał Gaston ponuro i głosem przez wzruszenie stłumionym, że to jest straszną, okropną rzeczą, zabić człowieka bezbronnego, pełnego ufności, uśmiechającego się do swojego mordercy. Mniemałem, że jestem odważny i silny ależ to zapewne z każdym tak się dzieje, który jak ja, do podobnie strasznego zobowiązał się przedsięwzięcia. W chwili uniesienia, zapału, nienawiści, żądzy zemsty, wykonywa się nieszczęsną przysięgę. Potém gorączka się uśmierza, zapał ostyga, nienawiść maleje, żądza zemsty się łagodzi, a z dniem każdym zbliża się straszna chwila stanowcza, i z drżeniem zgrozy poznajemy zbrodnię, którą zobowiązaliśmy się wykonać. I wreszcie nieszczęsna godzina wybije, i widzimy przed sobą ofiarę. naszą... O! wtedy, wierzaj mi książę, że i najodważniejszy truchleje, bo morderstwo zawsze jest morderstwem. Uczujemy, że nie jesteśmy panami sumienia naszego ale raczéj jego niewolnikami. Rozgrzany zapałem, czyniąc takie przedsięwzięcie, każdy sobie mówi: «Jestem wybranym!« a po spełnionym czynie z schyloném ku ziemi czołem, wyrzecze: «Jestem przeklęły!«
— Jeszcze masz czas, pochwycił księże wzruszony.
— O nie, nie, wasza ekscelencja wiesz jak nieszczęsne zrządzenie losów mnie ku temu czynowi popycha. Spełnię straszny obowiązek jaki na mnie włożono: serce zadrży ale dłoń pozostanie silną. Gdybym tam nie miał przyjaciół, których życie od tego zależy; gdyby nie było Heleny, którą albo żałobą pokryć albo krwią obryzgać muszę, o! wołałbym raczéj pójść na rusztowanie, bo wszakżeż ono nie jest karą tylko zbawieniem.
— Ha! skoro tak, to widzę, że chociaż ze drżeniem, to jednakże do czynu przystąpisz.
— Bądź wasza ekscelencja o tém przekonanym i módl się za mnie, bo za pół godziny wszystko będzie dokonaném.
Książe zrobił mimowolne poruszenie, któremu jednak lekkie skinienie głowy towarzyszyło, a potem znikł w tłumie.
Gaston pobiegł do otwartego na balkon, okna, zaczerpnął zimnego powietrza by ochłodzić krew, która w żyłach jego wrzawa, i uderzając mu do głowy, wzrok ćmiła. Ale płomień palący jego wnętrze nie przygasał, i owszem palił go coraz straszniéj. Wbiegł do galerji, zbliżył się do szklarni, cofnął się, znowu pobiegł ku drzwiom, dotknął się ręką klamki, lecz zdawało mu się, że kilka osób stoi opodal i śledzą poruszenia jego; odskoczył znowu i powrócił na balkon; po chwili usłyszał uderzenie godziny pierwszéj na pobliskim kościele.
— O teraz, poszepnął, teraz już chwila nadeszła i wahać się dłużéj nie mogę. Boże! oddaję ci duszę moje. Żegnam cię, żegnam, Heleno!
Krokiem wolnym lecz pewnym przebiegł wśród ciżby, stanął, u drzwi szklarni, przycisnął sprężynę, i drzwi otworzyły się zcicha. Zaćmiło mu się w oczach i mniemał, że na innym znajduje się świecie. Tony oddalonéj muzyki dolatywały go jakby dziwna jakaś pełna uroku melodja; po sztucznych pachnidłach otoczyła go cudna woń kwiatów, po blasku tysiąca świateł, czarowne pół światło z kilku lamp alabastrowych, ukrytych wśród krzewów; a po-za bujnemi liśćmi roślin zwrotnikowych, dostrzeżono przez okna szklarni smutne drzewa ogołocone z swych ozdób i ziemię pokrytą śniegiem, jakby wielkim całunem.
Wszystko się zmieniło, nawet i powietrze. Gastona dreszcz zimny przebiegł. Posunął się kilka kroków naprzód a potem znowu nagle przystanął. Sprzeczność téj cudnéj zieloności w około, pysznych drzew pomarańczowych kwieciem pokrytych, magnoliów, róż i aloesów, z widzianemi przed chwilą salonami złocistemi odurzyła go. Bo straszniejszém jeszcze wydawało mu się morderstwo w pośród téj pięknéj natury, chociaż sztuką wywołanéj. Piasek pod jego stopą był miękkim jak młoda trawka a wodotryski sięgające drzew najwyższych, roznosiły w około swój szmer jednodźwięczny i żałosny.
Gaston znowu szedł naprzód; udał się chodnikiem krętym, jakie w angielskich parkach bywają. Nic prawie w około rozróżnić nie mógł, tak był zmięszany a zarazem obawiał się, by nie dostrzedz czego.
Wzrok jego sięgał murów a lękał się ujrzyć jaką ludzką postać. Nieraz szmer upadającego listka doleciał jego ucha, a gdy się zwrócił, zkąd dochodził, przejmował go przestrach, czyli nie zobaczy we drzwiach majestatyczną postać czarną, któréj nadejście miało być urzeczywistnieniem trwożącego go marzenia.
Chwila ubiegła, on ciągle daléj postępował.
Wreszcie, pod szerokiemi liśćmi pięknéj katalpy, wśród licznych i bujnie kwieciem okrytych rododendronów, wśród tysiąca róż woniejących, ujrzał widmo czarne na siedzeniu z mchu usłaném, obrócone tyłem do niego.
Na ten widok krew gwałtownie uderzyła mu do serca a potém do skroni; usta z przerażenia zadrżały, a ręka zimnym oblana potem szukała nadaremnie podpory jakiejś.
Czarne domino nie ruszało się wcale.
Gaston cofnął się mimowolnie; dłoń puściła rękojeść noża, który lewym łokciem silnie do siebie przyciskał. Wreszcie rozpaczne zrobił wysilenie, zmusił uginające się pod nim nogi do dalszego pochodu, konwulsyjnie ściśnione palce znowu ujęły rękojeść noża i z tłumionym głuchym jękiem zbliżył się do rejenta.
W téj chwili czarna postać lekkie zrobiła poruszenie i na jéj lewéj ręce nie zajaśniała lecz błysnęła Gastonowi złota pszczółka tysiącem promieni.
Ale w miarę jak się domino ku niemu zwracało, ręka Gastona drętwiała i biała piana osiadała mu na ustach. Zadzwoniły mu zęby z przerażenia, bo jakiś dziwny domysł serce mu nagle przytłoczył. Domino powstało; twarz jego nie miała maski i Gaston poznał księcia d’Oliwares.
Zbladł trupio i zamilkł, jakby piorunem rażony.
Rejent będący jedną i tąż samą z księciem d’Oliwares osobą, o czém Gaston wątpić nie mógł, zatrzymał swoję majestatyczną i spokojną postawę. Spojrzał na rękę, trzymającą nóż, i nóż upadł na ziemię. Potém spojrzał z uśmiechem smutnym i łagodnym na Gastona, który upadł na kolana swoje, jak drzewo siekierą podcięte.
Żaden z nich słowa nie przemówił. Słyszano tylko głuchy jęk w piersiach Gastona i jednostajny szmer wody.


VII.
PRZEBACZENIE.

— Powstań pan, ozwał się rejent.
— Nie, o nie, jaśnie oświecony panie, krzyknął Gaston uderzając czołem ziemię, o! jam u nóg waszéj królewskiéj mości umrzéć powinien.
— Umrzéć! przecież widzisz, że ci przebaczam.
— Oh! ukarz mnie wasza królewska mość, przez litość, bo chyba, że mną strasznie pogardzasz, skoro mi przebaczyć możesz!
— Więc nie odgadłeś?
— Czego?
— Przyczyny, dla któréj ci przebaczam.
Gaston jednym rzutem myśli całą objął przeszłość: swoję młodość smutną i samotną, nieszczęsną śmierć brata, swoję miłość dla Heleny, długie dni rozłączenia z nią, noce krótkie, które pod jéj oknem spędzał; sporną podróż do Paryża, dobroć i względy dla niéj księcia, a nakoniec tę niespodzianą łaskawość; lecz w tém wszystkiém niczego odgadnąć nie zdołał.
— Podziękuj Helenie, przemówił książę, widząc iż on napróżno myśl swoję trudzi, podziękuj Helenie, bo jéj to zawdzięczasz życie.
— Helenie! poszepnął Gaston.
— Nie mogę ukarać kochanka córki mojéj.
— Helena jest córką waszéj królewskiéj mości? a ja chciałem zabić jéj ojca!
— Przypomnij sobie coś przed chwilą był wyrzekł: idzie się jako wybrany do spełnienia czynu a wraca jako morderca; niekiedy nawet wraca się straszniejszym od mordercy zbrodniarzem: ojcobójcą! bo wszakżeż jestem niemal ojcem twoim? dodał — książę, podając mu rękę.
— Litości, jaśnie oświecony panie!
— Szlachetne masz serce, Gastonie!
— A wasza królewska mość szlachetnym jesteś księciem, i odtąd ciałem i duszą do waszéj królewskiéj mości należę: gotowym przelać całą krew moję za jednę łzę Heleny, za jeden wyraz waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci, Gastonie, odrzekł książę z uśmiechem; wynagrodzę szczęściem to poświęcenie twoje.
