Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


X.
DRAMAT NANTESKI.

Tymczasem pędził Gaston drogą do Nantes, zostawiając pocztyliona daleko po-za sobą, i robił trzy mile na godzinę. Tak przebył Sèvres i Versailles.
Stanąwszy w Rambouillet, gdy dzień szarzeć zaczął, zobaczył pocztmistrza i pocztyljonów, zajętych koniem, któremu dopiero co krew puszczono. Koń leżał na środku ulicy i zaledwie oddychał.
Gaston zrazu na tę całą gruppę nie zważał, ale gdy już dosiadał podanego mu świeżego konia, słyszał jak jeden z obecnych mówił:
— Jeżeli tak daléj poleci, to więcéj jak jednego jeszcze ztąd do Nantes zabije.
Już Gaston miał z miejsca ruszyć, gdy nagłą, i straszną uderzony myślą, konia powstrzymał i na pocztmistrza skinął.
Pocztmistrz nadszedł a Gaston go zapytał:
— Któż tędy tak leciał jak szalony, że aż koń padł pod nim?
— Kurjer od ministerstwa.
— Kurjer od ministerstwa! krzyknął Gaston. I jechał z Paryża?
— Tak jest.
— Kiedyż tędy przyjeżdżał.
— Przed dwiema godzina.
Gaston wydał krzyk głuchy, podobny do jęku. On znał ministra Dubois.... Dubois podszedł go w kostjumie la Jonquière’a. Przypomniała mu się dobrowolność jego — i zadrżał. Pocóż wysłał tego kurjera z takim pośpiechem, właśnie na dwie godziny przez wyjazdem jego?
— O, ja byłem za nadto szczęśliwy, pomyślał, i Helena miała słuszność, przeczuwając jakieś wielkie nieszczęście. Dogonię tego kurjera, będę wiedział co on wiezie, albo zginę.
I ruszył z miejsca jak strzała.
Ale rozmyślając i wypytując się, znowu dziesięć minut stracił, tak dalece, że gdy przyjechał na stacją, znowu kurjer pana Dubois o dwie godziny go wyprzedził. Tym razem koń tamtego wytrwał, ale koń Gastona o mało że nie padł. Pocztmistrz począł jakieś robić uwagi, ale mu Gaston trzy luidory w dłoń wsunął, w cwale daléj pojechał.
Na następnym przeprzęgu, Gaston zyskał kilka minut lecz i poprzednik jego nie zwalniał swojego lotu. Ta straszna nagłość zwiększyła podejrzenie i gorączkowość Gastona.
— O, jeżeli go nie wyprzedzę, pocieszał sam siebie, to przynajmniéj z nim razem w Nantes stanę.
I przyspieszył swój lot, i popędzał konia, który jeżeli nie padł, gdy na stację przybył, to przynajmniéj pianą i krwią był zbroczony. Ciągle się o poprzednika nieszczęsnego dopytywał, i wszędzie mu mówiono, że niemal tak spiesznie jechał, jak on, jednakżeż zyskiwał przy każdéj zmianie konia minut kilka, i to mu sił dodawało.
Pocztyljoniowie, zostający daleko za nim, żałowali pomimowolnie młodego panicza, który, blady i z zamglonym wzrokiem, leciał bez odetchnienia, bez posiłku, całkiem spotniały, chociaż na mroźném powietrzu, wołając tylko:
— Konia! konia! konia co tchu!
Wycieńczony, znękany, bez innéj siły prócz mocy serca i ducha, odurzony nagłością jazdy i niebezpieczeństwem grożącém, Gaston czuł, że mu się w głowie kręci, że jego czoło dzieli się na dwoje, pot jego był jakby ze krwią zmięszany.
Pragnienie i suchość w gardle poczęła mu straszliwie dokuczać, przystanął więc w Ancenis i wypił szklankę zimnéj wody. Od szesnastu godzin pierwszy dopiero raz jednę stracił sekundę. A jednakżeż przeklęty kurjer jeszcze go cięgle o półtoréj godziny wyprzedzał. W przeciągu ośmdziesięciu mil, Gaston zaledwie pięćdziesiąt minut był zyskał.
Noc zapadła i Gaston, sądząc zawsze, że coś ujrzy na widnokręgu, przedzierał czarną przestrzeń krwią zaszłém okiem; był jak we śnie i mniemał, że słyszy dzwonienie, bicie z armat i uderzanie w bębny. Miał pełną głowę żałobnych pieśni i wrzawy złowróźbéj; już nie żył życiem ludzi: gorączka krzepiła jego siły, na powietrzu leciał.
