Córka rejenta/Tom III/VII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Córka rejenta |
| Wydawca | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Data wyd. | 1850 |
| Druk | Drukarnia pod firmą Juliana Kaczanowskiego |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Une Fille du Régent |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
— Powstań pan, ozwał się rejent.
— Nie, o nie, jaśnie oświecony panie, krzyknął Gaston uderzając czołem ziemię, o! jam u nóg waszéj królewskiéj mości umrzéć powinien.
— Umrzéć! przecież widzisz, że ci przebaczam.
— Oh! ukarz mnie wasza królewska mość, przez litość, bo chyba, że mną strasznie pogardzasz, skoro mi przebaczyć możesz!
— Więc nie odgadłeś?
— Czego?
— Przyczyny, dla któréj ci przebaczam.
Gaston jednym rzutem myśli całą objął przeszłość: swoję młodość smutną i samotną, nieszczęsną śmierć brata, swoję miłość dla Heleny, długie dni rozłączenia z nią, noce krótkie, które pod jéj oknem spędzał; sporną podróż do Paryża, dobroć i względy dla niéj księcia, a nakoniec tę niespodzianą łaskawość; lecz w tém wszystkiém niczego odgadnąć nie zdołał.
— Podziękuj Helenie, przemówił książę, widząc iż on napróżno myśl swoję trudzi, podziękuj Helenie, bo jéj to zawdzięczasz życie.
— Helenie! poszepnął Gaston.
— Nie mogę ukarać kochanka córki mojéj.
— Helena jest córką waszéj królewskiéj mości? a ja chciałem zabić jéj ojca!
— Przypomnij sobie coś przed chwilą był wyrzekł: idzie się jako wybrany do spełnienia czynu a wraca jako morderca; niekiedy nawet wraca się straszniejszym od mordercy zbrodniarzem: ojcobójcą! bo wszakżeż jestem niemal ojcem twoim? dodał — książę, podając mu rękę.
— Litości, jaśnie oświecony panie!
— Szlachetne masz serce, Gastonie!
— A wasza królewska mość szlachetnym jesteś księciem, i odtąd ciałem i duszą do waszéj królewskiéj mości należę: gotowym przelać całą krew moję za jednę łzę Heleny, za jeden wyraz waszéj królewskiéj mości.
— Dziękuję ci, Gastonie, odrzekł książę z uśmiechem; wynagrodzę szczęściem to poświęcenie twoje.
— Wasza królewska mość szczęśliwym mnie czynisz. O panie! Bóg mnie karze, że mi tak wielkie dobro za tyle złego, jakie popełnić chciałem, wasza królewska mość oddajesz.
Rejent się uśmiechnął na to uniesienie radości naiwnéj, gdy drzwi zlekka uchylono, i weszło domino zielone. Zbliżało się zwolna, a Gaston się cofnął, jak gdyby był odgadł, że ono koniec jego szczęściu przynosi. Książe wyczytał z rysów jego, że coś nowego zaszło i obrócił się nagle.
— Kapitan la Jonquière! krzyknął Gaston.
— Dubois! pomruknął książę i brwi zmarszczył.
— Jaśnie oświecony panie, zawołał Gaston z przerażeniem, kryjąc w dłoniach twarz śmiertelnie zbladłą, jestem zgubiony! Nie chodzi tu już o mój ratunek, zapomniałem o honorze moim, zapomniałem o przyjaciołach w Nantes!
— O przyjaciołach swoich, mój panie? odpowiedział książę zimno. Myślałem, że żadnéj już spółki z takimi nie masz ludźmi?
— Wasza królewska mość wyrzekłeś, że szlachetne mam serce; o racz zawierzyć słowu mojemu, że Pontcalec, Mont-Louis, Talhouet i Ducouëdic, tak samo szlachetne posiadają serca.
— Szlachetne serca! powtórzył książę tonem pogardy.
— Tak, jaśnie oświecony panie, powtarzam to raz jeszcze.
— I czy wiesz biedny chłopcze, który ich ślepém byłeś narzędziem, jakie oni mieli zamiary? Otóż te szlachetne serca przedsięwzięły oddać ojczyznę obcym i wykreślić Francją z liczby państw i wielkich narodów. Jako szlachta powinni byli dać przykład odwagi i cnoty obywatelskiéj, a dali przykład podłości i zdrady. I cóż? nic nie odpowiadasz, spoglądasz w ziemię. Może szukasz sztyletu swojego? leży u nóg twoich; podnieś go, jeszcze czas.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, składając dłonie, wyrzekam się moich zamysłów morderczych; wyrzekam ich się, złorzecząc im, i u stóp waszéj królewskiéj mości błagam o przebaczenie. Ale jeżeli przyjaciół nie ocalisz, wtedy na klęczkach proszę, każ mnie wasza królewska mość przed spólnikami moimi stracić. Gdy oni umrą a ja pozostanę przy życiu, honor mój z nimi umrze. Późniéj wasza królewska mość, że tu chodzi o honor imienia, jakie córka jaśnie oświeconego pana miała nosić.