— Wasza królewska mość szczęśliwym mnie czynisz. O panie! Bóg mnie karze, że mi tak wielkie dobro za tyle złego, jakie popełnić chciałem, wasza królewska mość oddajesz.
Rejent się uśmiechnął na to uniesienie radości naiwnéj, gdy drzwi zlekka uchylono, i weszło domino zielone. Zbliżało się zwolna, a Gaston się cofnął, jak gdyby był odgadł, że ono koniec jego szczęściu przynosi. Książe wyczytał z rysów jego, że coś nowego zaszło i obrócił się nagle.
— Kapitan la Jonquière! krzyknął Gaston.
— Dubois! pomruknął książę i brwi zmarszczył.
— Jaśnie oświecony panie, zawołał Gaston z przerażeniem, kryjąc w dłoniach twarz śmiertelnie zbladłą, jestem zgubiony! Nie chodzi tu już o mój ratunek, zapomniałem o honorze moim, zapomniałem o przyjaciołach w Nantes!
— O przyjaciołach swoich, mój panie? odpowiedział książę zimno. Myślałem, że żadnéj już spółki z takimi nie masz ludźmi?
— Wasza królewska mość wyrzekłeś, że szlachetne mam serce; o racz zawierzyć słowu mojemu, że Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i Ducouëdic, tak samo szlachetne posiadają serca.
— Szlachetne serca! powtórzył książę tonem pogardy.
— Tak, jaśnie oświecony panie, powtarzam to raz jeszcze.
— I czy wiesz biedny chłopcze, który ich ślepém byłeś narzędziem, jakie oni mieli zamiary? Otóż te szlachetne serca przedsięwzięły oddać ojczyznę obcym i wykreślić Francją z liczby państw i wielkich narodów. Jako szlachta powinni byli dać przykład odwagi i cnoty obywatelskiéj, a dali przykład podłości i zdrady. I cóż? nic nie odpowiadasz, spoglądasz w ziemię. Może szukasz sztyletu swojego? leży u nóg twoich; podnieś go, jeszcze czas.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, składając dłonie, wyrzekam się moich zamysłów morderczych; wyrzekam ich się, złorzecząc im, i u stóp waszéj królewskiéj mości błagam o przebaczenie. Ale jeżeli przyjaciół nie ocalisz, wtedy na klęczkach proszę, każ mnie wasza królewska mość przed spólnikami moimi stracić. Gdy oni umrą a ja pozostanę przy życiu, honor mój z nimi umrze. Późniéj wasza królewska mość, że tu chodzi o honor imienia, jakie córka jaśnie oświeconego pana miała nosić.
Rejent pochylił głowę i odrzekł:
— To jest niepodobna, mój panie: zdradzili Francją, i umierać muszą.
— A więc i ja z nimi umrę: i ja zdradziłem Francją, a co więcéj, chciałem zabić jaśnie oświeconego pana.
Rejent spojrzał na Dubois, a spojrzenie to nie uszło uwagi Gastona. Dubois się uśmiechnął a Gaston zrozumiał, że jak z fałszywym księciem d’Oliwares, tak samo i z fałszywym la Jonquière miał do czynienia.
— Nie, ozwał się Dubois do Gastona, pan z tych powodów nie umrzesz. Nie pojmujesz-że, iż są zbrodnie, którym rejent ma władzę ale nie prawo przebaczać?
— Ale wśzakżeż mnie przebaczył! zawołał Gaston.
— Lecz bo jesteś małżonkiem Heleny! odrzekł książę.
— Mylisz się wasza królewska mość, nie jestem nim i nigdy nie będę. A że takie poświęcenie pociąga śmierć za sobą, więc i ja umrę, jaśnie oświecony panie.
— Ba! pochwyci! Dubois, nie umiera się już z miłości; miało to miejsce za czasów pana d’Urfé i panny de Scuderi, ale nie teraz.
— Tak, może pan masz słuszność, ale pchnięcie sztyletem zawsze uśmiercić potrafi. I Gaston się schylił, podniósł nóż z ziemi z wyrazem, który żadnéj wątpliwości nie pozostawił.
Dubois się nie ruszył; książę posunął się o krok jeden.
— Rzuć to ostrze! krzyknął tonem nakazującym.
Gaston już je do piersi swoich wymierzył.
— Rzuć ten nóż! powtórzył książę.
— Życie dla moich przyjaciół, jaśnie oświecony panie!
Rejent się znowu do Dubois zwrócił, który miał ciągle uśmiech szyderczy na ustach.
— Dobrze, oni będą żyli! wyrzekł rejent nakoniec.
— O jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston porywają rękę jego, ażeby ją do ust ponieść. Wasza królewska mość jesteś równym Bogu na téj ziemi!
— Wasza królewska mość popełniasz błąd nie do poprawienia, przemówił Dubois zimno.
— Jakto! krzyknął Gaston, więc pan jesteś...
— Opatem Dubois, do usług pańskich, odpowiedział fałszywy la Jonquière z ukłonem.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, idź wasza królewska mość tylko za głosem serca swojego, błagam o to!
— Niech wasza królewska mość nic nie podpisuje, mówił znowu Dubois.
— Podpisz jaśnie oświecony pan! podpisz wasza królewska mość! błagał Gaston. Przyrzekłeś łaskę dla moich przyjaciół, a słowo to jest świętem!
— Dubois, ja podpiszę, wyrzekł książę.
— Wasza królewska mość tak postanowiłeś?
— Dałem słowo moje.
— Więc jak się waszéj królewskiéj mości podoba.
— I to zaraz, zaraz, nieprawdaż, jaśnie oświecony panie? wołał Gaston. Mimowolnie strasznéj doznaję trwogi. O łaskę, o łaskę dla nich błagam!
— Ej, mój panie, skoro wasza królewska mość przyrzekłeś, to wszystko jest jedno, czy to nastąpi kilka minut wcześniéj lub późniéj, wtrącił Dubois.
Rejent na niego niespokojnie spojrzał.
— Tak, masz słuszność, nie należy odwlekać... Zaraz... Twoją tekę, opacie, spieszmy się, Gaston jest niecierpliwy.
Dubois się skłonił, pobiegł ku drzwiom, oranżeryi, zawołał lokaja, odebrał z rąk jego tekę, wyjął z niéj czysty arkusz papieru, napisał na nim ułaskawienie, które książę niebawem podpisał.
— A teraz kurjera, co tchu! zawołał książę!
— Kurjera? powtórzył Gaston. O nie potrzebny on!
— Jakto?
— Nigdyby dosyć nie pospieszał: ja sam, polecę, jeżeli wasza książęca mość na to zezwolisz. Każda chwila, którą zyskam, uwolni nieszczęśliwych od strasznych udręczeń.
Dubois brwi zmarszczył.
— Tak, masz słuszność, wyrzekł rejent, jedz raczéj sam.
I dodał z cicha:
— A pamiętaj tego rozkazu z rąk nie wypuszczać.
— Wasza królewska mość więcéj się jeszcze od pana de Chaulay spieszysz, pochwycił Dubois, i zapominasz, że jest ktoś w Paryżu, co będzie sądził, że on umarł skoro go nie ujrzy.
Te wyrazy uderzyły Gastona i przypomniały mu Helenę, Helenę, którą niespokojną i strwożoną zostawił; Helenę, która go oczekiwała, i któraby mu nigdy nie przebaczyła, że wyjechał z Paryża bez widzenia jéj poprzednio.
Chwila jedna zdecydowała go: pocałował w rękę rejenta, odebrał ułaskawienie, skłonił się ministrowi, i już miał wychodzić, gdy książę zawołał.
— Ale ani słowa Helenie o tajemnicy, którą ci odkryłem, nieprawdaż? Dozwól, bym jéj to sam powiedział, że ona jest córką moją: tylko tej nagrody żądam.
— Świętym mi jest rozkaz waszéj królewskiéj mości, odpowiedział Gaston aż do łez wzruszony.
I skłoniwszy się po raz drugi, wybiegł z szklarni.
— Tędy! wołał za nim Dubois. Jesteś rzeczywiście tak pomieszanym, iżby naprawdę sądzono, żeś kogo zabił i przyaresztowanoby pana. Przejdź przez ten lasek a dojdziesz do drzwi, wiodących na ulicę.
— O dziękuję! pan pojmujesz że każda zwłoka.....
— Może być nieszczęsną. Właśnie też dlatego, dodał Dubois z cicha, wskazałem ci najdłuższą drogę.
Gaston wybiegł. Dubois ścigał go przez chwilę wzrokiem; a gdy mu znikł z oczu, zwrócił się do księcia.
— Jaśnie oświecony pan jesteś niespokojnym, jak mi się zdaje? zapytał.
— Tak jest, rzeczywiście, odpowiedział książe.
— I dla czego?
— Mało się opierałeś temu czynowi dobremu, i właśnie to mnie dręczy.
Dubois uśmiechnął się.
— Dubois, ty coś knujesz!
— Nie, jaśnie oświecony panie, bo1 wszystko już zrobione.
— I cóżeś tedy zrobił?
— Znam waszą królewską mość.
— A więc?
— Wiedziałem co nastąpi.
— Cóż dalej?
— Domyślałem się, że wasza królewska mość nie spoczniesz, dopóki tego ułaskawienia nie podpiszesz.
— Mów dalej!
— Otóż i ja wysłałem kurjera.
— Ty!