Około godziny ósméj wieczorem dojrzał wreszcie na widnokręgu, Nantes, jakby masę. jaką ciemną, posianą światełkami, błyszczącemi jak gwiazdy.
Chciał odetchnąć, i sądząc że mu chustka na szyi oddech tamuje, odwiązał ją i na drogę rzucił.
Pędząc na koniu karym, czarnym okryty płaszczem, z gołą głową (bo kapelusz już dawniéj był zgubił) Gaston wyglądał, jak jeździec fantastyczny, zdążający na sabat.
U bram miasta koń jego się potknął, ale Gaston pozostał w strzemionach, i za pomocą cugli, któremi szarpnął, i ostróg, któremi go ukłuł, biedny koń znowu powstał.
Noc była czarna, nikogo na okopach nie dojrzano, nawet i straże mknęły w ciemnościach: Nantes wyglądało, jak miasto, w którém wszyscy wymarli.
Przy bramie jednakżeż żołnierz na straży będący, przemówił do niego słów kilka, lecz ich Gaston nie dosłyszał, pospieszając daléj.
Na ulicy zamkowéj koń jego padł znowu i już więcéj nie powstał. Ale to Gastona nie obchodziło wcale, wszakżeż już był w miejscu. Pieszo biegł daléj, kości jego były jak połamane, lecz nie czuł żadnego utrudzenia, w ręku trzymał papier.
W drodze zadziwiło go, że to przedmieście zwykle tak zaludnione, dziś było puste i ciche. Ale im daléj szedł, zwłaszcza mijając ulicę prowadzącą wprost na plac du Bouffay, tém wyraźniej dolatywała go jakaś głucha wrzawa.
Na placu światła pochodniowe oświecały głów morze, ale Gaston wprost zmierzał do zamku, bo tam miał do czynienia, i widzenie na placu znikło.
Wreszcie ujrzał zamek; przedsionek otworzył się przednim; warta chciała go zatrzymać, lecz z rozkazem rejenta w ręku, Gaston ją odepchnął i wszedł za kratę.
Kilku tam ludzi rozmawiało smutno; jeden z nich łzy rękawem ocierał.
Gaston zrozumiał wszystko.
— Rozkaz ułaskawienie! krzyknął, rozkaz... Słowa zamarły mu w ustach; ale rozmawiający opodal ludzie go posłyszeli a raczej zobaczyli jego poruszenia rozpaczliwe.
— Biegnij! pospieszaj! wołali, wskazując mu drogę, może jeszcze na czas zdążysz.
Gaston pospieszał naprzód, przebiegł korytarz, puste komnaty, wielką salę i znowu długi korytarz.
Z daleka, przez kratowane okna, przy świetle pochodni, zobaczył znowu tę massę ludzi, którą już raz był widział.
Przebiegł cały zamek, stanął na tarasie, z którego wielki przed sobą zobaczył dziedziniec, na tym dziedzińcu rusztowanie, na rusztowaniu kilku ludzi, a w około motłoch.
Gaston chce krzyczéć, nie słyszą go; powiewa chustką, nie widzą jéj; jeszcze jeden człowiek wchodzi na rusztowanie; Gaston krzyknął i rzuca się naprzód.
Zeskakuje z wału, warta go chce zatrzymać; Gaston powalił ją na ziemię; widzi wschody, prowadzące na plac, i zbiega po nich...
Na dole spotyka barykadę z wozów; lecz Gaston skulony przemyka się pomiędzy kołmi.
Po za tą barykadą stoją grenadjery Saint-Simona ustawieni w szeregu. Gaston rozpaczne robi wysilenie, przedziera szereg i wybiega w zakole.
Żołnierze go przepuszczają, widząc bladość jego, zmęczenie i papier w ręce wzniesiony.
Nagle przystawa, jakby piorunem rażony.
To Talhouet, poznał go: Talhouet przyklęka na rusztowaniu.
— Stój! stój! krzyknął Gaston z energią rozpaczy.
Jednocześnie błysnął miecz w ręku kata, potém usłyszano jakiś głuchy odgłos, i mróz całe przeszył zgromadzenie.
Krzyk Gastona zginął w krzyku ogółu, w jęku wybiegłym z 20,000 piersi.
Spóźnił się o jednę sekundę. Talhouet już nie żył, i gdy Gaston znowu wzrok błędny podniósł, ujrzał kata, trzymającego głowę przyjaciela w ręku.
