Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


CÓRKA
REJENTA
przez
ALEKSANDRA DUMAS
Z FRANCUZKIEGO.
TOM III.

WARSZAWA,
Nakładem Drukarni
POD FIRMĄ JULIANA KACZANOWSKIEGO
przy ulicy Senatorskiéj Nr. 463.

1850.


Wolno drukować, z warunkiem złożenia w Komitecie
Cenzury, po wydrukowaniu prawem przepisanej liczby
eksemplarzy.
w Warszewie d. 15 (27) Września 1849
CENZOR
P. Dubrowski.




I.
WSPÓŁTOWARZYSZ BASTYLJI.

Zajęty w dzień badaniem go, a w nocy korrespondencją sąsiadów swoich i robieniem otworu dla łatwiejszego udzielania się Pompadourowi, Gaston był więcej niespokojnym aniżeli znudzonym. Nadto wynalazł sobie jeszcze jedno źródło do rozrywki. Panna de Launay otrzymywała wszystko od pana Maison-Roge, czego tylko zapragnęła, byle tylko żądanie swoje z słodkim oświadczyła mu uśmiechem; miała więc i papier i pióra, i atrament. Tylu skarbów udzieliła, rozumie się, także i kawalerowi Dumesnil, który znowu podzielił się niemi z Gastonem i z Richelieu. Ztąd Gaston powziął myśl napisać wiersz do Heleny, ile że Bretończycy, mniéj więcéj, wszyscy są poetami. Wszakżeż i kawaler Dumesnil tworzył wiersze do panny de Launay, która nawzajem mu swoje przesyłała, tak, że bastylja w prawdziwy zamieniła się Parnas. Jeden tylko Richelieu nie robił zaszczytu temu towarzystwu, pisząc zwykłą prozą do przyjaciół i kochanek swoich, do czego różnych a różnych używał sposobów.
Czas więc uchodził, bo czas ciągle biegnie, nawet i w bastylji.
Zapytano się Gastona, czyli sobie życzy być na mszy, a ponieważ, prócz chęci rozrywki jaką słuchanie mszy sprawić mu mogło, był i wielce religijnym, prosił o to z całego serca. Już nazajutrz po zaproponowaniu mu tegoż, zaprowadzono go do kościoła.
Nabożeństwo w bastylji odbywało się w małym kościele, który w miejscu kapliczek, maleńkie miał gabineciki, zkąd ku chórowi owalne wychodziło okno, w ten sposób, że więzień celebrującego tylko w chwili podniesienia, i to z tylu, mógł widziéć. Celebrujący zaś żadnego z więźniów nigdy nie zobaczył. Wynaleziono ten sposób słuchania mszy świętéj jeszcze za czasów wielkiego króla, gdy jednego razu któryś z więźniów zawołał na spełniającego ofiarę kapłana i jawnie mu jakieś zeznania zrobił.
Gaston zobaczył na mszy hrabiego de Laval i księcia de Richelieu, którzy sobie także pozwolenie bycia na nabożeństwie wyprosili, ale zapewne nie przez uczucie religijne jak Gaston, tylko by się z sobą widziéć, bo przez cały czas klęcząc obok siebie, ciągle z sobą coś zcicha szeptali.
Pan dc Laval zdawał się jakichsi śważnych nowin udzielać księciu, który od chwili do chwili rzucał znaczące spojrzenia na Gastona, co dowodziło, że te nowiny mają związek z osobą jego. Ale że żaden z nich nie zaczepił Gastona, przeto i on ich o nic nie zapytał.
Po skończonéj mszy odprowadzono więźniów do ich mieszkania. Przechodząc przez ciemny korytarz, Gaston skrzyżował się z człowiekiem, który zdawał się należéć do składu urzędników baslylji, tenże pochwycił go za rękę i wsunął mu jakiś pakiecik.
Gaston niby niedbale włożył rękę do kieszeni i tam go zostawił. I dopiéro gdy w swojém stanął mieszkaniu i drzwi za jego dozorcą się zamknęły, chciwie przesyłkę otrzymaną z kieszeni wyciągnął. Na grubym papierze od cukru, było węglem napisane:
«Udawaj żeś z tęschnoty zachorował.»
Zrazu zdawało się Gaslonowi, że to pismo nie jest mu obcém, ale że linie były bardzo grubo nakreślone, nie mogły przeto posłużyć za przewodników pamięci jego. Powoli więc rozstał się z tą myślą, czekając cierpliwie wieczora, by zasięgnąć rady od kawalera Dumesnil, co mu teraz czynić wypada.
Noc zapadła, dał znak zwyczajny, i kawaler Dumesnil stanął na swojém miejscu. Gaston mu opowiadał zdarzenie swoje, żądając, by jako doświadczeńszy w obrotach bastyljowych, nauczył go, co ma sądzić o radzie danéj mu przez tego tajemniczego korrespondenta.
— Daję słowo, odpowiedział Dumesnil, że nie wiem do czego ta rada doprowadzić pana może, ale zastosuj się do niéj, boć nigdy zaszkodzić ci nie może: dadzą ci mniéj do jadła, to jest najwyższe złe, które ztąd wyniknąć może.
— Ale, gdy spostrzegą, że choroba moja jest tylko udaną...
— O! co tego, to się wcale nie lękaj: chirurg w bastylji jest tak ograniczonym w medycynie, że się nie pozna na chorobie twojéj i zapisze ci to tylko, czego sam zażądasz. Skutkiem tego pozwolą ci może przechadzać się po ogrodzie, co bardzo wielką jest rozrywką.
Gaston nie przestał jeszcze na tém, i prosił o radę panny de Launay, która, czyli to przez loikę, czyli sympatją, tego samego co Dumesnil była zdania. Dodała tylko jeszcze:
— Jeżeli pana wezmą na dyetę, po wiedz mi zaraz, a prześlę ci kurczęta pieczone, konfitury i wino burgundzkie. Gaston więc począł udawać chorego, nic nie jadł, co mu przynoszono, żyjąc jedynie z szczodrobliwości sąsiadki swojéj.
Nazajutrz odwiedził go pan de Launay. Doniesiono mu, że już od 48 godzin Gaston nic nie jadł, nadbiegł więc zaraz i zastał więźnia w łóżku.
— Mówiono mi, że pan jesteś cierpiącym, ozwał się, i przychodzę sam dowiedziéć się o zdrowie pańskie.
— Bardzoś pan łaskaw, odrzekł Gaston istotnie, żem chory.
— I cóż panu jest?
— Sądzę, że pana nie łudzi miłość własna, co do téj warowni, panie gubernatorze: tęschnię i nudzę się straszliwie w bastylji.
— Jaklo? już po czterech lub pięciu dniach, które tu przebyłeś dopiéro?
— Jużem od pierwszéj godziny tęschnił.
— I w jakimże to rodzaju?
— Czyliż jest kilka rodzajów tęschnoty?
— Nie inaczéj, można być stęschnionym do rodziny swojéj.
— Nie mam rodziny.
— Można tęschnić za kochanką swoją.
Gaston westchnął.
— Można czuć tęschnotę do kraju.
— Otóż to właśnie! zawołał Gaston, uważając potrzebę wyznania, że za czemś tęschni.
Gubernator podumał nieco.
— Mój panie, wymówił po chwili, odtąd jak jestem w bastylji, jedyna przyjemność, jakiej tu doznałem, była, gdym któremu z więźniów, poleconych mi przez króla, mógł jakie sprawić ulżenie. Chciałbym więc i dla pana cóś zrobić, skoro mi przyrzeczesz, że się w granicach rozsądku zachowasz.
— Przyrzekam to panu.
— Mógłbym panu pozwolić mieć relacje z człowiekiem, który jest pańskim współkrajowcem, albo przynajmniéj bardzo dokładnie zna Bretaniją.
— I czyż on także jest więźniem?
— Nie inaczéj.
Gaston wpadł na domysł, że ten jego współkrajowiec, o którym mówił pan de Launay, i ów nieznajomy pisarz karteczki, mogli być jedną i tąż samą osobą.
— Gdybyś to pan raczył dla mnie uczynić, odpowiedział Gaston, bardzobyś mnie sobie zobowiązał.
— A więc pozwolę panu widzieć się z nim jutro. Lecz ponieważ mam rozkaz obchodzenia się z nim bardzo surowo, będziesz mógł tylko godzinę jednę z nim zabawić. Że mu zaś bezwzględnie jest wzbronioném wychodzić z jego pokoju, przeto pan do niego pójdziesz.
— Uczynię wszystko czego pan żądasz.
— Więc jutro o godzinie piątéj czekaj pan na mnie albo też na majora placu: jednakżeż to pod jednym jeszcze warunkiem.
— Pod jakimże?
— Ażebyś pan tymczasem zjadł cokolwiek.
— Zrobię to, jeżeli tylko będę mógł.
I Gaston zjadł kawałek piersi z kapłona i wypił pół kieliszka wina, by dotrzymać słowa danego panu de Launay. A wieczorem uwiadomił pana Dumesnil o tém, co zaszło pomiędzy nim a gubernatorem.
— Na honor, żeś się pod szczęśliwą gwiazdą urodził, zawołał Dumesnil. Hrabia Laval miał tęż samą myśl co pan, i to tylko otrzymał, że go przenieśli do pokoju w wieży skarbcu, gdzie jak powiada, nudzi się śmiertelnie, bo całą jego rozrywkę stanowi tylko rozmowa z aptekarzem bastylji.
— Czemużeś téż pan tego wcześniéj nie powiedział!
— Zapomniałem zupełnie.
To opóźnione przypomnienie pana Dumesnil zniepokoiło Gastona, bo umieszczony pomiędzy panną de Launay, kawalerem Dumesnil, i margrabią de Pompadour, i mogąc w ciągiem z niemi zostawać porozumieniu, położenie jego, prócz niepokoju o Helenę i swój los własny, dość znośném było. Lecz gdyby go gdziekolwiek indziéj przeniesiono, pewnoby podpadł chorobie, jaką obecnie udawał.
O godzinie oznaczonéj przybył major placu wraz z jednym z dozorców po Gastona; przeszli z nim przez parę dziedzińców i zaprowadzili go do wieży skarbca. Wiadomo, że każda z wież miała swoje oddzielne nazwisko.
W pokoju pod numerem 1-ymznajdował się więzień, do którego wpuszczono Gastona. Spał on właśnie, leżąc całkiem ubrany na swojém łóżku, tyłem obrócony do światła. Resztki z jego objadu stały jeszcze opodal na stole z spróchniałego drzewa; odzienie jego, podarte w niektórych miejscach, oznaczało człowieka z pospólstwa.
— Oho! pomyślał Gaston, czyliż myślą, że ja tak dalece kocham Bretaniją, że pierwszego lepszego urwisa zrobię Piladesem moim? O, pomylili się! ten tutaj jest aż za nadto obdarty i zdaje się, że za wiele jada. Lecz, że w więzieniu nie można być wybrednym, pogadajmy z nim trochę. Opowiem potém wszystko pannie de Launay, a ona to w wierszu prześle znowu kawalerowi Dumesnil.
Major i dozorcy wyszli, i Gaston został się sam z więźniem, który się począł wyciągać, ziewnął kilka razy, odwrócił się, spojrzał po izbie niewidząc nic, a potém zatrząsł się, że aż łóżko trzeszczało.
— Hu, jakżeż zimno w téj przeklętéj bastylji! pomruknął, drapiąc się zajadle po nosie.
— Ten głos, to poruszenie, pomyślał Gaston, nie mylę się, nie, to on sam!
I przystąpił do łóżka.
— Oho, oho, wymówił więzień, zsuwając nogi z łóżka, na którém ciągle siedział, i spojrzał zdziwiony na Gastona. Pan tutaj, panie de Chaulay?
— Kapitan la Jonquière! zawołał Gaston.
— Ja sam, to jest: nie ten, którego wymieniłeś. Zmieniłem nazwisko po widzeniu się naszém.
— Pan?
— Tak jest, ja.
— I nazywasz się teraz?
Pierwsza skarbca.
— Jak?
Pierwsza skarbca, do usług pańskich. Jest to zwyczajem w bastylji, że więzień przybiera nazwanie swojéj izby, co dozorcom oszczędza przykrości spamiętać nazwiska, których wiedzieć nie potrzebują, i któreby dla nich mogły stać się niebezpiecznemi, gdyby ich następnie nie zapomnieli. Są wypadki, w których pewna następuje odmiana, to jest, gdy bastylja bywa przepełniona i sadzają po dwóch lub trzech więźniów w jednym pokoju, wtedy podwójnie lub potrójnie tego używają numeru, naprzykład: siedzę już tutaj i nazywam się pierwsza skarbca, potem gdyby wsadzili pana, toby cię nazwali pierwsza skarbca bis; a gdyby następnie jeszcze i jego ekscelencją z nami złączono, toby się nazywał pierwsza skarbca ter, i t. d. Dozorcy pod tym względem robią w pewnym rodzaju użytek z literatury łacińskiéj.
— Tak, rozumiem, wymówił Gaston, przypatrując mu się podczas powyższego wyjaśnienia z uwagą; a więc jesteś uwięzionym?
— Tam do licha! czyż tego nie widzisz? Zdaje mi się, że ani ja ani pan, nie znajdujemy się tu dla rozrywki naszéj.
— Więc nas odkryto?
— Lękam się tego.
— Dzięki panu.
— Jaklo! dzięki mnie! krzyknął la Jonquière, udając najwyższe zdziwienie. Nie żartujmyż, proszę pana.
— Poczyniłeś zeznania, zdrajco!
— Ja? zwarjowałeś chyba! i to nie w bastylji ale raczej pomiędzy warjatami powinni cię byli osadzić.
— Nie zapieraj się, bo mi o tém d’Argenson powiedział.
— D’Argenson! a, wyznaję, że to jest powaga nielada. A wieszże pan, co on do mnie mówił?
— Nie.
— Oto, żeś mnie doniósł.
— Panie!
— O, mój panie, i cóż dalej?... Czyliż sobie o to głów niepourywamy, żę policja zastosowała się tylko do rzemiosła swojego, kłamiąc jak obrzydliwy wyrywacz zębów?
— Ale jakżeż on to mógł odkryć?
— Sam o to pytam. Lecz to jest rzeczą jasną, że gdybym ja był donosicielem, nie siedziałbym tutaj. Mało mnie znasz, ale to powinieneś był odgadnąć, że nie czyniłbym zeznań gratis. Takie doniesienia się sprzedają, mój panie, a nawet dobrze się sprzedają w obecnych czasach, wiem nawet, że Dubois za nie dobrze płacił i płaci.
— Może masz słuszność, odpowiedział Gaston po chwilowym namyśle. W każdym razie dziękujmy opatrzności, która nas tu połączyła.
— Zgadzam się na to. — Ale bynajmniej na zachwyconego nie wyglądasz.
— Bom téż tylko bardzo miernie tém pocieszony, wyznaję szczerze.
— Kapitanie!
— O mój Boże, jakżeż niedobry masz chąpakkfer!
— Ja?
— Tak jest. Zaraz się unosisz. Ja lubię samotność, bo tylko samotność nie jest gadułą.
— Mój panie!
— Otóż jest! Ale posłuchaj: czyliż sądzisz, że nas tutaj li tylko przypadek złączył?
— I cóżby innego?
— Dalipan! jakie wyrachowanie naszych stróżów, d’Argensona albo nakoniec Dubois.
— Czy to nie pan ten bilecik do mnie napisłałeś?
— Bilecik? ja!
— W którym mi piszesz, ażebym udawał chorego z tęschnoty i nudów.
— I czém, i na czém, i przez kogóż byłbym to mógł napisać?
Gaston się zamyślił a la Jonquière przeszywał go swojemi małemi oczyma, pełnemi życia i przenikliwości.
— Otóż mnie się zdaje, wymówił po chwili, że to raczéj panu zawdzięczamy przyjemność, iż obydwaj znajdujemy się w bastylji.
— Mnie?
— Tak jest, bo się zbyt łatwo powierzasz. Zwracam twoją uwagę na to, w przypadku wyjścia ztąd, a bardziej jeszcze, gdy tutaj pozostaniesz.
— Dziękuję.
— Czy nie uważałeś, że ktoś chodzi za panem?
— Nie.
— Jeżeli się knuje spisek, mój kochany, potrzeba raczéj po-za siebie, a nie przed sobą patrzéć.
Gaston wyznał że nigdy téj przezorności nie miał.
— A księcia czy aresztowano?
— Nie wiem, i właśniem się o to miał pana zapytać.
— Tam do licha! to mnie niepokoi. Pan do niego zawiozłeś jakąś młodą kobietę?
— Pan to wiesz?
— Ej, mój panie, wszystko się wie! Może to ona się wygadała? O mój kochany, te kobiety! te kobiety!
O tamta, to wcale co innego, i pod względem odwagi, roztropności i poświęcenia się. Ręczę za nią, jak za samego siebie.
— Rozumiem, zakochanyś, więc w niéj widzisz anioła doskonałości. Śliczny z pana związkowy, niech cię licho ogarnie! prowadzać kobiety do przewodzcy spisku.
— Ależ mówię panu, że jéj się z niczém nie zwierzyłem, i że tylko to może wiedzieć o tajemnicy mojéj, co tedy i owędy pochwyciła.
— A kobiety mają wzrok bystry i słuch dobry.
— Zresztą gdyby i znała moje przedsięwzięcia, tak jak ja sam, jestem przekonanym, że aniby pary o tém z ust nie wypuściła.
— Ej, mój panie, bez względu na tę skłonność, jaka kobietom jest wrodzona, czyż nie łatwo każdą z nich na słówko wyciągnąć? Mówiono jéj może: «twój kochanek, kawaler de Chaulay, zginie na rusztowaniu» (co nawiasem mówiąc, bardzo jest prawdopodobnym) «jeżeli nam niektórych nie dasz objaśnień» i ręczę za to, że je dała.
— Nie obawiam się tego, bo ona za bardzo mnie kocha.
— Właśnie téż dla tego! szczebiotała jak sroka i obydwaj siedzimy teraz w klatce. Lecz nie mówmy już o tém. Cóż pan tu robisz?
— Bawię, się.
— Bawisz się? to wcale nie źle!... I czemżeż się bawisz?
— Robię wiersze, zjadam konfitury i przebijam podłogę.
— Robisz dziury w gipsowaniu sufitów królewskich? zawołał la Jonqujère, drapiąc się po nosie. O, to dobrze wiedziéć o tém. A cóż pan de Launay na to mówi?
— On nic o tém nie wie; a zresztą nie ja sam podobnéj oddaję się czynności, każdy coś tutaj przekuwa: jeden podłogę, drugi komin, trzeci ścianę; a pan, czy także czego nie przekuwasz?
La Jonquière spojrzał na Gastona, ażeby się przekonać, czy sobie nie żartuje z niego.
— Opowiem ci to późniéj, wymówił po chwili, a teraz pogadajmy poważnie: czy pan jesteś na śmierć skazanym?
— Ja?
— Tak jest, pan.
— Jak to pan o tém mówisz!
— Bo się do tego nawyka w bastylji. Jest tutaj dwudziestu na śmierć skażanych, a wszyscy miewają, się tak dobrze, jak pan.
— Byłem badany.
— Otóżto!
— Ale zdaje mi się, żem jeszcze nieosądzony.
— I to przyjdzie.
— Ależ, mój kapitanie, pan jesteś w szalonym humorze.
— Tak uważasz?
— Uważam.
— I dziwisz się temu?
— Nie sądziłem, że jesteś tak nieustraszonym.
— Więc pan byś żałował życia?
— Wyznaję to, bo potrzebuję tylko jednéj rzeczy, ażeby być szczęśliwym: to jest, życia.
— I zaplątałeś się w związek, mając widok zostania szczęśliwym? Nie pojmuję cię. Sądziłem że tylko ci, co postradali nadzieję jakiegoś szczęścia. znają spiski, tak jak się żenią ci, którzy już żadnych innych nie mają widoków.
— Gdym przystąpił do tego rokoszu nie kochałem jeszcze.
— A skoroś już raz przystąpił?
— To już i cofnąć się nie chciałem.
— Brawo! to dowodzi charakteru. Czy cię brano na torturę?
— Nie; ale mało brakowało do tego.
— To cię i wezmą.
— Dla czego?
— Bo i mnie wzięto; a byłoby niesprawiedliwością, gdyby pomiędzy nami jaką czyniono różnicę. Patrz, co ci hultaje z moich sukien zrobili.
— Na jakąż torturę pana wzięto? zapytał Gaston, drżąc cały na wspomnienie tego, co pomiędzy nim a d’Argensonem zaszło.
— Wycierpiałem wodną; to jest, wypiłem półtoréj baryłki. Mój żołądek był gdyby bukłak. I nie byłbym nigdy przypuszczał, ażeby pierś ludzka tyle w sobie, bez pęknięcia, mogła pomieścić płynu.
— I czyś pan bardzo cierpiał? zapytał Gaston z współczuciem i przestrachem zarazem o samego siebie.
— Rozumie się; ale ponieważ jestem krzepkiéj natury, już nazajutrz nic nie czułem. Prawda, że potém dużo wina wypiłem. Jeżeli pana będą brali na torturę, wybierz sobie wodną; to przeczyszcza. Wszystkie napoje, jakie nam dają w czasie choroby, składają się mniéj więcéj z wody. Fagon twierdzi, że największym lekarzem, o którym kiedykolwiek posłyszał, był Saugrado. Na nieszczęście, istniał on tylko w głowie Cervantesa; inaczéj byłby cudów dokazywał.
— Pan znasz Fagona? zapytał Gaston zdziwiony.
— Tam do licha!.. z reputacyi. Zresztą czytałem jego dzieła.... Więc postanowiłeś nic niezeznać i chcesz w tém wytrwać?
— Niewątpliwie.
— Masz słuszność. Powiem ci, że jeżeli tak bardzo żyć pragniesz, jakieś to przed chwilą wyrzekł, to poszepnij d’Argensowi słów kilka do ucha. Tylko, że on jest gadułą i powtórzy to cos mu powiedział światu całemu.
— Będę milczał, nie troszcz się pan o to. W pewnych przedmiotach nie potrzebuję ażeby mi siły dodawano.
— Bardzo wierzę. Ale zdaje się, że w wieży swojéj prowadzisz życie Sardanapala. Ja, bo mam tutaj tylko hrabiego de Laval, który codziennie po trzy lewatywy bierze. Tę rozrywkę wymyślił sobie sam; bo, mój Boże, w więzieniu przychodzą nieraz tak dziwaczne gusta. Zresztą może i zawczasu chce nawyknąć do tortury wodnej, ten mąż szanowny.
— Nie mówiłżeś mi pan dopiéro co, że zostanę na śmierć skazanym?
— Czy chcesz całą prawdę posłyszéć?
— Chcę.
— Otóż d’Argenson mi powiedział, że już jesteś skazany.
Gaston zbladł; boć i najodważniejszy na taką nowinę mocnego dozna wzruszenia. La Jonquière dostrzegł tego, chociaż Gaston usiłował pokryć doznane wrażenie.
— Myślę jednakże iżby panu darowano życie, gdybyś zrobił jakie zeznania.
— Jakżeś możesz żądać, bym uczynił to, czego sam uczynić nie chcesz?
— Nasze charaktery się różnią i położenie tak samo. Już nie jestem młody, nie jestem zakochany. Po mnie żadna nie zapłacze kochanka.
Gaston westchnął.
— Otóż widzisz, że się zupełnie różnimy. mówił la Jonquière daléj. Czyliżeś słyszał, ażebym kiedy tak westchnął, jak pan westchnąłeś teraz?
— Jak umrę, książę będzie o Helenie pamiętał.
— A może i on już jest aresztowany.
— To prawda!
— Cóż wtedy?
— Pozostanie w Bogu nadzieja.
La Jonquière podrapał się po nosie.
— Na prawdę, bardzo młodym jeszcze jesteś.
— Jakto?
— Przypuśćmy, że księcia nie aresztowano.
— Cóż więc?
— W jakimże on jest wieku?
— Może miéć lat 45 albo 46.
— Przypuśćmy, że książę zakochał się w Helenie, wszakżeż tak imię twojéj nieporównanéj?
— Książe miałby się zakochać w Helenie! on, któremu ją powierzyłem! to byłoby nikczemnie!
— Pełno jest wszędzie nikczemności.
— O, ja nie chcę ani pomyśleć o tém;
— Nie mówię, ażebyś rozmyślał nad tém! powiedziałem, ot sobie, tak tylko, a pan możesz z tém robić co zechcesz.
— Cicho! ktoś nadchodzi.
— Czy żądałeś czego?
— Nie.
— To więc już upłynął czas dozwolony nam do rozmawiania się z sobą.
I la Jonquière rzucił się znowu z pośpiechem na łóżko.
Wrzeciądze zaskrzypły; otworzono drzwi jedne i drugie, poczém gubernator się ukazał.
— I cóż tam mój panie, czyż ci się twój towarzysz spodobał? zapytał Gastona.
— Owszem, tém bardziéj, żem kapitana la Jonquière już dawniéj znał.
— Powiedziałeś mi to, co zadanie moje jeszcze trudniejszém czyni, odpowiedział pan de Launay. Ale co raz obiecałem, dotrzymać zwykłem. Dozwolę więc tych odwiedzin codziennie na godzinę jednę. Oznacz pan czas: wieczorem czy z rana?
Gaston, nie wiedząc co miał odpowiedziéć, spojrzał na Jonquière’a.
— Oznacz godzinę piątą z południa, poszepnął mu tenże.
— O piątéj godzinie z południa, jeżeliś pan łaskaw zezwolić, ozwał się Gaston.
— Więc tak, jak dzisiaj?
— Tak samo.
— Dobrze; przystaję na to życzenie.
Gaston i la Jonquière zamienili znaczące spojrzenie, poczém odprowadzono kawalera do jego mieszkania.


II.

