Przejdź do zawartości

Córka rejenta/Tom III/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Córka rejenta
Wydawca Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Data wyd. 1850
Druk Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Fille du Régent
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.
OSTATNIE WIDZENIE SIĘ.

Tymczasem Gaston pełen uniesienia radości wbiegł byt z szklarni, bo go opuścił tłoczący go strasznie ciężar, który od pierwszéj zaraz chwili przyłączenia się do związku, tak go przygniatał, że zaledwie usiłowania Heleny niekiedy tylko ulgę mu przynieść zdołały.
Teraz po owych krwawych marzeniach zemsty, nastąpiły sny złote miłości i sławy. Helena nie była już tylko kobietą miłą i piękną, pełną miłości i uczucia, ale zarazem i księżniczką krwi, jedném z bóstw owych, których jednę pieszczotę każdy najczystszą krwią swoją chętnieby okupił, gdyby one, słabe jak inne śmiertelnice, nie oddawały jéj za darmo.
A potém dostrzegł Gaston w sercu swojém, które całkiem jedynie li sądził być przepełnioném miłością, w zakątku jednym uśpioną przez czas jakiś żądzę sławy. Jakież mu wielkie szczęście zabłysło, i czyliż mu go Lauzun i Richelieu nie pozazdroszczą? Dla niego nie istniał żaden Ludwik XIV, żądając, ażeby został wygnańcem lub zrzekł się kochanki swojéj; żaden ojciec rozgniewany, że dumie jego stanął zwyczajny szlachcic na przeszkodzie, nie tamował mu szczęścia; lecz przeciwnie, pan możny i kochający córkę swoję, tak czystą i szlachetną, był przyjacielem jego i chętnie mu ją oddawał.
Zdawało się Gastonowi, że serce jego nie obejmie tyle szczęścia i radości, bo widział ocalenie przyjaciół swoich, swoję przyszłość zapewnioną, a Helenę córką rejenta. Kazał stangretowi popędzać co koń mógł wyskoczyć, i w przeciągu kwadransa stanął na ulicy du Bac.
Drzwi się otworzyły i posłyszano krzyk niewieści. Helena czekała powrotu jego przy oknie, widziała powóz zajeżdżający, poznała go, i pełna radości wybiegła naprzeciwko kochanka.
— Wszyscy ocaleni! zawołał Gaston na jéj widok, wszyscy! przyjaciele moi, i ja, i ty!
— O mój Boże! wymówiła blednąc, więc go zabiłeś?
— Nie, nie, dzięki Bogu! O Heleno, cóż to za człowiek ten rejent! ah jakież to serce! O, kochaj go, moja Heleno! nieprawdaż, że i ty go kochasz?
— Tłumacz się wyraźniéj, Gastonie.
— Chodź, pomówimy teraz o sobie. Mam tylko chwil kilka wolnych. Lecz książę ci wszystko opowie.
— Ale jedno przedewszystkiém: jakiż jest los twój, Gastonie?
— Najpiękniejszy w świecie! Będę mężem twoim, a przytém czczonym i bogatym, Heleno. Ja szaleje ze zbytku szczęścia.
— I zostaniesz się przy mnie?
— Nie, wyjeżdżam w téj chwili.
— Mój Boże!
— Ale wracam wkrótce.
— Więc będziemy jeszcze rozłączeni
— Najwięcéj trzy dni, trzy dni tylko! Jadę, ażeby zyskać błogosławieństwo dla ciebie, dla siebie, dla opiekuna naszego i przyjaciela.
— Dokądże jedziesz?
— Do Nantes.
— Do Nantes?
— Tak, rozkaz ten zawiera ułaskawienie Pontcalec’a, Talhouet’a, Mont-Louis i Ducouëdic’a. Są skazani na śmierć, czy rozumiesz? I zawdzięcza mi życie. Nie zatrzymuj mnie, Heleno, i pomniéj na cierpienia, jakich oczekując mnie, jeszcze przed chwilą doznawałaś.
— I jeszcze doznawać będę.
— Nie, moja Heleno, bo teraz już niczego nie potrzebujesz się lękać.
— Czyliż ciebie zawsze tylko tak rzadko i na kilka minut widywać będę? Ah, Gastonie. a tak czuje potrzebę szczęścia.
— Będziesz szczęśliwa, Heleno.
— Serce mi się ściska.