Wtedy szlachetne serce młodziana stanowczo wyrzekło: że skoro jeden zginął, to i wszyscy ginąć powinni. Wiedział, że żaden z nich ułaskawienia nie przyjmie, skoro ono już dla jednéj głowy przydać się więcéj nie może. Spogląda w około: Ducouëdic wstępuje na szafot, okryty czarnym płaszczem, z gołą głową, bez chustki na szyi.
Gaston sobie przypomniał, że i on jest w płaszczu czarnym z gołą głową, bez chustki na szyi, i z konwulsyjnym śmiechem biegnie naprzód.
Widzi, co mu czynić wypada, jak się widzi obraz zniszczenia przy blasku piorunów.
Jest to straszne ale wielkie.
Ducouëdic się pochyla; ale zanim skłonił głowę, zawołał jeszcze:
— Otóż tak wynagradzają zasługę wiernych ojczyźnie żołnierzy. Takto wy dotrzymujecie obietnic swoich nikczemni Bretonowie!
Dwóch oprawców zmusza Ducouëdic’a do przyklęknienia. Miecz kata groźnie po raz drugi błysnął, i Duconëdic legł obok Talhouet’a.
Kat podnosi głowę, pokazuje ją ludowi, a potém umieszcza ją naprzeciw Talhoueta głowy.
— A teraz kto? pyta mistrz Lamer.
— Wszystko jedno, byle tylko pan de Pontcalec był ostatnim, odpowiada głos jakiś, bo tak brzmi wyrok.
— Więc na mnie, na mnie koléj! woła Mont-Louis.
I Mont-Louis wbiega na rusztowanie. Lecz przystanął nagle, włosy stawają mu dębem na głowie, serce pęka z ogromu boleści: naprzeciw w oknie widzi żonę swoją i dzieci.
— Mont Louis! Mont-Louis! woła ona głosem rozdzierającym, jak gdyby z nim razem i jéj życie ulecieć miało. Mont-Louis, my tu jesteśmy, spojrzyj na nas!
I w mgnieniu oka wszystkie spojrzenia zwracają się ku temu oknu. Wojsko, lud, księża, kaci, wszystko w tamtę patrzy stronę. Wówczas Gaston korzysta z téj chwilowéj wolności przedśmiertnéj, rzuca się ku rusztowaniu, chwyta konwulsyjnie drabinę i wbiega na pierwsze szczepie.
— Moja żona! moje dzieci! jęczy Mont-Louis, łamiąc ręce z rozpaczą.. Oh, oddalcie się, przez litość nademmą!
— Mężu! mój mężu! wota kobieta, unosząc najmłodsze ich dziecię. Mont-Louis, pobłogosław synom twoim, może z nich jeden pomści cię kiedyś.
— Żegnam was moje dzieci!... Błogosławię wam! i Mont-Louis wyciągnął rękę ku oknu.
Te przedśmiertne pożegnania, rozlegające się wśród nocy, odbrzmiewają w sercu każdego.
— Dosyć już, dosyć! odzywa się wreszcie mistrz Lamer do skazanego.
— Spieszcie się! dodał zwracając się do oprawców, bo nam lud nie pozwoli dokończyć.
— Bądźcie o to spokojni! wyrzekł Mont-Louis, gdyby i lud mnie ocalił, to bym tamtych nie przeżył, i ręką wskazał głowy przyjaciół swoich.
— Oh! umiałem ich ocenić! zawołał Gaston, słysząc te słowa. Mont-Louis, męczenniku, módl się za mnie!
Mont-Louis się obraca, zdaje mu się że głos znajomy posłyszał; lecz w téj chwili pochwycili go oprawcy i prawie jednocześnie krzyk straszny się rozległ, mówiący Gastonowi, że już i Mont-Louis skończył, i że kolej jego nadeszła.
— Wbiegł po drabinie i w mgnieniu oka stanął na tym pomoście hańby i przekleństwa, na którym z trzech rogów jaśniały głowy Talhouela’a Ducouedic’a i, Mont Louis.
Dziwne wzruszenie przebiegało tłumy. Stracenie Mont-Louis, któremu powyżéj opisane towarzyszyły okoliczności, wstrząsnęło wszystkich. Cały ten plac ruchomy, nad którym unosiły się tłumione groźby i złorzeczenia, wydawał się Gastonowi jakby morzem szerokiem, którego każda fala z osobna ożywioną była.
W téj chwili przypomniał sobie, że mógł zostać poznanym i jedno wymówienie imienia jego, przeszkodziłoby zamiarowi. Upadł więc na kolana, sam kloc przysunął i głowę na nim położył.