Rejent pochylił głowę i odrzekł:
— To jest niepodobna, mój panie: zdradzili Francją, i umierać muszą.
— A więc i ja z nimi umrę: i ja zdradziłem Francją, a co więcéj, chciałem zabić jaśnie oświeconego pana.
Rejent spojrzał na Dubois, a spojrzenie to nie uszło uwagi Gastona. Dubois się uśmiechnął a Gaston zrozumiał, że jak z fałszywym księciem d’Oliwares, tak samo i z fałszywym la Jonquière miał do czynienia.
— Nie, ozwał się Dubois do Gastona, pan z tych powodów nie umrzesz. Nie pojmujesz-że, iż są zbrodnie, którym rejent ma władzę ale nie prawo przebaczać?
— Ale wśzakżeż mnie przebaczył! zawołał Gaston.
— Lecz bo jesteś małżonkiem Heleny! odrzekł książę.
— Mylisz się wasza królewska mość, nie jestem nim i nigdy nie będę. A że takie poświęcenie pociąga śmierć za sobą, więc i ja umrę, jaśnie oświecony panie.
— Ba! pochwyci! Dubois, nie umiera się już z miłości; miało to miejsce za czasów pana d’Urfé i panny de Scuderi, ale nie teraz.
— Tak, może pan masz słuszność, ale pchnięcie sztyletem zawsze uśmiercić potrafi. I Gaston się schylił, podniósł nóż z ziemi z wyrazem, który żadnéj wątpliwości nie pozostawił.
Dubois się nie ruszył; książę posunął się o krok jeden.
— Rzuć to ostrze! krzyknął tonem nakazującym.
Gaston już je do piersi swoich wymierzył.
— Rzuć ten nóż! powtórzył książę.
— Życie dla moich przyjaciół, jaśnie oświecony panie!
Rejent się znowu do Dubois zwrócił, który miał ciągle uśmiech szyderczy na ustach.
— Dobrze, oni będą żyli! wyrzekł rejent nakoniec.
— O jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston porywają rękę jego, ażeby ją do ust ponieść. Wasza królewska mość jesteś równym Bogu na téj ziemi!
— Wasza królewska mość popełniasz błąd nie do poprawienia, przemówił Dubois zimno.
— Jakto! krzyknął Gaston, więc pan jesteś...
— Opatem Dubois, do usług pańskich, odpowiedział fałszywy la Jonquière z ukłonem.
— O, jaśnie oświecony panie! zawołał Gaston, idź wasza królewska mość tylko za głosem serca swojego, błagam o to!
— Niech wasza królewska mość nic nie podpisuje, mówił znowu Dubois.
— Podpisz jaśnie oświecony pan! podpisz wasza królewska mość! błagał Gaston. Przyrzekłeś łaskę dla moich przyjaciół, a słowo to jest świętem!
— Dubois, ja podpiszę, wyrzekł książę.
— Wasza królewska mość tak postanowiłeś?
— Dałem słowo moje.
— Więc jak się waszéj królewskiéj mości podoba.
— I to zaraz, zaraz, nieprawdaż, jaśnie oświecony panie? wołał Gaston. Mimowolnie strasznéj doznaję trwogi. O łaskę, o łaskę dla nich błagam!
— Ej, mój panie, skoro wasza królewska mość przyrzekłeś, to wszystko jest jedno, czy to nastąpi kilka minut wcześniéj lub późniéj, wtrącił Dubois.
Rejent na niego niespokojnie spojrzał.
— Tak, masz słuszność, nie należy odwlekać... Zaraz... Twoją tekę, opacie, spieszmy się, Gaston jest niecierpliwy.
Dubois się skłonił, pobiegł ku drzwiom, oranżeryi, zawołał lokaja, odebrał z rąk jego tekę, wyjął z niéj czysty arkusz papieru, napisał na nim ułaskawienie, które książę niebawem podpisał.
— A teraz kurjera, co tchu! zawołał książę!
— Kurjera? powtórzył Gaston. O nie potrzebny on!
— Jakto?
— Nigdyby dosyć nie pospieszał: ja sam, polecę, jeżeli wasza książęca mość na to zezwolisz. Każda chwila, którą zyskam, uwolni nieszczęśliwych od strasznych udręczeń.
Dubois brwi zmarszczył.
— Tak, masz słuszność, wyrzekł rejent, jedz raczéj sam.
I dodał z cicha:
— A pamiętaj tego rozkazu z rąk nie wypuszczać.
— Wasza królewska mość więcéj się jeszcze od pana de Chaulay spieszysz, pochwycił Dubois, i zapominasz, że jest ktoś w Paryżu, co będzie sądził, że on umarł skoro go nie ujrzy.