Było już w pół do siódméj a zatém i ciemno zupełnie. Gdy więc Gaston wrócił do swojego pokoju i drzwi za nim zamknięto, pobiegł natychmiast do komina i zawołał:
— Kawalerze! he!
Dumesnil się odezwał.
— Byłem z wizytą.
— No i cóż?
— Znalazłem jeżeli nieprzyjaciela, to przynajmniéj znajomego.
— Jaki nowy więzień? — Zapewne razem zemną wzięty.
— Jak się nazywa?
— Kapitan la Jonquière.
— Poczekaj-że....
— Czy go znasz?
— Ależ tak!
— O, to mi wielką zrobisz usługę, gdy mi coś o nim powiesz.
— Jest on zajadłym nieprzyjacielem rejenta.
— Czyś pan pewien tego?
— Oczewiście! należał do naszego spisku, lecz wystąpił z niego, gdy była mowa o porwaniu rejenta a nie o zabiciu go.
— Więc on....?
— Był za zabójstwem.
— Otóż to! poszepnął Gaston. Czyż jemu zupełnie zaufać można? zapytał głośno.
— Jeżeli to ten sam, o którym mi mówiono, i który mieszkał przy ulicy des Bourdonnais w oberży pod Muid d’amour.
— To ten sam.
— Można mu całkiem zaufać.
— Tém lepiéj, bo człowiek ten trzyma w swoim ręku życie czterech najgodniejszych obywateli.
— Z których jednym jesteś, nieprawdaż?
— Mylisz się, jestem wyjęty z téj liczby, bo dla mnie, zdaje się, że już wszystko jest skonczoném.
— Jakto, skonczoném?
— Jestem już skazanym.
— Na co?
— Na śmierć.
— Na śmierć!
I chwilowo ponure nastąpiło milczenie.
— To niepodobna! zawoła! Dumesnil.
— Dla czego niepodobna?
— Bo, jeżelim dobrze zrozumiał, sprawa twoja łączy się z naszą.
— Jest ona dalszym ciągiem tamtéj.
— A więc....
— A więc co?
— Skoro nasza sprawa na dobrej jest drodze, tém samém i wasza.
— A któż panu powiedział, że sprawa wasza na dobréj jest drodze?
— Posłuchaj-że; bo dla ciebie, który tak chętnie naszym zostałeś pośrednikiem, już żadnéj tajemnicy miéć nie możemy.
— Słucham.
— Otóż co mi panna de Launay wczoraj napisała. Przechadzała się z panem Maison-Rouge, który, jak wiadomo, kocha się w niéj, i z którego oboje naśmiewamy się nie mało, chociaż go drugostronnie bardzo oszczędzamy, ze względu że nam jest wielce użytecznym; a że żądała lekarza, udawając, tak samo jak i pan, chorobę, uprzedził ją, że doktor bastylji jest na jéj usługi. Tego doktora, potrzeba ci wiedziéć, już oddawna znamy i to bardzo dobrze; nazywa on się Herment. Nie przypuszczała jednakże, ażeby coś z niego wyciągnąć mogła, ile że jest bardzo lękliwej natury. Jednakżeż gdy z nim do ogrodu wyszła i gdy jéj rady swojéj udzielał, dodał z cicha wyraz: Nadzieja! Słowo to w uściech każdego innego byłoby niczém, ale wychodząc z ust doktora Herment, znaczy bardzo wiele. Skoro więc nam każą miéć nadzieję, nie potrzebujesz się lękać niczego, bo sprawy nasze ściśle są z sobą złączone.
— Jednakżeż, odparł Gaston, któremu to twierdzenie wydawało się być bardzo błahem, la Jonquière z taką pewnością o tém mówił.
W téj chwili Pompadour uderzył w podłogę.
— Przepraszam, wymówił Gaston, do Dumesnila, margrabia mnie woła, może mi ma co do powiedzenia.
I Gaston pobiegł do zrobionego nożem w posadzce otworu.
— Kawalerze, ozwał się Pompadour, zapytaj Dumesnil’a, czyli się czego nowego od panny de Launaj nie dowiedział.
— O czém?
— O jednym z nas. Dosłyszałem słów kilka od majora i gubernatora, które wymówili, przechodząc obok drzwi moich, to jest te trzy wyrazy: skazany na śmierć.
Gaston zadrżał i wyrzekł.
— Uspokój się pan, bo mam wszelkie powody przypuszczania, że to o mnie mowa była.
— Ej do djabła, mój kochany kawalerze, to-by mnie wcale nie zaspokoiło. Po pierwsze, żeśmy się zapoznali, a w więzieniu przyjaźń zawięzuje się łatwo; więc byłbym w rozpaczy, gdyby pana coś podobnego spotkać miało. Powtóre, że to, coby pana spotkało, mogłoby spotkać i nas, ile że w jednéj sprawie siedzimy.
— Więc pan sądzisz, że panna de Launay mogłaby nas z téj niepewności wybawić?
— Nie inaczéj, okna jéj wychodzą na arsenał.
— I cóż daléj?
— I byłaby dostrzegła, gdyby dzisiaj coś nowego było zaszło.
— Otóż właśnie i stuka!
Rzeczywiście panna de Launay uderzyła dwa razy w sufit, co znaczyć miało: proszę uważać!
Gaston odpowiedział jéj jedném uderzeniem, co znaczyć miało: słucham!
Potém pobiegł i okno otworzył.
Po chwili sznureczek spuścił się z listem.
Gaston list odwiązał i pobiegł do otworu nad Pompadourem.
— Cóż tam? zapytał margrabia.
— Mam list.
— Cóż w nim pisze?
— Nie wiem; ale go prześle Dumesnilowi, który mi powie, co w nim stoi.
— Spiesz się.
— Dalibóg, że mi tak spieszno, jak panu.
I poskoczył do komina.
— Sznurek! zawołał.
— Masz list? zapytał Dumesnil.
— Tak jest.
— Rozniecę świecę.
— Spuść sznurek.
— Ot jest.
Gaston list do niego przywiązał, który natychmiast w górę poleciał.
— To nie do mnie, zawołał Dumesnil, tylko do pana.
— Nic nie szkodzi, przeczytaj go, a potém mi powiesz co zawiera: ja nie mam światła, i byłaby próżna strata czasu, gdybyś mi je dopiero miał spuszczać.
— Więc pozwalasz?
— Proszę!
Przez chwilę trwało milczenie.
— I cóż tam? zapytał Gaston niecierpliwie.
— Hm, do diabła!
— Złe nowiny, nieprawdaż?
— Osądź sam.
I Dumesnil przeczytał:
«Kochany sąsiedzie,
Dziś wieczór przybyli nadzwyczajni sędziowie do arsenału i poznałam liberją d’Argensona. W krótce dowiemy się czegoś więcéj, bo się spodziewam wizyty doktora.
Prześléj pan tysiące ukłonów kawalerowi Dumesnil.«
— To się zgadza z tém, co mi la Jonquière mówił. Nadzwyczajni sędziowie... nie kogo innego osądzili, tylko mnie.
— Bah! zawołał Dumesnil głosem, którym usiłował zaspokoić Gastona, zawcześnie i zdaje mi się, że niepotrzebnie się trwożysz.
— Bynajmniej, wiem co o tém myśleć... I otoż...!
— Co takiego?
— Nadchodzą. Cicho!
Drzwi się otworzyły, i major z czterema żołnierzami przyszedł po Gastona.
Gaston korzystał z światła, które mieli z sobą, by nieco poprawie nieład w ubraniu swojém, a potém udał się za nimi.
Kazali mu wsieść do lektyki zamkniętéj, co wcale nie było potrzebném, bo wszyscy żołnierze, obok których niesiono więźnia musieli się natychmiast twarzą do muru odwrócić: takim był przepis w bastylji.
Twarz d’Argensona była jak zazwyczaj zmarszczona. Jego towarzysze lepszéj nie mieli miny.
— Zgubionym! westchnął Gaston, biedna Helena!
Potém podniósł głowę z odwagą, jaka na nieustraszonego przystoi człowieka, widzącego śmierć pewną przed sobą.
— Występek pana rozbierał trybunał, którego ja jestem prezesem, ozwał się d’Argenson. Dozwolono panu bronienia się na posiedzeniach poprzednich: a chociaż odmówiono adwokata, to jednakże nie w celu zaszkodzenia własnéj obronie pańskiéj, ale raczéj, ażeby w obec niego nie okazać panu zbyt wielkiego pobłażania z strony trybunału, który surowo karać powinien.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział Gaston.
— A więc jaśniéj tłumaczyć się będę. Rozprawy byłyby dowiodły, nawet i w obec obrońcy pańskiego, tę rzecz niezaprzeczoną, że jesteś spiskowym i mordercą. I jakżeż-byś chciał, ażeby po takich dowodach, miano jeszcze jakiś wzgląd dla pana? Teraz stoisz przed nami, i wszelka łatwość do usprawiedliwienia się będzie panu dozwoloną. Chcesz zwłoki, otrzymasz ją; życzysz sobie wyszukać jakich dowodów, przystaniemy na to; chcesz mówić, masz głos, i wzbronioném ci nie będzie!
— Rozumiem tę względność trybunału i dziękuję za nią. Nadto usprawiedliwienie się z nieobecności obrońcy dla mnie, którego z resztą nie potrzebuję, uważam za dostateczną. Nic nie mam na obronę moję.
— Więc nie chcesz ani świadków, ani dowodów, ni téż zwłoki?
— Chcę wyroku, nic więcéj.
— Przez wzgląd na samego siebie, panie kawalerze, nie bądź tak upartym i zrób zeznanie.
— Nie mam nic do zeznania; bo uważaj pan sam, czyli w ciągu badania mnie, było choć jedno wyraźne przeciwko mojéj osobie wystosowane obwinienie.
— Więcbyś chciał być obwinionym?
— Wyznaję, iżbym się nie gniewał posłyszeć, o co mnie obwiniają.
— Otóż więc panu powiem; przybyłeś do Paryża, wysłany przez komissją republikańską w Nantes, przybyłeś, ażeby zamordować rejenta. Polecono panu jakiegoś la Jonquière; jest on współ-winowajcą pana i tak sarno skazanym.
Gaston czuł że blednieje, bo te wszystkie oskarżenia prawdziwemi były.
— To jest, czego pan wiedzieć nie możesz, wymówił; bo człowiek, który chce coś podobnego wykonać, nie wyzna tego, aż po dokonanym czynie.
— Tak, lecz spólnicy pana to zeznali.
— Pan chcesz mówić, że mnie la Jonquière oskarża?
— Tu nie masz mowy o la Jonquière, tylko o drugich współwinnych.
— O drugich współ-winnych! czyż jeszcze ktoś inny, prócz mnie i la Jonquière’a jest uwięzionym?
— Nie inaczej, bo panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouedic.
— Nie rozumiem pana, odpowiedział z niepewném ale głębokiém przerażeniem, nie tyle o siebie co o przyjaciół swoich.
— Jakto! pan nie pojmujesz, że panowie de Pontcalec, de Talhouet, de Mont-Louis i Ducouëdic są aresztowani i że proces ich toczy się obecnie w Nantes.
— Aresztowani!... niepodobna!
— Aha! nieprawdaż? Pan sądziłeś, że cała prowincja powstanie i nie dozwoli aresztować obrońców swoich, jakimi się być mienicie, panowie burzyciele. Otóż prowincja pozostała spokojną i nie zaprzestała zabaw swoich, śmiechu, śpiewów i tańców. Dowiadują się tylko na którym placu aresztowani będą ścięci, ażeby sobie zawczasu okna wynająć.
— Nie wierzę panu, wyrzekł Gaston zimno.
— Podaj mi pugilares, ozwał się d’Argenson do woźnego, stojącego za nim.
— Otóż, mój panie, mówił dalej naczelnik policji, dobywając z podanego sobie pugilaresu jakieś papiery, masz tutaj akta aresztowania ich wraz z wywodem słownym. Czy powątpiewasz o autentyczności tych dowodów?
— Ale to wszystko nie przekonywa, że oni mnie oskarżyli, — Powiedzieli to wszystko, cośmy wiedzieć pragnęli, a w tém i wina pana jest jawną.
— W takim przypadku, skoro zeznali to wszystko, czegoście wiedziéć pragnęli, nie potrzebujecie już zeznań moich.
— Czy to jest ostateczna odpowiedź pana?
— Tak jest.
— Woźny przeczytaj wyrok.
Woźny rozwinął papier i odczytał głosem nosowym i tonem takim, jak gdyby to był pozew zwyczajny: ((Zważywszy, że z instrukcji, rozpoczętej 19 lutego, wynika: jako pan Gaston Eloizjusz de Chaulay przybył z Nantes do Paryża. ażeby na osobie jego królewskiéj mości rejenta Francji, zbrodni morderstwa dokonać, poczém zamierzono podnieść bunt przeciwko władzy królewskiéj, przeto komissja nadzwyczajna, ustanowiona do rozpoznania téj sprawy, osądziła kawalera de Chaulay godnym kary, jaka spada na dopuszczających się zbrodni obrażonego majestatu i zdrady kraju, gdy osoba jego królewskiéj mości, rejenta, jako osoba królewska, jest nietykalną i świętą.
«W skutku czego:
«(Nakazujemy, aby kawaler Gaston de Chaulay został przedwstępnie swoich godności i tytułów pozbawionym; odsądzony od szlachectwa wraz z potomstwem swojém, dobra jego skonfiskowane, drzewa w lasach ścięte na sześć stóp wysokości, a on sam śmiercią miecza skarany, przy nawoływaniu ludzi królewskich, czy to na placu la Grève czyli gdziekolwiek indziéj spodoba się przełożonemu sądów miejskich wskazać, gdyby go najmiłościwszy król ułaskawić nie raczył.»
Gaston wysłuchał przeczytanie tego wyroku blady i nieruchomy, jak posąg z marmuru.
— I kiedyż wykonanie tego wyroku nastąpi? zapytał.
— To zależy od upodobania najjaśniejszego pana, odpowiedział naczelnik policji.
Gaston uczuł, jakby mocne ściśnienie w skroniach, a krwawy obłok przesunął się przed oczami jego. Czuł, że mu się zmysły błąkają; i dla tego milczał, by nic ubliżającego godności własnéj nie wymówił. Ale o ile to wrażenie było silném, o tyle i nagłém: powoli wracała zwykła pogoda na jego czoło, krew młoda znowu zrumieniła lica, a usta otoczył niby uśmiech pogardy.
— Więc dobrze, przemówił, jestem każdej chwili gotów, gdy rozkaz królewski nadejdzie. Radbym tylko wiedział, czyli zanim umrę, będzie mi wolno zobaczyć niektóre drogie mi osoby i prosić króla o jedną łaskę.
Oczy d’Argensona zaiskrzyły się radością złośliwą.
— Mówiłem panu, że się z tobą względnie obchodzić będą; mogłeś mi to więc wcześniéj był powiedziéć, a łaskawość króla byłaby może życzenie pańskie uprzedziła.
— Pan jesteś w błędzie, odpowiedział Gaston z godnością. Mam króla prosić o łaskę, która ani mojéj ani jego sławie uszczerbku nie przyniesie.
— Mogłeś pan się raczéj wyrazić: ani sławie króla ni téż mojéj uszczerbku nie przyniesie, ozwał się jeden z asessorów tonem, trącącym szykaną dworską.
— Mój panie, odpowiedział Gaston, jestem na śmierć skazany, więc sława moja wcześniéj się zacznie od sławy najjaśniejszego pana.
— O cóż więc chcesz pan prosić? zapytał d’Argenson. Powiedz mi, a z góry panu oznajmię, czyli ta prośba pomyślny odniesie skutek.
— Nasamprzód żądam, ażeby moje tytuły i godności nie zostały zniszczone, chociaż to zresztą niewielkiéj jest wagi, ponieważ nie mam potomstwa i tylko imię moję mnie przeżyje, że zaś nie było jeszcze wsławione, więc i w pamięci niezadługo po mnie zgaśnie.
— To zupełnie zależy od łaskawości króla, i najjaśniejszy pan sam tylko na to odpowie. Czy to jest wszystko?
— Nie, pragnę jeszcze jednéj rzeczy, lecz nie wiem do kogo się z tém życzeniem odezwać.
— Najpierwéj do mnie, a jako naczelnik policji, zobaczę czy mogę na odpowiedzialność moję przychylić się do niego, albo też najjaśniejszemu panu przedstawić.
— Chciałbym się jeszcze z dwiema widziéć osobami.
— Hm! zobaczymy.
Tym wyrazom towarzyszył jakiś ruch, który Gaston za oznakę wahania się uważał.
— Niechaj osoby te zobaczę gdziekolwiekbądź, pospieszył więc dodać, i choćby najkrótszą chwilę tylko.
— Dobrze, obaczysz je pan.
— O, mój panie, zawołał Gaston zbliżając się do niego, jak gdyby mu rękę chciał uścisnąć, wielce mnie pocieszasz.
— Jednakżeż pod jednym warunkiem.
— Pod jakimże? Niemasz warunku zgodnego z honorem moim, któregobym nie przyjął w zamian tak wielkiéj łaski.
— Otóż nie powiesz nikomu o wyroku swoim, i dasz mi pan na to słowo honoru.
— Czynię to jak najchętniéj, ponieważ jedna z osób, którą zobaczyć pragnę, umarłaby od razu, usłyszawszy to.
— Więc dobrze. Czy pan masz jeszcze co powiedziéć?
— Nie, obciąłbym tylko, ażebyś pan stwierdził, żem nic nie powiedział.
— Zapieranie się pana jest zapisane w słownym wywodzie. Woźny, podaj panu akta, by je przejrzał i podpisał.
Gaston usiadł przy stole, gdy d’Argenson i sędziowie, ugrupowani w około, rozmawiali pomiędzy sobą; uważnie odczytywał akta processu, zapytania naczelnika policji i odpowiedzi swoje. Znalazł je w zgodzie z własną pamięcią i podpisał.
— Już wszystko jest w porządku, przemówił do d’Argensona. Czy będę miał zaszczyt widziéć się jeszcze z panem?
— Wątpię, odpowiedział naczelnik policji, z brutalstwem jemu właściwém, które przerażało uprzedzonych o wszystkiém i osądzonych już zupełnie.
— Więc do widzenia się w przyszłém życiu.
D Argenson się skłonił i zrobił znak krzyża świętego, jak to zwykli czynić sędziowie, żegnając człowieka, na którego wyrok śmierci wydali.
Poczém major Gastona do jego odprowadził mieszkania.