— Tak jest. Czyż niemam prawa wysełać kurjerów?
— Zapewne, mój Boże! Ale jakiż rozkaz powiózł ten kurjer?
— Rozkaz spełnienia wyroku.
— I już pojechał?
Dubois dobył zegarka.
— Przed dwiema godzinami.
— Nikczemniku!
— O, jaśnie oświecony panie, po cóż zawsze te wielkie wyrazy! Każdy ma swoje interesa. Ocal wasza królewska mość pana de Chaulay, skoro ci się tak podoba, że jest zięciem jaśnie oświeconego pana. Ale dozwól ażebym ja waszą królewską mość ocalił.
— Tak, ale ja znam Gastona: on wyprzedzi twojego gońca.
— Nie, jaśnie oświecony panie.
— Cóż znaczą dwie godziny dla człowieka tak wielkiego serca. On poleci lotem błyskawicy.
— Gdyby to kurjer mój tylko dwie miał godziny, ależ on ich będzie miał trzy.
— Jakto?
— Bo młodzieniec jest zakochany, i dawszy mu godzinkę, by swoję lubą pożegnał....
— O żmijo!... Teraz rozumiem wyrazy twoje wyrzeczone przed chwilą.
— Był w jakimś rodzaju entuzjazmu i byłby mógł o swojéj zapomniéć miłości. Jaśnie oświecony pan znasz zasadę moję: że nie należy ufać pierwszym popędom, po pierwsze zwykłe bywają dobre.
— Jest to haniebna zasada! — Potrzeba albo być albo nie być dyplomatą, jaśnie oświecony panie.
— Dobrze, uprzedzę go o tem, odrzekł książę, idąc ku drzwiom.
— Jaśnie oświecony panie! zastąpił mu Dubois drogę i wyjmując przygotowany na ten cel papier z pugilaresu, dodał z całą mocą, na jaką się mógł zdobyć: jeżeli wasza królewska mość to uczynisz, to racz pierwej dymissją moję podpisać. Pożartujmy sobie niekiedy, ale Horacy powiedział: Est modus in rebus. Był to wielki człowiek ten Horacy; a dodam jeszcze, że i grzeczny zarazem. Dosyć już téj polityki na dzisiaj, jaśnie oświecony panie. Wróćmy na bal, a jutro wieczorem już wszystko jak najlepiéj zakończoném będzie. Francja się ocali od czterech najzawziętszych nieprzyjaciół swoich, a jaśnie oświecony pan otrzymasz zięcia bardzo miłego, którego, daję na to moje słowo opata, przekładam nad pana de Riom.
I po tych słowach wrócili pospołu na salę balową: Dubois wesół i tryumfujący, a książę smutny i zamyślony, ale przekonany, że minister jego miał słuszność.


VIII.
OSTATNIE WIDZENIE SIĘ.

Tymczasem Gaston pełen uniesienia radości wbiegł byt z szklarni, bo go opuścił tłoczący go strasznie ciężar, który od pierwszéj zaraz chwili przyłączenia się do związku, tak go przygniatał, że zaledwie usiłowania Heleny niekiedy tylko ulgę mu przynieść zdołały.
Teraz po owych krwawych marzeniach zemsty, nastąpiły sny złote miłości i sławy. Helena nie była już tylko kobietą miłą i piękną, pełną miłości i uczucia, ale zarazem i księżniczką krwi, jedném z bóstw owych, których jednę pieszczotę każdy najczystszą krwią swoją chętnieby okupił, gdyby one, słabe jak inne śmiertelnice, nie oddawały jéj za darmo.
A potém dostrzegł Gaston w sercu swojém, które całkiem jedynie li sądził być przepełnioném miłością, w zakątku jednym uśpioną przez czas jakiś żądzę sławy. Jakież mu wielkie szczęście zabłysło, i czyliż mu go Lauzun i Richelieu nie pozazdroszczą? Dla niego nie istniał żaden Ludwik XIV, żądając, ażeby został wygnańcem lub zrzekł się kochanki swojéj; żaden ojciec rozgniewany, że dumie jego stanął zwyczajny szlachcic na przeszkodzie, nie tamował mu szczęścia; lecz przeciwnie, pan możny i kochający córkę swoję, tak czystą i szlachetną, był przyjacielem jego i chętnie mu ją oddawał.
Zdawało się Gastonowi, że serce jego nie obejmie tyle szczęścia i radości, bo widział ocalenie przyjaciół swoich, swoję przyszłość zapewnioną, a Helenę córką rejenta. Kazał stangretowi popędzać co koń mógł wyskoczyć, i w przeciągu kwadransa stanął na ulicy du Bac.
Drzwi się otworzyły i posłyszano krzyk niewieści. Helena czekała powrotu jego przy oknie, widziała powóz zajeżdżający, poznała go, i pełna radości wybiegła naprzeciwko kochanka.
— Wszyscy ocaleni! zawołał Gaston na jéj widok, wszyscy! przyjaciele moi, i ja, i ty!
— O mój Boże! wymówiła blednąc, więc go zabiłeś?
— Nie, nie, dzięki Bogu! O Heleno, cóż to za człowiek ten rejent! ah jakież to serce! O, kochaj go, moja Heleno! nieprawdaż, że i ty go kochasz?
— Tłumacz się wyraźniéj, Gastonie.
— Chodź, pomówimy teraz o sobie. Mam tylko chwil kilka wolnych. Lecz książę ci wszystko opowie.
— Ale jedno przedewszystkiém: jakiż jest los twój, Gastonie?
— Najpiękniejszy w świecie! Będę mężem twoim, a przytém czczonym i bogatym, Heleno. Ja szaleje ze zbytku szczęścia.
— I zostaniesz się przy mnie?
— Nie, wyjeżdżam w téj chwili.
— Mój Boże!
— Ale wracam wkrótce.
— Więc będziemy jeszcze rozłączeni
— Najwięcéj trzy dni, trzy dni tylko! Jadę, ażeby zyskać błogosławieństwo dla ciebie, dla siebie, dla opiekuna naszego i przyjaciela.
— Dokądże jedziesz?
— Do Nantes.
— Do Nantes?
— Tak, rozkaz ten zawiera ułaskawienie Pontcalec’a, Talhouet’a, Mont-Louis i Ducouëdic’a. Są skazani na śmierć, czy rozumiesz? I zawdzięcza mi życie. Nie zatrzymuj mnie, Heleno, i pomniéj na cierpienia, jakich oczekując mnie, jeszcze przed chwilą doznawałaś.
— I jeszcze doznawać będę.
— Nie, moja Heleno, bo teraz już niczego nie potrzebujesz się lękać.
— Czyliż ciebie zawsze tylko tak rzadko i na kilka minut widywać będę? Ah, Gastonie. a tak czuje potrzebę szczęścia.
— Będziesz szczęśliwa, Heleno.
— Serce mi się ściska.
— Oh, gdybyś wszystko wiedziała!...
— Więc mi powiedz teraz, o czém się późniéj mam dowiedziéć.
— Tego tylko zbywa do mojego szczęscia, by u nóg twoich wszystko wypowiedziéć... Ale przyrzekłem... co więcéj, przysiągłem...
— Zawsze jakieś tajemnice!
— Ależ ta przynajmniéj, same szczęście tylko zawiera.
— O Gastonie.... Gastonie.... ja drżę cała.
— Ale przypatrzże mi się, Heleno; przypatrz się, a na widok tylu radości w moich oczach, śmiéj powiedziéć, że się trwożysz jeszcze.
— Czemuż mnie z sobą nie zabierasz, Gastonie?
— Heleno!
— Proszę cię, jedźmy razem.
— Niepodobna.
— Dla czego?
— Nasamprzód, że w przeciągu dwudziestu godzin powinienem być w Nantes.
— Nie ustanę w podróży, chociażbym z trudu i umierać miała.
— Powtóre, że los twój nie od siebie saméj zależy. Masz opiekuna, któremu się twoja cześć i posłuszeństwo należą.
— O księciu mówisz?
— Tak jest. O gdybyś wiedziała, co on dla mnie zrobił... dla nas, Heleno!
— Zostawmy list do niego, on nam wybaczy.
— Nie, nie, powiedziałby, że jesteśmy niewdzięczni, i miałby słuszność. Nie Heleno, tymczasem gdy ja, jakoby anioł pocieszenia, polecę do Nantes, ty się tutaj pozostaniesz, i urządzisz wszystko do naszego ślubu. Ja spiesznie powrócę, nazwę cię żoną moją i u stóp twoich złożę ci dzięki za szczęście i zaszczyt, któremi mnie obdarzysz.
— Opuszczasz mnie, Gastonie! zawołała nagle głosem rozdzierającym.
— O nie tak, Heleno, nie tak! Bądź raczej wesołą, uśmiechniéj się do mnie, podając mi rękę, i dodaj: Jedź Gastonie, jedz, bo tak każę powinność.
— Wierzę, iżbym ci to powiedzieć może powinna, ale nie mam na to dość siły, wybacz mi!
— O Heleno, to nie dobrze, żeś ty smutna, skorom ja wesoły.
— I czegóż chcesz odemnie, to jest wyższém od woli mojéj: zabierasz z sobą połowę mojego istnienia, pa mię taj że o tém.
Godzina trzecia wybiła. Gaston zadrżał.
— Bywaj mi zdrowa! zawołał.
— Żegnam cię! poszepnęła Helena.