— Bogu ciebie oddaję, moja dobra najdroższa Heleno. Twój pocałunek ślubny płacę życiem mojem, lecz go nie okupię honorem. Niestety! kwadrans w twojem objęciu spędzony kosztował pięć głów. Żegnam cię, Heleno, żegnam!
Iskrami sypnął podniesiony miecz kata.
— I wy, przyjaciele moi, wybaczcie mi! dodał Gaston jeszcze.
I głowa na jednę a tułów na drugą upadł stronę. Lamer podniósł głowę i ukazał ją ludowi.
W ówczas szmer głuchy i groźny rozległ się w około, bo nikt Pontcalec’a nie poznał.
Kata omylił ten szmer: zatknął głowę Gostona na czwartym rogu i zepchnął nogą ciało w przepaść, gdzie już trzy inne spoczęły, potem wsparł się na mieczu i głośnym wyrzekł głosem:
— Sprawiedliwość wymierzoną została!
— A ja! przerwał mu głos grzmiący. A ja! czyliż o mnie zapominacie?
I Pontcalec wbiegł na rusztowanie.
— Pan! zawołał Lamer i z przerażenia cofnął się o kilka kroków, jak gdyby widmo był zobaczył.
— Tak ja, Pontcalec. Spieszcie się jestem gotów.
— Lecz ja mam już cztery głowy, wyrzekł kat, drżąc cały, i spojrzał na cztery rogi.
— Jestem baron de Pontcalec, czy mnie słyszysz? Ja miałem ostatni umierać i otóż jestem.
— Licz pan, odpowiedział Lamer, tak blady jak i Pontcalec, wskazując mu cztery głowy.
— Cztery głowy! krzyknął Pontcalec, to niepodobna!
I w téjże chwili, poznał w jednéj z głów czterech szlachetną i bladą twarz Gastona, która zdawała się i po śmierci uśmiechać do niego. Teraz i on z przestrachu o kilka cofnął się kroków.
— Zabijcie mnie, o zabijcie, co rychléj! wołał, jęcząc z niecierpliwości. Czyliż mi tysiąc śmierci zadawać chcecie?
Jeden z komissarzów, wezwany przez naczelnego mistrza, wbiegł właśnie po drabinie. Spojrzał na Pontcalec’a i wyrzekł.
— Tak, to jest pan de Pontcalec. Mistrzu dokonaj twojego dzieła.
— Ale czyż pan nie widzisz, że tam już są cztery głowy! zawołał kat.
— Niechżeż ich będzie pięć: obfitość nigdy nie zaszkodzi.
I komissarz zbiegł z drabiny, dając znak by zabębniono.
Lamer chwiał się na deskach rusztowania swojego. Wrzawa z każdą chwilą wzrastała. Była to zbyt wielka okropność, której i tłumy przenieść nie mogły. Szeroko i daleko rozlegał się szmer groźny; pogaszono światła; odepchnięto wojsko, wołano: do broni! Powstało zamięszanie i kilka dawało się słyszeć głosów:
— Śmierć komissarzom! śmierć katom!
Na ten okrzyk jednomyślny wymierzone z wałów armaty pochyli paszcze swoje ku ludowi.
— Cóż ja pocznę? zapytał Lamer.
— Uderz! odpowiedział głos, który się już parę razy dał słyszeć.
Pontcalec przyklęknął. Oprawcy przytwierdzili głowę jego do kloca. W owczas księża z przestrachu pouciekali; wojsko drżało w pomroce, i Lamer uderzył, odwracając oczy od ofiary swojéj.
Dziesięć minut późniéj plac był pustym, okna pozamykane i świece zgaszone. Artylerja i fizyljerowie rozłożyli oboz w około rusztowania, i przypatrywali się w milczeniu strumieniom krwi, które ziemię zbroczyły.
Duchowni, którym oddano trupy, obaczyli ze zgrozą, że ich było pięć. Jeden z nich trzymał jeszcze w skurczonéj ręce papier.
Było to ułaskawienie dla czterech skazanych! — Wówczas dopiero wszystko wytłumaczonem zostało, i poświęcenie się Gastona, który żadnego nie miał powiernika, odgadnięto zarazem.
Duchowieństwo odprawiło mszę ś-tą; lecz prezydent de Chateauneuf, lękając się zaburzenia w mieście rozkazał, ażeby się odbyła bez wszelkiéj okazałości i wystawy.
W wielką środę pochowano ciała straconych. Oddalono jednakżeż lud z kaplicy, gdzie złożono szczątki nieszczęśliwych, w połowie już wapnem strawione, jak twierdzono.
Tak się zakończył dramat Nanteski.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.