III.
NIENAWIŚĆ RODZINNA.

Wróciwszy do swojego pokoju, Gaston był zniewolonym odpowiadać Dumesnil’owi i Pompadourowi, czekającym na wiadomość od niego. Stosownie do przyrzeczenia danego d’Argensonowi, Gaston nic nie mówił o osądzeniu swojém; uwiadomił ich tylko, że był surowiéj, jak poprzednie razy, badanym. Nakoniec pragnąc przed śmiercią kilka napisać listów, prosił Dumesnil’a o światło. Papier i ołówek miał od gubernatora, jak to wyżej powiedziano.
Dumesnil przesłał mu tym razem świecę jarzącą zapaloną, wszystko się coraz więcéj doskonaliło. Maison Rouge niczego pannie de Launay odmówić nie umiał, a panna de Launay dzieliła się wszystkiém z kawalerem; który znowu, jako dobry koleżka, udzielał skarbów swoich Gastonowi, księciu de Richelieu i innym sąsiadom.
Gaston pomimo obietnicy d’Argensona, powątpiewał jednakże, że mu wolno będzie oglądać Helenę, lecz był przekonanym, że mu przed śmiercią przyślą spowiednika, i że spowiednik jego wysłucha ostatnią prośbę umierającego i odda listy podług ich adresu.
Właśnie gdy zabierał się do pisania, posłyszał pannę de Launay, dającą mu znak zwykły, że ma coś do powiedzenia.
Był to list zaadresowany do niego, i mając świecę mógł go zaraz przeczytać.
Brzmiał jak następuje:
«Przyjacielu nasz! bo zostałeś naszym przyjacielem i nie mamy nic tajemnego przed tobą. Uwiadom Dumesnila o owéj nadziei, którą powzięłam z słów doktora Herment.»
Serce Gastona zadrżało, że może i dla niego w tym liście jakaś zabłyśnie nadzieja: czyż mu nie powiedziano, że los jego będzie takiż sam, jak los spiskowych Cellamary? Prawda, że ci co to mówili, nie znali całkiem zasad związku do którego on należał.
Czytał więc daléj:
«Przed półgodziną przyszedł do mnie doktor w towarzystwie pana Maison-Rouge. Ostatni robił mi tak słodkie oczy, żem ztąd najlepszą powzięła nadzieję. Jednakżeż, gdym zażądała mówić sam na sam albo zcicha z doktorem, wielkie począł robić trudności, które jednym uśmiechem zwalczyłam.»
«— Zastrzegam sobie, wymówił, aby nikt o tém nie wiedział, że się na krok jeden oddalam, bo inaczéj utraciłbym niezawodnie posadę moję, gdyby ktokolwiek o łatwości mojéj został uwiadomionym.»
«Ten ton miłości połączony z interesem wydawał mi się tak dziwacznym, żem mu ze śmiechem wszystko przyrzekła czego żądał. Widzisz jak dotrzymuję słowa.»
«Oddalił się więc nieco a pan Herment przystąpił bliżéj.»
«I zaczęła się rozmowa, przy której ruchy, inne od słów wyrzeczonych, miały znaczenie.”
— «Pani masz szczerych przyjaciół, ozwał się Herment, przyjaciół wysoko położonych, którzy się panią zajmują.»
«Przypomniała mi się oczywiście pani du Maine.
— «O mój panie; zawołałam, czy masz jakie polecenie do mnie?
— «Cicho! poszepnął Herment, pokaz mi pani język.»
«Jakżeż mi serce uderzyło.»
Gaston położył rękę na swojém sercu i ono biło także gwałtownie.
— «I cóż mi pan przynosisz?»
— «O, nic, chyba samego siebie; ale przyniosą pani przedmiot w mowie będący.»
— «I cóż to jest? powiedz pan!
— «Wiadomo jak łóżka w bastylji są niewygodne a mianowicie téż posłanie i kołdry, polecono mi więc ofiarować pani..
— «Cóż takiego?»
— «Kołderkę na nogi.»
«Rozśmiałam się na cały głos: poświęcenie się moich przyjaciół ograniczyło się na zabezpieczeniu mnie od dostania kataru!
— »Mój dobry panie, odpowiedziałam doktorowi, w tém położeniu, jakiem jestem, przyjaciele moi powinni raczéj o głowie mojéj a nie o nogach pamiętać. Lecz mniejsza o to, radabym tylko wiedziéć kto jest tym przyjacielem.
— »To jest przyjaciółka.
— »I któż ona jest?
— »Panna de Charolais, odpowiedział Herment tak uciszonym głosem, żem go zaledwie dosłyszała.
»Poczém się oddalił, a ja, mój kochany panie, oczekuję kołderki od panny Charolais.
»Opowiedz pan całą tę rzecz Dumesnifowi; naśmieje się z niéj:«
Gaston smutno westchnął. Wesołość otaczających go padała mu ciężarem na serce.
Była to nowa jaka katusza, którą, mu zadano rozkazem, by się nikomu z tém co go czeka nie zwierzył? Mniemał, iżby go niejako były pocieszyły łzy, któreby sąsiedzi nad losem jego byli przelali; bo pożałowanie dwóch serc kochających się, kiedy i własne serce silném przepełnione jest uczuciem, a umierać każą, wielką staje się ulgą.
Gaston nie miał dosyć odwagi, by list ten Dumesnilowi przeczytać, przesłał mu go więc tylko, a po chwili posłyszał jego wybuchy głośnego śmiechu.
W téjże saméj chwili przesłał Helenie w myśli ostatnie pożegnanie swoje.
Spędziwszy większą część nocy na pisaniu listów, Gaston następnie się położył i zasnął.
Nazajutrz przyniesiono mu śniadanie w tym czasie jak zwykle. Lecz Gaston uważał, że jest wykwintniejsze od poprzednich, uśmiechnął się na tę względność szczególną i przypomniał sobie starania, jakie za zwyczaj skazanym na śmierć okazują.
Przy końcu śniadania ukazał się gubernator.
Gaston nagłym rzutem oka wyśledził wyraz jego twarzy: był on i dzisiaj pełen grzeczności i chęci uprzejmych. Czyliż mu wyrok wczoraj zapadły jeszcze nie był świadomym? albo przywdział-że tylko taką maskę?
— Czy pan zechcesz potrudzić się do sali posiedzeń? zapytał pan de Launay Gastona.
Gaston się podniósł. Zaszumiało mu w uszach: skazany na śmierć w każdym rozkazie, którego celu nie zna, już się widzi być prowadzonym na rusztowanie.
— Mogęż wiedziéć dla czego mam zejść na salę posiedzeń? zapytał Gaston głosem o tyle spokojnym, że w nim żadne z wewnętrznych nie odbrzmiało wrażeń.
— Ażebyś pan przyjął czyjąś wizytę. Wszakżeś o to wczoraj pana naczelnika policji prosił, byś się mógł z kimś widziéć.
Gaston zadrżał.
— Więc tę osobę zobaczę?
— Tak jest.
Gaston już otwierał usta do dalszych pytań, bo przecież prosił; ażeby się z dwiema osobami mógł zobaczyć, a tutaj mowa była tylko o jednéj. Którąż więc miał widziéć? Brakło odwagi zapytać o to i w milczeniu udał się za gubernatorem.
Gubernator zaprowadził go na salę posiedzeń. Wchodząc, obejrzał się Gaston do koła, lecz sala zapełnię była pustą, nie było nawet i oficerów, którzy przy tego rodzaju widzeniach się bywają obecni.
— Pozostań pan tutaj, ozwał się gubernator, osoba któréj oczekujesz niebawem nadejdzie.
Pan de Launay ukłonił się Gastonowi i wyszedł.
Gaston pobiegł po jego wyjściu do okna, zakratowanego jak i inne w bastylji, i ujrzał stojącą przy niém wartę. Wyjrzał przez nie na dziedziniec, gdy nagle zaskrzypły zawiasy i drzwi otworzono. Na ten odgłos obrócił się i ujrzał przed sobą księcia d’Oliwares.
Nie było to jeszcze wszystko czego żądał, a jednakżeż już bardzo wiele; bo skoro spełniono jego życzenia co do księcia, mógł się spodziewać, że mu dotrzymają słowa i co do Heleny.
— O jakżeś jaśnie oświecony pan dobry! zawołał, że się przychylasz do prośby biednego więźnia.
— Było to obowiązkiem moim. Nadto przychodzę podziękować panu.
— Mnie! I cóżem ja zrobił, co zasługuje na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— Byłeś pan indagowany, zaprowadzony na salę tortur, mówiono panu, że zostaniesz ułaskawionym, skoro wydasz spólników swoich, a jednakżeż milczałeś.
— To było od początku zamiarem moim, dotrzymałem sobie słowa, i na tém koniec. Nie zasługuje to bynajmniéj na podziękowanie waszéj ekscelencji.
— A teraz powiedz mi pan, czy ci mogę być użytecznym w czemkolwiek.
— Nasamprzód zaspokój mnie jaśnie oświecony pan co do własnej osoby swojéj. Czy wasza książęca mość nie byłeś niepokojonym?
— Bynajmniéj.
— Tém lepiéj.
— I jeżeli związkowi bretońscy wszyscy są tak względni jak pan, nie wątpię, że w téj całéj sprawie nawet imienia mego nie wspomną.
— O, ja ręczę za nich. Ale wasza królewska mość, czy także ręczysz za la Jonquière’a?
— Za la Jonquière’a? powtórzył książę nieco zaambarasowany.
— Tak jest. Czyliż książę nie wiesz, że i on jest aresztowany?
— Słyszałem coś o tém.
— Otóż zapytuję jaśnie oświeconego pana, co sądzisz o nim?
— Nie wiem co panu na to odpowiedzieć, chyba że on całkiem zaufanie moje posiada.
— Skoro posiada zaufanie jaśnie oświeconego pana, to widać że na nie zasługuje.
— Więc o cóż to pan prosić mnie miałeś.
— Książe widziałeś tę młodą panienkę, którą przywiozłem do jaśnie oświeconego pana?
— Pannę Helenę de Chaverny; tak, widziałem ją.
— Otóż to, co waszéj ekscelencji wtedy powiedzieć czasu nie miałem, dopowiem teraz: ja kocham tę młodą dziewczynę już przeszło od roku! Jedyném marzeniem mojém w ciągu tego czasu było, poświęcić się dla jéj szczęścia... mówię marzeniem, jaśnie oświecony panie, bo gdym się ocknął z niego, wiedziałem że dla mnie wszelkie szczęście zamarło. Chciałem ją zaślubić, by jéj dać imię, majątek, pewne stanowisko w świecie, właśnie gdy mnie aresztowano.
— Bez zezwolenia jéj rodziców i familji?
— Nie miała ni jednych ni drugich, i podług wszelkiego podobieństwa miała być sprzedaną zapewne jakiemuś wielkiemu panu, gdy uznała potrzebę opuszczenia osoby, którą przy niéj umieszczono.
— Ale któż panu powiedział, że panna Helena de Chaverny miała być ofiarą tak ohydnego przekupstwa?
— Ona sama opowiadała mi o jakimś ojcu, który się ukrywał i o jakichsiś brylantach, które jéj ofiarowano. A potém, wiesz wasza ekscelencja gdzie ja ją znalazłem? otóż w jednym z owych domów hańby, przeznaczonych na rozpustę dla bogatych paniczów!... Ją! tego anioła niewinności i uczuć najczystszych!... otóż, jaśnie oświecony panie, ona ztamtąd zemną uciekła pomimo krzyków swojéj strażniczki, wśród dnia jasnego i w obec lokai, zostających przy niéj; pozostała przez dwie godziny przy mnie, a chociaż jest tak czystą, jak w owym dniu, gdy piérwszy pocałunek od matki swojéj odebrała, jest jednakże już skompromitowaną. Przeto, jaśnie oświecony panie, pragnę ażeby to projektowane małżeństwo do skutku przyszło.
— W położeniu, w jakiem się obecnie znajdujesz?
— Tém bardziéj, jaśnie oświecony panie.
— Ale może się łudzisz, co do kary, jaka na ciebie spadnie.
— Jest to podobno taż sama, jaka padła na hrabiego de Chalais, margrabiego de Cinq-Mars i kawalera Ludwika de-Rohan.
— Więc jesteś na wszystko przygotowanym, nawet i na śmierć?
— Przygotowałem się do niej w dniu, w którym przystąpiłem do związku: to tylko konspiratora tłumaczy, że godząc na czyje życie, sam własne naraża.
— I cóż ta młoda dziewczyna zyszcze na tym ślubie?
— Jaśnie oświecony panie, mam majątek, chociaż bogatym nie jestem, a ona jest ubogą; mam nazwisko, ona go nie ma: radbym jej więc moję imię i majątek zostawił. Prosiłem króla, ażeby majątek mój nie uległ konfiskacie i ażeby imienia mego nie zbezczeszczono; gdy się dowie dla jakiéj to uczyniłem przyczyny, przychyli się zapewne do mojéj prośby. Gdy umrę nie zostawszy jéj mężem, posądzą ją, że była metressą moją: będzie zgubioną, zniesławioną! i wszelka dla niéj przyszłość zaginie. Przeciwnie, gdy przez protekcją waszéj ekscelencji, o którą z wzniesionemi rękoma błagam, uzyskam pozwolenia na połączenie się nasze, nikt jéj nic zarzucić nie poważy się: krew przelana na rusztowaniu polityczném nie plami rodziny skazanego i nie pokrywa hańbą jego wdowy, która, jeżeli nie jest szczęśliwą, to przynajmniéj niezależną i poważaną. Otóż to jest ta łaska, o którą waszej ekscelencji proszę: czyż ją przez jaśnie oświeconego pana otrzymać mogę?
Książe zbliżył się do drzwi i trzy razy w nie zastukał: otworzono je i ukazał się pan Maison Rouge.
— Zapytaj pan odemnie pana de Launay, czyli ta młoda panienka, która przed bramą w karecie mojéj czeka, może przyjść tutaj? On wie, że jéj wizyta, tak samo jak i moja, jest dozwoloną. Pan ją tu przyprowadzisz, nieprawdaż?
— Jakto, jaśnie oświecony panie, Helena jest tutaj?
— Czyż panu tego nie obiecano?
— O tak! ale widząc jaśnie oświeconego pana samego, jużem był utracił nadzieję.
— Chciałem pana sam pierwéj widziéć, przeczuwając że mi masz wiele do powiedzenia, czego ona słyszeć niepowinna, bo ja wiem wszystko.
— Książe wiesz wszystko! cóż jaśnie oświecony pan przez to chcesz powiedziéć?
— Wiem, że ciebie wczoraj do arsenału przywołano.
— Jaśnie oświecony panie!
— Wiem, żeś tam zastał d’Argensona, że on ci wyrok przeczytał.
— O mój Boże!
— Wiem, żeś na śmierć skazany i żeś dał słowo swoje, jako o tém nikomu nie powiesz.
— O jaśnie oświecony panie, milczenie! milczenie! Jedno takie słowo może zabić Helenę.
— Bądź pan o to spokojnym. Ale czy niemasz jakiego środka, byś się od téj śmierci uchronił?
— Potrzebaby dni wiele, by przysposobić i wykonać plan do ucieczki, a mnie już są godziny moje policzone.
— O, nie o tém ja mówię, tylko pytam: czyli co do téj zbrodni, nie masz coś na obronę swoje powiedziéć?
— Co do zbrodni mojéj! zawołał Gaston zdziwiony, słysząc podobny wyraz z ust współwinowajcy swojego.
— Ej, mój Boże, tak jest, odparł książe, miarkując się, przecież wiesz, że ludzie tak nazywają mężobójstwo: potomność tylko jest sędzią, i podobną zbrodnię niekiedy wielkim nazywa czynem.
— Nie mam nic na obronę do powiedzenia, tylko to chyba, że śmierć rejenta uważam jako rzecz konieczną dla dobra Francji.
— Tak, odpowiedział książę z uśmiechem, ale pojmujesz, że cię to w obec Filipa Orleańskiego bynajmniéj nie tłumaczy. Chciałbym był raczej coś osobistego posłyszéć. A chociaż jestem politycznym wrogiem rejenta, to jednakże wyznać muszę, że w nim złego nie widzę człowieka; mówią że jest litościwym, i podobno że nikt z ważniejszych osób za rządów jego na rusztowaniu nie zginął.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan hrabiego Horn.
— To był zabójca.
— A czemżeż ja jestem, jeżeli nie zabójcą, tak jak hrabia Horn?
— Z tą różnicą, że hrabia Horn zabijał, ażeby kraść.
— Ja nie mogę i nie chcę o nic prosić rejenta.
— Nie osobiście, ja wiem o tém, lecz przyjaciele twoi, gdyby potrafili coś na obronę twoję przytoczyć. Możeby sam chętnie piérwszy krok zrobił, możeby cię ułaskawił.
— Nie mam nic do powiedzenia, jaśnie oświecony panie.
— To jest niepodobna, pozwól to sobie zarzucić. Podobne przedsięwzięcie, jak twoje, nie zrodzi się w sercu człowieka bez jakich powodów poprzednich, dajmy na to jakąś nienawiść albo chęć pomszczenia się. Otóż i przypominam sobie, żeś do la Jonquirèe’a mówił o jakiejś odziedziczonéj rodzinnéj nienawiści, powiedz mi, jakiż był powód do tego?
— Napróżnobym waszą ekscelencję trudził. Zdarzenie, które tę nienawiść spowodowało, nie może mieć żadnego interessu dla jaśnie oświeconego pana.
— Nic nie szkodzi, mów tylko.
— Otóż, rejent zabił mojego brata.
— Rejent zabił brata twojego!... Co mówisz?... Niepodobna... panie Gaston! zawołał książę.
— Tak, zabił go, jeżeli od skutku przejdziemy do przyczyny.
— Tłumacz się jaśniej, mów! Jakżeż rejent mógł...?
— Mój brat był starszym odemnie o lat piętnaście, zastępował mi ojca, który mi umarł na trzy miesiące przed urodzeniem się mojém: matkę zaś utraciłem także, będąc jeszcze niemowlęciem. Brat mój zakochał się w młodéj dziewczynie, którą z rozkazu księcia wychowywano w klasztorze.
— W którym klasztorze? nie wiesz?
— Nie; wiem tylko, że w Paryżu.
Książe poszepnął kilka wyrazów, których Gaston nie dosłyszał lub téż nie zważał na nie.
— Brat mój, krewny ksieni tegoż klasztoru, miał sposobność widywania tę panienkę; zakochał się i chciał ją zaślubić. Proszono o zezwolenie księcia, dał je na pozór, gdy nagle młoda dziewczyna, uwiedziona, przez swojego mniemanego protektora, z klasztoru zniknęła. Przez trzy miesiące szukał jéj brat mój, lecz nadaremnie; nie posłyszał nawet już o niéj nigdy, z rozpaczy rzucił się w bój krwawy i poległ w bitwie pod Ramillies.
— 1 jakżeż się nazywała ta młoda dziewczyna? zapytał książe z zajęciem.
— Nikt tego nie wiedział; bo wymienić jéj nazwisko, byłoby to samo co zhańbić ją.
— Niemasz żadnéj wątpliwości, poszepnął książe, to była matka Heleny... A brat twój, jakżeż się nazywał? zapytał głośno.
— Oliwier de Chaulay.
— Oliwier de Chaulay... powtórzył książe zcicha... Wiedziałem, że nazwisko de Chaulay nie było mi obcém.
Potém głośno dodał:
— Mów pan daléj, słucham.
— Wasza ekscelencja nie wiesz, co to jest nienawiść rodzinna, zwłaszcza téż w kraju naszym. Kochałem brata mojego tak, jakbym był rodziców moich kochał. A na raz jeden pozostałem się sam na świecie. Wyrosłem w samotności serca i z nadzieją pomszczenia się; w pośród ludzi, którzy mi codzień powtarzali: «Książe Orleański zabił twojego brata.« Potém ten książę został rejentem Francji, i liga bretońska niebawem się uorganizowała. Byłem jednym z pierwszych, com do niéj przystąpił, wasza ekscelencja wiesz resztę i przekonałeś się, że w tém wszystkiém nic niemasz, coby jaśnie oświeconego pana szczególniéj interesować mogło.
— Przeciwnie, mylisz się pan pod tym względem. Na nieszczęście, rejent dużo podobnych błędów popełnił, które wynagrodzić powinien.
— Jaśnie oświecony pan pojmujesz, że przeznaczenie moje powinno się spełnić i że nic od niego żądać nie mogę.
— Tak, masz słuszność, rzecz ta niechaj się sama załatwi, jeżeli załatwić się może.
W téj chwili drzwi otworzono i wszedł pan Maison-Rouge.
— I cóż tam? zapytał książę.
— Pan gubernator rzeczywiście otrzymał rozkaz od naczelnika policji, ażeby się więzień z panną Heleną de Chaverny rozmówił. Czy może tu wejść?
— Jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston błagalnie.
— Rozumiem pana, odpowiedział książę. Żal i miłość mają swój wstyd i unikają świadków. Przyjdę po pannę Helenę.
— To pozwolenie służy tylko na pół godziny, wtrącił Maison-Rouge.
— Zostawiam pana, a za pół godziny przyjdę po nią, odrzekł ksiąe.
I wyszedł ukłoniwszy się Gastonowi.
Maison Rouge obejrzał cały pokój, przypatrzył się drzwiom, zobaczył czy warta stoi przy każdém oknie, i także wyszedł.
Po chwili weszła z nim Helena, blada, drżąca, bełkocąc swoje podziękowania, zwrócona ku panu Maison-Rouge, który jéj się nisko skłonił i znowu wyszedł.
Wtedy to Helena spojrzała w około i zobaczyła Gastona. Zostawiono ich samych stosownie do rozkazu księcia a nie co do przepisów zwykłych.
Gaston pobiegł do Heleny a Helena do Gastona, i mając tylko w myśli ubiegłe cierpienia i przyszłość ponurą, uścisnęli się namiętnie.
— Przecież! zawołała młoda dziewczyna, zalewając się łzami.
— Tak, przecież! powtórzył Gaston.
— Niestety! poszepnęła Helena, spoglądając z trwogą w około, widziéć ciebie w tém więzieniu, i nie módz z tobą otwarcie mówić, będąc pod strażą, podsłuchiwaną, o to jest okropnie!
— Nie żalmy się Heleno, bo i tak doznajemy pewnych względów. Nigdy jeszcze więźniowi nie dozwolono uścisnąć drogą sercu jego osobę. Zwykle, spojrzyj Heleno, odwiedzający stoi tam przy ścianie, więzień na drugim końcu izby a żołnierz w środku; i przedmiot rozmowy już naprzód jest oznaczony.
— Komuż zawdzięczamy tę względność?
— Muszę wyznać, że rejentowi zapewne. Bo gdy o tém wczoraj z d’Argensonem mówił, odpowiedział mi, żęto przechodzi jego władzę i powinien wprzódy tę prośbę rejentowi przedstawić.
— Ależ teraz, Gastonie, kiedy ciebie widzę, to mi opowiedz co się działo w czasie tego wieku cierpień i łez. Przyznaj mi się, wszakżeż mnie przeczucia moje nie zwodziły? Należałeś do spisku, nieprawdaż? O nie zapieraj się!
— Przyznaję się, Heleno; wiesz, że my Bretończycy jesteśmy stali, tak w nienawiści naszéj, jako i miłości. Uorganizowrała się liga w Bretanii, cała szlachta należała do niéj. Miałżem ja sam wyłączyć się od niéj? Pytam się ciebie, Heleno, miałżem opuścić braci moich? Nie byłżebym wówczas godnym pogardy, gdyby cała Bretanija była powstała a ja sam jeden ręce założył lub podniósł biczyk, gdy drudzy miecze dźwignęli?
— O tak, masz słuszność, Gastonie. Ale pocóżeś wraz z drugimi w Bretanii nie pozostał?
— I tamci aresztowani, Heleno.
— Więc was oskarżono, zdradzono?
— Zapewne. Siadaj Heleno i dozwól bym się tobie przypatrzył, póki jesteśmy sami. Pozwól sobie powiedzieć, żeś piękna i że ciebie kocham. A ty Heleno, cóżeś robiła przez ten czas mojéj nieobecności?... Książe...
— O, gdybyś wiedział, jak on dobrym był dla mnie. Co wieczór przychodził mnie odwiedzić. A co starań! jakie dogadzania!
— A w tych staraniach i dogadzaniu ci, nie byłoź nic podejrzanego? zapytał Gaston, dręczony rzuconém niby nieumyślnie słowem fałszywego la Jonquière.
— Co chcesz przez to powiedzieć Gastonie?
— Że książe jest jeszcze młodym, a ty Heleno piękną, jakem ci to dopiéro przed chwilą powiedział.
— O mój Boże! nie, nie, Gastonie, na nim się niezawiedziemy. I są chwile, gdy on, tak jak ty teraz, przy mnie siedzi, że mi się zdaje, jak gdybym ojca mojego była znalazła.
— Biedne dziecię!
— Nadto, jakimś dziwnym trafem, głos jego bardzo jest podobnym do głosu tego człowieka, który mnie w Rambouillet odwiedził. Podobieństwo to zaraz mnie na pierwszym wstępie uderzyło.
— Tak myślisz? wymówił Gaston w roztargnieniu.
— Ale o czemże ty dumasz? Mój Boże zdaje mi się, że nie słuchasz tego, co ci mówię.
— Ja, Heleno, ja! wszakżeż każdy twój wyraz pada mi na dno serca.
— Jesteś niespokojny. O Gastonie! pojmuję wszystko. Należący do spisku, życie swoje niesie w ofierze. Ale bądź spokojnym, powiedziałam to już księciu: jeżeli ty umrzesz to i ja umrę.
Gaston zadrżał.
— Jesteś odważną! zawołał.
— O mój Boże! jakaż to męczarnia: przeczuwać, że ten którego się kocha jest na wielkie narażony niebezpieczeństwo, i tém większe, że nieznane, i czuć że nic, nic dla niego zrobić nie można, prócz wylewania łez daremnych, gdyby go się chętnie życiem własném okupić chciało!
Twarz Gastona rozjaśnił promień niewysłowionego szczęścia; po raz piérwszy usłyszał z ust ukochanéj podobne wyrazy, i pod wrażeniem myśli, którą się od chwil kilku zdawał karmić, zawołał:
— Przeciwnie, Heleno, przeciwnie! i ujął obiedwie jéj ręce. Ty się mylisz, bo wiele dla mnie zrobić możesz.
— I cóż mogę zrobić, o mój Boże!
— Możesz żoną moją zostać! wymówił, patrząc jéj w oczy.
Helena zadrżała.
— Ja, twoją żoną?
— Tak Heleno, ułożony projekt, gdym jeszcze był wolny, dzisiaj, gdy jestem więźniem urzeczywistnić możesz. Heleno, żono moja w obec Boga i ludzi! żono moja tutaj i tam! na zawsze, wiecznie! Otóż, czém jedneni słówkiem dla mnie być możesz! Czyż ty sądzisz, że to jest niczém, Heleno?
— Gastonie! zawołała, przeszywając go wzrokiem, ty jeszcze coś przedemną ukrywasz?
Teraz Gaston znowu zadrżał.
— Ja! i cóżbym miał przed tobą ukrywać?
— Powiedziałeś mi sam, żeś się wczoraj z panem d’Argenson widział.
— Tak jest.
— A więc, Gastonie, wyrzekła blednąc, jesteś skazanym.
Gaston naglą myśl powziął.
— Tak! zawołał, jestem skazany na wygnanie, i jako egoista, chciałem ciebie węzłem nierozerwanym przykuć do siebie, zanim Francją opuszczę.
— Gastonie, czy prawdę mi mówisz?
— Nie inaczéj. Miałażbyś dosyć odwagi zostać żoną wygnańca i skazać siebie samą na wygnanie?
— I ty o to pytasz, Gastonie? zawołała Helena z zapałem. Wygnanie!.... O, dziękiż ci, mój Boże! Toćże jabym chętnie z tobą i wieczne była chciała dzielić więzienie! Więc pójdę z tobą i nieodstępnie wszędzie towarzyszyć ci będę. Ależ ten wyrok jest szczęściem, obok tego, któregośmy się lękali. Po-za Francją świat cały jest naszym. O Gastonie!... Gastonie, możemy jeszcze być szczęśliwi!
— Tak, Heleno, tak, poszepnął Gaston.
— Nie pojmujesz-że tego szczęścia! Francją dla mnie będzie kraj, w którym z tobą zamieszkam! Ojczyzną moją jest miłość twoja! Wiem, że będę musiała usiłowań dołożyć, byś zapomniał Bredaniją, przyjaciół, twoje marzenia o przyszłości... Ah! otoczę cię tak wielką miłością, że o wszystkiém zapomnisz.
Gaston ujął tylko ręce Heleny i do ust je przycisnął.
— Wskazanoż ci miejsce twojego wygnania? Kiedyż odjeżdżasz? Pojedziemy razem, nieprawdaż? odpowiedzże mi!
— Moja Heleno, to jest niepodobna, rozdzielą nas chwilowo przynajmniéj. Odprowadzą mnie na granicę Francyi, ale jeszcze nie wiem na którą. Będąc za granicą, zostanę dopiéro wolnym, i wtedy to przyjedziesz do mnie.
— O, wiem ja jeszcze coś lepszego! od księcia dowiem się już naprzód dokąd ciebie wyślą, i zamiast pojechać za tobą, wyprzedzę cię raczej. Wysiadając z powozu powitasz mnie zaraz, bym ci osłodziła pożegnanie z Francją. A potém, śmierć tylko sama jest już niepowetowaną: późniéj król może cię ułaskawić...., a może późniéj jeszcze, czyn, za który dzisiaj karanym jesteś, będzie ci jako zasługa policzony. W tedy powrócimy do Francyi, i nic nam już nie przeszkodzi powitać znowu Bretaniją, tę kolebkę miłości naszéj, ów raj najdroższych wspomnień. Ale mówżesz mi! zawołała głosem, w którém niecierpliwość i najwyższe odbrzmiewało uczucie, mówżesz mi, że dzielisz nadzieję moję, żeś spokojny i szczęśliwy!
— O, tak, moja Heleno, tak! Jestem szczęśliwy, bo teraz się przekonywam dopiéro, jaki to anioł mnie kochał! O tak Heleno, mówię ci, że wolę jednę godzinę takiéj miłości a potém śmierć, aniżeli życie długie bez kochania.
— A teraz co? zapytała Helena obejmując całą duszą tę przyszłość o której mówiła. Cóż oni teraz poczną? Pozwoliż mi przyjść tutaj raz jeszcze zanim wyjedziesz? Będęż mogła pisywać do ciebie? Będziesz-że mi mógł odpisać? O której-że godzinie jutro, mogęż przyjść do więzienia twojego?
— Mam prawie obietnicę, że ślub nas nastąpi dzisiaj wieczorem albo najdaléj jutro.
— Tutaj? w więzieniu! zawołała Helena, drżąc pomimowolnie.
— Gdziekolwiek się odbędzie, nie złączyż nas na zawsze, Heleno?
— A gdyby ci nie dotrzymano słowa! gdyby cię wysłano zanim bym cię znowu oglądać mogła!
— Otóż to, moja Heleno, odrzekł Gaston z bólem serca, co nastąpić może i czego się lękam.
— O mój Boże! i czyż sądzisz, że cię tak prędko wywiozą?
— Wiesz dobrze, Heleno, że więźniowie nie od siebie zależą. Co chwilę mogą przyjść i wywieść mnie.
— O niechżeż przychodzą! im rychlej będziesz wolnym, tém prędzéj połączymy się znowu. Nie potrzebuję być żoną twoją, ażeby pójść za tobą. Znam twoję cnotę, Gastonie, i jesteś małżonkiem moim w obliczu Boga. O, odjeżdżaj raczéj co prędzéj, mój Gastonie, bo póki zostajesz pośród tych murów wysokich i grubych, lękam się o życie twoje. Odjeżdżaj, a za dni kilka złączymy się, bez obawy rozstania się na nowo, bez świadków, którzy by nas śledzili, na zawsze połączeni, na zawsze!
W téj chwili drzwi otworzono.
— O mój Boże! czy już? zawołała Helena.
— Czas wyznaczony już upłynął, odpowiedział Mont-Eouge.
— Heleno! wymówił Gaston, chwytając ręce Heleny z dreszczem nerwowym, którego stłumić nie zdołał.
— I cóż, mój kochany? zapytała Helena, spoglądając z przerażeniem na niego. Cóż ci jest? bledniesz.
— Ja!... nie, nic, nic, nic mi nie jest, odpowiedział, zostając znowu przez siłę woli panem samego siebie, i pocałował z uśmiechem ręce Heleny.
— Do widzenia się jutro! wymówiła.
— Do zobaczenia się jutro!
W téj chwili ukazał się książę we drzwiach i Gaston pobiegł ku niemu.
— Jaśnie oświecony panie, przez litość zrób wszystko co możesz, ażeby Helena żoną moją została. A jeżeli tego nie dopniesz, to mi przysięgniéj, że zostanie córką waszej ekselencyi.
Książe uścisnął ręce Gastona. i ze zbytku wzruszenia nic wymówić nie mógł.
Helena przystąpiła bliżéj a Gaston zamilkł z obawy, by czegoś nie dosłyszała. Podał rękę Helenie, która czoło ku niemu schyliła; łzy ciche spływały po jéj licu. Gaston przymknął powieki ażeby tych łez nie widział i sam nie zapłakał.
Potrzeba było pożegnać się; zamienili z sobą długie, głębokie, ostatnie spojrzenie. Książe podał rękę Gastonowi.
I dziwném była ta sympatja pomiędzy nimi, z których jeden z tak daleka przybył, by zabić drugiego.
Drzwi się zamknęły i Gaston upadł na krzesło. Wszystkie na raz nieszczęśliwego odbiegły siły.
W dziesięć minut potém nadszedł gubernator, by odprowadzić Gastona do jego pokoju.
Udał się za nim w ponurem milczeniu, i gdy zapytał, czyli czego nie żąda, odpowiedział mu tylko poruszeniem głowy, że nie.
Noc zapadła a panna de Launay dała znak zwykły, że ma jakąś wiadomość dla sąsiadów dla swoich.
Gaston otworzył okno i podjął przesłany mu list, w którym był drugi dla kawalera.
Zwykłym sposobem zrobił sobie światło i przeczytał:
»Kochany sąsiedzie, kołderka nie była tak pogardy godną, jak to sądziłam, bo zawierała w sobie bilecik, na którym był nakreślony wyraz nadzieja! poszepnięty mi już wprzódy przez doktora Hermand.
Nadto mieścił się w niej i list do księcia de Richelien, który racz przesłać kawalerowi Dumesnil, by go znowu przestał księciu

De Launay.«

— Niestety! któż im usłuży, gdy mnie już nie będzie.
I zawołał na Dumensil’a i przesiał mu listy.