I uścisnął jej rękę, i pocałował ją raz ostatni; wypadł z pokoju, biegł ku bramie, przy któréj rżały konie przeziębię mroźnym wiatrem porannym.
W téj chwili posłyszał głośny płacz Heleny. Wrócił znowu z pośpiechem. Stała u drzwi pokoju i z całym wybuchem żałości rzuciła się w objęcie jego.
— O mój Boże! więc mnie opuszczasz! wołała, opuszczasz mnie, Gastonie!... Słuchaj, co ci mówię: nie zobaczymy się już więcéj.
— Biedaczko 1 zmysły ci się błąkają. Heleno! zawołał sam mimowolnie wzruszony.
— Tak, błąkają mi się zmysły.... ale z rozpaczy, odrzekła, zalewając się łzami.
Potém, nagle, jak gdyby po walce wewnętrznéj, przycisnęła usta swoje do ust kochanka; to znowu go odepchnęła, mówiąc:
— Idź, Gastonie, idź, teraz już umrzéć mogę.
Gaston odpowiedział jéj namiętnemi pocałunkami, gdy wtém pół do czwartéj wybiło.
— Otóż i znowu pół godziny, które dopędzić potrzeba!
— Masz słuszność, Gastonie, powinien byś już być w drodze... Żegnam cię, mój kachany.
— Do widzenia się wkrótce!
— Żegnam cię, Gastonie.
I młoda dziewczyna powróciła cicho do swojego pokoju, jak cień, który znowu do grobu wraca.
Gaston kazał się zawieść na pocztę, zażądał najlepszego konia, dosiadł go w mgnieniu oka i w cwale puścił się z Paryża, przez tę samą barjerę, przez którą na kilka dni wprzódy był wjechał.


IX.
N ANTES.

Kommissja przez Dubois wysiana ustanowiła swoje posiedzenia nieustające. Opatrzona władzą nieograniczoną niczém, co w pewnych razach znaczy, że już naprzód wszystko zawyrokowanym zostało, zasiadała w zamku, wspierana licznemi oddziałami wojska, gotowemi każdéj chwili odeprzeć napad oburzonych mieszkańców.
Uwięzienie czterech obywateli przeraziło zrazu miasto Nantes, a następnie najsilniejsze dla nich obudziło współczucie. Cała Bretanija oczekiwała ogólnego powstania, i oczekując go, nie powstawała.
Tymczasem proces się rozpoczął, a w wigilją posłuchania publicznego, Pontcalec ważną z przyjaciółmi swemi miał rozmowę.
— Czyliżeśmy nie popełnili jakiéj nierozwagi w mowie albo czynie? zapytał ich.
— Nie, odpowiedzieli wszyscy trzéj jednomyślnie.
— Nie zwierzyłże się który z was, z zamiarem naszym, żonie swojéj, bratu albo przyjacielowi? Może ty, Mont-Louis?
— Nie, na mój honor.
— A ty, Talhouet?
— Nie.
— Ducouëdic?
— Nie.
— Więc żadnych przeciwko nam me mają dowodów.
— Ale zawsze nas osądza.
— Z jakichże powodów?
— Z ukrytych, odpowiedział Talhouet z uśmiechem.
— I to bardzo ukrytych, dodał Ducouëdic. Bo ani słówka o tém nie mówią.
— Wstyd będzie ich udziałem, mówił Pontcalec daléj, i którejkolwiek nocy zmuszą nas do ucieczki, by nas nazajutrz nie potrzebowali uwolnić.
— Nie wierzę ja w to, ozwał się Mont-Louis, który całą tę sprawę zawsze z posępnéj widział był strony, może dla tego, że z pośród nich, on jeden najwięcéj miał do stracenia: był żonatym i ojcem dwojga dzieci, które wraz z żoną ubóstwiał. Nie wierzę ja w to. Widziałem Dubois w Anglii i rozmawiałem z nim. Jest to kuna, która sobie mordę liże, gdy ma pragnienie. Dubois ma pragnienie i zginęliśmy, panowie: ugasi je krwią naszą.
— A parlament bretoński? wtrącił Ducouëdic, przecież istnieje jeszcze.
— Tak, ażeby na to patrzał, jak nam głowy będą ścinali, odpowiedział Mont-Louis.
Na tę całą mowę Pontcalec uśmiechnął się tylko.
— Panowie, ozwał się wreszcie, uspokójcie się. Jeżeli Dubois ma pragnienie, tęm lepiéj, bo się zapamięta, i na tém koniec. Ale na teraz, upewniam was, że go jeszcze krwią naszą nie ugasi.
I rzeczywiście, że z początku czynności komissji zdawały się być bardzo trudne: nie było żadnych zeznań, żadnych dowodów ni też świadków. Bretanija drwiła sobie z komissarzów, a jeżeli nie drwiła, tém gorzéj jeszcze, bo wówczas groziła.
Prezydent wysłał gońca do Paryża z wyjaśnieniem stanu rzeczy i zażądaniem nowych instrukcyj.
— Sądźcie ich za zamiary, odpowiedział Dubois, nie działali, bo mieli przeszkody, ale projektowali dużo: zamiar podniesienia rokoszu już jest czynem.
Zabespieczona tak strasznym środkiem komissja, niebawem wszelkie całéj prowincji zniszczyła nadzieje. Na jedném posiedzeniu obwinieni przechodzili od drwinek do oskarżenia. Ale komissja, którą mianował Dubois, potrafiła uzbroić się przeciwko drwinkom i oskarżeniu.
Wróciwszy do więzienia, Pontcalec cieszył się, że tyle prawd sędziom swoim nagadał.
— Mniejsza o to, odparł Mont-Louis, ależ sprawa nasza zawsze źle stoi: Bretanija nie powstaje.
— Czeka wyrzeczenia wyroku na nas, zauważył Talhouet.
— O, to zapóźno powstanie! wyrzekł Mont-Louis.
— Ależ nas skazać nie mogą, ozwał się znowu Pontcalec. Prawda, że jesteśmy winni, ale o tém my sami tylko wiemy, któż nas może skazać, nie mając żadnych przeciwko nam dowodów! Komissja?
— Nie komissja, ale Dubois.
— Radbym był jednę rzecz zrobił, ozwał się Ducouëdic.
— Cóż takiego?
— Krzyknąć na pierwszém posiedzeniu: »Dalejże z nami, Bretończykowie!« Widziałem na sali nie jednę twarz przyjazną. Otóż bylibyśmy polegli albo wolni dzisiaj. A co do mnie, to wolę śmierć, aniżeli tak straszne i niepewne oczekiwanie.
— Lecz po cóż się narażać, ażeby nas jaki zbir zranił? wtrącił Pontcalec.
— Rana którą zbir zada, zagoi się, lecz rana zadana przez kata, nigdy.
— Prawda! zawołał Mont-Louis, zgadzam się z tobą.
— Bądź spokojnym, tak samo z tobą, jak zemną będzie miał do czynienia.
— Ah! otóż i zawsze owa przepowiednia. Wiesz dobrze, Pontcalec, że w nią nie wierzę.
— Masz niesłuszność.
Mont-Louis i Ducouëdic potrząsnęli głową, lecz Talhouet nie zgadzał się z nimi.
— Niezawodną jest rzeczą, moi kochani, że nas na wygnanie skażą, mówił znowu Pontcalec. Będziemy zmuszeni puścić się na morze, i okręt na którym ja popłynę, rozbije się w drodze. To jest mój los: wasz może być innym. Wsiądźcie tylko na inny okręt; chyba że spadnę z pokładu w morze, albo zsunę się z wschodów. Zawsze jednakże na morzu zginę. Wy to wiecie, że gdybym i na śmierć był skazany, skoro rusztowanie będzie na ziemi, to i u podnóża jego jeszcze będę spokojnym.
To zapewnienie dużo trzem przyjaciołom dało do myślenia: każdy, mający nadzieję, jest przesądnym, bo wszakżeż nadzieja niczém więcéj nie jest, tylko przesądem.
Śmiali się nawet z przestraszającej nagłości z jaką prowadzono tę sprawę, bo nie wiedzieli, że Dubois jednego kurjera za drugim z Paryża wysyłał, by tok procedury przyspieszyć.
Wreszcie dzień nadszedł, w którym trybunał oświadczył, że już dostatecznie jest objaśnionym.
To oświadczenie podwoiło dobry humor czterech przyjaciół, i w dniu tym więcéj jeszcze drwili, dowcipkowali i dogryzali sędziom swoim.
Komissja oddaliła się, by odbyć naradę tajemną.
Nigdy jeszcze rozprawy nie były tak drażliwe; historja odkryła tajemnicę tych narad: kilku sędziów, mniéj nawykłych do złego albo téż mniéj ambitnych, oburzyło się na samą myśl skazania na śmierć ludzi?
jedynie li z powodu przypuszczenia tylko; że są winnymi; bo prócz doniesień Dubois, o których prawdziwości powątpiewać mogli, żadne inne nie nastąpiło zeznanie; głośno więc swoje objawili zdanie, lecz większość była Dubois oddana, i w łonie komitetu przyszło do najwyższej kłótni, obelg i o mało że nie do walki. Rozprawy, trwały jedenaście godzin, a po upływie tychże, większość wyrzekła.