— Oh, gdybyś wszystko wiedziała!...
— Więc mi powiedz teraz, o czém się późniéj mam dowiedziéć.
— Tego tylko zbywa do mojego szczęscia, by u nóg twoich wszystko wypowiedziéć... Ale przyrzekłem... co więcéj, przysiągłem...
— Zawsze jakieś tajemnice!
— Ależ ta przynajmniéj, same szczęście tylko zawiera.
— O Gastonie.... Gastonie.... ja drżę cała.
— Ale przypatrzże mi się, Heleno; przypatrz się, a na widok tylu radości w moich oczach, śmiéj powiedziéć, że się trwożysz jeszcze.
— Czemuż mnie z sobą nie zabierasz, Gastonie?
— Heleno!
— Proszę cię, jedźmy razem.
— Niepodobna.
— Dla czego?
— Nasamprzód, że w przeciągu dwudziestu godzin powinienem być w Nantes.
— Nie ustanę w podróży, chociażbym z trudu i umierać miała.
— Powtóre, że los twój nie od siebie saméj zależy. Masz opiekuna, któremu się twoja cześć i posłuszeństwo należą.
— O księciu mówisz?
— Tak jest. O gdybyś wiedziała, co on dla mnie zrobił... dla nas, Heleno!
— Zostawmy list do niego, on nam wybaczy.
— Nie, nie, powiedziałby, że jesteśmy niewdzięczni, i miałby słuszność. Nie Heleno, tymczasem gdy ja, jakoby anioł pocieszenia, polecę do Nantes, ty się tutaj pozostaniesz, i urządzisz wszystko do naszego ślubu. Ja spiesznie powrócę, nazwę cię żoną moją i u stóp twoich złożę ci dzięki za szczęście i zaszczyt, któremi mnie obdarzysz.
— Opuszczasz mnie, Gastonie! zawołała nagle głosem rozdzierającym.
— O nie tak, Heleno, nie tak! Bądź raczej wesołą, uśmiechniéj się do mnie, podając mi rękę, i dodaj: Jedź Gastonie, jedz, bo tak każę powinność.
— Wierzę, iżbym ci to powiedzieć może powinna, ale nie mam na to dość siły, wybacz mi!
— O Heleno, to nie dobrze, żeś ty smutna, skorom ja wesoły.
— I czegóż chcesz odemnie, to jest wyższém od woli mojéj: zabierasz z sobą połowę mojego istnienia, pa mię taj że o tém.
Godzina trzecia wybiła. Gaston zadrżał.
— Bywaj mi zdrowa! zawołał.
— Żegnam cię! poszepnęła Helena.
I uścisnął jej rękę, i pocałował ją raz ostatni; wypadł z pokoju, biegł ku bramie, przy któréj rżały konie przeziębię mroźnym wiatrem porannym.
W téj chwili posłyszał głośny płacz Heleny. Wrócił znowu z pośpiechem. Stała u drzwi pokoju i z całym wybuchem żałości rzuciła się w objęcie jego.
— O mój Boże! więc mnie opuszczasz! wołała, opuszczasz mnie, Gastonie!... Słuchaj, co ci mówię: nie zobaczymy się już więcéj.
— Biedaczko 1 zmysły ci się błąkają. Heleno! zawołał sam mimowolnie wzruszony.
— Tak, błąkają mi się zmysły.... ale z rozpaczy, odrzekła, zalewając się łzami.
Potém, nagle, jak gdyby po walce wewnętrznéj, przycisnęła usta swoje do ust kochanka; to znowu go odepchnęła, mówiąc:
— Idź, Gastonie, idź, teraz już umrzéć mogę.
Gaston odpowiedział jéj namiętnemi pocałunkami, gdy wtém pół do czwartéj wybiło.
— Otóż i znowu pół godziny, które dopędzić potrzeba!
— Masz słuszność, Gastonie, powinien byś już być w drodze... Żegnam cię, mój kachany.
— Do widzenia się wkrótce!
— Żegnam cię, Gastonie.
I młoda dziewczyna powróciła cicho do swojego pokoju, jak cień, który znowu do grobu wraca.
Gaston kazał się zawieść na pocztę, zażądał najlepszego konia, dosiadł go w mgnieniu oka i w cwale puścił się z Paryża, przez tę samą barjerę, przez którą na kilka dni wprzódy był wjechał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.