IV.
SPRAWY PAŃSTWA I INTERESSA FAMILIJNE.

Opuszczając bastylję, odwiózł książę Helenę do jej mieszkania, przyrzekając że ją, według zwyczaju, dziś wieczór pomiędzy ósmą a dziewiątą godziną odwiedzi. Za co by mu niezwyczajnie wdzięczną być powinna była, gdyby była wiedziała, że tegoż wieczora książę dawał wielki bal maskowy w Monceaux.
Wróciwszy do palais-royal zapytał rejent o Dubois, odpowiedziano, że jest w gabinecie jego i pracuje. Wbiegł więc jak zwykle, lekko po wschodach, wszedł do pokoju, wzbraniając, by go o jego przyjściu uwiadomiono.
Dubois siedział przy stole i z taką pracował gorliwością, że nawet nie dosłyszał jak książę drzwi otworzył, zamknął, i na palcach zbliżył się do niego, by zobaczyć nad czém tak zawzięcie pracuje.
Zaciągał nazwiska jakieś do tabelli, umieszczał przy nich uwagi swoje, i polecenia obszerne, szczegółowo przy każdém.
— Cóż ty u djabła robisz? zapytał rejent.
— Ah to wasza królewska mość! przepraszam, nie słyszałem przyjścia jaśnie oświeconego pana, bo inaczéj...
— Nie o tém mówię, ale pytam co robisz?
— Podpisuję karty pogrzebowe dla naszych przyjaciół w Bretanii.
— Ależ jeszcze nic nie postanowiono o ich losie, działasz jak warjat, i wyrok komissji...
— Znam go już.
— Więc już wyrzekli?
— Nie, ale im go przed wyjazdem podyktowałem.
— Ależ to jest nikczemnie, co ty robisz.
— Naprawdę powiem waszéj królewskiéj mości, że jaśnie oświecony pan jesteś nieznośnym. Niechaj książe zajmie się raczej sprawami rodziny swojej ale nie państwa.
— Sprawami rodziny mojéj!
— Co się tych dotyczę, to musisz wasza królewska mość zupełnie być zadowolonym ze mnie. Poleciłeś mi pana de Chaulay, i stosownie do tego umaiłem mu bastylję różami: wyśmienite uczty, zachwycające msze, i gubernatora godnego uwielbienia, wszystko to miał. Dozwoliłem mu dziurawić podłogę i podrapać mury, bez względu, że nas reperacja nie mało kosztować będzie. Od czasu przybycia jego wszyscy tam świętują: Dumesnil rozmawia przez cały dzień w swoim kominie; panna de Launay wypuszcza swoję linkę z okna, a Pompadour spija wino szampańskie. I Laval codziennie aż po trzy enemy bierze. Nic nie mam przeciwko temu wszystkiemu, bo to należy do familijnych interessów waszéj królewskiéj mości. Ale tam w Bretanii, o tam, to jaśnie oświecony pan nic nie masz do rządzenia, zakazuję waszéj królewskiéj mości mięszać się w te sprawy. Chyba, ze tam masz jeszcze z jaki tuzin córek nieznanych, co bardzo łatwo być może.
— Błazen jesteś!
— O, wasza królewska mość sądzisz, żeś już wszystko zrobił, kiedy mnie błaznem nazwiesz. Ale mniejsza tam o to! Jednakżeż bez tego błazna, nie byłbyś jaśnie oświecony książę już dzisiaj przy życiu.
— I cóżby było potém?
— Co potém! Ot człowiek stanu! Potém byliby mnie powiesili może. Następnie byłaby pani de Maintenon rejentką Francji. Zabawna historja, nieprawdaż?... I to niby książe-filozof, co tak naiwne czyni pytania. O Mark-Aureljuszu! Czyżto nie on tę niedorzeczność powiedział: Populos esse denimu felices, si reges philosophi forent aut philosophi reges? Otóż to próbka.
Mówiąc to, Dubois ciągle pisał.
— Dubois, przerwał mu rejent, ty nie znasz tego chłopca.
— Jakiego chłopca?
— Kawalera de Chaulay.
— Doprawdy? Przedstawisz mi go wasza królewska mość, gdy zostanie zięciem jaśnie oświeconego pana.
— A więc jutro.
Dubois się obrócił zdumiony, opierając obiedwie ręce na fotelu, i wytrzeszczył swoje maleńkie oczy na rejenta, o ile tego oprawa ich dozwalała.
— Czyś wasza królewska mość zwarjował?
— Nie, ale to jest człowiek poczciwy, a tacy ludzie bardzo rzadko się zdarzają, o czém ty wiesz najlepiéj, opacie.
— Poczciwy człowiek! Ha! pozwól sobie wasza królewska mość powiedziéć, że dziwnie rozumiesz ten wyraz: poczciwy człowiek.
— Wierzę, że ja i ty o nim różne mamy pojęcia.
— I cóż on zrobił, ten poczciwy człowiek? Napuścił-że trucizną puginał, którym jaśnie oświeconego pana miał ugodzić? W takim razie, nicby mu nie było do zarzucenia. Wówczas nie byłby to już poczciwy człowiek, ale raczéj święty. Mamy już ś. Jaques Clement, ś. Ravaillac’a; tylko ś. Gastona brakuje jeszcze w naszym kalendarzu. Daléj, jaśnie oświecony panie daléj, nie chciałeś wasza królewska żądać dla ministra swojego od papieża kardynalskiego kapelusza, prośże teraz, by kanonizował zabójcę waszéj królewskiéj mości, a pierwszy raz w życiu będziesz książę logicznym.
— Mówię ci, Dubois, że mało jest ludzi zdolnych to uczynić, co zrobił ten młody człowiek.
— Hoho! na nieszczęście jaśnie oświecony panie, bo gdyby takich było dziesięciu we Francji, podałbym się natychmiast do dymisji.
— Nie mówię o tém co chciał zrobić, ale o tém co zrobił.
— I cóż zrobił takiego? Słucham. Chciałbym się zbudować temi jego czynami.
— Nasamprzód dochował przyrzeczenia d’Argensonowi.
— O, nie wątpię o tém! Umie on słowa dotrzymać. I gdyby nie ja, to byłby także i panom Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i t. d. swojego przyrzeczenia dotrzymał.
— Tak, ale tam tego trudniéj było dochować. Przysiągł nie mówić nikomu o wyroku swoim, i zataił to nawet przed kochanką.
— I przed waszą królewską mością także?
— Mówił zemną o tém, bom mu powiedział, że napróżno się zapiera, ponieważ wiem o wszystkiém. Poczém mnie zaklął, bym o nic w imieniu jego rejenta nie prosił, żąda zaś tylko jednéj łaski.
— I jakażto ta łaska?
— By mu wolno było zaślubić Helenę i zostawić jéj swój majątek i nazwisko.
— Dobrze! chce córkę waszéj królewskiéj mości obdarzyć nazwiskiem i majątkiem swoim. A to wcale grzeczny chłopiec, ten przyszły zięć waszéj królewskiéj mości.
— Czyż zapominasz, że to wszystko jest tajemnicą dla niego?
— Kto to wie?
— Dubois, nie wiem w czém cię kąpano, gdyś się urodził, ale to wiem, że wszystko zbrudzisz czego się dotkniesz.
— Ale przecież nie konspiracje, jaśnie oświecony panie, bo pod tym względem, to sądzę, że należycie wszystko oczyszczać potrafię jak naprzykład w sprawie Cellamary! Aha! czyż tam nie wszystko pięknie się zdarzyło? Mam nadzieję, żem Francji doskonałe na przeczyszczenie dał lekarstwo, by z siebie hiszpańskie wyrzuciła niestrawności. I tak będzie z Oliwaresem jak było z Cellamarą. Bretanija jeszcze tylko zapchana, potrzeba jéj więc dać dobre lekarstwo, a wszystko się skończy.
— Ty byś i z ewangelii świętéj żartował, Dubois.
— Dalibóg, żem od tego zaczął.
Rejent się podniósł.
— Ależ przepraszam, zawiniłem! zawołał Dubois, zapomniałem, że wasza królewska mość jesteś naczczo. Jakiż więc koniec historji?
— Koniec historji jest: żem obiecał prosić rejenta i że rejent zezwoli.
— Rejent popełni niedorzeczność.
— Nie, mój panie: on się tylko poprawi.
— Otóżto! tylko tego nam brakowało, byś się wasza królewska mość do jakiegoś wynagrodzenia krzywd wyrządzonych panu de Chaulay poczuwał.
— Nie jemu, lecz jego bratu.
— Tém lepiéj. I cóż wasza królewska mość zrobiłeś temu bratu?
— Porwałem mu kobietę, którą kochał.
— Którą?
— Matkę Heleny.
— To źle, wielką wasza królewska mość popełniłeś niesłuszność: bo gdybyś tego nie był uczynił, nie mielibyśmy obecnie takiego ambarasu.
— Stało się; a teraz potrzeba nam się z niego wywinąć, o ile tylko możemy najlepiéj.
— Nad tém właśnie pracuję.... Kiedyż ślub?
— Jutro.
— W kaplicy palais-royal’u. Jaśnie oświecony pan będziesz obecnym w kostjumie kawalera zakonu, podniesiesz, błogosławiąc obiedwie ręce nad głową swojego zięcia, obiedwie dla tego, że on chciał jednę na waszą królewską mość podnieść. Będzie to bardzo czule.
— Niezupełnie tak, jak mówisz. Wezmą ślub w bastylji, a ja w kapliczce będę ukrytym i nie zobaczą mnie wcale.
— O, to proszę waszéj królewskiéj mości, byś mi sobie towarzyszyć dozwolił. Ciekawym widzieć taką ceremoniją. Mówią, że to bardzo rozrzewnia.
— To być nie może, zawadzałbyś mi. Twoja brzydka fizjonomija zdradziłaby moje incognito.
— Piękna fizjonomja waszéj królewskiéj mości jeszcze trudniéj ukryć się potrafi odpowiedział Dubois, kłaniając się. W bastylji znajdują się portrety Henryka IV i Ludwika XIV!
— To bardzo pochlebnie.
— Wasza królewska mość odchodzisz?
— Mam rendez vous z de Launay.
— Z gubernatorem bastylji? — Tak jest.
— A to idź wasza królewska mość.
— Zobaczęż cię dzisiejszéj nocy w Monceaux?
— Mam mój kostjum a la Jonquière.
— Cicho! on tylko służy w oberży pod Muids-d amour i przy ulicy du Bac.
— Zapominasz jaśnie oświecony pan o bastylji, boć i tam niejakie ma powodzenie.
— Dobrze. Bywaj zdrów!
— Najniższy sługa waszéj królewskiéj mości.
Rejent wyszedł.
Sam jeden, Dubois poruszył się niecierpliwie na krześle, potém się zamyślił, potém się po nosie podrapał a polem uśmiechnął.
Było to oznaką, że cóś ważnego postanowił.
Z tego wynikło, że wyciągnął rękę i zadzwonił. Urzędnik służbowy ukazał się niebawem.
— Pan de Launay, gubernator bastylji, będzie teraz u jego królewskiéj mości rejenta. Pilnuj na niego i przyprowadź mi go tutaj.
Służbowy się skłonił w milczeniu i wyszedł. A Dubois powrócił do swojéj złowrogiéj pracy.
Po chwili służbowy oznajmił przybycie pana de Launay.
Dubois mu podał jakąś nutę.
— Przeczytaj, wymówił. Daję ci moje rozporządzenia na piśmie, byś potém żadnéj nie miał wymówki.
De Launay czytał notę ze wszelkiemi oznakami wzrastającego przerażenia.
— Ach! więc pan mnie chcesz zgubić w opinii? zawołał nagle.
— Jakto? — Gdy się dowiedzą jutro co się stało...
— A któż na to co powie? czy ty?
— Nie ja, lecz rejent?...
— O co ten, to będzie w zachwyceniu. Ręczę ci za niego.
— Jestem gubernatorem bastyllji!
— I czy chcesz nim pozostać?
— Nie inaczej.
— Więc zrób co ci każę.
— O, to jednakże bardzo trudną jest rzeczą: mieć dozór, i na to co się dzieje zamknąć oczy i uszy.
— Więc oddaj wizytę w kominie panu Dumesnil, a drugą przez sufit Pompadourowi, mój zacny gubernatorze.
— Jakto?... Czyż to podobna?... Mówisz mi pan o rzeczach, o których nic nie wiem.
— Dowodem, żem lepiej obeznany z tém, co się w bastyllji dzieje. A gdybym ci mówił o rzeczach, które wiesz, jeszcze byś się bardziéj zadziwił.
— I cóżbyś mi pan mógł takiego powiedzieć? zapytał biédny gubernator zdumiony.
— Mógłbym ci powiedzieć, że przed tygodniem jeden z urzędników bastylji, i to zostający na wysokim stopniu, schował do kieszeni 50,000 liwrów za to, że wpuścił dwie kobiety, sprzedające jakieś tam przedmioty toaletowe...
— To były...
— Ja wiem kto one były, i po co przyszły i co robiły. Były to panny de Valois i de Charolais. A po co przyszły?... Przyszły odwiedzić księcia de Richelieu. Co robiły?... jadły karmelki aż do północy w wieży narożnéj, gdzie mają, zamiar znowu jutro powrócić; stosownie do znaków, jakiemi panna de Charolais księcia de Richelieu o tém uwiadomić kazała.
De Launay zbladł.
— Otóż, gdybym te wszystkie historje rejentowi opowiedział, który skandale takie bardzo lubi, jak to panu wiadomo, pewny pan de Launay przestałby być gubernatorem bastylji. Ależ ja milczę, bo wiem, że ręka rękę myje. Oszczędzam cię pana de Launay a więc pomóż-że i mnie.
— Jestem na usługi pańskie.
— Więc znajdę wszystko w pogotowiu?
— Przyrzekam to panu. Ale nie powiesz i słówka rejentowi?
— Za cóż mnie masz! Bywaj zdrów, panie de Launay.
— Do widzenia się panie Dubois.
I de Launay, kłaniając się ciągle, wycofał się z pokoju.
— Otóż jaśnie oświecony panie, pomruknął Dubois, teraz sprawa pomiędzy nami, i gdy jutro zechcesz wyprawić wesele swojéj córce, zabraknie ci tylko jednej rzeczy, to jest zięcia.
Właśnie gdy Gaston kawalerowi Dumesnil przesłał bilecik panny De Launay, posłyszał stąpanie na korytarzu; pospieszył uwiadomić kawalera, by się już nie odezwał i stuknął w podłogę, ażeby Pompadour spokojnie siedział: zgasił świecę i zrzucił swoje odzienie, jak gdyby się do spoczynku zabierał.
W téjże chwili drzwi otworzono i wszedł gubernator. Wiedząc, że o tym czasie nie zwykł więźniów swoich odwiedzać, Gaston zmierzył go badawczo wzrokiem i dostrzegł, że jest pomięszany. A gdy pan de Launay odbierał lampę z rąk dozorcy i na stole ją stawiał, widoczném było, że mu ręka drżała.
Dozorcy wyszli, ale Gaston dostrzegł, że u drzwi dwóch postawiono żołnierzy. Dreszcz przebiegł mu po ciele, bo to wszystko zakrawało na coś przerażającego.
— Jesteś mężczyzną, panie kawalerze, ozwał się gubernator, i żądałeś, ażebym tak do ciebie przemawiał. Słyszałem dziś wieczór, że już jesteś skazanym.
— I pan przychodzisz uwiadomić mnie, ozwał się Gaston ze zwykłą mu mocą duszy, że godzina egzekucji nadeszła.
— Nie to, ale że nadchodzi.
— I kiedyż to nastąpi?
— Mogęż panu prawdę powiedzieć?
— Będę panu za to szczerze zobowiązanym.
— Otóż jutro nadedniem.
— I gdzie?
— Na placu bastylji.
— Dziękuję panu. Jednakżeż miałem nadzieję.
— Jaką?
— Że przed śmiercią wolno mi będzie zaślubić ową panienkę, którą pan dzisiaj do mnie przyprowadziłeś.
— Czyż pan d’Argenson na to zezwolił?
— Nie, obiecał tylko prosić o tę łaskę króla.
— Może król odmówił.
— Czyż nigdy na nic podobnego nie zezwala?
— Bywa to rzadko, ale jednakżeż są przykłady.
— Jestem chrześcianinem, mój panie, przecież mi spowiednika nie odmówią?
— Jest już tutaj.
— Mogęż go widziéć?
— Za kilka minut. Zdaje mi się, że teraz jest u spólnika pańskiego.
— U mojego spólnika? u kogóż to?
— U kapitana la Jonquière.
— U kapitana la Jonquière?
— Jest on także skazanym i razem z panem będzie tracony.
— Biedny! poszepnął Gaston, a jam go posądzał!
— Pan jeszcze jesteś tak młody, i już masz umierać!
— Śmierć lat wieku nie liczy, mój panie. Bóg tak każę i niechaj się wola Jego spełni.
— Ale jeżeli można uniknąć strasznéj ostateczności, to byłoby zbrodnią poddawać jéj się tak, jak to pan czynisz.
— Nie rozumiem co pan przez to chcesz powiedziéć.
— Chcę powiedziéć, że pan d’Argenson robił panu jakieś nadzieje.
— Dosyć, mój panie. Ja nie mam nic do zeznania.
W tém zastukano we drzwi i gubernator pobiegł otworzyć.
Był to major, który panu de Launay słów kilka powiedział.
Gubernator powrócił znowu do Gastona, który, blady ale spokojny, stał, rękę opierając na krześle.
— Kapitan la Jonquière kazał mnie prosić o pozwolenie widzenia się z panem raz ostatni.
— I pan odmówiłeś? zapytał Gaston z lekkim uśmiechem ironii.
— Nie, przeciwnie, zezwoliłem w nadziei, że będzie rozsądniejszym od pana i że się porozumicie spoinie, co do zeznań jakie poczynić macie.
— Jeżeli tylko w tym celu pragnie ze mną mówić, to mu pan każ odpowiedziéć, że się z nim widzieć nie chcę.
— Jest to tylko mój domysł, a może żądanie jego ma jedynie na celu, by się z współtowarzyszem niedoli zobaczyć.
— A, skoro tak, to jak najchętniéj.
— Będę miał zaszczyt sam pana do niego zaprowadzić, mówił gubernator, kłaniając się.
— Jestem gotów.
Pan de Launay szedł naprzód, za nim Gaston, a za Gastonem dwaj żołnierze, którzy przy drzwiach stali.
Szli przez te same korytarze i dziedzińce co poprzednio i zatrzymali się przed wieżą skarbca.
Pan de Launay umieścił dwóch żołnierzy u drzwi i wszedł po dwunastu wschodach, a za nim Gaston. Dozorca, którego spotkali, zaprowadził ich do la Jonquière’a.
Kapitan znowu był w swojém podarłem odzieniu i leżał na łóżku, jak poprzednio.
Za stuknięciem drzwi odwrócił się, a że pan de Launay szedł naprzód, sądził za pewne, że tylko sam jeden przychodzi i położył się znowu.
— Sądziłem, że jałmużnik bastylji jest tutaj? przemówił de Launay.
— Był tutaj, alem go odprawił.
— A to dla czego?
— Bo nie lubię jezuitów. Czyż myślisz u licha, że potrzebuję na to księdza, ażeby z chwałą umrzéć?
— Umierać z chwałą, mój panie, jest to samo co umierać po chrześciańsku.
— Gdybym był chciał posłyszeć kazanie, byłbym zatrzymał jałmużnika, któryby się z tego lepiéj od pana był wywiązał. Ależ ja zażądałem widzieć się z panem de Chaulay.
— I otóż go masz. Mam sobie za zasadę nie odmawiać niczego tym, którzy się już niczego spodziewać nie mogą.
— Ah! jesteś tu pan? zawołał la Jonquière podnosząc się. Witam cię!
— Z boleścią widzę mój kapitanie, że odrzucasz pociechę religijną, odpowiedział Gaston.
— I ty także? Dobrze! jeżeli jeszcze z was który słówko jedno w tym przedmiocie wyrzecze, zostanę natychmiast hugenotą.
— Przepraszam, kapitanie, ale miałem sobie za obowiązek poradzić ci, ażebyś to uczynił, co ja sam dla siebie uczynię.
— Nie mam ci też tego za złe, kawalerze, i gdy zostanę ministrem spraw wewnętrznych, będę zawsze za wolnością wyznań. A teraz panie de Launay, mówił daléj la Jonquière, drapiąc się po nosie, pojmiesz bardzo łatwo, że skoro mamy udać się w spólną i tak długą podróż, radzibyśmy trochę sam na sam z sobą pogadali.
— Pojmuję to i odchodzę. Za godzinę powrócę po pana kawalera.
— Dziękuję panu, odpowiedział Gaston, kłaniając się.
Gubernator wyszedł i posłyszano jego głośno wydane rozkazy, zapewne ażeby baczność podwojoną została.
Gaston i la Jonquière pozostali sami.
— I cóż tam! ozwał się kapitan.
— A co tam! odpowiedział Gaston, miałeś słuszność i przepowiedziałeś mi wszystko.
— Otóż jestem zupełnie podobny do owego człowieka, który chodził na około Jerozolimy i wołał: biada! Chodził tak przez dni siedm, aż go rzucony z muru kamień dosięgnąć i zabił.
— Wiem, żeś i pan skazany, i że obydwaj umierać mamy.
— Co ci niejako szyki popsuło, nieprawdaż?
— Tak jest, bom dużo miał powodów, ażeby pragnąć żyć.
— Takie powody znajdą się zawsze.
— Wierzę, ależ moje są nader ważne.
— A, na to wiem tylko jeden sposób.
— Porobić zeznania? o, tego nigdy nie zrobię?
— Nie to, ale uciekać zemną.
— Jakto! uciekać z tobą?
— Tak jest. Bo ja się wynoszę.
— Czyż nie wiesz, że mają nas jutro zrana tracić?
— To też dzisiejszéj nocy się wynoszę.
— Więc uciekasz?
— Ależ tak a nie inaczéj.
— I którędyż?
— Otwórz to okno.
— I cóż?
— Zatrząśnij kratą.
— Ah mój Boże!
— I cóż?
— Można ją wyjąć.
— Z tém nie mało miałem pracy, ale dziękiż Bogu, dopiąłem celu.
— Zdaje mi się, że to sen.
— Pamiętasz, żeś mi się pytał, czyli ja także czego nie wyłamuję?
— Odpowiedziałeś mi na to...
— Że ci na to późniéj odpowiem..... A i cóż? nie byłaż to dobra odpowiedź?
— Doskonała! ale jakżeż zejść?
— Pomóż mi.
— W jaki sposób?
— Przetrząśnijmy mój siennik.
— Ah, drabinka sznurowa!
— Otóż to!
— Gdzieżeś ją zdobył?
— Przesłano mi ją zaraz pierwszego dnia w pasztecie ze skowronków, wraz z pilnikiem.
— Wyznaję, że wielkim jesteś mężem, kapitanie.
— Wiem o tém, ale dodaj, że i dobry ze mnie człowiek, bo mógłbym sam uciekać.
— Więc myślałeś o mnie?
— Żądałem się widzieć z tobą, mówiąc, ażeby cię do zeznań skłonić. Wiedziałęm, że tém ich złudzę a następnie zdurzę.
— O, to spieszmy się kapitanie.
— Cicho! róbmy przeciwnie wszystko powoli i rozważnie, mamy na to całą godzinę, a niemasz jeszcze pięciu minut jak gubernator wyszedł.
— A straż?
— Ej co tam! już ciemno.
— Ależ rów pełen wody...
— Zamarzł.
— A mury?...
— Pomyślimy o nich, gdy tam będziemy.
— Czy przytwierdzić drabinkę?
— Poczekaj, przekonam się pierwej, czy dosyć mocna. Bardzom dbały o siebie, i nie chcę nakręcić karku, ażeby mi głowy nie ścięło.
— Jesteś pierwszym kapitanem naszego czasu, kochany la Jonquière. — Ej co tam! nie z takich to ja się już wybawiłem tarapatów, odpowiedział kapitan, przyciągając ostatni węzeł swojéj drabinki.
— Czy już? zapytał Gaston.
— Już.
— Czy ja mam się pierwszy spuścić?
— Jak ci się podoba?
— Podoba mi się tak.
— A więc daléj!
— Czy ztąd wysoko?
— Piętnaście do ośmnastu stóp.
— Bagatela!
— Tak, dla ciebie, młokosa, ale nie dla mnie. Bądźmy ostrożni, proszę cię.
— Bądź spokojnym.
I rzeczywiście, Gaston zeszedł pierwszy, powoli i ostrożnie, a za nim la Jonquière, śmiejąc się w duszy i złorzecząc ile razy zadrasnął sobie palec albo gdy wiatr silniej drabinkę poruszył.
Otóżto zatrudnienie dla następcy Richelieu’ego i Mazarin’a! pomruknął sobie. Nie jestem wprawdzie jeszcze kardynałem, i w tém całe zbawienie moje.
Gaston stanął na lodzie w rowie a za nim niebawem la Jonquière. Żołnierz na straży, na wpół zmarznięty w swojéj budce, nie widział ich wcale.
— A teraz za mną! wymówił la Jonquière.
Gaston udał się za kapitanem. Po drugiéj stronie fossy czekała ich już inna drabinka.
— Więc masz spólników? zapytał Gaston.
— Czyż myślisz, że pasztet ze skowronków sam do mnie przyszedł.
— Niechżeż mi teraz kto powie, że z bastylji uciekać niemożna! zawołał Gaston wesoło.
— Mój kochany, odpowiedział mu Dubois, zatrzymując się na trzecim stopniu drabinki, wierz mi i unikaj wszystkiego, coby cię po raz drugi do bastylji zaprowadzić mogło: ręczę, iżbyś już wtedy tak szczęśliwie, jak teraz, z niéj nie wyszedł.
Doszli wierzchołka muru i ujrzeli na tarasie przechodzącą się wartę; ale żołnierz zamiast im się oprzéć, podał rękę kapitanowi, by mu pomódz stanąć na tarasie. Poczém wszyscy trzej w milczeniu i z pośpiechem, dowodzącym że znają wartość każdéj minuty, wciągnęli za sobą drabinkę i umieścili ją po drugiéj stronie muru.
Zejście po niéj odbyło się również szczęśliwie, i w drugą spuścili się fossę, także zamarzniętą.
— A teraz, ozwał się kapitan, zabierzmy tę drabinkę, by nie zaszkodzić temu biedakowi, co nam tak dobrze usłużył.
— Więc jesteśmy wolni?
— Pewnie już.
Ta wiadomość nowéj Gastonowi dodała siły, ujął drabinkę i na barki swoje ją zarzucił.
— Do licha, kawalerze! zawołał la Jonquière, widzę że ś. p. Herkules mało co znaczyłby przy tobie.
— Co tam! w téj chwili przeniósłbym całą bastylję z miejsca na miejsce.
Uszli kilkadziesiąt kroków w milczeniu, a potém zwrócili się w małą uliczkę przedmieścia ś. Antoniego. Była dopiero godzina dziewiąta, lecz zupełnie pusto na ulicach, bo wiatr dął całą siłą.
— A teraz mój kawalerze, przemówił la Jonquière, bądź tak dobrym i chodź ze mną na koniec przedmieścia.
— Pójdę z tobą choćby i do piekła.
— O, nie tak daleko, jeżeliś łaskaw, bo dla większéj ostrożności potrzeba, ażeby każdy w inną poszedł stronę.
— Cóż to za powóz?
— Mój.
— Jakto! twój?
— Tak jest.
— A, mój kapitanie, powóz i cztery konie, toćże jeździsz gdyby jaki książę!
— Tylko trzy konie, mój kochany, bo jeden jest dla ciebie.
— Jakto! pozwalasz mi jednego?
— Na tém nie dosyć.
— Jak to?
— Nie masz pieniędzy?
— Wszystko mi odebrano, com tylko miał przy sobie.
— Masz sakiewkę z pięćdziesięcioma luidorami.
— Ależ kapitanie...
— To hiszpańskie pieniądze, bierz!
Gaston ujął sakiewkę, a tymczasem pocztyljon jednego odłożył konia.
— A teraz, gdzież się udasz? zapytał Dubois.
— Do Bretanii, by się z przyjaciółmi moimi połączyć.
— Oszalałeś! Oni tak samo, jak i my, zostali skazani, i za dni dwa lub trzy ich stracą.
— Masz słuszność.
— Udaj się do Flandryi, słuchaj mnie: to jest dobry kraj. Najdalej za godzin ośmnaście będziesz na granicy.
— Dobrze odpowiedział Gaston ponuro, ja wiem dokąd się udam.
— Jedzmy! Szczęśliwéj drogi! zawołał Dubois, wychylając się z powozu. Jakiż to wiatr okropny!
— Szczęśliwéj drogi! odpowiedział Gaston.
Podali sobie ręce, a potem każdy w swoją udał się stronę.