W wigilją sądu, komissja złożona z znaczniejszych mieszkańców miasta, oficerów bretońskich i członków parlamentu, udała się do biura komissji ministerjalnéj, przekładając jéj wniosek: że Bretończykowie de facto nie podnieśli rokoszu; że wybór króla hiszpańskiego, ze szkodą księcia Orleańskiego, wynikał z prawa, przez konstytucją nadanego, które wnuka królewskiego wyżéj od krewnego linii pobocznéj stawia; nakoniec, że co do rejencji, to kraj większe miał prawo do wyrokowania, aniżeli zwyczajny parlament, Komissja ministerjalna, czując że nie ma nic dobrego do odpowiedzenia, nie odpowiedziała wcale, i deputowani oddalili się pełni nadziei.
Jednakżeż wyrok zapadł, nie skutkiem instrukcyj porobionych w Nantes, lecz otrzymanych z Paryża. Komissarze prócz czterech uwięzionych przewodzców, osądzili jeszcze zaocznie szesnastu obywateli, oświadczając:
«Że ponieważ oskarżeni zostali za winnych uznani, jako mający zamiary zbrodni, obrazy majestatu i zdrady kraju, a zatém mają być ścięci, obecni de facto, a nieobecnych wizerunki ręką kata na szubienicy zawieszone, mury i fortyfikacje ich zamków zostaną zburzone, oznaki ich godności zniszczone, i lasy ich ścięte na wysokość dziewięciu stóp.»
W godzinę po wyrzeczeniu tegoż wyroku, rozkazano jednemu z woźnych przeczytać go skazanym.
Osadzenie nastąpiło po owém posiedzeniu tak burzliwém, o którém wspomnieliśmy wyżéj, i gdzie skazani tyle żywych oznak sympatji w publiczności dostrzegli. To téż zwalczywszy wszelkie punkta oskarzenia sędziów, nigdy z lepszą nadzieją do więzienia swojego nie wrócili.
Siedzieli właśnie w spólnéj izbie i wieczerzali, przypominając sobie różne szczegóły posiedzenia dzisiejszego, gdy na raz jeden drzwi otworzono i ukazała się blada i surowa twarz woźnego.
To jego zjawienie się zamieniło nagle ich wesołe wnioski w tęschne uderzania serca.
Woźny przystąpił bliżéj, dozorca więzień stanął u drzwi, a w ciemności korytarza zabłysnęły lufy muskietów.
— Czegóż pan chcesz od nas? zapytał Pontcalec, i cóż znaczą te ponure przybory?
— Panowie, odpowiedział woźny, przynoszę wam wyrok trybunału: uklęknijcie, by go posłyszéć.
— Ależ to tylko wyroku śmierci klęczący się słucha, ozwał się Mont-Louis.
— Uklęknijcie panowie, powtórzył woźny.
— Powinni to uczynić winni i ludzie podrzędni, odpowiedział Ducouëdic. My zaś jesteśmy szlachtą, i niewinni, posłuchamy więc stojący wyroku naszego.
— Jak zechcecie, panowie, lecz odsłońcie głowy, bo mówię w imieniu króla.
Jeden Talhouet miał kapelusz na głowie i zdjął go.
Wszyscy czteréj z odkrytą stanęli głową, opierając się jeden na drugim, bladego czoła lecz z uśmiechem na ustach.
Woźny cały wyrok przeczytał, i nikt mu ani szemraniem najlżejszém ani téż najdrobniejszą oznaką zdziwienia nie przeszkodził.
A gdy skończył, zapytał Pontcalec:
— Dla czegóż mi mówiono, że mnie uwolnią, skoro oświadczę zamiary Hiszpanii względem Francji? Hiszpania jest krajem nieprzyjaznym, oświadczyłem, cokolwiek o jjé planach mogłem widzieć, a jednakżeż skazanym zostałem. Dla czegóż to? Więc komissja złożona jest z nikczemnych, którzy podstępnie działali przeciwko obwinionym?
Woźny nic nie odpowiedział.
— Ależ rejent oszczędził Paryż, ozwał się Mont-Louis, przekonany o spólnictwo w związku Cellamarego?
— Ani jedna kropla krwi nie upadła. A jednakżeż ludzie, którzy chcieli wykraść rejenta i zabić go może, byli przynajmniéj tyle winni, co ci, przeciwko którym żadne uzasadnione oskarżenie miejsca nie miało. Więc to my mamy odpokutować za grzechy stolicy?
— Czyliż tego nie pojmujesz, Mont-Louis, przemówił Ducouëdic, że istnieje dawna nienawiść rodzinna dla Bretanii, i rejent, chcąc okazać, że należy do familii, pragnie udowodnić, że nas nienawidzi. To nie nas karzą, lecz kraj w osobach — naszych, kraj, który od trzystu lat domaga się bezskutecznie praw swoich i przywilejów, i który obcą uznać jako winny, by go się raz na zawsze pozbyć.
Woźny zawsze milczał.
— No, kończmyż już, zawołał Talhouet. Jesteśmy skazani, to dobrze. Ale nie pozostajeż nam żadna już droga?
— Nie, panowie, odpowiedział woźny.
— Więc pan możesz się oddalić, wyrzekł Ducouëdic.
Woźny się skłonił i wyszedł, eskortowany strażą, a ciężkie drzwi więzienia zamknęły się znowu z hukiem.
— A i co! ozwał się Mont-Louis, gdy sami zostali.
— Jesteśmy skazani, odpowiedział Pontcalec. Ale przecież ja nigdy nie twierdziłem, że nas nie skażą, mówiłem tylko, że do wykonania wyroku śmierci nie przyjdzie.
— Jestem zdania Pontcalec’a, wymówił Talhouet; zrobili to tylko, by zastraszyć prowincją i doświadczać jéj cierpliwości.
— A zresztą nie przystąpią do ekzekucji, dopóki rejent nie podpisze wyroku. Kurjer potrzebuje dwa dni na podróż do Paryża, dzień zabawi w miejscu a dwa znowu w powrocie; zaś w przeciągu dni pięciu dużo rzeczy zajść może; i prowincja posłyszawszy wyrok na nas, powstanie.
Mont-Louis potrząsnął głową.
— Jest jeszcze i Gaston, wtrącił Pontcalec, o którym nie zapominajcie panowie.
— Lękam się o niego, wyrzekł Mont-Louis, bo może i jego aresztowali. Znam go, i gdyby był wolnym, jużbyśmy coś o nim wiedzieli.
— Ale przecież temu przynajmniéj nie zaprzeczysz, mój ty proroku złego, zawołał Talhouet, że jeszcze nam dni kilka pozostaje.
— Kto to wie!
— A morze! zauważył Pontcalec. Morze, moi panowie, czyliż zapominacie, że morze ma być śmierci mojéj przyczyną?
— Otóż, moi panowie, mówił Ducouëdic, zasiądźmy znowu do stołu i wypijmy po raz ostatni za zdrowie nasze.
— Nie mamy już wina, to zły znak wtrącił Mont-Louis.
— Ba! dosyć go jeszcze w piwnicy, odparł Pontcalec, i zawołał dozorcę.
Dozorca widząc czterech przyjaciół przy stole, spojrzał na nich z zdumieniem.
— I cóż tam słychać nowego, panie Krysztofie? zapytał Pontcalec.
Krysztof był rodem z Guet i miał szczególne dla Pontcalec’a uszanowanie, ile że służył u stryja jego Chryzogona.
— Wcale co innego, jak panowie myślicie, odpowiedział.
— Idźże nam przynieś wina.
— Chcą się odurzyć, poszepnął sobie Krysztof, wychodząc. Biedni panowie!
Jeden Mont-Louis dosłyszał tych wyrazów i uśmiechnął się smutno.
W chwilę potém, usłyszeli spieszne stąpanie na korytarzu, drzwi nagle otworzono i wbiegł Krysztof ale bez wina.
— A co tam, gdzież masz wino? zapytał Pontcalec.
— Dobre nowiny! krzyknął Krysztof, nieodpowiadając Pontcalec’owi. Dobre nowiny, panowie!
— Cóż takiego? zapytał Mont-Louis i zadrżał.
— Rejent umarł może
— Bretanija powstaje? dodał Ducoucëdic.
— Nie panowie, o nie, tego nie odważyłbym się dobrą nazwać nowiną.
— Więc cóż że się stało?
— Otóż p. de Chateauneuf rozstawił 150 ludzi po placach, którzy wszystkich przerażali, a teraz cofnął ten rozkaz i oni powracają znowu do koszar swoich.
— A, to zaczynam wierzyć, że dziś jeszcze ekzekucja nie nastąpi; ozwał się Mont-Lois.
W téj chwili godzina szósta wybiła.
— Ależ dobra nowina nie przeszkadza, ażebyśmy pragnienie nasze ugasili, wymówił Pontcalec. Idżże nam po wino.
Krysztof wybiegł i po chwili powrócił z butelką. Przyjaciele napełnili sobie kieliszki.
— Za zdrowie Gastona! wniósł Pontcalec, zamieniając porozumiawcze spojrzenie z przyjaciółmi, dla których toast ten jedynie był zrozumiałym.
I spełnili kieliszki prócz jednego Mont-Louis, który swój był poniósł do ust lecz zatrzymał się.
— Cóż tam znowu? zapytał go Pontcalec.
— Bębnią, odpowiedział Mont-Louis, i wskazał ręką stronę, zkąd ten głos dochodził.
— Czyliżeś nie słyszał co Krysztof mówił? Wojsko wraca do koszar.
— Przeciwnie, wojsko występuje: nie bębnią do odwrotu ale na alarm.