Te wyrazy uderzyły Gastona i przypomniały mu Helenę, Helenę, którą niespokojną i strwożoną zostawił; Helenę, która go oczekiwała, i któraby mu nigdy nie przebaczyła, że wyjechał z Paryża bez widzenia jéj poprzednio.
Chwila jedna zdecydowała go: pocałował w rękę rejenta, odebrał ułaskawienie, skłonił się ministrowi, i już miał wychodzić, gdy książę zawołał.
— Ale ani słowa Helenie o tajemnicy, którą ci odkryłem, nieprawdaż? Dozwól, bym jéj to sam powiedział, że ona jest córką moją: tylko tej nagrody żądam.
— Świętym mi jest rozkaz waszéj królewskiéj mości, odpowiedział Gaston aż do łez wzruszony.
I skłoniwszy się po raz drugi, wybiegł z szklarni.
— Tędy! wołał za nim Dubois. Jesteś rzeczywiście tak pomieszanym, iżby naprawdę sądzono, żeś kogo zabił i przyaresztowanoby pana. Przejdź przez ten lasek a dojdziesz do drzwi, wiodących na ulicę.
— O dziękuję! pan pojmujesz że każda zwłoka.....
— Może być nieszczęsną. Właśnie też dlatego, dodał Dubois z cicha, wskazałem ci najdłuższą drogę.
Gaston wybiegł. Dubois ścigał go przez chwilę wzrokiem; a gdy mu znikł z oczu, zwrócił się do księcia.
— Jaśnie oświecony pan jesteś niespokojnym, jak mi się zdaje? zapytał.
— Tak jest, rzeczywiście, odpowiedział książe.
— I dla czego?
— Mało się opierałeś temu czynowi dobremu, i właśnie to mnie dręczy.
Dubois uśmiechnął się.
— Dubois, ty coś knujesz!
— Nie, jaśnie oświecony panie, bo1 wszystko już zrobione.
— I cóżeś tedy zrobił?
— Znam waszą królewską mość.
— A więc?
— Wiedziałem co nastąpi.
— Cóż dalej?
— Domyślałem się, że wasza królewska mość nie spoczniesz, dopóki tego ułaskawienia nie podpiszesz.
— Mów dalej!
— Otóż i ja wysłałem kurjera.
— Ty!
— Tak jest. Czyż niemam prawa wysełać kurjerów?
— Zapewne, mój Boże! Ale jakiż rozkaz powiózł ten kurjer?
— Rozkaz spełnienia wyroku.
— I już pojechał?
Dubois dobył zegarka.
— Przed dwiema godzinami.
— Nikczemniku!
— O, jaśnie oświecony panie, po cóż zawsze te wielkie wyrazy! Każdy ma swoje interesa. Ocal wasza królewska mość pana de Chaulay, skoro ci się tak podoba, że jest zięciem jaśnie oświeconego pana. Ale dozwól ażebym ja waszą królewską mość ocalił.
— Tak, ale ja znam Gastona: on wyprzedzi twojego gońca.
— Nie, jaśnie oświecony panie.
— Cóż znaczą dwie godziny dla człowieka tak wielkiego serca. On poleci lotem błyskawicy.
— Gdyby to kurjer mój tylko dwie miał godziny, ależ on ich będzie miał trzy.
— Jakto?
— Bo młodzieniec jest zakochany, i dawszy mu godzinkę, by swoję lubą pożegnał....
— O żmijo!... Teraz rozumiem wyrazy twoje wyrzeczone przed chwilą.
— Był w jakimś rodzaju entuzjazmu i byłby mógł o swojéj zapomniéć miłości. Jaśnie oświecony pan znasz zasadę moję: że nie należy ufać pierwszym popędom, po pierwsze zwykłe bywają dobre.
— Jest to haniebna zasada! — Potrzeba albo być albo nie być dyplomatą, jaśnie oświecony panie.
— Dobrze, uprzedzę go o tem, odrzekł książę, idąc ku drzwiom.
— Jaśnie oświecony panie! zastąpił mu Dubois drogę i wyjmując przygotowany na ten cel papier z pugilaresu, dodał z całą mocą, na jaką się mógł zdobyć: jeżeli wasza królewska mość to uczynisz, to racz pierwej dymissją moję podpisać.
Pożartujmy sobie niekiedy, ale Horacy powiedział: Est modus in rebus. Był to wielki człowiek ten Horacy; a dodam jeszcze, że i grzeczny zarazem. Dosyć już téj polityki na dzisiaj, jaśnie oświecony panie. Wróćmy na bal, a jutro wieczorem już wszystko jak najlepiéj zakończoném będzie. Francja się ocali od czterech najzawziętszych nieprzyjaciół swoich, a jaśnie oświecony pan otrzymasz zięcia bardzo miłego, którego, daję na to moje słowo opata, przekładam nad pana de Riom.
I po tych słowach wrócili pospołu na salę balową: Dubois wesół i tryumfujący, a książę smutny i zamyślony, ale przekonany, że minister jego miał słuszność.