V.
JAK NIENALEŻY DRUGICH PODŁUG SIEBIE SĄDZIĆ, ZWŁASZCZA. GDY SIĘ KTO NAZYWA DUBOIS.

Rejent, jak zazwyczaj, spędził wieczór cały u Heleny. Od dni kilku ani razu nie chybił, i chwile, które u niéj przepędzał, były mu najmilsze. Ale dzisiaj, biedna Helena, po widzeniu się z kochankiem, bardzo była smutna i wzruszona.
— Uspokój się Heleno, mówił jéj rejent, wszakżeż to jutro wasz ślub.
— Do jutra jeszcze daleko.
— Wierzaj mojemu słowu, Heleno, które cię nigdy jeszcze nie zawiodło. Mówię ci, że to jutro, bardzo szczęśliwém dla was będzie.
Helena ciężko westchnęła.
W téj chwili wszedł lokaj i coś zcicha rejentowi powiedział.
— Cóż się stało? zapytała Helena, którą zaraz wszystko trwożyło.
— Nic, moje dziecię, sekretarz mój ma jakiś pilny do mnie interes.
— Czy chcesz książę, ażebym się oddaliła.
— Na chwileczkę, tylko moje dziecię.
Helena udała się do swojego pokoju.
Równocześnie niemal otworzyły się drzwi i ukazał się Dubois zadyszany.
— Zkądże się wziąłeś znowu? zapytał rejent. I w takim ubiorze?
— Zkąd ja przychodzę? Ot z bastylji.
— A nasz więzień?
— Ha!
— Czy wszystko przygotowano do ślubu?
— Wszystko. Wasza królewska mość raczysz godzinę oznaczyć.
— A więc jutro o godzinie ósméj z rana, powtórzył Dubois, obliczając coś w myśli.
— Nad czemże myślisz?
— Obliczam, gdzie on wtedy będzie
— Kto taki?
— Więzień.
— Więzień?
— Tak, jutro o godzinie ósmej zrana będzie 40 od Paryża.
— Jakto?
— Jeżeli sobie ciągle tak pojedzie, jak widziałem....
— Co ty gadasz?
— Mówię, że niczego już do ślubu nie brakuje, tylko oblubieńca.
— Gastona!...
— Uciekł zbastylji przed pół godziną.
— Kłamiesz! niemożna uciec z bastylji.
— Przepraszam waszą królewską mość, ale kto jest na śmierć skazanym, z każdego potrafi uciec miejsca.
— Uciekł, a wiedział że jutro ma zaślubić tę, którą kocha!
— Oj, jaśnie oświecony panie, życie kosztownym jest kąskiem! A zięć waszéj królewskiéj mości ma bardzo ładną główkę i pragnie, by mu jéj od karku nie oddzielono. To rzecz bardzo naturalna!
— I gdzież on jest teraz?
— Gdzie on jest? może jaśnie oświeconemu księciu o tém jutro doniosę. Na teraz mogę tylko waszą królewską mość zapewnić, że już jest dalekim i że zapewne nie powróci.
Rejent zamyślił się głęboko.
— Naprawdę, ozwał się Dubois, że naiwność waszéj królewskiéj mości coraz w większe wprawia mnie zdziwienie. Potrzebaby nieznać serca ludzkiego, przypuszczając, że ktoś skazany na śmierć nie uciecze, jeżeli to uczynić może.
— O, panie de Chaulay!
— Ależ mój Boże! ów kawaler, ów bohater postąpił sobie tak samo, jak ostatni ciura. I dobrze zrobił!
— Dubois, a córka moja?
— I cóż córka waszéj królewskiéj mości?
— Ona umrze!
— Ej nie! Poznawszy lepiéj osobę, zapomni o nim; a wasza królewska mość wydasz ją za jakie książątko niemieckie albo włoskie.... n. p. za księcia Modeny, którego panna de Valois nie chciała.
— A jam go chciał ułaskawić!
— Sam siebie ułaskawił: uważał to za rzecz pewniejszą. Wyznaję, iżbym to samo był zrobił.
— O ty! bo ty nie jesteś szlachcicem, ty nie przysięgałeś.
— Mylisz się wasza królewska mość, przysięgłem że ochronię jaśnie oświeconego pana od zrobienia niedorzeczności, i udało mi się.
— Już dobrze, nie mówmy więcéj o tém, zwłaszcza przy Helenie. Sam ją o tém uwiadomię.
— A ja tymczasem schwycę zięcia waszéj królewskiéj mości.
— Nie! uciekł i niech z tej ucieczki korzysta.
W téj chwili zrobił się jakiś szmer niezwyczajny w przedpokoju i służbowy urzędnik pospiesznie oznajmił:
— Pan kawaler Gaston de Chaulay.
Te wyrazy zrobiły zupełnie różne wrażenie na osobach, które je posłyszały. Dubois zbladł trupio i twarz jego skrzywiła się strasznie, wyrażając gniew groźny. Rejent zaś porwał się z radością, a twarz jego żywa powlokła barwa: było tyle uciechy na jego licu, które upiększył wyraz ufności, ile rysy przebiegłe i chytre Dubois utajonéj wściekłości zdradzały.
— Niechaj wejdzie! zawołał rejent.
— Dozwól przynajmniéj wasza królewska mość, ażebym pierwej wyszedł, ozwał się Dubois.
— Ah tak! mógłby cię poznać.
Dubois się oddalił zwolna, z rzężeniem w piersi, podobny do hieny, któréj w jéj festynie i miłostkach przeszkodzono. Wszedł do przybyłego pokoju, upadł raczéj aniżeli usiadł na krzesło, stojące przy stoliku do pisania, na którym dwie paliły się świece. Widok materjałów piśmiennych ożywił w nim myśl jakąś okropną, bo cała twarz jego nagle piekielną zajaśniała radością.
Zadzwonił. Urzędnik służbowy wszedł.
— Przynieś mi pugilares z powozu mojego, rozkazał.
Uskuteczniono to w jednéj chwili, poczem Dubois kilka papierów z chciwością ujął, coś na nich dopisał z złowrogim wyrazem uciechy, schował znowu do pugilaresu i kazał się zawieść do palais-royal.
W tym czasie spełniono rozkaz rejenta i roztwarły się podwoje dla Gastona de Chaulay.
Wbiegł on z pośpiechem i stanął wprost przed rejentem. Rejent rękę mu podał.
— Jakto! pan tutaj? zawołał książę, udając zdziwienie.
— Tak, jaśnie oświecony panie, doznałem cudu za pomocą dzielnego kapitana la Jonquière: urządził wszystko do ucieczki swojéj; zażądał widziéć się zemną, niby to w celu porozumienia się co do zeznań naszych, a gdyśmy zostali sami, uciekliśmy pospołu, i to bardzo szczęśliwie.
— I zamiast uciekać, dotrzéć co rychléj do granicy, uchronić się od pogoni, przyszedłeś pan tutaj z narażeniem swojego życia!
— Wyznaję, jaśnie oświeconemu panu, odpowiedział Gaston, rumieniec się, że nasamprzód przedstawiła mi się wolność, jako rzecz najponętniejsza, najdroższa na ziemi. Pierwsze powiewy świeżego powietrza upoiły mnie, ależ i niebawem począłem rozmyślać.
— O jednéj tylko zapewne rzeczy.
— Nie, o dwóch, jaśnie oświecony panie.
— O Helenie, którą opuszczasz.
— I o przyjaciołach moich, nad którymi miecz wzniesiono.
— Więc postanowiłeś....
— Jestem do ich sprawy przykuty i niepowinienem ich odstąpić, dopóki zamiaru naszego nie spełnimy.
— Zamiaru naszego?
— Tak jest. Czyliż zamiar nasz nie jest zarazem i zamiarem waszéj ekscelencji?
— Posłuchaj mnie: sądzę, że człowiek nic nad siły swoje przedsiębrać niepowinien. Są rzeczy, których spełnieniu, zdaje się, że sam Bóg jest przeciwnym; są pewne ostrzeżenia, które mu mówią, by zaniechał przedsięwzięcia swojego. Otóż myślę, że byłoby bezbożnością niestosować się do nich, pozostać głuchym na ów głos tajemniczy. Nasze zamiary nie udały się, mój panie, nie myślmy przeto już o nich.
— Przeciwnie, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston głosem ponurym, myślmy raczéj więcéj jak kiedykolwiek o nich.
— Jesteś zapamiętałym! zawołał rejent z uśmiechem, jakżeż możesz chcieć wytrwać w przedsięwzięciu tak niepodobném do wykonania na teraz, a nawet szatanem!
— Mam na myśli, jaśnie oświecony panie, naszych przyjaciół uwięzionych, osądzonych i skazanych, jak mi to pan d’Argenson powiedział; czeka ich szafot, od którego ich tylko śmierć rejenta wybawić może. Mam na myśli przyjaciół moich, którzyby wyrzekli, gdybym Francją opuścił, żem siebie krwią ich okupił, że mi zeznania moje bramy bastylji otworzyły.
— Więc pan temu wszystko, Helenę nawet poświęcasz?
— Jeżeli żyją jeszcze, muszę ich ocalić, jaśnie oświecony panie.
— A jeżeli już nie żyją?
— Wtedy, to co innego... wtedy ich pomszczę.
— Cóż u licha, mój panie! za nadto wygórowałeś w umyśle swoim ideę heroizmu. Zdaje mi się, żeś się już dostatecznie,. co do osoby swojéj, wypłacił. Wierzaj mi, wierzaj człowiekowi, którego uznano, jako mogącego sądzić w materyi honoru. Jesteś rozgrzeszonym w obec całego świata, mój kochany Brutusie.
— Ale nie w obec mojego sumienia.
— Więc obstajesz przy swojém
— Bardziéj aniżeli kiedykolwiek. Rejent musi umrzeć, i, dodał głucho, on umrze.
— Ale nie chceszże wprzódy zobaczyć pannę de Chaverny? zapytał rejent głosem wzruszonym.
— O Tak, jaśnie oświecony panie. Ale pierwéj muszę mieć przyrzeczenie waszéj ekscelencji, że mi dopomożesz w tém przedsięwzięciu mojém. Widzisz jaśnie oświecony pan, że niemasz i jednéj chwili do stracenia; że towarzysze moi już są osądzeni i na śmierć skazani. Powiedz mi, jaśnie oświecony panie, i to zaraz, zanim Helenę zobaczę, że mnie nie opuścisz. Dozwól, byśmy niejako nowe z sobą zawarli przymierze! Jestem człowiekiem, kocham, a zatém i łatwo słabości ludzkiéj ulegającym; chcę się uzbroić przeciwko jéj żalowi i łzom. Będę się widział z Heleną tylko pod tym warunkiem, gdy mi wasza ekscelencja przyrzeczesz, że potrafię dojść do osoby rejenta.
— A gdy ci tego odmówię?
— To już nie zobaczę Heleny; juzem umarł dla niéj; po cóż ona nową ma powziąść nadzieję, by ją znowu niebawem postradać? Dosyć tego, gdy raz jeden zgon mój opłacze.
— Więc pozostajesz niezachwianym?
— Niczem niezachwianym!
— Ale cóż poczniesz?
— Pójdę czekać na rejenta, gdziekolwiek posłyszę, że on ma nadejść, i gdy go spotkam, cios śmiertelny nań wymierzę.
— Raz jeszcze ci mówię: namyśl się dobrze.
— Na mój honor, wzywam waszą ekscelencją, o pomoc, ale oświadczam zarazem, że się bez niéj obejdę, gdy mi jéj odmówisz.
— Dobrze, idź do Heleny, a gdy powrócisz zastaniesz odpowiedź moję.
— Gdzie?
— Tutaj.
— I odpowiedź ta będzie podług życzeń moich?
— Nie inaczéj.
Gaston wszedł do Heleny: klęczała właśnie przed ukrzyżowanym wizerunkiem Chrystusa i błagała, by jéj kochanek powrócił. Stuknięcie drzwi oderwało ją od modlitwy, spojrzała i mniemała, że Bóg pokazał cud, krzyknęła, wyciągnęła ręce ku Gastonowi, lecz nie mogła o własnéj powstać sile.
— O mój Boże! zawołała. Czyż to Gaston, lub cień jego?
— To ja jestem, Heleno, ja sam! krzyknął, pobiegł do niéj, i ujął jej obiedwie ręce.
— Jakżeżto?... Ty, ty sam?... Więźniem zrana a wieczorem wolny?
— Ratowałem się ucieczką, Heleno.
— I pomyślałeś o mnie!... przybiegłeś, nie chciałeś bezemnie uciekać!... O poznaję w tém mojego Gastona! otóż jestem gotowa na wszystko... Idźmy, gdzie zechcesz... Jestem twoją na zawsze.
— Heleno! nie jesteś narzeczoną zwyczajnego człowieka. Inaczéj, nie byłabyś mnie pokochała.
— O, nie, zapewne.
— A więc, Heleno, duchów wybranych większe są obowiązki a zarazem i próba wyższa. Muszę jeszcze, zanim całkiem do ciebie należéć będę, spełnić missją, z jaką do Paryża przybyłem. Oboje nieszczęsne musimy przetrwać przeznaczenie... Inaczéj być nie może, Heleno, życie nasze zależy od wypadku jednego, a wypadek ten spełni się téj nocy.
— Co mówisz?
— Posłuchajmnie, jeżeli za cztery godziny, to jest nadedniem, nie będziesz miała wiadomości odemnie, to już mnie nie czekaj, Heleno. Pomyśl że tylko śniłaś... A jeżeli uzyskasz pozwolenie, to mnie odwiedź w bastylji.
Helena zbladła, ręce jej bezsilnie opadły. Gaston ją zaprowadził znowu do klucznika, i upadła na kolana.
Potém złożył na jéj czole pocałunek braterski.
— Módl się, Heleno, dodał, bo modląc się za mnie, modlisz się za Francją i Bretaniją.
I szybko wybiegł z pokoju.
— O mój Boże! mój Boże! ocal go! ocal go mój Boże! Cóż mnie reszta świata obchodzi! błagała Helena.
Wracając do salonu, oddał służbowy Gastonowi bilecik, mówiąc że książę już się oddalił.
Bilet zawierał co następuje:
«Jest bal maskowy dzisiejszé j nocy wMonceaux. Rejent tam będzie. Ma zwyczaj zostawać sam jeden około godziny pierwszej zrana w swojéj ulubionéj szklarni, dotykającej wielkiéj galerji złoconéj. Nikt tam się nie zbliży, bo znając ten zwyczaj jego, każdy się do tegoż stosuje. Będzie ubrany w czarném domino aksamitném, u którego na lewym rękawie ujrzysz wyhaftowaną pszczołę. Ukrywa ją zaś w fałdach, gdy nie chce, ażeby go poznano. Bilet obok załączony, jest biletem, jaki dawają posłom; za tym biletem zostaniesz wpuszczony nietylko na bal, ale i do owéj szklarni, bo będą sądzili, że chcesz miéć tajemną rozmowę z rejentem. Zróbżeż z tego wszystkiego użytek, jaki ci się podoba. Powóz mój czeka na twoje rozkazy, a w nim moje własne domino.»
Przeczytawszy ten liścik, który mu do zabójstwa zamierzonego wszystkie drzwi otwierał, Gaston zbladł i pot zimny oblał mu czoło; potem nagle, jakby po stanowczym namyśle, porwał się, wypadł z salonu, zbiegł po wschodach, wskoczył do karety i zawołał:
— Do Monceaux!
W téjże chwili uchylono kryte drzwi w sztukaterjach salonu, i ukazał się książę; zwolna zbliżył się do drzwi przeciwległych, prowadzących do mieszkania Heleny, która ujrzawszy go, okrzyk radości wydała.
— A co Heleno, zapytał książę z smutnym uśmiechem, czy jesteś zadowoloną?
— O, to jaśnie oświecony pan!
— Widzisz moje dziecię, że się ziszcza to, com ci przepowiedział. Wierzaj słowom moim i miéj nadzieję!...
— O, jaśnie oświecony pan jesteś aniołem z nieba mi zesłanym, który mi na ziemi straconych zastępuje rodziców.
— Niestety, moja Heleno, ja aniołem nie jestem; ale będę się starał zastąpić ci ojca, i to ojca czułego.
I książę ujął rękę dziewczęcia, by ją do ust ponieść, ale w téj chwili uniosła ku niemu głowę i usta jego, jej młodego dotknęły się czoła.
— Widzę, że go bardzo kochasz, wymówił książę.
— Błogosławieństwo dla jaśnie oświeconego pana!
— Oby twoje życzenia przyniosły mi szczęście!
I uśmiechając się pożegnał Helenę.
Wsiadł do powozu i zawołał na stangreta:
— Zajedź przed palais-royal, ale pamiętaj, że już tylko masz kwandrans czasu, by mnie zawieść do Monceaux.
Powóz z gwałtowną szybkością popędził z miejsca.
Równocześnie, gdy cwałujące konie zatrzymały się pod perystylem, oddalał się z pałacu kurjer, pędząc co koń mógł uskoczyć.
Dubois, śledząc oddalenie się jego, zamknął okno i z zadowoleniem wrócił w głąb mieszkania.