— Na alarm! powtórzył Talhouet, cóż to u licha ma znaczyć?
— Nic dobrego, odrzekł Mont-Louis, potrząsając głową.
— Krysztofie! zawołał Pontcalec.
— W téj chwili będziecie panowie wiedzieli, co to znaczy: biegnę zobaczyć.
I pobiegł zamknąwszy jednakże wprzódy drzwi na klucz.
Czteréj przyjaciele milczeli, zostając w trwożącém oczekiwaniu. Po dziesięciu minutach powrócił Krysztof, blady jak trup.
— Kurjer przyleciał z Paryża, wymówił, i zaraz po odebraniu depeszów, jakie przywiózł, podwojono warty i zabębniono na alarm we wszystkich koszarach.
— Oh! oh! wyrzekł Mont-Louis, to cię nas dotycze.
— Ktoś idzie po wschodach, mówił Krysztof drżąc cały i więcéj przestraszony aniżeli ci, których to najwięcéj dotykało.
Drzwi się otworzyły i wszedł nadzorca.
— Panowie, przemówił, ileż żądacie czasu do załatwienia spraw waszych na świecie?
Głębokie przerażenie przejęło obecnych.
— Żądam tyle czasu, odpowiedział Mont-Louis, ażeby wyrok przesłano do Paryża i tenże z podpisem rejenta powrócił.
— A ja, dodał Talhouet, tylko tyle, ile potrzeba komissji, by żałowała za grzechy swoje i niegodziwość.
— Co do mnie, wyrzekł Ducouëdic, żądam, ażeby ministrowi w Paryżu zostawiono tyle czasu, ażeby wyrok na nas zapadły, mógł zamienić na ośm dni więzienia, na cośmy przez lekkomyślność naszą zasłużyli.
— A pan? zapytał nadzorca poważnie Pontcalec’a, który ciągle milczał. Czegóż pan żądasz?
— Ja niczego nie żądam.
— Otóż, panowie, macie odpowiedź komissji, wyrzekł nadzorca. Pozostaję wam dwie godziny do pomyślenia o waszych sprawach doczesnych i duchowych. Teraz jest godzina szósta i pół; a za dwie godziny i pół powinniście już być na placu du Bouflay, gdzie się ekzekucja odbędzie.
Głębokie nastąpiło milczenie, bo i najodważniejszym podnosiły się z przestrachu włosy na głowie.
Nadzorca wyszedł, nikt już i słowa nie powiedział, tylko skazani spojrzeli na siebie i uścisnęli sobie ręce.
Mieli jeszcze dwie godziny.
Dwie godziny w zwyczajnym toku życia staję się niekiedy wiekami a czasami zdają się jedną tylko być chwilą.
Nadeszli księża, potém żołnierze, a następnie kaci.
Położenie stawało się coraz straszniejszém. Jeden tykoo Pontcalec pozostawał zawsze ten sam, nie ażeby tamtym było na odwadze zbywało, bynajmniéj, lecz zbywało im nadziei. Pontcalec im dodawał ducha spokojem, z jakim odpowiadał nie tylko księżom, ale i katom, którzy już swoję zdobycz w ręku trzymali.
Robiono owe straszne przygotowania, które tualetą skazanych nazywają. Czterej nieszczęśliwi mieli być czarnemi odziani płaszczami, by ich lud w pośród towarzyszących im księży nie dostrzegł, ponieważ ciągle jeszcze lękano się buntu.
Potém rzucono kwestją, czyli im ręce związać lub nie.
Pontcalec odpowiedział z swoim wiecznym uśmiechem ufności:
— Zostawcież nam ręce wolne, nie zbuntujemy się.
— Nic mnie to nie obchodzi, odpowiedział kat dla Ponlcaleca przeznaczony, chyba gdy szczególny odbierzemy rozkaz, inaczéj jedno i to samo jest rozporządzenie dla wszystkich skazanych.
— I któż te rozkazy wydaje? zapytał Pontcalec, czy sam król?
— Nie, panie margrabio, odpowiedział kat, zdziwiony tak zimną krwią, czego dotąd jeszcze nigdy nie był widział; to nie król tylko nasz naczelnik.
— A gdzież jest wasz naczelnik?
— To ten, co tam z panem Krysztofem rozmawia.
— Niechżeż tu przyjdzie do mnie.
— Panie Lamer, proszę! zawołał kat, jeden z tych panów chce się o coś zapytać.
Gdyby piorun pomiędzy czterech skazanych był uderzył, mniejby się byli przerazili, jak usłyszeniem tego strasznego nazwiska.
— Cóżeś wymówił? krzyknął Pontcalec, drżąc z przerażenia; jakież to nazwisko wymieniłeś.
— Lamer jest naszym naczelnikiem, panie margrabio.
Pontcalec, blady, zimny, upadł na krzesło, przesyłając wymowne spojrzenie swoim zdrętwiałym współtowarzyszom: nikt w około nie pojmował téj nagłéj niemocy po tak nieograniczonéj ufności.
— Cóż teraz? ozwał się Mont-Louis tonem łagodnego wyrzutu do Pontcalec’a.
— Mieliście słuszność, panowie, odpowiedział Pontcalec, ależ i ja miałem słuszność: wierzę w tę przepowiednię, bo i ona się spełniła, jak poprzednie. Ale tym razem wyznaję, żeśmy już zgubieni.
I skazani jedną przejęci myślą rzucili się nawzajem w objęcia swoje a potém modlili się pospołu.
— Jakżeż pan każesz? zapytał kat.
— Niepotrzeba tym panom rąk wiązać, skoro nam słowo swoje dadzą: są żołnierzami i szlachtą.


X.
DRAMAT NANTESKI.

Tymczasem pędził Gaston drogą do Nantes, zostawiając pocztyliona daleko po-za sobą, i robił trzy mile na godzinę. Tak przebył Sèvres i Versailles.
Stanąwszy w Rambouillet, gdy dzień szarzeć zaczął, zobaczył pocztmistrza i pocztyljonów, zajętych koniem, któremu dopiero co krew puszczono. Koń leżał na środku ulicy i zaledwie oddychał.
Gaston zrazu na tę całą gruppę nie zważał, ale gdy już dosiadał podanego mu świeżego konia, słyszał jak jeden z obecnych mówił:
— Jeżeli tak daléj poleci, to więcéj jak jednego jeszcze ztąd do Nantes zabije.
Już Gaston miał z miejsca ruszyć, gdy nagłą, i straszną uderzony myślą, konia powstrzymał i na pocztmistrza skinął.
Pocztmistrz nadszedł a Gaston go zapytał:
— Któż tędy tak leciał jak szalony, że aż koń padł pod nim?
— Kurjer od ministerstwa.
— Kurjer od ministerstwa! krzyknął Gaston. I jechał z Paryża?
— Tak jest.
— Kiedyż tędy przyjeżdżał.
— Przed dwiema godzina.
Gaston wydał krzyk głuchy, podobny do jęku. On znał ministra Dubois.... Dubois podszedł go w kostjumie la Jonquière’a. Przypomniała mu się dobrowolność jego — i zadrżał. Pocóż wysłał tego kurjera z takim pośpiechem, właśnie na dwie godziny przez wyjazdem jego?
— O, ja byłem za nadto szczęśliwy, pomyślał, i Helena miała słuszność, przeczuwając jakieś wielkie nieszczęście. Dogonię tego kurjera, będę wiedział co on wiezie, albo zginę.
I ruszył z miejsca jak strzała.
Ale rozmyślając i wypytując się, znowu dziesięć minut stracił, tak dalece, że gdy przyjechał na stacją, znowu kurjer pana Dubois o dwie godziny go wyprzedził. Tym razem koń tamtego wytrwał, ale koń Gastona o mało że nie padł. Pocztmistrz począł jakieś robić uwagi, ale mu Gaston trzy luidory w dłoń wsunął, w cwale daléj pojechał.
Na następnym przeprzęgu, Gaston zyskał kilka minut lecz i poprzednik jego nie zwalniał swojego lotu. Ta straszna nagłość zwiększyła podejrzenie i gorączkowość Gastona.
— O, jeżeli go nie wyprzedzę, pocieszał sam siebie, to przynajmniéj z nim razem w Nantes stanę.
I przyspieszył swój lot, i popędzał konia, który jeżeli nie padł, gdy na stację przybył, to przynajmniéj pianą i krwią był zbroczony. Ciągle się o poprzednika nieszczęsnego dopytywał, i wszędzie mu mówiono, że niemal tak spiesznie jechał, jak on, jednakżeż zyskiwał przy każdéj zmianie konia minut kilka, i to mu sił dodawało.
Pocztyljoniowie, zostający daleko za nim, żałowali pomimowolnie młodego panicza, który, blady i z zamglonym wzrokiem, leciał bez odetchnienia, bez posiłku, całkiem spotniały, chociaż na mroźném powietrzu, wołając tylko:
— Konia! konia! konia co tchu!
Wycieńczony, znękany, bez innéj siły prócz mocy serca i ducha, odurzony nagłością jazdy i niebezpieczeństwem grożącém, Gaston czuł, że mu się w głowie kręci, że jego czoło dzieli się na dwoje, pot jego był jakby ze krwią zmięszany.
