Córka rejenta/Tom III/XI
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Piętnaście dni po wyżej opisanych wypadkach, wyjeżdżał z Paryża powóz zielony, ten sam, który na początku historyi naszej przez też samę rogatki do niego był wjeżdżał, i zdążał gościńcem do Nantes. Młoda kobieta blada i ledwie na wpół żywa w nim siedziała, a obok niéj siostra Augustjanka, która ile razy na nią spojrzała, to westchnęła i łzę z oka otarła.
W okolicy Rambouillet, mężczyzna na koniu, zasłoniony aż po za uszy wielkim i szerokim płaszczem, zdawał się śledzić ten powóz.
Przy nim był drugi jeszcze mężczyzna, także płaszczem okryty.
Gdy powóz ich mijał, pierwszy z nich westchnął i dwie łzy ciche po jego licu spłynęły.
— Żegnam cię, poszepnął, żegnam cię, ty jedyna pociecho moja! żegnam cię, całe moje szczęście na ziemi! żegnam cię, Heleno! dziecię moje!
— Jaśnie oświecony panie, ozwał się drugi, to nie tak łatwo przychodzi wielkim być księciem, i kto drugim chce rozkazywać, powinien nasamprzód nad sobą umieć zapanować. Wytrwaj wasza królewska mość z taką siłą aż do końca, a potomność powie, żeś był wielkim człowiekiem.
— Nigdy ci tego nie daruję, odpowiedział rejent z westchnieniem tak głębokiem, że było podobnem do najboleśniejszego jęku, boś zniszczył całe szczęście moje.
— Pracujże teraz na królów, odrzekł t towarzysz jego: Noli fidere principibus terrae filiis.
Gdy powóz znikł z widnokręgu, wtedy dopiero obydwaj do Paryża wrócili.
W ośm dni późniéj zielony powóz zatrzymał się przed przysionkiem klasztoru Augustjanek w Clisson. Wszystko wybiegło na powitanie młodéj, cierpiącéj podrożnéj: biedny kwiatek podmuchem świata złamany.
— Chodź, moje dziecię, wyrzekła przełożona, będziem żyć razem.
— Nie żyć, moja matko, odpowiedziała młoda dziewczyna, ale raczéj umierać.
— Myśl tylko o zbawicielu naszym, moje dziecię.
— Tak, moja matko, bo on umarł za zbrodnie ludzi, nieprawdaż?
Przełożona wzięła ją w obięcie swoje, nie czyniąc już żadnego pytania: nawykła widzieć bolesne przejścia ziemskie, litowała się nad niemi, lecz nie pytała o powody cierpienia.
Helena znowu zajęła swoję celkę, którą przed niespełna miesiącem była pożegnała. Wszystko w niéj było, tak jak dawniéj; pobiegła do okna: staw był jakoby we śnie pogrążony, spokojny i cichy; tylko lody deszcze zmyły a z niemi razem i śnieg, na którym przed wyjazdem, nie raz ślady stóp Gastona dostrzegła.
Wiosna wróciła i wszystko odżyło, prócz Heleny. Drzewa ponad stawem zazieleniły się; wodne kwiaty powiały znowu nad powierzchnią jego; podniosły się trzciny, i świegoczące ptastwo znowu je zaległo. Lecz krata podnosiła się teraz tylko, by dozwolić przejścia ogrodnikowi.
Helena przebyła jeszcze lato, a w miesiącu sierpniu umarła.
Zrana, tegoż dnia kiedy umarła, przełożona odebrała kurjerem list z Paryża.
List ten zaniosła umierającéj, zawierał tylko te wyrazy:
»Moja matko! otrzymaj u córki twojéj przebaczenie dla rejenta.»
Helena, proszona o to przez ksienię, zbladła na to imię, lecz odpowiedziała:
— Przebaczam mu, moja matko! Ale jedynie li tylko z téj przyczyny, że spieszę do tego, którego on zabił.
O czwartéj godzinie z południa skonała.
Żądała, aby ją pochowano w tém miejscu, gdzie Gaston zwykle zatrzymywał łódkę, gdy przybywał odwiedzić ją.
Zastosowano się do jéj życzeń ostatnich.