VI.
MONCEAUX.

Tymczasem Gaston zbliżał się do Monceaux.
Stosownie do słów księcia, znalazł w karecie maskę i domino: maska była czarna aksamitna a domino z fiołkowego atłasu. Przybrał się w to wszystko, gdy mu się nagle przypomniało, że żadnéj nie miał broni.
Wychodząc z bastylji pobiegł był prosto na ulicę du Bac, a teraz nie śmiał już udać się do swojego dawnego mieszkania pod Muids d’amour, ażeby go nie poznano i nie przyaresztowano. Nie śmiał także kazać zbudzić którego z nożowników, by kupnem puginału nie wzniecić podejrzenia. Powiedział więc sobie, że za przybyciem do Moneceaux potrafi jakąkolwiekbądź broń dostać.
Ale im więcéj się zbliżał, czuł, że nie tyle mu broni co odwagi zbywa. Odbyła się straszna w jego wnętrzu walka: duma i ludzkość biegły z sobą w zapasy, i musiał w pamięci swojéj przywołać przyjaciół uwięzionych, osądzonych, skazanych na śmierć okrutną i hańbiącą, ażeby tym strasznym obrazem utwierdzić się na nowo w przedsięwzięciu swojém. To téż gdy powóz zatrzymał się przed pawilonem pałacu w Monccaux, czoło jego zimnym oblane było potem, pomimo mrozu silnego i śniegu, który wszystko pokrywał w około; i z przestrachem pod maską swoją: słowo Już! wyszeptał.
Otworzono drzwiczki u karety, i potrzeba było wysięść. Nadto poznano i powóz księcia, używany zwykle do jego tajemnych wycieczek, i służba nadbiegła, ażeby być gotową do wszelkiéj posługi.
Gaston nie uważał na tę jéj gorliwość. Wysiadł dość pewnym krokiem z powozu i oddał swój bilet, chociaż doznał pewnego rodzaju odurzenia. Lokaje z uszanowaniem rozstąpili się przed nim, dając niejako poznać, że okazanie biletu wolnego wejścia zupełnie zbyteczném było.
Było wówczas w zwyczaju, że się wszyscy maskowali, a więcéj jeszcze mężczyźni, przeciwnie zwyczajom dzisiejszym, aniżeli kobiety. Kobiety nawykłe były do rozprawiania wolnego o wszystkiém, i przyznać należy, że rozprawiać umiały. Maska im nie służyła ażeby się pod nią z nicością swoją ukrywały: bo w wieku ośmnastym wszystkie kobiety były rozumne i dowcipne. I nie ukrywały pod nią także swojego stanu podrzędnego: bo w wieku ośmnastym każda ładna kobieta niebawem otrzymała tytuł i znaczenie, dowodem tego są: księżna de Chateauroux i hrabina Dubarry.
Gaston nie znał tutaj nikogo, ale instynktowo odgadł, że się znajduje wśród najpiękniejszego kwiecia towarzystwa spółczesnego. Z mężczyzn byli tam pp. de Noailles, de Brancas, de Conilhac, de Byron, de Saint-Simon, Noce’ i de Broglie; zebranie kobiet może pod względem rodowości nie tyle było wyszukaném ale zapewne złożone z również wykształconych i dowcipnych, i prócz kilku dam wielkich imion, które się w Sceaux i St. Cyr przy boku pani du Maine i de Maintenon na dwór teraźniejszy dąsały, cała arystokracja otaczała księcia, który z całéj rodziny był najwaleczniejszym i najbardziej popularnym. Brakowało tam tylko przy téj reprezentacji ubiegłego wieku nieprawych dzieci Ludwika XIV i króla.
I rzeczywiście, że nikt w świecie nie umiał tak urządzić wielkich festynów jak rejent, zgadzali się na to nawet i nieprzyjaciele jego. Owa wystawność tak gustowna, ta wielość przecudnych kwiatów woniejących po salonach, te miljony świateł rozmnożonych w dwójnasób w rozlicznych zwierciadłach! owi książęta, ambassadorowie, kobiety prześliczne, strojne i wesołe, wszystko to czarodziejskie wrażenie na młodym parafianinie zrobiło; który w oddaleniu w rejencie tylko zwyczajnego widział człowieka, a obecnie zobaczył w nim króla, i to króla który był potężny, rozumny, uprzejmy, wesoły, kochany a przedewszystkiém popularny i narodowy.
Gaston czuł, że woń tego wszystkiego go upaja. Piękne oczy z pod masek przeszywały go jakoby ostrza ogniste. A serce jego zadrżało, gdy szukając wśród tylu głów téj, któréj cios śmiertelny miał zadać, dostrzegł domino czarne aksamitne. Przebiegał popychany i popychający te tłumy, które go jak bałwany lekką łódkę bez sternika i żagli, unosiły dalej a dalej; i pod owemi podnietami poezji, która go otaczała, na przemian to wesoła to smutna, mniemał że raz jest w raju i znowu w piekle.
I gdyby nie larwa kryjąca mu twarz, każdy, widząc wzburzone rysy jego, byłby od razu wyrzekł: «ot, to jest morderca!«
Mówił sam sobie, że to było podłością przyjść w dom księcia, zniszczyć prawa gościnności, zamienić te jasne światła w pochodnie grobowe, zbryzgać krwią owe świetne obicia, zanieść trwogę i przerażenie pomiędzy wesołe odgłosy zabawy, i myśl ta odjęła mu odwagę i zwrócił się ku drzwiom.
— Zabiję go na dworze ale nie tutaj, poszepnął.
W tém przypomniał sobie wskazaną mu przez księcia szklarnię, do któréj mu miany przy sobie bilet drogę miał otworzyć, i dodał:
— On przewidział, że się tych tłumów ulęknie, on odgadł że jestem tchórz.
Drzwi do których się był zwrócił, prowadziły do galerji, w któréj zastawiono bufet. Każdy tutaj przychodził, by się posilić. I Gaston do niego się zbliżył, ale nie, ażeby coś zjeść lub wypić, ale, ażeby broń jaką zdobyć. Wybrał sobie nóż długi i wąski, i spojrzawszy w około, czyli kto na niego nie zważa, ukrył go z posępnym uśmiechem pod swoje domino.
— Nóż! poszepnął, nóż! Otóż i podobieństwo z Ravaillac’iem ’zupełne. Toćże on jest wnukiem Henryka IV!
Zaledwie myśl ta mu błysnęła, gdy obracając się widział zbliżające się do siebie niebieskie domino. O parę kroków za témże postępowała kobieta i mężczyzna w jednakowych maskach. Niebieskie domino w téjże chwili dostrzegło, że jest ściganém, obróciło się do tych dwóch masek, powiedziało kilka rozkazujących słów mężczyźnie, który z uszanowaniem głowę przed niém skłonił, i powróciło do pana de Chaulay.
— Pan się wahasz, ozwał się do Gastona znanym mu głosem.
Gaston odsłonił swoje domino i pokazał mu pod niém ukryty błyszczący nóż.
— Widzę nóż, który błyszczy, ale zarazem i rękę drżącą.
— Prawda, jaśnie oświecony panie, odrzekł Gaston; wahałem się, drżałem, jużem gotów był uciec, ale otóż i wasza ekscelencja, Bogu dzięki!
— Dobrze! a oważ dzika odwaga? zapytał książę drwinkującym głosem.
— Nie odbiegła mnie.
— Cóż się więc z nią stało?
— Jaśnie oświecony panie, jestem u niego!
— Tak, ale nie jesteś w szklarni.
— Nie mógłbyś mi go jaśnie oświecony pan pokazać, ażebym się do obecności jego przyzwyczaił, ażebym się umocnił w nienawiści, jaką mam dla niego; bo nie wiem jak go doścignę w téj ciżbie.
— Dopiero co był przy tobie.
Gastona dreszcz przejął.
— Przy mnie? zapytał.
— Tuż przy tobie, tak jak ja teraz, odpowiedział książę poważnym tonem.
— Pójdę do szklarni jaśnie oświecony panie, pójdę zaraz.
— A to daléjże.
— Jeszcze chwilkę, aż ochłonę.
— Bardzo dobrze. Wiesz, że szklarnia jest na końcu tej galerji. Ot drzwi zamknięte.
— Nie powiedziałżeż mi księże, że za okazaniem tego biletu lokaje mi je otworzą?
— Tak, ale lepiéj że je sobie sam otworzysz, bo lokaje mogliby twojego oczekiwać powrotu.
Skoroś pan tyle wzruszony przed czynem, cóż to dopiéro potém będzie; może i rejent od razu nie padnie, krzyknie, będzie się bronił; na krzyk jego nadbiegną, schwycą pana, a wtedy pożegnaj się z wszelką nadzieją przyszłości. Pomniéj o Helenie, która ciebie czeka.
Niepodobna wysłowić co się w czasie téj mowy księcia działo w sercu Gastona, a książę starał się śledzić każde wrażenie jego twarzy i uderzenie serca.
— I cóż mam począć? Cóż mi książę radzisz? zapytał Chaulay stłumionym głosem.
— Gdy staniesz u drzwi szklarni, wprost galerji, zwróciwszy na lewo...
— Widzę je.
— Domacaj niżéj klamki wyrzeźbioną gałkę; naciśniéj ją a drzwi się otworzą, jeżeli wewnątrz nie są zamknięte, ale rejent nie przypuszczając niczego, zapewne téj przezorności nie miał. Przeszło dwadzieścia razy miałem tam tym sposobem posłuchanie prywatne. Jeżeli tam jest, poznasz go zaraz po czarném domino i złotéj pszczole.
— Tak, wiem już, wiem, mówił Gaston, sam nie wiedząc co mówi.
— Nie wiele na ciebie liczę tego wieczora.
— Ah jaśnie oświecony panie! bo chwila stanowcza się zbliża, mam zamienić całą przeszłość moję w przyszłość niepewną, w przyszłość zhańbioną może a w każdym wypadku zgryzotami zatrutą.
— Zgryzotami zatrutą! Skoro się spełnia czyn za sprawiedliwy uznany, czyn przez własne nakazany sumienie, wówczas nie doznaję się zgryzot. Czyż zwątpiałeś o świętości sprawy waszéj?
— Nie, bynajmniéj. Ależ waszéj ekscelencji łatwo tak mówić. Żyjesz dotąd tylko ideą a ja już doszedłem do czynu. Wasza ekscelencja jesteś tylko głową a ja ręką. Wierzaj mi książę, dodał Gaston ponuro i głosem przez wzruszenie stłumionym, że to jest straszną, okropną rzeczą, zabić człowieka bezbronnego, pełnego ufności, uśmiechającego się do swojego mordercy. Mniemałem, że jestem odważny i silny ależ to zapewne z każdym tak się dzieje, który jak ja, do podobnie strasznego zobowiązał się przedsięwzięcia. W chwili uniesienia, zapału, nienawiści, żądzy zemsty, wykonywa się nieszczęsną przysięgę. Potém gorączka się uśmierza, zapał ostyga, nienawiść maleje, żądza zemsty się łagodzi, a z dniem każdym zbliża się straszna chwila stanowcza, i z drżeniem zgrozy poznajemy zbrodnię, którą zobowiązaliśmy się wykonać. I wreszcie nieszczęsna godzina wybije, i widzimy przed sobą ofiarę. naszą... O! wtedy, wierzaj mi książę, że i najodważniejszy truchleje, bo morderstwo zawsze jest morderstwem. Uczujemy, że nie jesteśmy panami sumienia naszego ale raczéj jego niewolnikami. Rozgrzany zapałem, czyniąc takie przedsięwzięcie, każdy sobie mówi: «Jestem wybranym!« a po spełnionym czynie z schyloném ku ziemi czołem, wyrzecze: «Jestem przeklęły!«
— Jeszcze masz czas, pochwycił księże wzruszony.
— O nie, nie, wasza ekscelencja wiesz jak nieszczęsne zrządzenie losów mnie ku temu czynowi popycha. Spełnię straszny obowiązek jaki na mnie włożono: serce zadrży ale dłoń pozostanie silną. Gdybym tam nie miał przyjaciół, których życie od tego zależy; gdyby nie było Heleny, którą albo żałobą pokryć albo krwią obryzgać muszę, o! wołałbym raczéj pójść na rusztowanie, bo wszakżeż ono nie jest karą tylko zbawieniem.
— Ha! skoro tak, to widzę, że chociaż ze drżeniem, to jednakże do czynu przystąpisz.
— Bądź wasza ekscelencja o tém przekonanym i módl się za mnie, bo za pół godziny wszystko będzie dokonaném.
Książe zrobił mimowolne poruszenie, któremu jednak lekkie skinienie głowy towarzyszyło, a potem znikł w tłumie.
Gaston pobiegł do otwartego na balkon, okna, zaczerpnął zimnego powietrza by ochłodzić krew, która w żyłach jego wrzawa, i uderzając mu do głowy, wzrok ćmiła. Ale płomień palący jego wnętrze nie przygasał, i owszem palił go coraz straszniéj. Wbiegł do galerji, zbliżył się do szklarni, cofnął się, znowu pobiegł ku drzwiom, dotknął się ręką klamki, lecz zdawało mu się, że kilka osób stoi opodal i śledzą poruszenia jego; odskoczył znowu i powrócił na balkon; po chwili usłyszał uderzenie godziny pierwszéj na pobliskim kościele.
— O teraz, poszepnął, teraz już chwila nadeszła i wahać się dłużéj nie mogę. Boże! oddaję ci duszę moje. Żegnam cię, żegnam, Heleno!
Krokiem wolnym lecz pewnym przebiegł wśród ciżby, stanął, u drzwi szklarni, przycisnął sprężynę, i drzwi otworzyły się zcicha. Zaćmiło mu się w oczach i mniemał, że na innym znajduje się świecie. Tony oddalonéj muzyki dolatywały go jakby dziwna jakaś pełna uroku melodja; po sztucznych pachnidłach otoczyła go cudna woń kwiatów, po blasku tysiąca świateł, czarowne pół światło z kilku lamp alabastrowych, ukrytych wśród krzewów; a po-za bujnemi liśćmi roślin zwrotnikowych, dostrzeżono przez okna szklarni smutne drzewa ogołocone z swych ozdób i ziemię pokrytą śniegiem, jakby wielkim całunem.
Wszystko się zmieniło, nawet i powietrze. Gastona dreszcz zimny przebiegł. Posunął się kilka kroków naprzód a potem znowu nagle przystanął. Sprzeczność téj cudnéj zieloności w około, pysznych drzew pomarańczowych kwieciem pokrytych, magnoliów, róż i aloesów, z widzianemi przed chwilą salonami złocistemi odurzyła go. Bo straszniejszém jeszcze wydawało mu się morderstwo w pośród téj pięknéj natury, chociaż sztuką wywołanéj. Piasek pod jego stopą był miękkim jak młoda trawka a wodotryski sięgające drzew najwyższych, roznosiły w około swój szmer jednodźwięczny i żałosny.
Gaston znowu szedł naprzód; udał się chodnikiem krętym, jakie w angielskich parkach bywają. Nic prawie w około rozróżnić nie mógł, tak był zmięszany a zarazem obawiał się, by nie dostrzedz czego.
Wzrok jego sięgał murów a lękał się ujrzyć jaką ludzką postać. Nieraz szmer upadającego listka doleciał jego ucha, a gdy się zwrócił, zkąd dochodził, przejmował go przestrach, czyli nie zobaczy we drzwiach majestatyczną postać czarną, któréj nadejście miało być urzeczywistnieniem trwożącego go marzenia.
Chwila ubiegła, on ciągle daléj postępował.
Wreszcie, pod szerokiemi liśćmi pięknéj katalpy, wśród licznych i bujnie kwieciem okrytych rododendronów, wśród tysiąca róż woniejących, ujrzał widmo czarne na siedzeniu z mchu usłaném, obrócone tyłem do niego.
Na ten widok krew gwałtownie uderzyła mu do serca a potém do skroni; usta z przerażenia zadrżały, a ręka zimnym oblana potem szukała nadaremnie podpory jakiejś.
Czarne domino nie ruszało się wcale.
Gaston cofnął się mimowolnie; dłoń puściła rękojeść noża, który lewym łokciem silnie do siebie przyciskał. Wreszcie rozpaczne zrobił wysilenie, zmusił uginające się pod nim nogi do dalszego pochodu, konwulsyjnie ściśnione palce znowu ujęły rękojeść noża i z tłumionym głuchym jękiem zbliżył się do rejenta.
W téj chwili czarna postać lekkie zrobiła poruszenie i na jéj lewéj ręce nie zajaśniała lecz błysnęła Gastonowi złota pszczółka tysiącem promieni.
Ale w miarę jak się domino ku niemu zwracało, ręka Gastona drętwiała i biała piana osiadała mu na ustach. Zadzwoniły mu zęby z przerażenia, bo jakiś dziwny domysł serce mu nagle przytłoczył. Domino powstało; twarz jego nie miała maski i Gaston poznał księcia d’Oliwares.
Zbladł trupio i zamilkł, jakby piorunem rażony.
Rejent będący jedną i tąż samą z księciem d’Oliwares osobą, o czém Gaston wątpić nie mógł, zatrzymał swoję majestatyczną i spokojną postawę. Spojrzał na rękę, trzymającą nóż, i nóż upadł na ziemię. Potém spojrzał z uśmiechem smutnym i łagodnym na Gastona, który upadł na kolana swoje, jak drzewo siekierą podcięte.
Żaden z nich słowa nie przemówił. Słyszano tylko głuchy jęk w piersiach Gastona i jednostajny szmer wody.


VII.
PRZEBACZENIE.

— Powstań pan, ozwał się rejent.
— Nie, o nie, jaśnie oświecony panie, krzyknął Gaston uderzając czołem ziemię, o! jam u nóg waszéj królewskiéj mości umrzéć powinien.
— Umrzéć! przecież widzisz, że ci przebaczam.
— Oh! ukarz mnie wasza królewska mość, przez litość, bo chyba, że mną strasznie pogardzasz, skoro mi przebaczyć możesz!
— Więc nie odgadłeś?
— Czego?
— Przyczyny, dla któréj ci przebaczam.
Gaston jednym rzutem myśli całą objął przeszłość: swoję młodość smutną i samotną, nieszczęsną śmierć brata, swoję miłość dla Heleny, długie dni rozłączenia z nią, noce krótkie, które pod jéj oknem spędzał; sporną podróż do Paryża, dobroć i względy dla niéj księcia, a nakoniec tę niespodzianą łaskawość; lecz w tém wszystkiém niczego odgadnąć nie zdołał.
— Podziękuj Helenie, przemówił książę, widząc iż on napróżno myśl swoję trudzi, podziękuj Helenie, bo jéj to zawdzięczasz życie.
— Helenie! poszepnął Gaston.
— Nie mogę ukarać kochanka córki mojéj.
— Helena jest córką waszéj królewskiéj mości? a ja chciałem zabić jéj ojca!
— Przypomnij sobie coś przed chwilą był wyrzekł: idzie się jako wybrany do spełnienia czynu a wraca jako morderca; niekiedy nawet wraca się straszniejszym od mordercy zbrodniarzem: ojcobójcą! bo wszakżeż jestem niemal ojcem twoim? dodał — książę, podając mu rękę.
— Litości, jaśnie oświecony panie!
— Szlachetne masz serce, Gastonie!
— A wasza królewska mość szlachetnym jesteś księciem, i odtąd ciałem i duszą do waszéj królewskiéj mości należę: gotowym przelać całą krew moję za jednę łzę Heleny, za jeden wyraz waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci, Gastonie, odrzekł książę z uśmiechem; wynagrodzę szczęściem to poświęcenie twoje.
— Wasza królewska mość szczęśliwym mnie czynisz. O panie! Bóg mnie karze, że mi tak wielkie dobro za tyle złego, jakie popełnić chciałem, wasza królewska mość oddajesz.
Rejent się uśmiechnął na to uniesienie radości naiwnéj, gdy drzwi zlekka uchylono, i weszło domino zielone. Zbliżało się zwolna, a Gaston się cofnął, jak gdyby był odgadł, że ono koniec jego szczęściu przynosi. Książe wyczytał z rysów jego, że coś nowego zaszło i obrócił się nagle.
— Kapitan la Jonquière! krzyknął Gaston.
— Dubois! pomruknął książę i brwi zmarszczył.
— Jaśnie oświecony panie, zawołał Gaston z przerażeniem, kryjąc w dłoniach twarz śmiertelnie zbladłą, jestem zgubiony! Nie chodzi tu już o mój ratunek, zapomniałem o honorze moim, zapomniałem o przyjaciołach w Nantes!
— O przyjaciołach swoich, mój panie? odpowiedział książę zimno. Myślałem, że żadnéj już spółki z takimi nie masz ludźmi?
— Wasza królewska mość wyrzekłeś, że szlachetne mam serce; o racz zawierzyć słowu mojemu, że Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i Ducouëdic, tak samo szlachetne posiadają serca.
— Szlachetne serca! powtórzył książę tonem pogardy.
— Tak, jaśnie oświecony panie, powtarzam to raz jeszcze.
— I czy wiesz biedny chłopcze, który ich ślepém byłeś narzędziem, jakie oni mieli zamiary? Otóż te szlachetne serca przedsięwzięły oddać ojczyznę obcym i wykreślić Francją z liczby państw i wielkich narodów. Jako szlachta powinni byli dać przykład odwagi i cnoty obywatelskiéj, a dali przykład podłości i zdrady. I cóż? nic nie odpowiadasz, spoglądasz w ziemię. Może szukasz sztyletu swojego? leży u nóg twoich; podnieś go, jeszcze czas.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, składając dłonie, wyrzekam się moich zamysłów morderczych; wyrzekam ich się, złorzecząc im, i u stóp waszéj królewskiéj mości błagam o przebaczenie. Ale jeżeli przyjaciół nie ocalisz, wtedy na klęczkach proszę, każ mnie wasza królewska mość przed spólnikami moimi stracić. Gdy oni umrą a ja pozostanę przy życiu, honor mój z nimi umrze. Późniéj wasza królewska mość, że tu chodzi o honor imienia, jakie córka jaśnie oświeconego pana miała nosić.
Rejent pochylił głowę i odrzekł:
— To jest niepodobna, mój panie: zdradzili Francją, i umierać muszą.
— A więc i ja z nimi umrę: i ja zdradziłem Francją, a co więcéj, chciałem zabić jaśnie oświeconego pana.
Rejent spojrzał na Dubois, a spojrzenie to nie uszło uwagi Gastona. Dubois się uśmiechnął a Gaston zrozumiał, że jak z fałszywym księciem d’Oliwares, tak samo i z fałszywym la Jonquière miał do czynienia.
— Nie, ozwał się Dubois do Gastona, pan z tych powodów nie umrzesz. Nie pojmujesz-że, iż są zbrodnie, którym rejent ma władzę ale nie prawo przebaczać?
— Ale wśzakżeż mnie przebaczył! zawołał Gaston.
— Lecz bo jesteś małżonkiem Heleny! odrzekł książę.
— Mylisz się wasza królewska mość, nie jestem nim i nigdy nie będę. A że takie poświęcenie pociąga śmierć za sobą, więc i ja umrę, jaśnie oświecony panie.
— Ba! pochwyci! Dubois, nie umiera się już z miłości; miało to miejsce za czasów pana d’Urfé i panny de Scuderi, ale nie teraz.
— Tak, może pan masz słuszność, ale pchnięcie sztyletem zawsze uśmiercić potrafi. I Gaston się schylił, podniósł nóż z ziemi z wyrazem, który żadnéj wątpliwości nie pozostawił.
Dubois się nie ruszył; książę posunął się o krok jeden.
— Rzuć to ostrze! krzyknął tonem nakazującym.
Gaston już je do piersi swoich wymierzył.
— Rzuć ten nóż! powtórzył książę.
— Życie dla moich przyjaciół, jaśnie oświecony panie!
Rejent się znowu do Dubois zwrócił, który miał ciągle uśmiech szyderczy na ustach.
— Dobrze, oni będą żyli! wyrzekł rejent nakoniec.
— O jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston porywają rękę jego, ażeby ją do ust ponieść. Wasza królewska mość jesteś równym Bogu na téj ziemi!
— Wasza królewska mość popełniasz błąd nie do poprawienia, przemówił Dubois zimno.
— Jakto! krzyknął Gaston, więc pan jesteś...
— Opatem Dubois, do usług pańskich, odpowiedział fałszywy la Jonquière z ukłonem.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, idź wasza królewska mość tylko za głosem serca swojego, błagam o to!
— Niech wasza królewska mość nic nie podpisuje, mówił znowu Dubois.
— Podpisz jaśnie oświecony pan! podpisz wasza królewska mość! błagał Gaston. Przyrzekłeś łaskę dla moich przyjaciół, a słowo to jest świętem!
— Dubois, ja podpiszę, wyrzekł książę.
— Wasza królewska mość tak postanowiłeś?
— Dałem słowo moje.
— Więc jak się waszéj królewskiéj mości podoba.
— I to zaraz, zaraz, nieprawdaż, jaśnie oświecony panie? wołał Gaston. Mimowolnie strasznéj doznaję trwogi. O łaskę, o łaskę dla nich błagam!
— Ej, mój panie, skoro wasza królewska mość przyrzekłeś, to wszystko jest jedno, czy to nastąpi kilka minut wcześniéj lub późniéj, wtrącił Dubois.
Rejent na niego niespokojnie spojrzał.
— Tak, masz słuszność, nie należy odwlekać... Zaraz... Twoją tekę, opacie, spieszmy się, Gaston jest niecierpliwy.
Dubois się skłonił, pobiegł ku drzwiom, oranżeryi, zawołał lokaja, odebrał z rąk jego tekę, wyjął z niéj czysty arkusz papieru, napisał na nim ułaskawienie, które książę niebawem podpisał.
— A teraz kurjera, co tchu! zawołał książę!
— Kurjera? powtórzył Gaston. O nie potrzebny on!
— Jakto?
— Nigdyby dosyć nie pospieszał: ja sam, polecę, jeżeli wasza książęca mość na to zezwolisz. Każda chwila, którą zyskam, uwolni nieszczęśliwych od strasznych udręczeń.
Dubois brwi zmarszczył.
— Tak, masz słuszność, wyrzekł rejent, jedz raczéj sam.
I dodał z cicha:
— A pamiętaj tego rozkazu z rąk nie wypuszczać.
— Wasza królewska mość więcéj się jeszcze od pana de Chaulay spieszysz, pochwycił Dubois, i zapominasz, że jest ktoś w Paryżu, co będzie sądził, że on umarł skoro go nie ujrzy.
Te wyrazy uderzyły Gastona i przypomniały mu Helenę, Helenę, którą niespokojną i strwożoną zostawił; Helenę, która go oczekiwała, i któraby mu nigdy nie przebaczyła, że wyjechał z Paryża bez widzenia jéj poprzednio.
Chwila jedna zdecydowała go: pocałował w rękę rejenta, odebrał ułaskawienie, skłonił się ministrowi, i już miał wychodzić, gdy książę zawołał.
— Ale ani słowa Helenie o tajemnicy, którą ci odkryłem, nieprawdaż? Dozwól, bym jéj to sam powiedział, że ona jest córką moją: tylko tej nagrody żądam.
— Świętym mi jest rozkaz waszéj królewskiéj mości, odpowiedział Gaston aż do łez wzruszony.
I skłoniwszy się po raz drugi, wybiegł z szklarni.
— Tędy! wołał za nim Dubois. Jesteś rzeczywiście tak pomieszanym, iżby naprawdę sądzono, żeś kogo zabił i przyaresztowanoby pana. Przejdź przez ten lasek a dojdziesz do drzwi, wiodących na ulicę.
— O dziękuję! pan pojmujesz że każda zwłoka.....
— Może być nieszczęsną. Właśnie też dlatego, dodał Dubois z cicha, wskazałem ci najdłuższą drogę.
Gaston wybiegł. Dubois ścigał go przez chwilę wzrokiem; a gdy mu znikł z oczu, zwrócił się do księcia.
— Jaśnie oświecony pan jesteś niespokojnym, jak mi się zdaje? zapytał.
— Tak jest, rzeczywiście, odpowiedział książe.
— I dla czego?
— Mało się opierałeś temu czynowi dobremu, i właśnie to mnie dręczy.
Dubois uśmiechnął się.
— Dubois, ty coś knujesz!
— Nie, jaśnie oświecony panie, bo1 wszystko już zrobione.
— I cóżeś tedy zrobił?
— Znam waszą królewską mość.
— A więc?
— Wiedziałem co nastąpi.
— Cóż dalej?
— Domyślałem się, że wasza królewska mość nie spoczniesz, dopóki tego ułaskawienia nie podpiszesz.
— Mów dalej!
— Otóż i ja wysłałem kurjera.
— Ty!
— Tak jest. Czyż niemam prawa wysełać kurjerów?
— Zapewne, mój Boże! Ale jakiż rozkaz powiózł ten kurjer?
— Rozkaz spełnienia wyroku.
— I już pojechał?
Dubois dobył zegarka.
— Przed dwiema godzinami.
— Nikczemniku!
— O, jaśnie oświecony panie, po cóż zawsze te wielkie wyrazy! Każdy ma swoje interesa. Ocal wasza królewska mość pana de Chaulay, skoro ci się tak podoba, że jest zięciem jaśnie oświeconego pana. Ale dozwól ażebym ja waszą królewską mość ocalił.
— Tak, ale ja znam Gastona: on wyprzedzi twojego gońca.
— Nie, jaśnie oświecony panie.
— Cóż znaczą dwie godziny dla człowieka tak wielkiego serca. On poleci lotem błyskawicy.
— Gdyby to kurjer mój tylko dwie miał godziny, ależ on ich będzie miał trzy.
— Jakto?
— Bo młodzieniec jest zakochany, i dawszy mu godzinkę, by swoję lubą pożegnał....
— O żmijo!... Teraz rozumiem wyrazy twoje wyrzeczone przed chwilą.
— Był w jakimś rodzaju entuzjazmu i byłby mógł o swojéj zapomniéć miłości. Jaśnie oświecony pan znasz zasadę moję: że nie należy ufać pierwszym popędom, po pierwsze zwykłe bywają dobre.
— Jest to haniebna zasada! — Potrzeba albo być albo nie być dyplomatą, jaśnie oświecony panie.
— Dobrze, uprzedzę go o tem, odrzekł książę, idąc ku drzwiom.
— Jaśnie oświecony panie! zastąpił mu Dubois drogę i wyjmując przygotowany na ten cel papier z pugilaresu, dodał z całą mocą, na jaką się mógł zdobyć: jeżeli wasza królewska mość to uczynisz, to racz pierwej dymissją moję podpisać. Pożartujmy sobie niekiedy, ale Horacy powiedział: Est modus in rebus. Był to wielki człowiek ten Horacy; a dodam jeszcze, że i grzeczny zarazem. Dosyć już téj polityki na dzisiaj, jaśnie oświecony panie. Wróćmy na bal, a jutro wieczorem już wszystko jak najlepiéj zakończoném będzie. Francja się ocali od czterech najzawziętszych nieprzyjaciół swoich, a jaśnie oświecony pan otrzymasz zięcia bardzo miłego, którego, daję na to moje słowo opata, przekładam nad pana de Riom.
I po tych słowach wrócili pospołu na salę balową: Dubois wesół i tryumfujący, a książę smutny i zamyślony, ale przekonany, że minister jego miał słuszność.