Pragnienie i suchość w gardle poczęła mu straszliwie dokuczać, przystanął więc w Ancenis i wypił szklankę zimnéj wody. Od szesnastu godzin pierwszy dopiero raz jednę stracił sekundę. A jednakżeż przeklęty kurjer jeszcze go cięgle o półtoréj godziny wyprzedzał. W przeciągu ośmdziesięciu mil, Gaston zaledwie pięćdziesiąt minut był zyskał.
Noc zapadła i Gaston, sądząc zawsze, że coś ujrzy na widnokręgu, przedzierał czarną przestrzeń krwią zaszłém okiem; był jak we śnie i mniemał, że słyszy dzwonienie, bicie z armat i uderzanie w bębny. Miał pełną głowę żałobnych pieśni i wrzawy złowróźbéj; już nie żył życiem ludzi: gorączka krzepiła jego siły, na powietrzu leciał.
Około godziny ósméj wieczorem dojrzał wreszcie na widnokręgu, Nantes, jakby masę. jaką ciemną, posianą światełkami, błyszczącemi jak gwiazdy.
Chciał odetchnąć, i sądząc że mu chustka na szyi oddech tamuje, odwiązał ją i na drogę rzucił.
Pędząc na koniu karym, czarnym okryty płaszczem, z gołą głową (bo kapelusz już dawniéj był zgubił) Gaston wyglądał, jak jeździec fantastyczny, zdążający na sabat.
U bram miasta koń jego się potknął, ale Gaston pozostał w strzemionach, i za pomocą cugli, któremi szarpnął, i ostróg, któremi go ukłuł, biedny koń znowu powstał.
Noc była czarna, nikogo na okopach nie dojrzano, nawet i straże mknęły w ciemnościach: Nantes wyglądało, jak miasto, w którém wszyscy wymarli.
Przy bramie jednakżeż żołnierz na straży będący, przemówił do niego słów kilka, lecz ich Gaston nie dosłyszał, pospieszając daléj.
Na ulicy zamkowéj koń jego padł znowu i już więcéj nie powstał. Ale to Gastona nie obchodziło wcale, wszakżeż już był w miejscu. Pieszo biegł daléj, kości jego były jak połamane, lecz nie czuł żadnego utrudzenia, w ręku trzymał papier.
W drodze zadziwiło go, że to przedmieście zwykle tak zaludnione, dziś było puste i ciche. Ale im daléj szedł, zwłaszcza mijając ulicę prowadzącą wprost na plac du Bouffay, tém wyraźniej dolatywała go jakaś głucha wrzawa.
Na placu światła pochodniowe oświecały głów morze, ale Gaston wprost zmierzał do zamku, bo tam miał do czynienia, i widzenie na placu znikło.
Wreszcie ujrzał zamek; przedsionek otworzył się przednim; warta chciała go zatrzymać, lecz z rozkazem rejenta w ręku, Gaston ją odepchnął i wszedł za kratę.
Kilku tam ludzi rozmawiało smutno; jeden z nich łzy rękawem ocierał.
Gaston zrozumiał wszystko.
— Rozkaz ułaskawienie! krzyknął, rozkaz... Słowa zamarły mu w ustach; ale rozmawiający opodal ludzie go posłyszeli a raczej zobaczyli jego poruszenia rozpaczliwe.
— Biegnij! pospieszaj! wołali, wskazując mu drogę, może jeszcze na czas zdążysz.
Gaston pospieszał naprzód, przebiegł korytarz, puste komnaty, wielką salę i znowu długi korytarz.
Z daleka, przez kratowane okna, przy świetle pochodni, zobaczył znowu tę massę ludzi, którą już raz był widział.
Przebiegł cały zamek, stanął na tarasie, z którego wielki przed sobą zobaczył dziedziniec, na tym dziedzińcu rusztowanie, na rusztowaniu kilku ludzi, a w około motłoch.
Gaston chce krzyczéć, nie słyszą go; powiewa chustką, nie widzą jéj; jeszcze jeden człowiek wchodzi na rusztowanie; Gaston krzyknął i rzuca się naprzód.
Zeskakuje z wału, warta go chce zatrzymać; Gaston powalił ją na ziemię; widzi wschody, prowadzące na plac, i zbiega po nich...
Na dole spotyka barykadę z wozów; lecz Gaston skulony przemyka się pomiędzy kołmi.
Po za tą barykadą stoją grenadjery Saint-Simona ustawieni w szeregu. Gaston rozpaczne robi wysilenie, przedziera szereg i wybiega w zakole.
Żołnierze go przepuszczają, widząc bladość jego, zmęczenie i papier w ręce wzniesiony.
Nagle przystawa, jakby piorunem rażony.
To Talhouet, poznał go: Talhouet przyklęka na rusztowaniu.
— Stój! stój! krzyknął Gaston z energią rozpaczy.
Jednocześnie błysnął miecz w ręku kata, potém usłyszano jakiś głuchy odgłos, i mróz całe przeszył zgromadzenie.
Krzyk Gastona zginął w krzyku ogółu, w jęku wybiegłym z 20,000 piersi.
Spóźnił się o jednę sekundę. Talhouet już nie żył, i gdy Gaston znowu wzrok błędny podniósł, ujrzał kata, trzymającego głowę przyjaciela w ręku.
Wtedy szlachetne serce młodziana stanowczo wyrzekło: że skoro jeden zginął, to i wszyscy ginąć powinni. Wiedział, że żaden z nich ułaskawienia nie przyjmie, skoro ono już dla jednéj głowy przydać się więcéj nie może. Spogląda w około: Ducouëdic wstępuje na szafot, okryty czarnym płaszczem, z gołą głową, bez chustki na szyi.
Gaston sobie przypomniał, że i on jest w płaszczu czarnym z gołą głową, bez chustki na szyi, i z konwulsyjnym śmiechem biegnie naprzód.
Widzi, co mu czynić wypada, jak się widzi obraz zniszczenia przy blasku piorunów.
Jest to straszne ale wielkie.
Ducouëdic się pochyla; ale zanim skłonił głowę, zawołał jeszcze:
— Otóż tak wynagradzają zasługę wiernych ojczyźnie żołnierzy. Takto wy dotrzymujecie obietnic swoich nikczemni Bretonowie!
Dwóch oprawców zmusza Ducouëdic’a do przyklęknienia. Miecz kata groźnie po raz drugi błysnął, i Duconëdic legł obok Talhouet’a.
Kat podnosi głowę, pokazuje ją ludowi, a potém umieszcza ją naprzeciw Talhoueta głowy.
— A teraz kto? pyta mistrz Lamer.
— Wszystko jedno, byle tylko pan de Pontcalec był ostatnim, odpowiada głos jakiś, bo tak brzmi wyrok.
— Więc na mnie, na mnie koléj! woła Mont-Louis.
I Mont-Louis wbiega na rusztowanie. Lecz przystanął nagle, włosy stawają mu dębem na głowie, serce pęka z ogromu boleści: naprzeciw w oknie widzi żonę swoją i dzieci.
— Mont Louis! Mont-Louis! woła ona głosem rozdzierającym, jak gdyby z nim razem i jéj życie ulecieć miało. Mont-Louis, my tu jesteśmy, spojrzyj na nas!
I w mgnieniu oka wszystkie spojrzenia zwracają się ku temu oknu. Wojsko, lud, księża, kaci, wszystko w tamtę patrzy stronę. Wówczas Gaston korzysta z téj chwilowéj wolności przedśmiertnéj, rzuca się ku rusztowaniu, chwyta konwulsyjnie drabinę i wbiega na pierwsze szczepie.
— Moja żona! moje dzieci! jęczy Mont-Louis, łamiąc ręce z rozpaczą.. Oh, oddalcie się, przez litość nademmą!
— Mężu! mój mężu! wota kobieta, unosząc najmłodsze ich dziecię. Mont-Louis, pobłogosław synom twoim, może z nich jeden pomści cię kiedyś.
— Żegnam was moje dzieci!... Błogosławię wam! i Mont-Louis wyciągnął rękę ku oknu.
Te przedśmiertne pożegnania, rozlegające się wśród nocy, odbrzmiewają w sercu każdego.
— Dosyć już, dosyć! odzywa się wreszcie mistrz Lamer do skazanego.
— Spieszcie się! dodał zwracając się do oprawców, bo nam lud nie pozwoli dokończyć.
— Bądźcie o to spokojni! wyrzekł Mont-Louis, gdyby i lud mnie ocalił, to bym tamtych nie przeżył, i ręką wskazał głowy przyjaciół swoich.
— Oh! umiałem ich ocenić! zawołał Gaston, słysząc te słowa. Mont-Louis, męczenniku, módl się za mnie!
Mont-Louis się obraca, zdaje mu się że głos znajomy posłyszał; lecz w téj chwili pochwycili go oprawcy i prawie jednocześnie krzyk straszny się rozległ, mówiący Gastonowi, że już i Mont-Louis skończył, i że kolej jego nadeszła.
— Wbiegł po drabinie i w mgnieniu oka stanął na tym pomoście hańby i przekleństwa, na którym z trzech rogów jaśniały głowy Talhouela’a Ducouedic’a i, Mont Louis.
Dziwne wzruszenie przebiegało tłumy. Stracenie Mont-Louis, któremu powyżéj opisane towarzyszyły okoliczności, wstrząsnęło wszystkich. Cały ten plac ruchomy, nad którym unosiły się tłumione groźby i złorzeczenia, wydawał się Gastonowi jakby morzem szerokiem, którego każda fala z osobna ożywioną była.
W téj chwili przypomniał sobie, że mógł zostać poznanym i jedno wymówienie imienia jego, przeszkodziłoby zamiarowi. Upadł więc na kolana, sam kloc przysunął i głowę na nim położył.
— Bogu ciebie oddaję, moja dobra najdroższa Heleno. Twój pocałunek ślubny płacę życiem mojem, lecz go nie okupię honorem. Niestety! kwadrans w twojem objęciu spędzony kosztował pięć głów. Żegnam cię, Heleno, żegnam!
Iskrami sypnął podniesiony miecz kata.
— I wy, przyjaciele moi, wybaczcie mi! dodał Gaston jeszcze.
I głowa na jednę a tułów na drugą upadł stronę. Lamer podniósł głowę i ukazał ją ludowi.
W ówczas szmer głuchy i groźny rozległ się w około, bo nikt Pontcalec’a nie poznał.
Kata omylił ten szmer: zatknął głowę Gostona na czwartym rogu i zepchnął nogą ciało w przepaść, gdzie już trzy inne spoczęły, potem wsparł się na mieczu i głośnym wyrzekł głosem:
— Sprawiedliwość wymierzoną została!
— A ja! przerwał mu głos grzmiący. A ja! czyliż o mnie zapominacie?
I Pontcalec wbiegł na rusztowanie.
— Pan! zawołał Lamer i z przerażenia cofnął się o kilka kroków, jak gdyby widmo był zobaczył.
— Tak ja, Pontcalec. Spieszcie się jestem gotów.
— Lecz ja mam już cztery głowy, wyrzekł kat, drżąc cały, i spojrzał na cztery rogi.
— Jestem baron de Pontcalec, czy mnie słyszysz? Ja miałem ostatni umierać i otóż jestem.
— Licz pan, odpowiedział Lamer, tak blady jak i Pontcalec, wskazując mu cztery głowy.
— Cztery głowy! krzyknął Pontcalec, to niepodobna!
I w téjże chwili, poznał w jednéj z głów czterech szlachetną i bladą twarz Gastona, która zdawała się i po śmierci uśmiechać do niego. Teraz i on z przestrachu o kilka cofnął się kroków.
— Zabijcie mnie, o zabijcie, co rychléj! wołał, jęcząc z niecierpliwości. Czyliż mi tysiąc śmierci zadawać chcecie?
Jeden z komissarzów, wezwany przez naczelnego mistrza, wbiegł właśnie po drabinie. Spojrzał na Pontcalec’a i wyrzekł.
— Tak, to jest pan de Pontcalec. Mistrzu dokonaj twojego dzieła.
— Ale czyż pan nie widzisz, że tam już są cztery głowy! zawołał kat.
— Niechżeż ich będzie pięć: obfitość nigdy nie zaszkodzi.
I komissarz zbiegł z drabiny, dając znak by zabębniono.
Lamer chwiał się na deskach rusztowania swojego. Wrzawa z każdą chwilą wzrastała. Była to zbyt wielka okropność, której i tłumy przenieść nie mogły. Szeroko i daleko rozlegał się szmer groźny; pogaszono światła; odepchnięto wojsko, wołano: do broni! Powstało zamięszanie i kilka dawało się słyszeć głosów:
— Śmierć komissarzom! śmierć katom!
Na ten okrzyk jednomyślny wymierzone z wałów armaty pochyli paszcze swoje ku ludowi.
— Cóż ja pocznę? zapytał Lamer.
— Uderz! odpowiedział głos, który się już parę razy dał słyszeć.
Pontcalec przyklęknął. Oprawcy przytwierdzili głowę jego do kloca. W owczas księża z przestrachu pouciekali; wojsko drżało w pomroce, i Lamer uderzył, odwracając oczy od ofiary swojéj.
Dziesięć minut późniéj plac był pustym, okna pozamykane i świece zgaszone. Artylerja i fizyljerowie rozłożyli oboz w około rusztowania, i przypatrywali się w milczeniu strumieniom krwi, które ziemię zbroczyły.
Duchowni, którym oddano trupy, obaczyli ze zgrozą, że ich było pięć. Jeden z nich trzymał jeszcze w skurczonéj ręce papier.
Było to ułaskawienie dla czterech skazanych! — Wówczas dopiero wszystko wytłumaczonem zostało, i poświęcenie się Gastona, który żadnego nie miał powiernika, odgadnięto zarazem.
Duchowieństwo odprawiło mszę ś-tą; lecz prezydent de Chateauneuf, lękając się zaburzenia w mieście rozkazał, ażeby się odbyła bez wszelkiéj okazałości i wystawy.
W wielką środę pochowano ciała straconych. Oddalono jednakżeż lud z kaplicy, gdzie złożono szczątki nieszczęśliwych, w połowie już wapnem strawione, jak twierdzono.
Tak się zakończył dramat Nanteski.


X.I
ZAKOŃCZENIE.

Piętnaście dni po wyżej opisanych wypadkach, wyjeżdżał z Paryża powóz zielony, ten sam, który na początku historyi naszej przez też samę rogatki do niego był wjeżdżał, i zdążał gościńcem do Nantes. Młoda kobieta blada i ledwie na wpół żywa w nim siedziała, a obok niéj siostra Augustjanka, która ile razy na nią spojrzała, to westchnęła i łzę z oka otarła.
W okolicy Rambouillet, mężczyzna na koniu, zasłoniony aż po za uszy wielkim i szerokim płaszczem, zdawał się śledzić ten powóz.
Przy nim był drugi jeszcze mężczyzna, także płaszczem okryty.
Gdy powóz ich mijał, pierwszy z nich westchnął i dwie łzy ciche po jego licu spłynęły.
— Żegnam cię, poszepnął, żegnam cię, ty jedyna pociecho moja! żegnam cię, całe moje szczęście na ziemi! żegnam cię, Heleno! dziecię moje!
— Jaśnie oświecony panie, ozwał się drugi, to nie tak łatwo przychodzi wielkim być księciem, i kto drugim chce rozkazywać, powinien nasamprzód nad sobą umieć zapanować. Wytrwaj wasza królewska mość z taką siłą aż do końca, a potomność powie, żeś był wielkim człowiekiem.
— Nigdy ci tego nie daruję, odpowiedział rejent z westchnieniem tak głębokiem, że było podobnem do najboleśniejszego jęku, boś zniszczył całe szczęście moje.
— Pracujże teraz na królów, odrzekł t towarzysz jego: Noli fidere principibus terrae filiis.
Gdy powóz znikł z widnokręgu, wtedy dopiero obydwaj do Paryża wrócili.
W ośm dni późniéj zielony powóz zatrzymał się przed przysionkiem klasztoru Augustjanek w Clisson. Wszystko wybiegło na powitanie młodéj, cierpiącéj podrożnéj: biedny kwiatek podmuchem świata złamany.
— Chodź, moje dziecię, wyrzekła przełożona, będziem żyć razem.
— Nie żyć, moja matko, odpowiedziała młoda dziewczyna, ale raczéj umierać.
— Myśl tylko o zbawicielu naszym, moje dziecię.
— Tak, moja matko, bo on umarł za zbrodnie ludzi, nieprawdaż?
Przełożona wzięła ją w obięcie swoje, nie czyniąc już żadnego pytania: nawykła widzieć bolesne przejścia ziemskie, litowała się nad niemi, lecz nie pytała o powody cierpienia.
Helena znowu zajęła swoję celkę, którą przed niespełna miesiącem była pożegnała. Wszystko w niéj było, tak jak dawniéj; pobiegła do okna: staw był jakoby we śnie pogrążony, spokojny i cichy; tylko lody deszcze zmyły a z niemi razem i śnieg, na którym przed wyjazdem, nie raz ślady stóp Gastona dostrzegła.
Wiosna wróciła i wszystko odżyło, prócz Heleny. Drzewa ponad stawem zazieleniły się; wodne kwiaty powiały znowu nad powierzchnią jego; podniosły się trzciny, i świegoczące ptastwo znowu je zaległo. Lecz krata podnosiła się teraz tylko, by dozwolić przejścia ogrodnikowi.
Helena przebyła jeszcze lato, a w miesiącu sierpniu umarła.
Zrana, tegoż dnia kiedy umarła, przełożona odebrała kurjerem list z Paryża. List ten zaniosła umierającéj, zawierał tylko te wyrazy:
»Moja matko! otrzymaj u córki twojéj przebaczenie dla rejenta.»
Helena, proszona o to przez ksienię, zbladła na to imię, lecz odpowiedziała:
— Przebaczam mu, moja matko! Ale jedynie li tylko z téj przyczyny, że spieszę do tego, którego on zabił.
O czwartéj godzinie z południa skonała.
Żądała, aby ją pochowano w tém miejscu, gdzie Gaston zwykle zatrzymywał łódkę, gdy przybywał odwiedzić ją.
Zastosowano się do jéj życzeń ostatnich.

KONIEC.




  1. Siostra od posłuj klasztornych, (przyp. tłum )
  2. Pan Gaston złudne powziął zdanie, i pokazuje się, że prawdziwego świata nie znał.
    Przyp. tłu.
  3. Dadane przez Wikiźródła
  4. Dodane przez Wikiźródła
  5. Muids, okseft.
  6. Dziesięć franków.
  7. Estragon.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment str. 267-276 przepisano z wydania „Córka Regenta“ Aleksander Dumas (ojciec), Tygodnik Romansów i Powieści. 1896, T. 55, nr 1426, str. 522-524





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.