VIII.
OSTATNIE WIDZENIE SIĘ.

Tymczasem Gaston pełen uniesienia radości wbiegł byt z szklarni, bo go opuścił tłoczący go strasznie ciężar, który od pierwszéj zaraz chwili przyłączenia się do związku, tak go przygniatał, że zaledwie usiłowania Heleny niekiedy tylko ulgę mu przynieść zdołały.
Teraz po owych krwawych marzeniach zemsty, nastąpiły sny złote miłości i sławy. Helena nie była już tylko kobietą miłą i piękną, pełną miłości i uczucia, ale zarazem i księżniczką krwi, jedném z bóstw owych, których jednę pieszczotę każdy najczystszą krwią swoją chętnieby okupił, gdyby one, słabe jak inne śmiertelnice, nie oddawały jéj za darmo.
A potém dostrzegł Gaston w sercu swojém, które całkiem jedynie li sądził być przepełnioném miłością, w zakątku jednym uśpioną przez czas jakiś żądzę sławy. Jakież mu wielkie szczęście zabłysło, i czyliż mu go Lauzun i Richelieu nie pozazdroszczą? Dla niego nie istniał żaden Ludwik XIV, żądając, ażeby został wygnańcem lub zrzekł się kochanki swojéj; żaden ojciec rozgniewany, że dumie jego stanął zwyczajny szlachcic na przeszkodzie, nie tamował mu szczęścia; lecz przeciwnie, pan możny i kochający córkę swoję, tak czystą i szlachetną, był przyjacielem jego i chętnie mu ją oddawał.
Zdawało się Gastonowi, że serce jego nie obejmie tyle szczęścia i radości, bo widział ocalenie przyjaciół swoich, swoję przyszłość zapewnioną, a Helenę córką rejenta. Kazał stangretowi popędzać co koń mógł wyskoczyć, i w przeciągu kwadransa stanął na ulicy du Bac.
Drzwi się otworzyły i posłyszano krzyk niewieści. Helena czekała powrotu jego przy oknie, widziała powóz zajeżdżający, poznała go, i pełna radości wybiegła naprzeciwko kochanka.
— Wszyscy ocaleni! zawołał Gaston na jéj widok, wszyscy! przyjaciele moi, i ja, i ty!
— O mój Boże! wymówiła blednąc, więc go zabiłeś?
— Nie, nie, dzięki Bogu! O Heleno, cóż to za człowiek ten rejent! ah jakież to serce! O, kochaj go, moja Heleno! nieprawdaż, że i ty go kochasz?
— Tłumacz się wyraźniéj, Gastonie.
— Chodź, pomówimy teraz o sobie. Mam tylko chwil kilka wolnych. Lecz książę ci wszystko opowie.
— Ale jedno przedewszystkiém: jakiż jest los twój, Gastonie?
— Najpiękniejszy w świecie! Będę mężem twoim, a przytém czczonym i bogatym, Heleno. Ja szaleje ze zbytku szczęścia.
— I zostaniesz się przy mnie?
— Nie, wyjeżdżam w téj chwili.
— Mój Boże!
— Ale wracam wkrótce.
— Więc będziemy jeszcze rozłączeni
— Najwięcéj trzy dni, trzy dni tylko! Jadę, ażeby zyskać błogosławieństwo dla ciebie, dla siebie, dla opiekuna naszego i przyjaciela.
— Dokądże jedziesz?
— Do Nantes.
— Do Nantes?
— Tak, rozkaz ten zawiera ułaskawienie Pontcalec’a, Talhouet’a, Mont-Louis i Ducouëdic’a. Są skazani na śmierć, czy rozumiesz? I zawdzięcza mi życie. Nie zatrzymuj mnie, Heleno, i pomniéj na cierpienia, jakich oczekując mnie, jeszcze przed chwilą doznawałaś.
— I jeszcze doznawać będę.
— Nie, moja Heleno, bo teraz już niczego nie potrzebujesz się lękać.
— Czyliż ciebie zawsze tylko tak rzadko i na kilka minut widywać będę? Ah, Gastonie. a tak czuje potrzebę szczęścia.
— Będziesz szczęśliwa, Heleno.
— Serce mi się ściska.
— Oh, gdybyś wszystko wiedziała!...
— Więc mi powiedz teraz, o czém się późniéj mam dowiedziéć.
— Tego tylko zbywa do mojego szczęscia, by u nóg twoich wszystko wypowiedziéć... Ale przyrzekłem... co więcéj, przysiągłem...
— Zawsze jakieś tajemnice!
— Ależ ta przynajmniéj, same szczęście tylko zawiera.
— O Gastonie.... Gastonie.... ja drżę cała.
— Ale przypatrzże mi się, Heleno; przypatrz się, a na widok tylu radości w moich oczach, śmiéj powiedziéć, że się trwożysz jeszcze.
— Czemuż mnie z sobą nie zabierasz, Gastonie?
— Heleno!
— Proszę cię, jedźmy razem.
— Niepodobna.
— Dla czego?
— Nasamprzód, że w przeciągu dwudziestu godzin powinienem być w Nantes.
— Nie ustanę w podróży, chociażbym z trudu i umierać miała.
— Powtóre, że los twój nie od siebie saméj zależy. Masz opiekuna, któremu się twoja cześć i posłuszeństwo należą.
— O księciu mówisz?
— Tak jest. O gdybyś wiedziała, co on dla mnie zrobił... dla nas, Heleno!
— Zostawmy list do niego, on nam wybaczy.
— Nie, nie, powiedziałby, że jesteśmy niewdzięczni, i miałby słuszność. Nie Heleno, tymczasem gdy ja, jakoby anioł pocieszenia, polecę do Nantes, ty się tutaj pozostaniesz, i urządzisz wszystko do naszego ślubu. Ja spiesznie powrócę, nazwę cię żoną moją i u stóp twoich złożę ci dzięki za szczęście i zaszczyt, któremi mnie obdarzysz.
— Opuszczasz mnie, Gastonie! zawołała nagle głosem rozdzierającym.
— O nie tak, Heleno, nie tak! Bądź raczej wesołą, uśmiechniéj się do mnie, podając mi rękę, i dodaj: Jedź Gastonie, jedz, bo tak każę powinność.
— Wierzę, iżbym ci to powiedzieć może powinna, ale nie mam na to dość siły, wybacz mi!
— O Heleno, to nie dobrze, żeś ty smutna, skorom ja wesoły.
— I czegóż chcesz odemnie, to jest wyższém od woli mojéj: zabierasz z sobą połowę mojego istnienia, pa mię taj że o tém.
Godzina trzecia wybiła. Gaston zadrżał.
— Bywaj mi zdrowa! zawołał.
— Żegnam cię! poszepnęła Helena.
I uścisnął jej rękę, i pocałował ją raz ostatni; wypadł z pokoju, biegł ku bramie, przy któréj rżały konie przeziębię mroźnym wiatrem porannym.
W téj chwili posłyszał głośny płacz Heleny. Wrócił znowu z pośpiechem. Stała u drzwi pokoju i z całym wybuchem żałości rzuciła się w objęcie jego.
— O mój Boże! więc mnie opuszczasz! wołała, opuszczasz mnie, Gastonie!... Słuchaj, co ci mówię: nie zobaczymy się już więcéj.
— Biedaczko 1 zmysły ci się błąkają. Heleno! zawołał sam mimowolnie wzruszony.
— Tak, błąkają mi się zmysły.... ale z rozpaczy, odrzekła, zalewając się łzami.
Potém, nagle, jak gdyby po walce wewnętrznéj, przycisnęła usta swoje do ust kochanka; to znowu go odepchnęła, mówiąc:
— Idź, Gastonie, idź, teraz już umrzéć mogę.
Gaston odpowiedział jéj namiętnemi pocałunkami, gdy wtém pół do czwartéj wybiło.
— Otóż i znowu pół godziny, które dopędzić potrzeba!
— Masz słuszność, Gastonie, powinien byś już być w drodze... Żegnam cię, mój kachany.
— Do widzenia się wkrótce!
— Żegnam cię, Gastonie.
I młoda dziewczyna powróciła cicho do swojego pokoju, jak cień, który znowu do grobu wraca.
Gaston kazał się zawieść na pocztę, zażądał najlepszego konia, dosiadł go w mgnieniu oka i w cwale puścił się z Paryża, przez tę samą barjerę, przez którą na kilka dni wprzódy był wjechał.


IX.
N ANTES.

Kommissja przez Dubois wysiana ustanowiła swoje posiedzenia nieustające. Opatrzona władzą nieograniczoną niczém, co w pewnych razach znaczy, że już naprzód wszystko zawyrokowanym zostało, zasiadała w zamku, wspierana licznemi oddziałami wojska, gotowemi każdéj chwili odeprzeć napad oburzonych mieszkańców.
Uwięzienie czterech obywateli przeraziło zrazu miasto Nantes, a następnie najsilniejsze dla nich obudziło współczucie. Cała Bretanija oczekiwała ogólnego powstania, i oczekując go, nie powstawała.
Tymczasem proces się rozpoczął, a w wigilją posłuchania publicznego, Pontcalec ważną z przyjaciółmi swemi miał rozmowę.
— Czyliżeśmy nie popełnili jakiéj nierozwagi w mowie albo czynie? zapytał ich.
— Nie, odpowiedzieli wszyscy trzéj jednomyślnie.
— Nie zwierzyłże się który z was, z zamiarem naszym, żonie swojéj, bratu albo przyjacielowi? Może ty, Mont-Louis?
— Nie, na mój honor.
— A ty, Talhouet?
— Nie.
— Ducouëdic?
— Nie.
— Więc żadnych przeciwko nam me mają dowodów.
— Ale zawsze nas osądza.
— Z jakichże powodów?
— Z ukrytych, odpowiedział Talhouet z uśmiechem.
— I to bardzo ukrytych, dodał Ducouëdic. Bo ani słówka o tém nie mówią.
— Wstyd będzie ich udziałem, mówił Pontcalec daléj, i którejkolwiek nocy zmuszą nas do ucieczki, by nas nazajutrz nie potrzebowali uwolnić.
— Nie wierzę ja w to, ozwał się Mont-Louis, który całą tę sprawę zawsze z posępnéj widział był strony, może dla tego, że z pośród nich, on jeden najwięcéj miał do stracenia: był żonatym i ojcem dwojga dzieci, które wraz z żoną ubóstwiał. Nie wierzę ja w to. Widziałem Dubois w Anglii i rozmawiałem z nim. Jest to kuna, która sobie mordę liże, gdy ma pragnienie. Dubois ma pragnienie i zginęliśmy, panowie: ugasi je krwią naszą.
— A parlament bretoński? wtrącił Ducouëdic, przecież istnieje jeszcze.
— Tak, ażeby na to patrzał, jak nam głowy będą ścinali, odpowiedział Mont-Louis.
Na tę całą mowę Pontcalec uśmiechnął się tylko.
— Panowie, ozwał się wreszcie, uspokójcie się. Jeżeli Dubois ma pragnienie, tęm lepiéj, bo się zapamięta, i na tém koniec. Ale na teraz, upewniam was, że go jeszcze krwią naszą nie ugasi.
I rzeczywiście, że z początku czynności komissji zdawały się być bardzo trudne: nie było żadnych zeznań, żadnych dowodów ni też świadków. Bretanija drwiła sobie z komissarzów, a jeżeli nie drwiła, tém gorzéj jeszcze, bo wówczas groziła.
Prezydent wysłał gońca do Paryża z wyjaśnieniem stanu rzeczy i zażądaniem nowych instrukcyj.
— Sądźcie ich za zamiary, odpowiedział Dubois, nie działali, bo mieli przeszkody, ale projektowali dużo: zamiar podniesienia rokoszu już jest czynem.
Zabespieczona tak strasznym środkiem komissja, niebawem wszelkie całéj prowincji zniszczyła nadzieje. Na jedném posiedzeniu obwinieni przechodzili od drwinek do oskarżenia. Ale komissja, którą mianował Dubois, potrafiła uzbroić się przeciwko drwinkom i oskarżeniu.
Wróciwszy do więzienia, Pontcalec cieszył się, że tyle prawd sędziom swoim nagadał.
— Mniejsza o to, odparł Mont-Louis, ależ sprawa nasza zawsze źle stoi: Bretanija nie powstaje.
— Czeka wyrzeczenia wyroku na nas, zauważył Talhouet.
— O, to zapóźno powstanie! wyrzekł Mont-Louis.
— Ależ nas skazać nie mogą, ozwał się znowu Pontcalec. Prawda, że jesteśmy winni, ale o tém my sami tylko wiemy, któż nas może skazać, nie mając żadnych przeciwko nam dowodów! Komissja?
— Nie komissja, ale Dubois.
— Radbym był jednę rzecz zrobił, ozwał się Ducouëdic.
— Cóż takiego?
— Krzyknąć na pierwszém posiedzeniu: »Dalejże z nami, Bretończykowie!« Widziałem na sali nie jednę twarz przyjazną. Otóż bylibyśmy polegli albo wolni dzisiaj. A co do mnie, to wolę śmierć, aniżeli tak straszne i niepewne oczekiwanie.
— Lecz po cóż się narażać, ażeby nas jaki zbir zranił? wtrącił Pontcalec.
— Rana którą zbir zada, zagoi się, lecz rana zadana przez kata, nigdy.
— Prawda! zawołał Mont-Louis, zgadzam się z tobą.
— Bądź spokojnym, tak samo z tobą, jak zemną będzie miał do czynienia.
— Ah! otóż i zawsze owa przepowiednia. Wiesz dobrze, Pontcalec, że w nią nie wierzę.
— Masz niesłuszność.
Mont-Louis i Ducouëdic potrząsnęli głową, lecz Talhouet nie zgadzał się z nimi.
— Niezawodną jest rzeczą, moi kochani, że nas na wygnanie skażą, mówił znowu Pontcalec. Będziemy zmuszeni puścić się na morze, i okręt na którym ja popłynę, rozbije się w drodze. To jest mój los: wasz może być innym. Wsiądźcie tylko na inny okręt; chyba że spadnę z pokładu w morze, albo zsunę się z wschodów. Zawsze jednakże na morzu zginę. Wy to wiecie, że gdybym i na śmierć był skazany, skoro rusztowanie będzie na ziemi, to i u podnóża jego jeszcze będę spokojnym.
To zapewnienie dużo trzem przyjaciołom dało do myślenia: każdy, mający nadzieję, jest przesądnym, bo wszakżeż nadzieja niczém więcéj nie jest, tylko przesądem.
Śmiali się nawet z przestraszającej nagłości z jaką prowadzono tę sprawę, bo nie wiedzieli, że Dubois jednego kurjera za drugim z Paryża wysyłał, by tok procedury przyspieszyć.
Wreszcie dzień nadszedł, w którym trybunał oświadczył, że już dostatecznie jest objaśnionym.
To oświadczenie podwoiło dobry humor czterech przyjaciół, i w dniu tym więcéj jeszcze drwili, dowcipkowali i dogryzali sędziom swoim.
Komissja oddaliła się, by odbyć naradę tajemną.
Nigdy jeszcze rozprawy nie były tak drażliwe; historja odkryła tajemnicę tych narad: kilku sędziów, mniéj nawykłych do złego albo téż mniéj ambitnych, oburzyło się na samą myśl skazania na śmierć ludzi?
jedynie li z powodu przypuszczenia tylko; że są winnymi; bo prócz doniesień Dubois, o których prawdziwości powątpiewać mogli, żadne inne nie nastąpiło zeznanie; głośno więc swoje objawili zdanie, lecz większość była Dubois oddana, i w łonie komitetu przyszło do najwyższej kłótni, obelg i o mało że nie do walki. Rozprawy, trwały jedenaście godzin, a po upływie tychże, większość wyrzekła.
W wigilją sądu, komissja złożona z znaczniejszych mieszkańców miasta, oficerów bretońskich i członków parlamentu, udała się do biura komissji ministerjalnéj, przekładając jéj wniosek: że Bretończykowie de facto nie podnieśli rokoszu; że wybór króla hiszpańskiego, ze szkodą księcia Orleańskiego, wynikał z prawa, przez konstytucją nadanego, które wnuka królewskiego wyżéj od krewnego linii pobocznéj stawia; nakoniec, że co do rejencji, to kraj większe miał prawo do wyrokowania, aniżeli zwyczajny parlament, Komissja ministerjalna, czując że nie ma nic dobrego do odpowiedzenia, nie odpowiedziała wcale, i deputowani oddalili się pełni nadziei.
Jednakżeż wyrok zapadł, nie skutkiem instrukcyj porobionych w Nantes, lecz otrzymanych z Paryża. Komissarze prócz czterech uwięzionych przewodzców, osądzili jeszcze zaocznie szesnastu obywateli, oświadczając:
«Że ponieważ oskarżeni zostali za winnych uznani, jako mający zamiary zbrodni, obrazy majestatu i zdrady kraju, a zatém mają być ścięci, obecni de facto, a nieobecnych wizerunki ręką kata na szubienicy zawieszone, mury i fortyfikacje ich zamków zostaną zburzone, oznaki ich godności zniszczone, i lasy ich ścięte na wysokość dziewięciu stóp.»
W godzinę po wyrzeczeniu tegoż wyroku, rozkazano jednemu z woźnych przeczytać go skazanym.
Osadzenie nastąpiło po owém posiedzeniu tak burzliwém, o którém wspomnieliśmy wyżéj, i gdzie skazani tyle żywych oznak sympatji w publiczności dostrzegli. To téż zwalczywszy wszelkie punkta oskarzenia sędziów, nigdy z lepszą nadzieją do więzienia swojego nie wrócili.
Siedzieli właśnie w spólnéj izbie i wieczerzali, przypominając sobie różne szczegóły posiedzenia dzisiejszego, gdy na raz jeden drzwi otworzono i ukazała się blada i surowa twarz woźnego.
To jego zjawienie się zamieniło nagle ich wesołe wnioski w tęschne uderzania serca.
Woźny przystąpił bliżéj, dozorca więzień stanął u drzwi, a w ciemności korytarza zabłysnęły lufy muskietów.
— Czegóż pan chcesz od nas? zapytał Pontcalec, i cóż znaczą te ponure przybory?
— Panowie, odpowiedział woźny, przynoszę wam wyrok trybunału: uklęknijcie, by go posłyszéć.
— Ależ to tylko wyroku śmierci klęczący się słucha, ozwał się Mont-Louis.
— Uklęknijcie panowie, powtórzył woźny.
— Powinni to uczynić winni i ludzie podrzędni, odpowiedział Ducouëdic. My zaś jesteśmy szlachtą, i niewinni, posłuchamy więc stojący wyroku naszego.
— Jak zechcecie, panowie, lecz odsłońcie głowy, bo mówię w imieniu króla.
Jeden Talhouet miał kapelusz na głowie i zdjął go.
Wszyscy czteréj z odkrytą stanęli głową, opierając się jeden na drugim, bladego czoła lecz z uśmiechem na ustach.
Woźny cały wyrok przeczytał, i nikt mu ani szemraniem najlżejszém ani téż najdrobniejszą oznaką zdziwienia nie przeszkodził.
A gdy skończył, zapytał Pontcalec:
— Dla czegóż mi mówiono, że mnie uwolnią, skoro oświadczę zamiary Hiszpanii względem Francji? Hiszpania jest krajem nieprzyjaznym, oświadczyłem, cokolwiek o jjé planach mogłem widzieć, a jednakżeż skazanym zostałem. Dla czegóż to? Więc komissja złożona jest z nikczemnych, którzy podstępnie działali przeciwko obwinionym?
Woźny nic nie odpowiedział.
— Ależ rejent oszczędził Paryż, ozwał się Mont-Louis, przekonany o spólnictwo w związku Cellamarego?
— Ani jedna kropla krwi nie upadła. A jednakżeż ludzie, którzy chcieli wykraść rejenta i zabić go może, byli przynajmniéj tyle winni, co ci, przeciwko którym żadne uzasadnione oskarżenie miejsca nie miało. Więc to my mamy odpokutować za grzechy stolicy?
— Czyliż tego nie pojmujesz, Mont-Louis, przemówił Ducouëdic, że istnieje dawna nienawiść rodzinna dla Bretanii, i rejent, chcąc okazać, że należy do familii, pragnie udowodnić, że nas nienawidzi. To nie nas karzą, lecz kraj w osobach — naszych, kraj, który od trzystu lat domaga się bezskutecznie praw swoich i przywilejów, i który obcą uznać jako winny, by go się raz na zawsze pozbyć.
Woźny zawsze milczał.
— No, kończmyż już, zawołał Talhouet. Jesteśmy skazani, to dobrze. Ale nie pozostajeż nam żadna już droga?
— Nie, panowie, odpowiedział woźny.
— Więc pan możesz się oddalić, wyrzekł Ducouëdic.
Woźny się skłonił i wyszedł, eskortowany strażą, a ciężkie drzwi więzienia zamknęły się znowu z hukiem.
— A i co! ozwał się Mont-Louis, gdy sami zostali.
— Jesteśmy skazani, odpowiedział Pontcalec. Ale przecież ja nigdy nie twierdziłem, że nas nie skażą, mówiłem tylko, że do wykonania wyroku śmierci nie przyjdzie.
— Jestem zdania Pontcalec’a, wymówił Talhouet; zrobili to tylko, by zastraszyć prowincją i doświadczać jéj cierpliwości.
— A zresztą nie przystąpią do ekzekucji, dopóki rejent nie podpisze wyroku. Kurjer potrzebuje dwa dni na podróż do Paryża, dzień zabawi w miejscu a dwa znowu w powrocie; zaś w przeciągu dni pięciu dużo rzeczy zajść może; i prowincja posłyszawszy wyrok na nas, powstanie.
Mont-Louis potrząsnął głową.
— Jest jeszcze i Gaston, wtrącił Pontcalec, o którym nie zapominajcie panowie.
— Lękam się o niego, wyrzekł Mont-Louis, bo może i jego aresztowali. Znam go, i gdyby był wolnym, jużbyśmy coś o nim wiedzieli.
— Ale przecież temu przynajmniéj nie zaprzeczysz, mój ty proroku złego, zawołał Talhouet, że jeszcze nam dni kilka pozostaje.
— Kto to wie!
— A morze! zauważył Pontcalec. Morze, moi panowie, czyliż zapominacie, że morze ma być śmierci mojéj przyczyną?
— Otóż, moi panowie, mówił Ducouëdic, zasiądźmy znowu do stołu i wypijmy po raz ostatni za zdrowie nasze.
— Nie mamy już wina, to zły znak wtrącił Mont-Louis.
— Ba! dosyć go jeszcze w piwnicy, odparł Pontcalec, i zawołał dozorcę.
Dozorca widząc czterech przyjaciół przy stole, spojrzał na nich z zdumieniem.
— I cóż tam słychać nowego, panie Krysztofie? zapytał Pontcalec.
Krysztof był rodem z Guet i miał szczególne dla Pontcalec’a uszanowanie, ile że służył u stryja jego Chryzogona.
— Wcale co innego, jak panowie myślicie, odpowiedział.
— Idźże nam przynieś wina.
— Chcą się odurzyć, poszepnął sobie Krysztof, wychodząc. Biedni panowie!
Jeden Mont-Louis dosłyszał tych wyrazów i uśmiechnął się smutno.
W chwilę potém, usłyszeli spieszne stąpanie na korytarzu, drzwi nagle otworzono i wbiegł Krysztof ale bez wina.
— A co tam, gdzież masz wino? zapytał Pontcalec.
— Dobre nowiny! krzyknął Krysztof, nieodpowiadając Pontcalec’owi. Dobre nowiny, panowie!
— Cóż takiego? zapytał Mont-Louis i zadrżał.
— Rejent umarł może
— Bretanija powstaje? dodał Ducoucëdic.
— Nie panowie, o nie, tego nie odważyłbym się dobrą nazwać nowiną.
— Więc cóż że się stało?
— Otóż p. de Chateauneuf rozstawił 150 ludzi po placach, którzy wszystkich przerażali, a teraz cofnął ten rozkaz i oni powracają znowu do koszar swoich.
— A, to zaczynam wierzyć, że dziś jeszcze ekzekucja nie nastąpi; ozwał się Mont-Lois.
W téj chwili godzina szósta wybiła.
— Ależ dobra nowina nie przeszkadza, ażebyśmy pragnienie nasze ugasili, wymówił Pontcalec. Idżże nam po wino.
Krysztof wybiegł i po chwili powrócił z butelką. Przyjaciele napełnili sobie kieliszki.
— Za zdrowie Gastona! wniósł Pontcalec, zamieniając porozumiawcze spojrzenie z przyjaciółmi, dla których toast ten jedynie był zrozumiałym.
I spełnili kieliszki prócz jednego Mont-Louis, który swój był poniósł do ust lecz zatrzymał się.
— Cóż tam znowu? zapytał go Pontcalec.
— Bębnią, odpowiedział Mont-Louis, i wskazał ręką stronę, zkąd ten głos dochodził.
— Czyliżeś nie słyszał co Krysztof mówił? Wojsko wraca do koszar.
— Przeciwnie, wojsko występuje: nie bębnią do odwrotu ale na alarm.
— Na alarm! powtórzył Talhouet, cóż to u licha ma znaczyć?
— Nic dobrego, odrzekł Mont-Louis, potrząsając głową.
— Krysztofie! zawołał Pontcalec.
— W téj chwili będziecie panowie wiedzieli, co to znaczy: biegnę zobaczyć.
I pobiegł zamknąwszy jednakże wprzódy drzwi na klucz.
Czteréj przyjaciele milczeli, zostając w trwożącém oczekiwaniu. Po dziesięciu minutach powrócił Krysztof, blady jak trup.
— Kurjer przyleciał z Paryża, wymówił, i zaraz po odebraniu depeszów, jakie przywiózł, podwojono warty i zabębniono na alarm we wszystkich koszarach.
— Oh! oh! wyrzekł Mont-Louis, to cię nas dotycze.
— Ktoś idzie po wschodach, mówił Krysztof drżąc cały i więcéj przestraszony aniżeli ci, których to najwięcéj dotykało.
Drzwi się otworzyły i wszedł nadzorca.
— Panowie, przemówił, ileż żądacie czasu do załatwienia spraw waszych na świecie?
Głębokie przerażenie przejęło obecnych.
— Żądam tyle czasu, odpowiedział Mont-Louis, ażeby wyrok przesłano do Paryża i tenże z podpisem rejenta powrócił.
— A ja, dodał Talhouet, tylko tyle, ile potrzeba komissji, by żałowała za grzechy swoje i niegodziwość.
— Co do mnie, wyrzekł Ducouëdic, żądam, ażeby ministrowi w Paryżu zostawiono tyle czasu, ażeby wyrok na nas zapadły, mógł zamienić na ośm dni więzienia, na cośmy przez lekkomyślność naszą zasłużyli.
— A pan? zapytał nadzorca poważnie Pontcalec’a, który ciągle milczał. Czegóż pan żądasz?
— Ja niczego nie żądam.
— Otóż, panowie, macie odpowiedź komissji, wyrzekł nadzorca. Pozostaję wam dwie godziny do pomyślenia o waszych sprawach doczesnych i duchowych. Teraz jest godzina szósta i pół; a za dwie godziny i pół powinniście już być na placu du Bouflay, gdzie się ekzekucja odbędzie.
Głębokie nastąpiło milczenie, bo i najodważniejszym podnosiły się z przestrachu włosy na głowie.
Nadzorca wyszedł, nikt już i słowa nie powiedział, tylko skazani spojrzeli na siebie i uścisnęli sobie ręce.
Mieli jeszcze dwie godziny.
Dwie godziny w zwyczajnym toku życia staję się niekiedy wiekami a czasami zdają się jedną tylko być chwilą.
Nadeszli księża, potém żołnierze, a następnie kaci.
Położenie stawało się coraz straszniejszém. Jeden tykoo Pontcalec pozostawał zawsze ten sam, nie ażeby tamtym było na odwadze zbywało, bynajmniéj, lecz zbywało im nadziei. Pontcalec im dodawał ducha spokojem, z jakim odpowiadał nie tylko księżom, ale i katom, którzy już swoję zdobycz w ręku trzymali.
Robiono owe straszne przygotowania, które tualetą skazanych nazywają. Czterej nieszczęśliwi mieli być czarnemi odziani płaszczami, by ich lud w pośród towarzyszących im księży nie dostrzegł, ponieważ ciągle jeszcze lękano się buntu.
Potém rzucono kwestją, czyli im ręce związać lub nie.
Pontcalec odpowiedział z swoim wiecznym uśmiechem ufności:
— Zostawcież nam ręce wolne, nie zbuntujemy się.
— Nic mnie to nie obchodzi, odpowiedział kat dla Ponlcaleca przeznaczony, chyba gdy szczególny odbierzemy rozkaz, inaczéj jedno i to samo jest rozporządzenie dla wszystkich skazanych.
— I któż te rozkazy wydaje? zapytał Pontcalec, czy sam król?
— Nie, panie margrabio, odpowiedział kat, zdziwiony tak zimną krwią, czego dotąd jeszcze nigdy nie był widział; to nie król tylko nasz naczelnik.
— A gdzież jest wasz naczelnik?
— To ten, co tam z panem Krysztofem rozmawia.
— Niechżeż tu przyjdzie do mnie.
— Panie Lamer, proszę! zawołał kat, jeden z tych panów chce się o coś zapytać.
Gdyby piorun pomiędzy czterech skazanych był uderzył, mniejby się byli przerazili, jak usłyszeniem tego strasznego nazwiska.
— Cóżeś wymówił? krzyknął Pontcalec, drżąc z przerażenia; jakież to nazwisko wymieniłeś.
— Lamer jest naszym naczelnikiem, panie margrabio.
Pontcalec, blady, zimny, upadł na krzesło, przesyłając wymowne spojrzenie swoim zdrętwiałym współtowarzyszom: nikt w około nie pojmował téj nagłéj niemocy po tak nieograniczonéj ufności.
— Cóż teraz? ozwał się Mont-Louis tonem łagodnego wyrzutu do Pontcalec’a.
— Mieliście słuszność, panowie, odpowiedział Pontcalec, ależ i ja miałem słuszność: wierzę w tę przepowiednię, bo i ona się spełniła, jak poprzednie. Ale tym razem wyznaję, żeśmy już zgubieni.
I skazani jedną przejęci myślą rzucili się nawzajem w objęcia swoje a potém modlili się pospołu.
— Jakżeż pan każesz? zapytał kat.
— Niepotrzeba tym panom rąk wiązać, skoro nam słowo swoje dadzą: są żołnierzami i szlachtą.


X.
DRAMAT NANTESKI.

Tymczasem pędził Gaston drogą do Nantes, zostawiając pocztyliona daleko po-za sobą, i robił trzy mile na godzinę. Tak przebył Sèvres i Versailles.
Stanąwszy w Rambouillet, gdy dzień szarzeć zaczął, zobaczył pocztmistrza i pocztyljonów, zajętych koniem, któremu dopiero co krew puszczono. Koń leżał na środku ulicy i zaledwie oddychał.
Gaston zrazu na tę całą gruppę nie zważał, ale gdy już dosiadał podanego mu świeżego konia, słyszał jak jeden z obecnych mówił:
— Jeżeli tak daléj poleci, to więcéj jak jednego jeszcze ztąd do Nantes zabije.
Już Gaston miał z miejsca ruszyć, gdy nagłą, i straszną uderzony myślą, konia powstrzymał i na pocztmistrza skinął.
Pocztmistrz nadszedł a Gaston go zapytał:
— Któż tędy tak leciał jak szalony, że aż koń padł pod nim?
— Kurjer od ministerstwa.
— Kurjer od ministerstwa! krzyknął Gaston. I jechał z Paryża?
— Tak jest.
— Kiedyż tędy przyjeżdżał.
— Przed dwiema godzina.
Gaston wydał krzyk głuchy, podobny do jęku. On znał ministra Dubois.... Dubois podszedł go w kostjumie la Jonquière’a. Przypomniała mu się dobrowolność jego — i zadrżał. Pocóż wysłał tego kurjera z takim pośpiechem, właśnie na dwie godziny przez wyjazdem jego?
— O, ja byłem za nadto szczęśliwy, pomyślał, i Helena miała słuszność, przeczuwając jakieś wielkie nieszczęście. Dogonię tego kurjera, będę wiedział co on wiezie, albo zginę.
I ruszył z miejsca jak strzała.
Ale rozmyślając i wypytując się, znowu dziesięć minut stracił, tak dalece, że gdy przyjechał na stacją, znowu kurjer pana Dubois o dwie godziny go wyprzedził. Tym razem koń tamtego wytrwał, ale koń Gastona o mało że nie padł. Pocztmistrz począł jakieś robić uwagi, ale mu Gaston trzy luidory w dłoń wsunął, w cwale daléj pojechał.
Na następnym przeprzęgu, Gaston zyskał kilka minut lecz i poprzednik jego nie zwalniał swojego lotu. Ta straszna nagłość zwiększyła podejrzenie i gorączkowość Gastona.
— O, jeżeli go nie wyprzedzę, pocieszał sam siebie, to przynajmniéj z nim razem w Nantes stanę.
I przyspieszył swój lot, i popędzał konia, który jeżeli nie padł, gdy na stację przybył, to przynajmniéj pianą i krwią był zbroczony. Ciągle się o poprzednika nieszczęsnego dopytywał, i wszędzie mu mówiono, że niemal tak spiesznie jechał, jak on, jednakżeż zyskiwał przy każdéj zmianie konia minut kilka, i to mu sił dodawało.
Pocztyljoniowie, zostający daleko za nim, żałowali pomimowolnie młodego panicza, który, blady i z zamglonym wzrokiem, leciał bez odetchnienia, bez posiłku, całkiem spotniały, chociaż na mroźném powietrzu, wołając tylko:
— Konia! konia! konia co tchu!
Wycieńczony, znękany, bez innéj siły prócz mocy serca i ducha, odurzony nagłością jazdy i niebezpieczeństwem grożącém, Gaston czuł, że mu się w głowie kręci, że jego czoło dzieli się na dwoje, pot jego był jakby ze krwią zmięszany.
Pragnienie i suchość w gardle poczęła mu straszliwie dokuczać, przystanął więc w Ancenis i wypił szklankę zimnéj wody. Od szesnastu godzin pierwszy dopiero raz jednę stracił sekundę. A jednakżeż przeklęty kurjer jeszcze go cięgle o półtoréj godziny wyprzedzał. W przeciągu ośmdziesięciu mil, Gaston zaledwie pięćdziesiąt minut był zyskał.
Noc zapadła i Gaston, sądząc zawsze, że coś ujrzy na widnokręgu, przedzierał czarną przestrzeń krwią zaszłém okiem; był jak we śnie i mniemał, że słyszy dzwonienie, bicie z armat i uderzanie w bębny. Miał pełną głowę żałobnych pieśni i wrzawy złowróźbéj; już nie żył życiem ludzi: gorączka krzepiła jego siły, na powietrzu leciał.
Około godziny ósméj wieczorem dojrzał wreszcie na widnokręgu, Nantes, jakby masę. jaką ciemną, posianą światełkami, błyszczącemi jak gwiazdy.
Chciał odetchnąć, i sądząc że mu chustka na szyi oddech tamuje, odwiązał ją i na drogę rzucił.
Pędząc na koniu karym, czarnym okryty płaszczem, z gołą głową (bo kapelusz już dawniéj był zgubił) Gaston wyglądał, jak jeździec fantastyczny, zdążający na sabat.
U bram miasta koń jego się potknął, ale Gaston pozostał w strzemionach, i za pomocą cugli, któremi szarpnął, i ostróg, któremi go ukłuł, biedny koń znowu powstał.
Noc była czarna, nikogo na okopach nie dojrzano, nawet i straże mknęły w ciemnościach: Nantes wyglądało, jak miasto, w którém wszyscy wymarli.
Przy bramie jednakżeż żołnierz na straży będący, przemówił do niego słów kilka, lecz ich Gaston nie dosłyszał, pospieszając daléj.
Na ulicy zamkowéj koń jego padł znowu i już więcéj nie powstał. Ale to Gastona nie obchodziło wcale, wszakżeż już był w miejscu. Pieszo biegł daléj, kości jego były jak połamane, lecz nie czuł żadnego utrudzenia, w ręku trzymał papier.
W drodze zadziwiło go, że to przedmieście zwykle tak zaludnione, dziś było puste i ciche. Ale im daléj szedł, zwłaszcza mijając ulicę prowadzącą wprost na plac du Bouffay, tém wyraźniej dolatywała go jakaś głucha wrzawa.
Na placu światła pochodniowe oświecały głów morze, ale Gaston wprost zmierzał do zamku, bo tam miał do czynienia, i widzenie na placu znikło.
Wreszcie ujrzał zamek; przedsionek otworzył się przednim; warta chciała go zatrzymać, lecz z rozkazem rejenta w ręku, Gaston ją odepchnął i wszedł za kratę.
Kilku tam ludzi rozmawiało smutno; jeden z nich łzy rękawem ocierał.
Gaston zrozumiał wszystko.
— Rozkaz ułaskawienie! krzyknął, rozkaz... Słowa zamarły mu w ustach; ale rozmawiający opodal ludzie go posłyszeli a raczej zobaczyli jego poruszenia rozpaczliwe.
— Biegnij! pospieszaj! wołali, wskazując mu drogę, może jeszcze na czas zdążysz.
Gaston pospieszał naprzód, przebiegł korytarz, puste komnaty, wielką salę i znowu długi korytarz.
Z daleka, przez kratowane okna, przy świetle pochodni, zobaczył znowu tę massę ludzi, którą już raz był widział.
Przebiegł cały zamek, stanął na tarasie, z którego wielki przed sobą zobaczył dziedziniec, na tym dziedzińcu rusztowanie, na rusztowaniu kilku ludzi, a w około motłoch.
Gaston chce krzyczéć, nie słyszą go; powiewa chustką, nie widzą jéj; jeszcze jeden człowiek wchodzi na rusztowanie; Gaston krzyknął i rzuca się naprzód.
Zeskakuje z wału, warta go chce zatrzymać; Gaston powalił ją na ziemię; widzi wschody, prowadzące na plac, i zbiega po nich...
Na dole spotyka barykadę z wozów; lecz Gaston skulony przemyka się pomiędzy kołmi.
Po za tą barykadą stoją grenadjery Saint-Simona ustawieni w szeregu. Gaston rozpaczne robi wysilenie, przedziera szereg i wybiega w zakole.
Żołnierze go przepuszczają, widząc bladość jego, zmęczenie i papier w ręce wzniesiony.
Nagle przystawa, jakby piorunem rażony.
To Talhouet, poznał go: Talhouet przyklęka na rusztowaniu.
— Stój! stój! krzyknął Gaston z energią rozpaczy.
Jednocześnie błysnął miecz w ręku kata, potém usłyszano jakiś głuchy odgłos, i mróz całe przeszył zgromadzenie.
Krzyk Gastona zginął w krzyku ogółu, w jęku wybiegłym z 20,000 piersi.
Spóźnił się o jednę sekundę. Talhouet już nie żył, i gdy Gaston znowu wzrok błędny podniósł, ujrzał kata, trzymającego głowę przyjaciela w ręku.
Wtedy szlachetne serce młodziana stanowczo wyrzekło: że skoro jeden zginął, to i wszyscy ginąć powinni. Wiedział, że żaden z nich ułaskawienia nie przyjmie, skoro ono już dla jednéj głowy przydać się więcéj nie może. Spogląda w około: Ducouëdic wstępuje na szafot, okryty czarnym płaszczem, z gołą głową, bez chustki na szyi.
Gaston sobie przypomniał, że i on jest w płaszczu czarnym z gołą głową, bez chustki na szyi, i z konwulsyjnym śmiechem biegnie naprzód.
Widzi, co mu czynić wypada, jak się widzi obraz zniszczenia przy blasku piorunów.
Jest to straszne ale wielkie.
Ducouëdic się pochyla; ale zanim skłonił głowę, zawołał jeszcze:
— Otóż tak wynagradzają zasługę wiernych ojczyźnie żołnierzy. Takto wy dotrzymujecie obietnic swoich nikczemni Bretonowie!
Dwóch oprawców zmusza Ducouëdic’a do przyklęknienia. Miecz kata groźnie po raz drugi błysnął, i Duconëdic legł obok Talhouet’a.
Kat podnosi głowę, pokazuje ją ludowi, a potém umieszcza ją naprzeciw Talhoueta głowy.
— A teraz kto? pyta mistrz Lamer.
— Wszystko jedno, byle tylko pan de Pontcalec był ostatnim, odpowiada głos jakiś, bo tak brzmi wyrok.
— Więc na mnie, na mnie koléj! woła Mont-Louis.
I Mont-Louis wbiega na rusztowanie. Lecz przystanął nagle, włosy stawają mu dębem na głowie, serce pęka z ogromu boleści: naprzeciw w oknie widzi żonę swoją i dzieci.
— Mont Louis! Mont-Louis! woła ona głosem rozdzierającym, jak gdyby z nim razem i jéj życie ulecieć miało. Mont-Louis, my tu jesteśmy, spojrzyj na nas!
I w mgnieniu oka wszystkie spojrzenia zwracają się ku temu oknu. Wojsko, lud, księża, kaci, wszystko w tamtę patrzy stronę. Wówczas Gaston korzysta z téj chwilowéj wolności przedśmiertnéj, rzuca się ku rusztowaniu, chwyta konwulsyjnie drabinę i wbiega na pierwsze szczepie.
— Moja żona! moje dzieci! jęczy Mont-Louis, łamiąc ręce z rozpaczą.. Oh, oddalcie się, przez litość nademmą!
— Mężu! mój mężu! wota kobieta, unosząc najmłodsze ich dziecię. Mont-Louis, pobłogosław synom twoim, może z nich jeden pomści cię kiedyś.
— Żegnam was moje dzieci!... Błogosławię wam! i Mont-Louis wyciągnął rękę ku oknu.
Te przedśmiertne pożegnania, rozlegające się wśród nocy, odbrzmiewają w sercu każdego.
— Dosyć już, dosyć! odzywa się wreszcie mistrz Lamer do skazanego.
— Spieszcie się! dodał zwracając się do oprawców, bo nam lud nie pozwoli dokończyć.
— Bądźcie o to spokojni! wyrzekł Mont-Louis, gdyby i lud mnie ocalił, to bym tamtych nie przeżył, i ręką wskazał głowy przyjaciół swoich.
— Oh! umiałem ich ocenić! zawołał Gaston, słysząc te słowa. Mont-Louis, męczenniku, módl się za mnie!
Mont-Louis się obraca, zdaje mu się że głos znajomy posłyszał; lecz w téj chwili pochwycili go oprawcy i prawie jednocześnie krzyk straszny się rozległ, mówiący Gastonowi, że już i Mont-Louis skończył, i że kolej jego nadeszła.
— Wbiegł po drabinie i w mgnieniu oka stanął na tym pomoście hańby i przekleństwa, na którym z trzech rogów jaśniały głowy Talhouela’a Ducouedic’a i, Mont Louis.
Dziwne wzruszenie przebiegało tłumy. Stracenie Mont-Louis, któremu powyżéj opisane towarzyszyły okoliczności, wstrząsnęło wszystkich. Cały ten plac ruchomy, nad którym unosiły się tłumione groźby i złorzeczenia, wydawał się Gastonowi jakby morzem szerokiem, którego każda fala z osobna ożywioną była.
W téj chwili przypomniał sobie, że mógł zostać poznanym i jedno wymówienie imienia jego, przeszkodziłoby zamiarowi. Upadł więc na kolana, sam kloc przysunął i głowę na nim położył.
— Bogu ciebie oddaję, moja dobra najdroższa Heleno. Twój pocałunek ślubny płacę życiem mojem, lecz go nie okupię honorem. Niestety! kwadrans w twojem objęciu spędzony kosztował pięć głów. Żegnam cię, Heleno, żegnam!
Iskrami sypnął podniesiony miecz kata.
— I wy, przyjaciele moi, wybaczcie mi! dodał Gaston jeszcze.
I głowa na jednę a tułów na drugą upadł stronę. Lamer podniósł głowę i ukazał ją ludowi.
W ówczas szmer głuchy i groźny rozległ się w około, bo nikt Pontcalec’a nie poznał.
Kata omylił ten szmer: zatknął głowę Gostona na czwartym rogu i zepchnął nogą ciało w przepaść, gdzie już trzy inne spoczęły, potem wsparł się na mieczu i głośnym wyrzekł głosem:
— Sprawiedliwość wymierzoną została!
— A ja! przerwał mu głos grzmiący. A ja! czyliż o mnie zapominacie?
I Pontcalec wbiegł na rusztowanie.
— Pan! zawołał Lamer i z przerażenia cofnął się o kilka kroków, jak gdyby widmo był zobaczył.
— Tak ja, Pontcalec. Spieszcie się jestem gotów.
— Lecz ja mam już cztery głowy, wyrzekł kat, drżąc cały, i spojrzał na cztery rogi.
— Jestem baron de Pontcalec, czy mnie słyszysz? Ja miałem ostatni umierać i otóż jestem.
— Licz pan, odpowiedział Lamer, tak blady jak i Pontcalec, wskazując mu cztery głowy.
— Cztery głowy! krzyknął Pontcalec, to niepodobna!
I w téjże chwili, poznał w jednéj z głów czterech szlachetną i bladą twarz Gastona, która zdawała się i po śmierci uśmiechać do niego. Teraz i on z przestrachu o kilka cofnął się kroków.
— Zabijcie mnie, o zabijcie, co rychléj! wołał, jęcząc z niecierpliwości. Czyliż mi tysiąc śmierci zadawać chcecie?
Jeden z komissarzów, wezwany przez naczelnego mistrza, wbiegł właśnie po drabinie. Spojrzał na Pontcalec’a i wyrzekł.
— Tak, to jest pan de Pontcalec. Mistrzu dokonaj twojego dzieła.
— Ale czyż pan nie widzisz, że tam już są cztery głowy! zawołał kat.
— Niechżeż ich będzie pięć: obfitość nigdy nie zaszkodzi.
I komissarz zbiegł z drabiny, dając znak by zabębniono.
Lamer chwiał się na deskach rusztowania swojego. Wrzawa z każdą chwilą wzrastała. Była to zbyt wielka okropność, której i tłumy przenieść nie mogły. Szeroko i daleko rozlegał się szmer groźny; pogaszono światła; odepchnięto wojsko, wołano: do broni! Powstało zamięszanie i kilka dawało się słyszeć głosów:
— Śmierć komissarzom! śmierć katom!
Na ten okrzyk jednomyślny wymierzone z wałów armaty pochyli paszcze swoje ku ludowi.
— Cóż ja pocznę? zapytał Lamer.
— Uderz! odpowiedział głos, który się już parę razy dał słyszeć.
Pontcalec przyklęknął. Oprawcy przytwierdzili głowę jego do kloca. W owczas księża z przestrachu pouciekali; wojsko drżało w pomroce, i Lamer uderzył, odwracając oczy od ofiary swojéj.
Dziesięć minut późniéj plac był pustym, okna pozamykane i świece zgaszone. Artylerja i fizyljerowie rozłożyli oboz w około rusztowania, i przypatrywali się w milczeniu strumieniom krwi, które ziemię zbroczyły.
Duchowni, którym oddano trupy, obaczyli ze zgrozą, że ich było pięć. Jeden z nich trzymał jeszcze w skurczonéj ręce papier.
Było to ułaskawienie dla czterech skazanych! — Wówczas dopiero wszystko wytłumaczonem zostało, i poświęcenie się Gastona, który żadnego nie miał powiernika, odgadnięto zarazem.
Duchowieństwo odprawiło mszę ś-tą; lecz prezydent de Chateauneuf, lękając się zaburzenia w mieście rozkazał, ażeby się odbyła bez wszelkiéj okazałości i wystawy.
W wielką środę pochowano ciała straconych. Oddalono jednakżeż lud z kaplicy, gdzie złożono szczątki nieszczęśliwych, w połowie już wapnem strawione, jak twierdzono.
Tak się zakończył dramat Nanteski.


X.I
ZAKOŃCZENIE.

Piętnaście dni po wyżej opisanych wypadkach, wyjeżdżał z Paryża powóz zielony, ten sam, który na początku historyi naszej przez też samę rogatki do niego był wjeżdżał, i zdążał gościńcem do Nantes. Młoda kobieta blada i ledwie na wpół żywa w nim siedziała, a obok niéj siostra Augustjanka, która ile razy na nią spojrzała, to westchnęła i łzę z oka otarła.
W okolicy Rambouillet, mężczyzna na koniu, zasłoniony aż po za uszy wielkim i szerokim płaszczem, zdawał się śledzić ten powóz.
Przy nim był drugi jeszcze mężczyzna, także płaszczem okryty.
Gdy powóz ich mijał, pierwszy z nich westchnął i dwie łzy ciche po jego licu spłynęły.
— Żegnam cię, poszepnął, żegnam cię, ty jedyna pociecho moja! żegnam cię, całe moje szczęście na ziemi! żegnam cię, Heleno! dziecię moje!
— Jaśnie oświecony panie, ozwał się drugi, to nie tak łatwo przychodzi wielkim być księciem, i kto drugim chce rozkazywać, powinien nasamprzód nad sobą umieć zapanować. Wytrwaj wasza królewska mość z taką siłą aż do końca, a potomność powie, żeś był wielkim człowiekiem.
— Nigdy ci tego nie daruję, odpowiedział rejent z westchnieniem tak głębokiem, że było podobnem do najboleśniejszego jęku, boś zniszczył całe szczęście moje.
— Pracujże teraz na królów, odrzekł t towarzysz jego: Noli fidere principibus terrae filiis.
Gdy powóz znikł z widnokręgu, wtedy dopiero obydwaj do Paryża wrócili.
W ośm dni późniéj zielony powóz zatrzymał się przed przysionkiem klasztoru Augustjanek w Clisson. Wszystko wybiegło na powitanie młodéj, cierpiącéj podrożnéj: biedny kwiatek podmuchem świata złamany.
— Chodź, moje dziecię, wyrzekła przełożona, będziem żyć razem.
— Nie żyć, moja matko, odpowiedziała młoda dziewczyna, ale raczéj umierać.
— Myśl tylko o zbawicielu naszym, moje dziecię.
— Tak, moja matko, bo on umarł za zbrodnie ludzi, nieprawdaż?
Przełożona wzięła ją w obięcie swoje, nie czyniąc już żadnego pytania: nawykła widzieć bolesne przejścia ziemskie, litowała się nad niemi, lecz nie pytała o powody cierpienia.
Helena znowu zajęła swoję celkę, którą przed niespełna miesiącem była pożegnała. Wszystko w niéj było, tak jak dawniéj; pobiegła do okna: staw był jakoby we śnie pogrążony, spokojny i cichy; tylko lody deszcze zmyły a z niemi razem i śnieg, na którym przed wyjazdem, nie raz ślady stóp Gastona dostrzegła.
Wiosna wróciła i wszystko odżyło, prócz Heleny. Drzewa ponad stawem zazieleniły się; wodne kwiaty powiały znowu nad powierzchnią jego; podniosły się trzciny, i świegoczące ptastwo znowu je zaległo. Lecz krata podnosiła się teraz tylko, by dozwolić przejścia ogrodnikowi.
Helena przebyła jeszcze lato, a w miesiącu sierpniu umarła.
Zrana, tegoż dnia kiedy umarła, przełożona odebrała kurjerem list z Paryża. List ten zaniosła umierającéj, zawierał tylko te wyrazy:
»Moja matko! otrzymaj u córki twojéj przebaczenie dla rejenta.»
Helena, proszona o to przez ksienię, zbladła na to imię, lecz odpowiedziała:
— Przebaczam mu, moja matko! Ale jedynie li tylko z téj przyczyny, że spieszę do tego, którego on zabił.
O czwartéj godzinie z południa skonała.
Żądała, aby ją pochowano w tém miejscu, gdzie Gaston zwykle zatrzymywał łódkę, gdy przybywał odwiedzić ją.
Zastosowano się do jéj życzeń ostatnich.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.